Dziwne miasto - Piotr Osiński

Kup ebooka

40.99 zł
26.64 zł (31,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

CZĘŚĆ PIERWSZA

Złota Kaczka

- No, cześć - po­wie­dział, gdy tyl­ko otwo­rzył drzwi.

- Boże, ale ty je­steś ład­ny!

Nie, nie chcia­łem tego po­wie­dzieć. Wy­rwa­ło się samo. Zresz­tą tyl­ko tyle by­łem w sta­nie z sie­bie wy­krztu­sić. Moje cia­ło za­de­cy­do­wa­ło za mnie. Od­wró­ci­łem się na pię­cie i za­czą­łem w my­ślach przy­wo­ły­wać so­bie dro­gę do win­dy.

- Gdzie ty idziesz? - usły­sza­łem.

Chło­pak zwin­nym ru­chem otwo­rzył drzwi na oścież, wy­chy­lił się i chwy­cił mnie za rękę.

- Za­cze­kaj, sło­dzia­ku!

Prze­szedł mnie dreszcz cha­rak­te­ry­stycz­ny dla uczu­cia, kie­dy przy­da­rza się coś mi­łe­go, ale jed­no­cze­śnie zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­ne­go. I być może dla­te­go, że rzad­ko cze­goś po­dob­ne­go do­świad­cza­łem, pod­da­łem się bez sło­wa. Czu­łem się obez­wład­nio­ny. Jak­by mój or­ga­nizm sam sobą ma­ni­pu­lo­wał.

Chło­pak wcią­gnął mnie do miesz­ka­nia i przyj­rzał mi się uważ­nie.

- No co tak sto­isz, ko­cha­ny? - za­czął za­dzior­nie. - Roz­gość się. Po­znaj­my się w koń­cu po­rząd­nie. - Pu­ścił do mnie oczko.

Te­raz to ja się przyj­rza­łem do­kład­nie jemu. Pierw­szy rzut oka mnie nie zmy­lił - chło­pak był nie­sa­mo­wi­cie pięk­ny. Nie­spe­cjal­nie wy­so­ki, ale szczu­plut­ki i ład­nie zbu­do­wa­ny. Miał na so­bie bia­łą ko­szul­kę, pod któ­rą od­zna­cza­ły się mię­śnie, i do tego czar­ne spodnie dre­so­we, jed­no­cze­śnie luź­ne i opi­na­ją­ce to, co po­win­ny opi­nać. Był boso, czuł się swo­bod­nie. Uśmiech­nię­ta, opa­lo­na twarz zwień­czo­na ciem­ną, mod­nie przy­cię­tą czu­pry­ną świe­ci­ła wręcz obłęd­nie lo­do­wa­tym błę­ki­tem oczu.

- Sia­daj. Może wina? - za­py­tał, po czym bez cze­ka­nia na od­po­wiedź na­peł­nił kie­lisz­ki, wrę­czył mi je­den i przy­siadł się. - No, to mów.

- Co mam mó­wić? - Za­cho­wy­wa­łem się jak de­bil, wciąż bę­dąc w szo­ku wy­wo­ła­nym nie­sa­mo­wi­tą uro­dą chło­pa­ka.

- Może na po­czą­tek, jak masz na­praw­dę na imię - ro­ze­śmiał się.

- No, tak... Pa­tryk... - Bo­ooże­ee, co się ze mną dzie­je.

- Hmmm, to ta­kie ge­jow­skie imię. - Uśmiech­nął się. - Ja je­stem Ma­riusz. Jak co dru­gi fry­zjer. Też ste­reo­ty­po­wo - za­czął się śmiać, a ja po­wo­li wy­lu­zo­wy­wa­łem.

- Je­steś fry­zje­rem? - za­py­ta­łem, żeby tyl­ko nie za­pa­dła mar­twa ci­sza.

- Nie­ee, co ty. Pra­cu­ję w biu­rze. Cho­dzi­ło mi o to, że każ­dy fry­zjer to gej i ta­kie tam... - od­po­wie­dział. Wi­dać było, że taki bzdet­ny small talk go nie in­te­re­su­je. - Dla­cze­go chcia­łeś uciec? - prze­szedł do kwe­stii, któ­ra in­te­re­so­wa­ła go na­praw­dę.

- Boże... - Moje za­że­no­wa­nie się­ga­ło ze­ni­tu. - Wy­my­ślić coś na po­cze­ka­niu czy chcesz usły­szeć praw­dę?

- Praw­dę i tyl­ko praw­dę. - Roz­siadł się wy­god­niej i upił tro­chę wina.

Ja zro­bi­łem to samo, tyle że... opróż­ni­łem cały kie­li­szek. Ten na­tych­miast znów był pe­łen.

- No więc... Od cze­go by tu za­cząć... No wi­dzisz, jak... ja wy­glą­dam. Jak cię zo­ba­czy­łem, od razu po­my­śla­łem, że sam mnie wy­ko­piesz i... ten... Boże, jak to źle brzmi...

- Ale, ko­cha­ny, o czym ty mó­wisz? Moim zda­niem wszyst­ko z tobą w po­rząd­ku. - Zła­pał mnie za ko­la­no i za­czął po­wo­li prze­su­wać rękę w górę.

Po­de­rwa­łem się z ka­na­py.

- Nie za szyb­ko?! - Znów mi się wy­rwa­ło.

W su­mie nie chcia­łem tego po­wie­dzieć, po­wi­nie­nem być pew­ny sie­bie. Ale nie by­łem przy­zwy­cza­jo­ny do za­in­te­re­so­wa­nia dru­giej oso­by.

- Sia­daj - po­wie­dział za­lot­nie i znów po­cią­gnął mnie za rękę. - Oj, ucie­ki­nier z cie­bie...

Kie­dy usia­dłem, kon­ty­nu­ował:

- Ga­da­my na fo­rum mie­siąc. Może fak­tycz­nie się nie zna­my za bar­dzo, w su­mie to swo­je imio­na po­zna­li­śmy do­pie­ro dziś, ale chy­ba już się tro­chę lu­bi­my, co? - Przy­tu­lił się.

Tym ra­zem nie od­sko­czy­łem.

- No, ale wi­dzisz... Mu­sisz mnie zro­zu­mieć. - Boże, jak trud­no mó­wić tak szcze­rze! - Ja się tam za­re­je­stro­wa­łem, bo to fo­rum dla... ta­kich jak ja. My­śla­łem, że może po­znam ko­goś... ta­kie­go jak ja, a tu mi drzwi otwie­ra sam Ado­nis...

- Cha, cha, no bez prze­sa­dy już! - Pa­trzył na mnie ko­kie­te­ryj­nie.

- No, sor­ry - ob­ru­szy­łem się de­mon­stra­cyj­nie. - Ale nie tak so­bie wy­obra­żam ko­goś, kto re­je­stru­je się na "Fo­rum dla Brzy­da­li"! - Boże, jak ta na­zwa strasz­nie brzmi wy­mó­wio­na na głos.

- Oj, ko­cha­ny, ty chy­ba po­trze­bu­jesz te­ra­pii. - Ma­riusz prze­szedł od słów do czy­nów.

Nie wiem jak i nie wiem kie­dy, ale na­gle by­li­śmy zu­peł­nie nadzy. Po­cząt­ko­wo ro­bi­łem wszyst­ko, by za­kryć swo­je fałd­ki i naj­roz­ma­it­sze nie­do­sko­na­ło­ści, ale pod­da­łem się na wi­dok bo­skie­go cia­ła Ma­riu­sza, któ­re znaj­do­wa­ło się tak bli­sko mo­je­go. Zu­peł­nie jak­by sta­ra­ło się je prze­ko­nać, że nie jest ta­kie brzyd­kie, jak całe ży­cie my­ślę.

Ak­sa­mit­ne po­ca­łun­ki spa­da­ły na moją szy­ję i klat­kę pier­sio­wą, po­wo­du­jąc w mo­jej gło­wie eks­plo­zję sza­leń­stwa. Nie my­śla­łem w ogó­le o tym, czy mam za du­że­go, czy za ma­łe­go pe­ni­sa, czy je­stem za gru­by, czy nie, czy mam pła­ską kla­tę, czy za duże cyc­ki - po pro­stu za­tra­ci­łem się w tym czło­wie­ku.

Czu­łem się do­war­to­ścio­wa­ny i szczę­śli­wy. Kie­dy za­kła­da­łem pre­zer­wa­ty­wę, za­sko­czo­ny w su­mie tym, że jesz­cze pa­mię­tam, jak to się robi, mia­łem wra­że­nie, że sto­ję u bram raju, że za­czy­nam od­zy­ski­wać na­dzie­ję.

Wsze­dłem w nie­go, a wo­kół mnie po­ja­wi­ło się mo­rze pięk­nych kwia­tów, czu­łem się jak ele­ment ży­we­go fil­tru na In­sta­gra­mie. Ide­al­ny po­czą­tek zna­jo­mo­ści, ide­al­ny seks, ide­al­ne... uczu­cie? Czy to moż­li­we, że­bym za­ko­chał się OD PIERW­SZE­GO WEJ­RZE­NIA?!

Ma­riusz był taki tro­skli­wy, cie­pły, za­pro­sił mnie... w sie­bie, trak­tu­jąc, jak­bym był naj­wspa­nial­szy i naj­pięk­niej­szy na świe­cie. Tak, to było to! Dość szyb­ko do­szło z mo­jej stro­ny do uko­ro­no­wa­nia aktu, ale i, być może, po­cząt­ku cze­goś pięk­ne­go, ja­kiejś cu­dow­nej zna­jo­mo­ści. Może na­wet związ­ku? Ach!

***

Obu­dzi­łem się jesz­cze przed wscho­dem słoń­ca, choć w miesz­ka­niu było już cał­kiem ja­sno. Ma­riusz stał opar­ty o ku­chen­ny blat i pa­trzył na mnie, pi­jąc - są­dząc po za­pa­chu - kawę. Nie mo­głem się nie uśmiech­nąć, kie­dy go zo­ba­czy­łem.

