Dziw - Nathan Ballingrud

Kup ebooka

49.00 zł
40.90 zł (40,60 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział I

I

Kiedy na Marsa przy­szła Cisza, osia­da­jąc na nas jak duszący pył, mia­łam trzy­na­ście lat. Teraz za wiele o tam­tych cza­sach się nie mówi, a ci, któ­rzy je prze­żyli, już w więk­szo­ści zmarli. Ja jestem stara - nie­przy­zwo­icie stara, jak lubię mówić - i nie­długo do nich dołą­czę. Może dla­tego łapię się na tym, że w dłu­gie nocne godziny coraz czę­ściej myślę o tam­tych latach - o lęku i samot­no­ści, które dotknęły nas wszyst­kich, o hanieb­nych rze­czach, które robi­li­śmy, ponie­waż się bali­śmy.

Może dla­tego myślę też o daw­nych przy­ja­cio­łach i daw­nych wro­gach, o tym, że cza­sami to były te same osoby. Może także dla­tego w końcu odwie­dził mnie kochany stary Wat­son, błysz­czący w świe­tle lampy, pełen wła­snych magicz­nych histo­rii.

Przez całe życie chcia­łam pisać opo­wie­ści przy­go­dowe, ale zawsze bar­dziej od pisa­nia paso­wało mi czy­ta­nie. I nie wie­rzy­łam, że moja wyobraź­nia spro­sta temu zada­niu. Dopiero teraz, pod sam koniec, dociera do mnie, że nie potrze­bo­wa­łam sobie niczego wyobra­żać.

Nazy­wam się Ana­belle Crisp. Oto histo­ria o tym, co mi się przy­da­rzyło, co z tym zro­bi­łam i o skut­kach tegoż.

***

Był wcze­sny wie­czór i naszą jadło­daj­nię Matka Zie­mia już zamy­ka­li­śmy. Ojciec zwy­kle lubił, żeby było otwarte do późna. Żyli­śmy z Ciszą już od pra­wie roku i wyglą­dało na to, że kiedy zapada zmrok, coraz wię­cej ludzi pra­gnie cie­płego, jasnego miej­sca. A moja rodzina z przy­jem­no­ścią je zapew­niała. Naszą spe­cjal­no­ścią była dobra kuch­nia z ame­ry­kań­skiego Połu­dnia - fasola z ryżem, jar­muż, gril­lo­wana wie­przo­wina, tego typu rze­czy - a ściany mie­li­śmy obwie­szone zdję­ciami słyn­nych ziem­skich miast i atrak­cji. Cisza przy­dała tym obra­zom ele­gij­nego kli­matu, prawda, ale tylko atrak­cyj­niej dzięki temu wyglą­dały.

Tam­tego wie­czoru zamy­ka­li­śmy wcze­śniej niż zwy­kle. Klub Rucho­mych Obraz­ków wyświe­tlał coś na rynku - na pewno zabie­rze nam to więk­szość gości. Mnie to nie prze­szka­dzało, liczy­łam, że sama też pójdę na rynek i popa­trzę. Pusz­czali Zagi­niony świat, po raz kolejny, i choć widzia­łam go już dwa razy, bar­dzo chęt­nie obej­rza­ła­bym kolejny. Arthur Conan Doyle był moim ulu­bio­nym pisa­rzem. Pod­eks­cy­to­wana, czy­ta­łam - któ­ryś raz - Kro­niki Sher­locka Hol­mesa, z grzbie­tem już popę­ka­nym od oka­zy­wa­nej przeze mnie miło­ści.

Ostat­nim wie­czor­nym klien­tem był Joe Reilly. Wielu ludzi w New Galve­ston nie cier­piało go, miał więc w zwy­czaju przy­cho­dzić wtedy, gdy naj­pew­niej nikt mu nie będzie zawra­cał głowy. Naj­chęt­niej bym go w ogóle nie wpusz­czała, ale ojciec nie chciał o tym sły­szeć. Więc obsłu­ży­łam go w bez­ce­re­mo­nial­nym mil­cze­niu. Zjadł szybko, łap­czy­wie i powie­dział:

- Co, Ana­belle, zamy­ka­cie wcze­śniej?

- Dobrze wiesz, że tak.

- A. No to chyba nie będę cię trzy­mał. - Poło­żył na stole pie­nią­dze i wyszedł. Co za ulga; prze­waż­nie prze­sia­dy­wał do samego końca.

Zabra­łam nakry­cie do kuchni, gdzie ojciec i Wat­son, nasza Maszyna, już sprzą­tali. Ojciec coś mam­ro­tał pod nosem i zamilkł, kiedy przy­szłam. Znowu roz­ma­wiał z matką. Wie­dzia­łam, że to go uspo­kaja, lecz i tak ciężko było to sły­szeć. Sta­rał się to robić, tylko kiedy mnie nie było, ale cza­sami chyba nie potra­fił się powstrzy­mać.

Wat­son był Maszyną Kuchenną - dwu­nożną kon­struk­cją, z grub­sza człe­ko­kształtną, uty­li­tarną i bez­pł­ciową. Nazwa­łam go Wat­sonem na cześć boha­tera opo­wia­dań o Sher­locku Hol­me­sie, choć jego pro­gram obej­mo­wał zmy­wa­nie i nie­wiele wię­cej, a rodzice wgrali mu jesz­cze tani sza­blon oso­bo­wo­ści - Angiel­skiego Kamer­dy­nera - dla roz­rywki wła­snej i gości. Był zapro­gramowany na pomoc­nika detek­tywa, tak samo jak ja byłam wycho­wana na naj­więk­szego ama­tor­skiego detek­tywa na świe­cie. Ale świa­do­mie posta­no­wi­łam w ten fałsz wie­rzyć.

Byłam w kuchni może z minutę, więc kiedy wró­ci­łam na salę, zdzi­wi­łam się, widząc przy kon­tu­arze męż­czy­znę. Sie­dział zgar­biony, ze sple­cio­nymi dłońmi, przy­pa­tru­jąc się splo­towi pal­ców, jakby dostrze­gał w nich jakąś tajem­nicę do roz­wi­kła­nia. Włosy na gło­wie miał dłu­gie i sku­dłane, jasne, przy­pró­szone łagod­nymi różo­wymi odcie­niami nizin­nej mar­sjań­skiej pustyni. Nosił taką kurtkę na złą pogodę, jakie lubią noma­dyczne sekty, chro­niącą przed śmier­cio­no­śnym mro­zem w spę­dzane poza mia­stem noce. Na skó­rze pra­wego rękawa wid­niał wypa­lony sym­bol, iden­ty­fi­ku­jący go jako członka Ciem - nazwali się tak od oso­bli­wej, żywią­cej się tru­pami ćmy, ende­micz­nej dla Marsa; gatunku, który buduje gniazda w mar­twych cia­łach. Uniósł głowę, żeby na mnie spoj­rzeć; zdzi­wiła mnie jego twarz - piękna na swój twardy, nie­ugięty spo­sób, tak jak piękna jest pusty­nia. Oczy miał bla­do­zie­lone, deli­kat­nie lumi­ne­scen­cyjne; gdyby nie ten znak na kurtce, wzię­ła­bym go za gór­nika. Myśla­łam, że jest w wieku mojego ojca - jakoś po czter­dzie­stce - dopóki się nie ode­zwał i nie usły­sza­łam jego mło­dego głosu.

- Już myśla­łem, że tu umrę, zanim ktoś zechce mnie obsłu­żyć.

Zdzi­wiła mnie ta obce­so­wość. Nie zna­łam go, co w New Galve­ston było nie­zwy­kłe, ale nie nie­moż­liwe, zwłasz­cza jeśli nale­żał do któ­rejś z pustyn­nych sekt. Mimo wszystko ojciec i ja byli­śmy tu sza­no­wani i na ogół trak­to­wani przy­zwo­icie.

- Prze­pra­szam, już zamknięte.

- Na tabliczce jest, że otwarte.

- Wła­śnie szłam ją prze­krę­cić.

- Ale jesz­cze nie prze­krę­ci­łaś, więc chyba jest otwarte. Popro­szę czarną kawę.

