Dziś i do końca świata - Joss Wood

Reflow text when sidebars are open.
Przepraszam, ale jestem na urlopie.
Jens S?renson wpatrywał się w monitor, zastanawiając się, czy cała Dania przebywa na wakacjach i czy on sam jest jedynym głupcem, który nadal pracuje. Zerknął przez szklane ściany swojego biura i zmarszczył brwi na widok pustych biurek i krzesełek. Stąd ta nieznośna cisza. Zanim nadeszło lato, ludzie wchodzili i wychodzili z jego gabinetu, zadając pytania, szukając wskazówek, podrzucając mu pomysły lub prosząc o zgodę na niespodziewany wydatek.
To tutaj, na trzecim piętrze jego budynku, położonego przy kopenhaskiej North Harbour, miał swój drugi dom. On i pozostali pracownicy biurowi zatrudnieni przez S?renson Yachts, firmę projektowo-budowlaną, zajmowali trzecie piętro. Jednostki pływające budowano w ich stoczni w Skagen.
Budynek z założenia przypominał okręt, a okna od podłogi do sufitu wpuszczały strumienie naturalnego światła.
Chociaż latem biuro było jak pusta kaplica, Jens wykorzystał ten czas, by nadrobić zaległości. Miał długą listę pilnych spraw oraz nieprzyzwoicie zamożnych klientów i korporacji czekających na jednostkę stworzoną według jego projektu. Czasami był to rażący bogactwem jacht odpowiedni dla oligarchy, czasami jacht regatowy, a czasami pozornie zwyczajna, lecz luksusowa drewniana żaglówka. Niezależnie od rodzaju statku, każdy projekt odzwierciedlał jego zamiłowanie do czystych linii, nowoczesności połączonej z prostotą i wyjątkowej dbałości o szczegóły.
Właściciele statków nie ukrywali zachwytów nad projektami Jensa. Hołdy zbierał zasłużenie. Pracował całymi dniami przez ostatnie piętnaście lat, aby uniezależnić się od ojca i dziadka, światowej sławy projektantów. Wreszcie poczuł, że żeglarski świat nie uważa już, że Jens odcina kupony od wielkości przodków. Niełatwo było się wybić, będąc synem geniusza, wirtuoza morza, który zmarł o wiele za młodo i który, jak mówiono, nigdy nie osiągnął pełni swojego potencjału.
Jens obrócił się na krześle i spojrzał na oprawione zdjęcie ojca stojącego na "Miss Bea", pierwszym jachcie regatowym zaprojektowanym przez Mikkela, z wiatrem rozwiewającym jego gęste blond włosy.
Jens bardzo przypominał ojca - obaj byli wysocy i wysportowani, z jasnymi włosami, zielonymi oczami i surowymi twarzami. Na tym jednak podobieństwa się kończyły.
W przeciwieństwie do ojca, Jens uchodził za pracoholika, nie skakał z miejsca do miejsca - od Monako, przez Costa Smeralda, do Dubaju - od czasu do czasu tworząc przełomowe, innowacyjne projekty.
Owszem, patenty na jego projekty pozwoliły mu zostać enfant terrible świata żeglarskiego, a także przyniosły prestiż i otworzyły nieskończone możliwości firmie S?renson Yachts. Jednakże, w oczach syna Mikkel zmarnował swój talent, spędzając zbyt dużo czasu na zabawach i uganiając się za spódniczkami. Być może gdyby mniej imprezował, a więcej czasu spędzał w domu, Jens miałby trochę wspomnień z nim związanych.
Mikkel wpadał do domu, obsypywał syna prezentami i natychmiast wyjeżdżał w pogoni za kolejnymi przygodami i kolejnymi kobietami. Z biegiem lat wizyty ojca były coraz rzadsze i Jens obserwował, jak matka, Bridget, stawała się coraz bardziej zgorzkniała, emocjonalnie zdystansowana, zimna i surowa. Stopniowo przeobraziła się w przypominające robota stworzenie bez uczuć.