- Ma­riusz... - bar­dziej wy­mru­cza­łem, niż po­wie­dzia­łem. - Było tak cu­dow­nie...

Roz­bu­dzi­łem się na­tych­miast. Może to za­pach kawy, a może roz­pie­ra­ją­ce mnie szczę­ście po­de­rwa­ły mnie z po­ście­li i skło­ni­ły do zwie­rzeń.

- Wiesz co, kie­dy re­je­stro­wa­łem się na fo­rum, nie po­my­śla­łem, że spo­tka mnie coś tak ma­gicz­ne­go. Na­wet kie­dy już do cie­bie je­cha­łem, my­śla­łem, że to może nie­naj­lep­szy po­mysł... A tu się oka­za­ło, że moja szczę­śli­wa gwiaz­da jed­nak ist­nie­je... Boże, Ma­riusz, je­steś cu­dow­ny. Ja chy­ba... nie prze­strasz się tyl­ko... za­czy­nam coś do cie­bie czuć!

Kie­dy Ma­riusz usły­szał ostat­nie zda­nie, wy­buch­nął śmie­chem. Nie­ste­ty, ku mo­jej bły­ska­wicz­nej roz­pa­czy, nie był to śmiech ra­do­sny i szcze­ry, a ra­czej grom­ki i jed­no­cze­śnie tak chłod­ny jak błę­kit oczu jego po­sia­da­cza. Jezu, to psy­chol ja­kiś - prze­mknę­ło mi tyl­ko przez myśl.

- Oooke­eej, tego jesz­cze nie było. - Ma­riusz ode­zwał się w koń­cu, ocie­ra­jąc ką­cik oka. - Ty, Kac­pe­rek, sły­sza­łeś zje­ba?

Przy­znam, że by­łem wręcz otu­ma­nio­ny. Do kogo on, na Boga, mó­wił?!

Moja cie­ka­wość zo­sta­ła za­spo­ko­jo­na w tej sa­mej se­kun­dzie. Ku mo­je­mu ogrom­ne­mu prze­ra­że­niu do po­ko­ju wszedł ja­kiś bar­czy­sty fa­cet.

- Wie­dzia­łem, że ta fu­cha bę­dzie zło­tem, ale nie że do­star­czy aż tyle funu! - Ma­riusz mó­wił swo­im no­wym, zim­nym, po­zba­wio­nym ja­kich­kol­wiek emo­cji gło­sem. Wczo­raj Dok­tor Jec­kyll1, dziś naj­praw­dziw­szy Mi­ster Hyde.

Osi­łek pa­trzył na mnie tro­chę bez emo­cji, a tro­chę roz­ba­wio­ny.

- No, ciot­ka, ubie­rasz się, bie­rzesz port­fe­lik, zo­sta­wiasz ty­sią­czek za usłu­gę! I wy­pier­da­lasz stąd.

Przy­znam szcze­rze, że mój stan psy­chicz­ny był w tej chwi­li ide­al­nym ob­ra­zem po­wie­dzon­ka, że ko­goś za­mu­ro­wa­ło. Sie­dzia­łem bez ru­chu na roz­ło­żo­nej ka­na­pie, wciąż nagi, le­d­wie za­kry­ty cien­ką koł­drą, za­sta­na­wia­jąc się z roz­dzia­wio­ną gębą, co tu się, kur­wa, wła­śnie od­pier­da­la.

- On chy­ba jest nie tyl­ko brzyd­ki, ale i głu­chy ja­kiś. - Ma­riusz pa­trzył na mnie z wi­docz­nym obrzy­dze­niem.

A Kac­pe­rek ru­szył le­ni­wie w moim kie­run­ku. To mnie otrzeź­wi­ło.

- Cze­kaj­cie - po­wie­dzia­łem, a Kac­pe­rek się za­trzy­mał. - Daj­cie mi ogar­nąć, co tu się dzie­je... - By­łem tak zszo­ko­wa­ny, że nie­sa­mo­wi­te było, że w ogó­le mia­łem siłę, by się ode­zwać.

Mó­wi­łem au­to­ma­tycz­nie, jak ja­kiś ro­bot.

- A więc ty - wska­za­łem na Ma­riu­sza - je­steś tak na­praw­dę mę­ską dziw­ką, któ­ra wy­pi­su­je na fo­rum dla brzyd­kich lu­dzi w po­szu­ki­wa­niu fra­je­rów ta­kich jak ja, któ­rzy tu przyj­dą, w pięć mi­nut się w to­bie buj­ną, wy­ru­cha­ją cię, a po­tem... Nie­spo­dzian­ka! Oka­zu­je się, że to ty ich wy­ru­cha­łeś, bo... bam! I ty­siąc ziko wpa­da wam do kie­szon­ki? A ty - wska­za­łem na Kac­per­ka - je­steś tu ta­kim wy­ki­daj­łą, któ­ry pil­nu­je, by fra­jer za­pła­cił?

Po moim py­ta­niu w po­wie­trzu za­wi­sła ci­sza. Ale nie na dłu­go.

- Może i głu­chy, ale nie głu­pi. - Kac­pe­rek uśmiech­nął się do Ma­riu­sza.

- Bra­vo, bra­vo, bra­vis­si­mo - za­nu­cił Ma­riusz, wy­raź­nie na­pa­wa­jąc się sy­tu­acją. - Niech cię, Pa­try­ku dro­gi, nasz mo­del biz­ne­so­wy nie in­te­re­su­je. Naj­waż­niej­sze jest to, że usłu­ga zo­sta­ła wy­ko­na­na, na­le­ży się za­pła­ta. Masz ty­siąc zło­tych?

- Nie przy so­bie, na kon­cie - od­po­wie­dzia­łem, nie wie­dząc, jak ina­czej mam za­re­ago­wać. Nie dość, że już te­raz czu­łem się jak zbi­ty pies, to za chwi­lę, pa­trząc na ga­ba­ry­ty Kac­per­ka, mo­głem czuć się tak zu­peł­nie w sen­sie do­słow­nym.

- Nie ma pro­ble­mu, Kac­pe­rek jest mo­bil­ny. Ubierz się, pój­dzie­cie ra­zem do ban­ko­ma­tu.

Ni­czym naj­praw­dziw­szy ro­bot tyl­ko grzecz­nie ski­ną­łem gło­wą i za­czą­łem po­wo­li się ubie­rać, zbie­ra­jąc z pod­ło­gi roz­rzu­co­ne wczo­raj rze­czy. Obaj fa­ce­ci pa­trzy­li na moje na­gie, otłusz­czo­ne cia­ło, nie od­wra­ca­jąc wzro­ku, a ja by­łem zbyt wy­stra­szo­ny, by co­kol­wiek im po­wie­dzieć.

- Ty, pa, jak mu się fiu­tek skur­czył ze stra­chu - rzu­cił Kac­pe­rek.

- Cud, że w ogó­le go wi­dać spod tego brzu­cha - od­parł na to Ma­riusz, na co ja aż za­pło­ną­łem z upo­ko­rze­nia.

Kie­dy by­łem już go­to­wy, usły­sza­łem od Ma­riu­sza tyl­ko krót­kie, iro­nicz­ne "Pa, ko­cha­ny" i ra­zem z Kac­per­kiem zje­cha­li­śmy win­dą na dół.

Po­dróż trwa­ła wie­ki. Ba­łem się, że mój nie­chcia­ny to­wa­rzysz dłu­go nie zo­sta­wi mnie w spo­ko­ju, ale oka­za­ło się, że pa­no­wie mie­li swój biz­ne­sik prze­my­śla­ny na­praw­dę do­brze, bo ban­ko­mat był ja­kąś mi­nu­tę dro­gi od blo­ku Ma­riu­sza. Wy­bra­łem więc z nie­go pie­nią­dze i da­łem je Kac­per­ko­wi.

- Miło się robi z tobą in­te­re­sy - rzu­cił wy­świech­ta­ną for­muł­kę. - Za­nim się po­że­gna­my... Chy­ba nie mu­szę do­da­wać, że pój­ście na psiar­skich to nie jest naj­lep­szy po­mysł? Oczy­wi­ście do od­waż­nych świat na­le­ży, ale mu­sisz mi uwie­rzyć na sło­wo, że je­steś na nas za cien­ki w uszach.

- Ni­g­dzie nie pój­dę, chcę już być po pro­stu w domu - po­wie­dzia­łem zu­peł­nie szcze­rze.

- Do­bra, sze­ro­kiej dro­gi - po­że­gnał się ze mną Kac­pe­rek i po­szedł w stro­nę blo­ku wraz z moim ty­sią­cem i reszt­ka­mi god­no­ści.

Ja sta­łem wciąż w miej­scu, ob­ser­wu­jąc, jak wcho­dzi do bu­dyn­ku.

Kie­dy tyl­ko drzwi się za nim za­mknę­ły, nie wy­trzy­ma­łem i za­czą­łem pła­kać jak dziec­ko.

***

Ma­riusz miesz­kał przy uli­cy Ki­no­wej, ja po dru­giej stro­nie Wi­sły, na Be­mo­wie. Ze­szłe­go wie­czo­ra przy­je­cha­łem tu Ube­rem, te­raz nie wy­obra­ża­łem so­bie wsiąść do ja­kie­go­kol­wiek po­jaz­du. Łzy same na­pły­wa­ły mi do oczu, w ogó­le nie mo­głem się uspo­ko­ić. Nie chcia­łem, by kto­kol­wiek na to pa­trzył. Ko­rzy­sta­jąc z wcze­snej pory i ma­łej licz­by lu­dzi na uli­cach, po­sta­no­wi­łem jak naj­więk­szą część dro­gi przejść pie­szo.

Wy­sze­dłem z Ki­no­wej w Ale­ję Sta­nów Zjed­no­czo­nych, kie­ru­jąc się w stro­nę rze­ki. Prze­chadz­ka była naj­praw­dziw­szym kosz­ma­rem. W mo­jej gło­wie bez prze­rwy, na nowo, w pę­tli roz­gry­wa­ło się to, co mnie przed chwi­lą spo­tka­ło, ale nie tyl­ko - mój wła­sny umysł, jak to czę­sto by­wa­ło w kry­zy­so­wych sy­tu­acjach, ob­ró­cił się prze­ciw­ko mnie i za­czął roz­ta­czać przede mną pa­no­ra­mę bez­na­dziei mo­je­go ży­cia.

