Dzikowy skarb - Karol Bunsch

Reflow text when sidebars are open.
Dwaj bracia
Wymijając w brzasku wstającego dnia zwały pni i wykroty sześciu jeźdźców dotarło do piaszczystego szlaku i zrazu, puściwszy konie w cwał, jechało w milczeniu.
Po kilkunastu stajaniach Mieszko, jadący na przedzie, zwolnił, a Ścibor, zrównawszy się z nim, zagadnął:
- Gdzie bywałeś?
Byłem w Lubicy i Pradze, a ninie wracam od Gerona.
Ścibor spojrzał zaciekawiony.
- Cóże tam stary?
- Do Rzymu się wybrał, jako rzekłem, za grzechy pokutować, za bratańcem płacze, a co się da, urwać by rad. Jak stary wilk, co zdychać idzie, a po drodze, co może, udusi.
- Słyszałem, Łużyce i Złepole zajął. Wnet żaden udzielny książę nie będzie miał takiego państwa.
Mieszko się zadumał, a po chwili rzekł:
- Myślałem ja o tym i stronami podszeptywałem staremu, ale teraz, gdy ostał się samotny, nic mu po koronie, i mówić szkoda.
- Chytry stary.
- Chytry jest, bo i złe na dobre obrócić sobie potrafi. Siedział u niego Wichman i spiskował przeciw cesarzowi. Staremu ciepło było, bo za niego poręczył, a żal mu wydać krewniaka. To na mnie go z Redarami puścił. Santok mi zburzyli i kraj Licykawików i Wkrzanów nad Odrą mi zajął. Niby to Gero o tym nie wiedział, ale powściągnąć obiecał, jeśli trybut cesarzowi z kraju po Wartę zapłacę i patrzeć będę spokojnie na jego nowe zdobycze.
- A ty co na to?
- Zapłaciłem i obiecałem.
Ścibor aż się na siodle przekręcił ze złości.
- Nożem bym dał staremu, miast daninę ze swego płacić!
- To moje, co w ręce trzymam, a Pomorze mi ważniejsze niż pieniądz. Wiedział stary, gdzie i kiedy mnie uderzyć, gdy zamieszek się u nas spodziewał, gdyby ojciec zmarł, a ty z wojskiem pod Wolinem stoisz i łacno mógłbyś zostać odcięty, gdyby się Sasi z Jomsborczykami zwąchali.
Ścibor roześmiał się.
- Alem ja to prędzej zrobił. Okup od Jomsborczyków wziąłem w zbroi i koniach, a Sasom powiedziałem, że wraz odstąpić muszę, bo mnie ojciec wzywa. Krzywi byli, alem nie czekał i zabrawszy co swoje, tu jestem.
- Widzę ci ja, żeś za Wikinga przebrany, a i koń pod tobą niemiecki. Ciężkie to bydlę na nasze grzęzawiska, ale przynajmniej widać, że konia masz pod sobą jak rycerz, nie naszego konika, co zda się, kota dusisz między kolanami.
Ścibor poklepał karego ogiera mówiąc:
- Cały huf mam tak uzbrojony i konny. Żebym tak z dziesięć tysięcy przybrać potrafił, cesarza bym z tronu ściągnął, a sam na nim usiadł.
- Nie tylko tą siłą cesarz na tronie siedzi, dlatego niełacno nam z nim wojować. Panem go uznają wszyscy chrześcijańscy książęta, a pogańskie kraje zdobywać pomogą - niby to nawracać, a do swojego jarzma wprzęgać. A my co? Każde szczepowe książątko panem sobie chce być, do czasu, gdy mu strzechę nad głupią głową zapalą. A nawet ci, co jak Weleci związać się ze sobą potrafią, niedługo tylko opór mogą dać, bo łupić jeno myślą Niemców, Duńczyków czy nas - zajedno im. Zjednać nikogo ni kraju rozszerzyć nie potrafią, a od walki przeciwko wszystkim nie przybywa ich. Dlatego, choć bitni, nie ostoją się.
Zadumał się znowu.
- A w Pradze i Lubicy za czym byłeś?
- Długo by mówić, pospieszać nam teraz trzeba.
Puścili znowu konie w skok na wychodzące zza borów słońce i po kilku stajaniach wypadli na obszerną polanę. Bór jeszcze jeden dzielił ich od Gniezna i właśnie w ścianę jego zanurzyć się mieli, gdy pędem wyjechało z niej kilku jeźdźców. Ujrzawszy Mieszka, osadzili konie i zsiadłszy odkryli głowy, czekając, aż ku nim podjedzie. Mieszko poznał dworskich starego księcia i zbliżywszy się zapytał:
- Z ojcem co słychać?
- Witamy was, panie, kniaziem naszym. Ojciec wasz odszedł do przodków tej nocy.
Mieszko przybladł, lecz odrzekł spokojnie:
- Witam i ja was, Drogomirze. Skoro pożegnać ojca nie nadążyliśmy, spieszyć się już nam nie trzeba. Wracajcie do Gniezna i zapowiedzcie, że koło południa tam staniemy. Tymczasem do pogrzebu rodzica przygotowania poczynić i stypę stawić, jak należy.
To rzekłszy, z konia zsiadł i skinąwszy na Ścibora, by szedł za nim, skręcił w las i usiadłszy na pniu, do brata, który legł przed nim na mchu, mówić począł:
- Pytałeś mnie, com czynił w Pradze i Lubicy. Żony szukać jeździłem.
Ścibor powtórzył pominięte przedtem pytanie:
- Dadzą ci to chrześcijańską księżniczkę za żonę do twoich siedmiu?
- Odprawić je przyrzekłem.
- A Miłą też?
- O Miłą nie pytali, zresztą nie żony to dla nich, jeno nałożnice, skoro nie przed chrześcijańskim kapłanem poślubione.
- A jakoż ich kapłani zaślubiny odprawią, skoroś ty niechrześcijanin?
- Chrześcijaństwo przyjąć obiecałem.
Ścibor aż usiadł na trawie, a twarz poczerwieniała mu z gniewu.
- Mów mi zaraz, coś namotał i do czego zmierzasz! Nie swoim to tylko rozporządzasz. Bacz, byś sam nie został ze swymi zamiarami, wszystkich mając przeciw sobie.
Mieszko spokojnie i przenikliwie przez dłuższą chwilę patrzył na brata, po czym zapytał:
- I ciebie też?
Ścibor ponuro się zamyślił i odparł:
- Powiem ci, gdy się rozmówimy.
- Dlatego z tobą rozmówić się chciałem, zanim do Gniezna zjedziemy. Tu sobie możemy wszystko powiedzieć ułożyć, tam ja jeden mówić będę, a słuchać wszyscy inni.
- Jeżeli ich zmusić potrafisz!
- Bylem ciebie miał za sobą, o resztę nie stoję.
- A ze mną jakoż będzie? Ojca wolę posłyszeć by trzeba.
- Wiem ci z dawna, że mnie ojciec uczynił dziedzicem. Nie chciał rozrywać, co ojce i dziady złączyli, boby wnuki na panków zeszły, po jednym gródku na każdego. Z braćmi ułożyć się miałem. Leszkowi już tyle ziemi potrzeba, co nad nim. A ty o sobie jak myślisz?
- A co mi tam! Juści, że gród jakowyś znaczny mieć muszę na siedzibę, bom nie kmieć ani najemnik, ale kniaź. A rządzić nie chcę, bo nie znam się na tym. Wojnę lubię i wojska mi jak najwięcej, a kogo bić, twoja rzecz.
- Wszystko będziesz miał, czego zażądasz, prócz władzy, bo tę całą muszę mieć w ręku, by swojego dokonać. I nigdy ci bracie, nie zapomnę, żeś mi w tej chwili stanął przy boku, gdy wielu przeciw mnie stanie, a już najmniej odejdzie ode mnie. Czas im najsposobniejszy, gdy się władza zmienia. I zmiana wiary nie przysporzy mi druhów wśród swoich. Za starą wiarą stoją, a kapłani, co mogą zrobić przeciw mnie, to zrobią. Drugi raz im się taka sposobność nie trafi.
- Musisz to zaraz wiarę zmieniać? Nie lepiej by poczekać, aż się wszystko uładzi?
- Wszystko nie uładzi się nigdy. Niech lepiej zaraz runie, co słabo stoi, abym wiedział, co i z kim mam budować. Wiary zaraz nie zmienię, bo wiele przygotować trzeba, opór poznać i siłę jego policzyć, ale zaraz ją zapowiem. Niech się sprawa odstoi, to i opór sam zmaleje. Wielu, co potajemnie chrześcijaństwo wyznaje - a wiem, że i tacy są - jawnie się do tego przyzna i sprawę przeprowadzić pomoże. A rzecz się i tak nie da utrzymać w tajemnicy, skoro za Jordanem jedzie wielu kapłanów, którzy nowej wiary uczyć tu mają. Ale największy kamień spadł mi z serca, że ciebie między wrogami nie znajdę, boby mi już może za ciężko było.
Ścibor przygarnął Mieszka do piersi i zawołał:
- Mnie nigdy, wiesz przecie! Od dzieci my zawsze razem trzymali. Na sercu mi broda nie rośnie, znajdziesz je zawsze takie same.
- Dziękuję ci, bracie - rzekł oddając uścisk Mieszko.
Wstał i mieli się ku koniom, gdy z boru wynurzać się poczęły gromady konnych.
- To twój orszak i moje hufce już nadeszły z Poznania - rzekł Ścibor. - Trzeba i nam jechać.
Dosiedli rumaków, by na czele nadjeżdżających pociągnąć do Gniezna.
Pogrzeb
Słońce miało się już z południa, gdy Mieszko z orszakiem wychylił się z lasów i drogą między jeziorami, Bielidłem i Winiarskim, ku gródkowi wykręcił. Na polu, zwanym Żuławy, stary wódz Mściwój i dowódca załogi gródka, Doliwa, stali, by powitać nowego pana chlebem i solą. Tłumy wojaków i pospólstwa zaległy łąki przydrożne i pokrzykiwać na powitanie zaczęły, lecz ich Mieszko skinieniem ręki uciszył. Jechali tedy w milczeniu, Mieszko ku gródkowi z orszakiem, Ścibor wraz ze starszyzną wojskową ku zabudowaniom na wzgórku nad Bielidłem skręcił, a pospolite woje na dolinie stanęły obozem.
Podjechawszy pod wzgórze Lecha, Mieszko zsiadł z konia i pieszo szedł pod górę, w milczeniu, zamyślony, wśród witających go dworskich starego księcia. Skinąwszy na przełożonego nad dworem, Dobora, udał się do izb mieszkalnych.
Wszedłszy usiadł na zydlu zasłanym niedźwiedzią skórą i do stojącego Dobora się zwrócił:
- Przygotowania do pogrzebu ojca poczynione?
- Jak kazaliście, panie. Stos już ze wszystkim gotowy i na was tylko czekaliśmy.
- Gdzie stos ustawiony?
- Nad Świętym Jeziorem, naprzeciw gródka. Z okna go widać, panie - odrzekł Dobór.
Mieszko wstał i podszedłszy ku oknu, spoglądał czas jakiś. Po chwili, nie odwracając się, powiedział:
- Kapłani witać mnie nie wyszli!
- Wisław odjechał wraz z Medoborem retyckim, pono zaraz po rozmowie ze starym kniaziem. Inni u siebie w zabudowaniach siedzą. Co kniaź mówił, nie wiada, ale widno nie wiedzą, co robić.
- Zaraz będą wiedzieć! Słać do nich, aby mi żadnego do wieczora w Gnieźnie nie było, jeśli im oczy miłe!
Niepewność i niepokój odbiły się na twarzy Dobora.
- A z pogrzebem jakoż będzie, panie?
- Sam ojcu stos zażegnę - odparł Mieszko.
- Świętego ognia kto dopilnuje?
- Do zachodu niedaleko, nie wygaśnie.
- A potem?
- Nie będzie potrzebny.
- Jak każecie, panie - rzekł Dobór.
Skłonił się i wyszedł.
- Zaczęło się - szepnął Mieszko do siebie i ległszy na ławie zadumał się głęboko.
***
Wysokim i spokojnym płomieniem buchał ku świecącemu jeszcze zachodnią zorzą niebu stos, na którym stary Ziemomysł do ojców odchodził. Tłum ludu i starszyzna, z Mieszkiem na czele, stali dokoła w milczeniu i w ciszy spokojnego wieczoru słychać było jedynie zawodzenie płaczek i syk płomienia. Wszystkie żony księcia wyprzedziły pana swego i w ostatnią drogę nie towarzyszyła mu żadna. Ciemniejące niebo rozżarzać się poczynało łuną od żaru ogniska, którego odbicia grały na zmarszczonej lekkim powiewem wieczornym czarnej toni Świętego Jeziora i różowiły - przeciwległy gródek, gdzie Ziemomysł kęs życia spędził i gdzie go też dokonał.
Gdy koło północy płomienie przygasać zaczęły, rozmarzony smutek ludu, wpatrzonego w ogień zabierający starego pana, do którego z dawna przywykł i przywiązał się, zmieniać się począł w szarpiący niepokój, jakby ze stosem gasła stara część własnego życia, a skradająca się coraz bliżej od czarnej ściany boru i tajemniczej toni jeziora ciemność ogarniała nie tylko ciała, ale i dusze. Coś się skończyło i odchodziło bezpowrotnie, a nadchodzące zasnute było mrokiem.
Gdy żar przygasł na tyle, że do zgliszcz można było przystąpić, pachołkowie zapalili smolne pochodnie, a starszyzna, tlejące ognisko miodem i piwem zalawszy, niedopalone kości księcia do wielkiej urny zebrała i na czele orszaku niosącego naczynia z jadłem i napojem skierowała się tłumnie ku leśnej polanie, gdzie mogiły dziadów i ojców Ziemomysła leżały i gdzie jemu ostatni spoczynek zgotowano.
Gdy mogiła nad szczątkami księcia stanęła, jął Mieszko starszyznę, a komornicy pospólstwo na stypę do Gniezna prosić; na gródku dla dostojników, a na dziedzińcach i na podgrodziu dla ludu stoły do uczty stawiono.
Zaroiły się komnaty i dziedzińce rycerstwem, dworskimi i grodowymi i zasiadali do stołów, a pachołkowie leli ze stągwi miód i piwo, roznosili mięsiwa i kołacze. Milczący zrazu tłum szumieć zaczął po chwili, gdy pod wpływem napoju i jadła zacierał się smutek i znużenie nie przespanej nocy.
Jedynie w świetlicy książę ze starszyzną w ponurym milczeniu słuchali pieśni gędłka, sławiącego czyny zmarłego pana. Mieszko siedział na podwyższeniu, głowę wsparłszy na ręku, a chwilami zasypiać się zdawał, drugą już nocą nie spaną znużony. Od czasu do czasu po kubek tylko sięgał, który mu stojący za nim komornik za każdym razem napełniał.
Czas płynął, umilkł gędłek i z blaskami łuczywa szare światło świtu mieszać się poczęło, gdy książę jakby się przecknął i skinąwszy na stojącego za nim komornika, coś mu szepnął. Komornik wyszedł, a po chwili dwaj pachołkowie z trudem wnieśli ciężką skrzynię i przed księciem ją postawili. Mieszko otworzył kute wieko i wyjmować począł łańcuchy złote, broń ozdobną, pasy, kubki oraz inne klejnoty i obecnych rycerzy obdarzał. Gdy dziękować mu poczęli, przemówił:
- Moje to dla was podziękowanie za wierne służby memu rodzicowi i służby tej pamiątka, gdy się skończyła.
Stał przed nim stary Wszebór, z łęczyckich książąt, i w ręku ważył łańcuch, a w ustach słowa. Na starym obliczu, przeoranym przez usta blizną, ginącą w gęstwinie szpakowatej brody, gniew się malował, który wybuchnął:
- Sercem służyliśmy ojcu waszemu i sercem nam płacił, a pamiątki tej służby na skórach swych nosimy. Droższe nam one niż niemieckie, choćby złote, łańcuchy. Rozumiemy to, kniaziu, że nas w łasce swej odprawiacie tak, jakeście wczorajszego rana w niełasce kapłanów odprawili. Nie ślepiśmy i widzimy, że z nowym kniaziem idzie nowy obyczaj i nowa wiara, a do tego wam pomagać, choćbyście chcieli, nie będziemy. Zabierzcie swój łańcuch. Milszy mi będzie, gdy go sam ściągnę z obcej wywłoki, której go dacie.
Błyskawica gniewu przeleciała przez znużone oblicze księcia i zgasła. Spokojnie spojrzał na Wszebora i rzekł:
- Nie ukarzę was za te słowa, bo może jeno śmielej mówicie, co myśli wielu. Sił mi potrzeba i żal każdego, który odejdzie, ale na opornych jeszcze ich starczy. O wiarę i posłuch wasz zabiegać nie będę ani rozumu od was nie pożyczę. Kto sercem służyć mi gotowy, zostać może, kto nie - w łasce go odprawię. Wróci, gdy się przekona. Na mojej to stypie oceniać będziecie moje dokonania. Ale kto by moim zamierzeniom w drodze stał, na tego miecz a powróz.
