Rozdział I
Niepodobna było tego dnia wyjść na spacer. Rano, co prawda, błąkaliśmy
się z godzinę po bezlistnym ogrodzie, ale po obiedzie (pani Reed jadała
wcześnie, gdy nie było gości) chłodny wiatr zimowy napędził tak ciemne
chmury i deszcz tak siekący, że dalsze przebywanie na świeżym powietrzu
stało się niemożliwe.
Rada byłam z tego; nigdy nie lubiłam długich spacerów, zwłaszcza w chłodne popołudnia, tak się obawiałam tych powrotów do domu o zmroku ze
zmarzniętymi palcami u rąk i nóg, z sercem ściśniętym upomnieniami
Bessie, naszej bony, i upokorzona świadomością, że Eliza, John i Georgiana Reed są o tyle zręczniejsi i silniejsi ode mnie.
Eliza, John i Georgiana skupili się teraz dokoła swej mamy w salonie.
Pani Reed spoczywała na kanapce przy kominku, a mając wokół siebie
swoich pieszczochów (którzy w tej chwili nie kłócili się i nie
krzyczeli), robiła wrażenie zupełnie szczęśliwej. Mnie zabroniła zbliżyć
się do siebie. Żałuje - mówiła - iż musi trzymać mnie z daleka, lecz
dopóki nie usłyszy od Bessie i sama nie zauważy, że naprawdę staram się
wyrobić w sobie bardziej towarzyskie, odpowiedniejsze dziecku
usposobienie, że staram się być naturalniejsza, żywsza i przyjemniejsza
w obejściu, dopóty będzie musiała odmawiać mi tych przywilejów, jakie
się należą tylko zadowolonym i wesołym dzieciom.
- O co Bessie skarżyła się na mnie? - zapytałam.
- Nie znoszę chwytania za słowa i dopytywań, Jane, a przy tym to
doprawdy oburzające, gdy dziecko w ten sposób przemawia do starszych.
Siądź sobie, gdzie ci się podoba, i bądź cicho, dopóki nie nauczysz się
mówić grzecznie.
Pokoik, gdzie jadało się śniadania, przylegał do salonu. Tam się
wsunęłam. Stała tu półka z książkami; niebawem wyciągnęłam jakiś tom,
upewniwszy się przedtem, że jest obficie ilustrowany. Wdrapałam się na
kanapkę w zagłębieniu okna, podwinęłam nogi i usiadłam po turecku, a zaciągnąwszy prawie szczelnie pąsową zasłonę z wełnianej mory, poczułam,
że jestem ukryta i odosobniona.
Fałdy pąsowej draperii zasłaniały mi widok z prawej strony; z lewej
szyba chroniła, choć nie odgradzała mnie od posępności listopadowego
dnia. Co jakiś czas, obracając karty książki, przyglądałam się naturze.
Daleko na horyzoncie rozpościerała się blada pustka mgieł i chmur;
bliżej widać było mokry trawnik i krzew szarpany wiatrem oraz
nieustające potoki deszczu, gwałtownie gnane wichrem.
Powróciłam do książki. Była to Historia ptaków brytyjskich Bewicka. O tekst drukowany mało, naturalnie, dbałam; jednakże były tam pewne
wstępne stronice, które zajmowały mnie mimo mych lat dziecinnych. Była w nich mowa o siedzibach i gniazdach ptaków morskich, "o samotnych skałach
i przylądkach", które tylko one zamieszkują, i o wybrzeżach Norwegii z szeregiem wysepek biegnących od południowego krańca - od Lindesnäs czy
Naze - aż do przylądka północnego.
Tam gdzie Arktyku wartka, chłodna fala
Tuli samotną wysepkę, okala;
Tam gdzie do Hebryd wody Atlantyku
Szturm ponawiają wśród bałwanów ryku.
Nie mogłam też pominąć wzmianki o zimnych wybrzeżach Laponii, Syberii,
Spitsbergenu, Nowej Ziemi, Islandii, Grenlandii z ich olbrzymią
przestrzenią strefy arktycznej, tym strasznym bezludnym przestworem,
zbiornikiem mrozu i śniegu, gdzie stwardniałe pola lodowe, przez całe
wieki narastając do wyżyn alpejskich, otaczają biegun i są siedzibą
najsroższego zimna. O tej śmiertelnie białej krainie wytworzyłam sobie
własne pojęcia: mgliste jak wszystkie na wpół zrozumiane wyobrażenia,
niejasno tworzące się w umysłach dzieci, ale dziwnie przejmujące. Tekst
tych stronic wstępnych nawiązywał do następujących dalej obrazków i nadawał znaczenie to skale, sterczącej samotnie wśród morza bałwanów i piany, to zdruzgotanej łodzi, wyrzuconej na opuszczone wybrzeża, to
zimnej, widmowej twarzy księżyca, spoglądającego spoza zwałów chmur na
tonący właśnie okręt.
Nie umiem powiedzieć, jaki nastrój wiał ze spokojnego, opuszczonego
cmentarza z widniejącym na nim nagrobkiem, furtką, dwoma drzewami na tle
niskiego horyzontu, cmentarza okolonego wyszczerbionym murem, nad którym
unosił się cienki sierp księżyca, zwiastujący nadejście wieczoru. Dwa
statki leżące bez ruchu na spokojnym morzu wydały mi się nierzeczywiste.
Szybko odwróciłam oczy od potwora ciągnącego za sobą straszną sforę; był
to widok zbyt okropny. Równie okropny był widok czarnego, rogatego
stwora siedzącego wysoko na skale i przyglądającego się dalekiemu
tłumowi, zebranemu wokół jakiejś szubienicy.
Każdy obrazek coś opowiadał, często coś zagadkowego dla mojego
dziecinnego umysłu i niedokształconych uczuć, ale zawsze coś głęboko
zajmującego: jak te bajki, które nam niekiedy w zimowe wieczory
opowiadała Bessie, gdy była w dobrym humorze. Wtedy to, przysunąwszy
stół do prasowania przed kominek w dziecinnym pokoju, pozwalała nam
usiąść dokoła i prasując koronkowe falbanki pani Reed albo rurkując
brzegi jej nocnych czepków, karmiła naszą ciekawość opowiadaniami o miłości i przygodach, zaczerpniętymi ze starych bajek i jeszcze
starszych ballad lub też (jak później odkryłam) z kart Pameli i Henryka, hrabiego Moreland.
Z Bewickiem na kolanach czułam się w owej chwili szczęśliwa, a przynajmniej po swojemu szczęśliwa. Bałam się tylko, żeby mi nie
przeszkodzono; niestety, stało się to aż nazbyt prędko. Otworzyły się
drzwi od salonu.
- Hę! Panno mrukliwa! - usłyszałam krzyk Johna Reeda, lecz nagle umilkł;
pokój widocznie wydał mu się pusty. - Gdzie, u licha, ona może być?! -
wołał dalej. - Lizzy, Georgiano - wołał na siostry - Jane tu nie ma;
powiedzcie mamie, że wyleciała na deszcz, nieznośne zwierzątko!
"Dobrze zrobiłam, że zaciągnęłam zasłonę" - pomyślałam, gorąco pragnąc,
by nie odkrył mojej kryjówki. John Reed nie byłby jej odkrył
samodzielnie; nie był on ani bystry, ani pomysłowy, ale Eliza w tejże
chwili wysunęła głowę przez drzwi i od razu powiedziała:
- Siedzi przecież we framudze okiennej, John!
Natychmiast wyszłam z ukrycia, gdyż drżałam na myśl, że mnie John
stamtąd wyciągnie.
- Czego chcesz? - zapytałam bardzo zalękniona.
- Powiedz raczej: "Czego panicz chce?" - odpowiedział. - Chcę, żebyś tu
przyszła!
I zasiadłszy w fotelu, wskazał mi gestem, że mam się przybliżyć i stanąć
przed nim.
John Reed był czternastoletnim uczniem, o cztery lata starszym ode mnie,
gdyż miałam wtedy dziesięć lat. Był duży i tęgi na swój wiek, o nieczystej i niezdrowej cerze, grubych rysach rozlanej twarzy, ciężkiej
budowie i wielkich rękach i nogach. Objadał się zawsze przy stole, co
wpływało źle na jego wątrobę, powodowało mętność oczu i obwisłość
policzków. Powinien był znajdować się w szkole; jednakże matka zabrała
go do domu na miesiąc lub dwa "z powodu delikatnego zdrowia". Pan Miles,
nauczyciel, utrzymywał, że John byłby najzupełniej zdrów, gdyby mu nie
przysyłano z domu tyle ciast i słodyczy. Serce matki jednakże nie
podzielało tak surowego sądu i pani Reed przypisywała zły wygląd Johna
raczej przepracowaniu, a może tęsknocie za domem.
John nie był zbyt przywiązany do matki i sióstr, a mnie po prostu nie
cierpiał. Obchodził się ze mną brutalnie i bił mnie, i to nie dwa lub
trzy razy na tydzień albo raz lub dwa razy na dzień, ale stale. Bałam
się go każdym nerwem, drżałam na całym ciele, gdy się do mnie zbliżał.
Były chwile, gdy traciłam wprost przytomność, takim przejmował mnie
strachem, gdyż nie miałam znikąd ochrony przed jego groźbami i szturchańcami; służba nie miała ochoty ujmować się za mną, by nie
narażać się młodemu panu, a pani Reed była głucha i ślepa na jego
zachowanie: nigdy nie widziała, aby John mnie bił, nigdy nie słyszała,
aby mi wymyślał, choć nieraz to czynił w jej obecności, jakkolwiek
częściej za jej plecami.
Jak zwykle posłuszna mu, zbliżyłam się do jego fotela; najpierw pokazał
mi język w całej okazałości, trzymając go tak wyciągniętym przez jakieś
trzy minuty; wiedziałam, że za chwilę mnie uderzy, a choć lękałam się
ciosu, to patrząc na Johna, nie mogłam się opędzić myśli, że jest
brzydki i wstrętny. Może wyczytał te myśli z mojej twarzy, gdyż nic nie
mówiąc, nagle uderzył mnie z całej siły. Zachwiałam się, a odzyskawszy
równowagę, cofnęłam się parę kroków.
- To za twoje zuchwałe odpowiadanie mamie - powiedział - i za twoje
skradanie się, i chowanie za firankami, i za to spojrzenie przed chwilą,
ty szelmo!
Przyzwyczajona do besztania ze strony Johna, nie pomyślałam nawet, by mu
odpowiedzieć; zastanawiałam się tylko, jak znieść szturchaniec, który z pewnością nastąpi po obeldze.
- Coś ty robiła za zasłoną? - zapytał.
- Czytałam.
- Pokaż książkę.
Poszłam do okna i przyniosłam ją stamtąd.
- Nie masz prawa brać naszych książek; mama powiedziała, że jesteś tutaj
na łasce; nie masz pieniędzy; twój ojciec nic ci nie zostawił; powinna
byś żebrać, a nie mieszkać z pańskimi dziećmi, takimi jak my, jadać to
samo, co my jadamy, i nosić suknie, za które nasza mama płaci. A teraz
ja cię nauczę, co to znaczy grzebać na moich półkach z książkami; bo one
są moje; cały dom do mnie należy albo będzie należał za kilka lat. Idź i stań przy drzwiach, z daleka od lustra i od okien.
Uczyniłam to, nie zorientowawszy się od razu w jego zamiarze, ale gdy
zobaczyłam, że John podnosi, waży w ręku książkę i wstaje, chcąc nią we
mnie cisnąć, instynktownie uskoczyłam w bok z krzykiem przestrachu; nie
dość jednak szybko; tom został rzucony, trafił mnie, a ja upadłam,
uderzając głową o drzwi i rozcinając ją sobie. Rana krwawiła, ból był
bardzo ostry, strach przesilił się we mnie, natomiast obudziły się inne
uczucia.
- Niegodziwy, okrutny chłopaku! - zawołałam. - Nie jesteś lepszy od
rozbójnika... od poganiacza niewolników... od rzymskich cesarzy!
Przeczytałam właśnie Historię Rzymu Goldsmitha i miałam wyrobione
zdanie o Kaliguli, Neronie i ich następcach. Robiłam nieraz porównania w milczeniu, nigdy nie przypuszczając, że je w ten sposób głośno wypowiem.
- Co? Co? - krzyknął. - Czy ona to do mnie powiedziała? Słyszałyście,
Elizo, Georgiano? Jeżeli ja tego mamie nie powiem! Ale najpierw...
Rzucił się ku mnie: poczułam, że chwyta mnie za włosy i za ramię; ale
tym razem walczył ze zrozpaczonym stworzeniem. Ja rzeczywiście widziałam
w nim tyrana, mordercę. Czułam, że kilka kropel krwi ścieka mi z głowy
po karku, przejmował mnie ból piekący, który zagłuszył we mnie strach;
opanowała mnie wściekłość. Nie wiem dobrze, co moje ręce uczyniły, dość,
że John wrzasnął: "Ty szelmo! Ty szelmo!", i zawył na głos. Zaraz też
nadeszła pomoc: dziewczęta pobiegły po panią Reed, która była na górze;
stanęła teraz wobec tego, co się działo, a za nią Bessie i panna
służąca, Abbot. Rozłączono nas; usłyszałam słowa:
- Rany boskie! A cóż to za złośnica, żeby tak się rzucać na panicza
Johna!
- Czy widział kto kiedy taką ucieleśnioną wściekłość?
A pani Reed dorzuciła:
- Zabierzcie ją do czerwonego pokoju i tam ją zamknijcie! Czworo rąk
pochwyciło mnie natychmiast i zaniosło na górę.
Rozdział II
Stawiałam opór przez całą drogę; był to objaw nowy zupełnie i wielce
pogłębiający złe wyobrażenie, jakie Bessie i Abbot skłonne były mieć o mnie. Faktycznie straciłam panowanie nad sobą; wiedziałam, że chwilowym
buntem ściągnęłam już na siebie dawne kary, lecz, jak każdy zbuntowany
niewolnik, w rozpaczy postanowiłam iść do końca.
- Proszę trzymać jej ręce, panno Abbot! Rzuca się jak wściekła kotka.
- Wstyd! Wstyd! - wołała panna służąca. - Jakie to nieprzyzwoite
zachowanie, panno Eyre, bić młodego panicza, syna swojej dobrodziejki!
Swojego młodego pana!
- Pana! Jakim sposobem jest on moim panem? Czyż ja jestem służąca?
- Nie; panienka jest mniej niż służąca, gdyż nie pracuje na swe
utrzymanie. No, proszę usiąść i zastanowić się nad swoją niegodziwością.
Wniosły mnie tymczasem do wskazanego przez panią Reed pokoju i rzuciły
na otomanę; natychmiastowym odruchem chciałam zeskoczyć jak sprężyna;
dwie pary rąk powstrzymały mnie w tej chwili.
- Jeżeli panienka nie będzie siedzieć spokojnie, będziemy ją musiały
przywiązać - rzekła Bessie. - Panno Abbot, niech mi panna pożyczy swoich
podwiązek; moje zerwałaby od razu.
Panna Abbot odwróciła się, by zdjąć z grubej nogi potrzebne tasiemki. To
przygotowywanie więzów i dodatkowa hańba z tym złączona uspokoiły mnie
nieco.
- Proszę nie zdejmować podwiązek! - zawołałam. - Będę siedziała
spokojnie.
I na poparcie tych słów chwyciłam się rękami siedzenia.
- No, więc proszę pamiętać - rzekła Bessie; a przekonawszy się, że się
rzeczywiście uspokajam, przestała mnie przytrzymywać; teraz stały
obydwie, założywszy ręce, patrząc chmurnie i podejrzliwie w moją twarz,
jak gdyby niepewne, czy jestem przy zdrowych zmysłach.
- Nic podobnego nigdy przedtem nie zrobiła - rzekła w końcu Bessie,
zwracając się do pokojowej.
- Ale to zawsze w niej tkwiło - brzmiała odpowiedź. - Często mówiłam
pani, co sądzę o tym dziecku, a pani zgadzała się ze mną. To chytre małe
stworzenie; nigdy nie widziałam dziecka w jej wieku tak bardzo skrytego.