Nie wie­dzia­łam, co innego zro­bić, więc odwró­ci­łam się i nasta­wi­łam wodę na kuchence. Nie­po­koił mnie ten obcy, co wcho­dzi i roz­ka­zuje takim tonem. A jesz­cze bar­dziej nie­po­ko­iło mnie to, że go słu­cha­łam.

Przez parę minut nie mia­łam nic do roboty. Opar­łam się o ladę, a on sie­dział i patrzył na mnie. Scho­wa­łam książkę pod blat, nie chcąc zapew­niać temu czło­wie­kowi punktu wyj­ścia do dal­szej roz­mowy. Sły­sza­łam, jak ojciec krząta się z tyłu, zmywa naczy­nia i je odkłada. Roz­ma­wia przy tym z matką. To była pry­watna sprawa, cichy lament, nie­szko­dliwy, nic nad­zwy­czaj­nego; jed­nak teraz, gdy on to sły­szał, poczu­łam się zaże­no­wana.

- Kto tam jest? - zapy­tał ten czło­wiek.

- Mój ojciec. To jego lokal.

- Z kim roz­ma­wia?

- Z naszą Maszyną - powie­dzia­łam. Już łatwo przy­szło mi skła­mać. - Do zmy­wa­nia.

- Do zmy­wa­nia, tak? A mama gdzie jest?

- Na Ziemi. - Poczu­łam, jak krew napływa mi do twa­rzy.

- A, czyli ty poma­gasz mu to pro­wa­dzić? Każe swo­jej małej córeczce zada­wać się ze wszyst­kimi tymi wul­gar­nymi szu­mo­wi­nami, które wcho­dzą przez te drzwi, a sam chowa się w kuchni przy bab­skiej pracy razem z Maszy­nami?

- Nasi klienci to nie szu­mo­winy. Prze­waż­nie są bar­dziej kul­tu­ralni niż pan.

- Och, jeśli ura­zi­łem, to prze­pra­szam.

- Jakby naprawdę chciał pan prze­pro­sić, toby się pan pod­niósł i wyszedł tymi drzwiami. Mówi­łam, zamknięte jest. Wie­czo­rem poka­zują na rynku film i chcę go zoba­czyć.

- Malutka, ja przy­cho­dzę z pustyni. Jestem zmę­czony, trzeba mi schro­nie­nia i miłego towa­rzy­stwa. Ale jesz­cze bar­dziej potrze­buję gorą­cej kawy. I oka­zuje się, że tu, pod tym dachem, mogę zna­leźć to wszystko naraz. No to nie mam ochoty wycho­dzić.

Woda zaczęła gwiz­dać za moimi ple­cami. Zala­łam zmie­loną kawę.

- A ja nie mam ochoty być bar­dzo miła - powie­dzia­łam.

- No tak, to już wyraź­nie dałaś do zro­zu­mie­nia. A co tam poka­zują, że tak koniecz­nie chcesz zoba­czyć?

- Zagi­niony świat. - Te słowa, wypo­wie­dziane na głos, wycza­ro­wały mi w umy­śle obraz pięk­nych dino­zau­rów i poczu­łam nie­chciany dzie­cinny dresz­czyk.

Par­sk­nął śmie­chem i pokrę­cił głową.

Żało­wa­łam, że mu odpo­wie­dzia­łam, teraz byłam nie dość, że zła, to jesz­cze się zawsty­dzi­łam. Nale­wa­jąc mu kawę do kubka, posta­ra­łam się wlać także solidną por­cję fusów.

Powie­dział:

- A to nie widzia­łaś już tego ze sto razy? I nie zoba­czysz jesz­cze ze sto? Z Ziemi raczej już żadne filmy nie przyjdą. Co jest, to jest.

Nie odpo­wie­dzia­łam. Nie było to coś, co nie przy­szłoby mi wcze­śniej do głowy. Ale wciąż trzy­ma­łam się myśli, że może jakoś uda się u nas robić filmy. Kie­dyś tam. I że to zakłó­ce­nie nor­mal­nego życia, które zno­simy od tak wielu mie­sięcy, nie­długo się skoń­czy. Że świat działa według dłu­go­ter­mi­no­wego planu i wróci do normy, jak tylko ludzie znów zaczną się nor­mal­nie zacho­wy­wać.

Ale nie zamie­rza­łam z nim o tym dys­ku­to­wać. Dostał kubek kawy i jeśli o mnie cho­dzi, moje obo­wiązki wobec niego zostały wypeł­nione.

- Dzie­sięć cen­tów - powie­dzia­łam.

Otu­lił kubek brud­nymi dłońmi i zamknął oczy, wdy­cha­jąc zapach kawy.

- To nic nie zna­czy - powie­dział.

Poczu­łam, jak pęka moja cier­pli­wość.

- To zna­czy, że masz zapła­cić dzie­sięć cen­tów! Nie możesz tak po pro­stu wdzie­rać się do środka, kiedy chcemy zamy­kać i jesz­cze nie pła­cić za to, co zamó­wisz!

Deli­kat­nie odsta­wił kubek i powie­dział:

- "Wdzie­rać się"? Mała, uspo­kój się tro­chę. Zapłacę, jak będę gotowy zapła­cić. A jeśli myślisz, że pie­nią­dze jesz­cze cokol­wiek się liczą, to jesteś bar­dziej dzie­cinna, niż myśla­łem. Dawne rze­czy już nic nie zna­czą. Nie rozu­miesz tego?

Usły­sza­łam, że za moimi ple­cami otwo­rzyły się drzwi od kuchni. To ojciec.

- Belle, krzy­cza­łaś? Co tu się dzieje? - zapy­tał.

Wyglą­dał na zmę­czo­nego. Wtedy cią­gle tak wyglą­dał. Nie był zbyt wysoki, i nawet w dobrym zdro­wiu był chudy, ale odkąd zaczęła się Cisza, zro­bił się pra­wie jak szkie­let. Ubra­nie, mokre od zmy­wa­nia, wisiało na nim. Twarz miał znu­żoną. Na moich oczach zmie­niał się w starca. Trudno było już na niego patrzeć, nie czu­jąc smutku sple­cio­nego nie­po­ko­jąco ze stra­chem.

- Kaza­łam mu zapła­cić za kawę, a on nie płaci.

Poło­żył mi dłoń na ramie­niu.

- Ana­belle, to tylko kawa - powie­dział mi do ucha. A do zaku­rzo­nego rabu­sia za ladą dodał: - Uparta ta moja córka. Ona trzyma mnie w pio­nie.

Zje­ży­łam się - nie miał prawa prze­pra­szać w moim imie­niu. Nie kiedy mia­łam rację. Uśmiech­nął się do tam­tego. Ktoś, kto by go nie znał, mógłby to wziąć za szczery uśmiech.

- Na tabliczce było "otwarte" - powie­dział tam­ten, jakby ojciec coś mu zarzu­cił.

- Oczy­wi­ście. Zamy­kamy, ale może pan zostać i dopić kawę.

- No to zamy­kaj­cie. Już.

- Mogę jesz­cze tro­chę mieć otwarte, mnie to nie prze­szka­dza. Szcze­rze mówiąc, to nawet lepiej. I tak mam dużo roboty. Dobrze mieć jakieś towa­rzy­stwo. - Obszedł ladę z mio­tłą w ręce, chcąc zamieść pod­łogę w sali.

- Powie­dzia­łem, prze­kręć­cie tabliczkę na "zamknięte".

Ojciec sta­nął jak wryty, obej­rzał się na tam­tego. We krwi wzbu­rzyła mi się kolejna fala gniewu. Zawsze byłam popę­dliwa, czę­sto mia­łam z tego powodu pro­blemy, ale tylko nie­któ­rzy dopro­wa­dzali mnie do takiego stanu. Nie­któ­rym ludziom po pro­stu trzeba dać w gębę.

Chcia­łam, żeby ojciec go usa­dził. Chcia­łam, żeby zła­pał go za brudny koł­nierz i wywlókł, wierz­ga­ją­cego i krzy­czą­cego, za drzwi. Chcia­łam, żeby mu pod­bił te piękne oczy. Lecz to nie było do niego podobne. Zawsze był łagodną duszą. Lubił spo­kój i uprzej­mość. Zasta­na­wia­łam się kie­dyś, co spra­wiło, że ten deli­katny czło­wiek zgło­sił się dzie­sięć lat temu na jed­nego z pierw­szych kolo­ni­stów na Mar­sie. Takie rze­czy są dla ludzi odważ­nych. A ojciec odważny nie był.