To rzekłszy wyszedł z komnaty.
Po wyjściu księcia zawrzało między starszyzną, lecz wkrótce stary Mściwój rozruch uspokoił i zasiadłszy na ławie, zagadnął:
- Nie zwady nam trzeba, ale rady. Piastom wiek swój przesłużyłem i patrzałem, jak z polańskich kniaziów nad innych wyrośli i siłę zgromadzili, z którą i Niemiec, i Duńczyk, i Ruś się liczy, choć nie zawsze rozumiałem, do czego prowadzą. A Mieszko pode mną pierwsze wyprawy odbywał i znam go lepiej niż wy. Juści, słuchał nikogo nie będzie, bo zawsze wiedział, kim jest, ale radę rozważy i mądrą nie pogardzi. A rozum ma bystry i patrzy daleko, dlatego widzieć może, co dla innych zakryte, i pamięta, komu co winien i kto jemu. Dlatego zadrzeć z nim niezdrowo. Ja i moi zostaniemy. Odejść zawsze czas, a wracać wstydno byłoby, gdyby się okazało, że kniaź był praw. A i wiedzieć zda się, co się gotuje, a my co wiemy? Co pospólstwo gada między sobą na domysł. Wygnał - mówicie - kapłanów? I ja bym ich wygnał. Wisław z Weletami się wąchał, rad by takie jak u nich porządki wprowadzić, gdzie kapłani całą władzę mają w ręku, a książątka słuchać muszą jak wszyscy. A zbiegłszy, swoich zostawił, by mu donosili, co się dziać i mówić będzie. Mało to Niemce mają tu takich, którzy im o wszystkim donoszą, bodaj i to, co teraz mówimy?! Dlatego nie dziw, że kniaź nierad się spowiadać, zanim czyn rozgłos uprzedzi?
Wszebór, który kilkakrotnie chciał mówcy przerwać, głosu doczekać się nie mogąc, wybuchnął teraz:
- Jedno wiemy na pewno, że wiarę chrześcijańską chce wprowadzać i po to zwlókł tych mnichów, aby ją opowiadali. A jednego nie wiemy, ale nie dowiemy się tutaj: co Ścibor o tym myśli i co mu po ojcu przypadnie. O Leszku wiadomo nam już, że zginął. W porę to Mieszkowi przyszło. Ale Ściborowi dział się należy, a nam służyć, komu wola, bo z dobrej woli Piastów postawiliśmy nad sobą i przeciw woli służyć nie musimy.
- Ścibor ku Smogorzewu wyjechał wojsko zostawiając - ozwał się ktoś.
- To u swojej Doszki pewnie ulgnie jak zwykle, gdy tu bawi. Jeśli nie wojuje, to kocha - zaśmiał się najmłodszy w gromadzie, Jaksa, zwany Miechem.
- Nam by do niego jechać - rzekł Wszebór. - I o tym, co się gotuje, więcej wie, bo mówić musiał z Mieszkiem, a i co z nim - wie albo będzie chciał wiedzieć.
- Ja tam - do Ścibora bez wiedzy kniazia nie pojadę ni swoim jechać nie dozwolę - rzekł Mściwój. - Jeśli z Mieszkiem się uładził, to jechać nie ma po co, a jeśli nie, to go przeciw bratu podżegać nie będę, skoro przy Mieszku stoję. Za jedno mi, co się zdarzy. Moja rada: nie spieszyć z postanowieniem i tu zaczekać. Kniaź wcześniej czy później radę zwoła, jak ojcowie jego zwoływali, a jeżeli nawet zrobi, co sam zechce, to wiedzieć przynajmniej będziemy, co.
- A ja, choćby sam, pojadę do Ścibora - wybuchnął Wszebór - a nic tam nie wskóram, to i gdzie indziej!
- Miarkujcie się, jeśli możecie. Ja nic nie słyszałem, ale i więcej słyszeć nie chcę! Z Mieszkiem wojny szukacie. By wam wrychle nie obrzydła - odparł Mściwój i dźwignąwszy się z ławy, na syna skinął, by go z izby wyprowadził.
Inni też, pogwarzywszy chwilę, szli na gospody spocząć po nie spanej nocy. Tylko Wszebor ze swymi do koni zaraz ruszył i nie mieszkając z gródka wyjechał.
Pierwsza wigilia
Listopadowe deszcze rychło ze śniegiem mieszać się zaczęły, w pogodniejsze dni rankami mróz bielił już gałęzie drzew i ścinał brzegi jeziora w delikatną skorupę lodu.
Na gnieźnieńskim dworcu życie zwyczajnym potoczyło się torem; książę posłów i gości przyjmował, posłańców na wszystkie strony kraju rozsyłał, a z Mściwojem i Jordanem częste odbywał narady. Jordan ze swymi zagospodarował się już w świątyni, którą coraz to piękniej zdobił, dzięki hojności Mieszkowej, a także własnemu i swych ludzi przemysłowi. Przyzwyczaili się wrychle do niego miejscowi, gdyż nie narzucał się nikomu, a proszony albo i sam widząc potrzebę, radą i czynem służył, nie skąpiąc biednym wsparcia, a chorym pomocy. Dworscy też poważać go wielce zaczęli widząc, że książę rad daje mu ucha, a spokojne i pełne godności, choć nie zawsze zrozumiałe zachowanie budziło szacunek. I z obcych nieraz ktoś po dawnym zwyczaju zapędził się do świątyni, na miejscu dopiero dowiadując się o zaszłej zmianie, i z ciekawością oglądał odmienione nie do poznania wnętrze, każdemu bowiem wstęp był dozwolony. Niewiasty zwłaszcza, choć zrazu płochliwe, przecie ciekawością wiedzione, coraz częściej przychodziły, czasem i dziatki ze sobą przywodząc, i dziwowały się światłom, ozdobnym szatom, bogatym sprzętom i śpiewom, które choć niezrozumiałe i do dawnych zgoła niepodobne, przecie za serce chwytały napawając je lubością i wzruszeniem. Często też z władyków i żupanów, którzy dzieci swe na rozkaz Mieszka Jordanowi oddali, przyjechał któryś w odwiedziny, i z nimi Jordan przyjaźnie rozmawiał. Dzieci też, zrazu nieufne, a nawet przez domowników nowością wystraszone, lgnąć poczęły do łagodnych ludzi, którzy ich własną, choć łamaną mową opowiadali ciekawe, nigdy nie słyszane rzeczy, pokazywali księgi z pięknymi, barwnymi obrazkami, objaśniali ich treść i wtajemniczali w znaczenie obcych słów i znaków, którymi były pisane; uczyli śpiewu w obcej mowie, którą dzieci, choć niezrozumiałą, rychło sobie przyswajały.
Przymrozki przeszły w mrozy, coraz silniej ściskając ziemię i wodę, a z początkiem grudnia wichry hulać zaczęły niosąc śnieżyce, które grubym kożuchem śniegu okryły wały, zasypały fosy i drogi, tak że człek z konieczności jedynie wyruszał z ciepłego domostwa, kopiąc się w zwałach, do studni lub wodopoju czy do sąsiada w pilnej jakiejś sprawie.
Dopiero w drugiej połowie miesiąca wichry ucichły i pogoda ustaliła się jasna, choć mroźna.
Dnia jednego Mieszko na łowy się zbierać zamierzał, gdy Jordan z dwoma towarzyszami zjawił się na dworcu. Mieszko, który go polubił, a od paru dni nie widział, chętnie prosić kazał i za stołem sadził. Jordan wymówił się od poczęstunku mówiąc, że na dzień jutrzejszy przypada jedno z największych świąt w roku, w którego wilię pościć do wieczora należy, natomiast księcia na wieczerzę i nocne nabożeństwo prosił.
Mieszko, zaciekawiony, przyjść obiecał i gdy jeno ściemniać się zaczęło, w towarzystwie Mściwoja, Dobrosława i kilku dworskich udał się do zabudowań świątyni.
W przedsionku mieszkalnego domu Jordan stał ze wszystkimi towarzyszami, pana witając uroczyście, i zaraz prowadził do zdobionej choinką świetlicy. Pośrodku izby ustawiono ogromny stół, sianem pachnący, zastawiony potrawami, nieraz księciu i jego towarzyszom nieznanymi.
Mieszko usiadł na podwyższeniu, mając Jordana po prawej, a Mściwoja po lewej ręce. Pozostali czekali stojąc, aż książę usiąść pozwoli. Jordan wstał i odmówiwszy w łacińskiej mowie modlitwę, do Mieszka się zwrócił:
- Miłościwy panie, który z łaski Boga władasz tą krainą, abyś ją do wiary prawdziwej przywiódł! Raczyłeś nas, niegodne sługi Boże i twoje, nawiedzić pod dachem, który niedawno jeszcze był schronieniem guseł i zabobonu, a dziś zrządzeniem Bożym i z twojej woli służyć ma światłu i prawdzie. Skromna nasza uczta niegodna byłaby twej obecności, gdyby nie była upamiętnieniem narodzin Zbawiciela świata. A że w dziejach tego kraju po raz pierwszy panujący książę z nami uroczystość tę ma obchodzić, przeto dzień ten błogosławiony pamiętny będzie w wieki dalekie, a światła, jakie tu wnet zapłoną, będą iskrą, od której rozgorzeje pochodnia prawdziwej wiary, by lud twój do błogosławionej przyszłości poprowadzić.
Po czym księciu na malowanej misie podał białe opłatki prosząc, by z nim i z innymi chlebem się podzielił, bo taki jest w tym dniu zwyczaj. Mieszko z pobłażliwym uśmiechem misę z rąk Jordana wziął i z nim się przełamał, a potem z wszystkimi obecnymi. Gdy z mnichami Jordana, którzy siedzieli przy końcu stołu, chlebem się łamał, twarz jednego z nich wydała mu się z dawna znajoma. Mnich stał, w oczy księciu nie patrząc, gdy jednak Mieszko zatrzymał się przy nim mierząc go badawczo, poznał Zaboja. Cień przeleciał przez twarz Mieszka; nie rzekł nic i dalej poszedł.
Wieczerza ciągnęła się blisko do północy, po czym Jordan Mieszka i obecnych na nabożeństwo prosił. Wyszli tedy po skrzypiącym śniegu, pod wyiskrzonym niebem do świątyni. Tam Mieszko zajął przygotowane dla niego miejsce naprzeciw ołtarza, starszyzna za nim w ławach, a po bokach dzieci. Prosty lud z gródka i osad tłoczył się z tyłu, oglądając z podziwem nie znane mu wspaniałości, iskrzące się w blaskach dziesiątek świec, które u ołtarza płonęły.
Za chwilę przed ołtarzem zjawił się Jordan w pozłocistych szatach pontyfikalnych. Mnisi służyli do mszy, uroczyście ze śpiewami i kadzidłem celebrowanej. Wyuczeni chłopcy dziecinnymi głosami odśpiewali kilka pieśni.
Mieszko słuchał, patrzał i poczęło go ogarniać nieznane jego dumnej, twardej naturze uczucie, którego nawet nazwać nie umiał, a które było rozrzewnieniem. Nieswojo mu z nim było i zapragnął samotności. Toteż gdy Jordan skończył śpiewać pierwszą mszę, wstał i pożegnawszy się z nim, wyszedł wraz z orszakiem. Przed świątynią zauważył tłum ciekawych, którzy, do wnętrza docisnąć się nie mogąc, przez otwarte drzwi zaglądali, a przynajmniej nasłuchiwali śpiewów. Rozstąpili się z czcią, a gdy przeszedł, tłoczyć się jeszcze bardziej do wnętrza poczęli, tak że świątynię wypełnili szczelnie po brzegi i odeszli dopiero, gdy ostatnie świece pogaszono.
Idąc do domów z ożywieniem omawiali nabożeństwo, a ten i ów próbował podchwycić zasłyszane melodie. Obce było to wszystko, ale nie raziło ich nic, a pociągała wspaniałość i nowość. Nie mogli jedynie zrozumieć, co by szkodziło, gdyby w świątyni pozostał Nyja, choćby i nie na ołtarzu, aby i on tym wspaniałościom mógł się przypatrzeć i któremu by się przy sposobności pokłonić mogli.
Długo jeszcze w noc gwarzyli po domach o tym, co widzieli, po czym spać poszli rozmyślając, co też to jest za wiara, którą tak pięknie się święci.
Dzik
Ścibor z Mścisławem, o pierwszym brzasku pogodnego, zimowego dnia z gródka wyruszywszy, parli zrazu przed siebie na wschód, do puszcz nad górną Notecią, ku Kruszwicy się przebrać zamierzając. Parli tak ostro, że konie, mimo silnego mrozu, dymiły, a pachołkowie z podwodnymi ledwo za nimi mogli nadążyć, często gubiąc ich z oczu i śladami jedynie za nimi się kierując.
Zbrozło zaś z dwoma ludźmi do Gniezna został wysłany, by odebrać zlecenia i omówić szczegóły poselstwa, które miał przygotować i wysłać do Poznania, aby tam oczekiwało na Ścibora, nie zamierzającego już wracać do Koziego Rogu. Sam zaś po spełnieniu zleceń podążyć miał na spotkanie Ścibora w miejscu, gdzie Warta Łęczycki trakt przecina, po czym borami nad Wartą mieli się przebrać do Poznania.
Ścibor na razie o łowach nie myślał upajając się pędem i świeżym, czerstwym powietrzem zimowego dnia i nie zważał na pierzchającą tu i ówdzie zwierzynę. Dopiero gdy słońce wzniosło się ponad lasy, zwolnił biegu i zrównawszy się z Mścisławem jechał z nim strzemię w strzemię, rozmawiając o minionych sprawach i przyszłym poselstwie.
Koło południa trafili na szlak wiodący ku bartniczej osadzie, gdzie obiadowali, konie napoili i nakarmili, po czym ruszyli dalej.
Słońce miało się już ku wczesnemu zachodowi, gdy drogę przeciął ślad samotnika odyńca, tak ogromny, że zaciekawił i zbudził żyłkę myśliwską Ścibora. Zatrzymawszy się, psy spuścić kazał, a pachołkom luzakom rozciągnąć się na skrzydła, by znaczną połać boru objąwszy, na niego zwierza naganiali, sam zaś z Mścisławem ruszył za psami, które szybko tropem pobiegły.
Słońce zapadło już za bór, rozżarzając już czerwonym światłem pnie sosen nad poszyciem, i brał ostry mróz, który wierzchnią warstwę podtajałego w ciągu słonecznego dnia śniegu ścinał w skorupę, co uniemożliwiało szybką jazdę, jednak psy jako lżejsze nie zapadały się, wyrwały naprzód, że słychać ich nie było. Ślady dzika zdradzały, że ruszył ostro, zwietrzywszy widocznie niebezpieczeństwo. Wkrótce ściemniać się poczęło i tropy coraz trudniej było rozpoznać, w dodatku gęste poszycie boru pochód hamowało. Ścibor zatrąbił w róg na ludzi, nocować zamierzając i jechał pomału dalej, gdy bór znienacka zaczął rzednąć, natomiast zjawiła się mgła i pocieplało znacznie.
Ścibor z konia zsiadł, aby lepiej ślad widzieć, i postępował za nim czas jakiś. Wtem las skończył się, jak uciął i w mroku ujrzeli polanę, tu i ówdzie jeno chaszczami porosłą. Krańce polany ginęły jednak we mgle, wstającej z bliskich oparzelisk, które zdradzały ciemniejsze plamy na białej płaszczyźnie śniegu. Mgła gęstniała coraz bardziej przechodząc w mleczny tuman, w którym omackiem prawie trzeba było szukać śladów, i Ścibor ostatecznie zamierzał już ku lasowi na nocleg zawrócić, gdy nagle podniósł się psi harmider bardzo blisko, jakkolwiek nic widać nie było. Ścibor z towarzyszem podążyli na głos, konie zostawiwszy. Gdy zapadając się w śniegu ubiegli kilkadziesiąt kroków, zaczerniła się przed nimi kępa drzew podszytych krzakami, z której wyraźnie psi jazgot i dzicze charkotanie dochodziło.
Przedzierali się co tchu przez zbity gąszcz, gdy tuż przed sobą posłyszeli męski głos i w tejże chwili śmiertelny kwik, a potem chrapanie konającego dzika. Wypadli z krzaków na udeptaną połać śniegu, na której o kilkanaście kroków majaczyła we mgle kurna chata z jednym otworem, za drzwi, okna i komin widocznie służącym, i wdepnęli prawie na kłębowisko psów, szarpiących przebitego oszczepem na wylot odyńca, nad którym stał mąż potężnego wzrostu, twarzą ku nim zwrócony.
Choć spotkanie niespodziane było dla obu stron, zajętych jedynie myślą o dziku, nawykły widać do niebezpieczeństwa obcy mruknął flegmatycznie:
- Gruby zwierz ciągnie jeden za drugim - i nagle gwizdnął przeraźliwie, a równocześnie jednym ruchem, bez wysiłku, wyrwał oszczep z dziczego cielska i pchnął błyskawicznie w kierunku bliżej stojącego Ścibora.
