Dziwki w czadorach nie idą do Raju - Chahdortt Djavann

Kup ebooka

38.00 zł
34.49 zł (33,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Nazywane miastem o tysiącu twarzy, leżące na północnym wschodzie Iranu, niedaleko granicy z Afganistanem, na szlaku Dżyngis-chana, miasto męczenników, poetów, miłośników astronomii, miasto święte, cel pielgrzymek, siedziba wspaniałego mauzoleum imama Rezy, którego ogromna złocona kopuła w dni wielkiego upału odbija słońce i oślepia wiernych, jakby zabłąkali się pomiędzy ogniami piekielnymi, święte miasto, do którego napływają miliony żarliwych muzułmanów, miasto narkotyków, dilerów, miasto szczodre, gościnne, otwarte aż po uda i podbrzusza swoich kobiet, swoich dziwek: Meszhed jest miejscem, w którym rozegrała się ta niewiarygodna historia.

Któregoś letniego poranka Ebi Agha, robotnik mieszkający na obrzeżach miasta, idąc do pracy, zatopiony w myślach o mało nie upadł, zaplątawszy się stopami w czador kobiety leżącej w wyschniętym rynsztoku.

Zwłoki!

Zatrzymał się. Zawahał. Jego dylemat przedstawiał się następująco: zawiadomić policję czy też pójść dalej swoją drogą, udając, że nic nie zauważył? Naoglądał się wystarczająco dużo amerykańskich seriali kryminalnych, aby wiedzieć, że ślady jego butów na czadorze zmarłej i jego lewej stopy, którą zawadził o zwłoki, mogą stanowić dowód przeciwko niemu. A z drugiej strony przyszło mu do głowy, że nie należy zanadto utożsamiać scenariusza jakkolwiek nieprawdopodobnego, to jednak doskonale skonstruowanego amerykańskiego kryminału z tym, co dzieje się w tym bałaganiarskim kraju, w którym nic nie funkcjonuje jak trzeba. Któż miałby poprowadzić śledztwo z prawdziwego zdarzenia w sprawie jakiejś biednej kobiety, której życie warte było tylko połowę życia mężczyzny? Przecież nawet za to ostatnie nikt nie dałby złamanego grosza...

Nie doszedł jeszcze do końca ulicy, gdy usłyszał kobiecy krzyk. Jedna z jego sąsiadek, także robotnica. Stała nad zwłokami i wzywała pomocy. Ebi Agha uznał, że w tej sytuacji nie może już troszczyć się o to, by dotrzeć na czas do roboty, i pozostawić za sobą świadka.

- Ach, mój Boże, odwróćmy ją, żeby zobaczyć, kim jest...

Ebi Agha pomyślał, że to może być dobre wytłumaczenie śladu jego butów: jeszcze raz stanął na czadorze i odwrócił trupa. Spod czadoru wyłoniła się nieznana im, nabrzmiała, opuchnięta twarz, ciągle jeszcze spowita w zawój bezlitośnie zaciśnięty wokół szyi.

- Myśli pan, że nie żyje? - spytała kobieta.

- Jak najbardziej mi na to wygląda.

- Jest pan pewien?

- Nie.

Prawie dwie godziny później na miejsce zbrodni przybyło dwóch policjantów. Policji na ogół mniej spieszno, żeby ratować biednych ludzi, niż żeby ich aresztować. Funkcjonariusze przepytali mieszkańców ulicy, teraz już tłoczących się dookoła zwłok. Kobiety i mężczyźni szemrali, wrzawa robiła się coraz głośniejsza: języki się rozwiązywały, z ust wylewały się opinie.

- Biedaczka!

- Zna ją pani?

- Nie, a pan?

- Też nie.

- Nikt jej nie zna.

- Nie była stąd.

- Co robiła w naszej dzielnicy?

- Nie wiem.

- Tu nie ma nic do roboty...

- Może przyszła tu kogoś odwiedzić...

- Ale nikt w dzielnicy jej nie zna.

- ...To pewnie kurwiszon.

- Serio?

- Oczywiście.

- Może sami strażnicy rewolucji...?

- Myślisz?

- Całkiem możliwe.