Matka była.

- No dobrze - powie­dział. Prze­sko­czył wzro­kiem na mnie i z powro­tem na tam­tego. - Tylko spo­koj­nie. Już zamy­kam.

- Jestem spo­kojny, panie star­szy. I będę, póki będziesz robić to, co mówię.

Ojciec ruszył do tabliczki w oknie, a ja tym­cza­sem sza­co­wa­łam moje szanse prze­ciwko intru­zowi. Mia­łam wrzącą wodę, ale podej­ście do niej wyma­gało dwóch czy trzech kro­ków, kolej­nego, aby się obró­cić i cisnąć nią w niego. Będzie miał zbyt dużo czasu. Noże wynie­śli­śmy na zaple­cze do umy­cia, fry­tow­nica była wyłą­czona, olej już stygł. Wat­son tkwił z tyłu, wycie­ra­jąc tale­rze, bez­u­ży­teczny jak roślina donicz­kowa. Więc tylko spoj­rza­łam na niego wście­kle, licząc, że wystar­cza mu wyobraźni, by zin­ter­pre­to­wać, jak wielką krzywdę wyrzą­dzam mu w myślach.

Pustka na jego twa­rzy, gdy na mnie spoj­rzał, suge­ro­wała, że nie wystar­cza.

Ojciec pocią­gnął za sznu­rek, wyłą­cza­jąc neon. Zami­go­tał i zgasł. Pstryk­nął wyłącz­ni­kiem i zga­sła także połowa świa­teł w środku, zostały tylko lampy w kuchni i parę awa­ryj­nych świa­tełek w sali. Mil­cząc, obszedł kon­tuar i sta­nął za mną.

- I już - powie­dział. - Zamknięte. Ana­belle, wra­caj do kuchni.

- Ana­belle, ni­gdzie nie idź - powie­dział tam­ten.

- Rób, co mówię. I to już.

Ruszy­łam się, aby usłu­chać, choć wszyst­kie odru­chy mówiły mi, żeby tego nie robić.

Tam­ten wal­nął dło­nią w blat.

- Nie sły­szysz? Nie...?

Ojciec też pod­niósł głos, ale zanim zdą­ży­łam prze­two­rzyć, co mówi, obcy wyjął zza pasa ukryty pod płasz­czem pisto­let i z gra­cją i wprawą, któ­rej nie spo­dzie­wa­ła­bym się po kimś tak nie­okrze­sa­nym, zro­bił nim młynka w powie­trzu, zła­pał za lufę i kolbą bru­tal­nie ude­rzył ojca w skroń, prze­wra­ca­jąc go na kon­tuar jak worek owsa. Ojciec osu­nął się na pod­łogę. Pró­bo­wa­łam go pod­trzy­mać, ale był zbyt ciężki. Napast­nik znów trzy­mał pisto­let za kolbę - zmiana nastą­piła tak szybko, że jej nie zauwa­ży­łam - a lufą celo­wał w moją twarz.

- A teraz, do cho­lery, siedź i się nie ruszaj!

Byłam prze­ra­żona. Nie ruszy­łam się. Patrzy­łam, jak ojciec krwawi w ciszy na pod­łogę, brudną od pode­szew naszych butów i nawia­nego z zewnątrz pia­sku. Był nie­ru­chomy jak księ­życ na nie­bie.

- Pomóż mi z nim - powie­dział tam­ten. Prze­sko­czył przez ladę i zsu­nął się po mojej stro­nie. Wziął ojca pod ramiona i spoj­rzał na mnie. - Powie­dzia­łem: pomóż mi!

Pomo­głam. Chcia­ła­bym wam powie­dzieć, że się z nim biłam, że zła­pa­łam, co było pod ręką, i ude­rzy­łam go, nie dba­jąc o wła­sne bez­pie­czeń­stwo. Ale się bałam. Dzia­łał tak szybko, że ule­ciała ze mnie wszelka wola walki. Byłam z nim sama i bałam się. Wzię­łam więc ojca za kostki i usłu­cha­łam, kiedy tam­ten kazał mi go prze­nieść na zaple­cze.

Nazy­wa­li­śmy to pomiesz­cze­nie kuch­nią, choć wła­ści­wie zwy­kle goto­wa­li­śmy na kuchence z przodu, na oczach klien­tów. Było ono wąskie i wyko­rzy­sty­wane prze­waż­nie do zmy­wa­nia i prze­cho­wy­wa­nia pro­duk­tów. Obok zlewu stała cia­sno wpa­so­wana, wielka, wysoka do pasa zamra­żarka. Po dru­giej stro­nie zlewu były tylne drzwi, zamknięte ciężką sztabą. Lubi­li­śmy uda­wać, że New Galve­ston jest zbyt małe, aby zna­lazł się w nim ban­dyta, przed któ­rym trzeba by się w ten spo­sób chro­nić, ojciec twier­dził jed­nak, że źli ludzie znajdą się wszę­dzie. Choć wie­rzy­łam w te jego słowa, przy­kro mi było, że spraw­dziły się tak bru­tal­nie.

Przy zle­wie stał Wat­son. Wyglą­dał groź­nie: wiel­kie, potężne meta­lowe ciało, niczym ciężka, pan­cerna beczka. Ręce miał ze stali, a ogu­mo­wane szczypce spo­koj­nie mogłyby zmiaż­dżyć ludzką czaszkę jak grejp­fruta. Świa­tło jego oczu przy­da­wało mu w tym momen­cie zło­wro­giego widoku, żyw­cem z pul­po­wej powie­ści. Całym ser­cem bła­ga­łam, aby zasko­czył teraz tego czło­wieka - aby zasko­czył mnie.

- Och jej - powie­dział Wat­son.

Męż­czy­zna nawet na niego nie spoj­rzał. Poło­ży­li­śmy ojca na pod­ło­dze. Gdy tylko puści­łam jego kostki, cof­nę­łam się pod ścianę, tuż pod regał wypeł­niony sło­jami prze­two­rów, mąką, cukrem, płat­kami owsia­nymi. Wszystko to nada­wało się na pocisk, któ­rego jed­nak bałam się użyć. Czu­łam, jak powie­trze wcho­dzi mi do płuc i wycho­dzi. Czu­łam pul­so­wa­nie krwi w gło­wie, tak inten­sywne, że robiło mi się słabo.

Obcy stał nad ojcem i przy­glą­dał mu się jak wete­ry­narz oku­la­łemu koniowi. Zer­k­nął na mnie.

- Żyje, jak­byś nie wie­działa.

Kiw­nę­łam głową, ale nie byłam pewna, czy w to wie­rzyć. Widzia­łam już mar­twych ludzi - raz, kiedy dwóch chło­pa­ków wygłu­piało się na trak­to­rze i jeden spadł pro­sto pod cią­gniętą za nim bronę tale­rzową, a potem jesz­cze kilku, kiedy grypa prze­szła przez mia­steczko jak Sąd Osta­teczny. Wszy­scy byli tak samo nie­ru­chomi, tak samo wyprani z moż­li­wo­ści, jak teraz mój ojciec.

- Teraz będzie tak. - Gdy nie spoj­rza­łam w jego stronę, kla­snął w dło­nie, raz, gło­śno. - Sły­szysz mnie, mała? To słu­chaj. Otwo­rzę te tylne drzwi i dam sygnał. Przyj­dzie tu paru moich kole­gów. Rozej­rzą się, zoba­czą, co im się może przy­dać, i wezmą to sobie. Potem wszy­scy pój­dziemy. Rozu­miesz? - Zro­bił krok w moją stronę i dodał: - Ty mnie sły­szysz?

- Sły­szę aż za dobrze! Jesteś zło­dzie­jem! Nikim innym, tylko prze­klę­tym zło­dzie­jem!

Miał czel­ność się zezło­ścić.

- A więc ciesz się, że tylko zło­dzie­jem. Módl się, żebym pozo­stał tylko zło­dzie­jem. Pew­nie ci się nie wydaje, ale może być o wiele gorzej. Więc stój spo­koj­nie, jak grzeczna dziew­czynka, i niech wszystko dzieje się tak, jak powinno.