Lecz Ścibor równie szybko w bok się uchylił, chwyciwszy jednocześnie za drzewce, i szarpnął nim, chcąc obalić przeciwnika. Nie docenił go jednak, gdyż nieznajomy trzymał drzewce tak mocno, że choć tęgie było, pękło jak trzcina, a Ścibor od zamachu zwalił się na ziemię, obcy zaś runął na niego, starając się go przygnieść.
Przeliczył się jednak i on, gdyż Ścibor jak wąż się wywinął, tak że obcy padł obok, a Ścibor w tej chwili znalazł się nad nim i ręce pod ramiona mu przerzuciwszy na kark założył, złamać go usiłując, a jednocześnie, opasawszy nogami, dusić zaczął. Mimo olbrzymiej siły, jednak nie mógł tego dokonać, z trudem jedynie trzymając szamocącego się jak szczupak w matni przeciwnika.
Tymczasem na gwizd obcego dwóch innych z chaty wypadło, z mieczami w rękach, ponieważ jednak wyjście było wąskie, wypadli jeden za drugim. Pierwszy ni kroku nie zdążył uczynić, gdy przez Mścisława oszczepem do ściany przygwożdżony został. Drugi rzucił się na Mścisława z mieczem, lecz dwa psy skoczyły mu na piersi, iż omal nie upadł. Mścisław zaś, porwawszy z ziemi złamane ratyszcze, w kark go grzmotnął, tak że legł na śniegu bez ruchu, z przetrąconym szpikiem, a w tejże chwili na odgłos walki nadbiegli pachołkowie i na pomoc rzucili się Ściborowi, który jeszcze szamotał się z przeciwnikiem.
Mścisław mieczem chciał przebić trzymanego, lecz Ścibor krzyknął: "żywym brać!" - i pachołkowie do powrozów się wzięli, lecz dopiero po ciężkiej walce, poturbowani, związać zdołali osiłka, po czym jak wór go wziąwszy, do chaty zanieśli, gdzie na kamiennym podmurowaniu ogień płonął, i tam w kąt rzucili pod ścianę.
Ścibor dźwignął się drżąc z wysiłku, z Mścisławem wszedł do chaty i zasiedli na pniakach przy ognisku. Dyszał przez chwilę, po czym rozejrzał się dokoła.
Chata była obszerna, lecz nędzna. Miast podłogi miała klepisko, zasłane igliwiem i szuwarem, a pod ścianami kilka legowisk z mchu i choiny, skórami okrytych. Prócz paru pieńków, które za siedzenia służyły, nie było w niej żadnych sprzętów. Kilka naczyń glinianych różnych kształtów i rozmiarów stało pod ścianą; w jednym kącie, zwalona na kupę, leżała broń różnorodna, od dębowych maczug do żelaznych mieczy, w drugim zaś stos przedmiotów, których w niepewnym świetle ogniska z dala nie można było rozeznać. Nad jedną połową izby zwisał niski strop z belek, drugą nakrywał jeno dach z sitowia, przez który przesączał się dym.
Ścibor zawołał pachołka Krzona i polecił mu zbadać obejście, a dzika oprawić, wieczerzę przygotować, konie opatrzyć i urządzić się na nocleg. Potem zamilkł i siedział wypoczywając po trudach dnia i wysiłku walki, nie zwracając na brańca uwagi.
Ten leżał cicho i zdawał się nie przejmować swoim położeniem, od czasu do czasu rzucając jedynie raczej ciekawe niż niespokojne spojrzenia na swych pogromców. Gdy jednak po dłuższym czasie wszedł pachołek Czelej z wieczerzą, jeniec ozwał się:
- Mój jest dzik, bo go ubiłem, to mi się mięso jeść należy.
Ścibor nie rzekł nic, jeno pachołkowi dał znak, by jeńca nakarmił. Pachoł podszedł do leżącego i kawał mięsa cisnął mu pod nos, mruknąwszy:
- Masz wilcze ścierwo, nażrej się przed zdechnięciem!
W tej chwili jednak, kopnięty związanymi nogami jeńca, potoczył się do ogniska, z którego porwawszy się, poparzony, z wściekłością ku niemu skoczył, nóż zza pasa wyciągając. Ścibor jednak krzyknął na pachołka i wyjść mu kazał, po czym jadł dalej spokojnie.
Jeniec po chwili milczenia odezwał się:
- Nie będę z ziemi jadł jak pies!
- Kazałbym ci pęta zdjąć - rzekł Ścibor - ale zmęczony jestem i dziś nie chce mi się drugi raz z tobą siłować.
Jeniec namyślał się widocznie, po czym odparł:
- A jak wam przyrzekę, że nie ucieknę i nie tknę nikogo?
- A jak nie dotrzymasz? - zapytał Ścibor:
- Jak to nie dotrzymam, kiedy obiecuję! - rzucił gniewnie olbrzym.
Ścibor zaśmiał się.
- Prawda jest!
I wstawszy sam podszedł do leżącego.
- Więc przyrzekasz zostać przy mnie, póki sam cię nie zwolnię?
- A juści - odparł jeniec.
Ścibor rozwiązał leżącego, który zaraz usiadł i czas jakiś ręce i nogi zdrętwiałe od więzów rozcierał, po czym wstał, - leżący kawał mięsa nogą kopnął i usiadłszy na pniaku naprzeciw Ścibora, wziął się do wieczerzy, jakby go na nią proszono. Ścibor patrzył uśmiechając się pod wąsem, teraz dopiero w blasku ognia mógł się przyjrzeć dokładnie olbrzymowi, który omal go życia nie pozbawił.
Chłop był wzrostu ogromnego, lecz siedząc zdawał się niemal kwadratowy. Lat około trzydziestu lub niewiele ponad to, cokolwiek otyły, na byczym karku osadzona niewielka głowa tonęła w bujnym, kasztanowatym ze złotym odcieniem zaroście. Zęby miał niezwykle białe i gruchotał nimi kości dzicze, jakim nie każdy pies dałby rady, wysysając z widocznym smakiem szpik. Zachowywał się tak, jakby wszystko, co się działo, było czymś zwykłym. Jedząc rzucał na Ścibora zaciekawione spojrzenia. Nasycił się wreszcie, otarł brodę rękawem i uśmiechając się powiedział:
- Takiego jak wy chciałbym mieć w swojej kupie.
- Przecie chciałeś mnie zabić! - zaśmiał się Ścibor.
- Tylko tak z prędkości - z pewnym zawstydzeniem mruknął olbrzym. - Nie gniewacie się? - zapytał.
- Nie ma o co, przecie żyję - rzekł Ścibor.
- Bo i pewnie! Nawet szkoda by mi was było. Takiego jak wy jeszczem nie spotkał.
- Niby jakiego?
- Takiego, co by mi spod ręki uszedł - naiwnie odparł jeniec.
Ścibora bawiła widocznie rozmowa z jeńcem, który mu się podobał. Ważył w sobie jakiś zamiar co do niego. Poczęstował go miodem i począł wypytywać. Olbrzym chętnie, choć krótko odpowiadał. Pochodził znad pruskiej czy jaćwieskiej granicy; miejsca podać nie umiał. Ojciec, widocznie władyka, na gródku siedział. Gródek w napadzie spalony został, a mieszkańców pobrano lub wycięto. On sam wyrostkiem ocalał, bo w chwili napadu po lesie się wałęsał za ptactwem. Gdy powrócił, z gródka już zgliszcza jeno tlały.
Posiedział na nich i poszedł z powrotem w las, bo nie miał dokąd. Jakiś czas żywił się własnym przemysłem, aż natrafił na zgraję, która na kupców po szlakach polowała. Przyjęli go, bo silny był, a jemu udały się te łowy. Z czasem sam starszym został. Od lat siedział w tej chacie na kępie wśród bagien, przez które jedno tylko, a i to letnią porą niezbyt bezpieczne przejście było. Innego życia, jak z łowów i rozboju, już sobie nie wyobrażał i nie pamiętał, i troskał się, co teraz pocznie. Jesienią sczezło mu kilku ludzi na jakąś chorobę, przed kilku dniami stracił znowu paru w nieudanym napadzie, dziś postradał dwóch ostatnich. Nie mogąc się połapać, kto zacz Ścibor jest, usiłował z naiwną chytrością wybadać, czyby do niego nie przystał. Chcąc go zachęcić, wskazał na zwalone pod ścianą bezładną stertą przedmioty i rzekł:
- Dużo mam wszelkiego bogactwa. Jeszcze parę razy tyle zakopane.
Rozbawiony i zaciekawiony Ścibor wstał i wyjąwszy głownię z ogniska podszedł do stosu. Istotnie, można to było bogactwem nazwać, choć sposób przechowania mu urągał. Na pół przysypane ziemią i igliwiem, powalane błotem leżały materie złotem tkane, szaty, ozdoby i broń kosztowna; gdy zaś Ścibor przeglądając te skarby odsłonił polepę, wdeptana w glinę leżała sterta bizantyjskich, rzymskich, czeskich, arabskich, niemieckich, angielskich i Bóg wie jakich, złotych i srebrnych pieniędzy, całych i pokrajanych na połówki, ćwiartki i jeszcze drobniejsze części.
- To z ostatnich dwóch lat - powiedział z dumą.
- A cóże z tym robicie? - spytał Ścibor.
- A nic. Jak się dużo uzbierało, to my zakopywali. Za szopą, nawet pamiętam miejsce, gdzie. Dawniejsze zapomniałem, bo chaszczami zarosło.
- To po cóż było rabować?
- Przecie trudno na gościńcu zostawić, gdy się kupców pobije.
- Po cóż kupców bić, kiedy wam to niepotrzebne?
Olbrzym wzruszył ramionami i chwilę milczał, po czym odparł:
- A cóże mam robić? Zawsześmy ich bijali. I zawsze kupcy jeździli, widno tak ma być! Wilcy też się przy nas pożywili - roześmiał się.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
Śmierć Ziemomysła
Duszny mrok dziejów wczesnego średniowiecza przeświecać zaczął od dzieł Karola Wielkiego przebłyskami nadchodzącej nowej epoki. Idea Państwa Bożego szukała swego wcielenia w zawieruchach walk ustawicznych, a podstawiona za Ottonów w jej miejsce koncepcja monarchii uniwersalnej gotować się zaczynała do walki z Kościołem o władzę nad ówczesnym światem.
Nad Odrą i Łabą, na rubieżach wschodnich tego świata, nietkniętych prawie stopą rzymskiego najeźdźcy - organizatora, z rzadka tylko nawiedzanych przez kupca - dyplomatę lub apostoła - awanturnika, w wilgotnych mrokach odwiecznych borów zaczynały się też budzić do życia z półświadomego bytu plemiona słowiańskie.
Przebudzenie nie było łagodne. Najbliżsi ściany zachodniej Łużyczanie, Weleci i Obodryci budzili się z płonącymi nad głową dachami; w łańcuchach, łamiąc kamienie na budowę kościołów i zamków, poznawali moc i wspaniałość zachodniego Boga, a pod batem, budując drogi i kręcąc kamienie cudzych żaren - korzyści nieznanej im cywilizacji Zachodu. I jak prześladowane zwierzęta nauczyli się bardziej nienawidzić symbole, z którymi szedł i narzędzia, którymi ich niszczył, niż wroga, który niósł im zagładę.
Liczniejsze, lepiej zorganizowane i naturalnymi wałami Sudetów, Rudaw i Czeskiego Lasu bronione plemiona czeskie na próżno, przyjąwszy chrześcijaństwo, usiłowały wzorem Zachodu zorganizować swe państwo, a nawet wciągnąć sąsiednie plemiona lechickie. Wtłoczeni w zaraniu w kościelną organizację Zachodu, rozdarci wewnętrznymi sporami, nie zdołali się oprzeć. Chrześcijański cesarz stał się panem lennym chrześcijańskiego królestwa i chytrze korzystał z zamieszek i walk, aby posuwać swe granice coraz dalej ku wschodowi. Pozostałym plemionom - nad Odrą, Wartą i Wisłą, budzące się życie postawiło wybór: chrześcijaństwo i niewola lub pogaństwo i śmierć.
W brzemiennej losem chwili dokonywał pracowitego żywota wnuk Piastowego rodu, Ziemomysł. Stary książę bystrym umysłem rozeznawał postawione przez historię jego plemionom pytanie, lecz do rozwiązania nie czuł już siły w gasnącym ciele. Przywiązany do wiary i obyczaju przodków, nie potrafiłby pokłonić się innemu Bogu ani też nie czuł potrzeby przyswajania nowości - dla siebie. Lecz choć niejeden w życiu napad odparł zza drewnianych ostrokołów swych grodów i niejeden na Zachodzie kuty hełm rozbił odziedziczonym po przodkach młotem, synom zostawiał danie odpowiedzi na ponure pytanie, nie chcąc ograniczać ich w wyborze. Dlatego na dwór jego dostęp miał przejezdny kupiec rzemieślnik, a synów w domu nie trzymał, lecz gdy wojną zajęci nie byli, często w dalekie rozsyłał ich podróże, nie tylko do plemion sobie podległych i sąsiednich, lecz na Zachód, do grafów i rycerzy niemieckich; tych do siebie zapraszać pozwalał, a choć mu nie w smak byli, przecie się hamował, aby gości nie spłoszyć.
Rzadko też synowie na dworze siedzieli i nie było ich w domu, gdy staremu nadeszła ostatnia godzina.
Gnieźnieński gród, na górze Lecha położony, szczupły był i nieokazały, bo i miejsca po temu nie było. Od zachodu fale Świętego Jeziora obmywały podnóża wałów, ze wschodu spadzisty stok bronił przystępu, ale i przestrzeń na rozszerzenie gródka ograniczał.
Bagniste łąki, zalewane corocznie wzbierającymi wodami Srawy, chroniły gródek od północy, a tylko od południa, na łagodniejszym stoku, gdzie stała świątynia Nyi, rozrastało się coraz obszerniejsze podgrodzie. Tam poczty drużyny pańskiej stawały, gdy książę na gród zjeżdżał, i tam stawali gospodą z ofiarami dla Nyi i po wróżbę do jego kapłanów ze wszystkich stron przybywający pielgrzymi.
W pogodne i ciepłe dni jesieni 963 roku zjazd był liczniejszy niż zwykle. Książę ściągnął z pocztem znacznym z dalekiej Wiślicy, skąd dla słabości z dawna się nie ruszał i panom z rady swej i szczepowym książętom przybyć kazał. Zjechali też, kogo poselstwo w domu zastało: Jaksowie, Śreniawy, Pobogi, Pałuki, Wyszkoty i inni, zatrzymywali się ze swymi w podgrodziu, a gdy tam miejsca zabrakło w osadach. Przybył też, choć nieproszony przez księcia, kapłan Dadźboga z dalekiej Retry i zamieszkał wraz z orszakiem w przyległych do świątyni budynkach.
Powszechnie wiadome było, że ważne jakieś odbyć miały się narady, ale młodych panów, po których posłano, widać jeszcze nie było, a stary, tylko z konia zsiadłszy, do łoża poszedł i już się z niego nie ruszał, rzadko kogo widzieć chciał i co dzień był słabszy.
Starzy nudę oczekiwania domysłami skracali, próżno dociec usiłując, w jakich to sprawach książę chciał zasięgnąć ich zdania; młodzi łowami czas zabijali, a kapłani odprawiali wróżby i narady, niemal co dzień do pana usiłując się sprosić. Odpowiadać im kazał, że słaby się czuje i na synów czeka, z którymi ważne omówić pragnie sprawy, a wówczas i kapłanów zawezwie. Niecierpliwili się bardzo, a zwłaszcza retycki Medobor, aż wieczoru jednego z grodu znać dano, że książę widzieć ich pragnie. Wyszli tedy z zabudowań i drogą wzdłuż brzegu Świętego Jeziora na gródek wstępować zaczęli. Słońce, co tylko zaszło i blaski zorzy leżały na jeziorze, skacząc jak płomienie po falach, gorącym wiatrem z południa pędzonych. Niepokój jakiś był w powietrzu; od czarnej na tle płonącego nieba ściany przeciwległego boru pomruki szły tajemnicze a groźne - szeptały pospiesznie trzciny przybrzeżne i chlupotały kłótliwe drobne fale. Kapłani szli spiesznie, w milczeniu, i minąwszy bramę w częstokole, weszli do dworca.
W sieni ogromnej, mrocznej komornicy na ich widok z czcią powstali, a jeden skoczył do przyległej izby przyjście ich oznajmić i wrócił zaraz mówiąc, że książę wejść pozwala.
Wszedłszy do izby, zrazu nic rozeznać nie mogli. Na ogromnym kominie z okapem płonął bowiem ogień, którego blask ciemniejszą jeszcze czynił mroczną głąb obszernej izby. Dopiero po chwili, gdy oczy nawykły do mroku, w kącie pod oknem zauważyli białą plamę końskiej skóry, kryjącej łoże, i bielszą jeszcze brodę starego księcia, wpatrującego się w nich płonącymi w blaskach ognia oczyma. Podeszli bliżej z pozdrowieniem i stojąc czekali na słowa pana. Po dłuższej chwili cichy i głęboki, jakby gdzieś z przestrzeni idący głos przerwał milczenie.