- Słyszałem kiedyś, jak jeden strażnik mówił, że należałoby wytępić wszystkie te lafiryndy, które roznoszą zło i deprawują wiernych.

- A ja mówię, że zasłużyła na to, co ją spotkało.

- No nie wiem.

- A ty jak uważasz? Że można tym dziwkom na wszystko pozwolić?

- Nie, trzeba je surowo karać.

- Kurwy nic nie powstrzyma.

- To prawda, trudno sobie poradzić z tymi wywłokami.

- Nasi synowie są deprawowani.

- A nasi mężowie to nie?

- Kobieta, która się puszcza z nieznajomym mężczyzną, na nic lepszego nie zasługuje.

- Mam nadzieję, że to będzie lekcja dla innych.

- Trzeba zostawić jej ciało jak psa, żeby inne kurwy ją zobaczyły.

- Słusznie! Nie można już wyjść na miasto z powodu tych latawic...

- Bzdury pan gada! Tylko nam jeszcze zabójców w naszej dzielnicy brakowało!

- To nie zabójstwo, to oczyszczanie.

- Prawda, to nie morderstwo, ale dezynfekcja, higiena. On ma rację.

- Nareszcie człowiek, który miał odwagę uwolnić nas od śmiecia!

- W każdym razie to odważny muzułmanin.

- Przesadza pan, mimo wszystko zabito istotę ludzką.

- Po pierwsze to nie istota ludzka, tylko kurwa, a islam mówi, że jeśli po dwóch napomnieniach kurwa nie zaprzestanie swojej działalności, to można ją zabić.

- Według mnie on ma rację; ktoś uwolnił nas od niemoralności, którą przegnite jest nasze miasto.

- A to jedyna niemoralność?

- Cóż to, broni pani dziwek?

- Nikogo nie bronię. Zresztą nie wiemy, kim jest ta biedna kobieta. To, że nie mieszka tutaj i że nikt jej nie zna, nie oznacza jeszcze, że jest dziwką.

- To co tutaj robiła? To oczywiste, że jest kurwą.

- A ten pana islam nigdy nie mówi o domniemaniu niewinności?

- Przecież wystarczy spojrzeć.

- Skąd pan to wie?

- Ależ to oczywiste!

- Był pan jej klientem, że pan taki pewny?

- Za dużo pani mówi. Nie ma pani męża, żeby panią stąd zabrał?

- Jest w pierdlu, jak wielu innych chłopaków z dzielnicy.

- To prawda, on ma rację, siostro, mimo wszystko nie trzeba bronić dziwek.

- Nie jestem pańską siostrą i nikogo nie bronię. Mówię tylko, że nic nie wiemy.

- Jeśli ludzie mówią, że to dziwka, no cóż, to musi być prawda..., po co jakaś kobieta miałaby przychodzić do naszej dzielnicy, jeśli tu nie mieszka, co?

- I bez tego mamy wystarczająco dużo kłopotów. Nie trzeba, żeby dziwki zrobiły sobie z naszej dzielnicy rewir polowań...

Jedni i drudzy, kobiety i mężczyźni, młodzi i starzy, robotnicy i bezrobotni, dobrzy i źli muzułmanie, przestępcy i narkomani, szarlatani i szalbierze, złodzieje i dilerzy, sutenerzy i klienci dziwek, wszyscy wyrazili własne zdanie, odreagowali, powiedzieli, co o tym myślą. Wywnętrzyli swoje przekonania, ale nikt z nich nie mógł zidentyfikować ciała. Pomijając plotki, policjanci nie uzyskali żadnej informacji.

Jeden z policjantów zapisał na kawałku papieru:

Zwłoki: Nieznajoma.

Wiek: Między 25 a 30 lat.

Prawdopodobnie prostytutka.

Ebi Agha postanowił zostać na miejscu, żeby asystować aż do zakończenia sprawy. Stwierdził, że wbrew temu, co się widzi na amerykańskich filmach, żaden ekspert kryminalistyki nie zjawił się, żeby zebrać odciski palców, nie wszczęto żadnej procedury w celu zabezpieczenia śladów, obszar zbrodni nie został wydzielony i otoczony białą, żółtą czy czerwoną taśmą. A kiedy wreszcie przy pomocy dwóch mieszkańców dzielnicy jeden z policjantów przeniósł ciało, nie wkładając rękawiczek, gołymi rękami, a na dodatek kilkakrotnie depcząc miejsce, na którym leżały zwłoki, Ebi Agha pomyślał sobie: "Niepotrzebnie martwiłem się o odciski swoich stóp!".