Obcy zsu­nął sztabę z drzwi od zaple­cza i otwo­rzył je, wpusz­cza­jąc mroźny powiew noc­nego powie­trza. Wychy­lił się i cicho zaświer­go­tał, tro­chę jak mar­sjań­skie cykady, co cią­gle wła­ziły do naszych cie­plarń. Po chwili odsu­nął się od drzwi i do środka weszło dwoje innych ludzi.

Kobieta i męż­czy­zna, oboje grubo ubrani, o twa­rzach wyszo­ro­wa­nych z wieku przez ostre i nie­osło­nięte pustynne wia­try. Męż­czy­zna był wysoki i łysy, z podob­nymi świe­tli­stymi oczyma jak pierw­szy obcy. Nawet nie spoj­rzał na leżą­cego ojca i na mnie, od razu pod­szedł do pó­łek za nami i zaczął pako­wać prze­twory do worka. Kobieta miała krótko przy­cięte czarne włosy i tęgą budowę ciała, twarz upstrzoną bli­znami po trą­dziku. Zer­k­nęła na mnie, potem na ojca.

- Nie żyje? - zapy­tała.

- Oj, Sally. Za kogo ty mnie masz?

- Lepiej, żebyś nie wie­dział.

Przy­łą­czyła się do plą­dro­wa­nia naszych zapa­sów. Kiedy szu­kali żyw­no­ści, obcy pod­szedł do sto­lika, który słu­żył ojcu za biurko, i powyw­ra­cał sto­jące na nim pude­łeczka, roz­sy­pu­jąc kwitki, dłu­go­pisy, spi­na­cze i okrą­głe, twarde wałki, któ­rych uży­wa­li­śmy w Wat­so­nie - do nagry­wa­nia wia­do­mo­ści, do muzyki, do kopii zapa­so­wej. Zebrał te ostat­nie i wsu­nął do kie­szeni kurtki. To ich strata zabo­lała nas bar­dziej niż utrata jedze­nia.

Cała ope­ra­cja zajęła nie­całe pięć minut. Gdy wysu­wali się w noc, cicho i szybko, zabie­ra­jąc ze sobą tyle naszej żyw­no­ści i wody, ile byli w sta­nie udźwi­gnąć, czło­wiek, który to wszystko zaczął, zatrzy­mał się jesz­cze przy zamra­żarce i otwo­rzył ją, po czym wydo­był z paru­ją­cego wnę­trza zamro­żony kawał przed­niej woło­winy z Kan­sas.

W dro­dze do drzwi zatrzy­mał się przy Wat­so­nie i klep­nął go w poli­czek.

- Ty, duży, powi­nie­neś pójść mnie poszu­kać. Tam jest zupeł­nie inny świat dla takich jak ty. - Potem obej­rzał się na mnie. Przy­tknął palec do głowy, jakby uno­sił rondo wyima­gi­no­wa­nego kape­lu­sza, i powie­dział: - Jestem Silas Mundt. Myślę, że wię­cej mnie nie zoba­czysz.

- Módl się, żeby tak było - odpar­łam.

- Miłego oglą­da­nia filmu, Ana­belle. Jak się pośpie­szysz, pew­nie jesz­cze zdą­żysz.

Po czym zamknął za sobą drzwi. Zało­ży­łam sztabę, zamy­ka­jąc nas w środku, i pobie­głam do ojca, któ­rzy rze­czy­wi­ście wciąż żył - i płytko oddy­chał. Rąb­kiem sukienki star­łam mu krew z głowy. Dopiero wtedy pozwo­li­łam sobie na łzy. Przy­szły z siłą, która mnie prze­ra­ziła.

Sporo czasu miało upły­nąć, zanim znowu sobie na nie pozwolę.

Rozdział II

II

To wszystko wyda­rzyło się dawno temu, w roku 1931, pra­wie pełny rok po tym, jak zaczęła się Cisza. Wów­czas jesz­cze mie­rzy­li­śmy lata po ziem­sku. Po ziem­sku mia­łam czter­na­ście lat. Według mar­sjań­skiej rachuby - sie­dem. Ale wtedy jesz­cze nikt po mar­sjań­sku nie liczył. To miało przyjść póź­niej.

Jako dora­sta­jąca dziew­czynka z pierw­szego roku Ciszy naj­bar­dziej pamię­tam straszną obec­ność spodka. Widzia­łam go z okna mojego poko­iku w naszym malut­kim habi­ta­cie i cza­sami wpa­try­wa­łam się w niego wie­czo­rem, gdy niebo otwie­rało się na gwiazdy, przy­cią­ga­jąc tłumy gapiące się na Zie­mię. Stał na pochy­ło­ści tuż poza gra­nicą mia­steczka. Kopuła góro­wała nad niskimi meta­lo­wymi dachami habi­ta­tów jak łagodne srebrne wzgó­rze odbi­ja­jące świa­tło zacho­dzą­cego słońca. Cza­sami pan Reilly, pilot, wcho­dził do środka i odpa­lał sil­niki - aby utrzy­mać je na cho­dzie, mówił. Kiedy to robił, na obwo­dzie spodka zapa­lały się jaskra­wo­nie­bie­skie świa­tła. Odbi­jały się od ścian naszych habów, spra­wia­jąc, że New Galve­ston wyglą­dało jak garstka rzu­co­nych na pusty­nię nie­bie­skich dia­men­tów.

Czę­sto ich jed­nak nie włą­czał. To dla­tego, że zuży­wają paliwo, mówił, a trzeba je oszczę­dzać, jeśli kie­dy­kol­wiek mamy się odwa­żyć na powrót do domu. Jed­nak nawet wtedy wie­dzia­łam, że praw­dziwy powód jest inny: na widok roz­świe­tlo­nego spodka ludzie tro­chę wario­wali. Zaczy­nali za bar­dzo myśleć, czy by do niego nie wsiąść i nie pole­cieć od razu do domu. A w tam­tych cza­sach nic tak nie roz­pa­lało awan­tur jak gadka o powro­cie do domu.

A poważ­nych awan­tur nale­żało uni­kać, jeśli tylko się dało. Sze­ryf Bakers­field miał w swoim aresz­cie tylko kilka cel i nic, co by się nada­wało na odby­cie dłuż­szej kary. Co wię­cej, nie wie­dzie­li­śmy, czy kolejne zbiory wystar­czą do wyży­wie­nia wszyst­kich nawet w obec­nej sytu­acji - nie chcie­li­śmy mie­rzyć się z pyta­niem, czy część tej żyw­no­ści prze­zna­czyć dla odsia­du­ją­cych wyroki więź­niów.

Tak więc zazwy­czaj spodek stał cichy i ciemny. Nabrał uro­czy­stego, pomni­ko­wego cha­rak­teru. A cza­sem bar­dziej nagrob­ko­wego.

Czu­łam jego obec­ność, bie­gnąc w stronę rynku, choć stąd go nie widzia­łam. Był jak jawna znie­waga.

Film już trwał. Ekran wyglą­dał jak usta­wiony pio­nowo srebrny staw, rzu­ca­jący w ciem­ność płat świa­tła. Przed nim stały w rzę­dach drew­niane krze­sła, w nich sie­dzieli ludzie, wro­śnięci jak ciemne, małe grzybki. Potężne pro­mien­niki cie­pła, które ota­czały mia­sto i pozwa­lały nam prze­trwać w nocy na dwo­rze, przy­su­nięto bli­żej, two­rząc krąg popo­łu­dnio­wego cie­pła; eks­tra­wa­gan­cja, ale guber­na­tor od czasu do czasu na to pozwa­lał. Filmy łago­dzą nie­po­koje.

Na ekra­nie zoba­czy­łam ziem­ską dżun­glę - coś, czego ni­gdy nie widzia­łam w praw­dzi­wym życiu, coś, czego ni­gdy nie zoba­czę. Zła­pa­łam pierw­szych dwóch napo­tka­nych doro­słych męż­czyzn i kaza­łam im iść ze mną, wziąć broń, ścią­gnąć dok­tora, ścią­gnąć sze­ryfa, pil­no­wać mia­sta i kto wie, co jesz­cze. Musiało ich zdzi­wić, że nasto­latka wydaje im roz­kazy, ale widzieli cier­pie­nie na mojej twa­rzy i ruszyli do dzia­ła­nia.