- Siadajcie, czcigodni, i mówcie, z czym przychodzicie.
- Wielki kniaziu - zabrał głos Medobor - od trzydziestu lat, gdym objął opiekę nad świątynią Swarożyca w Retrze, nie opuściłem jej ani na jeden dzień: A jeżelim teraz tu przybył, to z wyraźnego rozkazu bogów, których znaki są tak dziwne i złe, że wam o nich sam donieść musiałem. Wróżba nie tylko waszej osoby i waszych plemion dotyczy, lecz wszystkich nas, Słowian, którzy jedną mową jednych bogów chwalimy. Klęski zapowiada za porzucenie wiary przodków, które wieszczy.
Książę milczał czas jakiś, jakby w myśli ważył słowa kapłana, wreszcie zaczął cichym, lecz wyraźnym głosem:
- Starzyśmy obaj, czcigodny Medoborze, i mówmy ze sobą jak ludzie, co świat, ile poznać można, poznali. Nie imieniem Swarożyca do mnie mówcie, bo sam się od niego niedługo dowiem, z czego już rady dla nikogo nie wyciągnę, i nie o mnie, bom ja już swoje przeżył i do ojców odchodzę. I nie chcę wiedzieć, co wróżą, lecz co rozum wasz czynić radzi, aby dobrze było.
Zamilkł wyczerpany.
- Milczanom, Łużyczanom Obodrytom i nam, Weletom, Niemce ziemię spod nóg i dach znad głowy wydzierają, bo ich Boga znać nie chcemy. Czesi, co się mu pokłonili, słuchać ich muszą. A u was, kniaziu, słyszę, już są świątynie zachodniej wiary, kapłani ich u was bywają, a Mieszko i Ścibor z Niemcami się zadają i rychło patrzeć, jak wiarę i obyczaj przodków dla zachodnich nowości porzucą. Zależność i niewolę przyniesie nowy Bóg a zgubę waszemu plemieniu nasi bogowie, gdy wrócą. Taka jest wróżba. A radzić co? Chwast wyplenić, póki się nie zakorzenił, a i własne pędy obciąć, jeśli się wyrodziły.
- Żyłem i umrę w wierze ojców i przekonywać mnie nie potrzeba. Ale myśli nasze, Medoborze, różnymi chodzą drogami. Wam o chram i o cześć Swarożyca chodzi, a nie o co innego, a waszym Weletom o łup, od nas czy od Niemców, zajedno im. Doprowadził wam Wichman do zguby Redarów i Stoigniewa nad Rzeknicą Geronowymi rękoma. A ninie Gero, rękoma Wichmana z waszą pomocą nas niszczy. Cóże wam zły Bóg niemiecki, jeśli wam Niemce dobre gdy z wami na nas ciągną? A i Bóg nie ma być niemiecki, bo go sami niedawno przyjęli, a przedtem był żydowski czy inny, i z południa, znad morza przyszedł. Zły czy dobry, nie wiem, bo go nie znam i nie poznam, ale Niemcom siłę dał, może i nam ją da. Jeśli bogowie sami mówią, że przyjdzie, nie nasza moc go powstrzymać, a jeśli mścić się chcą na nas, to czym są lepsi? Zemstą grozić to nie rada, a bogowie nasi w wyznawcach swoich żyją i umrą wraz z nimi. Jeśli od bogów rady czekać nie możemy, jak żyć, we własnym jej trzeba szukać rozumie a bogowie niech radzą o sobie. Alem ja swojego dokonał i tak, jakby mnie już nie było. Mieszko rozum ma bystry i świat poznał, a młodsze oczy lepiej widzą. Jemu ufam, że nowe drogi znajdzie.
- Daliście waszemu Mieszkowi moc i prawo, by za was rządził, to cóże czyni? - rzekł Medobor. - Nie jeździł to do Gerona przyjaźń z cesarzem przeciw nam zawierać? Nie kłania się to Niemcom, by pokój uzyskawszy na nas uderzyć? Sięga po ziemie, które do naszego weleckiego związku należą, i nad ujściem Odry chciałby zapanować. Z jego podpuszczenia i bracia z nim idą, miast swoich dziedzin pilnować.
Żachnął się książę gniewem na przewrotność kapłana, lecz się pohamował i odparł.
- Nie wam się będę sprawiać. Bracia - mówicie? Nie wiecie, że Leszek zginął przez waszych Redarów? I z kim poszli na nas? Z tymże Wichmanem, co już raz ich omal do zguby nie doprowadził. Ja jeszcze pamiętam śmierć waszego Stoigniewa, jeszcze bieleją nad Rzeknicą kości głupców, co ich dla Wichmanowych sporów ze stryjem wycięto. A teraz komu uciecha? Z niemiecką pomocą i niemieckim podstępem rozbić się wam udało Mieszkowe wojsko, gotowe pomóc Milczanom i Łużyczanom, gdy zagrażała napaść Gerona. I pobił ci ich, gdy sami zostali, i mamy już wilka pod bokiem, wam dziękować. A od Odry do Wisły lechicki nasz szczep Pomorzan mieszka i nie będziem czekać z założonymi rękoma, aż Niemce nad Odrą staną, bobyśmy ich nad Wisłą wnet zobaczyli. Wrogów sobie robicie dookoła, byle kapłani przy władzy zostali. Na wasz opór od Niemców nam nie liczyć. Radźcieże tedy sobie, a nie nam, bo nam nasze drogi wiadome.
Na słowa księcia kapłan gnieźnieńskiego chramu, Wisław poderwał się, jakby go w bolące miejsce ugodzono. Ledwo hamując gniewny głos, powiedział:
- Kniaź Mieszko wróżb nie słucha i kapłanów nie szanuje, a rady mimo uszu puszcza. Jeżeli byśmy jego słuchać mieli, nie wiem, czy nie dożyjemy dnia, gdy ołtarze nasze wywróci, a nam samym obcemu Bogu kłaniać się każe.
Książę długo nic nie odpowiadał, patrząc migocącymi w blaskach płomieni oczyma na kapłana, aż przerwał napiętą ciszę szeptem prawie, lecz tak przenikliwym, że kapłanom mróz przeszedł po kościach.
- Mieszko wróżb nie szanuje, a kapłanów nie słucha, bo słuchać nie jego rzecz. Rady mimo uszu puszcza, gdy nie prosi o nie. Widzę ja, z czymeście do mnie przyszli. Chciałoby się wam, bym innego następcę po sobie ustanowił, bo i między kapłanami, i plemiennymi kniaziami już o tym szeptano. Idźcie precz, Wisławie, bo mi waszych usług będzie potrzeba, gdy do ojców będę odchodził, a moglibyście i tego nie dożyć, nie tylko chwili, gdy Mieszko zachodniemu Bogu kłaniać się każe, a wy to ścierpieć będziecie musieli.
Książę oczy przymknął i już nie spojrzał ni się odezwał, gdy kapłani, złożywszy pokłony, z izby wyszli.
Po ich wyjściu Ziemomysł długo leżał dysząc ciężko; otworzył oczy, jakby zdziwione, że jeszcze na ten świat patrzą. Na twarzy odbił się wysiłek zbierania rozpierzchłych myśli, wreszcie z trudem słabo klasnął w dłonie.
Komornik u drzwi czuwający zjawił się natychmiast, pilnie czekając rozkazu.
- Po panów z rady skoczcie mi natychmiast i niech nie mieszkając tu przychodzą - ozwał się książę.
- Noc już, panie, i wam spocząć by trzeba, a i burza nadciąga, że ledwo na nogach ustać od wichru można. Raczcie, panie, do rana naradę odłożyć - nieśmiało, z troską w głosie rzekł komornik patrząc z niepokojem w pobladłe oblicze i wpadnięte oczy księcia.
- Nie dla mnie dzień jutrzejszy. Czyń, co każę, a prędko.
- Nie mówcie, o panie, bogowie zdrowie wam wrócą - ze wzruszeniem powiedział komornik.
- Cichaj, synaczku, a jeśli mnie miłujesz, jak ja ojca twego miłowałem, Mieszkowi miłość twoją przekazuję. Nie będzie miał jej za dużo. Niezrozumianego kochać trudno. Przy nim zostań, choćby go wszyscy opuścili. A teraz leć co tchu, bo czasu już bardzo niewiele.
Nie mieszkając komornik duchem kopnął się z izby.
Choć krzepki był, długo mocował się z wichrem, który jak fala powodzi na drzwi napierał. Wypadł wreszcie i pod prąd wichury zmierzał na podgrodzie.
Panowie spali już wszyscy, lecz obudzeni pilnie zbierać się poczęli i na gród szli ze starym Mściwojem na czele, którego dwóch pachołków wieść musiało, gdyż na nogi słabował. Gorący wicher wzmagał się z każdą chwilą, przechodząc w huragan, jezioro huśtało wielką falę, a w huk boru mieszały się trzaski łamanych konarów.
Dotarli do grodu i hurmem weszli w milczeniu, a komornik zaraz do pana ich prowadził. W izbie drew na komin przyrzucono, smolne łuczywo płonęło pozatykane między szpary ścian, rozświetlając czerwonym blaskiem mroczną głąb izby, a przy łożu żółty płomyk lampy, z dalekiej Grecji przez kupca żydowskiego przywiezionej, oświetlał bladą twarz z zamkniętymi oczyma i wychudłe ręce Ziemomysła, leżące bezwładnie na końskiej skórze, którą był okryty, tak że przybyli z niepokojem patrzyli, zali żyw jeszcze.
Żył jednak, bo oczy z wysiłkiem otworzył i powiódł nimi po zgromadzonych, którzy u łoża stanęli. Z trudem wydobywając słowa rzekł:
- Już nie radzić się was, ale pożegnać chciałem. Dziękuję za służby i miłość waszą. Mieszkowi państwo ostawiam. Zaufajcie mu, młody i nowe czasy lepiej rozumie. Nie obaczę go już i jego ode mnie pożegnajcie.
Stali patrząc z żalem, jak życie uciekało z twarzy księcia i oczy mu gasły. Jeszcze by zapytać o coś, coś od serca powiedzieć chcieli, lecz słów i myśli brakowało. Wreszcie Mściwój widząc, że spieszyć się trzeba, cichym głosem zapytał:
- A Ściborowi działu nie ostawicie?
- Mieszko wie, czego chce - szepnął Ziemomysł.
Ostatnie słowa ledwo usłyszeli obecni, choć stali tuż, tak słabym szeptem zostały wyrzeczone zwłaszcza że szum wichury na dworze przechodził w huk nieustający, aż drżeć zaczął budynek, choć z potężnych bali dębowych zbudowany. Książę oczy przymknął i już się nie odezwał i stali tak nie wiedząc co począć z sobą. Wtem poryw wichru potężny jak wodospad, uderzył w ściany, wybijając błony z okien, a wichura, wdarłszy się do izby, zgasiła szczapy smolne i kaganek przy łożu księcia, napełniając izbę dymem. Struchleli rzucili się ławami okna zastawiać, a pachołkowie zażegli świeże łuczywa. Gdy światło znowu zapłonęło i zbliżyli się do łoża, Ziemomysł już nie żył.
Następca
Odwieczne bory, przez które wiódł szlak z Poznania do Gniezna okryła jesienna noc dotykalną niemal ciemnością. Cisza była w powietrzu zupełna. Zwierz, płoszony szelestem własnych kroków po suchym igliwiu, przyczaił się chroniąc przed nadchodzącym deszczem, który wisiał nad lasem od wieczora. Po chwili w głębi błysnęło małe światło, które wzmacniając się, migotliwymi błyskami wydobywało z mroku pnie drzew i sklepienie gałęzi. W wykrocie po obalonej, prastarej sośnie zapłonęło ognisko. Wykrot głęboki i obszerny z łatwością mieścił sześciu podróżnych, którzy krzątali się rozpinając płachtę na nawisłych korzeniach obalonego drzewa, przygotowując wieczerzę. Jeden tylko siedział przed ogniskiem, wpatrując się w nie zamyślonymi oczyma, daleki widocznie od tego, co działo się dokoła. W pełni sił męskich, twarz miał suchą, jasną cerę, tym bielszą przy czarnych włosach, które spadały mu na czoło. Cienki, orli nos i z lekka ku dołowi skośne oczy nadawały twarzy wyraz stanowczy, a nawet ostry, mimo zamyślenia. Jakkolwiek siedział niemal bez ruchu, z narzuconą na ramiona futrzaną szubą, można było poznać, że wzrostu był więcej niż średniego, szczupły, ale muskularny; całą postawą zdradzał dumę i opanowanie. Strój miał pański, choć podróżny, a bogaty oręż, zachodniego pochodzenia, nie mógł należeć do byle kogo. Bo też był to Mieszko, najstarszy z synów Ziemomysła i duńskiej księżniczki.
Obok siedzący brat jego, Ścibor, w niczym nie był do niego podobny. Różowa, z lekka od słońca i wichrów przyciemniona twarz tonęła w bujnym, jasnym zaroście; prosty nos i błękitne oczy, żywe i wesołe, choć władczo patrzące, a lekkie i szybkie ruchy sprzeczały się z potężnym wzrostem i szerokimi nad miarę barami, pogrubionymi jeszcze łososiowym kaftanem i kolczugą. Oręż i hełm, normańskiego pochodzenia, czyniły go tak podobnym do Wikinga, że aż dziwnym mogło się wydać, iż słowiańskim językiem przemówił:
- Wieczerza gotowa, a spieszyć nam trzeba. Źle z ojcem musi być, skoro drugiego posłańca pchnięto, byśmy nie mieszkając w Gnieźnie się stawili. Byle jeno na czas zdążyć, woli ojca wysłuchać.
Mieszko drgnął z lekka, jakby przebudzony ze snu. Sięgnąwszy do boku, dobył z pochew noża, którym odkroił kawał pieczonego udźca sarniego i glon chleba. Milcząc jeść począł. Inni też do jedzenia się wzięli. Przez chwilę ustały rozmowy, słychać było jedynie poszum ruszających się w nadchodzącym wietrze gałęzi i uderzenia pojedynczych kropel nadciągającego deszczu o rozpiętą nad głowami podróżnych płachtę. Milczenie przerwał znowu Ścibor zwracając się do Mieszka:
- A twój czarny suchciel mięsa nie ruszy, jeno chlebem kałdun zapycha, i to niesporo. Wina też pewno nie pije ni miodu, jeno wodę. Nie dziwno, że wygląda, jakby z lochu wyszedł, bo i mówić chyba zapomniał. Gęby jeszcze nie otworzył, jakby się bał, by z niej węża nie wypuścił.
Mieszko uśmiechnął się z lekka i biegle w niemieckim języku ozwał się do siedzącego obok męża:
- Czemu mięsa nie jecie? Podróżnemu sił potrzeba, a droga jeszcze przed nami i spoczynek daleko.
W tymże języku, choć nie ojczystym widocznie, bo z obcym, śpiewnym akcentem, zagadnięty odpowiedział:
- Dziś piątek, dzień Męki Pańskiej, i wiara moja mięsa jeść mi zakazuje. A do tej pracy, do której powołał mnie Pan i wy, kniaziu, nie z mięsa sił przybywa.
Ścibor, który po niemiecku rozumiał, z ciekawością, choć bez życzliwości spojrzał na obcego człeka w sile już wieku, ze szpakowatą brodą i zmarszczonym przedwcześnie obliczem, którego największą ozdobą były oczy, pogodne i głębokie, i uśmiech młodzieńczy, dziecinny niemal, który zjawił się na poważnej zwykle twarzy, gdy po słowach Ścibora: "Co za robota, do której sił nie trzeba?" - rzekł do Mieszka:
- Powiedzcie, panie, bratu swemu, że ja mowę słowiańską już trochę rozumiem i kraj, ile można z opowiadań znać, znam. Nie na wiele bym się przydał nie wiedząc, czego wam trzeba, i nie rozumiejąc, co do mnie i wkoło mnie mówią. Z dawna mnie Ojciec Święty na misję do waszego kraju przeznaczył, i przygotowałem się, jak mogłem.
Ścibor pytająco spojrzał na Mieszka, ale ten nie rzekł nic i znowu popadł w zamyślenie. Ścibor milczał czas jakiś, wreszcie wstał i rzekł:
- Ciemno bo ciemno, ale jechać nam trzeba.
Jakoż zbierać się poczęli, gdy nagle deszcz ustał, natomiast wiatr, który coraz był mocniejszy, uderzył z taką siłą, że poleciały konary i wśród trzasku łamanych gałęzi i wycia wichury dał się słyszeć huk walących się leśnych olbrzymów. O dalszej podróży myśleć nie było można, więc pokładli się na spoczynek, nogami ku ognisku, które przygasać zaczęło. Tylko obcy człowiek ukląkł przy ścianie wykrotu i niezrozumiale szeptać począł - kreśląc na czole i piersiach jakieś znaki.