Dwa dni później i zaledwie dwieście metrów od miejsca, gdzie znaleziono pierwsze ciało, leżały drugie zwłoki, owinięte w czador, na przedłużeniu tego samego rynsztoka bez wody. Kiedy ci sami policjanci, tym razem w towarzystwie przełożonego, przybyli na miejsce zbrodni, ofiarę otaczał już tłum.

- Ktoś postawił sobie za cel oczyszczenie tego świętego miasta z brudu.

- Skoro władze nie są wystarczająco surowe dla tych ohydnych dziwek, ktoś musiał się tym zająć.

- Oby te nieczyste kobiety spłonęły w piekle!

- To pewne, przecież takie dziwki nie idą do Raju.

- W każdym razie mamy w mieście bohatera.

- Odważnego.

- O, tak!

- To prawdziwy heros.

- Pobożny mąż.

- Prawdziwie wierzący.

- Czysty.

- Prawdziwy muzułmanin.

- Nigdy nie powinno się tolerować hańby.

- Ja mówię: brawo.

- Byłoby lepiej, gdyby im podrzynał gardła.

- Gdyby tylko mógł wiedzieć, że z całego serca jesteśmy z nim...

Morderca jest tutaj, milczący, pomiędzy ludźmi otaczającymi zwłoki. Wsłuchuje się w komentarze jednych i drugich, są krzepiące i uskrzydlające.

- Mam nadzieję, że te brudne kurwy przestaną przychodzić do naszej dzielnicy.

- Ależ to, że ich ciała są tutaj, nie oznacza, że to tu zostały zamordowane. Nie oglądacie filmów kryminalnych?

- Dlaczego porzuca je tutaj, a nie tam, gdzie je zabija?

- Żeby zmylić tropy... To sprytny chłopak.

- To prawda. Dziwki pracują zwykle przy mauzoleum, tam, gdzie są turyści. Kogo z tutejszych byłoby stać na to, żeby którejś zapłacić?

- Tak czy inaczej, zaszczyca nas, rzucając te kurwy do naszych stóp.

- A pan co o tym sądzi? - spytał dwudziestolatek starego mężczyznę, który stał obok w milczeniu.

- No nie wiem. To, co one robią, nie jest w porządku, ale zabójca też źle czyni. To prawo powinno je ukarać.

- Tyle że prawo nic nie robi - wtrącił się inny. - Młodzi przelewali za islam krew na wojnie, a te brudne dziwki brukają pamięć męczenników.

- Nie rozumiem, co wojna i krew męczenników mają wspólnego z prostytucją.

- Więc to pana zdaniem w porządku? Dzielni żołnierze ryzykowali życiem, wracają z wojny i widzą, że kobiety się prostytuują... i pan uważa, że to w porządku?

- Mówił pan o męczennikach i o ich pamięci, a nie o tych, co wracają żywi.

- Za stary pan i niczego nie rozumie.

- Być może, ale wiem, że to najstarszy zawód świata i że nigdy, od zarania czasu, żadna władza nie była w stanie kontrolować tego, co się dzieje w intymności między mężczyzną a kobietą.

- Niech pan uważa, co mówi! Właśnie obraził pan islam.

- Czy islam mówi, że trzeba zabijać kobiety?

- To są dziwki!

- A więc islam mówi, że trzeba zabijać prostytutki?

- Tak!

- Co pan powie!?

- Tak, islam mówi, że jeśli po dwóch napomnieniach nadal się sprzedają, trzeba je wyeliminować.

- Cóż, nie wiedziałem.

- Bo jest pan muzułmaninem z czasów Szacha, który sam był złym muzułmaninem, lokajem bezbożnego Zachodu, kalającego nasz kraj, występującym przeciwko zasadom islamu.

- On ma rację. Trzeba zabić nie tylko dziwki, lecz w ogóle wszystkie nieczyste kobiety.