W parę minut udało się prze­nieść ojca do naszego habu, gdzie pochy­lił się nad nim dok­tor Land - na ele­ganc­kich siwych wąsach wciąż miał okru­chy z kola­cji.

Habi­tat był stan­dar­dowy, dla trzy­oso­bo­wej rodziny - dwie sypial­nie, w każ­dej ledwo mie­ściło się łóżko, sto­lik i tro­chę powie­trza; jeden salo­nik z małym sto­likiem i krze­słami, wiszą­cym, skła­da­nym biu­recz­kiem oraz kuchenką. Ledwo star­czyło miej­sca na te parę oso­bi­stych rze­czy, które mogli­śmy przy­wieźć z Ziemi. Wszystko to upchnięte jak proch strzel­ni­czy w naszym małym alu­mi­nio­wym naboju. Kiedy o dach tłukł deszcz, brzmiało to jak nie­miecka pie­chota, przy­naj­mniej tak twier­dził ojciec.

Kiedy pode­szłam do jego łóżka, prze­ci­ska­jąc się przez zacu­ka­nych sąsia­dów zgro­ma­dzo­nych w salo­niku, ojciec wła­śnie odzy­skał przy­tom­ność i wymio­to­wał do wia­dra, które dok­tor Land posta­wił mu przy gło­wie. Smród wypeł­nił cały domek. Zszo­ko­wało mnie to - nagle wszystko, co się stało, nabrało real­no­ści, nie­od­wra­cal­no­ści. Chyba spo­dzie­wa­łam się, że tam wejdę i zoba­czę ojca sto­ją­cego pro­sto i pew­nie, dokład­nie wie­dzą­cego, co robić, przy­wra­ca­ją­cego porzą­dek. A tym­cza­sem on wymio­to­wał. Nie mia­łam poję­cia, dla­czego od ude­rze­nia w głowę tak się dzieje, w moim umy­śle zaczęło to suge­ro­wać jakąś jego sła­bość. Zupeł­nie jakby roz­pusz­czał się na moich oczach.

Kiw­nął, żebym pode­szła, wypo­wia­da­jąc cichym gło­sem moje imię. Sta­nę­łam bez słowa i pozwo­li­łam mu dotknąć mojej twa­rzy.

- Nic ci nie jest? Nic ci nie zro­bili?

- Nie, ale tato, oni...

- Ciii. - Widząc, że jestem bez­pieczna, naj­wy­raź­niej prze­stał się inte­re­so­wać szcze­gó­łami napadu. - Daj mi pole­żeć. Wróć tam, poza­my­kaj. Weź kogoś ze sobą.

Dok­tor Land poło­żył mi dłoń na ramie­niu.

- Eskorta chyba nie jest już potrzebna. Całe mia­sto posta­wione na nogi. Tych chło­pa­ków dawno już tu nie ma.

- Nie tylko chło­pa­ków - powie­dzia­łam. - Była też kobieta.

Dok­tor rzu­cił mi powąt­pie­wa­jące spoj­rze­nie.

- No, w każ­dym razie dasz sobie radę sama. Idź, zrób, co ci ojciec mówi.

Ojciec odwró­cił się twa­rzą do ściany. Nie patrząc na mnie, powie­dział:

- Ana­belle. Zrób to, o co pro­szę.

Wycho­dząc, zer­k­nę­łam jesz­cze do swo­jego pokoju, gdzie cze­kał na mnie Wat­son, ciężki i solidny w cie­niu, poma­rań­czowe świa­tło oczu jak świeczki w ciem­no­ści.

- Czy mam pani towa­rzy­szyć, panno Crisp? - zapy­tał.

Pomy­śla­łam o boha­te­rze, na cześć któ­rego go nazwa­łam, i zro­biło mi się głu­pio. Tam­ten John Wat­son był eks­żoł­nie­rzem, wpraw­nym w walce, o bystrym umy­śle. Sam pomysł, że Maszyna Kuchenna mnie obroni, był absur­dalny, co zresztą już się oka­zało.

- Nie - powie­dzia­łam. - Na nic się nie przy­dasz.

Wyco­fał się i ruszył z powro­tem do mojego pokoju. Gdy jego głowa odwra­cała się ode mnie, świa­tło jego oczu zni­kło mi z pola widze­nia. Mia­łam wra­że­nie, że to omen.

***

Jadło­daj­nia była tylko parę ulic od naszego habu. Spoj­rza­łam w stronę rynku i zoba­czy­łam, że film już wyłą­czono, a ekran zwi­nięto i scho­wano. Ludzie zbie­rali krze­sła i odno­sili je do sal szkol­nych i kościo­łów. Jakaś kobieta zoba­czyła, że prze­cho­dzę, i coś krzyk­nęła, ale nie zatrzy­ma­łam się, żeby się dowie­dzieć, o co cho­dzi.

W jadło­dajni, oświe­tlo­nej i peł­nej ruchu jak w porze obiadu w dzień powsze­dni, zebrała się grupka męż­czyzn. Wpa­dłam przez drzwi, w sam śro­dek dys­ku­sji o tym, co robić.

Wally Bakers­field, sze­ryf New Galve­ston, krępy, w śred­nim wieku, wła­śnie zamie­rzał odpu­ścić.

- Pościg o tej porze byłby zbyt nie­bez­pieczny - powie­dział.

Usły­sza­łam to i o mało nie padłam. Zakła­da­łam, że decy­zja jest oczy­wi­sta i że wszyst­kie głosy jed­no­myśl­nie ją poprą. Fakt, że nawet sam sze­ryf Bakers­field radził pochy­lić głowę przed tymi łotrami, ozna­czał sła­bość w samym sercu naszego mia­steczka, sła­bość, w którą jesz­cze godzinę temu ni­gdy bym nie uwie­rzyła. Przy­po­mniał mi się ojciec wymio­tu­jący do wia­dra.

- Naj­le­piej zacze­kać do rana - powie­dział. - Dzień będzie po naszej stro­nie.

- Do tego czasu będą wiele mil stąd! - krzyk­nę­łam. Paru z nich, któ­rzy nie widzieli, jak wcho­dzi­łam, obej­rzało się na mnie z minami roz­ma­itymi i męt­nymi jak ich wła­sne tchórz­liwe serca. - Roz­płyną się w pustyni! Dobrze o tym wie­cie!

Silny, jasno­włosy chło­pak z farmy - jeden z mło­dych Dunne'ów, potężny tępak o imie­niu Fen­ris - poło­żył mi dłoń na ramie­niu i pora­dził, żebym zajęła się ojcem, który na pewno potrze­buje tro­ski córki. Uśmiech­nął się do mnie, jak czło­wiek uśmie­cha się do roz­bry­ka­nych dzieci albo dobro­dusz­nych psów zbyt entu­zja­stycz­nie oka­zu­ją­cych emo­cje.

Chcia­łam tam pójść. Sta­łam mała w zagaj­niku wyso­kich męż­czyzn, gło­śnych i pew­nych sie­bie, i choć nie­śmiała zwy­kle nie byłam, to jed­nak głów­nie w kon­tak­tach z rówie­śni­kami. A to byli doro­śli, przy­zwy­cza­jeni, że trak­tuje się ich poważ­nie, przy­zwy­cza­jeni reago­wać na pro­blemy z mądro­ścią i roz­sądną meto­dyką, a przede wszyst­kim nawy­kli do tego, że kiedy to robią, żadne dziew­czynki nie brzę­czą im nad uchem.

Ale nie mogłam zosta­wić jadło­dajni z tą bandą gniew­nych ludzi. Było ich już dzie­wię­ciu czy dzie­się­ciu, krę­cili się w kółko jak mrówki z kop­nię­tego mro­wi­ska i gło­śno gadali, czego to by nie zro­bili, jakby tu wtedy byli, i jak to trzeba być ostroż­nym, teraz, kiedy było już po wszyst­kim.

- Strasz­nie ryzy­kowne trzy­mać tyle jedze­nia w jed­nym miej­scu - powie­dział ktoś. - Sam się pro­sił o kło­poty.

- Ja tam się oba­wiam, że jakby nie ci ban­dyci, nie­długo byłby to któ­ryś z nas.

- Oj, Jacob...

- Wiesz, że dobrze mówię. Będzie tylko gorzej. Jak w spi­żar­niach zrobi się pusto, sam zoba­czysz, co się będzie działo.