Ścibor obok Mieszka się położył, lecz nie do snu mu widocznie było, gdyż zaraz półgłosem zagadnął:
- Co to za jeden i po co go wieziesz do Gniezna?
- Mnich to jest chrześcijański, rzymianin. Jordan mu na imię - odparł Mieszko - a wiozę go, bo mi potrzebny.
- Widzę ci ja, że chrześcijanin, ale coraz ich więcej do nas ściąga i włóczy się kraj przepatrując, aby Niemcom drogę wskazywać. Wiarę niemiecką roznoszą, która wszystkie narody świata rzymskiemu biskupowi poddaje, aby niemiecki cesarz niby to dla niego nimi rządził.
Mieszko słuchał z niechęcią i odparł:
- Mnich mi potrzebny, bo zna pismo i świat. Zna Italię, Niemcy i Danię. A chleba nie uznasz, czy dobry, zanim z pieca nie wyjdzie, i oglądaniem go nie poprawisz.
- Ale gdy upieczony, jeść go trzeba, choć kwaśny i z zakalcem.
- Gdy piec gorący i ciasto zaczynione, nie czas się namyślać. Póki Weleci Niemcom opór stawią, a cesarz w Italii ma zajęcie i swoich co chwila poskramiać musi, a jeno ten czy inny graf na nas napiera, którego czy zbić, czy tanio kupić można - póty nam czas skrzepnąć, aby opór dać Niemcom, gdy całą potęgą na nas się zwalą. Co ojcowie poczęli, skończyć przez ten czas musimy, by wszystkich Słowian przeciw nim postawić. A jakoż to uczynić, gdy każdy szczepowy panek z drugim za łeb się wodzi o porwanego człeka czy konia, a każdy kapłan swego boga pilnuje i księciem chce rządzić albo mu rządzić przeszkadza, wróżby takie stawiąc, jakie jemu potrzebne.
- Czesi chrześcijaństwo przyjęli, a teraz Niemcom służyć muszą.
- Bo mało ich i jeszcze się żrą między sobą i ze wszystkimi wokoło. Ani Sławnicy, ani Przemyślidzi nie umieli wszystkiego ująć w rękę, niemieckiej pomocy wzajem na siebie szukając. Nie umieli oni, to my spróbujemy. Więcej nas i mocniejsi jesteśmy, a wyboru nie ma.
Ścibor zamilkł i zadumał się. Po chwili zapytał:
- A po ojcu z dziedzictwem jakoże będzie?
- Lepiej będzie bratu kniazia wszystkich Słowian niż małemu książątku, które byle graf przegoni.
- Mnie to zajedno, ale Leszek?
- Leszek nie żyje. U Wkrzanów siedział, gdy Wichman ich naszedł z dużą siłą. Wygubił wielu i kraj zajął nad Odrą.
Ścibor aż zerwał się z posłania, patrząc na Mieszka:
- Nic nie mówisz, przecie to brat nasz!
- Na złe wieści czas zawsze.
- Ale pomścić się trzeba.
- Na nic gniew bez siły. Brataniec starego Gerona złożył kości. Stary, ranny i złamany, do Rzymu się wybrał, kościoły buduje, ale na nasze ziemie patrzeć nie ustanie. A nie on, to jego następcy.
Zaległo milczenie. Ścibor dźwignął się i drew dorzucił do ogniska, widocznie już spać nie zamierzając.
Usiadł przed ogniem i nad czymś się zamyślił. Po chwili rzekł:
- To dwóch nas tylko zostało.
- A dwóch; na jak długo, nie wiada, bo też nie weźmiemy się do kądzieli.
Ścibor na myśl, jak by wyglądał przy kądzieli, roześmiał się, lecz zaraz spoważniał i rzekł:
- Są jeszcze po stryju Przybywój i Odylen.
Mieszko odparł niechętnie:
- Dlatego żyją, że stryjeczni. Koniec swego nosa widzą, a nam nieżyczliwi, bo na dziedzinach nie siedzą. Pilnować ich tylko trzeba, by szkody nie było. Synów nie mam, a choćbym miał po niewolnicach, nie będą ich szanować ni plemienni książęta, ni - tym mniej - Niemiec. Z chrześcijańską księżniczką żenić się trzeba.
- Dadzą to którą za pogańskiego księcia?
Mieszko nie odrzekł nic.
Jakiś czas milczeli. Wreszcie Mieszko odezwał się:
- Wiatr ucicha. Prześpijmy się trochę, by z pierwszym brzaskiem ruszyć dalej.
Okryli się burkami i po chwili głęboki oddech Ścibora oznajmił, że śpi. Mieszko, oparty na łokciu, długo wpatrywał się bezsennie w gasnący żar ogniska. Na tle szarzejącego nieba ukazały się zarysy gałęzi. Mieszko wstał, przeciągnął zdrętwiałe członki i zawołał:
- W drogę!
Dwa światy
Po pogrzebie starego księcia od rana pospólstwo, kmiecie i rycerstwo do domów się rozjeżdżać poczęli i Gniezno codzienny przybrało wygląd. Starszyzna jedynie została czekając, czy Mieszko rozkazów jakich nie wyda, a więcej z ciekawości i niepokoju, rada dowiedzieć się, co dalej będzie.
Słońce miało się już ku zachodowi, gdy posłaniec z gródka wezwał starego Mściwoja do księcia.
Mieszko z Brońcem, starym Ziemomysłowym sługą rozmawiał w świetlicy, od północnej strony gródka, gdy przyjście Mściwoja oznajmiono. Książę odprawił Brońca i do progu podszedłszy witał Mściwoja, po czym za stołem go sadził, poczęstunek sługom przynieść polecił, a gdy sami zostali, czas jakiś wypytywał o własne sprawy starego, wreszcie na ranne wystąpienie Wszebora skierował i wprost zapytał:
- A Wszebór do Ścibora pojechał? Chce wiedzieć, czy sprzymierzeńca przeciw mnie nie znajdzie?
Mściwój spojrzał ze zdziwieniem na księcia i odparł:
- Jeżeli wiecie o tym, panie, to mnie odpowiedzi oszczędźcie. Służyć wam chcę, czym potrafię, ale do donoszenia jam nie zdały.
- Wiem ci o tym i nie dlatego pytam, bym od was chciał usłyszeć, co mówiono, bo wiem, co mi wiedzieć potrzeba, ale by od was dowiedzieć się, co o tym myślicie.
- Trudno mi na to odpowiedzieć, panie, bo z bratem waszym nie mówiłem. Ale znam go na tyle, że mogę rzec: wojak to jest mężny i chytry, ale rządzić i urządzać - nie jego sprawa. I nie miarkowałem, by stał o to. A wiedzieć chyba musi, że stary kniaź was panem jedynym na całej dziedzinie ustanowił, i woli ojcowskiej pewnie się nie przeciwi. Pojechał doń Wszebór - nie pojechał, ale nic z tego nie wyjdzie.
- Tak i ja myślę, ale na wszelki wypadek Zaboja za Wszeborem posłałem i Ściborowi kazałem przybyć. Potrzebny tutaj, choćby po to, by nie snuto domysłów i nie jeżdżono do niego - zaśmiał się krótko.
- Jak uważacie, panie! Ale pewnie i lepiej, by brat od was nie odjeżdżał, nim się sprawy nie uładzą. Czekają sąsiedzi, a może i swoi, by waśnie powstały jako zwykle, gdy starego pana nie stanie. Niech żadnego pozoru nie będzie, by do napaści czy nieposłuszeństwa nie dawać zachęty.
- Nierad Ścibor z Koziego Rogu wyjeżdżać, chyba na wojnę, ale myślę, że na jutro z południa tu będzie.
- Zalibyście o wojnie jakiej zamyślali?
- Nie teraz. Spokój potrzebny, choć i płacić zań trzeba drogo.
Mieszko staremu swą podróż do Gerona opowiedział.
Zadumał się Mściwój posępnie i zapytał:
- Więc starą wiarę rzucić zamierzacie?
Kniaź pytaniem na pytanie odpowiedział:
- A wy co byście zrobili na moim miejscu?
- W sercu wiara leży, nie w głowie. Gdybym sercem miał rozstrzygać, nigdy bym jej nie rzucił. Co ojcom było drogie, i nam jest. Wiara i obyczaj jak miody: im starsze, tym słodsze.
- Ale i nowe się syci, by dla dzieci starczyło. A tego, co w sercu zostanie, nie widać. I do rządzenia nie serce, ale głowa. Nie przebiję żelaznej zbroi kamiennym grotem. Od wrogów brać trzeba to, czym silniejsi. A jak słabszy silniejszemu weźmie, jeśli nie chytrością?
- Cóż za chytrość wroga w dom puszczać, aby się od niego uczyć? Oni to o nas dowiedzą się, czego im trzeba, ziemię i lud siecią swą omotają i robić będą, co im, a nie nam, potrzeba. Nie tak że z Czechami uczynili?
Mieszko uśmiechnął się.
- Nie ma mi dziś niewoli od Niemca krzyż brać. Cesarz wadzi się z papieżem i sprzymierzeńców szuka. Mnie już znalazł, nim u Gerona byłem. Potrzebny jestem, to i warunki stawić mogłem. Swego biskupa będziem mieć, co wprost od papieża będzie zależał. A że papież daleko, a biskup modlitwą nie wyżyje, ja będę nim i przez niego rządził.
- Bez Niemców i tak się nie obędzie - mruknął Mściwój. - Wielu kapłanów potrzeba, a skąd ich weźmiecie?
- Kapłani biskupa słuchać obowiązani. A wziąć ich myślę z Czech i swoich co prędzej wychować.
- Czesi sami Niemcom służyć muszą, a i nam nie przyjaciele.
- Nie są, to mogą być, a służą, bo muszą. Jeden nam ród i mowa, nie boję się ich. Sami chcieli zachodnich Słowian złączyć - nie zdążyli. Dziś wiedzą, że my jedni siłę stworzyć możemy, choć i temu nieradzi. Nie łudzę się, byśmy blisko tego byli. Jeszcze rody wieców zapomnieć nie mogą, które dobre były, gdy czas był na wszystko. Jeszcze dawni plemienni kniaziowie, każdy by rządzić chciał, jak mu się widzi, a mnie w rękawy zaglądać, co w nich chowam. A kapłani nasi - każdy swego boga pilnować rad, aby rządził za niego mną i wszystkimi, i o to krzywi, że sobie, nie im wierzę. Wojów tylu jestem pewny na wyprawę, ilu ich przy sobie chowam, o innych nigdy nie wiem, ilu mi stanie. Wróżba zła, w domu zostają. A wróżba taka, jaka kapłanowi potrzebna, bo bóg kapłana, a nie kapłan boga słucha. Nierad mi byle plemienny kniazik, to daniny na czas nie przyśle, a pogniewa się, to jak Wszebór i do wroga przystać gotów. Nie te już czasy, gdy przez bory i bagna nikt do nas przyjść nie zdolił. Nie tak u Niemców. Wszystko tam policzone i spisane, a czyimi rękami, jak nie kapłanów. Rzemiosł i uprawy uczą, murowane budowle stawią. Siłę stworzyli, którą cesarzowi jeno ująć w ręce, a zginiemy, jeśli oporu, póki czas, nie zgotujem. Ja to uczynić potrafię, ale muszę mieć takich pomocników, jakich ma cesarz. Władzę i trud wezmę na siebie, pytać ni tłumaczyć się każdemu nie będę. Kto się oprzeć zechce, zgniotę!
Mściwój smutno odparł:
- Stary jestem i niełacno do nowego się nakłonić. Ale i służyć komu innemu nie pójdę, skorom wiek Piastom przesłużył. Ufam waszemu rozumowi. Czyńcie tedy, co wam każe. Ja z moimi przy was zostanę, co inni uczynią, nie wiem. Co mam rzec, kiedy pytać będą?
- To wam zostawiam. Jedno wiedzieć mają: nikt prócz mnie rządzić nie będzie. Karać i nagradzać potrafię. Kto mi wierzyć nie chce, bać się musi.
Powstał książę żegnając Mściwoja i dodał:
- Pierwszym będziecie w mojej radzie. Innych powołam, gdy ujrzę, jak służyć gotowi. Tymczasem tu niepotrzebni, mogą jechać. Niech się wzwyczają do myśli, że krzyż wprowadzę, gdy uznam, że pora. Tymczasem kapłanów ściągam, którzy pospólstwo uczyć będą. Z żupanów i władyków kto ma więcej niż jednego syna, najmłodszego przyśle. Swoich kapłanów trzeba wychować, aby się bez obcych obeszło. I w obce kraje pojadą zobaczyć, co robią inni, abym wiedział, co mi trzeba, nie przepłacając obcych za niepewne służby.
Pokłonił się Mśćiwój nic nie odrzekłszy i wyszedł, a książę dumał chwilę, po czym w dłonie zaklaskał polecając sprowadzić Jordana. Zjawił się też zaraz, gdyż na dworcu zamieszkał.
Mrok już był w komnacie, tak że Jordan, wszedłszy, nie dostrzegł zrazu księcia. Dopiero gdy Mieszko ozwał się, siadać prosząc i wypytywać począł, co dotychczas ujrzeć zdążył i co o tym sądzi, Jordan zamyślony odparł:
- Z okien waszego gródka niewiele widać, panie, trzeba na świat wyjść, między ludzi. Ale zda mi się, że ugór tu prawie szczery. Zbiorów pewnie oglądał nie będę, ale z Bożą i waszą pomocą rolę przygotuję swoim następcom.
- Jakiej pomocy będzie trzeba, takiej możecie żądać. Nie pożałuję niczego, by wam dzieło ułatwić, bo wy moje ułatwicie. Nie będę taił, że dla swoich zamysłów was sprowadziłem. Mnie nie nowy Bóg potrzebny, ale nowy porządek i ludzie, którzy go wprowadzić potrafią. Nieraz, gdy las goreje, nie masz innego ratunku, jak przed sobą go podpalić, by schronić się na zgliszcza przed zgubą, ale żal miłych drzew, które poświęcić się musi.
- Dziękuję wam, panie, za szczerość, bo i mnie szczerze łatwiej mówić. Moja praca Bogu służyć i Jemu drogi prostować. A jeśli po nich wy swego dojdziecie, służąc sobie, służyć będziecie Bogu. Różnymi drogami Bóg do siebie prowadzi. Ale że na ziemi mamy działać, przeto mi i ziemska pomoc potrzebna, nie tylko w ludziach i złocie. Jakże możecie się spodziewać, że maluczcy uwierzą, gdy was wierzącym nie ujrzą? A jakże wy wierzyć możecie nie wiedząc w co? I stare drzewa można przeszczepić, gdy trzeba. Ale młode od razu tam sadzić, gdzie rosnąć mają. Dajcie mi dostęp do młodzieży, a wychowam wam ludzi, jakich potrzebujecie. Tymczasem kapłanów jak najwięcej sprowadzić takich, co by pokochać potrafili tych, którzy pracować mają.
- Świątynię gnieźnieńską tymczasem wam oddaję ze wszystkim, co w niej i przy niej. Przysposóbcie ją, by waszej wierze i waszym celom służyła. Łatwiej wam ludzi przynęcić przyjdzie, bo po wróżbę i radę tam chodzić nawykli. Wasza rzecz, by ci, co przyjdą, wracali. Ludzi do służby i ochrony dostaniecie, ilu zażądacie. Dobrać możecie sami, którzy się wam zdadzą. A młodzież przysłać kazałem i rychło ją będziecie mieli. Nauczcie ich, co mnie i wam przydatne. Ze skarbca wydać każę, co potrzeba, dostęp do mnie macie każdego czasu, a młody Włast przeznaczony, by wam we wszystkim pomagał i objaśniał, póki się z nami nie zżyjecie. Ostrożnie zrazu postępować musicie, by ludzi zjednać i przywabić, a nie zrazić. Z Italii i Czech kapłanów sprowadzę, niemieckich jak najmniej, bo nieufność budzić będą. Wasza rzecz tak sprawą kierować, by prędko dojrzała i bym oporu łamać nie musiał, choć nie będzie i bez tego. Rady waszej nieraz zasięgnę. Służcie życzliwie, a nie pożałujecie. Gdy wam tu działać wypadło, naszym się stajecie i pana we mnie widzieć musicie jako inni.
Pokłonił się Jordan z uśmiechem mówiąc:
- Będzie, jak Bóg zechce i wy, panie. Ale wiedzcie, że pierwszym moim panem na ziemi jest Ojciec Święty.
Uśmiechnął się Mieszko z kolei:
- Juści, juści, w kościelne sprawy wtrącać się wam nie będę, ale nie o tym mówię. Niemce to chcieli, by nowo nawrócony kraj niemieckim arcybiskupom poddać, by przez nich rządzili jak w Czechach. Tego tu nie będzie. Między wami a papieżem ja jeden będę pośrednikiem. Wy i każdy z wam podległych ludzi musi o tym pamiętać. Niech nikt nie próbuje ponad głową moją z kimkolwiek się znosić. Za zdradę musiałbym to uważać. Okrutnie się u nas zdradę karze, a nie daruję, jej nikomu.