- Ambitny program... - zakpił stary człowiek, oddalając się.

Jeden z policjantów zanotował na kartce papieru:

Zwłoki: Nieznana kobieta.

Wiek: 20-30 lat.

Prawdopodobnie prostytutka.

Jego przełożony, spoglądając mu przez ramię, poprawił go: "To się nazywa "ofiara", a nie "zwłoki"".

Matka nie wiedziała dokładnie, kiedy urodziła się Soudabeh. Zdarzyło się to w bardzo upalny letni dzień, w domu w slumsach dziesięć kilometrów od Meszhedu, zrównanych później z ziemią, żeby zrobić miejsce dla wielkiego meczetu. Akt urodzenia wydano prawie rok po jej przyjściu na świat. Była drugim dzieckiem; pierwsze - też dziewczynka - umarło jako niemowlę, bez aktu urodzenia i zgonu. Tamta dziewczynka zaledwie zaistniała w głowie, sercu i pamięci swoich rodziców. Po urodzeniu trzeciego dziecka, chłopca, matka Soudabeh, dumna, że wreszcie wydała na świat potomka płci męskiej, w tym samym dniu zgłosiła w Urzędzie Stanu Cywilnego urodzenie dwojga dzieci: podała dokładną datę narodzin syna i przybliżoną córki: 27 listopada 1987.

W tym samym czasie, kilka domów dalej, urodziła się Zahra. Obie dziewczynki mieszkały na tej samej ulicy, razem spędziły dzieciństwo, chodziły do tej samej szkoły, siedziały w jednej ławce i przysięgły sobie, że pozostaną najlepszymi przyjaciółkami na świecie. Obydwie były zachwycająco piękne, chociaż zarówno ich rodzice, jak i rodzeństwo nie grzeszyli urodą. Dziewczynki były do siebie podobne, jak to się mówi, niczym dwie połówki przekrojonego jabłka, z tym że Soudabeh była ciemną brunetką, a Zahra szatynką, wyraźnie niższego wzrostu. Miały marzycielską naturę, nie brakowało im ani inteligencji, ani żywego usposobienia.

Odkąd skończyły dwanaście lat, a może już wtedy, gdy miały lat dziesięć albo nawet osiem, z powodu natarczywych i lubieżnych spojrzeń chłopców i mężczyzn, a także bezustannych pokrzykiwań ich matek: "Odejdź od okna! Zakryj głowę!", instynktownie wiedziały, że wielka uroda to jedyny skarb, jaki posiadają dziewczęta z ich środowiska. Obiecały sobie, że nie wyjdą za mąż za jednego z tych biednych chłystków, narkotyzujących się chłopaków na bakier z prawem, gromadzących się na rogu ulicy. Marzyły o innym życiu, takim, jakie wiodą zamożni, wykształceni, obyci, dystyngowani i z całą pewnością szczęśliwi (jak sądziły) ludzie, których nie dane im było poznać, widywani tylko w telewizji i na niektórych filmach. Uczyły się pilnie, żeby zdobyć wykształcenie. Nie chciały życia w nędzy, przemocy, wśród narkotyków, nieszczęścia i rezygnacji. Miały plan, żeby wspólnie opuścić dzielnicę.

Rodzice Zahry, religijni integryści, przyzwyczaili ją do noszenia hidżabu od czwartego roku życia, zanim jeszcze poszła do szkoły podstawowej, i do odprawiania modłów, zanim skończyła dziewięć lat. Dziesiątki razy dziennie powtarzając od maleńkości w każdej modlitwie "Allahu Akbar", bardzo głęboko przywiązała się do wiary.

Ze względu na jej wielką urodę ojciec wydał ją za mąż w wieku dwunastu lat, jeszcze przed pierwszą miesiączką, zanim zaczęły jej rosnąć piersi. Jak mówiono, "tak piękna dziewczyna stanowi bezustanne zagrożenie, diabelską pokusę nawet dla jej własnych braci". Musiała przestać chodzić do szkoły, co bardzo ją zasmuciło. Przyjaciółki dużo płakały, przytulając się do siebie. Rozwiały się ich marzenia o ucieczce ku lepszemu życiu.