- Jeste­śmy bogo­boj­nymi ludźmi - powie­dział ktoś inny. - A nie dzi­ku­sami. Bóg na nas patrzy.

- Bóg ni­gdy nie posta­wił stopy na tej skale. Nie bez powodu jest czer­wona. Czer­wona i zimna.

- Oby cię wie­lebny Spi­vey nie usły­szał. Zasy­pie nas kaza­niami. - Po tych sło­wach nastą­pił bez­tro­ski śmiech.

Nie mogłam już tego znieść. Glę­dzili, jakby wyszli po kola­cji na papie­rosa.

- A co z tymi zło­dzie­jami, któ­rzy tu przy­szli, pobili mojego ojca i nas okra­dli? Cią­gle gada­cie jak jacyś filo­zo­fo­wie, a powin­ni­ście jechać odzy­skać to, co stra­ci­li­śmy! Ich była tylko trójka! - Zwró­ci­łam się do sze­ryfa. - Jeden nazy­wał się Silas i był z Ciem! Była kobieta, gruba, z krót­kimi czar­nymi wło­sami! Dwoje miało te świe­cące na zie­lono oczy.

Odwró­cił ode mnie wzrok. Miał zakło­po­taną minę i pomy­śla­łam, że wiem dla­czego.

- Dig Town - rzu­cił któ­ryś.

- Zbierz­cie paru męż­czyzn, co się nie boją ciem­no­ści, i przy­pro­wadź­cie ich tu z powro­tem!

- Ty, młoda damo, powścią­gnij tro­chę swój język, bo nic nie rozu­miesz!

To był Jere­miah Shank, naj­par­szyw­szy czło­wiek na Mar­sie. Wysoki, zbyt chudy - i byłam prze­ko­nana, że żyje dzięki wsta­wien­nic­twu dia­bła, któ­rego apro­bu­jący wzrok ścią­gnął mu twarz w wieczne skrzy­wie­nie. Robił w naszej kolo­nii za szewca - i nie był zbyt dobry. Do tej pory jestem pewna, że każdy but robił odro­binę za cia­sny, by nastrój całej kolo­nii zbli­żyć do swo­jego wła­snego.

- Chcesz, żeby­śmy pędzili w ciem­ność, żeby nas wyła­pali jak barany? Chcesz, żeby poro­bili sobie zapasy z naszego mięsa? Dziecko z cie­bie i po dzie­cin­nemu patrzysz na świat. Wra­caj do taty, jak ci mówili.

W jego ustach było to wyjąt­kowo bez­czelne - każdy wie­dział, że kiedy umarła mu żona, jego wła­sne dzieci ucie­kły do Dig Town. Ktoś taki nie miał prawa mówić do mnie w ten spo­sób - przy­naj­mniej ja tak uwa­ża­łam.

Znów poczu­łam dłoń na ramie­niu. Fen­ris nachy­lił się do mojego ucha i szep­nął:

- Idź, Ana­belle. Na nic się tu nie przy­dasz.

- Ale mam zamy­kać - powie­dzia­łam słabo i poczu­łam za oczyma cie­pło napie­ra­ją­cych łez.

Jadło­daj­nia nale­żała do ojca, do matki i do mnie też. I dziś wie­czo­rem już dwa razy ktoś na nią napadł, za każ­dym razem dener­wu­jące, bez­czelne typy, co cho­dzą po niej jak po swoim. Nie mie­ściło mi się w gło­wie ich tu zosta­wić, niczym bandę roz­bry­ka­nych chło­pa­ków w salo­nie peł­nym deli­kat­nych przed­mio­tów. Jak­bym odda­wała im coś dro­go­cen­nego.

- Odpro­wa­dzę cię - dodał Fen­ris.

- Wcze­śniej potrze­bo­wa­łam two­jej pomocy. Teraz już nie.

Zro­bił minę jak ktoś skar­cony, choć ja zaczę­łam się nie­życz­li­wie zasta­na­wiać, czy to szczere, czy tylko na pokaz. Zawsze wyda­wało mi się, że Fen­ris ma w sobie coś z aktora, że wie, jak powi­nien się zacho­wy­wać - i tak się zacho­wuje, choć w sercu czuje ina­czej. Spoj­rza­łam w jego twarz ema­nu­jącą dobro­cią i mia­łam ochotę strze­lić go za to, że tak naprawdę jest kłamcą.

Lecz nie zro­bi­łam tego. Prze­ci­snę­łam się obok, czer­wona ze wstydu, i z poczu­ciem porażki wyszłam z jadło­dajni. Świa­tło z jej okien padało jasnymi pla­mami na rudy pia­sek pod moimi sto­pami, a bez­sen­sowna gada­nina męż­czyzn cią­gnęła się za mną jak smród w powie­trzu.

Ścieżki łączące domy i budynki naszej kolo­nii były mocno wydep­tane zarówno przez ludz­kie stopy, jak i przez ciężko czła­piące Maszyny. Tra­fi­ła­bym po tej ubi­tej ziemi do domu nawet we śnie - zresztą, jeśli wie­rzyć matce, kie­dyś tak wła­śnie zro­bi­łam, ale myśl o powro­cie do śmier­dzą­cego rzy­gami habu, gdzie ojciec kisił się w swo­jej ura­żo­nej god­no­ści, wcale mnie nie pocią­gała. Skrę­ci­łam w prawo, scho­dząc z dróżki, w kie­runku gęst­nie­ją­cej pustyn­nej nocy.

Kolo­ni­stom zaraz po przy­by­ciu czę­sto trudno było przy­zwy­czaić się do niskich tem­pe­ra­tur Marsa. Słońce jest tu mniej­sze, dni - krót­sze i chłod­niej­sze. Naj­częst­szy humor nieba to zmierzch. Ja, kiedy tu przy­by­łam, mia­łam tylko pięć lat i zachwy­ca­łam się wszyst­kim, co nowe, ale i tak pamię­tam ten nie­przy­jemny szok. Lepiej było nie dać się zastać nocy poza miej­skim krę­giem pro­mien­ni­ków - teraz, wycho­dząc na skraj mia­steczka, też zatę­sk­ni­łam za swoim płasz­czem. Otu­li­łam się ramio­nami, gdy wbił się we mnie sil­niej­szy powiew wia­tru, sypiąc mi w twarz pia­skiem, który osa­dzał się w kąci­kach oczu i prze­do­sta­wał pod bluzkę. Zer­k­nę­łam przez te tumany, spoj­rza­łam przez pła­ską, czarną rów­ninę na odle­gły pła­sko­wyż, gdzie kie­dyś dawało się dostrzec świa­tła Dig Town - tam wydo­by­wali mine­rał zwany Dzi­wem, dający naszym Maszy­nom złu­dze­nie życia. Jed­nak w tam­tych cza­sach Dig Town prze­waż­nie było ciemne.

Za nim leżał ogromny, nawie­dzony Kra­ter Peabody'ego, tam miesz­kały Ćmy, tam wciąż łaziły stare Maszyny Wojenne, tam podobno cho­dziły też duchy.

Wypa­try­wa­łam jakich­kol­wiek oznak zło­dziei - bły­sku latarni, poru­sze­nia w cie­niu. Oczy­wi­ście nic takiego nie zoba­czy­łam - tylko dłu­gie macki pia­sku, które wyda­wały się cią­gnąć w noc jak zacza­ro­wane kręte ścieżki, pro­wa­dzące do tajem­nic, zaga­dek, fan­ta­stycz­nych miast albo do dłu­giego umie­ra­nia świata.

Gwiazdy nad głową były jak roz­mi­go­tana kotara. Gdzieś tam w górze była matka. Co sobie myślała - o ile w ogóle cokol­wiek myślała - było kolejną z tajem­nic.

***

Kiedy wró­ci­łam do domu, ojciec spał. Drzwi do sypialni miał uchy­lone, w się­ga­ją­cym do środka kli­nie świa­tła widzia­łam, że leży ple­cami do mnie i twa­rzą do ściany. Wciąż w pod­ko­szulku, na mał­żeń­skim łóżku, wyda­wał się mały i chło­pięcy. Robo­cza koszula wisiała na krze­śle obok. Na pod­ło­dze, pod ręką, stało wia­dro zio­nące par­szy­wym odo­rem.