Zdeterminowana, by syn nie poszedł drogą Mikkela, mocno go naciskała. Najchętniej trzymałaby go z dala od dziadka ze strony ojca, ale ani Jens, ani Asger nie pozwolili jej na to. Jens uwielbiał milczącego dziadka, jedynego dorosłego, który zdawał się cieszyć jego towarzystwem.
Bridget była mocno rozczarowana, gdy syn uzyskał dyplom inżyniera w dziedzinie projektowania jachtów i dołączył do rodzinnego biznesu pod rządami dziadka jako właściciela i prezesa. Po roku w firmie - która była w jego rodzinie od siedemdziesięciu pięciu lat - Jens zdał sobie sprawę, że dziadek traci kontrolę i nad biznesem, i nad rzeczywistością. Przy okazji, przejmując wiele obowiązków Asgera, odkrył, że wkład ojca w żaden sposób nie uzasadnia jego ogromnej pensji i postanowił to zmienić.
Jako dwudziestoczterolatek zrozumiał, że S?renson Yachts stoi na skraju upadku i wiedział, że trzeba coś zrobić, by wszyscy z dnia na dzień nie stali się żebrakami. Wziął to na siebie, chociaż matka, która dorobiła się fortuny na imporcie i eksporcie, pomogła mu pozyskać inwestorów. W ostatniej chwili sfinalizował umowę, która nie tylko dała mu kontrolę nad S?renson Yachts - Asger udzielił mu pełnomocnictwa - ale także pozwoliła wpompować sporą sumę w podupadającą firmę.
Zmiany sprawiły, że stał się szefem własnego ojca. Mikkel wpadł w szał, gdy Jens obniżył mu pensję, zażądał jego obecności w biurze i wyznaczył mu termin ukończenia projektów. Mikkel wytrzymał sześć miesięcy. Po jego rezygnacji Jens samodzielnie rządził coraz lepiej prosperującą firmą.
Jednakże życie, jak to zwykle bywa, nie pozwala na pełną radość. Na skutek rozległego udaru nagle zmarł dziadek, a kilka tygodni później Mikkel uderzył swoim nowym McLarenem w betonową barierę i zginął na miejscu.
Jens został ich spadkobiercą i uzyskał wyłączne prawo własności do S?renson Yachts. Szybko też zrozumiał, że musi zachować emocjonalny dystans do ludzi i świata. Uczucia siały spustoszenie, o wiele łatwiej było żyć samotnie, utrzymując relacje oparte na seksie i braku zobowiązań.
Otaczał się towarzystwem ze świata sportu, głównie facetami, których towarzystwo lubił, ale wiedział o ich życiu o wiele więcej niż oni o jego. Miał kochanki, partnerki seksualne, świadome, że mogą oczekiwać jedynie dobrej zabawy, nic więcej.
Raz w miesiącu jadał lunch z matką i przez półtorej godziny omawiali interesy. Bridget nie potrafiła być kochającą matką. Była jednym z powodów, dla których nie pragnął żony i rodziny, nie chciał, by jego dzieci stały się mniej ważne niż kariera.
Był pewien, że są ludzie, którzy potrafią zachować równowagę między życiem zawodowym a prywatnym, ale wolał nie ryzykować. Widział, jak samotność i obojętność rodziców wpływają na dzieci. Posiadanie partnerki i potomstwa zmusiłoby go do przeprojektowania życia, na co nie miał ochoty. A ponieważ zawsze pociągały go tylko inteligentne, ambitne kobiety, przewidywał, że ich dziecko musiałoby błagać o czas, zainteresowanie i miłość matki. Sam, jako biznesman, miałby do zaoferowania jedynie resztki siebie.
Jens wstał i przeciągnął się, podirytowany tym napadem refleksji. Miał zadania do wykonania, projekty do ukończenia! Powinien pracować. W końcu życie nie trwa wiecznie, a on zamierzał zostawić po sobie trwały ślad. Dobrze wiedział, że dziedzictwa nie tworzy się na plaży ani w barze, dziedzictwo wymaga pracy, a to zawsze wychodziło mu najlepiej.