- Spokojni bądźcie, panie - poważnie odparł Jordan. - Bóg, który władców na ziemi stanowi, słuchać ich nakazał. Pracę rozpocznę zaraz. Wypoczęliśmy już z drogi, czas zacząć kłaść zręby pod nową budowę.
- Szczęścia wam życzę w pracy waszej - rzekł Mieszko.
- I ja wam, panie! - odparł Jordan.
Siedziba Ścibora
Gródek, zwany Kozim Rogiem, nazwę zawdzięczał kształtowi wchodzącego w leśne jezioro półwyspu, na którym był położony. U podstawy od lądu odcięto go głębokim rowem, tak że wodą dookoła był oblany. Przez rów prowadziło jedyne przejście na zwodzony most w bramie kamiennego, na dębowym rusztowaniu opartego wału. Od jeziora całe obejście częstokołem było obwiedzione, miejscami schodzącym w wodę. Jedynie sam cypel, wysunięty w jezioro, otwarty był, stanowiąc przystań dla łodzi pod wierzbami, nad głębią od wschodniej strony, a łachą piaszczystą, łagodnie schodzącą w wodę, od zachodniej.
Nieobszerny ten gródek dużo miejsca w szerokim Ściborowym sercu zajmował. Sam jezioro to odnalazł w głębi borów, ścigając jako wyrostek ogromnego odyńca i ubił go na łasze, pierwszego w życiu. Własnym przemysłem gródek wystawił i obwarował, własnych nawet barów i rąk nie żałując. Tu łup co znamienitszy z wojen i łowów ściągał i tu najmilszą z niewiast swych, Greczynkę Eudoksję, Doszką zwaną, z dwojgiem bliźniaczych dziatek osadził, pod opieką okaleczałego w obronie jego życia starego Dołęgi, który pod nieobecność pana gródkiem rządził.
Ilekroć też wojna lub inne sprawy nie trzymały Ścibora z dala, sam lub z najbliższymi druhami tu zjeżdżał wypocząć po gwarze dworskiego czy obozowego życia i wojennych trudach, by w spokoju zapadłego kąta, żyjąc jak prosty kmieć z rodziną jeno, najmilsze tu mieć wywczasy.
Tak i teraz w Gnieźnie nie popasał, lecz drużynę zostawiwszy, tu ściągnął, z dwoma jedynie towarzyszami, by na łowy z kim było jechać i wieczorem przy kominie pogwarzyć. Ci też, nie pierwszy raz tu będąc, swobody na własną rękę używali, na oczy mu nie wchodząc wiedzieli, że gdy zechce, sam ich zawoła. Ostatnie dni słonecznej jesieni spędzali wałęsając się po lasach za drobną zwierzyną lub baraszkując za rybami na jeziorze.
Cisza też panowała na gródku w słoneczne popołudnie, podkreślona brzęczeniem pszczół krzątających się przed zimowym spoczynkiem, a przerywana dziecinnymi głosami z łachy piaszczystej, na której Ścibor do słońca się wygrzewał. Leżąc na brzuchu, z głową wspartą na łokciach, bosy, z rozchełstaną na piersiach koszulą, popijał od czasu do czasu piwo ze srebrnego kubka, stojącego przed nim na ziemi wraz z malowanym dzbanem, z którego napoju dolewał, i wpatrywał się sennymi oczyma w blaski grające na jeziorze, marszczonym pręgami od grzbietów ryb, do słońca na płyciznę wychodzących. Czasem powlókł oczyma za stadami kaczek na przeciwległym brzegu pod borem, które ze świstem lotek zrywały się i zapadały po okrążeniu jeziora, jakby próbując mocy swych skrzydeł przed odlotem.
Zdawał się nie zważać na dzieci, które wyprawiały po nim swe harce, daremnie chcąc zwrócić na siebie uwagę i wciągnąć do zabawy, na co się jedynie z roztargnieniem uśmiechał. Dopiero gdy zapierając się nogami z całej siły, za włosy ciągnąć go poczęły, by głowę ku nim odwrócił, siadłszy na piasku, zapytał:
- Czego chcecie, skrzaty? Włosy mi powyrywacie i będę łysy jak stary Dołęga.
Dzieci parsknęły śmiechem na myśl, jak by wyglądał bez złotej jak słońce czupryny, a czupurny chłopak, pięciolatek, zawołał:
- Rzuć mnie do jeziora rybom na pożarcie!
- A jak cię naprawdę szczupak połknie? Widziałem tu takiego, co zjadłby cię na jeden kęs.
- A nieprawda. Ryby dzieci nie jedzą, a jeszcze dużych! A ja wyrosłem, kiedy was tu nie było.
- Ale smok może też być w jeziorze.
Chłopak zaczerwienił się, cokolwiek zmieszany, ale po chwili rzekł nadrabiając miną:
- Smoki w wodzie nie mieszkają!
- Skąd wiesz? - zapytał Ścibor.
- Mścisław mi opowiadał o krakowskim smoku, że w jamie mieszkał.
- Ale cię rusałka może porwać.
- Rusałki śpią we dnie.
- A to zaś skąd wiesz?
- A wiem, bo ich we dnie nigdy nie widać, a w nocy tańczą nad jeziorem.
- Któż ci to mówił?
- Widziałem, jak tańczyły, Mścisław mi pokazywał. Wszystkie dziwa w nocy wychodzą: i skrzaty, i boginki, nawet samo Licho.
- A Licho widziałeś?
- Licha się nie da widzieć, tylko się czuje. Psy wiedzą, jak nadchodzi, może wie i Zbrozło, ale on nic nie powie.
- Stary Dołęga ku nam idzie! - zawołała dziewuszka. - Pewnie cosik nam niesie od matuchny.
Istotnie stary Dołęga wlókł się na sztywnej nodze o kiju. Dzieci skoczyły naprzeciw po spodziewane łakocie. Widocznie jednak zawód je spotkał, bo Swatek za kij uchwycił usiłując wydrzeć go staremu z ręki, a Białka za kaftan ciągnąć poczęła dalej iść nie pozwalając.
Ścibor na dzieci zawołał, by dały spokój staremu, podeszły więc z ociąganiem, a Swatek prosząco rzekł:
- Po was Dołęga przyszli, bo rycerze jacyś przyjechali, ale oni poczekać mogą, aż się z nami bawić skończycie.
- Co tam, stary? - zapytał Ścibor zbliżającego się Dołęgę.
- Wszebór z Łęczycy samotrzeć przyjechał i pilno widzieć was żąda.
- Jemu pilno, nie mnie - mruknął Ścibor wstając niechętnie. Widząc jednak, że Swatek się zachmurzył, a Białce na płacz się zbiera, usiadł i rzekł: - Pachołka mi z szatami przyślijcie, a spieszyć się nie potrzebuje.
Usłyszawszy to dzieci ściskać go z radości zaczęły, aż dzban z piwem legł na piasku, wylewając strugę złotego napoju.
- A niech mi tam pachoł piwa świeżego przyniesie! - krzyknął Ścibor za oddalającym się Dołęgą i cała trójka śmiać się nagle zaczęła, aż srebrne dzwonki dziecinnych głosów, zmieszane z basem Ścibora, oddało echo od przeciwległej ściany boru.
Pod zachód już się miało, gdy pachoł z szatami nadszedłszy, pomógł odziać się Ściborowi, który dzieci pod jego strażą ostawił, a sam szedł do dworca gości powitać. Przy furtce Dosza niespokojnie na niego czekała.
Niewiasta była w pełni rozkwitu, smukła, wysoka, olśniewająco białej i gładkiej cery. Włosy ciemne, ze złotawym połyskiem, związane były w ciężki węzeł na plecy opadający. Twarz o regularnych, prostych rysach tchnęła słodyczą, a wielkie czarne oczy patrzyły na Ścibora z czułością i niepokojem, gdy nieśmiało, ramiona na szyję mu zarzuciwszy, zapytała:
- Czy znowu po ciebie przyjechali? Dopieroś wrócił przecie, a nigdy nie wiem, czy wrócisz.
- Nie bój się, Doszko - podniósł ją jedną ręką do góry jak dziecko, przygarnął ku sobie, całując jej białe czoło. - Od Rusi spokój teraz, z Duńczykami do wiosny mamy rozejm, a cesarz z papieżem się wadzą. Gero do Rzymu pojechał, a domowe kłopoty Mieszkowi wraz z dziedzictwem ostawiłem. - Roześmiał się. - Za mój udział Kozi Róg mi starczy, skarbiec mam swój. Nie od Mieszka to zresztą posłańce. Pojadą, jak przyjechali.
- Tak rzadko cię mam dla siebie, nawet te dzieci nas dzielą!
- Starczy mnie dla wszystkich, duży jestem - zaśmiał się.
- Cały świat mi zasłoniłeś - szepnęła - i słońca bez ciebie nie widać.
- Idźże tedy na słońce, póki jeszcze świeci, a mnie do gości puszczaj, bo się już pewno pospali.
I uwolniwszy się łagodnie z jej uścisku, wraz z oczekującym go Dołęgą do gościnnej izby się udał.
Świetlica była okazała. Rzeźbione belki stropu dźwigały malowaną powałę. Ściany z gładkich pni obwieszone były dokoła skórami dzikich zwierząt - wilków, rysiów i niedźwiedzi - przez samego Ścibora pobitych. Na nich rozwieszono broń różnoraką: zbroje, tarcze, oszczepy, łuki, srebrem, złotem i kamieniami zdobione. Póły, pod powałą dokoła izby obiegające, pełne były naczyń pozłocistych lub nawet szklanych. Ogromny komin stał właśnie w blaskach promieni zachodzącego słońca, które wpadały przez okno ze szklanych gomółek, w ołów oprawnych. Ławy pod ścianami i wielki dębowy stół zasłane były haftowanymi złotem i purpurą obrusami, a podłoga barwnymi kobiercami. W ostatnich blaskach dnia komnata grała wszystkimi barwami ściągając mimo woli uwagę siedzących za stołem mężów, tak że spostrzegli Ścibora dopiero, gdy stanął przed nimi.
Zerwali się witać, a Ścibor skinął im głową i siadać prosił.
- Nie w porę wam może goście, ale sprawa pilna - zaczął Wszebór.
- Gości bogowie przywodzą - odparł Ścibor wymijająco - a wieczerza zdrożonym pilniejsza. Dziś i tak nie wyjedziecie.
To rzekłszy, na pachołków zaklaskał, by jeść i pić podali.
Jedli i pili jakiś czas w milczeniu. Dopiero gdy pachołkowie, wodę na srebrnych misach i haftowane ręczniki podawszy, naczynia po wieczerzy wynieśli, Wszebór sprawę bez wstępu zagaił:
- Wyjechaliście, panie, nie mówiąc z nikim. Nie stało waszego ojca, nie stało i naszego. Ni ostatniej woli starego pana, ni wprowadzenia nowego nie ogłosił nikt. Ba, nie było komu, bo kapłanów wyżenięto precz. Bodajże wszystko nowe z nowym panem nastanie, od wiary i obyczaju. Nie niewolniki my, lecz z dobrej woli Piastów za panów uznaliśmy.
- A zaś ode mnie czego chcecie? - chłodno przerwał Ścibor.
- Wiadomo, że u nas, Słowian, młodszemu dziedzina należy.
- Cóż się o mnie zastawiacie, skoro ja o to nie stoję?
- Dziedzina nie koń ni wół, którego sprzedać czy darować można. Ale nie ma wam niewoli rządzić, a nam niewoli słuchać. Skoro rządów nie bierze ten, komu z prawa należą, innego znaleźć potrafimy.
- Znaleźć pana łatwo, jeno pozbyć się trudno - rzekł Ścibor. - A wola wasza jeno między jednym a drugim panem leży, jeśli leży. Nie było wam i waszym źle z Piastami.
- Było dobrze i skończyło się! Nie chcemy nowej wiary ni niemieckiego obyczaju i nie chcemy być niewolnikami ślepo słuchać, nie widząc, do czego się zmierza lub gorzej, widząc, że do zguby własnej, do utraty tego, co najdroższe! - namiętnie wybuchnął Wszebór.
Ścibor zadumał się. Zapanowało milczenie, jeno słychać było gniewne sapanie Wszebora.
Ostatnie blaski zorzy wpadały przez okno do świetlicy i pomału obejmował ją półmrok.
Długo ważył Ścibor. Duma panujących książąt zakazywała tłumaczyć się niższemu, braterska miłość podsuwała pragnienie oszczędzenia trosk Mieszkowi. Przywiązanie do radosnej, swobodnej przeszłości czyniło go do Wszebora wyrozumiałym, porywczość zaś nakłaniała zlekceważyć go nie tłumacząc niczego. Przemówił wreszcie:
- Swoi wam są Piastowie, boście ich sami obrali, ale kniaziami są - nie sługami, których zmienić można, gdy się wam nie zdadzą. Miła sercu wiara i obyczaj, miła sercu wola, ale ich sami utrzymać nie potraficie, gdy ktokolwiek po nie sięgnie. A już sięgają. Może do was, w Łęczycy, później niż gdzie indziej, bo was ze świata, a od was świata nie widać. Pana, mówicie, zmienić? A na jakiegoż to? Nazwijcie takiego, co by was chociaż przed Mieszkiem osłonić potrafił. Juści, Niemce by wam zapłacili, gdybyście na nas poszli, bo sobie to odbiją w trójnasób, a i Waregowie za rabów by was przyjęli. Niemce z dawna to zrobili ze swymi, co Mieszko z naszymi ninie zrobić dopiero zamierza. Dlatego silniejsi są. Rozumu nam dziś i siły potrzeba, by już nie wiara i obyczaj, ale my sami nie sczeźli. A rozum Mieszko ma, wie, czego chce. Nie po mnie się spodziewajcie, bym ja mu w drodze stanął. Jemu zaszkodzić możecie, ale wam opór nie zda się na nic. Dobrze się namyślcie, nim co podejmiecie. Złamie was Mieszko, ani wiedzieć będziecie kiedy.
Wszebór wstał, a za nim jego druhowie.
- Żegnajcie, kniaziu, wiemy, czego się trzymać mamy. Mamy zginąć, to zginiemy ze wszystkim, co jest w nas, a nie damy sobie odebrać tego, czego nie mamy do oddania.
Wstał i Ścibor, gniewny już i niecierpliwy:
- Gościem tu jesteście, jedliście mój chleb i sól, dlatego odjedziecie swobodni.
- Dziękujemy wam, kniaziu, i my nie zapomnimy, żeśmy tu gośćmi byli - rzekł Wszebór.
- Możecie zapomnieć - rzucił Ścibor pogardliwie.
- Nie nasz to obyczaj. Może, jak nowe porządki nastaną... - odparł Wszebór.
Stali jeszcze, patrząc na siebie prawie nienawistnie, gdy rozruch jakiś wszczął się na dworze i do izby szybkim jak na swe kalectwo krokiem wpadł Dołęga, zdyszany, wołając:
- Od kniazia Mieszka Zabój z pachołkami przyjechali po Wszebora i bramę otwierać każą!
Wszebór pobladł. Ściborowi twarz skurczyła się w zawziętym wyrazie. Spokojnie jednak wyszedł w podworzec ku bramie. Wstąpił na wał i spojrzał na znajdujących się za rowem jeźdźców, na których czele stojący Zabój imieniem księcia zażądał otwarcia bramy. Ku zdziwieniu Dołęgi i nadbiegłych zewsząd ludzi Ścibor kazał bramę otwierać i ozwał się do Zaboja:
- Wejdziesz z dwoma ludźmi, reszta za bramą zostanie.
W świetle zapalonych smolnych szczap, przy zapadającej nocy, wjechał Zabój z dwoma towarzyszami, po czym książę bramę zamykać polecił. Zabój się tym nie stropił, lecz podjeżdżając do Ścibora oświadczył butnie:
- Pan mój polecił wam wydać Wszebora, a samemu jawić się nie mieszkając w Gnieźnie!
- A czy tobie, pachołku, z konia do mnie przemawiać kazał czci należnej nie oddając?! - spytał Ścibor podchodząc do Zaboja.
- Pośpiech mi jeno nakazał i przywiedzenie Wszebora, a reszty sami się dowiecie - zuchwale odparł Zabój.
- Wszebora nie przywieziesz, bo go nie wydam, nie spiesz się więc i z konia zejdź!
Stojący z tyłu Wszebór odetchnął na te słowa, Zabój jednak nie ustępował:
- Na tom siłę przywiódł, aby opór złamać, choćbym i was w pętach miał przywieść!