Scho­wa­łam się w swoim pokoju i prze­bra­łam do spa­nia. Gdy się kła­dłam, oczy Wat­sona znów odwró­ciły się ku mnie. Sły­sza­łam pia­sek w jego ser­wach - choćby nie wiem jak te Maszyny czy­ścić i pole­ro­wać, pia­sku ni­gdy nie dawało się pozbyć. Potrze­bo­wały solid­nych remon­tów, nowych czę­ści. Czę­ści, które ni­gdy nie przyjdą.

Oj tam, pomy­śla­łam. Ktoś na pewno coś wymy­śli. Maszyny nie umrą. Nie mogą.

- Wszystko w porządku, panno Crisp?

- Tak, Wat­so­nie.

- Pan Crisp jest chory. Na­dal go boli po tym ataku.

- Wiem, wiem. Nikt nie chce nic z tym zro­bić. - Znów poczu­łam gro­żącą mi roz­pacz.

- Z pew­no­ścią nie­długo się tym zajmą. Winni odpo­wie­dzą za swoje czyny. Spra­wie­dli­wość zatrium­fuje. Jeste­śmy prze­cież cywi­li­za­cją.

- Tak, Wat­so­nie. Chodźmy już spać.

- Dobra­noc, panno Crisp. Pro­szę śnić dobrze.

Zawsze tak się na noc żegnał. Bawiło mnie, że wypo­wiada to jak pole­ce­nie, jak zada­nie, które można wyko­nać dobrze albo źle. Cie­ka­wiło mnie, czy w ogóle rozu­mie ideę snów, czy zasta­na­wia się, co to takiego. W przy­jem­niej­sze noce, gdy czu­łam się bez­pieczna w koko­nie rodziny i opty­mi­zmu, jaki wynika z wiary w porzą­dek świata, pozwa­la­łam sobie na myśl, że może on wcale nie musi się nad tym zasta­na­wiać, że może Wat­son i inne Maszyny śnią tak samo jak my. Wyobra­ża­łam sobie, że ich sny są piękne, czy­ste i jasne jak oszli­fo­wane pia­skiem kości. Ciągi liczb, upo­rząd­ko­wane sze­regi twier­dzeń geo­me­trycz­nych. Kata­logi odpo­wie­dzi na nie­moż­liwe pyta­nia, lśniące niczym stal w słońcu.

Tej nocy wie­dzia­łam jed­nak, co naprawdę sie­dzi w jego umy­śle - wpro­gra­mo­wane algo­rytmy i złu­dze­nie oso­bo­wo­ści. Był rów­nie zimny i ciemny jak kosmos, który musie­li­śmy poko­nać, żeby tu dotrzeć.

Kiedy odwra­cał ode mnie głowę, znów usły­sza­łam ten zgrzyt. Świa­tło oczu oświe­tliło naroż­nik mojego poko­iku i zbla­dło - przy­ciem­nił je w tro­sce o mój sen.

Rozdział III

III

Matka pole­ciała na Zie­mię mie­siąc przed Ciszą.

Pamię­tam wie­czór, kiedy zapa­dła ta decy­zja. Mars był wtedy inny - oży­wiony, dyna­miczny, wciąż utrzy­my­wał się na fali eks­pan­sjo­ni­stycz­nej eks­cy­ta­cji. New Galve­ston było pierw­szą ofi­cjalną kolo­nią, ale były także inne, star­sze osady - Dig Town, zbie­ra­nina lepia­nek i namio­tów wokół wiel­kiej dziury zwa­nej Gar­dzielą, głów­nego miej­sca wydo­by­cia Dziwu; Braw­ley's Cros­sing, nie­ofi­cjalne sku­pi­sko pasa­że­rów na gapę i obie­ży­świa­tów, star­sze od naszego mia­steczka co naj­mniej o dzie­sięć lat; oraz paję­czyna mniej­szych osad i wsi peł­nych filan­tro­pów, pio­nie­rów, pustel­ni­ków i wygnań­ców - osa­dów cywi­li­za­cji, które gro­ma­dziły się w nich przez lata od pierw­szego pamięt­nego lądo­wa­nia Chauncy'ego Peabody'ego w roku 1864.

Ale New Galve­ston było klej­no­tem w koro­nie. Sta­no­wi­li­śmy pierw­szą zor­ga­ni­zo­waną próbę zbu­do­wa­nia tutaj sta­łej osady. To my korzy­sta­li­śmy na bez­po­śred­niej wymia­nie towa­ro­wej z Zie­mią, to nas umiesz­czano we wszyst­kich ulot­kach biur podróży, to my inspi­ro­wa­li­śmy marze­nia ludu pra­cu­ją­cego o moż­li­wo­ściach, jakie nie­gdyś wabiły całe rodziny na ame­ry­kań­ski Zachód. Robot­nicy przy­by­wali tłum­nie, żeby ukła­dać tory kolei, która, jak wie­rzy­li­śmy, będzie kie­dyś dumą Marsa. Bogaci awan­tur­nicy przy­la­ty­wali, by wędro­wać przez pusty­nię, znane osoby spę­dzały tu waka­cje, delek­tu­jąc się egzo­tycz­nym kli­ma­tem nowego, dzi­kiego miej­sca.

Ostat­nia noc mojego nor­mal­nego życia zastała mnie z rodzi­cami na obrze­żach mia­sta, w dro­dze na lokalny mecz base­ballu. Z Ziemi przy­je­chała objeż­dża­jąca opłotki dru­żyna, w któ­rej po raz pierw­szy gościn­nie wystę­po­wali gra­cze z lig Kubań­skiej i Murzyń­skiej, a ojciec sły­szał, że ich mio­tacz rzuca moc­niej i szyb­ciej niż jaki­kol­wiek biały w histo­rii. Nie wie­rzył w to i wszy­scy, zacie­ka­wieni i nie­do­wie­rza­jący, wybra­li­śmy się na mecz. Ojciec nie mógł się docze­kać, aż nasi miej­scowi Mar­sjań­scy Pio­nie­rzy zro­bią wyłom w repu­ta­cji tych nadę­tych karie­ro­wi­czów, nato­miast ja w głębi duszy liczy­łam na osza­ła­mia­jący pokaz eli­mi­na­cji pał­ka­rzy.

Boisko nie było daleko; biegł w tamtą stronę sznur ludzi, w powie­trzu jesz­cze czuło się popo­łu­dniowe cie­pło, ostat­nią pocie­chę, zanim opad­nie na nas nocny chłód. Niebo było jasne, prze­ty­kane pasmami czer­wieni, noc wciąż cza­iła się za krzy­wi­zną świata. Ludzie mieli ze sobą kosze pik­ni­kowe, a ich Maszyny szły lub jechały na gąsie­ni­cach obok nich, tak samo jak nasz Wat­son, zamie­niony w jucz­nego muła nio­są­cego nasze kanapki i lemo­niadę.

I to Wat­son nas zatrzy­mał, obra­ca­jąc upstrzoną rdzą głowę w kie­runku pędzą­cej ku nam Maszyny Pocz­to­wej.

- Wydaje mi się, że nas szuka - powie­dział.

Maszyna Pocz­towa pędziła dalej, gładko sunąc po kole­inach ścieżki. Zaha­mo­wała ze zgrzy­tem w peł­nej sza­cunku odle­gło­ści. Ludzki łań­cuch roz­stą­pił się, nie­któ­rzy rzu­cali nam prze­cią­głe spoj­rze­nia. Nor­mal­nie pocztę odbie­rało się w urzę­dzie - jeśli Maszyna do cie­bie przy­jeż­dżała, ozna­czało to coś nagłego.

- Pani Crisp, pilna wia­do­mość do pani - powie­działa swoim weso­łym meta­licz­nym gło­sem.

Choć dotąd nie spo­tkała mnie żadna więk­sza tra­ge­dia, poczu­łam mdło­ści. Pogodny ton Maszyny brzmiał jak pogrze­bowy dzwon, budząc nagłą, dziwną odrazę. Okropny miała ten głos. Zupeł­nie jakby jej kon­struk­to­rzy byli tak upo­jeni i pod­eks­cy­to­wani Mar­sem, że wydało im się nie­moż­liwe, by jesz­cze komuś trzeba było prze­ka­zy­wać złe wie­ści.