Pierw­sze wspo­mnie­nie. Je­stem brzyd­kim, tłu­stym pię­cio­lat­kiem. Do­pie­ro co zmie­ni­łem przed­szko­le i pró­bu­ję wpa­so­wać się w nową gru­pę, ale nikt mnie nie zna, nie lubi, nie je­stem za­pra­sza­ny na uro­dzi­ny. Chłop­cy roz­ma­wia­ją o pił­ka­rzach i au­tach, ale ja do nich nie pa­su­ję. Czu­ję się jed­nym z nich, ale in­nym, bo ja naj­chęt­niej po­sie­dział­bym z dziew­czy­na­mi i po­prze­bie­rał lal­ki. Dziew­czy­ny nie chcą się jed­nak ba­wić, bo i dla nich je­stem obcy. Po tym wspo­mnie­niu do oczu na­pły­nę­ła mi ka­ska­da łez...

A tu ko­lej­ny prze­skok: pod­sta­wów­ka i gim­na­zjum. Lu­dzie za­czy­na­ją się sobą in­te­re­so­wać, łą­czą w pierw­sze pary... Ale nie ja... Nikt nie zwra­ca uwa­gi na gru­be­go brzy­da­la, chy­ba że chce mu do­pie­przyć. Znów łzy i ko­lej­ne wspo­mnie­nie. Li­ceum. Już wiem, że je­stem ge­jem, na­wet uda­ło mi się prze­sko­czyć okres wy­par­cia. Żyję jed­nak w strasz­nym, obez­wład­nia­ją­cym po­czu­ciu, że już za­wsze będę sam. Czu­je się tak nie­atrak­cyj­ny, że prze­sta­ję my­śleć o so­bie jak o czło­wie­ku, boję się ko­mu­kol­wiek po­wie­dzieć o swo­jej orien­ta­cji. Boję się od­rzu­ce­nia. Boję się, że lu­dzie po­my­ślą, że jak w ogó­le mogę okre­ślać się jako homo, he­te­ro czy kto­kol­wiek, sko­ro i tak nikt nie chciał­by mnie tknąć.

Znów za­czą­łem ry­czeć, a mój mózg prze­sko­czył da­lej: stu­dia, pierw­sza pra­ca i pierw­szy raz, po pi­ja­ne­mu. Po pró­bie kon­tak­tu z pro­po­zy­cją dru­gie­go spo­tka­nia wy­wo­ła­ną na­iw­nym my­śle­niem, że coś z tego wyj­dzie, sły­szę, że to był błąd, że, oczy­wi­ście, nie chce mnie ob­ra­żać, ale na trzeź­wo nie je­stem w jego ty­pie. Za­ła­ma­ny wy­outo­wu­ję się w domu. W tym sa­mym mo­men­cie zo­sta­ję z nie­go wy­rzu­co­ny; na szczę­ście mam już swo­je pie­nią­dze, więc szyb­ko uda­je mi się coś wy­na­jąć. Sie­dząc sku­lo­ny w pu­stej ka­wa­ler­ce, obie­cu­ję so­bie, że już ni­g­dy ni­ko­mu nie po­wiem, że je­stem ge­jem.

Za­czy­na się funk­cjo­no­wa­nie w po­twor­nym, pa­ra­no­icz­nym, bez­na­dziej­nym stra­chu, że wszyst­ko się wyda i to znisz­czy mi ży­cie. Zmie­niam pra­cę, za­trud­niam się w war­szaw­skim ra­tu­szu, co tyl­ko wzma­ga we mnie strach, że je­śli wyda się, że je­stem ge­jem, to wszyst­ko stra­cę. Sta­ję się co­raz więk­szym od­lud­kiem, tym bar­dziej że lu­dzie są bez­li­to­śni. Na ja­kiejś fir­mo­wej im­pre­zie sły­szę od za­wia­nej ko­le­żan­ki, że nie dość, że je­stem brzyd­ki, to jesz­cze mało cie­ka­wy...

Za­la­ła mnie ko­lej­na fala roz­pa­czy, ale wspo­mnie­nia ga­lo­po­wa­ły da­lej.

Po ko­lej­nych uszczy­pli­wych ko­men­ta­rzach od oto­cze­nia za­czy­nam się od­chu­dzać. Co schud­nę, to przy­ty­ję, ale w koń­cu uda­je mi się utrzy­mać efekt; nie ma to jed­nak naj­mniej­sze­go wpły­wu na to, jak po­strze­ga­ją mnie inni. Cią­gle je­stem brzyd­ki, ni­ski, nie taki, jak trze­ba. Lata lecą, tech­ni­ka idzie do przo­du, po­wsta­ją Grin­dry i Tin­de­ry, ale w mię­dzy­cza­sie gło­dze­nie prze­ra­dza się w ja­kieś sta­ny de­pre­syj­ne i mu­szę prze­stać. Znów tyję, boję się gdzie­kol­wiek za­ło­żyć kon­to, boję się, że nikt nie bę­dzie za­in­te­re­so­wa­ny.

Cza­sem cho­dzę do ge­jow­skich klu­bów, do któ­rych zda­rza mi się nie zo­stać wpusz­czo­nym, bo trwa im­pre­za za­mknię­ta. Do­brze wiem, że żad­nej im­pre­zy nie ma, a cho­dzi tyl­ko o to, że nie spodo­ba­łem się se­lek­cjo­ne­ro­wi. W cią­gu tych wszyst­kich lat uda­je mi się spo­ra­dycz­nie znaj­do­wać chęt­ne na coś wię­cej oso­by, za każ­dym ra­zem wszyst­ko dzie­je się po pi­ja­ku, a po­tem zero kon­tak­tu. W do­dat­ku przy każ­dej wi­zy­cie tkwię w pa­ra­noi, że ktoś mnie za­uwa­ży i roz­po­zna, i moja ta­jem­ni­ca wyj­dzie na jaw, choć w su­mie mu­siał­bym mieć prze­ogrom­ne­go pe­cha, bo prze­cież mam dwóch zna­jo­mych na krzyż.

W koń­cu w ja­kimś ar­ty­ku­le czy­tam o "Fo­rum dla Brzy­da­li". Wcho­dzę tam z cie­ka­wo­ści, za­czy­nam ga­dać ze wspa­nia­łym fa­ce­tem. Nie wie­my, jak wy­glą­da­my, ale pi­sze nam się zna­ko­mi­cie, che­mia jest nie­sa­mo­wi­ta. De­cy­du­ję się wy­znać, że je­stem ge­jem, on tak­że się przy­zna­je, uma­wia­my się, a on... oka­zu­je się oszu­stem, któ­ry tak mnie upo­ka­rza. Boże, co za wstyd!

Te wszyst­kie wspo­mnie­nia z każ­dym kro­kiem po­wo­do­wa­ły w moim or­ga­ni­zmie coś na kształt szu­mu. Pul­so­wa­nie, któ­re czu­łem w skro­niach, a wła­ści­wie w każ­dej ko­mór­ce cia­ła. Wie­dzia­łem, że nic nie da się z nim zro­bić, że za­raz roz­sa­dzi mi czasz­kę, ale mój mózg nie od­pusz­czał, wciąż sku­pia­jąc się na wspo­mnie­niu koń­czą­cej się nocy. Jak mo­głem po­my­śleć, że taki ład­ny chło­pak mógł coś we mnie do­strzec?! Chry­ste, co za wstyd! Je­stem nie tyl­ko szpet­ny, lecz tak­że bez­den­nie głu­pi! Ja już ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łem nas ra­zem... Co za wstyd!

Kłąb czar­nych my­śli prze­rwał na­gle moc­niej­szy po­dmuch wia­tru. Nie wie­dzieć kie­dy do­czła­pa­łem na Most Ła­zien­kow­ski. Po mo­jej pra­wej stro­nie roz­cią­ga­ła się im­po­nu­ją­ca syl­we­ta war­szaw­skie­go city. Na se­kun­dę za­po­mnia­łem o tym, co mnie dziś spo­tka­ło. Jak zo­sta­łem wy­ko­rzy... Chry­ste, co za wstyd! Pie­ką­ce upo­ko­rze­nie na nowo wy­peł­ni­ło mój or­ga­nizm. A w gło­wie szum, upo­rczy­wy szum. Niech ktoś to za­trzy­ma, niech ktoś go wy­łą­czy... Ale kto? Je­stem prze­cież sam, za­wsze sam. Tyl­ko ja mogę go uci­szyć.

Z przej­ściem przez ba­rier­kę mo­stu było do­kład­nie tak samo jak z wej­ściem na most - nie wiem, jak tego do­ko­na­łem. Nie wiem, czy ktoś pró­bo­wał mnie ra­to­wać, czy ktoś w ogó­le mnie za­uwa­żył, czy jak zwy­kle by­łem wszyst­kim (w naj­lep­szym wy­pad­ku) obo­jęt­ny. Nie wiem, bo za krót­ko tam sta­łem. Wy­star­czy­ło drob­ne ode­pchnię­cie się, bym, ko­zioł­ku­jąc, bez­wol­nie spa­dał i po se­kun­dzie zde­rzył się z ta­flą wody.

***

Lą­do­wa­nie było twar­de i... su­che.

Więc to tak się umie­ra - po­my­śla­łem, bo­jąc się otwo­rzyć oczy, na wy­pa­dek gdy­by oka­za­ło się, że wo­kół mnie sto­ją ko­tły ze smo­łą, a ja­kiś ro­ga­ty dziad z wi­dła­mi ma za­miar mnie do jed­ne­go z nich za­go­nić. Mimo że ewi­dent­nie czu­łem, że ude­rzy­łem gło­wą o po­wierzch­nię rze­ki albo na­wet o samo dno, z krę­go­słu­pem wszyst­ko było chy­ba okej, bo mia­łem czu­cie w sto­pach. Ogól­nie czu­łem się wręcz nad­spo­dzie­wa­nie do­brze!