Zahra bała się nocy poślubnej, nie wiedziała nic na temat jej przebiegu ani szczegółów. Bała się też tego obcego mężczyzny, starszego od niej dwa i pół raza, którego przed ślubem spotkała tylko pewnego popołudnia, kiedy przyszedł do nich z matką prosić o jej rękę. To był ślub biedaków: niewielu gości, skromniutkie przyjęcie, kolacja niezbyt różniąca się od codziennej. Była smutna w tej za dużej na nią białej sukni, wypożyczonej z taniego sklepu ze strojami dla panien młodych, a Soudabeh, pomimo całej miłości do swojej przyjaciółki, trochę jej zazdrościła: Zahra miała jako pierwsza poznać tajemniczą i fascynującą noc poślubną.

Nazajutrz Soudabeh czekała przed domem męża Zahry, dwie ulice dalej, a kiedy zobaczyła, że mężczyzna gdzieś wyszedł, zapukała do drzwi. Zahra rzuciła się w jej ramiona z zapłakaną twarzą. Zaciekawiona i niecierpliwa, Soudabeh zasypała ją pytaniami. Zahra powiedziała jej, że to tak, jakby "wbijać młotkiem gwóźdź. To boli, rozdziera, powoduje krwawienie, a teraz piecze". Soudabeh była bardzo zawiedziona i pocieszała przyjaciółkę.

Mąż rozdziewiczył dziewczynkę bez żadnej czułości i nie przejmując się tym, co ona odczuwa. Brutalnie. To sprawiło, że miał wspaniały orgazm. Przygotować swoją młodziutką żonę pieszczotami i pocałunkami, podniecić ją tak, żeby jej pochwa stała się wilgotna i gotowa do penetracji - to upokarzałoby i poniżało maczystowską seksualność mężczyzn z jego środowiska. W kobietę wchodzi się mocno, od razu, tak jak wyważa się drzwi. Tak jak się gwałci. Kobietę penetruje się, gdy ma suchą waginę i jeszcze zanim rozłoży nogi niczym dziwka.

Pierwszej nocy mąż wziął ją trzy razy. Jej gładki i nieowłosiony jeszcze srom, jej mała i ciasna pochwa były podrażnione, obolałe i poranione. Następne noce i następne penetracje przebiegały w ten sam sposób. Wystraszona doświadczeniem pierwszej nocy, kuliła się w sobie, kiedy tylko mąż się do niej zbliżał.

Przyjaciółki widywały się każdego popołudnia po szkole. Soudabeh pomagała Zahrze kontynuować naukę przed powrotem jej męża do domu, ale obydwie wiedziały, że to długo nie potrwa; wcześniej czy później rodzice Soudabeh zakażą jej chodzić do szkoły i również wydadzą ją za mąż.

Niebawem Zahrę spotkało nieszczęście. Jej mąż zataił swoje uzależnienie od narkotyków i przedstawiał się jako uczciwy robotnik. Cztery miesiące po ślubie wtrącono go do więzienia za handel heroiną.

"To ogromna odpowiedzialność trzymać pod swoim dachem tak młodą i piękną kobietę bez męża, to hańba", mówiono tu i ówdzie.

Zahra nie była już dziewicą, więc jej ojciec nie chciał przyjąć jej z powrotem do swojego domu. Uszkodzony towar. Dziewczynę zmuszono do opuszczenia wioski. Wraz z teściową udała się do krewnych tej ostatniej i tam miała czekać, aż mąż Zahry wyjdzie z więzienia.

Niedługo potem rodzina Soudabeh przeprowadziła się. Jej ojciec, robotnik budowlany, często bez pracy, wyszedł rano z domu i nie wrócił ani wieczorem, ani w ciągu następnych dni. Po kilku miesiącach matka Soudabeh, nie mogąc już opłacać czynszu, zabrała dzieci i wróciła do rodzinnego miasteczka Tus, oddalonego o czterdzieści kilometrów od Meszhedu. W ten sposób przyjaciółki zostały definitywnie rozdzielone.