Nie skończył jednak, gdy Ścibor z nagła, przednie nogi koniowi poderwawszy, pięścią zdzielił go w kark tak potężnie, że rumak zwalił się na bok, przygniatając sobą jeźdźca. Zabój spod konia wydostać się usiłował, gdy Ścibor za kark go pochwycił i wywlókłszy przerzucił ponad częstokół, do bagnistego rowu. Poskoczyli na podwyższenie pachołkowie patrzeć, co się z nim dzieje, ale już go, przeklinającego w nieprzytomnym gniewie, właśni ludzie z wody wyciągali. Ścibor zaś, nie obejrzawszy się, na Wszebora skinął i z powrotem ku dworcowi poszedł. Przeszli przez sień i obejście, za częstokół nad jezioro. Tam Ścibor do łodzi im siadać kazał i rzekł:
- Rychło wam się sprawdziło, com przepowiedział. Przenocujecie w stogach za jeziorem, rankiem pachoł konie wam sprowadzi. Lasami uchodzić musicie.
- Dziękujemy wam, kniaziu. I wam rychło Mieszko pokazał, czym będziecie.
- Moja rzecz! - mruknął Ścibor i zasiadłszy w łodzi, cichymi i długimi pociągnięciami wioseł łódź do przeciwległego brzegu skierował.
Księżyc wysoko stał już nad jeziorem, srebrząc szczyty wierzb na przystani. W cieniu ich majaczyła biała postać Doszy, która na Ścibora czekała. Usłyszała wreszcie lekki chrobot wioseł o czółno i białe błyski księżycowego światła skakać poczęły na fali, łamiącej gładką toń jeziora.
Ścibor przywiązał łódź do pieńka i szedł ku dworcowi, gdy białą postać zobaczył.
- A ty tu po co marzniesz, zamiast spać? - zapytał.
Nie odpowiedziała mu zrazu, jeno przytuliła się do niego i szli razem ku domowi. U furty czekał Dołęga i zamykając ją, zagadnął:
- Mieszkowi ognisko palą, co mamy począć?
- Straż postawić jak zwykle i spać iść - odparł Ścibor - a jutro konie dla mnie i dla czterech ludzi nagotować. Do Gniezna pojadę.
Dosza spojrzała niespokojnie i gdy do sypialnej komnaty weszli, żałośnie powiedziała:
- Znowu jedziesz, znów się będę niepokoiła o ciebie i dzieci będą płakały.
Chciała jeszcze coś mówić, lecz łzy głos jej zdławiły. Ścibor przyciągnął ją ku sobie i rzekł żartobliwie:
- Nie zganiaj na dzieci, sama płaczesz, a nie ma o co. Pojadę i wrócę, nie za morzem Gniezno.
- Mieszko o Wszebora gniewny będzie, boję się go.
- Lubi mnie Mieszko i potrzebuje. Wszebora i tak dostanie, jeśli mu będzie potrzebny, a Zabój, głupi pachoł, swój tu pewnikiem rozum chciał pokazać. Nie spróbuje drugi raz nie zdjąć przed Piastem kołpaka. Za mądry Mieszko i za dobrze mnie zna, aby mi przez sługę grozić. No, nie marudź, spać chodźmy, to ci zmartwienie przejdzie.
Przesączony przez błonę w wąskim okienku promień księżyca wędrował po podłodze znacząc nocne godziny. Cicho przesunął się po łożu, zawędrował w kąt komnaty i rozpłynął się w szarym świetle wstającego ranka.
Ścibor ostrożnie wyszedł z łoża, przeciągnął potężne gnaty i chyłkiem opuścił izbę. Za parę chwil, ubrany jak do boju, siedział już na koniu, na dom się obejrzał i bramę kazał otwierać.
Druhowie Ścibora
Ścibor, po powrocie z Gniezna, czas jakiś, ku radości Doszy i dziatek, spokojnie w domu siedział zabawiając się z towarzyszami lub baraszkując i doglądając psów i koni. Gdy jednak zima się uczyniła i śniegi zasnuły puszczę, na łowy wybierać się począł.
Dosza znów niespokojna chodziła, gdyż zazwyczaj na łowy się wyrwawszy Ścibor nie wracał po kilka tygodni, a czasem aż z wiosną. Choć zwierza pod dostatkiem było w pobliżu, Ścibor nie lubił polować w znanych już puszczach, lecz coraz gdzie indziej się zapędzał, nocując gdzie popadło, często w naprędce skleconym szałasie. Czasem, ulgnąwszy gdzieś w gościnie, zabawiał się z towarzyszami po leśnych osadach i gródkach.
Gdy dzień począł się przedłużać i ustaliła się pogoda, pewnego wieczora oznajmił, że nazajutrz przed świtem wyruszy. Wieczorem w świetlicy czynił ostatnie przygotowania przy pomocy Mścisława i Zbrozły, którzy towarzyszyć mu mieli. Prócz nich zabierał kilku pachołków, którzy, konie i psy opatrzywszy, wcześnie spać poszli.
Doszka wmówiła się do świetlicy i choć mężowie o łowach jeno gwarzyli, mało na nią zwracając uwagi, siedziała przędąc w świetle płonącego na kominie ognia. Słuchając opowiadań wodziła czasem oczyma po twarzach lub z zadumą patrzyła w ogień. Zazdrościła towarzyszom małżonka, że z nim pojadą, gdy tymczasem ona znowu czekać będzie w długie, jednostajne wieczory, marzeniem jeno goniąc za Ściborem. Z opowiadań też starała się poznać to nie znane jej życie, w którym myślą tylko udział brać mogła.
Jednym z towarzyszy Ścibora był Mścisław. Choć młody jeszcze bardzo, od lat już zżył się ze Ściborem. Przybył swego czasu wyrostkiem, z ojcem swym - Nawojem, chrobackim władyką, który ze Ściborem na Pomorze pociągnął i z wojny nie wrócił. Czy się do niewoli dostał, czy poległ, nie wiedział nikt, bo zaginął w nocnym starciu, jak kamień w wodzie. Ścibor zabrał chłopca do siebie i już się nie rozstawali. Mścisław za niego w ogień i wodę by skoczył, a Ścibor lubił go niezmiernie, bo przypadł mu jak mało kto. Zawsze wesoły, choć spokojny, zręczny był do wszystkiego.
Co zasłyszał, tego nigdy nie zapomniał, nie dbał o bogactwa i zaszczyty i nie zatroszczył się nawet o obszerne włości, które mu po ojcu w krakowskiej ziemi przypadły. Wzrostu był nawet prawie tak wysokiego jak Ścibor, jeno smukły i giętki, z twarzą dziecinną jeszcze i orzechowymi, słodkimi oczyma. Ściborowe dzieci przepadały za nim, bo nikt tak jak on zabawić ich nie umiał opowiadaniem bajek, śpiewem czy igraszkami, do których nigdy mu nie brakło pomysłu. Lubiła go i Dosza, choć zazdrosna o jego zżycie się ze Ściborem. Mścisław wiedział o tym i nieraz, śmiejąc się, obiecywał jej odjechać, gdy jeno Białka dorośnie, bo na nią czeka, a wtedy pojedzie w Krakowskie o swoje się upomnieć. Ścibor na to jeno się uśmiechał, rad byłby zapewne, gdyby żart ten prawdą się stał. Białka zaś brała go poważnie i nieraz uradzali, jak to razem będą gospodarować.
Całkiem odmienny był drugi Ścibora druh - Zbrozło. Wzrostu raczej niewielkiego, chudy i żylasty, z pomarszczoną twarzą, krótką, rozwichrzoną, czarną brodą i takimiż na oczy opadającymi brwiami. Spod brwi patrzyły głęboko osadzone, jasne, jakby wyblakłe oczy, o przenikliwym spojrzeniu, które mało kto mógł wytrzymać. Małomówny, czasem jeno ze Ściborem w cztery oczy się rozgadał. On też może jeden wiedział, kim był Zbrozło, którego ongiś przywiózł do dom na pół żywego, z rozłupaną głową. Zbrozło posiedział, póki się nie wyleczył, po czym zniknął. Wrócił po kilku latach, pobył ze Ściborem i znów go nie było. Zrazu ciekawi próbowali, dochodzić, gdzie bywał, lecz daremnie. Potem przyzwyczajono się, że znika i wraca, i nikt już o nic nie pytał, jedynie snuto między sobą różne domysły. I teraz, przed paroma miesiącami, wrócił nie wiadomo skąd, jeno koń poraniony pozwalał domyślać się, że z wojny, ale jakiej, nie mówił.
Ludzie bali się go, choć nikt nie wiedział, dlaczego, bo nikomu zła nie czynił, a wielu dobro. Leczyć umiał ludzi i zwierzęta, a pogodę przepowiadał nieomylnie. Zarówno na wojnie, jak i łowach nieoceniony był, bo lepiej niż pies węchem - zwierza czy nieprzyjaciela mógł odnaleźć. Nie było kraju, o którym by nie wiedział, jacy ludzie w nim mieszkają, jak żyją i wojują. Brano go za niesamowitego, bo wszystko w nim było inne niż u zwykłych ludzi. Lat nie wiadomo ile liczył, gdyż od czasu, jak wstał po wyleczeniu z ran, zmienił się niewiele, tak, jakby czas obok niego płynął. Gdy studnię kopać chciano, on umiał pokazać, gdzie i jak głęboko woda będzie, a zwierzęta, nawet dzikie, lgnęły do niego, jak gdyby mówić umiał ich językiem. Niechętnie też zwierza zabijał, z czego się czasem Mścisław natrząsał, on jedynie, poza Ściborem, dość ze Zbrozłą poufały. Ludzi natomiast mordować mógł bez zmrużenia powiek i mówiono, że nie tylko w boju i nie tylko bronią to czynił; skąd się jednak wzięły te opowieści - nie wiadomo. Z niewiastami się nie zadawał. Czasem jedynie widywano go w leśnej chacie opodal dworca, gdzie od wielu lat samotnie mieszkała wdowa po bartniku, uważana za wiedźmę.
Gadali ludzie o Zbroźle, że nigdy nie śpi, jeno drzemie, bo na najsłabszy ruch czy odgłos otwierał natychmiast trzeźwe, przenikliwe oczy.
Ścibor cenił go sobie bardzo i nieraz go chciał ziemią i ludźmi obdarować. Zbrozło jednak niczego nie przyjmował; jednego starego pachołka miał do posługi, który sam wiedział, co i kiedy ma robić, i rzadko słowo jakie od swego pana posłyszał.
Przygotowania do łowów skończyli i rozmowa rwać się poczynała. Nie podsycany ogień przygasał na kominie i Ścibor wstał do snu się zbierając, gdy Zbrozło rękę podniósł nasłuchując. Za chwilę i psy się odezwały.
Ścibor spojrzał na Zbrozłę i spytał:
- Zwierz czy ludzie?
- Ludzie! - mruknął Zbrozło. - Obcy - dodał po chwili.
Ścibor Mścisławowi polecił zobaczyć, co by za jedni byli, sam zaś odszedł, Doszę objąwszy ramieniem. Mścisław zarzucił kożuch i skierował się na podworzec. Rozszczekane psy przypadły do niego, więc je uspokoić usiłował i ku bramie zmierzał skrzypiąc ciżmami po zmarzłym śniegu.
Księżyc tylko co zaszedł za las, noc pogodna była i gwiaździsta. Mścisław z podwyższenia przy bramie spojrzał ku lasowi, zrazu jednak nic nie mógł odróżnić na ciemnym tle boru. Gdy jednak psy ścichły na chwilę, posłyszał skrzypienie śniegu pod kopytami końskimi i idąc wzrokiem za głosem, dostrzegł trzy cienie konnych, którzy zbliżali się ku gródkowi. Nie ukrywali się jednak, gdyż po chwili ze zdziwieniem poznał niemiecką mowę. Słuchał czujnie, by wywnioskować, po co przybywają. Rozmawiali obojętnie o zmęczeniu i noclegu. Gdy podjechali bliżej, nie ukazując się im, zapytał, co by za jedni byli, z czym i do kogo jechali.
Stojący na przedzie, widocznie starszy, łamaną mową słowiańską oznajmił, że jedzie do Ścibora, a kim jest i po co jedzie, jemu samemu oznajmi.
- Kniaź spać już poszedł - rzekł Mścisław.
- To się rano rozmówimy - odparł obcy.
- Przed świtem wyjeżdża.
- To go zbudźcie ninie. Rzecz ważna jest.
- Nie wiem, czy ważna, skoro nie wiem, jaka.
- Chętnie bym nawet sosnom w lesie poselstwo oznajmił, byle się dostać do waszego zamku - niecierpliwie i drwiąco rzekł Niemiec - ale mi nie lza.
- To zaczekajcie, aż się kniaź obudzi. Bez jego nakazu nie puszczamy do gródka nikogo.
- Nie będziem tu stać na mrozie! - huknął obcy.
- Nie moja rzecz - kpiąco odparł Mścisław. - Możecie siadać. I ognia napalić możecie, drzewa w boru nie brak.
- Zdrożeni jesteśmy i głodni - hamując się rzekł obcy, zrozumiawszy widocznie, że złością nic nie wskóra. Takaż to u was gościna?
- Gościem będziecie, gdy próg przestąpicie, tymczasem na was nie czekaliśmy.
Niemiec nie wiedział już, co począć i stał namyślając się, gdy od dworca pachoł nadbieżał z zapytaniem od księcia, co zaszło. Mścisław polecił przybycie Niemców oznajmić i o rozkaz zapytać. Po chwili pachoł wrócił z poleceniem, by ich wpuścić.
Po zwodzonym moście trzej rycerze wjechali na podworzec, gdzie zsiedli z koni. Przyjezdnych Mścisław powiódł do dworca i umieściwszy w gościnnej izbie, ognia naniecić i wieczerzę przynieść kazał. Siedział milcząc, gdy zaspokajali pierwszy głód, dopiero gdy podjedli i do miodu się wzięli, zapytał, kogo ma oznajmić.
- Rycerz Udo jestem, z polecenia panującego kniazia wieści mam do kniazia Ścibora.
Mścisław wyszedł i po dłuższej chwili wrócił w towarzystwie Ścibora, który, skinąwszy obcym głową na ich pokłony, przy kominie na zydlu usiadł i zapytał Udona, z czym był posłany.
Udo spojrzał na Mścisława i zapytał:
- Nie wiem, czy mam mówić przy wszystkich?
Ścibor odparł:
- Towarzysze wasi pewno zdrożeni, spać mogą iść.
Mścisławowi polecił ich na nocleg odprowadzić, a samemu wracać. Następnie do Udona zwrócił się z zapytaniem, dlaczego nie do Gniezna, lecz do niego zajechał i co mu ma oznajmić.
Udo wyjaśnił, że w Gnieźnie był i Mieszko go posłał, by Ściborowi dał się poznać i oznajmił wieści, które poselstwa do Gerona dotyczą. Gero już z Rzymu po otrzymaniu odpustu wyjechał i wczesną wiosną spodziewany jest w Magdeburgu. W orszaku jego znajdują się kapłani z Rzymu, do misji w Polsce wyznaczeni.
- Imiona ich wam wymienię, gdyż oprócz nich Gero swoich wyznaczył, którzy jego i magdeburskiego arcybiskupa spraw pilnować mają zlecone.
Ścibor polecił mu poczekać na powrót Mścisława, którego pamięci ufał najbardziej, a gdy ten wszedł po chwili, Udo rzekł:
- Jadą tu z Italczyków: Prochor, Lucidus, Angelottus, Oktawianus, Godfryd i Julian i Francuz Willibald, prócz młodszych i służby, Hugo, Bernard i Lotar przez Gerona są wyznaczeni, by dopilnować, aby nowy Kościół wasz nie umknął władzy magdeburskiego arcybiskupa. Nie bez tego, że Gero od siebie im zleci, by mu donosili, co się u was dziać będzie. Wasza rzecz, jak z tej wieści skorzystacie. Ja zaś ułatwić wam na Geronowym dworze winienem, czego będzie potrzeba, i dlatego poznajomić się przyjechałem.
Ścibor głową skinął i odparł:
- Wielcem wdzięczny, a myślę, że brat mój już wam wdzięczność okazał.
Czas jakiś jeszcze rozmawiali o Geronowym dworze, stosunkach i zwyczajach tam panujących, po czym Ścibor z Mścisławem wyszli, a rycerz Udo, rzuciwszy się na ławę skórami zasłaną, wnet chrapać począł. Ogień na kominie przygasł i ciemność zaległa komnatę, jeno żar czerwieniał w mroku, lecz wkrótce i on sczerniał i zgasł. Cisza zapanowała w dworcu, lecz jeszcze nie szarzało, gdy ruch się zaczął. Nie zbudził on zdrożonego Udona i wyrwał go ze snu dopiero przedzierający się przez błony okien jasny blask późnego, zimowego dnia. Usiadł na ławie, zbierając myśli, niepewny jeszcze, gdzie się znajduje, gdy zapukano do drzwi i wszedł stary Dołęga. Patrząc lekceważąco na zaspanego Niemca, odezwał się:
- Kniaź już na łowy wyjechał. Pożegnać was, ugościć i na drogę zaopatrzyć polecił. Za jaki miesiąc na dworze Geronowym zobaczyć się was spodziewa. Bądźcie sobie radzi w jego domu, byleście przed nim u Gerona stanęli. Do posługi pachołka wam daję. Gdybyście czego sobie życzyli, każcie przez niego oznajmić. Ostajcie w zdrowiu!