W koń­cu otwo­rzy­łem oczy i uj­rza­łem... ce­gla­ne, mi­ster­nie uło­żo­ne skle­pie­nie! Le­ża­łem na pod­ło­dze ja­kie­goś po­miesz­cze­nia, któ­re­go po­sadz­ka była za­la­na wodą. Po­wo­li wsta­łem. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do mnie, że choć wła­śnie pod­nio­słem się z wody, wca­le nie by­łem mo­kry! Co tu się, do cho­le­ry, wy­pra­wia­ło?!

Ro­zej­rza­łem się po sła­bo oświe­tlo­nym po­miesz­cze­niu - to była ko­lej­na dziw­na rzecz, bo trud­no było stwier­dzić, skąd to świa­tło w ogó­le po­cho­dzi. Sala była wiel­ka, przy­po­mi­na­ła ja­kieś nie­koń­czą­ce się pod­zie­mie, ja­kąś piw­ni­cę, któ­rej skle­pie­nie opie­ra­ło się na ce­gla­nych słu­pach. Kie­dyś by­łem na opro­wa­dza­niu po pod­zie­miach war­szaw­skich fil­trów i mia­łem wra­że­nie, że wła­śnie w czymś po­dob­nym się zna­la­złem. Przez chwi­lę nie wie­dzia­łem, co mam ze sobą zro­bić. Wszyst­ko wy­da­wa­ło mi się nie­rze­czy­wi­ste... Może ja wca­le nie sko­czy­łem z żad­ne­go mo­stu, a ten Ma­riusz mnie czymś na­ćpał i mam ja­kieś ha­lu­cy­na­cje?

Sto­jąc tak bez­czyn­nie, po kost­ki w dziw­nej, su­chej wo­dzie, czu­łem się jak to­tal­ny idio­ta. Za­czą­łem szu­kać ja­kie­goś wyj­ścia. Po­miesz­cze­nie zda­wa­ło się na­praw­dę bez­kre­sne, sze­dłem już dość dłu­go, ale wciąż i wciąż mi­ja­łem ko­lej­ne słu­py, na­dal bę­dąc pod tym sa­mym roz­le­głym skle­pie­niem.

Na­gle za­uwa­ży­łem, że z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem w ta­jem­ni­czej piw­ni­cy robi się co­raz ja­śniej. W koń­cu do­sze­dłem do miej­sca, gdzie słu­pów było mniej, a te, któ­re się tam znaj­do­wa­ły, pod­trzy­my­wa­ły ol­brzy­mią ce­gla­ną ko­pu­łę, pod któ­rą woda była wy­raź­nie głęb­sza - przy­po­mi­na­ła wręcz ja­kieś pod­ziem­ne je­zio­ro. W do­dat­ku ja­śnie­ją­ce, oświe­tla­ją­ce całe oto­cze­nie. Na środ­ku tego je­zio­ra pły­wa­ła so­bie kacz­ka. Tak dziw­na jak wszyst­ko tu­taj, bo cała jak­by ze zło­ta i w... ko­ro­nie!

- Ja je­bię. No jed­nak mam ha­lu­cy­na­cje - po­wie­dzia­łem sam do sie­bie.

- Nie prze­kli­naj - do­bie­gło skądś skrze­kli­we upo­mnie­nie. - Żad­ne ha­lu­cy­na­cje, to zło­to tak świe­ci spod po­wierzch­ni wody!

Ro­zej­rza­łem się gwał­tow­nie, za­sta­na­wia­jąc się, kto to wła­ści­wie mówi.

- Nie roz­glą­daj się jak ja­kiś sza­le­niec. Prze­cież to ja mó­wię!

- Ja, czy­li kto? - By­łem zu­peł­nie zdez­o­rien­to­wa­ny. Wciąż ni­ko­go nie wi­dzia­łem.

- No ja, kacz­ka! - Ze środ­ka je­zio­ra do­bie­gło mnie znie­cier­pli­wie­nie.

Od­wró­ci­łem się i wga­pi­łem w pły­wa­ją­ce stwo­rze­nie.

- Na­praw­dę nie dzi­wi cię zło­te je­zio­ro, ale ga­da­ją­ca kacz­ka już tak? - Ptak rze­czy­wi­ście kła­pał dzio­bem, z któ­re­go wy­do­by­wa­ły się sło­wa.

- Jaaa pie­eer­do­lę­ęę... - Nie mo­głem się po­wstrzy­mać. - Ja się chy­ba bar­dzo moc­no ude­rzy­łem w gło­wę!

- Czło­wie­ku, ty nie ży­jesz! A poza tym mó­wi­łam ci, że­byś nie klął. Je­steś w to­wa­rzy­stwie szlach­cian­ki! Może i obec­nie w nie­naj­bar­dziej do­stoj­nej po­sta­ci, ale jed­nak szlach­cian­ki!

- Jak to nie żyję?! - Zu­peł­nie zi­gno­ro­wa­łem dal­szy wy­wód, sku­pia­jąc się tyl­ko na udzie­lo­nej na po­cząt­ku szo­ku­ją­cej in­for­ma­cji.

- A cze­go się spo­dzie­wa­łeś, ska­cząc z mo­stu? Są­dząc po syl­wet­ce, ra­czej nie pły­wasz so­bie hob­by­stycz­nie.

- No nie! Umar­łem i te­raz całą wiecz­ność bę­dzie mi ci­snąć ga­da­ją­ca kacz­ka?! To jest moje pie­kło?!

- No de­bil. - Kacz­ka zno­wu się znie­cier­pli­wi­ła, za­po­mi­na­jąc przy oka­zji o ma­nie­rach. - Je­steś z War­sza­wy i w ogó­le mnie nie ko­ja­rzysz? Ja­kie pie­kło?! Je­stem Zło­tą Kacz­ką!

Te­raz to już na­praw­dę zba­ra­nia­łem. Po chwi­li wa­ha­nia za­py­ta­łem:

- Do­bra... Je­steś Zło­tą Kacz­ką... I nie je­ste­śmy w pie­kle... To gdzie w ta­kim ra­zie?

- No nie, nie wie­rzę. Ty na­praw­dę nie znasz le­gen­dy o mnie?! No, w pod­zie­miach Zam­ku Ostrog­skich, przy ma­gicz­nym je­zio­rze!

- Oooke­eej... Znam le­gen­dę, ale do te­raz my­śla­łem, że to buj­da. Ale na­wet je­śli nie buj­da, to w jaki spo­sób tra­fi­łem tu pro­sto z Wi­sły?!

- Wi­dzisz, to do­syć skom­pli­ko­wa­ne, za­ha­cza o ma­gię i fi­zy­kę kwan­to­wą, teo­rię względ­no­ści, por­ta­le, cza­kra­my, róż­ne wy­mia­ry i ge­ne­ral­nie teo­rie spi­sko­we. Chy­ba nie mam ocho­ty ci tego wszyst­kie­go tłu­ma­czyć. Ale... - pa­trząc na moją co­raz bar­dziej za­dzi­wio­ną minę, pta­szy­sko wes­tchnę­ło i za­ma­cha­ło zło­ty­mi skrzy­dła­mi - ...może rze­czy­wi­ście po­trzeb­ne bę­dzie ja­kieś wy­ja­śnie­nie.

Wpa­try­wa­łem się w Zło­tą Kacz­kę tak in­ten­syw­nie, że aż dziw­ne, że moje spoj­rze­nie nie prze­szy­ło jej na wy­lot. Ta jed­nak de­lek­to­wa­ła się pau­zą, ma­jąc gdzieś moją nie­pew­ność. Kie­dy w koń­cu za­czę­ła kła­pać dzio­bem, aż drgną­łem.

- Otóż na­le­żysz, a ra­czej na­le­ża­łeś, do tych lu­dzi, któ­rym się wy­da­je, że po śmier­ci nic nie ma - za­czę­ła swój wy­wód. - A ta­kie my­śle­nie to du­uuży błąd! Na każ­de­go bo­wiem coś tam cze­ka. Coś tam, bo nie jest oczy­wi­ście tak, że każ­dy, kto umrze, tra­fia przed moje ob­li­cze. Wpraw­dzie per­spek­ty­wa za­rzą­dza­nia ży­ciem i śmier­cią po­ta­jem­nie, z tyl­ne­go fo­te­la, bez wła­ści­wie żad­nej od­po­wie­dzial­no­ści wy­da­je się bar­dzo ku­szą­ca... - roz­ma­rzy­ła się, po czym sama sie­bie ostro przy­wo­ła­ła do po­rząd­ku. - Ale ja nie z tych ka­czek! Do mnie tra­fia­ją ci, któ­rzy uto­ną w Wi­śle. I to tyl­ko na war­szaw­skim od­cin­ku, w do­dat­ku w wy­jąt­ko­wych oko­licz­no­ściach.

Kacz­ka za­wie­si­ła głos i ewi­dent­nie cze­ka­ła, że­bym za­py­tał:

- Ja­kich oko­licz­no­ściach?

- Trze­ba bar­dzo, bar­dzo cze­goś chcieć i za­bić się dla­te­go, że się tego nie ma. Pierw­szy tra­fił tu­taj ten szew­czyk, o któ­rym mówi le­gen­da. Był bar­dzo bied­ny, miał już tego do­syć, chciał być bo­ga­ty, nie wy­cho­dzi­ło, no to się bi­du­lek uto­pił. - Kacz­ka chy­ba nie­zbyt przej­mo­wa­ła się dra­stycz­ny­mi oko­licz­no­ścia­mi, któ­re przed­sta­wia­ła; mó­wi­ła to­nem, jak­by była na plo­tecz­kach u zna­jo­mej hra­bi­ny.

- Nie pa­mię­tam aż ta­kich szcze­gó­łów z tej le­gen­dy! - przy­zna­łem szcze­rze.

- Bo tego tam nie ma! W koń­cu w le­gen­dzie jest tyl­ko ziar­no praw­dy! - Kacz­ka pu­ści­ła do mnie oko.

- No do­brze. - Mimo że cały czas nie wie­rzy­łem, że to wszyst­ko się dzie­je na­praw­dę, ob­sta­wia­jąc albo bar­dzo dziw­ny sen, albo ukry­tą ka­me­rę, albo też re­zul­tat re­ak­cji che­micz­nej za­cho­dzą­cej w moim umie­ra­ją­cym mó­zgu, by­łem cie­kaw, cze­go chce ode mnie Zło­ta Kacz­ka. - Szew­czyk chciał pie­nię­dzy, da­łaś mu sa­kiew­kę i ka­za­łaś wszyst­ko wy­dać na sie­bie - przy­po­mnia­łem so­bie szcze­gó­ły le­gen­dy z dzie­ciń­stwa. - A co chcesz za­pro­po­no­wać mnie? I po co w ogó­le cały ten cyrk?

- Do­brze, od razu do rze­czy, to mi się po­do­ba. - Kacz­ka pod­pły­nę­ła do mnie i za­czę­ła mi się uważ­nie przy­glą­dać. - Za­cznę od koń­ca. Otóż, jak już ci po­wie­dzia­łam, je­stem szlach­cian­ką, do­kład­nie kró­lew­ną. W kacz­kę mnie za­klę­to, bo rze­ko­mo cały czas my­śla­łam tyl­ko o so­bie! I abym mo­gła od­zy­skać daw­ną po­stać i opu­ścić to prze­klę­te miej­sce, mu­szę zna­leźć ja­kie­goś to­piel­ca... Jej, już tak na mnie nie patrz! No do­bra, po­leć­my le­gen­dą: śmiał­ka o do­brym ser­cu, któ­re­go naj­skryt­sze ma­rze­nie mam od­gad­nąć i speł­nić.

- Ale jak ty masz od­gad­nąć moje ma­rze­nie, sko­ro na­wet mnie nie znasz?! - prze­rwa­łem kacz­ce za­dzi­wio­ny.

- O to się nie martw. Wiem o każ­dym, kto tu tra­fi, wy­star­cza­ją­co dużo. To co, zga­du­je­my i speł­nia­my?

- Cze­kaj, cze­kaj, jesz­cze nie po­wie­dzia­łem, że się zga­dzam! Chciał­bym wie­dzieć, ja­kie mam opcje - od­rze­kłem, cią­gle nie­co ob­ra­żo­ny.

- Nie wiem, ale na nic do­bre­go bym nie li­czy­ła... Może i pój­dziesz do tego swo­je­go pie­kła? Tak że ra­dzę przy­jąć wy­cią­gnię­te, życz­li­we skrzy­dło!

Myśl o spę­dze­niu wiecz­no­ści w ko­tle ze smo­łą może i by mnie prze­ra­zi­ła, gdy­by nie to, że zu­peł­nie nie wie­rzy­łem, że to wszyst­ko dzie­je się na­praw­dę. Przy­szło mi jed­nak do gło­wy, że mój mózg, naj­pew­niej znaj­du­ją­cy się w ja­kiejś prze­dziw­nej śpiącz­ce po upad­ku z wy­so­ko­ści, sam so­bie daje ofer­tę kacz­ki jako re­cep­tę na wy­bu­dze­nie się...

- Do­brze, więc co chcesz mi za­pro­po­no­wać? Cze­go tak bar­dzo chcia­łem przez całe ży­cie? - za­da­łem py­ta­nie.

- Chcia­łeś być bar­dzo przy­stoj­ny i po­do­bać się fa­ce­tom. Da się zro­bić. - Kacz­ka uśmiech­nę­ła się. - Wy­star­czy jed­no moje sło­wo, a obu­dzisz się z po­wro­tem na po­wierzch­ni i wró­cisz do swo­je­go ży­cia, ale jako przy­stoj­niak, ja­kie­go świat nie wi­dział!

Za­pa­dła ci­sza; nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. W koń­cu wy­krztu­si­łem:

- Wszyst­ko faj­nie... Roz­gry­złaś mnie, su­per, gra­tu­lu­ję... Ale w czym tkwi ha­czyk?

Kacz­ka uśmiech­nę­ła się prze­bie­gle.

- Ha­czyk tkwi w tym, mój dro­gi, że nie bę­dziesz się mógł opę­dzić od ad­o­ra­to­rów. Bę­dziesz mógł ro­bić wszyst­ko, na co masz ocho­tę, poza jed­nym je­dy­nym... Dam ci ty­dzień pró­by. W cią­gu tego ty­go­dnia nie mo­żesz od­wza­jem­nić uczu­cia. Je­śli po­wiesz ko­mu­kol­wiek, że go ko­chasz, nie­waż­ne, czy jako pierw­szy, czy od­wza­jem­nia­jąc wy­zna­nie, wszyst­ko się skoń­czy, a ty wró­cisz do swo­je­go par­szy­we­go ży­cia... Po sied­miu dniach, je­śli wy­trzy­masz, zo­sta­niesz w swo­im no­wym, pięk­nym cie­le już na za­wsze. To zna­czy do cza­su, aż się ze­sta­rze­jesz i umrzesz... Ale to już nie moja ro­bo­ta... To jak, zga­dzasz się?

Kacz­ka ewi­dent­ne mia­ła dość tej roz­mo­wy i chcia­ła przejść do re­ali­za­cji pla­nu. I ja, mó­wiąc szcze­rze, rów­nież. Czy to moż­li­we, że­bym rze­czy­wi­ście do­stał dru­gą szan­sę od losu? W su­mie nikt do koń­ca nie wie, jak to wszyst­ko dzia­ła! Może rze­czy­wi­ście są na tym świe­cie rze­czy, któ­re się fi­lo­zo­fom nie śni­ły i mnie wła­śnie taka rzecz spo­tka­ła? Mia­łem jesz­cze tyl­ko jed­no py­ta­nie.

- Ale... ja mam wró­cić do swo­je­go ży­cia, to zna­czy da­lej pra­co­wać w urzę­dzie, znać tych sa­mych lu­dzi i tak da­lej, tyl­ko w no­wym cie­le? Jak to wszyst­ko po­go­dzić? Nie będę mógł się z ni­kim już wię­cej zo­ba­czyć?! Będę mu­siał zmie­nić pra­cę i w ogó­le?

- Ko­cha­ny, a bo ja wiem? Ja i tak od­wa­lam więk­szość ro­bo­ty! Lu­dzie cię nie będą po­zna­wa­li, bo masz być nie do po­zna­nia! Zresz­tą czy ty masz aż tylu zna­jo­mych i tak fan­ta­stycz­ną pra­cę, żeby ich ża­ło­wać? Z ro­dzi­ną to też chy­ba re­la­cje ta­kie ra­czej na­pię­te. Tak że de­cy­duj, czy przyj­mu­jesz wy­zwa­nie.

Kie­dy usły­sza­łem wszyst­kie wa­run­ki, za­wa­ha­łem się. Z dru­giej stro­ny, jaki mia­łem wy­bór? I w za­sa­dzie co ja mia­łem do stra­ce­nia? Może i zmia­na ży­cia nie bę­dzie taka ła­twa, ale je­śli w imię tego mam do­stać to, cze­go za­wsze chcia­łem? I utrzy­mać to na wa­run­kach, któ­re wy­da­wa­ły się wręcz ab­sur­dal­nie ła­twe?! Mam ni­ko­mu nie po­wie­dzieć przez ty­dzień, że go ko­cham? I do­sta­nę za to coś, o czym ma­rzy­łem od za­wsze?

- Zga­dzam się - po­wie­dzia­łem szyb­ko.

- Niech więc się sta­nie! - do­no­śnie od­par­ła kacz­ka.

Po tych sło­wach nie mi­nę­ła chy­ba na­wet se­kun­da, a coś świ­snę­ło, coś bły­snę­ło, coś za­wi­ro­wa­ło i...

***

...za­czą­łem się nie­mi­ło­sier­nie krztu­sić. Zda­łem so­bie spra­wę, że z mych ust pod­czas każ­de­go kaszl­nię­cia try­ska­ła na be­ton nie­przy­jem­na w sma­ku woda, do cia­ła le­pi­ło mi się mo­kre ubra­nie, a ja by­łem na czwo­ra­kach, czu­jąc się jak zbi­ty pies. Co tu się wy­pra­wia­ło?!

Nie wiem, ile do­kład­nie to trwa­ło, ale z każ­dą mi­nu­tą za­czy­na­łem jed­nak czuć się co­raz le­piej. Chy­ba wy­krztu­si­łem już całą wodę i mo­głem prze­ło­żyć się na ple­cy. Nade mną wi­sia­ło naj­zwy­czaj­niej­sze nie­bo; co­raz ja­śniej­sze. Wy­glą­da­ło na to, że wcze­sny ra­nek za­czął ustę­po­wać dniu.

- Prze­pra­szam, czy wszyst­ko w po­rząd­ku? - usły­sza­łem do­bie­ga­ją­cy z góry głos.

Prze­wró­ci­łem się na bok i spoj­rza­łem w tam­tym kie­run­ku. Na szczy­cie be­to­no­wych schod­ków sta­ła ja­kaś ko­bie­ta w stro­ju do bie­ga­nia. Pa­trzy­ła na mnie z tro­ską i za­cie­ka­wie­niem. - Po­trze­bu­je pan po­mo­cy? Wpadł pan do wody?