- Popro­szę - powie­działa matka, a Maszyna z jed­nego z por­tów wysu­nęła wałek.

Matka chwy­ciła go. Maszyna okrę­ciła się na gąsie­ni­cach, speł­niw­szy swe zada­nie, i potur­lała się z powro­tem. Rodzice spoj­rzeli po sobie. Matka spe­cjal­nym hasłem - "łubin" - wyłą­czyła świa­do­mość Wat­so­nowi i wysu­nęła jego wałek z gniazda w gło­wie. Na jego miej­sce wsu­nęła wałek z nagra­niem.

Wat­son przez moment szu­miał, a potem ode­zwał się gło­sem cioci Emily.

- Alice, cho­dzi o matkę. Znów jej się pogor­szyło. Dok­tor Spahn daje jej w naj­lep­szym razie sześć mie­sięcy. Traci pamięć. W nie­które dni nawet mnie nie poznaje. Zwraca się do mnie twoim imie­niem. Myślę, że jeśli chcesz ją jesz­cze zoba­czyć, zanim odej­dzie, powin­naś przy­je­chać. Wiem, że to nie będzie łatwe. Ale myślę, że teraz albo ni­gdy.

Oczy­wi­ste, że to była absur­dalna prośba. Lot do domu zająłby dwa mie­siące, na pewno matka nie zrobi nic innego, tylko wyśle kon­do­len­cje, a żałobę prze­żyje tutaj, w kom­for­cie rodzin­nego łona.

Lecz matka ni­gdy nie potra­fiła być bierna.

Ojciec wziął ją w obję­cia i mocno przy­tu­lił. Minę miała nachmu­rzoną, ale jesz­cze nie spo­dzie­wa­łam się, że za chwilę znisz­czy mi życie.

Na mecz nie poszli­śmy. Nie widzie­li­śmy, jak Sat­chel Paige eli­mi­nuje naszych Pio­nie­rów, usta­na­wia­jąc mar­sjań­ski rekord eli­mi­na­cji, któ­rego nikt dotąd nie pobił. Jakie to dziwne, że wła­śnie o to mam cią­gle żal. Że tyle lat póź­niej leżę na łóżku, gapiąc się na trze­po­czące płótno mojego namiotu, i na­dal jestem zła, że omi­nęło mnie coś wspa­nia­łego.

Po wło­że­niu z powro­tem wałka Wat­sona wró­ci­li­śmy do habu w peł­nym udręki mil­cze­niu. Choć żadne z rodzi­ców nie powie­działo tego głośo, wie­dzia­łam, że ona naprawdę poleci.

Ale nie spo­dzie­wa­łam się, że mnie tu zostawi.

Kiedy mi to powie­działa, poczu­łam się, jakby dała mi w twarz. Sta­łam w drzwiach pokoju rodzi­ców, patrzy­łam, jak pakuje się na długą podróż - książki, ele­ganc­kie sukienki, przy­bory toa­le­towe. Sta­tek na Zie­mię odla­ty­wał następ­nego dnia, zaraz po przy­lo­cie tu kolej­nego, wypeł­nio­nego pasa­że­rami i ładun­kiem. Na tra­sie kur­so­wały regu­lar­nie trzy spodki. Ten przy­la­tu­jący następ­nego dnia będzie wra­cał na Zie­mię dopiero za cztery mie­siące.

Nie wie­dzie­li­śmy jed­nego - że ten przy­la­tu­jący naza­jutrz, Eury­dyka, ni­gdy nie odleci. A ten, który zabrał matkę, Orfe­usz, ni­gdy nie wróci. To była jej ostat­nia noc na Mar­sie. Ostat­nia noc ze mną.

- Chcę lecieć z tobą - powie­dzia­łam.

Nie patrzyła mi w oczy, gdy odpo­wia­dała:

- Wiesz, że nie możesz.

- To ty po pro­stu nie chcesz mnie wziąć.

Pamię­tam, jak tam sta­łam, mała, zła i zra­niona. Widzę sie­bie, jak­bym patrzyła na kogoś innego. Nie mam współ­czu­cia dla tego dziecka, szar­pa­nego prą­dami moty­wów doro­słych, tajem­ni­czych i obo­jęt­nych na jej potrzeby. Gdyby to była inna osoba, może bym miała. Może mogła­bym ją przy­tu­lić i naszep­tać jej do ucha miłych kłam­ste­wek, jak to robią doro­śli. Ale ponie­waż to byłam ja, czuję wstyd, że tak oschle matkę potrak­to­wa­łam.

Wtedy na mnie spoj­rzała, tak że w końcu ujrza­łam odczu­wany przez nią ból.

- Jak możesz mówić coś tak okrop­nego?

- Jestem mała. Nie zajmę dużo miej­sca.

Usia­dła na łóżku, które dzie­liła z ojcem, i wycią­gnęła do mnie ręce. W jej oczach zabły­sły łzy. Pode­szłam do niej, czu­jąc błysk nadziei, a ona pod­nio­sła mnie i posa­dziła na kola­nach, jak­bym była dwu­krot­nie młod­sza. Opar­łam głowę o jej ramię, czu­jąc cie­pło jej skóry, chło­nąc czy­sty zapach jej wyszo­ro­wa­nych przez wiatr wło­sów. Pamię­tam, że zasta­na­wia­łam się, czy Zie­mia zmieni jej ten zapach, i prze­stra­szy­łam się tego. Ale kiedy mnie objęła, cały lęk ustą­pił. Spo­dzie­wa­łam się, że podej­mie trudną decy­zję, że weź­mie na sie­bie część bólu, który świat przy­dzie­lił mnie, jak to powinni robić rodzice. Że ustrzeże mnie przed roz­pa­czą.

Ale ona powie­działa:

- Ana­belle, ty musisz zostać. Nie dla­tego, że spodek cię nie pomie­ści, nie dla­tego, że nie chcę, abyś ze mną leciała. Musisz zostać, bo jesteś dora­sta­jącą dziew­czyną, masz tu szkołę, przy­ja­ciół, ojca, który cię potrze­buje. Będziesz musiała mu poma­gać w jadło­dajni, będziesz musiała kon­ty­nu­ować naukę. Za parę lat będziesz doro­słą kobietą. To ciężka praca, i musisz być na nią gotowa. A ja szybko wrócę.

- Wcale nie szybko - powie­dzia­łam, w końcu pozwa­la­jąc sobie na płacz. - To bar­dzo długo.

- Masz ten wałek z nagra­niem, które dla cie­bie zro­bi­łam. Jak będziesz bar­dzo za mną tęsk­nić, wycią­gniesz Wat­sona i puścisz mnie. Zosta­wi­łam dużo krót­kich wia­do­mo­ści, dla cie­bie i dla ojca. To zupeł­nie, jak­bym z wami była.

- Nie­zu­peł­nie. To nie to samo.

Czu­łam jej twarz na czubku głowy, jej cie­pły oddech we wło­sach.

- Wiem - powie­działa w końcu. - Wiem.

Wci­snę­łam twarz w jej ramię, mocząc jej bluzkę głu­pimi, bez­sen­sow­nymi łzami.

- Nie możesz po pro­stu zostać? Jak dole­cisz, może ona już nawet nie będzie żyć!

Przy­gła­dziła mi włosy dło­nią i przy­ci­snęła usta do mojego czoła.

- To moja matka - powie­działa. - I chcę się z nią poże­gnać. Boję się, że to jest moja jedyna szansa, i jeśli ją prze­ga­pię, będzie mnie to drę­czyć do końca życia. Ja kocham ją dokład­nie tak samo jak ty mnie.

To oczy­wi­ście do mnie prze­mó­wiło. I nie­stety mnie roz­bro­iło, bo miłość, którą wów­czas czu­łam, była prze­ra­ża­jąca i łap­czywa jak wygłod­niały pies. Nie zosta­wiała miej­sca na nikogo innego, nawet na ojca. A jeśli prawdą było, że w moim sercu nie ma miej­sca na niego, to musiało być prawdą i to, że w jej sercu nie było miej­sca dla mnie. Od razu zro­zu­mia­łam, dla­czego tak łatwo jej przy­cho­dzi mnie zosta­wić.

- Przyj­dzie dzień - dodała - że i ty będziesz chciała się ze mną poże­gnać.