Ścibor u Mieszka
Zadudnił pod kopytami zwodzony most i Ścibor samopięt wyjechał z Koziego Rogu. Porwali się na jego widok Zabojowi i drogę zastąpili, lecz on, jakby ich nie widział, jechał przed siebie, że zmieszani rozstąpili się drogę mu dając. Minąwszy dopiero obejrzał się i pogardliwie na Zaboja skinął, który nie wiedząc, co począć, za nim jechał. Zbliżył się Zabój, wściekły, ale rad dowiedzieć się czegoś, co mu o dalszym postępowaniu postanowić pozwoli.
Istotnie Ścibor, spoglądając drwiąco na Zaboja, ozwał się:
- Jak kniaź kazał, widzisz, do Gniezna jadę, a ty możesz mnie pilnować jadąc za mną. Pęta, coś na mnie przywiózł, dobrze przechowaj. Będą pod ręką, gdy cię powieszą. A pilnuj, bym ci nie uciekł jak Wszebór; lubię prędko jeździć, a ciebie, widzę, głowa boli, boś ją mokrymi szmatami owinął. Żebyś to przedtem zrobił, zanim ci się zachciało z konia do mnie mówić, to byś nie musiał jak głupi przed kniaziem stawać.
Roześmiał się i konia popędził, a przeszedłszy zaraz w skok, leciał przez las. Za nim reszta nadążała co sił w koniach, aż wiatr świstał w uszach, a bryzgi piasku wylatywały spod kopyt końskich. Lecieli tak, aż droga w bagienny grunt schodzić zaczęła krętą i grząską ścieżyną, po której gęsiego i stępa jechać było trzeba. Ścibor, świadomy przejść po bagnach, wyprzedzał orszak.
Mglisty poranek pociemniał jeszcze od oparu z trzęsawisk wstającego, a nim z bagien na suchy kraj się wydostali, mgła przeszła zrazu w kapuśniaczek, a potem w deszcz dość rzęsisty. Koło południa popaśli konie, sami przekąsiwszy co nie bądź pod gęstwiną drzew, dającą jakie takie schronienie, po czym ku Gnieznu się puścili mało przetartymi szlakami przez bory, w których przy wczesnym zmierzchu chmurnego dnia ciemność panowała prawie zupełna i tylko łowieckie wyczucie pozwalało nie zbłądzić w plątaninie drzew, wykrotów, strumyków i bagien. Gdy wychynęli z lasów, mrok już był zupełny i minąwszy groble na Jelonku na podgrodzie zajechali. Ścibor swoim na Żuławy dalej jechać kazał i jakby nie widząc, że Zabój za nim jedzie, na gródek wykręcił.
Przejechawszy most, zsiadł z konia i pachołkowi go oddawszy, szedł wprost do świetlicy, zleciwszy komornikom oznajmić księciu swe przybycie. Stanął przed kominem, na którym płonęły kłody bukowe, i zacierając zgrabiałe na deszczu i wietrze dłonie, wyglądał Mieszka.
Zabój ze swymi wjechał również w podworzec i wojaków rozpuścił. Zmarznięty i zły czekał w obszernej i mrocznej sieni, aż pan go wezwać każe. Czekał długo, znużony i rozbity, wreszcie ruszył do swej izby, poleciwszy się zawołać, gdy książę go widzieć zażąda.
Wszedł z zamiarem, by choć nie rozbierając się na łożu lec, zastał jednak stryjecznego Mieszkowego, Odylena, który już wyczekiwał na niego i o wynik wyprawy wypytywał.
Zabój niechętnie o niepowodzeniach swych opowiedział, czym Odylena zarówno zmieszał, jak rozzłościł. Liczył on, że nad Ściborem niełaska Mieszka zawiśnie, jeśli nie gorzej, tymczasem ze Ściborowego zachowania jeno beztroskę i pewność siebie mógł wymiarkować. Że Wszebór uszedł, było mu raczej na rękę, ze Ściborem jednak na inny przebieg sprawy liczył: albo że z kniaziowymi w bitkę się wda otwarcie broniąc Wszebora, albo też, siłą przywiedziony, Mieszkowi do oczu skoczy, a w obu przypadkach Mieszka przeciwko sobie podnieci. Nie było jeszcze pewności, czy rozmowa między braćmi nie skończy się wybuchem. Odylen dużo dałby by móc słyszeć rozmowę. Nie bardzo by jednak nienawiść swą nakarmił.
Książę, wszedłszy do świetlicy, zastał Ścibora na ławie przed kominem, na której obok siebie kożuch swój do suszenia rozłożył. Zrzucił go na ziemię, miejsce Mieszkowi czyniąc i, jakby u siebie był, siadać go prosił mówiąc ze śmiechem:
- Siadaj, miłościwy panie, bo nie uchodzi, byś stał, gdy ja siedzę, mnie zaś gnaty z drogi bolą. Jestem oto, jak kazałeś. Jeść mi każ przynieść i pić, bom zdrożony i zziębnięty.
Mieszko usiadł nie na ławie, lecz na zydlu, bokiem do komina, i na Ścibora patrzył przez chwilę, po czym ozwał się:
- Bardzoś pewny mojej łaski, jeśli nie słabości, że nawet nie sprawisz się, czemuś Wszeborowi ujść pozwolił, a sługiś moje potłukł i drwiłeś z nich w żywe oczy. Zdałoby się, byś pamiętał, że nie tylko bratem twoim jestem, ale i panem. Wszebór uszedł, bo chleb jadł pod twoim dachem, i przeciw mnie działać będzie. Mój ci jest naprzód każdy dach w tym kraju i tego od każdego żądam, by nikt wrogów moich pod nim nie przyjmował.
Ściborowi twarz zmierzchła, lecz zaraz uśmiechnął się i rzekł:
- Nie byłbym ci ja zdał się na łaskę waszą, gdybym jej pewny być nie mógł. A sprawiać się, widzę, nie potrzebuję, skoro już wieści macie, jak poszło. Chyba z tego, iż nie wiedziałem, z czym Wszebor przyjeżdża, a gościa dać złowić w swym domu - nie nasz obyczaj. Mnie, nie wam, byłby srom, dlategom do tego nie dopuścił. A żem wam setnika potłukł i z niego drwiłem, to już jego albo wasza wina, skoro z konia do mnie przemawiać raczył, czci mi należnej nie okazawszy, i pętami groził, gdybym zaproszenia waszego nie usłuchał. Tom go też z gródka wyciepnął i myślę, że mu dołożycie, jeśli nie z waszej woli to czynił, i na tych pętach, którymi mi groził, powiesić każecie.
- Pętami ci groził? - spytał kniaź z błyskiem gniewu w oczach.
- A juści! - odparł Ścibor. - I widzę, że słusznie mniemałem, iż od siebie to mówi, a może jeszcze od kogo innego, bo i rozumowi waszemu wierzę, że taki rozkaz od was nie wyszedł.
Miast odpowiedzi Mieszko zaklaskał w dłonie. Wszedł dworski Dobrosław, a Mieszko Zaboja natychmiast sprowadzić polecił. Za wychodzącym Dobrosławem Ścibor zawołał:
- A mnie jeść i pić każcie zaraz podać, bo kniaź o tym zapomniał!
Mieszko, choć gniewny, uśmiechnął się i zlecenie Ścibora powtórzył, gdy jednak komornik wyszedł, odezwał się:
- Statku by ci się i powagi zdało trochę. Za zabawę życie jeno masz. Jak źrebaka, nigdy nie wiadomo, gdzie cię poniesie.
- Ale sobie z tym nie krzywduję i ty nie masz na co narzekać. A jeść przecie muszę, choćby tu nie Zaboja, ale samo Licho przywieść mieli - odparł Ścibor.
Jakoż gdy pachołek wniósł misy z mięsem i kołaczem oraz stągiew miodu, Ścibor zajął się nimi tak gorliwie, że ledwo spojrzał, gdy Zabój z Dobrosławem do świetlicy weszli.
Mieszko na pokłon Zaboja nie odpowiedział, lecz zagadnął zimno:
- Com ci kazał, a coś sprawił? Mów!
- Kazaliście, panie, Wszebora schwytać, a kniazia Ścibora do Gniezna wezwać - zdławionym głosem rzekł Zabój.
- A ty Wszeborowi ujść dałeś, a bratu memu pętamiś groził, psie! Głupiś albo zdrajca! - i do Dobrosława się zwracając rozkazał:
- Na powróz!
Zabój do kolan mu się rzucił wołając rozpaczliwie:
- Pomiłujcie, panie! Przecież kniaź Ścibor Wszebora wziąć nie dał, woli waszej się przeciwiając, i dlategom pętami groził, że nieposłuszeństwo okazał. Za cóż mnie karać chcecie?
Ścibor, który obojętnie przysłuchiwał się jedząc, przełknął kęs i ozwał się:
- Pofolgujcie mu. Głupi jest, bo gdyby nie był, nie próbowałby gościa mi z domu brać ni grozić, a gdyby was znał, nie byłby tu wrócił. Oczy mu wydrzeć wystarczy. Do żaren się przyda, bo mocny, a na starość dziadem zostać może. I będzie moje miłosierdzie śpiewał. - Zaśmiał się i popił miodu:
- Do lochu go wrzucić! - rzekł Mieszko do Dobrosława. - Jutro postanowię, co z nim będzie.
I ręką skinąwszy wyprawił ich, a gdy odeszli, rzekł do Ścibora:
- Krew Piastowa święta jest, dlatego karę poniesie, by przykład był, aby nikt nawet w myśli ręki na nas podnieść się nie ważył. Dlatego ja i stryjecznych znoszę, choć nam niechętni, że na dziedzinach nie siedzą, i gdzie mogą, knują. Przy sobie ich trzymać muszę, by na oku mieć, ale i oni mnie na oku mają, a choć nie tylko swoimi oczyma patrzę, a uszyma słucham, przecie nie upilnuję wszystkiego. Zabojowi może bym i oczy darował, bo wojak dobry, gdyby nie to, że im podatny, a gdy raz kogo pewny być nie mogę, wolę usunąć. Dość mam pilnowania.
- Daj mi ich na wojnę, to ja dopilnuję.
- Bałbym się zdrady dla ciebie. Wodzami ich nie poczynię, a na prostych wojów Piastom nie lza. Zresztą i wojny teraz nie ma, i jej sobie nie życzę, póki co ważniejsze nie uładzę. Dam ci ich do orszaku w posły do Gerona, orszak okazały być musi. Tam się ich dopilnuje i przekonam się, z kim się znoszą i do czego zmierzają.
- To w posły pojadę? - zapytał Ścibor.
- Do Gerona i do Bolka czeskiego, chyba że ja sam będę mógł ruszyć.
- Gero do Rzymu przecie pojechał.
- Wieści mam, że długo nie zabawi. Nie pojedziesz zresztą zaraz, a trzeba, byś tam przed nim był. Łatwiej się porozumieć z naszymi ludźmi, których tam opłacam, gdy starego nie będzie. Chytry on jest i ostrożność wielką zachować trzeba, aby ich nie zdradzić.
- Wielka rzecz, gdy stary któremu zdrajcy łeb ukręci.
- A wielka! - rzekł z pewną niecierpliwością Mieszko - bo nowych szukać i kupować trzeba.
- Z Odylenem i Przybywojem cóże tam pocznę?
- Ty nic. Będą tacy, co mi doniosą, z kim i o czym mówili.
- Na powróz bym ich wziął, jeśli z Niemcami się znoszą!
- I nie chcę, i nie trzeba - rzekł Mieszko. - Gdy raz wiem, że się znoszą, upilnować i innych łacniej. Tylko poznać im nie daj, że wiem, co myślą, bo ostrożniejsi będą.
- Trudno będzie, gdy żółć się na nich wywraca. A pozór poselstwa jaki?
- Powieziesz hołd i daninę dla cesarza z kraju Wkrzanów i Licykawików, a odbierzesz od Gerona italskich kapłanów, którzy z nim przyjechać mają. Ich także przebadać trzeba, czy stary mi swoich nie wysyła. Gdyby taki był, nie będę gniewny, jeśli go wilki po drodze ogryzą, byle cicho.
Ścibor roześmiał się drapieżnie.
- Jeszcze italskiego mięsa nie kosztowały. Aby się nie struł który.
- U Gerona siedzieć możesz, jak długo się da. Mnichów jeno zaraz odeślij. Nie będziesz już tu wracał, lecz wprost do Bolka pojedziesz.
- A do niego zaś z czym?
- Po żonę dla mnie i wiano.
- Kogóż to od Bolka za żonę chcesz brać? Mlada mniszką przecie i w Rzymie siedzi, a Dobrawka zamężna z Gunterem i syna z nim ma Guncelina.
- Daliby, której bym zażądał, i na zakonne śluby nie zważając. Ale wolę Dobrawkę. Wiadomo już, że płodna jest, zdrowa i krzepka, postami nie wychudzona. Już ją i Gunterowi Bolko odebrał.
- Ja bym ta nie brał kobiety po nikim.
- Nie kobiety mi trzeba, bo dość ich mam, tylko chrześcijańskiej księżniczki i spokoju z Bolkiem. Niemieckiej brać nie mogę, bo bym tylko burzę rozpętał, miast ją załagodzić, gdy krzyż wprowadzać będzie trzeba.
- Prawda jest - mruknął Ścibor i przeciągnąwszy się rzekł: - Spać idę do siebie na Żuławy. Rad jestem, że nie ja chrześcijańską księżniczkę brać muszę. Żyć by mnie mierziło z niewiastą, do której serca nie mam.
Mieszko uśmiechnął się i rzekł:
- Ale też i masz serce dla wielu, jedna więcej nie byłoby różnicy.
- A taki mierzi człowieka spać z rybą - rzekł Ścibor i pożegnawszy się wyszedł.
***
Szary świt rozjaśniać dopiero zaczął wnętrze świątyni, gdy Jordan z gromadką swych ludzi po raz pierwszy mszę świętą odprawiać przyszedł. Wzruszony i przejęty, na tymczasowo przygotowanym ołtarzu, na którym dwa dni temu jeszcze posąg bóstwa stał, złożył przywieziony relikwiarz. Złoty kielich i patyna zabłysły jak pierwszy promyk nowej wiary w ciemnościach.
Ministrant właśnie oblec miał Jordana w szaty liturgiczne, gdy młody mniszek wpadł do świątyni wołając:
- Człowiekowi jednemu oczy za karę wydzierać mają!
- Gdzie i kiedy? - pospiesznie zapytał Jordan.
- Z lochu na tylny dziedziniec oprawcy go wiodą. Opiera się i wrzeszczy, aż serce ściska - odparł mniszek.
Jordan spiesznie wyszedł ze świątyni i na dworzec pobieżał. Na służbie będący komornik, który rozkaz miał o każdej porze Jordana puszczać do księcia, zdziwiony był jednak porą niezwykłą i tłumaczyć usiłował, że pan tylko co z łoża wstał, lecz przynaglony zgodził się zapowiedzieć odwiedziny, Jordan jednak, nie czekając, wszedł za nim.
Mieszkowi właśnie szatny odzież podawał. Książę spojrzał na wchodzącego niecierpliwie:
- Cóż to za sprawa pilna, że zaczekać nie możecie, aż was zawołam?
- Pilna, panie, bo raz wydarte oczy chyba Bóg wrócić może!
- O Zaboja wam chodzi? A cóże wam on? Ani wiecie, za co go karzę. Ani wam brat, ani druh, a ja jedno mam słowo i com rzekł, to się stanie!
- Bratem mi jest w Bogu jako każdy, a słowo wasze ja mam pierwszy, gdyście mi, panie, pomoc wszelką i ludzi, jakich zażądam, dać obiecali. Ten mi jest potrzebny i o niego proszę, na słowo wasze się powołując.
Mieszko ważył przez chwilę, patrząc na Jordana, po czym ozwał się:
- Domyślam się, po co on wam. Weźcie go! Wierzę, że władzy, jaką nad ludźmi uzyskać chcecie, dla mojego dobra użyjecie - i polecił Zaboja duchem sprowadzić.
Za chwilę wprowadzono go, pokrwawionego i w podartej odzieży, z potarganymi włosami i brodą, gdyż bronił się jak szaleniec, ale miał jeszcze oczy, którymi z dziką trwogą na księcia spozierał. Mieszko wskazał ręką na Jordana:
- Temu oto mężowi cię podarowałem. Od niego zależy, co z tobą będzie!
Zabój niepewnie spojrzał na Jordana, który rzekł:
- Spokojny bądź. Bóg, który ci cielesne oczy ocalił, da przejrzeć duchowi twemu. Pójdź za mną!
A do księcia zwrócił się ze słowami:
- Dziękuję wam, panie! Miłosierdzie samo za siebie płaci.
I wyszedł z komnaty, a za nim szedł Zabój jak pijany lub urzeczony.
Na razie jedno tylko rozumiał, że oczy ocalił. Od reszty tylko zamęt miał w głowie i głuche poczucie, że należy już do tego starego, nieznanego mu człeka, który go od nieszczęścia wybawił.