Godzinę później stał przy desce kreślarskiej, całkowicie skupiony na projekcie zaawansowanego technologicznie jachtu regatowego, który miał wystartować w Pucharze Sydney w dwa tysiące dwudziestym szóstym roku. To była nowa koncepcja, coś, co według jego wizji zrewolucjonizuje żeglarstwo wyczynowe. Skupił się tak bardzo, że ledwo usłyszał pukanie do drzwi.
Kiedy podniósł wzrok, za szklanymi drzwiami zobaczył asystentkę, Agnes, której towarzyszyła wyraźnie zmartwiona kobieta w średnim wieku. Otworzył drzwi, zastanawiając się, dlaczego mu przeszkadzają, skoro tego zabronił.
- Panie S?renson, oto pani Daniels. Twierdzi, że musi z panem pilnie porozmawiać.
- Proszę się umówić - odburknął. - Projektuję i nie mogę sobie pozwolić na rozproszenie.
Pani Daniels nawet nie drgnęła.
- To, co mam do powiedzenia, nie może czekać, panie S?renson. A jeśli nie chce pan, by wszyscy poznali pana prywatne sprawy, proszę pozwolić mi wejść.
Nie miał prywatnych spraw do omówienia! Rzadko umawiał się z kobietami, mieszkał sam, nie posiadał rodzeństwa, a matka była równie powściągliwa jak on.
Zobaczył zaciekawienie na twarzy Agnes, dlatego gestem zaprosił kobietę do biura i zamknął za nią drzwi.
Miał onieśmielającą twarz. Ludzie nawet mówili, że wygląda przerażająco. Może dzięki temu kobieta szybciej przejdzie do sedna sprawy.
- Pracuję w opiece społecznej, panie S?renson - powiedziała, ściskając brązową, oficjalnie wyglądającą teczkę. Otworzyła ją i spojrzała w dół, skanując dokumenty wzrokiem.
- Panna Christianson... Daniella Christianson... Zna ją pan?
- Dani? Tak, znam, a właściwie znałem, jakieś osiemnaście miesięcy temu, przed jej powrotem do Brazylii.
Pamiętał, że romans trwał trzy tygodnie, kilka razy byli na kolacji i uprawiali dużo seksu.
- Z przykrością informuję, że pani Christianson zmarła kilka dni temu.
Jens poczuł nagły chłód. Poznał Daniellę na jakimś przyjęciu. Kilka lat młodsza od niego, była inteligentna, zabawna i pełna życia, prawdziwa brazylijska seksbomba.
- Nie wiedziałem... Przykro mi to słyszeć.
Tylko dlaczego pracownik socjalny przekazuje mu tę wiadomość?
- Jak to się stało?
Nie mógł uwierzyć, że ktoś tak pełen energii i radości już nie żyje.
- Wypadek samochodowy pod Rio de Janeiro. - Pani Daniels zmierzyła go wzrokiem. - Czy wiedział pan, że pani Christianson niedawno wzięła ślub, a mąż planował adoptować jej syna?
- Skąd miałbym to wiedzieć? Nie rozmawiałem z nią od ponad roku!
- Więc nie poinformowała pana, że to pan jest ojcem jej syna?
Nie! Co takiego?
Jens poczuł, jak ugięły się pod nim kolana, ale szybko doszedł do wniosku, że źle usłyszał. Nie miał syna. Niemożliwe.
Pani Daniels podsunęła mu krzesło. Usiadł, śmiertelnie blady, półprzytomny.
- Mam syna? Ja?
- Sądząc po pana reakcji, zakładam, że...
- Nie miałem pojęcia. Nie miałem żadnego kontaktu z Daniellą, odkąd się rozstaliśmy. Wróciła do Brazylii miesiąc później i nie, nie powiedziała mi, że jest w ciąży!
No tak... Jak miała mu powiedzieć, skoro dał jej jasno do zrozumienia, tak jak wszystkim swoim kochankom, że nie interesuje go stały związek ani dzieci.
- Dowiedziałam się od jej babci, że jej mąż był jej pierwszym chłopakiem ze studiów. Odnowili znajomość, kiedy była w ciąży. Pobrali się, a on chciał wychować chłopca jak własnego.