Przez chwi­lę nie wie­dzia­łem, o czym mówi. Mimo że do­cho­dzi­łem do sie­bie, wciąż tkwi­ły we mnie reszt­ki oszo­ło­mie­nia. Ro­zej­rza­łem się. Ewi­dent­nie le­ża­łem na brze­gu rze­ki, któ­rej skraj po­ro­śnię­ty był ja­ki­miś przy­pad­ko­wy­mi, nie­wy­so­ki­mi krza­ka­mi. Ja le­ża­łem na be­to­no­wej pły­cie, któ­ra pod­czas pod­wyż­sze­nia sta­nu wody mu­sia­ła być za­kry­ta przez rzecz­ną toń, a nade mną roz­cią­gał się nad­gry­zio­ny zę­bem cza­su be­to­no­wy bul­war. Kil­ka se­kund za­ję­ło mi po­łą­cze­nie fak­tów. Do­tar­ło do mnie, że je­stem nad Wi­słą, na Cy­plu Czer­nia­kow­skim. Rzut be­re­tem od Mo­stu Ła­zien­kow­skie­go, z któ­re­go to wcze­śniej sko­czy­łem...

- Pro­szę pana? Ja chy­ba za­dzwo­nię po ka­ret­kę... - Za dłu­go nie re­ago­wa­łem i ko­bie­ta na po­waż­nie się za­nie­po­ko­iła; już się­ga­ła do kie­sze­ni po te­le­fon i za­czę­ła scho­dzić w moim kie­run­ku.

- Nie, nie, pro­szę nie dzwo­nić! - wy­krztu­si­łem w koń­cu, a mych uszu do­biegł przy­jem­ny, ba­so­wy głos. - Jak ja dziw­nie mó­wię! - Nie mo­głem się po­wstrzy­mać.

- Pan się mu­siał moc­no ude­rzyć. Przy­je­dzie po­go­to­wie i spraw­dzą... - Ko­bie­ta już wy­bie­ra­ła nu­mer.

- Nie, na­praw­dę nie trze­ba! - W se­kun­dę po­de­rwa­łem się na nogi. Jesz­cze tyl­ko po­go­to­wia mi tu bra­ko­wa­ło. Nie zwa­ża­jąc na to, jak prze­dziw­nie (i nie­sa­mo­wi­cie sek­sow­nie!) brzmi mój głos, wy­my­śli­łem na po­cze­ka­niu ja­kąś hi­sto­ryj­kę. - Wi­dzi pani, ja się tak głu­pio za­ło­ży­łem z kum­pla­mi... że prze­pły­nę Wi­słę wpław z tam­te­go brze­gu. I po pro­stu so­bie te­raz od­po­czy­wa­łem.

Ko­bie­ta pa­trzy­ła na mnie jak na to­tal­ne­go idio­tę, ale scho­wa­ła te­le­fon.

- Prze­cież mógł pan so­bie zro­bić krzyw­dę! Taki fa­cet, a coś so­bie musi udo­wad­niać! - Z za­że­no­wa­niem krę­ci­ła gło­wą.

Pa­trzy­łem na nią i nie wie­dzia­łem, co po­wie­dzieć. Co ma na my­śli, mó­wiąc "taki fa­cet"? Pod­ry­wa mnie?! Mnie się ta­kie rze­czy nie zda­rza­ją! Lecz ona jest nie tyl­ko za­że­no­wa­na, lecz tak­że ewi­dent­nie za­in­te­re­so­wa­na. Te spoj­rze­nia... Co ja mam zro­bić?! Co tu się dzie­je?! Nic to, po pro­stu trze­ba się uśmiech­nąć.

Ko­bie­ta na­tych­miast od­wza­jem­ni­ła mój uśmiech.

- Oj, pro­szę pana. - Po­gro­zi­ła mi pal­cem. - Ta­kie głu­pie po­pi­sy to nie jest spo­sób na ko­bie­ty - za­śmia­ła się. - Ale do­brze, dam panu nu­mer. Pro­szę na­tych­miast wra­cać do domu i się prze­brać, a po­tem za­dzwo­nić i dać znać, że wszyst­ko okej. Ma pan jak za­pi­sać?

Kom­plet­nie zszo­ko­wa­ny się­gną­łem do kie­sze­ni, z któ­rej wy­ją­łem prze­mo­czo­ny te­le­fon. Ja­kimś cu­dem dzia­łał, a więc od­blo­ko­wa­łem go i po­da­łem nie­zna­jo­mej. Ta wpi­sa­ła mi się jako Ania, za­ło­po­ta­ła rzę­sa­mi, po czym od­bie­gła, kil­ku­krot­nie oglą­da­jąc się za sie­bie.

Nie, nie, nie, nie, to wszyst­ko się nie dzie­je! Czy ja wła­śnie na­praw­dę zdo­by­łem nu­mer ja­kiejś la­ski, na­wet tego nie chcąc?! Mnie ta­kie rze­czy nie spo­ty­ka­ją, je­stem nie­atrak­cyj­nym ge­jem! Przy­da­rzył mi się przy­kry in­cy­dent z mę­ską pro­sty­tut­ką, za­ła­ma­łem się, sko­czy­łem z mo­stu, uro­iłem so­bie ja­kąś Zło­tą Kacz­kę i uda­ło mi się wy­czoł­gać na brzeg. Tyle. Może ta la­ska ma ja­kiś syn­drom opie­kun­ki i leci na wszyst­ko, co po­trze­bu­je po­mo­cy? Prze­cież to nie­moż­li­we, żeby spo­tka­nie ze Zło­tą Kacz­ką przy­da­rzy­ło mi się na­praw­dę. To nie­moż­li­we, bym te­raz za­je­bi­ście wy­glą­dał i był ła­ma­czem serc wsze­la­kich...

O kur­wa! To JEST MOŻ­LI­WE!!!

Na­wet nie wiem, kie­dy włą­czy­łem przed­nią ka­mer­kę w te­le­fo­nie. Pa­trzy­łem niby na sie­bie, ale... no nie. Z ekra­nu spo­glą­dał na mnie naj­przy­stoj­niej­szy, naj­bar­dziej po­cią­ga­ją­cy i in­try­gu­ją­cy fa­cet, ja­kie­go kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem. Wło­sy blond, oczy nie­bie­skie, mę­ska szczę­ka, twarz po­cią­gła i de­li­kat­ny, kil­ku­dnio­wy za­rost!!! Boże!!!

Te­le­fon wy­padł mi z ręki. Za­czą­łem jak osza­la­ły ob­ma­cy­wać się po ca­łym cie­le. Nogi ja­kieś dłuż­sze, brzuch twar­dy, wy­czu­wal­ne mię­śnie, roz­wi­nię­ta klat­ka pier­sio­wa!!! Na Boga, co tu się wła­śnie wy­da­rzy­ło?!

***

Kie­dy wsze­dłem do miesz­ka­nia, na­tych­miast za­czą­łem zrzu­cać z sie­bie prze­mo­czo­ne ubra­nie. Gdzieś mia­łem wzglę­dy zdro­wot­ne, ja po pro­stu mu­sia­łem zo­ba­czyć się nago! Z lu­stra spo­glą­dał na mnie chy­ba sam Bradd Pitt skrzy­żo­wa­ny z Apol­li­nem. Oka­za­ło się, że nie tyl­ko twarz mia­łem ide­al­ną; całe moje cia­ło było maj­stersz­ty­kiem! By­łem wy­so­kim, zna­ko­mi­cie (ale nie­prze­sad­nie) zbu­do­wa­nym fa­ce­tem z pięk­nym, sek­sow­nym ty­łecz­kiem. Nie dość, że kla­tę mia­łem jak u pi­ra­ta, to jesz­cze i ma­cze­ta była ni­cze­go so­bie! Ba, na­wet sto­py mia­łem per­fek­cyj­ne, choć ta­kie ze­sta­wie­nie wcze­śniej wy­da­wa­ło mi się oksy­mo­ro­nem.

Jak urze­czo­ny wpa­try­wa­łem się w swo­je od­bi­cie, oglą­da­jąc się z każ­dej moż­li­wej stro­ny. Wy­rwa­ło mnie... kwa­ka­nie do­cho­dzą­ce z mo­je­go te­le­fo­nu! Do­pa­dłem urzą­dze­nia skry­wa­ją­ce­go się w po­rzu­co­nych w przed­po­ko­ju spodniach i za­sko­czo­ny od­kry­łem, że to alarm po­cho­dzą­cy z apli­ka­cji... Gol­den­Duck!

- Css­so to je­eest?!

By­łem tak zdzi­wio­ny, że aż po­wie­dzia­łem to na głos (ja­kiż sek­sow­ny głos!), bo ta­kiej apki ni­g­dy u sie­bie nie in­sta­lo­wa­łem. A ta nie ro­bi­ła w za­sa­dzie nic in­ne­go poza wy­świe­tla­niem na ca­łym ekra­nie wiel­kie­go mi­nut­ni­ka, któ­ry od­li­czał w dół, wska­zu­jąc obec­nie sto sześć­dzie­siąt sześć go­dzin, pięć­dzie­siąt dzie­więć mi­nut i pięt­na­ście se­kund. Nad zmie­nia­ją­cy­mi się licz­ba­mi wid­niał je­den ma­leń­ki em­ble­mat przed­sta­wia­ją­cy sche­ma­tycz­ny ry­su­nek, a w za­sa­dzie kon­tur zło­tej kacz­ki w ko­ro­nie.

- Jak ona mi to za­in­sta­lo­wa­ła?!

Szok trwał, ale do­tar­ło do mnie, że apka po­ka­zu­je, ile cza­su zo­sta­ło do koń­ca mo­jej pró­by, i naj­wy­raź­niej co go­dzi­nę emi­tu­je ka­czy alarm. Czy to wszyst­ko dzia­ło się na­praw­dę?

Z cie­ka­wo­ści spró­bo­wa­łem usu­nąć apli­ka­cję, ale te­le­fon wy­świe­tlił tyl­ko ko­mu­ni­kat, że taka ope­ra­cja jest nie­do­zwo­lo­na. Bo­jąc się, że za­raz za karę zo­sta­nę z po­wro­tem za­mie­nio­ny w ka­ry­ka­tu­rę czło­wie­ka, po pro­stu wy­ci­szy­łem dźwięk w te­le­fo­nie. W su­mie taki mi­nut­nik był cał­kiem przy­dat­ny.