Bessie nie odpowiedziała. Po chwili jednak, zwracając się do mnie,
rzekła:
- Panienka powinna rozumieć, że ma obowiązki wdzięczności względem pani
Reed; pani Reed panienkę utrzymuje; gdyby panienkę wygnała, musiałaby
panienka iść do przytułku.
Milczałam, gdyż słowa te nie były dla mnie nowiną. Od czasu jak sięgam
pamięcią, słyszałam już nieraz podobne napomknienia. To wymawianie mi,
że jestem na łasce, obijało się o moje uszy jak niejasna zwrotka; bardzo
było przykre i upokarzające, ale tylko na pół zrozumiałe. Abbot
dorzuciła:
- I nie powinna się panienka uważać za równą z pannami Reed i paniczem
dlatego, że pani łaskawie pozwala, by się panienka chowała razem z nimi.
Oni będą mieli dużo pieniędzy, a panienka nie będzie miała nic; panience
przystoi być pokorną i starać się im podobać.
- To, co panience mówimy, to tylko dla jej dobra - dodała Bessie
łagodniejszym głosem. - Panienka powinna starać się być pożyteczna i miła, a wtedy może będzie panienka miała tutaj swój dom; ale jeśli
panienka będzie gwałtowna i szorstka, to jestem pewna, że pani wyśle
stąd panienkę.
- A przy tym - wtrąciła Abbot - Pan Bóg może panienkę pokarać. Może jej
zesłać nagłą śmierć w chwili, gdy wyprawiać będzie hece, a wtedy dokąd
pójdzie? Chodźmy, Bessie, zostawmy ją tu. Nie chciałabym za nic mieć
takiego serca jak ona. Niech się panienka pomodli, gdy zostanie sama, bo
jeżeli panienka nie okaże skruchy, to coś złego może tu przyjść przez
komin i porwać panienkę.
Wyszły, zamykając drzwi za sobą i przekręcając klucz w zamku.
Czerwony pokój był to pokój zapasowy, w którym bardzo rzadko sypiano,
chyba że niespodziewany napływ gości do Gateshead Hall zmuszał
gospodarzy do użycia wszystkich pokoi. A jednak był to jeden z największych i najokazalszych pokoi we dworze. Na środku, podobnie jak
tabernakulum, stało łoże, wsparte na masywnych mahoniowych filarach, z kotarą z ciemnopąsowego adamaszku; dwa wielkie okna z zapuszczonymi
stale żaluzjami udrapowane były w festony i fałdy z podobnej materii;
dywan był czerwony; stół w nogach łoża nakryty był karmazynowym suknem;
ściany miały delikatny beżowy kolor z odcieniem różowym; szafa,
toaletka, krzesła były z ciemno politurowanego starego mahoniu. Na tle
tych ciemnych barw wznosił się wysoko i jaśniał białością stos materaców
i poduszek na łożu nakrytym śnieżnobiałą pikową kapą. Nie mniej zwracał
uwagę szeroki wyściełany fotel, stojący u wezgłowia łoża, również biały,
z ustawionym przed nim podnóżkiem; pomyślałam, patrząc nań, że wygląda
jak jakiś biały tron.
W pokoju tym było chłodno, gdyż rzadko w nim palono; cicho, gdyż leżał
daleko od dziecinnego pokoju i od kuchni; uroczyście, gdyż było wiadomo,
że tak rzadko go używano. Służąca tylko chodziła tam co sobota zetrzeć
tygodniowy kurz z luster i z mebli; sama zaś pani Reed odwiedzała go
czasami, by przejrzeć zawartość pewnej tajemnej szuflady w szafie, gdzie
były złożone różne pergaminy, jej szkatułka z klejnotami i miniatura jej
nieboszczyka męża. Tu leży tajemnica czerwonego pokoju, tajemnica jego
opuszczenia mimo okazałości.
Pan Reed nie żył już od lat dziewięciu; w tym pokoju wydał ostatnie
tchnienie; tutaj leżał wystawiony na paradnym katafalku; stąd ludzie z przedsiębiorstwa pogrzebowego wynieśli jego trumnę - i od tego dnia
uczucie uświęcającej grozy chroniło ten pokój od częstych odwiedzin.
Niska otomana, na której zostawiły mnie jak przykutą Bessie i złośliwa
Abbot, stała blisko marmurowego kominka; łóżko wznosiło się przede mną;
po prawej ręce umieszczona była wysoka ciemna szafa, której błyszcząca
powierzchnia załamywała odblaski światła; po lewej znajdowały się
udrapowane okna; wielkie lustro pomiędzy oknami odbijało opuszczony
majestat łóżka i pokoju. Nie byłam zupełnie pewna, czy one zamknęły
drzwi na klucz, i gdy odważyłam się poruszyć, wstałam i poszłam się
przekonać. Niestety, tak; żadne więzienie nie mogło być pewniejsze.
Wracając, musiałam przejść obok lustra; mój wzrok, jakby urzeczony,
spoczął na nim bezwiednie. Wszystko wyglądało w lustrze zimniejsze niż w rzeczywistości, a dziwna mała figurka patrząca stamtąd na mnie, z białą
twarzą i białymi rękami, jak plamy w ciemności, i błyszczącymi,
wystraszonymi oczami, poruszająca się nieśmiało tam, gdzie wszystko
tonęło w nieruchomości, zrobiła na mnie wrażenie prawdziwego ducha;
pomyślałam, że podobna jest do tych zjaw, co to są niby boginki, niby
chochliki, które wedle wieczornych opowiadań Bessie wychodzą z odludnych, paprocią zarosłych zakątków wśród wrzosowisk i jawią się
spóźnionym podróżnym. Powróciłam na swoje miejsce.
Strach zabobonny już w tej chwili zaczynał mnie ogarniać, ale nie była
to jeszcze godzina jego zupełnego zwycięstwa: czułam jeszcze ciepłą krew
w sobie; nastrój zbuntowanego niewolnika krzepił mnie gorzką mocą;
musiałam wpierw zatamować szybki pęd myśli biegnącej wstecz, zanimbym
się ugięła przed straszną chwilą obecną.
Cała brutalna tyrania Johna Reeda, dumna obojętność jego sióstr, odraza
ich matki, stronniczość służby, wszystko to burzyło się w mojej
zaniepokojonej duszy jak brudny osad w zamąconej studni. Dlaczego ja mam
zawsze cierpieć, zawsze być upokarzana, zawsze oskarżana, na zawsze
potępiona? Dlaczego nie mogłam nigdy nikomu dogodzić? Dlaczego daremnie
starałam się pozyskać czyjekolwiek względy? Elizę, która była uparta i samolubna, szanowano. Georgianie, rozpieszczonej, kapryśnej, skwaszonej,
kłótliwej i aroganckiej w obejściu, ogólnie pobłażano. Jej uroda, różowe
policzki i złote loki najwidoczniej zachwycały każdego, kto na nią
patrzył, i zapewniały bezkarność. Johnowi nikt się nie sprzeciwiał, tym
bardziej nikt go nie karał, chociaż ukręcał główki gołębiom, zabijał
małe pawięta, szczuł owce psami, winogrona w cieplarni ogołacał z owoców, obłamywał pączki najrzadszych roślin w oranżerii; mówił do matki
"moja stara", niekiedy urągał jej, że ma brzydką, ciemną cerę, taką, jak
on sam miał; szorstko opierał się wszelkim jej życzeniom, nieraz rozdarł
lub splamił jej jedwabną suknię, a jednak był zawsze jej "najdroższym
kochaniem". Ja nie ośmielałam się w niczym zawinić, usiłowałam spełniać
wszystkie swoje obowiązki, a jednak od rana do południa i od południa do
wieczora nazywano mnie niegrzeczną i nudną, kwaśną i skrytą.
Głowa wciąż mnie jeszcze bolała i krwawiła od uderzenia i upadku. Nikt
nawet nie zganił Johna za to, że mnie niesłusznie uderzył, lecz gdy w obronie przed dalszym bezpodstawnym gwałtem zwróciłam się przeciw niemu,
spadło na mnie ogólne potępienie.
"Co za niesprawiedliwość! Co za niesprawiedliwość!" - wołał mój rozum,
pobudzony przez ból do przedwczesnej, choć przejściowej przenikliwości,
i podniecona doznaną krzywdą szukałam w myśli jakichś niezwykłych
sposobów wydobycia się z tego nieznośnego ucisku. Przemyśliwałam, czyby
nie uciec, a gdyby to okazało się niemożliwe, czyby nie przestać jeść i pić i w ten sposób umrzeć.
Jakaż rozterka targała moją duszą tego okropnego popołudnia! Jak mózg
mój wrzał niepokojem, a serce buntem! A jednak w jakiej ciemnicy i głębokiej nieświadomości toczyła się ta walka duchowa! Nie mogłam
znaleźć odpowiedzi na wciąż powracające pytanie: dlaczego ja tak
cierpię; teraz z odległości tylu lat znajduję ją łatwo.
Byłam dysonansem w Gateshead Hall; do nikogo tam nie byłam podobna; nie
miałam nic wspólnego z panią Reed, jej dziećmi i dobranymi przez nią
domownikami. Jeżeli oni mnie nie kochali, to i ja również ich nie
kochałam. Nie mieli obowiązku kochać stworzenia, które nie mogło myśleć
tak jak oni; stworzenia tak odrębnego, tak krańcowo różniącego się od
nich temperamentem, zdolnościami, skłonnościami; stworzenia
niepotrzebnego, niemogącego służyć ich interesom lub przysparzać im
przyjemności; szkodliwego stworzenia, noszącego w duszy zarodki
oburzenia za ich traktowanie, pogardę dla ich sądu. Wiem, że gdybym była
dzieckiem żwawym, wesołym, niedbałym, wymagającym, ładnym,
rozpuszczonym, choć równie zależnym i równie bez przyjaciół, pani Reed
chętniej znosiłaby moją obecność, dzieci jej okazywałyby mi więcej
serdeczności, koleżeńskich uczuć, a służba mniej byłaby skłonna robić ze
mnie kozła ofiarnego w dziecinnym pokoju.
Światło dzienne w czerwonym pokoju zaczynało zanikać. Było już po
czwartej, a chmurne popołudnie chyliło się ku posępnemu zmrokowi.
Słyszałam, jak krople deszczu bezustannie biją w okno nad schodami, jak
wiatr wyje pośród klombów za domem; czułam, że stopniowo ziębnę na kość,
a wtedy opuściła mnie odwaga. Zwykły mój nastrój upokorzenia,
powątpiewania we własne siły, smutnej depresji opadł jak wilgotna mgła
na dogasające ognisko mojego gniewu. Wszyscy mówią, że jestem zła, a może to rzeczywiście prawda? Jakiż to pomysł miałam przed chwilą?
Zagłodzić się na śmierć? Przecież to z pewnością byłaby zbrodnia; a czy
jestem przygotowana na śmierć? I czy krypta pod amboną w kościele w Gateshead jest ponętnym schronieniem? Mówiono mi, że w takiej krypcie
pochowano pana Reeda. Ta myśl przywiodła mi go na pamięć; z coraz
większym lękiem rozmyślałam teraz o nim. Nie mogłam go pamiętać, ale
wiedziałam, że był moim rodzonym wujem, bratem mojej matki, że wziął
mnie do swojego domu, gdy byłam małym dzieckiem, sierotą zupełną; że na
łożu śmierci wymógł na pani Reed obietnicę, że będzie mnie chowała i utrzymywała jak własne dziecko. Pani Reed prawdopodobnie uważała, że
dotrzymuje obietnicy; i dotrzymywała jej niezawodnie tak, jak na to
pozwalała jej natura; ale w istocie jakże mogła lubić narzucone sobie
dziecko nie z jej rodu, niezwiązane z nią po śmierci męża żadnymi
więzami? Musiało jej być ciężko czuć się zniewoloną wymuszonym
przyrzeczeniem do zastępowania matki obcemu dziecku, którego kochać nie
mogła, i widzieć to tak odmienne, obce stworzenie stałym uczestnikiem
jej rodzinnego kółka.
Szczególna myśl zaczęła we mnie świtać. Nie wątpiłam, tak, nie wątpiłam
nigdy, że gdyby pan Reed żył, obchodziłby się ze mną dobrotliwie; a teraz, gdym tak siedziała, patrząc na białe łóżko i ciemniejące ściany -
raz po raz jak urzeczona spoglądając ku niejasno połyskującemu
zwierciadłu - zaczęłam sobie przypominać, co słyszałam o umarłych,
niemogących zaznać spokoju w grobach, kiedy się pogwałca ich ostatnie
życzenia, i odwiedzających ten świat, ażeby ukarać wiarołomnych i pomścić uciśnionych. Pomyślałam, że duch pana Reeda, dręczony krzywdą
dziecka jego siostry, mógłby opuścić swoją siedzibę - czy to w krypcie
kościelnej, czy gdzieś w nieznanym świecie umarłych - i stanąć przede
mną w tym oto pokoju. Otarłam łzy i powstrzymałam łkanie w obawie, by
ten objaw gwałtownego żalu nie zbudził jakiegoś nadnaturalnego głosu ku
memu pocieszeniu albo nie wywołał z mroku twarzy w aureoli, schylającej
się nade mną z dziwną litością. Czułam, że przypuszczenie to,
pocieszające teoretycznie, byłoby straszne, gdyby się ziściło; całą mocą
starałam się je odegnać, starałam się być odważna. Odgarnąwszy włosy z oczu, podniosłam głowę i usiłowałam śmiało rozejrzeć się po ciemnym
pokoju. W tej chwili jakieś światło zajaśniało na ścianie. "Czy to
promień księżyca - zadałam sobie pytanie - przedziera się przez szparę w żaluzji?" Nie; światło księżyca byłoby nieruchome, a to się porusza;
gdym na nie patrzyła, przesunęło się na sufit i zadrżało nad moją głową.
Łatwo dziś mogę zrozumieć, że ta smuga światła najprawdopodobniej
pochodziła z latarni niesionej przez kogoś, kto przechodził pod oknami;
wtedy jednak, oczekując rzeczy strasznych, mając nerwy rozbite z powodu
wstrząsu, wyobraziłam sobie, iż ten nagły błysk światła to zwiastun
nadciągającej zjawy z drugiego świata. Serce zabiło we mnie mocno, krew
uderzyła mi do głowy, w uszach poczułam szum, który wzięłam za szum
skrzydeł; wydało mi się, że coś się do mnie zbliża; tchu nie mogłam
złapać, nie starczyło mi wytrzymałości; rzuciłam się do drzwi i zaczęłam
rozpaczliwym wysiłkiem szarpać klamkę. Wzdłuż korytarza usłyszałam
kroki; obrócono klucz w zamku i weszła Bessie z Abbot.
- Panno Eyre, czy panienka chora? - zapytała Bessie.
- Co za straszny hałas! Aż mną zatrząsł - zawołała Abbot.
- Wypuśćcie mnie! Pozwólcie mi pójść do dziecinnego pokoju! -
krzyczałam.
- Dlaczego? Czy się panience co stało? Czy panienka co zobaczyła? -
znowu zapytała Bessie.
- Ach! Zobaczyłam światło i myślałam, że to duch przychodzi! - chwyciłam
teraz rękę Bessie, której mi nie cofnęła.
- Ona umyślnie wrzeszczała - oświadczyła, krzywiąc się Abbot. - A co to
był za wrzask! Gdyby ją coś bardzo bolało, można by to jeszcze darować,
ale ona tylko chciała ściągnąć nas wszystkich tutaj; już ja znam jej
miłe sztuczki!
- Co się tutaj dzieje? - zapytał inny głos władczo; to pani Reed
nadeszła korytarzem w rozwiązanym czepeczku, groźnie szumiąc jedwabiami.
- Abbot, Bessie, zdaje się, że wydałam rozkaz, aby Jane pozostała w czerwonym pokoju, dopóki ja sama do niej nie przyjdę.
- Panna Jane krzyczała tak głośno, proszę pani - tłumaczyła się Bessie.
- Puść ją - brzmiała odpowiedź. - Puść rękę Bessie, dziecko; nie uda ci
się wydostać stąd tym sposobem, bądź pewna. Nie znoszę chytrości,
zwłaszcza u dzieci. Mam obowiązek pokazać ci, że podstępne sztuczki na
nic się nie zdadzą; zostaniesz tu jeszcze o godzinę dłużej, a wypuszczę
cię tylko wtedy, kiedy będziesz uległa i cicha.