- On też zginął?
- Tak, niestety. Tylko dziecko przeżyło wypadek.
- Dobry Boże...
- Dziecko urodziło się w Brazylii, ale wróciło do Danii - kontynuowała pani Daniels. - Daniella podała dane ojca i teraz to już pana odpowiedzialność... Nikt z rodziny męża pani Christianson nie będzie w stanie zaopiekować się dziewięciomiesięcznym dzieckiem. A jej babcia jest już wiekowa.
Jens milczał, oszołomiony. Czy to się działo naprawdę? Jak to się stało, że nagle przeskoczył od samotnego życia, od unikania związków, do posiadania syna? I jak to się stało, że Daniella zaszła z nim w ciążę? Przecież używał prezerwatyw...
- Skąd pewność, że chłopiec jest mój? Zawsze bardzo uważałem...
- Jest pan podany w akcie urodzenia jako jego ojciec. A fizyczne podobieństwo między wami jest doprawdy zaskakujące - odpowiedziała pani Daniels. - Oczywiście ma pan prawo zlecić testy DNA. To zaś oznacza, że dziecko zostanie w rodzinie zastępczej, dopóki sprawa się nie wyjaśni.
- W rodzinie zastępczej?!
Niewiele wiedział o niemowlętach, a jeszcze mniej o systemie opieki społecznej, ale obejrzał wystarczająco dużo filmów, by wątpić, czy dziecko jest pod dobrą opieką. Nie podobał mu się pomysł, że jego syn mógłby znaleźć się w szemranym środowisku.
- Odkąd przyjechał do Kopenhagi, tak, ponad tydzień. Rodzina zastępcza jest bardzo miła, jedna z naszych najlepszych, ale nie jest to rozwiązanie długoterminowe - podkreśliła pani Daniels. - Co innego mieszkanie z panem...
Jens przetarł twarz dłońmi.
- Czy mam jakiś wybór?
W oczach pani Daniels dostrzegł rozczarowanie.
- Tak. Możemy oddać chłopca do adopcji, jeśli ma być dla pana ciężarem, panie S?renson. To jedyna opcja.
Mówiła z pogardą i nie musiała wyjaśniać dlaczego. Pochodził z jednej z najlepszych i najbardziej znanych rodzin w kraju, spał na pieniądzach. Tymczasem brzmiał jak egocentryczny dupek, który przejmował się tylko tym, jak dziecko wpłynie na jego życie zawodowe. Był cyniczny jak jego własny ojciec...
Wstał i wsunął ręce do kieszeni, zaciskając pięści.
- Naprawdę wygląda jak ja? - zapytał, mając nadzieję, że kobieta usłyszy w jego głosie skruchę i zażenowanie. Rzadko przepraszał, ale nie chciał, żeby akurat ona źle o nim myślała. - A tak przy okazji, jak chłopiec ma na imię?
- Matheo, ale mówimy na niego Matt lub Mats. I wygląda dokładnie jak pan - potwierdziła. - Te same oczy, ten sam nos, ta sama broda. Jest dużym chłopcem, podejrzewam, że będzie pańskiego wzrostu.
- Naprawdę nie wiem, co myśleć ani co powiedzieć - wyznał, nie kryjąc bezradności.
Pani Daniels uśmiechnęła się, po raz pierwszy.
- Właśnie przekazałam panu wiadomość, która odmieni pana życie. Rozumiem, że to niełatwe. Jednakże musimy podjąć jakąś decyzję tak szybko, jak to możliwe. Matheo musi trafić gdzieś na stałe, znaleźć dom. Liczą się tylko jego potrzeby.
Tak, rozumiał to. Ale nie mógł ochłonąć. Ta nieznajoma kobieta poinformowała go, że ma dziecko, czego nigdy nie planował. Sam był efektem związku dwojga całkowicie niepasujących do siebie ludzi. Przysięgał sobie, że nigdy nie zaryzykuje narażenia dziecka na uwięzienie między chłodną matką a niestabilnym ojcem. Jedynym sposobem, by zagwarantować, że to się nigdy nie stanie, było pozostanie singlem, bez ślubu i bez stałej partnerki. I oto nagle został ojcem, czego w ogóle nie brał pod uwagę.