Do­tar­ło do mnie, że cały czas sto­ję nago w przed­po­ko­ju, po­sta­no­wi­łem więc coś na sie­bie wło­żyć i ze­brać my­śli. Ro­zej­rza­łem się po miesz­ka­niu. Wszyst­ko było do­kład­nie ta­kie samo jak wcze­śniej, poza go­spo­da­rzem. To ro­dzi­ło pierw­szy pro­blem. Kie­dy mia­łem na so­bie prze­mo­czo­ne ubra­nie, na­wet nie zwró­ci­łem na to uwa­gi, ale ża­den z mo­ich ła­chów na mnie nie pa­so­wał. Nie cho­dzi­ło o to, że rze­czy były brzyd­kie, ale po pro­stu w jed­nych miej­scach za duże, w in­nych zgo­ła za małe. No tak, w koń­cu nowy ja był znacz­nie wyż­szy, szczu­plej­szy, a na brzu­chu nie miał na­wet gra­ma zbęd­ne­go tłusz­czu. Nic dziw­ne­go, że we wszyst­kim, co mia­łem do dys­po­zy­cji, wy­glą­da­łem jak ubo­gi krew­ny do­na­sza­ją­cy ubra­nie po star­szym bra­cie. Chcąc nie chcąc, za­ło­ży­łem po pro­stu - te­raz znacz­nie za duże - bok­ser­ki i w mia­rę pa­su­ją­cy do nich szla­frok. Za­pa­rzy­łem kawę i za­czą­łem ją są­czyć, opadł­szy na krze­sło przy ku­chen­nym sto­le.

Po­wo­li do­cie­ra­ło do mnie, że - jak­kol­wiek nie­sa­mo­wi­cie to brzmia­ło - to wszyst­ko dzia­ło się na­praw­dę. Wy­pa­da­ło­by więc chy­ba opra­co­wać ja­kiś plan dzia­ła­nia. Pierw­sza myśl: nie wy­cho­dzić z domu. Dzię­ki temu unik­nął­bym wszel­kich sy­tu­acji, w któ­rych mógł­bym wy­znać ko­muś mi­łość, a choć pod­czas spo­tka­nia z kacz­ką my­śla­łem, że to bła­host­ka, to jed­nak po za­sta­no­wie­niu się uzna­łem, że za­gro­że­nie było re­al­ne, bio­rąc pod uwa­gę, że jesz­cze kil­ka go­dzin temu za­bu­ja­łem się w chło­pa­ku w za­sa­dzie do­pie­ro co po­zna­nym, a kie­dy oka­zał się oszu­stem, po pro­stu się za­bi­łem. By­łem nie­co nie­sta­bil­ny emo­cjo­nal­nie...

- Skur­wy­syn je­ba­ny - za­klą­łem na samo wspo­mnie­nie Ma­riu­sza, po­ka­zu­jąc środ­ko­wy pa­lec Bogu du­cha win­ne­mu po­wie­trzu. - Że­byś mnie te­raz zo­ba­czył, śmie­ciu! Ale już nie dla psa kieł­ba­sa!

Jak z pro­cy wy­rwa­łem do sa­lo­nu, w któ­rym na ła­wie le­żał mój lap­top. Szyb­ko za­lo­go­wa­łem się na "Fo­rum dla Brzy­da­li" i bły­ska­wicz­nie po­usu­wa­łem wszyst­kie roz­mo­wy, po czym usu­ną­łem kon­to, po­sta­na­wia­jąc jed­no­cze­śnie, że o przy­krej przy­go­dzie zwią­za­nej z Ma­riu­szem i Kac­per­kiem mu­szę jak naj­szyb­ciej za­po­mnieć i w peł­ni sko­rzy­stać z otrzy­ma­nej od losu szan­sy. Ale w za­sa­dzie po co ja to usu­ną­łem? Może trze­ba było wszyst­ko sko­pio­wać i iść na po­li­cję? Tyle że wte­dy mu­siał­bym ze­znać, że je­stem ge­jem; w do­dat­ku ja te­raz w za­sa­dzie nie ist­nia­łem!

Znów po­bie­głem do przed­po­ko­ju i z - wciąż mo­krych - le­żą­cych na pod­ło­dze spodni tym ra­zem wy­ją­łem port­fel. Ze zdję­cia w do­wo­dzie spoj­rzał na mnie sta­ry, szpet­ny ja. A więc na­wet wy­le­gi­ty­mo­wać bym się nie mógł... Ta myśl na­gle roz­to­czy­ła przed moim lę­kli­wym umy­słem strasz­ną wi­zję: je­stem prze­pięk­ny, ale mu­szę prze­mo­de­lo­wać całe swo­je ży­cie, je­śli mam być no­wym sobą już na za­wsze. Co z pra­cą? Co z kre­dy­tem na miesz­ka­nie? Co z są­sia­da­mi? Jak wy­tłu­ma­czyć im taką prze­mia­nę?

Cho­ler­ny dwu­dzie­sty pierw­szy wiek. Za­ło­żę się, że szew­czyk nie miał ta­kich pro­ble­mów i nie mu­siał się ni­ko­mu tłu­ma­czyć z na­głe­go przy­pły­wu zło­ta! Że­bym i ja nie miał pro­ble­mów, zu­peł­nie roz­sąd­ną de­cy­zją bę­dzie po­ko­rzy­sta­nie z no­we­go ży­cia i zde­cy­do­wa­nie, czy mi się ono po­do­ba. Może je­stem tak bez­na­dziej­ny, że mimo no­wej po­wło­ki ża­den fa­cet na mnie nie po­le­ci, a w ta­kim wy­pad­ku może nie ma sen­su wy­wra­cać so­bie ży­cia do góry no­ga­mi? Je­śli taki czar­ny sce­na­riusz oka­zał­by się praw­dzi­wy, mógł­bym na­wet ja­kiejś przy­pad­ko­wej oso­bie wy­znać mi­łość i, je­śli tyl­ko zmiesz­czę się w cza­sie, to wszyst­ko wró­ci do - może i brzyd­kiej - ale przy­naj­mniej zna­nej nor­my. Chy­ba pierw­szy raz w ży­ciu ucie­szy­łem się, że nie mam zna­jo­mych i kon­tak­tu z ro­dzi­ną. Dwa pro­ble­my przy­naj­mniej z gło­wy.

Ana­li­zo­wa­łem swo­ją sy­tu­ację na róż­ne spo­so­by, z róż­nych per­spek­tyw i na­wet nie za­uwa­ży­łem, że Gol­den­Duck po­ka­zu­je już tyl­ko sto sześć­dzie­siąt czte­ry go­dzi­ny.

Fuck, na­praw­dę zmar­no­wa­łem tyle cza­su na za­mar­twia­nie się? Czas na mę­ską de­cy­zję, trze­ba wyjść z domu, w koń­cu było so­bot­nie przed­po­łu­dnie, a to ozna­cza­ło, że nie­uchron­nie zbli­żał się so­bot­ni wie­czór - ide­al­na oka­zja, by za­pre­zen­to­wać się świa­tu! Po­sta­no­wi­łem, że wszyst­ki­mi głu­po­ta­mi - jak po­ten­cjal­na zmia­na toż­sa­mo­ści czy szu­ka­nie no­wej pra­cy - po­mar­twię się po­tem, a tym­cza­sem trze­ba dzia­łać.

Przede wszyst­kim ni­ko­mu nie mo­głem po­wie­dzieć, co mi się przy­da­rzy­ło - kacz­ka wpraw­dzie ta­kie­go wa­run­ku mi nie dała, ale je­śli za­cznę o tym roz­po­wia­dać, to całą moją pró­bę spę­dzę w ka­fta­nie w Twor­kach! Na­tych­miast na­pi­sa­łem ma­ila do pra­cy, że po­trze­bu­ję ode­brać w nad­cho­dzą­cym ty­go­dniu za­le­gły urlop (waż­ne spra­wy ro­dzin­ne), mo­dląc się jed­no­cze­śnie, by szef, jak od­czy­ta go w po­nie­dzia­łek, nie pró­bo­wał do mnie wy­dzwa­niać, bo na­wet po gło­sie by mnie nie po­znał.

Na­stęp­nie szyb­ko coś prze­ką­si­łem, wzią­łem prysz­nic i wy­bra­łem kil­ka ciu­chów, w któ­rych wy­glą­da­łem naj­mniej pod­le, aby móc wyjść na mia­sto w po­szu­ki­wa­niu ciu­chów, w któ­rych będę wy­glą­dał olśnie­wa­ją­co. Stwier­dzi­łem, że być może przy­da mi się po­moc, bo - choć po­dej­rze­wa­łem, że we wszyst­kim będę wy­glą­dał świet­nie - faj­nie, by ktoś za­przy­jaź­nio­ny do­ra­dził mi, w czym będę wy­glą­dał naj­le­piej. Pro­blem tyl­ko w tym, że ja ni­ko­go ta­kie­go nie mia­łem... Ale za­wsze moż­na spró­bo­wać mieć.

Sam sobą za­sko­czo­ny, chwy­ci­łem za te­le­fon i wy­bra­łem nu­mer.

- Ania? Cześć, tu­taj Pa­tryk, po­zna­li­śmy się dziś na bul­wa­rze... A ja się cie­szę, że ode­bra­łaś... Słu­chaj, chciał­bym się z tobą spo­tkać i po­ga­dać, po­trze­bo­wał­bym też two­jej rady na za­ku­pach... Tak, tak, ubra­nio­wych... Za go­dzi­nę pod Zło­ty­mi Ta­ra­sa­mi? Su­per!

1 Uważ­ny czy­tel­nik wy­ła­pie w tej książ­ce drob­ne nie­ści­sło­ści, na przy­kład w pi­sow­ni na­zwisk. Na­le­ży jed­nak pa­mię­tać, że coś, co jest nie­po­praw­ne w jed­nym świe­cie, może być jak naj­bar­dziej po­praw­ne w in­nym (przyp. aut.).

***

Ob­sta­wie­ni ze wszyst­kich stron tor­ba­mi z ciu­cha­mi, sie­dzie­li­śmy w Star­buck­sie przy Emi­lii Pla­ter i wci­na­li­śmy cia­sto, po­pi­ja­jąc je kawą. Wraz z prze­mia­ną fi­zycz­ną na­bra­łem chy­ba ja­kiejś nie­sa­mo­wi­tej in­tu­icji do lu­dzi, bo Anka oka­za­ła się nie tyl­ko wspa­nia­łą za­ku­po­wą po­ma­gier­ką, lecz tak­że prze­sym­pa­tycz­ną oso­bą, z du­żym po­ten­cja­łem na przy­ja­ciół­kę.

- Zdra­dzę ci, że jak mi po­wie­dzia­łeś, że je­steś ge­jem, to taki smu­tek mnie ogar­nął! Kie­dy dzwo­ni­łeś, to aż mi ser­ce za­bi­ło moc­niej, a tu taka przy­kra nie­spo­dzian­ka! - mó­wi­ła za­wa­diac­kim to­nem.

Do­pie­ro te­raz mo­gli­śmy po­ga­dać, bo - nie li­cząc mo­je­go szcze­re­go wy­zna­nia już na po­cząt­ku spo­tka­nia - wpa­dli­śmy w taki wir za­ku­pów, że poza wy­mia­ną uwag na te­mat mo­jej nie­sa­mo­wi­tej atrak­cyj­no­ści i ubrań nie za­mie­ni­li­śmy ani sło­wa.

- Sam sie­bie za­sko­czy­łem, że tak od razu się wy­outo­wa­łem. Zwy­kle tak szyb­ko tego nie ro­bię.

- No tak, Pol­ska. - Prze­wró­ci­ła tyl­ko ocza­mi. - Ale nie­sa­mo­wi­cie cie­szę się, że aku­rat te­raz ze­chcia­łeś zmie­nić styl z po­mo­cą nie­zna­jo­mej oso­by, bo poza tym, że świet­nie wy­glą­dasz, to je­steś też me­ga­faj­ny. - Uśmiech­nę­ła się.

- Co ja ci mogę po­wie­dzieć: vis-a-vis - zdo­by­łem się na ję­zy­ko­wy żar­cik, ale prze­sła­nie było jak naj­bar­dziej szcze­re.

Anka była pięk­na, wy­spor­to­wa­na, no i do­sko­na­le się ubie­ra­ła. Na na­sze spo­tka­nie przy­szła w szma­rag­do­wej su­kien­ce okra­szo­nej nut­ką nie­wy­mu­szo­nej ele­gan­cji; chy­ba my­śla­ła, że to bę­dzie rand­ka, więc wy­jąt­ko­wo się po­sta­ra­ła.

- A sko­ro już wie­my, że się lu­bi­my, to może wy­pró­bu­je­my mój nowy look i pój­dzie­my do ja­kie­goś klu­bu na pod­ryw? - za­py­ta­łem.

- Boże, jaka ja je­stem cza­sem tępa! - Anka strze­li­ła się ręką w czo­ło. - Tak mnie te za­ku­py za­afe­ro­wa­ły, że za­po­mnia­łam ci sama za­pro­po­no­wać... Ja mam ta­kie­go przy­ja­cie­la, Jo­na­sza, któ­ry szu­ka so­bie te­raz fa­ce­ta. Me­ga­przy­stoj­ny i me­ga­faj­ny, jak ty. Nie lubi me­diów spo­łecz­no­ścio­wych, szu­ka ana­lo­go­wo, więc jak moż­na się do­my­ślić, bez więk­szych suk­ce­sów. Może po­szli­by­śmy we tro­je do Gla­mu?

Gdy­bym był w tej sa­mej sy­tu­acji przed prze­mia­ną, w tej chwi­li po­biegł­bym z tymi wszyst­ki­mi za­ku­pa­mi do domu, aby jak naj­pięk­niej się wy­szy­ko­wać, a po dro­dze jesz­cze na wszel­ki wy­pa­dek na­był­bym pier­ścio­nek za­rę­czy­no­wy. Ale te­raz w mo­jej gło­wie za­wył alarm. Dla bez­pie­czeń­stwa przez cały ty­dzień po­wi­nie­nem so­bie po­zwo­lić co naj­wy­żej na ja­kiś lek­ki flirt, aby nie ku­sić losu. A tu od razu rand­ka! Z dru­giej stro­ny tak bar­dzo chcia­łem dzi­siaj wyjść! No i dzię­ki Ance w koń­cu nie mu­siał­bym iść sam.

- Hmmm, okej, brzmi faj­nie, ale ja nie wiem, czy chcę się te­raz wią­zać... - klu­czy­łem w mia­rę dy­plo­ma­tycz­nie.

- Oczy­wi­ście, spo­tka­nie bez żad­nych zo­bo­wią­zań. Nie spodo­ba­cie się so­bie, to się wię­cej nie zo­ba­czy­cie.

- W ta­kim ra­zie dzwoń do nie­go - oznaj­mi­łem i uśmiech­ną­łem się sze­ro­ko.

Oka­za­ło się, że Jo­nasz ma wol­ny week­end i chęt­nie wy­bie­rze się na im­pre­zę. Umó­wi­li­śmy się na dwu­dzie­stą dru­gą, kie­dy to Glam do­pie­ro otwie­rał swo­je po­dwo­je i po­win­no być jesz­cze mało lu­dzi, dzię­ki cze­mu bę­dzie moż­na przez chwi­lę na spo­koj­nie po­ga­dać.

- Jed­na proś­ba - po­wie­dzia­ła na po­że­gna­nie Anka, kie­dy już wy­cho­dzi­ła ode mnie po ak­cji po­mo­cy do­tasz­cze­nia mi­lio­na to­reb. Mu­szę przy­znać, że ku­pi­łem o wie­le wię­cej, niż pla­no­wa­łem... - Nie py­taj Jo­na­sza o pra­cę, okej? Niech sam ci po­wie.

- Boże, jest płat­nym za­bój­cą czy kimś ta­kim?! - pod­eks­cy­to­wa­łem się i prze­ra­zi­łem jed­no­cze­śnie.

- Wręcz od­wrot­nie. - Anka uśmiech­nę­ła się. - Ale nic ci nie po­wiem. Nie chcę, że­byś je­chał uprze­dzo­ny, a Jo­nasz ma nosa i wy­czu­je, że już wiesz. A le­piej mieć czy­stą kar­tę, bo może być z was faj­na par­ka. Tak że ty go nie py­taj o pra­cę, a ja mu nie wspo­mnę, że od cza­su do cza­su lu­bisz so­bie po­pły­wać w Wi­śle, bo za­ło­ży­łeś się z ko­le­ga­mi. - Pu­ści­ła do mnie oko, a ja się za­czer­wie­ni­łem.

Swat­ka się zna­la­zła! Mo­gła w ogó­le nie po­ru­szać te­ma­tu. Może i nie za­punk­to­wał­bym u Jo­na­sza, ale przy­naj­mniej nie de­ner­wo­wał­bym się tak jak te­raz...

***

O go­dzi­nie dwu­dzie­stej dru­giej moja ma­gicz­na apka wska­zy­wa­ła sto pięć­dzie­siąt dwie go­dzi­ny. W za­sa­dzie nie wiem, po co na nią zer­ka­łem, w koń­cu mia­łem jesz­cze coś ta­kie­go jak po­czu­cie cza­su i nie wy­da­wa­ło mi się, aby w cią­gu jed­ne­go dnia mi­nął cały ty­dzień, choć bio­rąc pod uwa­gę ma­gicz­ne oko­licz­no­ści, w któ­rych się zna­la­złem, wszyst­ko było moż­li­we. Moż­li­we było też, że kacz­ka, zna­jąc moją ner­wo­wą na­tu­rę, zro­bi­ła mi wspa­nia­ły żar­cik, bym nie mógł się do koń­ca wy­lu­zo­wać i cały czas pa­trzył w ten cho­ler­ny ekran.

Wy­lu­zo­wa­ny czy nie, od­czu­wa­łem duże zmia­ny, ja­kie za­szły wo­bec mnie w tak zwa­nym od­bio­rze spo­łecz­nym. Z Ube­ra wy­sia­dłem przy Pla­cu Trzech Krzy­ży, do Gla­mu był stąd ka­wa­łek pie­cho­tą. Ce­lo­wo nie za­ma­wia­łem auta z do­wo­zem pod sam lo­kal, bo po pierw­sze uzna­łem, że spóź­nie­nie się jest w do­brym to­nie, a po dru­gie cał­kiem nie­źle się wy­szy­ko­wa­łem, więc chcia­łem zo­ba­czyć, czy ktoś w ogó­le zwró­ci na mnie uwa­gę. Spa­cer spraw­dził się tu ide­al­nie; w za­sa­dzie nie doj­rza­łem żad­nej gło­wy, któ­ra by się za mną nie obej­rza­ła. Był to dla mnie tak nie­sa­mo­wi­cie przy­jem­ny szok, że mógł­bym iść Żu­ra­wią wiecz­nie. Ja­kieś dwa­dzie­ścia po dzie­sią­tej by­łem już jed­nak pod wą­ski­mi drzwia­mi do Gla­mu.

Ochro­niarz, któ­ry wcze­śniej w ogó­le nie zwra­cał na mnie uwa­gi, ewen­tu­al­nie je­śli aku­rat nie chciał mnie wpu­ścić, bo "im­pre­za za­mknię­ta", mało nie prze­wró­cił się na mój wi­dok. Nie chciał wziąć ode mnie kasy za wej­ście! Bar­dzo wy­mow­nie pa­trząc, wrę­czył mi za to swo­ją wi­zy­tów­kę! Ja od­wza­jem­ni­łem się tyl­ko uprzej­mym ski­nie­niem gło­wy - wszak by­łem prze­cież umó­wio­ny na dole. Ale przy­naj­mniej dzię­ki tej sy­tu­acji uzy­ska­łem od­po­wiedź na wiecz­nie kłę­bią­ce się w mej gło­wie py­ta­nie, czy ochro­nia­rze w Gla­mie też są z bran­ży...

[...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.