Soudabeh dostała pierwszej miesiączki, mając dwanaście lat i siedem miesięcy (jeśli przyjąć fałszywą datę urodzenia: 27 listopada 1987 roku). Zahartowana obserwowaniem nieszczęść Zahry, pomyślała, że ucieknie, żeby uniknąć takiego losu. Nie chodziła już do szkoły, ponieważ matka nie miała pieniędzy na czesne, a poza tym nie mogła dłużej trzymać w domu dziewczyny tak pięknej i już miesiączkującej.

Soubadeh wiedziała, że niebawem matka wyda ją za mąż.

Pewnego ranka, bardzo wcześnie, kiedy całe miasteczko jeszcze spało, Soudabeh opuściła dom i nie wróciła ani wieczorem, ani w następnych dniach, tak jak jej ojciec.

Goli od dwóch godzin szukała córki. Ośmioletnia dziewczynka zniknęła, rozpłynęła się bez śladu. Goli przeszukała dzielnicę ulica za ulicą, metr po metrze, jakby córka była myszką, która mogła się schować w jakimś kąciku czy norce. Wypytała sąsiadów, innych mieszkańców, kupców i przechodniów. Jedni i drudzy w sąsiedztwie widzieli ją na ulicy rano, kiedy szła do szkoły, lub w południe, gdy wracała do domu... Nikt nie był niczego pewien. Świadectwa wydawały się niejasne i sprzeczne. Goli poważnie się zaniepokoiła i pobiegła na komisariat, gdzie odczekała dwie godziny w dziesięcioosobowej kolejce interesantów przed jedynym okienkiem - oknem wychodzącym bezpośrednio na ulicę - zanim przesłuchał ją policjant, który kazał jej podać wiek, imię, nazwisko, wzrost i kolor oczu dziewczynki, a wreszcie spytał, gdzie jest jej ojciec.

Goli odpowiedziała niecierpliwie:

- Nie ma go.

- To gdzie jest?

- Nie wiem.

- Kiedy wróci?

- Nie wiem.

- Co robi?

- Jaki to ma związek z zaginięciem mojej córki?

- Taka jest procedura. Jaki jest zawód pani męża?

- Procedura czego? Czekam tu już od kilku godzin, ktoś porwał moją ośmioletnią córkę, a pan mnie pyta o zawód mojego męża...

- Nie jest pani opiekunem prawnym swojej córki, to jej ojciec powinien przyjść zgłosić jej zaginięcie.

- Chce pan powiedzieć, że moja córka, którą nosiłam we własnym brzuchu, nie jest moją córką?

- Brzuch nie brzuch, nie ma pani żadnej władzy nad dziećmi swojego męża. Niech mi pani nie każe powtarzać rzeczy oczywistych... Gdzie jest jej ojciec?

- W więzieniu. Pasuje to panu?

- Z jakiego powodu?

- Zniknięcie mojej córki pana nie interesuje?

- Proszę odpowiadać na moje pytania. Z jakiego powodu?

- Narkotyki.

- Był narkomanem czy dilerem?

Goli wybucha płaczem:

- Na litość Boga, proszę zrozumieć ból zrozpaczonej matki...

- Proszę pani, taka jest procedura. Pani mąż jest narkomanem czy dilerem?

- Jednym i drugim.

- Kiedy został zatrzymany?

- Ale jaki to ma związek?

- Taka jest procedura, już pani mówiłem.

- A odkąd w tym kraju są jakiekolwiek procedury?

- Proszę uważać, co pani mówi.

- Niech pan posłucha, codziennie w południe córka wracała do domu, a...

- Kiedy pani mąż został zatrzymany?

- Pięć, nie, może sześć lat temu, nie pamiętam dokładnie.

- W jakim więzieniu został osadzony?

- W centralnym. Czy teraz może się pan już zająć moją córką?

- To właśnie robię.

- Wypytując mnie? Chce pan ją znaleźć w mojej kieszeni?

- Na ile lat więzienia skazano pani męża?

- Na trzydzieści pięć. Zadowolony pan? Skończył mnie pan wypytywać?

- Proszę pani, po raz ostatni powtarzam, taka jest procedura.

- Mam w nosie pańską procedurę...

- Trochę grzeczniej, proszę pani. Niech pani uważa, co mówi! W przeciwnym razie będę musiał panią zatrzymać...

- Tylko to potraficie robić? Uwięzić matkę, która przyszła zgłosić zaginięcie ośmioletniej córki?

- Nie pani jedna. Proszę spojrzeć na tych ludzi, co stoją za panią w kolejce? Oni wszyscy mają problemy.

- Pan to nazywa problemem? Moja córeczka jest może...

- Mogła jej pani lepiej pilnować...

Goli wybucha szlochem.

- Proszę się uspokoić, bo w przeciwnym razie będę zmuszony...

- Zatrzymać mnie? Bardzo proszę. Na co pan czeka? Niech mnie pan zatrzyma! Jestem złą matką, gdyby było inaczej, moja córka by nie zaginęła. Niech mnie pan zatrzyma...

- Proszę się uspokoić.

- Co tu się dzieje? - krzyczy inny policjant.

- Jej córka zniknęła, mąż jest handlarzem narkotyków, siedzi w więzieniu - odkrzykuje mu policjant, który przesłuchiwał Goli.

- Niech się pani uspokoi. Kobieta nigdy nie powinna podnosić głosu. W przeciwnym wypadku będę musiał panią zatrzymać za obrazę moralności - grozi jej drugi policjant.

- Czy odwiedza pani męża? - podejmuje temat pierwszy policjant.

- Nie.

- W dalszym ciągu jest pani jego żoną?

- Tak.

- Nie wniosła pani o rozwód?

- Po co? Żeby wyjść za mąż za kolejnego narkomana?

- Proszę odpowiedzieć na moje pytanie.

- Nie.

- Ma pani inne dzieci?

- Nie.

- Dlaczego?

- Bo ten dupek mój mąż został zatrzymany zaraz po narodzinach mojej córki.

- Grzeczniej proszę. Kobieta musi szanować swojego męża, nawet jeśli ten popełnia błędy. Żyje pani sama?

- Tak.

- Jak zarabia pani na życie?

- Sprzątam u innych.

- Czy pani mąż ma kontakty poza więzieniem?

- Skąd mogę wiedzieć?

- Czy ktoś kontaktował się z panią w imieniu męża?

- Nie.

- Zauważyła pani coś niezwykłego?

- Na przykład co?

- No, nie wiem. Coś, co nie jest normalne.

- Nie.

- Dobrze - mówi policjant, wstając.

- A co z moją córką?

- Przekażę zgłoszenie.

- Komu?

- Odpowiednim służbom.

- I to wszystko?

- A co mielibyśmy jeszcze zrobić? Powiedziała pani, że przeszukała metr po metrze całą dzielnicę.

- Więc zadawał mi pan te wszystkie pytania po nic?

- Taka jest procedura. Proszę wracać do domu. Może już tam jest.

- A co jeśli jej nie ma? - łka znowu Goli.

- Nie wiem. Co mam powiedzieć? Może pani mąż sprzedał ją handlarzowi, który dostarcza mu prochy do więzienia.

- To skandaliczne! Czy więźniowie nie są pilnowani?

- Już trzeci raz podnosi pani na mnie głos. Staram się nie reagować, bo straciła pani córkę... Niech pani spyta męża... Następny!

Goli wracała z komisariatu szybkim krokiem, błagając niebo, żeby jej córka była już w domu, i przeklinając policjantów, kraj, władze, handlarzy narkotyków, męża... Zajęta swoimi myślami, zbłądziła w ciemnościach. Potknęła się o coś i omal nie upadła. Jakieś ciało.

Krzyknęła ze zgrozą: "O mój Boże!". Rzuciła się na ciało. To nie była jej córka. Ruszyła biegiem, żeby oddalić się od zwłok, szepcząc: "To pewnie kolejna brudna dziwka".

Kilka godzin później strażnicy moralności patrolujący samochodem okolicę znaleźli ciało, o które potknęła się Goli. Na komisariacie komendant policji zanotował:

"Bez wątpienia trzecia ofiara też jest prostytutką!"

Goli nigdy nie odnalazła córki. Kiedy odwiedziła w więzieniu męża, ten zaprzeczył, że miał jakikolwiek udział w rzekomym porwaniu, i sam oskarżył żonę o sprzedanie dziecka.

 

 

Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.