Odkrył uroki kobiecego ciała jako nastolatek, wkrótce zrozumiał, że dzieci są konsekwencją seksu i był niezwykle ostrożny w stosowaniu zabezpieczeń. Nigdy nie ufał żadnej ze swoich kochanek na tyle, by pozostawić kwestię antykoncepcji w ich rękach, więc zadbał o to, by chronić i siebie, i te kobiety.
Cholera, jak to się stało?
Dlaczego jego życie tak zboczyło z kursu? Tak jak życie małego Matheo...
- Mam zdjęcie, jeśli chce pan zobaczyć - zaproponowała pani Daniels.
Skinął głową, dziwnie wzruszony. I czekał. Obserwował, jak szukała w torbie telefonu. Znalezienie okularów trwało wieczność, a potem minęło sto lat, zanim natrafiła na właściwe zdjęcie.
Świat Jensa eksplodował, gdy spojrzał na znajomą twarz. Nie potrzebował testu DNA, Matheo wyglądał dokładnie tak, jak on w jego wieku. Był S?rensonem z krwi i kości.
- Gdyby zestawić to zdjęcie z moimi z dzieciństwa, trudno byłoby powiedzieć, które jest jego, a które moje - przyznał, przeczesując włosy.
- Czy chce pan znowu usiąść?
Zdobył się na lekki uśmiech.
- Nie, nic mi nie jest. Co teraz?
Musiał skupić się na sprawach praktycznych, na tym, co miało nastąpić. Później będzie czas, by wpaść w panikę.
- Więc nie chce pan testu DNA?
- Nie, to nie jest konieczne. Daty się zgadzają, a mały wygląda dokładnie jak ja. Przygarnę go.
Jens zawstydził się. Wyglądało, jakby mówił o szczeniaku zostawionym na deszczu. Po prostu nadal trudno mu było dojść do siebie.
Był ojcem, miał małego synka.
Nic nie wiedział o byciu ojcem, dobrym ojcem. Nie mógł jednak zagłębiać się w przeszłość z własnymi rodzicami, musiał skupić się na tu i teraz.
- Czy wie pan, jak opiekować się dzieckiem, panie S?renson?
- Nie mam pojęcia - przyznał.
- Czy ma pan w rodzinie kogoś, kto mógłby panu pomóc?
Pomyślał o matce, która próbowałaby zmienić Matheo pieluchę, ubrana w Chanel, z idealnie ułożonymi blond włosami i świeżo pomalowanymi paznokciami. Nie, to się nie wydarzy. Bridget byłaby przerażona, chociaż słowo "niezainteresowana" byłoby tu lepszym wyborem.
- Nie.
- W takim razie sugeruję zatrudnienie niani. Znam kilka renomowanych agencji.
To była dobra rada. Potrzebowałby kogoś nie tylko do opieki nad Matsem, ale również do tego, by sam mógł nauczyć się, jak się nim opiekować, jak przyrządzać butelki i kąpać malucha, jak zmienić pieluchę.
- Mam pieniądze, mógłbym zatrudnić najlepszą nianię na świecie - odpowiedział, nie przejmując się, że zabrzmiał jak zarozumiały palant. - Gdzie taką znajdę?
- Sabina du Foy prowadzi bardzo dobrą agencję w Paryżu - odpowiedziała. - Usługi są drogie, ale warte każdego centa.
Jens zapisał nazwę agencji na projekcie jachtu. Właśnie zniszczył swoją pracę, ale to był najmniejszy z jego problemów.
- Czy mogliby kogoś przysłać od razu?
- Proszę zadzwonić i się dowiedzieć. Jak tylko pojawi się niania, zorganizuję przeprowadzkę dziecka.
Jens poczuł nagłą potrzebę, by znowu usiąść.
Berlin.