- O wujenko, miej litość! Przebacz mi! Nie mogę tego znieść! Ukarz mnie
innym sposobem! To zabije mnie, jeżeli...
- Cicho bądź! Co za wstrętna gwałtowność!
Wujenka zapewne tak czuła; byłam w jej oczach przedwcześnie dojrzałą
komediantką; szczerze widziała we mnie mieszaninę złośliwych
namiętności, niskiego charakteru i niebezpiecznej obłudy.
Bessie i Abbot odeszły, a pani Reed, zniecierpliwiona moim nowym
gwałtownym wybuchem bólu i rozpaczliwego szlochania, wtrąciła mnie z powrotem do pokoju i zamknęła drzwi na klucz bez dalszego gadania.
Słyszałam, jak odchodzi. Wkrótce po jej odejściu - przypuszczam -
musiałam dostać jakiegoś ataku. Straciłam przytomność.
Rozdział III
Przypominam sobie, że potem obudziłam się z uczuciem, jakby straszna
zmora dręczyła mnie we śnie. Widziałam przed sobą okropny czerwony
blask, popstrzony grubymi, czarnymi drągami; słyszałam głucho brzmiące
głosy, jakby stłumione płynącą wodą albo wiatrem: wzburzenie, niepewność
i górujące nad wszystkim przerażenie zmąciły moje zmysły. Niebawem
poczułam, że ktoś mnie dotyka, że mnie podnosi i podtrzymuje w pozycji
siedzącej, i to delikatniej, niż to kiedykolwiek czyniono ze mną.
Oparłam głowę o poduszkę czy ramię i poczułam się lepiej.
Po pięciu minutach chmura otumanienia rozwiała się; wyraźnie zdałam
sobie sprawę, że znajduję się we własnym łóżku i że ten czerwony blask
to ogień na kominku w pokoju dziecinnym. Była noc; świeca paliła się na
stole; Bessie stała w nogach łóżka z miednicą w rękach, a jakiś pan
siedział na krześle koło mojej poduszki, pochylając się nade mną.
Poczułam niewymowną ulgę, uspokajającą pewność opieki i bezpieczeństwa,
gdy się przekonałam, że w pokoju jest obcy człowiek, ktoś, kto nie
należy do Gateshead ani nie jest krewnym pani Reed. Odwróciwszy się od
Bessie (choć jej obecność nie była mi tak niemiła, jak byłaby, na
przykład, obecność Abbot), przyjrzałam się twarzy tego pana. Poznałam
go; był to pan Lloyd, aptekarz, wzywany niekiedy przez panią Reed, gdy
zachorował ktoś ze służby; do siebie i dzieci wzywała doktora.
- No, proszę, kto ja jestem? - zapytał.
Wymówiłam jego nazwisko i równocześnie podałam mu rękę. Wziął ją,
uśmiechając się, i powiedział:
- Pomaleńku przychodzimy do siebie.
Po czym ułożył mnie z powrotem i zapowiedział Bessie, że muszę mieć
zupełny spokój w nocy. Dał jeszcze kilka wskazówek, zapowiedział, że
zajrzy nazajutrz, i odszedł, ku mojemu zmartwieniu; dopóki siedział przy
moim łóżku, czułam się bezpiecznie, a gdy zamknął drzwi za sobą, cały
pokój pociemniał i serce się we mnie ścisnęło; osiadł w nim niewymowny
smutek.
- Czy panienka czuje, że będzie mogła zasnąć? - zapytała Bessie wcale
łagodnie.
Zaledwie śmiałam jej odpowiedzieć, tak się bałam, że następne zdanie
będzie brzmiało szorstko.
- Spróbuję.
- Czy nie chciałaby panienka napić się czego? A może by panienka co
zjadła?
- Nie, dziękuję.
- Jeżeli tak, to ja się położę, bo to już po dwunastej; ale może mnie
panienka zawołać, gdyby potrzebowała czego w nocy.
Co za zadziwiająca uprzejmość! Ośmieliło mnie to, więc zapytałam:
- Co się ze mną dzieje? Czy jestem chora?
- Zasłabła panienka, zdaje się, w czerwonym pokoju od płaczu, ale
wkrótce z pewnością panienka wydobrzeje.
Bessie weszła do pokoju służącej, który znajdował się obok. Słyszałam,
jak mówi:
- Saro, śpij ze mną w pokoju dziecinnym; za nic w świecie nie chciałabym
być sama z tym biednym dzieckiem dziś w nocy, a nuż umrze. To taka
dziwna rzecz, że miała ten atak; ciekawa jestem, czy ona co zobaczyła.
Pani była za surowa.
Bessie wróciła z Sarą; położyły się; szeptały z sobą przed zaśnięciem
dobre pół godziny. Z urywków ich rozmowy, które mnie dolatywały aż nadto
wyraźnie, dorozumieć się mogłam, o czym mówią.
- Coś koło niej przeszło, całe ubrane na biało, i znikło... Wielki
czarny pies szedł za nim... Trzy głośne stuknięcia do drzwi pokoju...
Światło na cmentarzu wprost nad jego grobem... itp., itp.
W końcu obie zasnęły. Ogień na kominku wygasł, świeca się wypaliła;
długa wydała mi się ta noc strasznej bezsenności; oczy, uszy i umysł
wyostrzał strach - taki strach, jaki dzieci tylko potrafią odczuwać.
Żadna poważna dłuższa choroba nie nastąpiła po tym wypadku w czerwonym
pokoju; uległam tylko wtedy wstrząsowi nerwów, którego ślady odczuwam do
dziś dnia. Tak, pani Reed, tobie zawdzięczam niektóre straszne męki
duchowe, ale powinna bym ci wybaczyć, gdyż nie wiedziałaś, co czynisz;
szarpiąc struny mego serca, sądziłaś, że tylko wykorzeniasz ze mnie złe
skłonności.
Nazajutrz w południe, wstawszy i ubrawszy się, usiadłam otulona w szal
przy kominku w pokoju dziecinnym. Fizycznie czułam się słaba i wyczerpana; ale więcej dokuczało mi to, że byłam tak niewypowiedzianie
nieszczęśliwa; tak nieszczęśliwa, że mi to wyciskało milczące łzy z oczu; ledwie jedną słoną kroplę otarłam z policzka, płynęła za nią
druga. "A jednak - myślałam - powinnam była czuć się dobrze, gdyż żadnej
z moich kuzynek nie ma w pobliżu". Wyjechały powozem z matką. I Abbot
szyła w innym pokoju, a Bessie, krzątając się tu i tam, zbierając
zabawki i porządkując w szufladach, przemawiała do mnie raz po raz
niezwykle dobrotliwie. Taki stan rzeczy powinien był być dla mnie rajem,
dla mnie, przyzwyczajonej do ciągłej besztaniny, do ciągłego
komenderowania; w rzeczywistości moje rozstrojone nerwy były w takim
stanie, że żaden spokój nie mógł ich uciszyć, żadna przyjemność nie była
im miła.
Bessie zeszła do kuchni i przyniosła mi ciasteczko z owocami na barwnie
malowanym porcelanowym talerzu. To malowidło na porcelanie,
przedstawiające rajskiego ptaka otoczonego girlandą pączków różanych,
było zawsze przedmiotem mojego najgorętszego podziwu. Często prosiłam,
żeby mi pozwolono wziąć ten talerz do ręki, bym się dokładniej mogła
przyjrzeć rysunkowi - nigdy jednak nie uważano mnie za godną tego
przywileju. Ten cenny przedmiot umieszczono mi teraz na kolanach i zapraszano serdecznie, żebym zjadła delikatne ciasteczko. Daremna łaska!
Przychodziła za późno, jak wiele innych upragnionych, a długo
odwlekanych łask. Nie mogłam zjeść ciastka, a upierzenie ptaka i barwy
kwiatów wydały mi się dziwnie wyblakłe; odsunęłam talerz i ciastko.
Bessie zapytała, czy podać mi jaką książkę: słowo książka ożywiło mnie
na razie, poprosiłam ją, żeby mi przyniosła z biblioteki Podróże
Guliwera. Książkę tę czytałam wiele razy z rozkoszą. Uważałam ją za
opowieść prawdziwą i więcej mnie zajmowała niż bajki o wróżkach i krasnoludkach. Co się tyczy krasnoludków, to ponieważ szukałam ich na
próżno pod liśćmi łopianu i dzwonków, pod grzybami i pod cieniem
bluszczów, osłaniających stare zakątki murów, pogodziłam się w końcu z tą smutną prawdą, że wszystkie one musiały opuścić Anglię i przenieść
się gdzieś do dzikiego kraju, gdzie lasy są większe i gęstsze, a ludność
nie tak liczna. Natomiast wierzyłam w istnienie krainy Liliputów i Brobdingnagów i nie wątpiłam, że kiedyś, odbywszy długą podróż, zobaczę
na własne oczy te małe pólka, domki i drzewka, tych malusieńkich
człowieczków, krowy, owce i ptaki jednego królestwa oraz zboża, wysokie
jak lasy, olbrzymie psy, potworne koty, mężczyzn i kobiety jak wieże -
drugiego kraju. Jednakże, gdy dostałam teraz do rąk ten ulubiony tom,
gdy zaczęłam przewracać jego karty, szukając w przedziwnych obrazkach
tego uroku, który tam dotychczas zawsze znajdowałam, wszystko to wydało
mi się niesamowite i straszne; olbrzymy były jakimiś ogromnymi upiorami,
Pigmejczycy - złośliwymi, przeraźliwymi chochlikami, Guliwer zaś był
nieszczęsnym wędrowcem po strasznych i niebezpiecznych krainach.
Zamknęłam książkę, której nie śmiałam już dłużej oglądać, i położyłam ją
na stole obok nietkniętego ciastka.
Bessie skończyła tymczasem ścierać kurze i porządkować w pokoju. Umywszy
ręce, otworzyła małą szufladę, pełną resztek wspaniałych jedwabi i atłasów, i zaczęła fabrykować nowy kapelusz dla lalki Georgiany. Przy
robocie śpiewała. Była to piosenka, która się zaczynała:
Kiedy szliśmy na wędrówkę
Dawno temu...
Ile razy dawniej słyszałam tę piosenkę, zawsze odczuwałam żywą
przyjemność, gdyż Bessie miała miły głos, przynajmniej mnie się takim
wydawał. Ale tym razem, chociaż głos jej ciągle był miły, odczułam w tej
melodii niewysłowiony smutek. Chwilami, zajęta swoją robotą, śpiewała
końcowy refren ciszej, mocno go zwalniając. "Dawno temu" brzmiało jak
najsmutniejszy refren żałobnego hymnu. Zaczęła śpiewać inną balladę, tym
razem naprawdę smutną.
Stopy mam obolałe i chwiejny mój krok,
A droga taka długa przez górskie wykroty;
Wkrótce spłynie na ścieżkę bezmiesięczny mrok
I noc zagubi ślady ubogiej sieroty.
O, czemuż mię wysłano w tę samotną dal,
Gdzie wrzos się jeno pleni od groty do groty?
Twarde są ludzkie serca i obcy im żal,
Anioł czuwał jedynie nad drogą sieroty.
Delikatny i ciepły owiewał mię wiatr
I gwiazdy z nieb mi słały blask senny i złoty,
Jak gdyby sam Bóg Ojciec w dobroci swej kładł
Spoczynek i nadzieję pod stopy sieroty.
Gdyby nawet pode mną miał zwalić się most
Czy błędny ognik zwiódł mię w toń ziejącą błotem -
Wiem, że mój Ojciec w niebie usłyszy mój głos
I przytuli do łona ubogą sierotę.
Wiem, że jest ktoś na niebie, kto doda mi sił,
Choć nie mam już do życia na ziemi ochoty,
Dziś niebo moim domem, gdy ziemię mrok skrył,
A Bóg jest przyjacielem ubogiej sieroty1.
- No, proszę, panno Jane, proszę nie płakać - powiedziała Bessie,
skończywszy. Mogła równie dobrze powiedzieć ogniowi: "Nie pal się". Lecz
skądże ona mogła odgadnąć, jak bardzo cierpię? Przed południem przyszedł
znowu pan Lloyd.
- Jak to? Wstaliśmy już? - zapytał, wchodząc. - Jakże, panno Bessie,
czuje się nasza chora?
Bessie odpowiedziała, że czuję się bardzo dobrze.
- W takim razie powinna mieć weselszą minkę. Proszę tu przyjść, panno
Jane; panience na imię Jane, prawda?
- Tak, proszę pana, Jane Eyre.
- Otóż panienka płakała; czy może mi panienka powiedzieć, dlaczego? Czy
panienkę co boli?
- Nie, proszę pana.
- Ach! Myślę, że ona płacze, ponieważ nie mogła wyjechać z panią powozem
- wtrąciła Bessie.
- Z pewnością nie dlatego. Za duża jest na taką dziecinadę.
I ja to samo myślałam, a dotknięta w miłości własnej tym niesłusznym
zarzutem odpowiedziałam czym prędzej:
- Nigdy w życiu dla czegoś podobnego nie płakałam, nie cierpię jeździć
powozem. Płaczę, bo jestem nieszczęśliwa.
- O, wstydziłaby się panienka! - rzekła Bessie.
Poczciwy aptekarz zdawał się trochę zdziwiony. Stałam przed nim;
przyglądał mi się długo; miał małe, siwe oczy, nie bardzo jasne, ale
dziś nazwałabym je bystrymi; twarz jego o surowych rysach miała wyraz
poczciwości. Przypatrzywszy mi się do woli, powiedział:
- Wskutek czego to panienka zachorowała?
- Upadła - rzekła Bessie, znów się wtrącając.
- Upadła! To znowu jak małe dzieciątko! Czy ona nie umie chodzić w tym
wieku? Musi mieć chyba z osiem albo dziewięć lat.
- Upadłam, bo mnie uderzono - dałam śmiałe wyjaśnienie, które wyrwała ze
mnie znów boleśnie dotknięta duma. - Ale to nie od tego zachorowałam -
dodałam, podczas gdy pan Lloyd zażywał niuch tabaki.
W chwili gdy wkładał tabakierkę z powrotem do kieszeni, odezwał się
głośny dzwonek wzywający służbę na obiad. Pan Lloyd wiedział, co to
znaczy.
- To na pannę - rzekł. - Proszę spokojnie iść na dół; ja tu tymczasem
dam burę panience Jane.
Bessie byłaby wolała zostać, ale musiała pójść, gdyż punktualność w porze posiłków była surowo przestrzegana w Gateshead Hall.
- Skoro nie upadek spowodował zasłabnięcie panienki, co zatem? -
dopytywał się pan Lloyd dalej po odejściu Bessie.
- Zamknięto mnie w pokoju, gdzie duch pokutuje, i trzymano nawet, kiedy
się ściemniło.
Ujrzałam, że pan Lloyd uśmiecha się i równocześnie marszczy.
- Duch! No co, dzieciak z panienki, koniec końców. Boi się panienka
duchów?
- Ducha pana Reeda boję się: umarł w tym pokoju, tam go wystawiono po
śmierci; ani Bessie, ani nikt inny nie wejdzie tam za żadne skarby w nocy, i to było okrutne zamykać mnie tam samą bez świecy, to było tak
okrutne, że myślę, iż tego nigdy nie zapomnę.
- Co znowu? I to dlatego czuje się panienka tak nieszczęśliwa? Boi się
panienka teraz, za dnia?
- Nie, ale noc znów niedługo przyjdzie, a przy tym... ja jestem
nieszczęśliwa... bardzo nieszczęśliwa z innego powodu.
- Z innego powodu? Czy może mi panienka powiedzieć, z jakiego?
Jak bardzo pragnęłam odpowiedzieć wyczerpująco na to pytanie! Jak trudno
mi było ułożyć odpowiedź! Dzieci umieją czuć, ale nie umieją analizować
swoich uczuć; a jeżeli nawet dokonują częściowo analizy w myśli, nie
umieją rezultatu wyrazić słowami. Obawiając się jednak stracić tę
pierwszą i jedyną sposobność ulżenia swemu zmartwieniu przez
wypowiedzenie go, zdołałam, po kłopotliwym milczeniu, ująć je w zwięzłą,
ale szczerą odpowiedź:
- Przede wszystkim nie mam ani ojca, ani matki, ani sióstr, ani braci.
- Ma panienka dobrą wujenkę i kuzynków.
Milczałam znowu, a potem wybuchnęłam:
- Ale to John Reed tak mnie uderzył, że upadłam, a wujenka zamknęła mnie
w czerwonym pokoju.
Pan Lloyd po raz drugi wyciągnął tabakierkę.
- Czy nie uważa panna Jane, że Gateshead Hall to bardzo piękny dom? -
zapytał. - Czy nie jest panienka z tego rada, że może mieszkać w tak
pięknym domu?
- To nie mój dom, proszę pana, a Abbot powiada, że mam mniej prawa być
tutaj niż służąca.
- Co tam! Panienka nie jest chyba tak nierozsądna, żeby pragnęła opuścić
tak wspaniały dom.
- Gdybym miała dokąd pójść, opuściłabym go chętnie; ale ja nigdy nie
będę mogła wydostać się z Gateshead, dopóki nie będę dorosłą kobietą.
- A może by panienka mogła, kto wie? Czy panienka ma jakichś krewnych
oprócz pani Reed?
- Zdaje mi się, że nie, proszę pana.
- Żadnych ze strony ojca?
- Nie wiem. Pytałam raz wujenki, odpowiedziała, że może i mam jakichś
biednych, niskiej kondycji krewnych nazwiskiem Eyre, ale ona nic o nich
nie wie.
- A gdyby panienka miała takich krewnych, czy chciałaby panienka udać
się do nich?
Namyślałam się. Bieda ma pozór straszny dla ludzi dorosłych, tym
bardziej dla dzieci; nie mają one pojęcia o pracowitej, pilnej,
przyzwoitej niezamożności; dla nich wyraz "bieda" wiąże się z łachmanami, głodem, kominkiem bez ognia, szorstkim obejściem i niskimi
nałogami; dla mnie "bieda" oznaczała poniżenie.
- Nie, nie chciałabym należeć do ludzi biednych - odpowiedziałam.
- Nawet gdyby byli dobrzy dla ciebie?
Potrząsnęłam głową: nie mogłam zrozumieć, jakim sposobem ludzie biedni
mogą być dobrzy; nauczyć się mówić jak oni, nabrać ich manier, być
niewykształconą, wyrosnąć na podobieństwo jednej z tych biednych kobiet,
jakie widywałam niekiedy, gdy karmiły dzieci albo prały ubrania przed
drzwiami chat we wsi Gateshead; nie, nie miałam w sobie dosyć
bohaterstwa, by chcieć kupić wolność za cenę wyjścia ze swojej sfery.
- Ale czyż krewni panienki są aż tak bardzo biedni? Czy to są robotnicy?
- Nie wiem; wujenka Reed powiedziała, że jeżeli mam jakichś, to muszą
być żebraczą hołotą, a ja bym nie chciała chodzić po żebraninie.
- Czy chciałaby panienka pójść do szkoły?
Znowu zaczęłam się namyślać; niewiele wiedziałam, czym jest szkoła.
Bessie niekiedy mówiła o szkole jako o miejscu, gdzie panienki za karę
sadzano w dybach, gdzie im zawieszano tablice na piersiach i gdzie
wymagano od nich nadzwyczajnej dystynkcji i dokładności we wszystkim.
John Reed nie cierpiał swojej szkoły i wygadywał na nauczyciela; jednak
gusta Johna Reeda nie były dla mnie prawem, a jeżeli opowiadanie Bessie
o rygorze w szkole (słyszała o tym od panienek tej rodziny, w której
przebywała, zanim przybyła do Gateshead) wzbudzały we mnie pewien
strach, to szczegóły o rozmaitych umiejętnościach, nabytych przez te
same panienki, nęciły mnie wielce. Wychwalała piękne widoki i kwiaty
malowane przez nie, piosenki, które umiały śpiewać, i utwory, które
umiały grać; opowiadała o sakiewkach, które umiały robić szydełkiem, o francuskich książkach, które umiały tłumaczyć. Słuchając tego miałam
ochotę współzawodniczyć z nimi. A przy tym szkoła byłaby całkowitą
odmianą; łączyła się z nią długa podróż, zupełne rozstanie z Gateshead,
przejście do nowego życia.
- Tak, chciałabym pójść do szkoły - brzmiała odpowiedź, głośny wynik
moich rozmyślań.
- No, no, nie wiadomo, co się stać może - powiedział pan Lloyd, wstając.
- Dziecku potrzeba zmiany powietrza i otoczenia - dodał, mówiąc do
siebie - nerwy w nieszczególnym stanie.
Bessie powróciła teraz; równocześnie rozległ się turkot powozu po
wysypanej żwirem drodze.
- Czy to wasza pani powróciła, panno Bessie? - zapytał pan Lloyd. -
Chciałbym pomówić z nią, zanim odejdę.
Bessie poprosiła pana Lloyda do pokoju śniadaniowego i wyszła pierwsza,
by wskazać mu drogę. W rozmowie, która nastąpiła teraz, wnosząc z tego,
co zaszło później, pan aptekarz odważył się poradzić, by mnie odesłano
do szkoły. Rada ta niewątpliwie była chętnie przyjęta, gdyż jak
powiedziała Abbot, omawiając tę sprawę z Bessie, podczas gdy szyły
pewnego wieczoru w dziecinnym pokoju, a ja leżałam już w łóżku i one
myślały, że śpię: "Pani byłaby, zdaje mi się, kontenta pozbyć się
takiego nudnego, niemiłego dziecka, które zawsze wszystkich szpieguje i jakieś tam intrygi po cichu obmyśla". Abbot widocznie poczytywała mnie
za jakiegoś dziecinnego Guya Fawkesa.
Przy sposobności dowiedziałam się po raz pierwszy z tego, co Abbot
opowiadała Bessie, że ojciec mój był niezamożnym duchownym; że matka
moja wyszła za niego wbrew woli rodziny, która uważała tę partię za
nieodpowiednią dla niej; że mój dziadek Reed tak się rozgniewał tym jej
nieposłuszeństwem, iż wydziedziczył ją i nie dał ani szylinga; że po
roku małżeństwa ojciec mój zaraził się podczas epidemii tyfusu,
odwiedzając biednych w wielkim fabrycznym mieście, gdzie leżała jego
parafia; że matka moja zaraziła się od niego i oboje zmarli, jedno w miesiąc po drugim.
Słysząc to opowiadanie, Bessie westchnęła i powiedziała:
- Biedna panna Jane też jest godna litości, Abbot!
- Tak, zapewne - odpowiedziała Abbot - gdyby to było miłe, ładne
dziecko, można by współczuć z jej sieroctwem; ale doprawdy nie można
lubić takiej małej ropuchy jak ona.
- Nie można jej bardzo lubić, przyznaję - zgodziła się Bessie - w każdym
razie taka piękność jak panna Georgiana byłaby bardziej wzruszająca w tym samym położeniu.
- Tak, ja przepadam za panną Georgianą! - zawołała Abbot z zapałem. -
Ślicznotka kochana!... Z długimi lokami, niebieskimi oczami i tymi
ślicznymi rumieńczykami jak malowanie!... Zjadłabym grzanki z serem na
kolację, Bessie.
- I ja też, z przyrumienioną cebulką. No, chodźmy na dół. I poszły.
Przełożył Włodzimierz Lewik. [wróć]
Rozdział IV
Rozmowa moja z panem Lloydem i to, co usłyszałam z rozmowy między Bessie
a Abbot, dodało mi dostatecznego bodźca, by pragnąć powrotu do zdrowia;
zdawało się, że nadchodzi jakaś zmiana, pragnęłam jej i oczekiwałam w milczeniu. Odwlekało się to jednak; dni i tygodnie mijały. Odzyskałam
zdrowie, ale nie było żadnej wzmianki o sprawie, która mnie tak
interesowała. Pani Reed przyglądała mi się czasem surowym wzrokiem, ale
rzadko do mnie przemawiała. Od czasu mojej choroby akcentowała silniej
przedział pomiędzy mną a własnymi dziećmi. Wyznaczyła dla mnie małą
komóreczkę, gdzie sypiałam sama, kazała mi osobno jadać i przebywać
stale w pokoju dziecinnym, gdy kuzynki bawiły ciągle w salonie. Ani
słowem jednak nie wspomniała o sprawie posłania mnie do szkoły; pomimo
to odczuwałam instynktowną pewność, że już niedługo będzie mnie znosić
pod wspólnym dachem, gdyż jej spojrzenia, zwracane ku mnie, wyrażały
teraz więcej niż kiedykolwiek nieopanowaną i głęboką odrazę.
Eliza i Georgiana, widocznie stosując się do rozkazów, mówiły do mnie
możliwie jak najmniej; John naigrawał się ze mnie, ile razy mnie
zobaczył, a raz nawet spróbował mnie zbić; ponieważ jednak natychmiast
stanęłam w pozycji obronnej, poruszona tym samym uczuciem gniewu i rozpaczliwego buntu, jaki mnie był poniósł poprzednio, uważał, że lepiej
dać spokój, i uciekł, wymyślając mi i zaklinając się, że mu rozbiłam
nos. Istotnie wymierzyłam w ten wystający punkt cios niezgorszy, a widząc, że go poskromiłam tym uderzeniem czy też wyrazem twarzy, miałam
wielką ochotę dopełnić miary zwycięstwa; on jednakże już zdążył schronić
się pod skrzydła swojej mamusi. Słyszałam, jak płaczliwym głosem zaczął
opowiadać, że "ta szkaradna Jane rzuciła się na niego jak wściekła
kotka..." Matka przerwała mu ostro:
- Nie mów mi o niej, kochanie; powiedziałam wam, że macie się do niej
nie zbliżać; ona nie jest tego godna, nie chcę, ażebyście się z nią
zadawali, ani ty, ani twoje siostry.
Wtedy, przechylając się przez poręcz schodów, zawołałam nagle, wcale się
nad moimi słowami nie zastanowiwszy:
- To oni nie są godni zadawać się ze mną!
Pani Reed była osobą raczej tęgą, ale usłyszawszy to dziwne i zuchwałe
oświadczenie, wbiegła lekko na schody, jak wicher porwała mnie i zaciągnęła do pokoju dziecinnego; rzuciwszy mnie na brzeg mego łóżka, z całym naciskiem zapowiedziała:
- Żebyś mi nie śmiała ruszyć się stąd i słowa jednego wymówić do końca
dnia!
- Co by na to wuj Reed powiedział, gdyby żył? - zapytałam prawie mimo
woli. Mówię: "prawie mimo woli", gdyż język mój wymawiał wyrazy bez
zgody mojej woli; mówiło przeze mnie coś, nad czym nie panowałam.
- Co? - powiedziała pani Reed głosem ściszonym; jej zwykle spokojne,
zimne siwe oczy zamąciły się jak gdyby wyrazem lęku; puściła moje ramię
i patrzyła na mnie, jakby w istocie nie wiedziała, czy ma przed sobą
dziecko, czy szatana. Ale ja już wzięłam na kieł.
- Wuj Reed jest w niebie i stamtąd może widzieć wszystko, co wujenka
robi i myśli; i mój tatuś, i moja mama też, oni widzą, że wujenka mnie
całymi dniami zamyka i życzy sobie, żebym umarła.
Pani Reed opanowała się niebawem: wytrzęsła mnie z całej siły, wytargała
za uszy i nie mówiąc słowa, wyszła. Bessie następnie wygłosiła mi
godzinne kazanie, w którym dowodziła niezbicie, że jestem
najniegodziwszym, najniepoczciwszym dzieckiem, jakie się kiedykolwiek
uchowało. Uwierzyłam jej w połowie, gdyż czułam istotnie, że tylko złe,
gniewne uczucia kotłują w mej duszy.
Minął listopad, grudzień i połowa stycznia. Boże Narodzenie i Nowy Rok
obchodzono w Gateshead jak zwykle radośnie i uroczyście; wymieniano
nawzajem podarki, wydawano obiady i przyjęcia wieczorne. Ze wszystkich
tych uciech byłam, naturalnie, wyłączona i mój udział w tych
wesołościach polegał na przypatrywaniu się, jak strojono Elizę i Georgianę, jak potem schodziły do salonu ubrane w lekkie muślinowe
sukienki i szkarłatne szarfy, z włosami ufryzowanymi starannie w loki; a później na przysłuchiwaniu się płynącym z dołu dźwiękom fortepianu i harfy, na przypatrywaniu się, jak tam i na powrót krążyli lokaje, jak
dźwięczało szkło i porcelana, gdy roznoszono zakąski, a ile razy
otwierano drzwi salonu, dolatywał zmieszany gwar rozmów. Zmęczywszy się
tym zajęciem, wracałam ze schodów do pustego i cichego dziecinnego
pokoju; tam, chociaż trochę smutna, nigdy nie czułam się nieszczęśliwa.
Prawdę powiedziawszy, nie miałam najmniejszej ochoty iść pomiędzy gości,
gdyż w towarzystwie rzadko na mnie zwracano uwagę, i gdyby tylko Bessie
była dobra i towarzysko usposobiona, uważałabym za prawdziwą przyjemność
spędzać wieczory z nią zamiast pod groźnym okiem pani Reed w salonie
pełnym pań i panów. Jednakże Bessie, skoro tylko ubrała swoje panienki,
zwykła była przenosić się w bardziej ożywione sfery kuchni i do pokoju
gospodyni, zazwyczaj i świecę zabierając z sobą. Wtedy, dopóki ogień nie
przygasł, siedziałam z lalką na kolanach, oglądając się raz po raz
dokoła, by się przekonać, czy coś gorszego ode mnie nie pokutuje w tym
mrocznym pokoju; a gdy już głownie nabierały ciemnoczerwonego koloru,
rozbierałam się prędko, szarpiąc, jak umiałam, węzły i tasiemki, i chroniłam się przed zimnem i ciemnością do łóżeczka. Do tego łóżeczka
zabierałam zawsze swoją lalkę. Istota ludzka musi coś kochać, a ja w braku godniejszych kochania przedmiotów znajdowałam przyjemność w kochaniu i pieszczeniu tej wyblakłej podobizny człowieka, lichej i źle
ubranej jak miniaturowy strach na wróble. Zastanawia mnie to, gdy sobie
przypominam, jak niedorzecznie a szczerze rozpływałam się nad tą
zabaweczką, wyobrażając sobie, że ona żyje i zdolna jest odczuwać. Nie
byłabym mogła usnąć, nie otuliwszy jej wpierw swoją nocną koszulką, a gdy leżała przy mnie bezpieczna i ciepła, czułam się stosunkowo dobrze,
wierząc, że i ona również czuje się dobrze.
Dłużyły mi się godziny oczekiwania na odjazd gości. Nadsłuchiwałam
odgłosu kroków Bessie na schodach; niekiedy przychodziła to po
naparstek, to po nożyczki, czasami przynosiła coś na kolację - jakąś
bułeczkę albo ciastko z serem, wtedy siedziała na łóżku, podczas gdy
jadłam, a gdy skończyłam, otulała mnie szczelnie kocami, pocałowała mnie
nawet dwa razy i powiedziała: "Dobranoc, panno Jane". Gdy była taka miła
i łagodna, wydawała mi się najlepszą, najładniejszą, najpoczciwszą w świecie istotą i tylko jak najgoręcej pragnęłam, żeby zawsze była taka
miła i dobra, a nie popychała mnie, nie burczała na mnie, nie stawiała
mi nierozsądnych żądań, co aż nazbyt często robiła.
Bessie Lee była, jak sądzę, zdolną z natury dziewczyną, gdyż wszystko
robiła składnie i ładnie i miała wybitny dar opowiadania, tak mi się
przynajmniej zdaje, sądząc z wrażenia, jakie wywierały na mnie jej
bajki. I ładna była przy tym, jeżeli dobrze pamiętam jej twarz i figurę.
Przypominam ją sobie jako młodą dziewczynę, wiotką, o czarnych włosach,
ciemnych oczach, bardzo ładnych rysach i świeżej, jasnej cerze; ale
miała usposobienie kapryśne i porywcze i niezbyt gruntowne pojęcia o zasadach i sprawiedliwości; pomimo to wolałam ją niż wszystkich innych
mieszkańców Gateshead Hall.
Działo się to piętnastego stycznia, około godziny dziewiątej rano.
Bessie zeszła na dół na śniadanie; kuzynek moich jeszcze nie zawołano do
matki. Eliza wkładała kapelusz i ciepły płaszcz ogrodowy, by pójść
nakarmić swój drób; zajęcie, za którym przepadała, nie mniej przepadając
za sprzedawaniem jaj gospodyni i gromadzeniem otrzymanych tą drogą
pieniędzy. Miała ona żyłkę kupiecką i wybitną skłonność do oszczędzania;
dowodem tego było nie tylko sprzedawanie jaj i kurcząt, ale też
sprzedawanie ogrodnikowi za drogie pieniądze cebulek i nasion
kwiatowych, i ciętych kwiatów; ogrodnikowi nakazała pani Reed kupować od
panienki wszelkie produkty jej ogródka, jakie by tylko sprzedać
pragnęła. Eliza zaś sprzedałaby włosy z głowy, gdyby tylko mogła na tym
porządnie zarobić. Pieniądze chowała początkowo w rozmaitych kątach,
zawinięte w gałganek albo w stare papierki od papilotów; ponieważ jednak
niektóre z tych skarbów odkryła pokojowa, Eliza w obawie, żeby nie
stracić swoich skarbów, zgodziła się powierzyć je matce na lichwiarski
procent, jakieś pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt od sta; te procenty
wyciągała co kwartał, z największą skrupulatnością prowadząc rachunki w książeczce.
Georgiana siedziała na wysokim krześle, czesząc włosy przed lustrem i przetykając loki sztucznymi kwiatami i wyblakłymi piórami, których zapas
znalazła w jakiejś szufladzie na strychu. Ja słałam swoje łóżko,
otrzymawszy wyraźny rozkaz od Bessie, bym je doprowadziła do porządku,
zanim ona powróci (Bessie bowiem często teraz używała mnie do czynności
służby w pokoju dziecinnym, do porządkowania, odkurzania krzeseł itp.).
Złożywszy nocną bieliznę i zaścieliwszy kapę, podeszłam do okna, chcąc
ułożyć niektóre rozrzucone tam książki z obrazkami i mebelki z pokoju
lalek; zatrzymał mnie nagły rozkaz Georgiany, żeby nie ruszać jej
zabawek (bo malutkie krzesełka i lustra, talerzyki i filiżaneczki do
zabawy były jej własnością). Wtedy, nie mając nic lepszego do roboty,
zaczęłam chuchać na zamarzłą w kwiaty szybę, by tym sposobem odczyścić
kawałek szkła i móc wyjrzeć na świat, gdzie wszystko było takie ciche i stężałe pod wpływem silnego mrozu.
Z okna widać było niszę portiera i podjazd; właśnie też w chwili gdy
rozpuściłam tyle tych srebrnobiałych liści zasłaniających szybę, że
można było wyjrzeć, zobaczyłam otwierającą się bramę i jakiś wjeżdżający
powóz. Obojętnie przyglądałam się powozowi podjeżdżającemu przed dom;
ekwipaże często przyjeżdżały do Gateshead, ale nigdy żaden nie przywiózł
gości, którzy by mnie interesowali; powóz zajechał przed dom i stanął;
odezwał się głośny dzwonek, gość został wpuszczony.
Ponieważ to wszystko niczym było dla mnie, zwróciłam uwagę na coś
ciekawszego, na małą, głodną raszkę, która nadleciała i ćwierkała na
gałęziach bezlistnej czereśni, przywiązanej do muru pod oknem. Reszta
mojego śniadania, składającego się z bułki i mleka, stała na stole;
rozkruszywszy kawałek bułki, starałam się właśnie otworzyć okno, ażeby
wysypać okruszyny, gdy Bessie wpadła pędem do dziecinnego pokoju.
- Panno Jane, proszę zdjąć fartuszek; co tam panienka robi? Czy panienka
umyła dziś rano twarz i ręce?
Szarpnęłam oknem raz jeszcze, zanim odpowiedziałam, gdyż chciałam, żeby
ptaszek dostał pożywienie; okno puściło, a ja wysypałam okruszyny,
trochę na kamienny parapet, a trochę na gałęzie czereśni, po czym,
zamykając okno, odpowiedziałam:
- Nie, Bessie, ja dopiero w tej chwili skończyłam ścierać kurze.
- Nieznośne, niedbałe dziecko! A cóż to panienka robi tam teraz? Cała
czerwona, z pewnością jakaś psota była w robocie; po co było otwierać
okno?
Nie potrzebowałam się silić na odpowiedź, gdyż Bessie widocznie za
bardzo się spieszyła, by czekać na wyjaśnienia; pociągnęła mnie do
umywalni, niemiłosiernie, choć na szczęście prędko, wyszorowała mi twarz
i ręce wodą i mydłem, wytarła grubym ręcznikiem, wyszczotkowała głowę
ostrą szczotką, zdjęła ze mnie fartuszek i wyprowadziwszy mnie szybko na
schody, kazała natychmiast zejść na dół i stawić się w saloniku.
Miałam ochotę zapytać, kto się ze mną chce widzieć; miałam ochotę
zapytać, czy tam jest pani Reed, ale Bessie już odeszła i zamknęła za
sobą drzwi dziecinnego pokoju. Z wolna schodziłam ze schodów. Od trzech
miesięcy prawie nie byłam nigdy wzywana przed oblicze pani Reed; dla
mnie, skazanej tak długo na pokój dziecinny, jadalnia oraz salon stały
się jakąś straszną strefą, do której bałam się wkraczać.
Stałam teraz w pustym hallu, przede mną były drzwi saloniku, a ja
zatrzymałam się, onieśmielona i drżąca. Co za biednego, małego tchórza
uczynił ze mnie w owych czasach strach, zrodzony z niesprawiedliwej
kary! Lękałam się wracać do dziecinnego pokoju, lękałam się iść naprzód
i wejść do saloniku; z dziesięć minut tak stałam, wahając się,
wzruszona; gwałtowne dzwonienie z saloniku zdecydowało: muszę wejść.
"Kto może chcieć się ze mną widzieć? - pytałam siebie w duszy, gdy
oburącz naciskałam klamkę, która opierała mi się przez chwilę. - Kogo
zobaczę w pokoju oprócz wujenki? Mężczyznę czy kobietę?" Klamka
ustąpiła, drzwi się otworzyły, a ja wszedłszy i dygnąwszy nisko,
podniosłam oczy i ujrzałam - czarny słup! Taką przynajmniej wydała mi
się na pierwszy rzut oka sztywna, wąska, czarno ubrana, wyprostowana
postać stojąca na dywanie; surowa twarz wyglądała jak rzeźbiona maska
umieszczona na szczycie kolumny zamiast głowicy.
Pani Reed siedziała na zwykłym miejscu przy kominku; skinęła na mnie,
bym się przybliżyła; posłuchałam, a ona przedstawiła mnie gościowi w tych słowach:
- Oto dziewczynka, w której sprawie zwracałam się do pana. On - gdyż to
był mężczyzna - obrócił z wolna głowę ku mnie, a przypatrzywszy mi się
badawczymi, siwymi oczami mrugającymi pod krzaczastymi brwiami, orzekł
uroczystym basem:
- Jest małego wzrostu. W jakim jest wieku?
- Dziesięć lat.
- Aż tyle? - odpowiedział tonem powątpiewania, po czym w dalszym ciągu
przez parę minut przyglądał mi się badawczo.
- Jak się nazywasz, dziewczynko? - zwrócił się w końcu do mnie.
- Jane Eyre, proszę pana.
Wymawiając te słowa, podniosłam na niego oczy. Ten pan wydał mi się
wysoki, ale to prawda, że ja byłam bardzo mała. Rysy miał grube i wszystko w nim było surowe, wymuszone.
- No, powiedz mi, Jane Eyre, czy jesteś dobrym dzieckiem?
Niepodobna mi było odpowiedzieć na to twierdząco: moje otoczenie było
przeciwnego zdania; milczałam. Pani Reed odpowiedziała za mnie wymownym
potrząśnięciem głowy, dodając:
- Może lepiej o tym nie mówić, panie Brocklehurst.
- Przykro mi, doprawdy, że to słyszę! Muszę z nią trochę pogadać! - Tu
łamiąc swą prostopadłą linię, zainstalował się w fotelu naprzeciw pani
Reed. - Pójdź tutaj - rzekł.
Przeszłam przez dywan; postawił mnie tuż przed sobą. Jakąż on miał
twarz, gdy zobaczyłam ją prawie na jednym poziomie z moją własną! Co za
wielki nos! A jakie usta! I co za ogromne, wystające zęby!
- Nie ma smutniejszego widoku nad widok niegrzecznego dziecka - zaczął -
zwłaszcza niegrzecznej dziewczynki. Czy ty wiesz, dokąd źli ludzie idą
po śmierci?
- Idą do piekła - odpowiedziałam szybko i jak należało.
- A co to jest piekło? Czy możesz mi na to odpowiedzieć?
- Piekło to otchłań pełna ognia.
- A czy ty byś chciała wpaść do tej otchłani i smażyć się tam na wieki?
- Nie, proszę pana.
- Co więc winnaś robić, żeby jej uniknąć?
Zastanowiłam się przez chwilę; odpowiedź moja, gdy się na nią zdobyłam,
nie spodobała się:
- Muszę być zdrowa i nie umierać.
- Jak możesz być zdrowa? Dzieci młodsze od ciebie umierają codziennie.
Nie dalej jak dwa dni temu pochowałem małe dziecko pięcioletnie, dobre,
grzeczne dziecko, którego duszyczka jest teraz w niebie. Lękam się, że
nie można by tego powiedzieć o tobie, gdyby cię Pan Bóg stąd odwołał.
Nie mogąc go pod tym względem uspokoić, spuściłam tylko oczy, utkwiwszy
je w dwóch wielkich nogach, spoczywających na dywanie, i westchnęłam,
pragnąc być stąd jak najdalej.
- Spodziewam się, że to było westchnienie z głębi serca i że żałujesz,
iż martwiłaś swą najlepszą dobrodziejkę.
"Dobrodziejkę! Dobrodziejkę! - pomyślałam. - Oni wszyscy nazywają panią
Reed moją dobrodziejką; jeżeli tak, to dobrodziejka jest czymś bardzo
nieprzyjemnym".
- Czy odmawiasz pacierz rano i wieczór? - dopytywał się dalej.
- Tak, proszę pana.
- Czytujesz Biblię?
- Czasami.
- Z przyjemnością? Czy bardzo ją lubisz?
- Lubię Objawienia i księgę o Danielu, i Genesis, i księgę Samuela, i kawałek księgi Exodus, i niektóre części Księgi Królów, i o Hiobie, i o Jonaszu.
- A psalmy czy ci się podobają? Mam nadzieję, że je lubisz.
- Nie, proszę pana.
- Nie? O, to źle! Ja mam małego chłopczyka, młodszego od ciebie, który
umie na pamięć sześć psalmów; a gdy go zapytać, czy woli dostać do
zjedzenia orzech osmażany, czy nauczyć się wiersza jakiegoś psalmu,
odpowiada: "O, nauczyć się wiersza jakiegoś psalmu! Aniołowie śpiewają
psalmy!", tak on mówi i dodaje: "A ja pragnę być aniołkiem tu na ziemi!"
Wtedy dostaje dwa orzechy w nagrodę, że taki pobożny.
- Psalmy nie są zajmujące - zauważyłam.
- To dowodzi, że masz złe serce i powinnaś modlić się do Boga, ażeby ci
je odmienił; ażeby dał ci nowe, czyste serce; ażeby ci zabrał serce
kamienne, a dał ci serce z żywego ciała.
Już chciałam zapytać, w jaki to sposób miałaby się odbyć taka operacja
zamiany mojego serca, gdy wmieszała się pani Reed, nakazując mi, bym
usiadła. Zaraz też dalszą rozmowę wzięła na siebie.
- Panie Brocklehurst, zdaje mi się, że w liście pisanym do pana przed
trzema tygodniami wyznałam panu, że ta dziewczynka nie ma charakteru i usposobienia, jakie bym sobie życzyła w niej widzieć. Jeżeli przyjmie ją
pan do szkoły w Lowood, byłabym rada, gdyby poproszono nauczycielki, by
baczne na nią miały oko, a przede wszystkim, by strzegły jej od jej
najgorszej wady: skłonności do kłamstwa i obłudy. Wspominam o tym przy
tobie, Jane, żebyś nie próbowała oszukiwać pana Brocklehursta.
Czyż mogłam się nie bać pani Reed? Rzecz prosta, że musiałam jej nie
znosić, skoro w jej naturze leżała chęć zadawania mi ran okrutnych;
nigdy w jej obecności nie czułam się dobrze; i chociaż starałam się być
posłuszna i dogodzić jej, usiłowania moje zawsze odpychała i odpłacała
zdaniami takimi jak powyższe. Teraz to oskarżenie, wypowiedziane przed
człowiekiem obcym, dotknęło mnie do głębi; niejasno spostrzegłam, że ona
już mi zaczyna odbierać nadzieję pokładaną w nowej fazie istnienia, na
jaką mnie skazywała, i czułam, choć nie byłabym umiała uczucia tego
wyrazić, że sieje wstręt i nieżyczliwość wzdłuż drogi, jaką w przyszłości iść miałam; widziałam, jak w oczach pana Brocklehursta
zamieniam się w dziecko fałszywe i szkodliwe - i cóż mogłam uczynić,
żeby tej krzywdzie zaradzić? "Nic w istocie" - pomyślałam, walcząc, by
powstrzymać łkanie, i szybko otarłam kilka łez, bezsilne dowody mojej
męki.
- Obłuda to w istocie brzydka wada w dziecku - rzekł pan Brocklehurst. -
Jest ona pokrewna z fałszem, a wszyscy kłamcy dostąpią kary w jeziorze
płonącym ogniem i siarką. Będą jej jednak pilnować, pani Reed. Pomówię z panną Temple i z nauczycielkami.
- Pragnęłabym, żeby Jane została wychowana w sposób odpowiedni do jej
widoków na przyszłość - ciągnęła dalej moja dobrodziejka - żeby nauczyła
się użyteczności i pokory. Co do wakacji, to jeżeli pan pozwoli, będzie
je zawsze spędzała w Lowood.
- Życzenia pani są najzupełniej słuszne - odpowiedział pan Brocklehurst.
- Pokora to cnota chrześcijańska, szczególnie odpowiednia dla wychowanek
Lowood; toteż wymagam, żeby je jak najstaranniej w jej duchu
wychowywano. Wystudiowałem, w jaki sposób można najlepiej w nich
upokorzyć uczucie światowej pychy, i niedawno temu miałem miły dowód, że
mi się powiodło. Młodsza moja córka poszła z matką zwiedzić szkołę, a wróciwszy, zawołała: "O, drogi papo, jak skromnie i nieładnie wszystkie
te dziewczęta w Lowood wyglądają, z włosami sczesanymi za uszy, w tych
długich fartuchach i z kieszonkami na wierzchu sukien; wyglądają prawie
jak dzieci biednych ludzi! A przy tym - dodała - przyglądały się mojej i maminej sukni, jak gdyby jedwabnej sukni nigdy dotąd nie widziały!".
- Najzupełniej pochwalam ten stan rzeczy - odpowiedziała pani Reed. -
Gdybym przeszukała całą Anglię, nie wiem, czy znalazłabym system
wychowawczy odpowiedniejszy dla takiego dziecka jak Jane Eyre.
Konsekwencja, mój drogi panie Brocklehurst; obstaję za konsekwencją we
wszystkim.
- Konsekwencja, pani, jest pierwszym obowiązkiem chrześcijańskim i przestrzega się jej pilnie w Lowood: niewybredny pokarm, prosty ubiór,
niewymyślne urządzenia, surowe przepisy, taki jest porządek dnia dla
mieszkanek zakładu.
- Bardzo słusznie, łaskawy panie. Czy mogę zatem liczyć na to, że to
dziecko będzie przyjęte do szkoły w Lowood i tam chowane odpowiednio do
swego stanowiska i przyszłych widoków?
- Tak, pani; będzie przyjęta do tej hodowli doborowych roślin i ufam, że
okaże się wdzięczna za ten nieoceniony przywilej, którego dostąpiła.
- Poślę ją zatem możliwie najprędzej, panie Brocklehurst, gdyż zapewniam
pana, iż pilno mi uwolnić się od odpowiedzialności, która zaczęła się
stawać już nazbyt dokuczliwa.
- Niewątpliwie, niewątpliwie, łaskawa pani; a teraz się pożegnam.
Powrócę do Brocklehurst Hall w ciągu tygodnia lub dwóch; mój dobry
przyjaciel, archidiakon, prędzej mnie nie wypuści. Napiszę do panny
Temple, że ma oczekiwać nowej dziewczynki, tak że nie będzie trudności z jej przyjęciem. Do widzenia!
- Do widzenia, panie Brocklehurst; proszę mnie przypomnieć pamięci pani
Brocklehurst, jej córek i synów.
- Nie omieszkam, łaskawa pani. Dziewczynko, oto masz książkę
zatytułowaną Przewodnik dziecka; czytaj ją i módl się, czytaj
zwłaszcza Opowiadanie o okropnej nagłej śmierci Marty G., niedobrego
dziecka grzeszącego fałszem i kłamstwem.
To mówiąc, pan Brocklehurst wsunął mi w rękę cienką broszurkę, wszytą w okładkę, i zadzwoniwszy, by podstawiono powóz, odjechał.
Pani Reed i ja zostałyśmy same, kilka minut upłynęło w milczeniu; ona
szyła, ja się jej przypatrywałam. Pani Reed mogła mieć wtedy ze
trzydzieści sześć lub siedem lat; była to kobieta mocno zbudowana,
szeroka w ramionach, o silnych rękach i nogach, i chociaż tęga, nie
tłusta; twarz jej była nieco szeroka, gdyż dolną szczękę miała silnie
rozwiniętą, mocną; niskie miała czoło, dużą i wystającą brodę, usta i nos dosyć regularne, pod jasnymi brwiami błyszczały oczy pozbawione
łagodności; cerę miała ciemną i matową, włosy prawie lnianego koloru;
organizm jej był zdrowy, nie wiedziała, co to choroba; była to dokładna,
mądra gospodyni; domowników i dzierżawców trzymała krótko, dzieci tylko
opierały się niekiedy jej władzy i śmiały się z niej pogardliwie; dobrze
się ubierała i nosiła się tak, aby uwydatnić piękne stroje.
Siedząc na niskim stołeczku o parę kroków od jej fotela, przyglądałam
się jej postaci, badałam jej twarz. W ręce trzymałam rozprawkę
zawierającą opowieść o nagłej śmierci kłamczyni, na którą zwrócono mi
przed chwilą uwagę jako na odpowiednią przestrogę. Wszystko, co zaszło
przed chwilą, co pani Reed powiedziała o mnie panu Brocklehurstowi, cała
treść ich rozmowy - wszystko to było żywe, świeże, bolesne; odczułam
każdy wyraz równie dotkliwie, jak wyraźnie go usłyszałam, i jakaś
gwałtowna niechęć wrzała teraz we mnie.
Pani Reed podniosła wzrok znad roboty, oczy jej zatrzymały się na moich
oczach, a równocześnie palce zaprzestały zręcznych ruchów.
- Wyjdź stąd, wracaj do dziecinnego pokoju - rozkazała. Moje spojrzenie
lub wyraz twarzy musiały jej się wydać obraźliwe, gdyż mówiła z niezwykłym, chociaż hamowanym rozdrażnieniem. Wstałam, poszłam ku
drzwiom i znowu wróciłam; podeszłam do okna, przeszłam przez pokój i stanęłam przed nią, tuż blisko.
Czułam, że muszę mówić: zdeptano mnie boleśnie, muszę wziąć odwet, ale
jak? Gdzież miałam siły, by się zemścić na mojej nieprzyjaciółce?
Zebrałam całą energię i wyrzuciłam z siebie te szczere a zuchwałe słowa:
- Nie jestem obłudna; gdybym nią była, powiedziałabym, że panią kocham,
a ja oświadczam, że nie kocham pani; nie znoszę pani tak jak nikogo na
świecie z wyjątkiem Johna Reeda; a tę książeczkę o kłamczyni może pani
dać swojej córce Georgianie, gdyż to ona kłamie, a nie ja.
Ręce pani Reed wciąż jeszcze bezczynnie leżały na robótce, a lodowaty
wzrok przewiercał mnie na wskroś.
- Co więcej masz mi do powiedzenia? - zapytała takim tonem, jakim ktoś
mógłby raczej przemawiać do dorosłego przeciwnika, niż jakim się zwykle
przemawia do dziecka.
Te jej oczy, ten głos obudziły całą antypatię, jaką ku niej czułam.
Trzęsąc się od stóp do głów, cała drżąca szalonym wzburzeniem, mówiłam
dalej:
- Cieszę się, że pani nie jest moją krewną; dopóki żyję, już nigdy pani
nie nazwę wujenką; nigdy pani nie odwiedzę, gdy dorosnę; a gdy mnie kto
zapyta, czy panią lubię i czy pani była dla mnie dobra, powiem, że sama
myśl o pani wywołuje we mnie mdłości i że obchodziła się pani ze mną
nielitościwie i okrutnie.
- Jak śmiesz to twierdzić, Jane?
- Jak śmiem? Jak śmiem? Ponieważ to jest prawda. Pani myśli, że ja nie
mam uczuć i że mogę się obejść bez odrobiny miłości albo dobroci; ale ja
tak żyć nie mogę, a pani nie ma litości. Do końca życia będę pamiętała,
jak mnie pani wepchnęła szorstko i gwałtownie - z powrotem... do
czerwonego pokoju i zamknęła tam, chociaż byłam w takim strachu, chociaż
wołałam, dusząc się od męki: "Miej litość! Miej litość, wujenko!". A ukarała mnie pani w ten sposób, ponieważ jej niegodziwy chłopak zbił
mnie, uderzył za nic, tak że upadłam. Każdemu, kto mnie zapyta, opowiem
to dokładnie. Ludzie myślą, że pani jest dobrą kobietą, ale pani jest
zła, twarde ma pani serce. To pani jest obłudna!
Zanim dokończyłam tej przemowy, dusza we mnie zaczęła rosnąć, radować
się najdziwniejszym poczuciem wolności i nieznanego dotąd triumfu.
Wydawało mi się, że pękły jakieś niewidzialne więzy i niespodziewanie
wydostaję się na wolność. I nie bez powodu odnosiłam to wrażenie: pani
Reed zdawała się wystraszona; robótka zsunęła jej się z kolan, podniosła
ręce, kołysząc się tam i z powrotem i nawet wykrzywiając twarz, jak
gdyby się jej na płacz zbierało.
- Mylisz się, Jane. Co się z tobą dzieje? Czemu tak drżysz gwałtownie?
Nie chciałabyś się napić trochę wody?
- Nie, dziękuję pani.
- Może czego innego życzysz sobie, Jane? Zapewniam cię, że ci dobrze
życzę.
- Nie, pani. Powiedziała pani panu Brocklehurstowi, że ja mam niedobry
charakter, że mam kłamliwe usposobienie; a ja opowiem wszystkim w Lowood, jaka pani jest i co pani zrobiła.
- Ty tego nie rozumiesz, Jane: dzieci muszą być ukarane, jeżeli zawinią.
- Ja nigdy nie zawiniłam kłamstwem! - zawołałam dzikim, podniesionym
głosem.
- Ale jesteś złośnicą, to musisz przyznać; a teraz wracaj do dziecinnego
pokoju... no, moja kochana... i połóż się trochę.
- Niech pani do mnie nie mówi "kochana", bo to nieprawda! Ja nie mogę
się położyć; niech mnie pani jak najprędzej pośle do szkoły, bo życie
tutaj jest dla mnie nieznośne.
- Rzeczywiście wyślę ją jak najprędzej do szkoły - szepnęła pani Reed i zabrawszy robótkę, wyszła nagle z pokoju.
Zostałam sama - zwycięska na polu bitwy. Pierwsza to była moja walka i pierwsze zwycięstwo. Stałam przez chwilę na dywanie, w miejscu gdzie
przedtem stał pan Brocklehurst, i cieszyłam się samotnością zdobywcy.
Zrazu uśmiechałam się do siebie i czułam się podniesiona na duchu; ale
dzika radość przygasła we mnie równie prędko, jak uspokoiło się
przyspieszone bicie mego tętna. Dziecko nie może wojować ze starszymi,
tak jak ja to uczyniłam; nie może puszczać wodzy uczuciom wściekłości,
nie odczuwając zaraz potem dręczącego wyrzutu sumienia i chłodu reakcji.
Wybuch jaskrawego, żywego, gorącego, pochłaniającego płomienia byłby
obrazem stanu mej duszy w chwili, gdy oskarżałam panią Reed i groziłam
jej; czarna, wypalona pustka z chwilą, gdy płomienie zagasły, byłaby
obrazem mego stanu, gdy półgodzinna cisza i zastanowienie wykazały mi
szaleństwo mojego postępku i okropność stanowiska nienawidzonej i nienawidzącej.
Zemsty zakosztowałam po raz pierwszy; wydawała mi się winem aromatycznym
i krzepiącym, lecz jej zimny i gryzący posmak budził we mnie uczucie,
jakbym była otruta. Chętnie byłabym teraz poszła i przeprosiła panią
Reed. Wiedziałam jednak, po części z doświadczenia, a po części
instynktownie, że odepchnęłaby mnie z podwójną pogardą, tym samym
podniecając tylko na nowo w mej duszy niespokojne popędy.
Pragnęłam czym innym zająć wzburzone myśli, znaleźć pokarm dla uczuć
mniej wrogich niż uczucia posępnego oburzenia. Wzięłam do ręki książkę -
były to bajki arabskie; siadłam i spróbowałam czytać. Nie mogłam jednak
doczytać się sensu; moje własne myśli stawały pomiędzy mną a stronicami,
w których zawsze znajdowałam tyle uroku. Otworzyłam szklane drzwi od
ogrodu; cisza tam panowała zupełna; mróz bez słońca i bez powiewu
ogarniał cały ogród. Okryłam głowę i ramiona spódnicą i wyszłam przejść
się po zupełnie ustronnej części parku. Nie znalazłam jednakże
przyjemności w widoku drzew milczących, spadających szyszek świerkowych,
zmarzniętych resztek jesieni, rdzawych liści, teraz zmiecionych wiatrami
na kupki i zesztywniałych. Oparłam się o bramę i wyjrzałam na puste
pole, gdzie nie było pasących się owiec na krótkiej teraz, zwarzonej i zbielałej trawie. Szary to był dzień; nieprzejrzyste niebo zapowiadające
śnieg zwisało ciemną oponą nad ziemią; spływały stamtąd od czasu do
czasu śnieżne płatki i osiadały, nie topniejąc na twardej ścieżce i oszronionej trawie. Stałam tak, nieszczęśliwe dziecko, szepcząc do
siebie: "Co ja pocznę? Co ja pocznę?".
Wtem usłyszałam wołający mnie jasny głos:
- Panno Jane! Gdzie panienka jest? Proszę na lunch. Wiedziałam, że to
Bessie, ale nie ruszyłam się; jej lekkie kroki biegły wzdłuż ścieżki.
- Co za niegrzeczna osóbka! - powiedziała. - Dlaczego to panienka nie
przychodzi, kiedy ją wołają?
Obecność Bessie w porównaniu z myślami, które mnie gnębiły, wydała mi
się radosna, pomimo że Bessie jak zwykle była trochę w złym humorze.
Prawdę mówiąc, po starciu z panią Reed i po moim zwycięstwie nie dbałam
wielce o przejściowy gniew bony, a za to miałam ochotę skorzystać z jej
młodzieńczej niefrasobliwości. Toteż po prostu zarzuciłam jej obie ręce
na szyję i powiedziałam:
- No, Bessie, nie gniewać się, nie besztać!
Szczerszy to był i śmielszy odruch z mej strony niż jakikolwiek
dotychczas; jakoś jej się to spodobało.
- Dziwne z panienki dziecko, panno Jane - rzekła, patrząc na mnie -
takie małe, samotne, zamknięte w sobie stworzenie. Ma panienka pójść do
szkoły, zdaje mi się.
Skinęłam głową.
- I nie żal będzie panience opuścić biedną Bessie?
- Co sobie Bessie robi ze mnie? Zawsze tylko burczy na mnie.
- Bo z panienki takie dziwne, wystraszone, nieśmiałe stworzonko. Trzeba
być śmielszą.
- Co? Żeby oberwać więcej szturchańców?
- Głupstwo! Ale poniewierają tu panienką trochę, to pewna. Matka moja,
gdy mnie tu w przeszłym tygodniu odwiedziła, powiedziała, że nie
chciałaby, ażeby które z jej dzieci było na miejscu panienki. No, a teraz pójdziemy do domu, mam dobre wiadomości dla panienki.
- Nie chce mi się wierzyć, Bessie!
- Dziecko! Co ty przez to rozumiesz? Jakimi smutnymi oczami patrzysz na
mnie! No więc: pani, panienki i panicz wyjeżdżają dziś po południu na
herbatę, a panienka będzie piła herbatę ze mną. Poproszę kucharkę, żeby
upiekła panience ciasteczek, a potem pomoże mi panienka przejrzeć swoje
szuflady, gdyż mam zapakować walizkę panienki. Pani chce, żeby panienka
wyjechała z Gateshead za jaki dzień albo dwa, i ma panienka wybrać sobie
między zabawkami te, które miałaby ochotę zabrać z sobą.
- Bessie, musisz mi przyrzec, że już aż do mojego wyjazdu nie będziesz
się na mnie gniewała.
- Dobrze, ale proszę pamiętać, żeby panienka była bardzo grzeczną
dziewczynką i nie bała się mnie. Proszę nie skakać, gdybym przypadkiem
coś ostrzej powiedziała, to tak drażni.
- Myślę, że już się ciebie nie będę więcej bała, Bessie, gdyż
przyzwyczaiłam się do ciebie, a wkrótce będę wśród innych ludzi, których
się będę bała.
- Jak będziesz się ich bała, nie będą cię lubili.
- Tak jak ty, Bessie?
- Nie mogę powiedzieć, że nie lubię panienki; zdaje mi się, że ja
panienkę więcej lubię niż wszystkich tamtych.
- Nie okazujesz tego!
- Jesteś bystrym stworzonkiem, nabyłaś zupełnie nowego sposobu mówienia.
Skąd taka odwaga?
- Bo już niedługo stąd odjadę, a przy tym... - miałam coś powiedzieć o tym, co zaszło między mną a panią Reed, ale po namyśle osądziłam, że
lepiej o tej sprawie przemilczeć.
- A więc cieszy się panienka, że mnie opuszcza?
- Wcale nie, Bessie; w tej chwili to raczej mi żal.
- "W tej chwili"! I "raczej"! Jak chłodno moja mała dama to mówi!
Przypuszczam, że gdybym teraz poprosiła o buziaka, powiedziałaby
panienka: "Raczej nie".
- Pocałuję cię, i jeszcze jak chętnie! Nachyl tylko głowę! Bessie
nachyliła się, uściskałyśmy się i poszłam za nią do domu zupełnie
uspokojona. To popołudnie upłynęło w spokoju i zgodzie, a wieczorem
Bessie opowiedziała mi jedną ze swoich najcudniejszych bajek i zaśpiewała kilka najmilszych piosenek. Nawet dla mnie życie miało
przebłyski słońca.
Rozdział V
Było to dziewiętnastego stycznia. Zaledwie wybiła piąta rano, kiedy
Bessie wniosła świecę do mojej komórki i zastała mnie już na nogach,
prawie ubraną. Wstałam na pół godziny przed jej przyjściem, umyłam twarz
i ubrałam się przy świetle blednącego właśnie księżyca, którego
promienie wpadały przez wąskie okno w pobliżu mego łóżka. Miałam opuścić
Gateshead tego dnia dyliżansem przejeżdżającym obok portierni o szóstej
rano. Bessie była jedyną osobą, która dotychczas wstała; rozpaliła ogień
w dziecinnym pokoju, a teraz zaczęła przyrządzać mi śniadanie. Dzieci
rzadko kiedy potrafią jeść, gdy je podnieca myśl o czekającej podróży, i ja też jeść nie mogłam. Bessie, która na próżno usiłowała wmusić we mnie
trochę mleka i bułki, zawinęła w papier kilka biszkoptów i wsunęła do
mojej torebki; następnie pomogła mi włożyć płaszcz i kapelusz i zawinąwszy się w szal, wyszła ze mną z dziecinnego pokoju. Przechodząc
koło sypialni pani Reed, zapytała:
- Czy panienka wejdzie pożegnać się z panią?
- Nie, Bessie - odpowiedziałam. - Pani Reed przyszła wczoraj wieczorem
do mojego łóżka, podczas gdy ty jadłaś na dole kolację, i powiedziała
mi, że nie potrzebuję budzić rano ani jej, ani moich kuzynek i mam
pamiętać, iż zawsze była moją najlepszą przyjaciółką, tak mam mówić o niej i być jej wdzięczna.
- A panienka co na to odpowiedziała?
- Nic; zakryłam twarz kołdrą i obróciłam się do ściany.
- To zupełnie niesłusznie, panno Jane.
- To było zupełnie słusznie, Bessie. Twoja pani nie była moją
przyjaciółką, ona była moim wrogiem.
- O, panno Jane! Niech panienka tego nie mówi!
- Żegnam cię, Gateshead! - zawołałam, gdy minąwszy hall, wychodziłyśmy
frontowymi drzwiami.
Księżyc już zaszedł i było bardzo ciemno; światło latarni, którą Bessie
niosła, migało po mokrych stopniach i żwirze drogi rozmiękłej w świeżej
odwilży. Ostry i chłodny był ten zimowy ranek, szczękałam zębami, idąc
szybko aleją. Świeciło się w portierni: doszedłszy tam, zastałyśmy
odźwierną rozpalającą właśnie ogień. Walizka moja, przyniesiona tu
poprzedniego wieczoru, stała przy drzwiach obwiązana sznurami. Brakło
tylko kilku minut do szóstej, a zaledwie godzina ta wybiła, daleki
turkot kół zwiastował, że dyliżans nadjeżdża. Stanęłam w drzwiach i śledziłam jego latarnie zbliżające się szybko w ciemności.
- Czy ona jedzie sama? - zapytała odźwierna.
- Tak, sama.
- A jak daleko?
- Pięćdziesiąt mil.
- Taka długa droga! Dziwię się, że pani Reed nie boi się tak daleko
puścić dziecka samego.
Dyliżans podjechał; oto stał przed bramą, zaprzężony w cztery konie,
naładowany pasażerami. Konduktor i woźnica głośno nawoływali do
pośpiechu. Wwindowano moją walizkę, zabrano mnie z objęć Bessie, do
której tuliłam się, obsypując ją pocałunkami.
- Niech się pan nią dobrze opiekuje! - zawołała Bessie, gdy konduktor
wsadzał mnie do środka.
- Dobrze, dobrze - odpowiedział; drzwiczki zatrzaśnięto, jakiś głos
zawołał: "Wszystko w porządku!", i ruszyliśmy.
W ten sposób rozstałam się z Bessie i z Gateshead; w ten sposób dyliżans
unosił mnie w świat nieznany, a jak mi się wtedy wydawało, w jakieś
odległe i tajemnicze regiony.
Z tej podróży niewiele pamiętam. Wiem tylko, że dzień ten wydał mi się
nienaturalnie długi, i myślałam, że przebywamy setki mil.
Przejeżdżaliśmy przez wiele miast, a w jednym, bardzo dużym, dyliżans
się zatrzymał. Wyprzężono konie i pasażerowie wysiedli na obiad.
Zaniesiono mnie do zajazdu, gdzie konduktor namawiał mnie, żebym coś na
obiad zjadła. Ponieważ jednak nie miałam apetytu, zostawił mnie w ogromnym pokoju, na którego dwu końcach znajdowały się dwa kominki,
świecznik zwisał z sufitu, a wysoko na ścianie biegła mała czerwona
galeryjka pełna instrumentów muzycznych. W tej sali spacerowałam dłuższy
czas i było mi dziwnie i strasznie; śmiertelnie się bałam, że może ktoś
wejść i porwać mnie, bo wierzyłam "w porywanie", nasłuchawszy się o tym
w wieczornych opowieściach Bessie. Nareszcie konduktor powrócił,
wpakował mnie znów do dyliżansu, zajął swoje miejsce, zatrąbił i turkocząc, ruszyliśmy "kamienistą drogą", prowadzącą do Lowood.
Popołudnie było wilgotne i trochę mgliste. Gdy zmierzch zaczął zapadać,
ogarnęło mnie wrażenie, że Gateshead zostało rzeczywiście bardzo daleko
za nami; już nie przejeżdżaliśmy przez miasta; zmienił się widok
okolicy; wielkie szare wzgórza wyłoniły się na horyzoncie. Gdy mrok
gęstniał, zjechaliśmy w dolinę ciemną, zalesioną, a chociaż już ciemny
wieczór zasłonił wszelki widok, słyszałam, jak wiatr szumi pośród drzew.
Ukołysana tym szumem, zapadłam w końcu w sen. Niedługo spałam, gdy mnie
zbudziło nagłe ustanie ruchu; drzwiczki dyliżansu były otwarte i jakaś
osoba, wyglądająca na służącą, stała przy nich. Zobaczyłam jej twarz i ubranie przy świetle latarni.
- Czy jest tu mała dziewczynka nazwiskiem Jane Eyre? - zapytała.
Odpowiedziałam "tak!" i wtedy mnie wysadzono, oddano moją walizkę i dyliżans natychmiast ruszył w dalszą drogę.
Zesztywniała byłam od długiego siedzenia i oszołomiona turkotem i ruchem
dyliżansu. Zbierając myśli, rozejrzałam się dokoła. Deszcz, wiatr,
ciemności wypełniały powietrze. Pomimo to rozpoznałam przed sobą mur i otwarte w nim drzwi; tymi drzwiami weszłam za moją przewodniczką, która
je za sobą zamknęła na klucz. Teraz dojrzeć mogłam dom - czy też domy,
gdyż budynek rozsiadł się szeroko - o wielu oknach; niektóre z nich były
oświetlone. Szłyśmy po szerokiej ścieżce, chlapiącej wilgocią, przez
jakieś drzwi weszłyśmy do środka, a wtedy służąca przeprowadziła mnie
przez korytarz do pokoju, gdzie palił się ogień, i tam zostawiła mnie
samą.
Stałam, grzejąc zgrabiałe palce nad płomieniem, a potem obejrzałam się.
Nie było świecy, w chwiejnym blasku ognia płonącego na kominku migały
tapety, dywan, firanki, błyszczące meble mahoniowe. Był to salonik, nie
tak obszerny ani wspaniały jak salon w Gateshead, ale wcale przyzwoity.
Zastanawiałam się, chcąc zrozumieć, co przedstawia obraz wiszący na
ścianie, gdy otworzyły się drzwi i weszła do pokoju osoba niosąca
świecę, a tuż za nią druga.
Pierwszą była wysoka dama o ciemnych włosach, ciemnych oczach i bladym,
szerokim czole. Postać jej częściowo okrywał szal, twarz jej wyrażała
powagę, trzymała się prosto.
- Dziecko jest zbyt małe, żeby je wysyłać samo - zauważyła, stawiając
świecę na stole. Przypatrywała mi się uważnie przez dłuższą chwilę, a potem dodała: - Najlepiej byłoby położyć ją prędko do łóżka, wydaje się
zmęczona. Czy jesteś zmęczona? - zapytała, kładąc mi rękę na ramieniu.
- Trochę, proszę pani.
- I głodna zapewne także. Niech jej pani każe dać coś do zjedzenia,
zanim się położy, panno Miller. Czy po raz pierwszy opuściłaś rodziców,
jadąc do szkoły, moje dziecko?
Odpowiedziałam jej, że nie mam rodziców. Zapytała, od jak dawna nie
żyją, a potem, ile mam lat, jak się nazywam, czy umiem czytać, pisać i szyć trochę; a w końcu, łagodnie pogłaskawszy mnie po twarzy,
powiedziała, że "spodziewa się, że będę dobrym dzieckiem", i pożegnała
mnie i pannę Miller.
Pani, którą pożegnałam, mogła mieć jakie dwadzieścia dziewięć lat. Ta,
która ze mną poszła, wydawała się o kilka lat młodsza; pierwsza wywarła
na mnie silne wrażenie głosem, wyglądem i obejściem. Panna Miller miała
powierzchowność pospolitszą, czerwonawą cerę i wyraz twarzy zatroskany;
śpieszyła się, gdy chodziła czy cokolwiek robiła, jak ktoś, kto ma
zawsze mnóstwo spraw do załatwienia: sprawiała wrażenie nauczycielki
niższych klas i tą też, jak się później dowiedziałam, była. Idąc za nią,
przechodziłam z oddziału do oddziału, z korytarza do korytarza wielkiego
i nieregularnego budynku, aż wydostawszy się z całkowitej i dość
przykrej ciszy, panującej w przebytej przez nas części domu,
usłyszałyśmy gwar wielu głosów i weszłyśmy do obszernego, długiego
pokoju. Po dwa wielkie sosnowe stoły stały w każdym końcu tego pokoju;
po dwie świece paliły się na każdym stole, a na ławkach dokoła nich
siedziała cała gromada dziewcząt różnego wieku, od dziewięciu lub
dziesięciu lat do dwudziestu. Widziane przy ciemnym świetle lichych
świeczek wydawały mi się niezliczone, chociaż w rzeczywistości nie było
ich więcej niż osiemdziesiąt i były wszystkie jednakowo ubrane w brązowe
wełniane suknie dziwnego fasonu i długie płócienne fartuchy. Była to
godzina nauki, obkuwały jutrzejsze zadanie, a brzęczenie, które
słyszałam, był to łączny rezultat ich szeptanego powtarzania.
Panna Miller dała mi znak, że mam usiąść na ławce przy drzwiach, po czym
poszedłszy na front długiego pokoju, zawołała głośno:
- Dyżurne, zebrać i odłożyć książki!
Cztery wysokie dziewczynki podniosły się od stołów, zebrały książki i odłożyły je. Panna Miller znowu wygłosiła słowa komendy:
- Dyżurne, przynieście tace z kolacją!
Wysokie dziewczynki wyszły i wróciły zaraz, niosąc każda tacę z ustawionymi na niej porcjami czegoś (nie mogłam na razie rozpoznać, co
to jest), dzbankiem i garnuszkiem. Porcje rozdawały wokoło; kto chciał,
brał łyk wody; garnuszek był wspólny dla wszystkich. Gdy kolej przyszła
na mnie, napiłam się, bo miałam pragnienie, ale nie tknęłam jedzenia;
podniecenie i zmęczenie podróżą zagłuszyły we mnie apetyt; teraz jednak
zobaczyłam, że był to jakiś cienki owsiany placek, podzielony na
kawałki.
Po skończonej wieczerzy panna Miller odczytała modlitwy i klasy wyszły
rzędem, parami na górę. Wyczerpana doszczętnie, ledwie zauważyłam, jak
wygląda sypialnia, spostrzegłam tylko, że podobnie jak pokój szkolny
była bardzo długa. Tej nocy miałam dzielić łóżko z panną Miller; ona mi
pomogła rozebrać się; leżąc już, popatrzyłam na długie rzędy łóżek, w których szybko układały się dziewczęta, w każdym po dwie. W dziesięć
minut potem zgaszono jedyną świecę, a ja wśród milczenia i zupełnej
ciemności zasnęłam.
Noc minęła szybko; zanadto byłam zmęczona, ażeby śnić. Raz się tylko
obudziłam, słysząc, jak wiatr szaleje wściekłymi podmuchami i deszcz
leje strumieniem, poczułam też, że panna Miller zajęła miejsce przy
mnie. Gdy znów otworzyłam oczy, dzwonił głośny dzwonek; dziewczęta
wstawały i ubierały się; dzień jeszcze nie świtał; jedna czy dwie
świeczki paliły się w pokoju. I ja niechętnie wstałam, gdyż okropnie
było zimno; trzęsąc się cała, ubrałam się, jak mogłam, i umyłam, gdy się
doczekałam wolnej miednicy, co nastąpiło nieprędko, gdyż jedna miednica
wypadała na sześć dziewcząt. Miednice były ustawione pośrodku sypialni.
Znowu odezwał się dzwonek i wszystkie ustawiły się rzędem, parami, i w tym porządku zeszły ze schodów i weszły do zimnego, słabo oświetlonego
szkolnego pokoju. Tutaj panna Miller odczytała modlitwy, po czym
zawołała:
- Uformować się w klasy!
Wielki gwar zapanował na kilka minut. Panna Miller kilkakrotnie wołała:
"Cicho!" "Utrzymać porządek!" Gdy się uciszyło, zobaczyłam, że
dziewczynki ustawiły się półkolem przy czterech stołach. Wszystkie
trzymały w ręku książki, a wielka książka, podobna do Biblii, leżała na
każdym stole przed pustym krzesłem. Nastąpiło teraz kilka sekund pauzy,
wypełnionej szmerem półgłośnych szeptów dziewcząt. Panna Miller
przechodziła od klasy do klasy i uciszała te nieokreślone odgłosy.
Z daleka odezwał się dzwonek; natychmiast weszły trzy nauczycielki, z których każda zajęła miejsce przy stole; czwarte krzesło zajęła panna
Miller. Krzesło to stało najbliżej drzwi i dokoła niego zgromadziły się
najmniejsze dzieci; do tego najniższego oddziału zaliczono mnie i umieszczono na końcu.
Zaczęła się teraz praca. Powtarzano kolektę dnia, następnie
przepowiadano pewne teksty Pisma Świętego, po czym nastąpiło dłuższe
odczytywanie Rozdział ów z Biblii, a wszystko to trwało godzinę. Gdy
zajęcie to ukończono, już i dzień pełny nastał. Niezmordowany dzwonek
odezwał się po raz czwarty. Dziewczęta ustawiły się klasami i pomaszerowały do innego pokoju na śniadanie. Jakże mnie ucieszyła
nadzieja, że dostanę coś do zjedzenia! Słabo mi się robiło z czczości,
tak mało przecież jadłam poprzedniego dnia.
Refektarz był wielki, niski i posępny: na dwóch długich stołach dymiły
miseczki czegoś gorącego, co jednak, ku memu niemiłemu zdziwieniu,
wydawało woń wcale niezachęcającą. Zauważyłam ogólne objawy
niezadowolenia, gdy woń potrawy uderzyła w nos dziewcząt; od pierwszych
par procesji dziewczynek z najstarszej klasy pobiegły szeptem słowa:
- Obrzydliwość! Owsianka znowu przypalona!
- Cicho! - wykrzyknął jakiś głos; nie głos panny Miller, lecz jednej z nauczycielek wyższych klas, małej, ciemnej osoby, elegancko ubranej, ale
nieco surowego wyglądu, która zajęła miejsce na czele jednego stołu,
podczas gdy przy drugim prezydowała pełniejsza i przystojniejsza osoba.
Na próżno rozglądałam się za tą, którą zobaczyłam wczoraj wieczorem, nie
było jej tu. Panna Miller siedziała na końcu stołu, przy którym i ja
siedziałam, a naprzeciw niej dziwna, z cudzoziemska wyglądająca starsza
dama, nauczycielka Francuzka, jak się później dowiedziałam. Zmówiono
długą modlitwę i odśpiewano hymn, następnie służąca przyniosła herbatę
dla nauczycielek i zaczęło się śniadanie.
Zgłodniała i już w tej chwili bardzo osłabiona, pochłonęłam łyżkę czy
dwie swej porcji, nie zastanawiając się nad smakiem; po zaspokojeniu
jednak pierwszego głodu spostrzegłam, że dostałam jakąś wstrętną
potrawę; przypalona kasza owsiana nie lepsza jest prawie od zgniłych
kartofli, nawet głód przed nią się cofa. Łyżki poruszały się powoli:
widziałam, że każda dziewczynka próbuje pożywienia i stara się je
przełknąć, ale większość dawała za wygraną. Skończyło się śniadanie, a nikt nic nie jadł. Po odmówieniu dziękczynnej modlitwy za to, czego nie
dostałyśmy, i po odśpiewaniu drugiego hymnu opuściłyśmy refektarz i przeszły do pokoju szkolnego. Przechodząc prawie na końcu orszaku koło
stołów, zobaczyłam, że jedna z nauczycielek wzięła miseczkę z kaszą i spróbowała jej; popatrzyła na drugie; wszystkie miały twarze
niezadowolone, a ta tęga szepnęła:
- Wstrętne jadło! To wstyd doprawdy!
Minął kwadrans, zanim się znów rozpoczęły lekcje, a w czasie tego
kwadransa zapanowała w pokoju szkolnym wspaniała wrzawa; wolno było w tym czasie głośno i swobodnie rozmawiać, toteż dziewczęta korzystały z tego przywileju. Cała rozmowa toczyła się dokoła śniadania, na które
wszystkie bez wyjątku wymyślały co się zowie. Biedaczki! Była to ich
jedyna pociecha. Panna Miller była jedyną nauczycielką obecną w pokoju.
Kilka starszych dziewcząt otaczających ją rozprawiało z poważnymi i chmurnymi minami. Słyszałam kilka razy powtórzone nazwisko pana
Brocklehursta; na to panna Miller potrząsała głową z naganą, ale nie
zadawała sobie wiele trudu, by powstrzymać ogólne oburzenie;
najprawdopodobniej sama je podzielała.
Zegar w pokoju szkolnym wybił dziewiątą. Panna Miller opuściła swoje
kółko i stanąwszy pośrodku pokoju, zawołała:
- Cicho! Na miejsca!
Rygor zrobił swoje: w pięć minut chaotyczna gromadka rozdzieliła się w porządku i względna cisza zapanowała w tej chwilowej wieży Babel.
Nauczycielki wyższych klas wróciły teraz punktualnie na swoje miejsca;
wszyscy jednakże zdawali się czekać. Rzędami na ławkach w czterech
rogach pokoju siedziało osiemdziesiąt dziewcząt prosto i bez ruchu;
dziwnym się wydawały zbiorowiskiem, wszystkie ze sczesanymi gładko z czoła włosami, bez jednego widocznego loczka, w brązowych, wysoko
zapiętych sukniach z wąskimi, białymi kołnierzykami przy szyi i płóciennymi kieszonkami (kształtem podobnymi do góralskich sakiewek),
przywiązanymi z przodu u paska, a mającymi służyć za torebki do roboty;
wszystkie też nosiły wełniane pończochy i na wsi fabrykowane trzewiki,
zapięte na mosiężne klamerki. Ze dwadzieścia z nich, w ten sposób
ubranych, były to dziewczęta dorosłe; nieładnie im było w tym stroju i nawet najładniejsze wyglądały dziwacznie.
Wciąż jeszcze przyglądałam się im, w przerwach także obserwowałam
nauczycielki, z których żadna mi się zbytnio nie podobała; tęga bowiem
wyglądała nieco ordynarnie, ciemna - ostro i surowo, cudzoziemka -
szorstko i dziwacznie, a panna Miller, biedaczka, czerwona, z wypiekami,
miała wygląd przepracowanej. Jeszcze im się przyglądałam, przesuwając
wzrok od jednej twarzy do drugiej, gdy cała szkoła, jak gdyby sprężyną
poruszona, podniosła się równocześnie.
Co się stało? Nie słyszałam, by wydano jakiś rozkaz - byłam zdziwiona.
Zanim się opamiętałam, klasy zasiadły z powrotem. Ale ponieważ teraz
wszystkie oczy zwróciły się w jeden punkt, więc moje poszły w tym
kierunku i napotkały osobę, która mnie przyjmowała poprzedniego
wieczoru. Stała na końcu długiego pokoju przed kominkiem, w obu bowiem
końcach pokoju palił się ogień, i lustrowała obydwa rzędy dziewcząt
milcząco i poważnie. Panna Miller przybliżyła się do niej, zapytała o coś, a dostawszy odpowiedź, wróciła na swoje miejsce i powiedziała:
- Dyżurna najstarszej klasy niech przyniesie globusy!
Podczas gdy ten rozkaz wykonywano, pani przeszła powoli przez pokój.
Przypuszczam, że muszę mieć dosyć silny zmysł uwielbienia, gdyż dziś
jeszcze odczuwam wrażenie podziwu i czci, z jaką oczy moje biegły za jej
krokami. Widziana teraz w jasnym świetle dnia, wydała mi się wysoka,
ładna i kształtna; piwne oczy pełne dobrotliwego wyrazu i blasku, przy
długich rzęsach i pięknie zarysowanych brwiach, podnosiły białość jej
szerokiego czoła; włosy bardzo ciemne zwijały się na skroniach w okrągłe, krótkie pukle, według ówczesnej mody, kiedy to nie noszono ani
gładkich niobów, ani długich loków; suknię miała na sobie także wedle
panującej mody, z pąsowego sukna, przystrojoną czarnym aksamitem; złoty
zegarek (zegarki nie były wtedy w tak powszechnym użyciu jak teraz)
błyszczał u jej paska. Niech czytelnik doda dla uzupełnienia obrazu
delikatne rysy, cerę jasną, chociaż bladą, pełną godności postać i ruchy, a będzie miał o tyle dokładne, o ile słowa oddać je mogą, pojęcie
o powierzchowności panny Temple, Marii Temple, jak kiedyś później
wyczytałam na jej książce do nabożeństwa, którą dała mi do niesienia,
idąc do kościoła.
Przełożona szkoły w Lowood (gdyż nią była ta pani), zasiadłszy przed
parą globusów, wezwała pierwszą klasę ku sobie i zaczęła z nią lekcję
geografii. Niższymi klasami zajęły się inne nauczycielki; przez godzinę
powtarzano historię, gramatykę itp., następnie przyszło pisanie i arytmetyka, a niektórym starszym dziewczętom udzielała panna Temple
lekcji muzyki. Zegar odmierzał czas trwania każdej lekcji; nareszcie
wybiła dwunasta. Przełożona wstała.
- Mam słowo do powiedzenia uczennicom - rzekła. Rozpoczynał się już
hałas po skończonej lekcji, ale umilkł uciszony jej głosem. Mówiła
dalej:
- Dostałyście dzisiaj śniadanie, którego nie mogłyście jeść; musicie być
głodne. Zarządziłam, żeby drugie śniadanie, chleb z serem, zostało
podane dla wszystkich.
Nauczycielki popatrzyły na nią zdziwione.
- Kazałam to zrobić na własną odpowiedzialność - zwróciła się do nich z wyjaśnieniem, po czym natychmiast wyszła z pokoju.
Zaraz też wniesiono i rozdzielono chleb z serem ku pokrzepieniu i wielkiej radości całej szkoły. Teraz padło słowo komendy: "Do ogrodu!".
Dziewczęta włożyły kapelusze z grubej słomy wiązane na szarfy z kolorowego perkalu i płaszcze z szarej syberyny. Mnie ubrano podobnie i w ślad za innymi wyszłam na świeże powietrze.
Ogród stanowiła obszerna przestrzeń otoczona tak wysokim murem, że
wykluczał wszelką możliwość wyjrzenia dalej. Wzdłuż jednego jego boku
ciągnęła się kryta weranda, a szerokie ścieżki otaczały przestrzeń
środkową, rozdzieloną na cały szereg małych grządek; te grządki
wyznaczone były dla uczennic jako ogródki do uprawiania i każda grządka
miała swoją właścicielkę. Latem pełne kwiatów grządki musiały
niewątpliwie ładnie wyglądać, ale teraz, w drugiej połowie stycznia,
wszystko było po zimowemu puste i sczerniałe. Drżałam, stojąc i rozglądając się dokoła; przykry to był dzień, niezachęcający do ruchu na
świeżym powietrzu; nie był dżdżysty, lecz przyćmiony żółtą mgłą; ziemia
pod stopami nasiąkła wilgocią po wczorajszej ulewie. Silniejsze
dziewczęta biegały i uprawiały jakieś ożywione gry, ale niektóre, blade
i szczupłe, skupiały się w gromadki, szukając osłony i ciepła na
werandzie; wśród tych, w miarę jak gęsta mgła przenikała drżące ich
postacie, słyszałam częsty odgłos głuchego kaszlu.
Dotychczas jeszcze nie przemówiłam do nikogo i nikt też nie zdawał się
zwracać na mnie uwagi. Stałam sobie samotna na boku; do tego uczucia
osamotnienia byłam przyzwyczajona; nie dokuczało mi ono zbytnio. Oparta
o filar werandy, otuliłam się jak najszczelniej w fałdy płaszcza i starając się zapomnieć o zimnie i głodzie, oddałam się przyglądaniu i rozmyślaniom. Moje rozmyślania zbyt były nieokreślone i niepowiązane,
żeby je warto wspominać. Zaledwie wiedziałam, gdzie się znajduję;
Gateshead i moje dotychczasowe życie uleciały gdzieś strasznie daleko,
teraźniejszość była niejasna i dziwna, a przyszłości nie umiałam sobie
wyobrazić. Rozglądałam się po tym, jakby klasztornym, ogrodzie, a potem
spojrzałam na dom, obszerny budynek, którego jedna połowa wydawała się
poszarzała i stara, druga zaś zupełnie nowa. Nowa część, obejmująca
pokój szkolny i sypialnie, miała gotyckie okna, co nadawało jej wygląd
kościelny; kamienna tablica nad drzwiami nosiła napis:
"Zakład Lowood. - Ta część została przebudowana A.D. ...przez Naomi
Brocklehurst z Brocklehurst Hall w tym hrabstwie. Tak niechaj świeci
światłość wasza przed ludźmi, aby widzieli uczynki wasze dobre i chwalili Ojca waszego, który jest w niebiosach. Św. Mateusz V, 16".
Odczytywałam raz po raz te słowa; czułam, że wymagają jakiegoś
wyjaśnienia, gdyż nie potrafiłam znaczenia ich w pełni zrozumieć. Gdy
tak rozmyślałam nad znaczeniem słowa "zakład" i usiłowałam znaleźć
związek między tym słowem a początkiem wersetu biblijnego, odgłos
czyjegoś kaszlu tuż za mną sprawił, że odwróciłam głowę. W pobliżu na
kamiennej ławce siedziała młoda dziewczyna pochylona nad książką, którą
czytała z zajęciem.
Z miejsca, gdzie stałam, mogłam przeczytać tytuł Rasselas. Imię to
wydało mi się dziwne, więc tym bardziej pociągające. Obracając kartę,
podniosła oczy, ja zaś zagadnęłam ją w tej chwili.
- Czy to zajmująca książka? - już postanowiłam poprosić ją, by mi tę
książkę kiedy pożyczyła.
- Mnie się podoba - odpowiedziała po chwilce, przyjrzawszy mi się
uważnie.
- O czym tam jest mowa? - zapytałam znowu. Nie wiem, skąd mi się wzięła
ta śmiałość wszczynania rozmowy z kimś obcym; taki krok przeciwny był
mojej naturze i przyzwyczajeniom. Myślę, że jej zajęcie dotknęło jakiejś
struny sympatii we mnie, gdyż i ja lubiłam czytać, choć tylko rzeczy
lekkie i dziecinne; nie mogłam strawić ani zrozumieć lektury poważnej.
- Możesz ją obejrzeć - odpowiedziała dziewczynka, podając mi książkę.
Przejrzałam ją. Krótki ten przegląd wystarczył, by mnie przekonać, że
zawartość jej była mniej porywająca niż tytuł. Rasselas, jak na mój
gust dziecinny, wydał mi się nudny; nic tam nie znalazłam o wróżbach,
nic o czarodziejach, żadna barwna rozmaitość nie snuła się po gęsto
zadrukowanych stronicach. Oddałam jej książkę; wzięła ją spokojnie i nic
nie mówiąc, zabierała się znów do uważnego czytania, gdy po raz wtóry
odważyłam się jej przeszkodzić.
- Czy możesz mi powiedzieć, co znaczy napis na tym kamieniu nad
drzwiami? Co to jest Zakład Lowood?
- Ten dom, w którym zamieszkasz.
- A dlaczego nazywają go zakładem? Czy różni się pod jakimś względem od
innych szkół?
- Jest to częściowo szkoła dobroczynności publicznej; ty i ja, i my
wszystkie jesteśmy dziećmi korzystającymi z dobroczynności publicznej.
Przypuszczam, że jesteś sierotą; czy nie straciłaś ojca albo matki?
- Oboje umarli, gdy byłam maleńka, tak że ich wcale nie pamiętam.
- Otóż wszystkie dziewczęta tutaj straciły albo jedno z rodziców, albo
oboje, a ten dom nazywa się zakładem wychowawczym sierot.
- A więc my tutaj nic nie płacimy? Czy oni nas utrzymują za darmo?
- Płacimy, albo ktoś za nas płaci, piętnaście funtów rocznie za każdą.
- A więc dlaczego nazywają nas dziećmi korzystającymi z dobroczynności
publicznej?
- Ponieważ piętnaście funtów nie wystarcza na utrzymanie i na naukę, a brakujące pieniądze dopełnia się ze składek.
- A kto się składa?
- Rozmaici dobroczynni panowie i panie z tej okolicy i Londynu.
- Kto to była Naomi Brocklehurst?
- Ta pani, która zbudowała nową część tego domu, jak o tym napisano na
tablicy, i której syn kieruje i rządzi wszystkim tutaj.
- Dlaczego?
- Ponieważ jest skarbnikiem i dyrektorem zakładu.
- Ach, więc ten dom nie należy do tej wysokiej pani, która nosi zegarek
i która powiedziała, że mamy dostać chleb z serem?
- Do panny Temple? O, nie! Dobrze by było, gdyby należał! Ona odpowiada
przed panem Brocklehurstem za wszystko, co robi. Pan Brocklehurst kupuje
całe nasze pożywienie i wszystkie ubrania dla nas.
- Czy on tutaj mieszka?
- Nie, dwie mile stąd w dużym dworze.
- Czy to dobry człowiek?
- Jest duchownym i mówią, że robi wiele dobrego.
- Czy powiedziałaś, że ta wysoka pani nazywa się panna Temple?
- Tak.
- A inne nauczycielki jak się nazywają?
- Ta, która ma rumiane policzki, nazywa się panna Smith; ona uczy robót
i kroju, gdyż my same szyjemy sobie ubrania, płaszcze i wszystko; ta
mała z czarnymi włosami to panna Scatcherd; ona uczy historii i gramatyki i przesłuchuje drugą klasę; a ta, która chodzi w szalu i chustkę do nosa przywiązuje do paska żółtą wstążką, to madame Pierrot;
pochodzi z Lisle we Francji i uczy francuskiego.
- Czy ty lubisz nauczycielki?
- Dosyć.
- A tę małą, czarną i madame?... Nie umiem wymówić jej nazwiska tak jak
ty.
- Panna Scatcherd jest prędka... uważaj, żebyś jej się nie naraziła;
madame Pierrot to wcale niezła osoba.
- Ale panna Temple jest najlepsza, prawda?
- Panna Temple jest bardzo dobra i bardzo mądra; ona przewyższa tamte,
gdyż umie o wiele więcej niż one.
- Czy od dawna jesteś tutaj?
- Od dwóch lat.
- Czy jesteś sierotą?
- Matka moja nie żyje.
- Czy czujesz się tutaj szczęśliwa?
- Trochę za wiele pytasz. Dałam ci na razie dosyć odpowiedzi, teraz
chciałabym poczytać.
W tejże chwili odezwał się dzwonek wzywający nas na obiad; wróciłyśmy do
domu.
Zapach unoszący się teraz w refektarzu nie o wiele był ponętniejszy od
tego, który uraczył nasze nosy przy śniadaniu. Podano obiad w dwóch
dużych blaszanych naczyniach, z których unosiła się para woniejąca
zjełczałym tłuszczem. Potrawa składała się z niesmacznych kartofli i dziwnych obrzynków nie pierwszej świeżości mięsa, a wszystko to było
wymieszane i ugotowane razem. Tej papki wydzielono po dość pełnym
talerzu każdej uczennicy. Jadłam, ile mogłam zjeść, zadając sobie
pytanie, czy też jedzenie będzie co dzień takie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki