ROZDZIAŁ IV
Od czasu choroby moje stosunki z rodziną Reed stały się jeszcze bardziej oziębłe.
Dzieci unikały mnie, nie wołano mnie nigdy na górę, całe dnie spędzałam w dziecięcym pokoju, nie biorąc udziału w zabawach moich kuzynek i uroczystościach, które coraz częściej powtarzały się w pałacu.
Wolałam zresztą takie warunki. Bessie od czasu do czasu okazywała mi trochę dobroci - to mi zupełnie wystarczało.
Nie miałam kogo kochać, przywiązałam się też dziwną miłością do mojej lalki. Pamiętam, że nie mogłam spokojnie zasnąć, dopóki nie poczułam jej przy sobie, nie ułożyłam wygodnie i nie otuliłam ciepło. Gdy sądziłam, że jest jej dobrze, czułam się szczęśliwa, myśląc, że szczęśliwym jest ukochany przeze mnie kawałek martwego drewna.
Jan już tylko z daleka mi dokuczał, strojąc miny i pokazując mi język. Jeden tylko raz mnie uderzył. Oddałam mu jednak z taką siłą, że pobiegł do matki ze skargą.
- Nie mów mi o tej dziewczynie! Nie chcę z nią mieć nic do czynienia - odparła gniewnie pani Reed. - Proszę, pamiętajcie, że nie życzę sobie, abyście przebywali w jej towarzystwie.
- Oczywiście - odrzekłam prędko - bo mego towarzystwa nie są godni.
Pani Reed chwyciła mnie za rękę, zaprowadziła do dziecięcego pokoju i popchnąwszy mocno, kazała milczeć do końca dnia.
- Co by na to powiedział wuj Reed, gdyby tu był!?
Słowa te wymówiłam pod wpływem jakiejś siły, która mnie do tego mimowiednie popchnęła.
Pani Reed stanęła jak wryta: patrzyła na mnie niepewna czy ma przed sobą dziecko, czy złego ducha.
- Tak - mówiłam dalej ulegając nieznanej mi potędze - wuj Reed jest w niebie, są tam i moi rodzice, widzą oni dobrze, że ciocia zamyka mnie po całych dniach w jednym pokoju i pragnie mojej śmierci.
Pani Reed wstrząsnęła mną, uderzyła w twarz i wyszła z pokoju nie mówiąc już ani słowa.
Z niecierpliwością oczekiwałam chwili oddania mnie na pensję. Jednak na próżno.
Listopad, grudzień i połowa stycznia upłynęły bez zmian.
Piętnastego stycznia - pamiętam tę datę - ścierałam kurze w dziecięcym pokoju, gdy zadyszana Bessie wbiegła, przygładziła mi włosy, umyła twarz i ręce, założyła świeży fartuszek i kazała iść do ciotki.
Poszłam do niej cała drżąca i nieufna.
W pokoju, przed krzesłem pani Reed, stał wysoki, czarno ubrany mężczyzna.
- Oto dziewczynka, o której panu mówiłam - odezwała się ciotka.
- Ile ma lat?
- Dziesięć.
- Aż tyle - spytał niedowierzająco. - Jak się nazywasz mała?
- Jane Eyre.
Spojrzałam na niego, wydał mi się bardzo wysoki, a w wyrazie jego twarzy uderzył mnie ostry wyraz hipokryzji.
- A więc, Jane Eyre, czy jesteś dobrą dziewczynką?
Milczałam. Pani Reed wyręczyła mnie w odpowiedzi.
- Im mniej o tym będziemy mówić, tym lepiej, panie Brocklehurst.
- Doprawdy? A to bardzo smutne.
- Chodź tu - zawołał siadając w fotelu.
Przybliżyłam się.
- Nie ma nic gorszego i smutniejszego nad widok złej dziewczynki. A czy wiesz, gdzie idą dusze po śmierci?
- Do piekła.
- A co to jest piekło?
- Jest to otchłań gorejąca.
- Czy chciałabyś być w nią rzucona i goreć przez wieczność.
- Nie.
- Cóż robić na to, by uniknąć piekła?
- Dobrze jeść i nie umierać - odparłam bez namysłu.
Nastąpiło długie kazanie o mylności mego poglądu.
Ja przyglądałam się tymczasem dużym nogom i butom kaznodziei. Westchnęłam na myśl jak też długo potrwa to badanie.
- Mam nadzieję, że westchnienie to pochodzi z serca - zauważył pan Brocklehurst pewien, że wymowa jego wzruszyła mnie do głębi - i że żałujesz z całego swego serca, iż dotąd zasmucałaś swą nieocenioną dobrodziejkę.
Dobrodziejka! dobrodziejka! Wszyscy uwzięli się na to, by tak nazywać panią Reed! A jeśli tak - pomyślałam sobie - to dobrodziejka jest rzeczą wielce nieprzyjemną.
- Czy modlisz się codziennie?
- Tak.
- A czytasz Biblię?
- Czasami.
- Czy lubisz ją czytać?
- Lubię czytać historię o Danielu, Samuelu, królach, o Hiobie i Jonaszu.
- A psalmy, czy lubisz je także?
- Nie, proszę pana!
- Co za wstyd! Ja mam pięcioletniego synka, który na zapytanie: "co wolisz: zjeść piernika czy nauczyć się strofki psalmów?" - odpowiada zawsze: "Wolę nauczyć się jakiegoś psalmu, bo aniołowie w niebie śpiewają psalmy, a ja chcę być aniołem na ziemi" i wtedy dostaje dwa pierniki w nagrodę, że taki pobożny.
- Kiedy psalmy nie są wcale zabawne - zauważyłam.
- To dowód, że masz złe, kamienne serce. Proś Boga, Jane Eyre, by wyjął ci z piersi to serce zimne, a dał na to miejsce inne, gorejące miłością bożą.
Zastanawiałam się w duchu, w jaki też sposób ta operacja mogłaby się dokonać.
Tymczasem ciotka Reed zaczęła opisywać panu Brocklehurst mój charakter.
- Jak to już panu mówiłam, charakter tej dziewczyny pozostawia wiele do życzenia, ma wiele wad, z których najgorsza to obłuda i kłamstwo.
Wszystko we mnie zawrzało na tę niezasłużoną obelgę. Widziałam, że te słowa są zgubą dla mej dobrej opinii na pensji. Czułam instynktownie, że wszelkie moje usiłowania, aby zjednać sobie ludzkie serca na nowej drodze życia będą już daremne. Pan Brocklehurst będzie mnie uważać za złą i obłudną a zdanie to oczywiście podzielą wszyscy na pensji.
Łzy cisnęły mi się do oczu. Obcierałam je ukradkiem, słuchając rozmowy ciotki z panem Brocklehurstem.
Ciotka prosiła go o rygor i surową opiekę nade mną. On obiecywał wszystko, kreśląc przy tym wcale nie zachęcający dla mej dziecinnej wyobraźni obraz swej wzorowej szkoły.
- A zatem odeślę ją wam jak tylko będę mogła najprędzej.
- Dobrze, proszę pani, mnie wprawdzie nie będzie w domu, ale zostawię pannie Temple stosowne informacje i pani siostrzenica o każdej porze będzie przyjęta do zakładu.
Pożegnał ciotkę, mnie obdarował jakąś książeczką mającą mi przedstawić w całej okropności ohydę mych występków - i wyszedł.
Siedziałam wciąż patrząc na szyjącą w milczeniu ciotkę. Krew we mnie wrzała.
- Możesz odejść Jane.
Wstałam i skierowałam się do drzwi. Po chwili wróciłam.
Pragnęłam się zemścić za doznaną krzywdę i myślałam jak najlepiej dopiąć tego celu.
- Nie jestem obłudna - zawołałam w końcu - bo gdybym nią była, powiedziałabym, że panią kocham. Ale nie, powiem otwarcie, że nienawidzę pani, nie cierpię bardziej niż kogokolwiek na świecie, wyjąwszy naturalnie Jana Reeda. A całą tę książeczkę o kłamstwie może pani dać swojej Georginie, bo to ona kłamie, nie ja!
Patrzyła na mnie milcząco.
- No i cóż jeszcze? - spytała w końcu chłodno.
Jej spojrzenie i sposób odezwania się wzburzyły mnie na nowo.
- To jeszcze - zawołałam - dodam, że Bogu dziękuję za to, że pani nie jest moją krewną, że nigdy nie nazwę pani ciotką, że gdy dorosnę, z dala omijać będę pani dom, a zapytana o panią, odpowiem każdemu, że była pani dla mnie okrutna!
- Jak śmiałabyś mówić takie rzeczy, Jane?
- Śmiałabym je mówić, bo są prawdą. Nie zapomnę nigdy jak okrutnie, na pół martwą, pchnęła mnie pani do czerwonego pokoju! Ja przecież wtedy wołałam: "Ciociu! Zlituj się nade mną!". A pani karała mnie za to, że jej nędzny syn skaleczył mnie i zbił. Powiem więc prawdę wszystkim, co myślą że jest pani dobra, powiem im, że to pani ma serce z kamienia, że pani jest obłudna!
Owładnęło mną uczucie nieznanej mi dotąd rozkoszy. Czułam się szczęśliwa. Po raz pierwszy zakosztowałam zemsty i upoiłam się nią.
- Jane! Mylisz się - zawołała oniemiała przez chwilę, niemal przerażona pani Reed. - Co ci jest? Czy jesteś chora? Drżysz cała, chcesz może wody?
- Nie, proszę pani.
- Więc czego żądasz? Wierz mi, że pragnę być twoją przyjaciółką.
- Nie! Przed chwilą powiedziała przecież pani, że mam zły, kłamliwy i obłudny charakter! Ale wszyscy w Lowood dowiedzą się, jaka pani jest.
- Nie rozumiesz tego, Jane, że obowiązkiem starszych jest wykorzeniać z dzieci wady.
- Ale ja nigdy nie zawiniłam kłamstwem!
- Moje drogie dziecię, jesteś rozdrażniona, idź i odpocznij, połóż się.
- Nie jestem pani drogim dziecięciem i nie pójdę odpocząć. Pani Reed! Niech mnie pani odeśle jak najprędzej na pensję, bo ja nie znoszę, nienawidzę tego domu.
- O! Wyprawię cię jak tylko będę mogła najprędzej - syknęła i szybko wyszła z pokoju.
Zostałam więc na placu zwycięzcą! W pierwszej chwili radosna i upojona; po namyśle zaczęłam doznawać wyrzutów sumienia. Czułam, że byłam zła i mściwa. Wybiegłam do ogrodu i wśród martwej ciszy mroźnego wieczoru starałam się ochłonąć ze wzruszenia.
Jak długo chodziłam? Nie wiem. Smutna i przygnębiona powtarzałam wciąż w duszy pytanie, co teraz robić?
Byłam gotowa przeprosić panią Reed. Wiedziałam jednak, że to pogorszyłoby tylko moje położenie.
Usłyszałam za sobą czyjeś kroki.
Bessie mnie wołała.
- Nieznośny dzieciaku! Gdzie ty się włóczysz?
Bessie była mi najmilszą osobą w pałacu. Potrzebowałam teraz życzliwego serca; toteż zarzucając jej ręce na szyję, zawołałam:
- Ej, co tam Bessie, nie złość się już na mnie.
Nigdy jeszcze nie okazałam się wobec niej tak śmiała i serdeczna.
- Dziwne z ciebie dziecko - odrzekła równie zdumiona. - Jedziesz na pensję? Czy to prawda?
- Tak.
- I nie żal ci będzie zostawić biedną Bessie.
- Czym ja jestem dla Bessie, która gniewa się tylko na mnie?
- Bo jesteś taka lękliwa, nieśmiała. Gdybyś była choć trochę bardziej zuchwała...
- Jasne - biliby mnie jeszcze częściej za to.
- Cóż ty znowu! Choć, co prawda, sama wiem, że źle się tu z tobą obchodzą. Moja matka podczas ostatniej wizyty tutaj mówiła, że za nic w świecie nie chciałaby mieć dziecka w twoim położeniu. Ale chodźmy, mam dobrą nowinę dla ciebie.
- Wątpię.
- Dziecko, nie patrz na mnie tak smutno. To naprawdę dobra wiadomość. Państwo wyjechali na cały wieczór, a ty ze mną napijesz się herbaty. Poproszę kucharza, aby ci upiekł ciastek, a potem będziemy wybierać twoje rzeczy na drogę, bo pani chce cię za dwa dni wyprawić na pensję.
- Bessie, przyrzeknij mi, że nie będziesz się na mnie gniewać z powodu mojego wyjazdu.
- Dobrze, ale i ty też nie uciekaj, gdy podniosę trochę głos, bo to mnie najbardziej gniewa.
- Zdaje mi się, że się już ciebie nie boję, Bessie, ale wkrótce będę się bała nowych ludzi.
- W takim razie oni cię będą nienawidzić.
- Tak jak ty, Bessie?
- Nie, dziecko, ja cię kocham więcej, niż ktokolwiek w tym domu.
- Ale mi tego nie okazujesz.
- Co ci się stało, panno Jane, kto cię natchnął taką śmiałością?
- Wkrótce już odjadę, a zresztą... - urwałam, bo uznałam za stosowne nie powtarzać mej rozmowy z ciotką.
- Więc - spytała Bessie - cieszysz się, że mnie już opuszczasz?
- Nie, a nawet w tej chwili czuję, że mi będzie cię trochę żal.
- "W tej chwili" i "trochę" - jak to chłodno moja dama mówi. Przypuszczam, że gdybym cię chciała teraz pocałować nie ucieszyłabyś się z tego.
- Ależ nie!
I uściskałyśmy się serdecznie.
Cicho i zgodnie spędziłyśmy resztę dnia. Wieczorem Bessie opowiadała mi swoje najpiękniejsze powieści i śpiewała najsłodsze piosenki.
Życie, nawet dla mnie miało czasami przebłyski słońca...