Olivia Cooper sprawnie pakowała walizkę. Przeprowadzała się dwa miesiące wcześniej, niż planowała. Po zaledwie czterech tygodniach trzymiesięcznego kontraktu okazało się, że niania synów internetowego celebryty i jego amerykańskiej żony, modelki, nie była już potrzebna. Zapewnili, że ją uwielbiali, ale w Stanach Zjednoczonych, blisko rodziny, nie będą potrzebować tyle pomocy co w Berlinie.
Chociaż Olivia otrzymała wynagrodzenie za pełne trzy miesiące, żałowała, że nie może pracować. Przed powrotem do Londynu nagle miała wolne osiem tygodni i żadnego pomysłu, jak je zapełnić. Niemiecki kontrakt był jej ostatnim zadaniem w roli niani. W związku z tym czuła zarówno smutek, jak i radość, niepokój i ulgę. Nie chciała już pracować jako niania, ale też nie mogła wykluczyć tej opcji na przyszłość.
Ollie, bo tak ją nazywano, kochała dzieci, ale trudno było nie przywiązywać się do nich, zachować emocjonalny dystans. Unikanie zaangażowania było powodem, dla którego przeszła z długoterminowych kontraktów na krótsze zlecenia. Nie mogła ponownie pozwolić sobie na nadmierne wnikanie w życie swoich podopiecznych.
Zrobiła to z Rebeką i omal jej to nie zabiło. Obserwowanie, jak życie ulatnia się z tej jasnej duszyczki, doprowadziło ją do granic wytrzymałości psychicznej i po śmierci dziewczynki zdała sobie sprawę, że z kolejnymi dziećmi musi pielęgnować dystans, budować barierę - dla własnego zdrowia psychicznego.
Najłatwiejszym sposobem okazało się ograniczenie czasu spędzanego z podopiecznymi. Minusem takiej opcji było to, że gdy tylko zaczęła poznawać dzieci i je rozumieć, musiała odejść. Było to smutne, ale przynajmniej odchodziła z nienaruszonym sercem.
Zwykle wiedziała dokładnie, gdzie będzie pracować, z agencji Sabiny dostawała teczkę na temat wybranej rodziny, zapoznawała się ze swoimi podopiecznymi, planowała... Niewiedza była nowym i dziwnym doświadczeniem. Po raz pierwszy od pięciu lat nie miała zapewnionej pracy ani rodziny, której mogłaby pomóc.
Wiedziałaś, że ten czas nadejdzie, Ollie, może i dwa miesiące wcześniej, niż przewidywałaś, ale nie powinnaś być zaskoczona. Miałaś swoje pięć lat wolności. Nadszedł czas, żebyś dotrzymała warunków umowy.
Precyzując, nie wcześniej niż pierwszego dnia września... Niby osiem tygodni, lecz czuła się, jakby już stała pod gilotyną. Nie mogła sobie wyobrazić niczego gorszego niż powrót do Londynu i podjęcie pracy za biurkiem. Wolałaby patrzeć, jak schnie farba! Ale zawarła umowę, a jej rodzice bardzo cenią sobie dotrzymywanie słowa - i słusznie.
Ollie rozejrzała się po pięknym mieszkaniu, z którego korzystała przez cztery tygodnie, i westchnęła na widok bałaganu, jakiego narobiła. Na łóżku leżały jej ubrania, kosmetyki, książki... Pracodawcy wyjechali wczoraj do Stanów, a ona dostała dwa dni, by przekazać klucze nowemu właścicielowi.
Musiała podjąć decyzję: czy wrócić do Londynu, czy też podjąć się kolejnego szybkiego zlecenia, jeśli uda jej się takie znaleźć. Znużona pakowaniem, wzięła telefon i wyszła na balkon z widokiem na niewielki ogród i park na tyłach rezydencji. Wybrała numer agencji, w której pracowała i natychmiast połączono ją z właścicielką. Przechodząc na francuski - mówiła płynnie czterema językami - przywitała się i spędziła kilka następnych minut na rozmowie z kobietą, która była nie tylko jej szefową, ale też przyjaciółką i mentorką. Sabina wielokrotnie sugerowała Olivii, by dołączyła do agencji, ponieważ była jedyną osobą, którą mogłaby sobie wyobrazić w roli osoby zarządzającej jej cennym biznesem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji