rozdział drugi
Czy istnieje coś takiego jak duchowość mężczyzny?
Bezruch tworzy miłość,
Ruch tworzy życie,
Trwać w bezruchu,
A jednak poruszać się -
Oto sedno!
DO HYUN CHOE, mistrz japoński
Określenie "duchowość mężczyzny" może brzmieć nieco dziwnie, wydawać się niewłaściwe, a nawet niepotrzebne. Dlaczego mielibyśmy zajmować się mówieniem o duchowości, która jest specyficznie męska? Czy jest w tym coś specyficznego? Czyż nie wszyscy zdążamy do Boga tą samą drogą? Osobiście jestem przekonany, że drogi do Boga są różne, ponieważ kobiety i mężczyźni zwracają uwagę na różne sprawy. Wiedzą o tym producenci filmowi i wydawcy, wiedzą o tym specjaliści od reklamy i sprzedawcy, wie o tym prawie każdy z wyjątkiem duchowieństwa. Na szczęście różnice te są mocno podkreślane w uniwersalnych mitach i legendach religijnych, które są pisane z myślą o mężczyznach lub kobietach. Również w tekstach należących do tradycji judeochrześcijańskiej można zauważyć podobne zróżnicowanie. Będzie to wyraźnie widać po lekturze tej książki.
Po pierwsze, chcę powiedzieć, że duchowość mężczyzny nie jest zarezerwowana wyłącznie dla mężczyzn, chociaż to najprawdopodobniej oni ją odkryją i będą jej doświadczać. Zaskakujące jest to, że w dzisiejszych czasach do nurtu tego zbliża się więcej kobiet niż mężczyzn. W naszej kulturze to kobiety są częściej zachęcane, a nawet zmuszane, do pracy nad swoim życiem wewnętrznym. Z pewnych powodów są one bardziej otwarte na tę dziedzinę życia.
Ogólnie rzecz biorąc, kobiety wyprzedzają mężczyzn, jeżeli chodzi o zaakceptowanie swojej feministycznej perspektywy oraz integrację tak zwanych "żeńskich" i "męskich" aspektów swojej osobowości. Ich podróże do świata wewnętrznego i aktywność w świecie zewnętrznym pozostawiają wielu z nas daleko w tyle. Jednak poszukiwanie przez kobiety ich wewnętrznego głosu sprawiło, że mężczyźni uświadomili sobie istnienie realnego, specyficznie męskiego odpowiednika. Cóż to jednak jest? Instynktownie wiemy przecież, że męskość nie może być tym samym co patriarchalność.
Męskość to po prostu druga strona energii kobiecej. Przeciwny biegun, uzupełnienie, równowaga i przeciwwaga. Wiem, że mówiąc to, podejmuję duże ryzyko. Dla wielu osób wszechświat ma charakter uniseksualny, a wszelkie rozróżnienie na płeć jest sztucznie tworzone przez kulturę. Nawet jeżeli tak jest, chociaż moim zdaniem jest to zbyt duże uproszczenie tematu, sądzę, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety mogą skorzystać na nauce przez porównanie i przeciwstawianie, niezależnie od tego, co sądzą na temat istnienia różnego stopnia natężenia poszczególnych cech pomiędzy klasycznymi przeciwieństwami. Spróbujcie potraktować to jako narzędzie pedagogiczne, sposób uczenia się.
Na przykład w chińskim rozumieniu wszechświata męski aspekt natury yang jest niezbędnym uzupełnieniem aspektu żeńskiego yin. W tradycji judeochrześcijańskiej jest to połowa obrazu Boga: "Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz... stworzył mężczyznę i niewiastę" (Rdz 1,27). Seksualność jest pragnieniem osiągnięcia jedności przez te dwie części. Ten archetypowy podział jest tak głęboko zakorzeniony w naszej rzeczywistości, że w wielu językach nawet słowa mają rodzajnik męski lub żeński.
Nie chcę przez to powiedzieć, że mężczyźni charakteryzują się wyłącznie męską energią, a kobiety wyłącznie żeńską. Wręcz przeciwnie, pomimo że w wielu kulturach istnieje tendencja do stereotypowego przypisywania płci wyłącznie jednego typu zachowania i energii. Niestety, wskutek tej tendencji pozostajemy niedojrzali, podzieleni, kompulsywni i nieprzygotowani na życie miłością - ani ludzką, ani boską.
Święty Paweł w Liście do Galatów mówi: "...nie ma już mężczyzny ani kobiety, wszyscy bowiem jesteście kimś jednym w Chrystusie Jezusie" (Ga 3,28). Nowy człowiek, do którego zmierzamy, nie jest rodzaju nijakiego, uniseksualny ani nawet nadpobudliwy seksualnie, ponieważ wszystkie te cechy sprawiają, że miłość staje się czymś nierealnym. W Chrystusie wszyscy jesteśmy całością, jednością, zjednoczeni, zintegrowani i w pełni święci. Jest to produkt końcowy jednoczącego działania Ducha Świętego. Jest to ukoronowanie dzieła Boga w Chrystusie, który pojednał wszystko ze sobą (Kol 1,20) i zaprasza nas, abyśmy i my nieustannie jednali wszystko ze sobą (Ef 5,20).
Jako nieżonaty mężczyzna, w niewielkim stopniu mogę sobie zdać sprawę z mojej kondycji, dopóki nie znajdę sposobu na to, aby obudzić w sobie i pokochać kobiece aspekty mojej duszy. Bez tego pozostanę wyłącznie skupionym na sobie kawalerem, marzycielem, uschniętym korzeniem. Opisanie mężczyzny, który nie ma w sobie pierwiastka żeńskiego, nie nastręcza trudności. Jego osobowość zwróci się w kierunku świata przedmiotów, a jego głowa stanie się jego centrum sterowania. Będzie on budował, wyjaśniał, używał, naprawiał, manipulował, zatwierdzał, zarządzał i bawił się wszystkim, co napotka na swojej drodze, ale w rzeczywistości nie spotka niczego, ponieważ nie poznał on istoty rzeczy. Nie ma w nim subtelności, wyobraźni, umiejętności wprowadzania harmonii, nie ma w nim zgody na paradoks ani tajemnicę. Taki człowiek organizuje i zarządza rzeczywistością, zamiast nią żyć.
W rzeczywistości boi się on prawdziwego życia i dlatego jego centrum sterowania wypełnione racjonalnością i pseudokontrolą musi nieustannie pracować. Jest to jedyny sposób, w jaki może sobie zapewnić poczucie bezpieczeństwa i znaczenia. Taki mężczyzna jest uwięziony w pewnym fragmencie rzeczywistości, a niebezpieczeństwo polega na tym, że dla niego stanowi on całą rzeczywistość. Jezus powiedział: "Ponieważ mówicie "widzimy", pozostajecie ślepi" (J 9,41). W gruncie rzeczy taki sposób widzenia stał się mitem kultury Zachodu. Jest on w znacznej mierze tworzony przez mężczyzn, którzy kontrolują władzę, pieniądze, korporacje, Kościół, armię oraz książki o moralności. To, co nazywamy rzeczywistością, i od czego jesteśmy w dużym stopniu uzależnieni, jest w dużej mierze wytworem mężczyzn, którzy, szczerze mówiąc, nie poświęcali zbyt wiele czasu swojemu życiu wewnętrznemu. Nie zagłębiali się w siebie, nie doświadczyli zaufania, kruchości, modlitwy ani poezji. Oni sami i cywilizacja, którą po nich odziedziczyliśmy, są w dużej mierze popękane, a nawet chore. Myślę, że wiele osób ma podobne obserwacje.
Dopóki mężczyźni i współpracujące z nimi kobiety będą uznawać tę rozkawałkowaną, niezgodną z nauką o wcieleniu Jezusa rzeczywistość za jedyną, nie możemy mieć nadziei na poznanie lub kochanie Boga. W gruncie rzeczy pełny obraz będzie nam zagrażał i będziemy zastępować (w większości tak właśnie zrobiliśmy) odważną wiarę biblijną naszymi małymi przepisami na zbawienie. Tomasz Merton określał je mianem "prywatnych projektów świętości". Psychologowie nazywają to porządkiem ego. W codziennej pracy mówimy na to "budowanie własnej wieży". Zasada jest taka sama, chodzi o przełożenie wartości świata interesów: wygrywaj, zdobywaj, udowadniaj, odnoś sukces, kontroluj, na rzeczywistość Ducha. To po prostu nie działa. Jest to wbrew Ewangelii. Istnieją jednak lepsze sposoby.
Dla początkujących duchowość mężczyzny będzie oznaczać przewagę ruchu nad bezruchem, działania nad teorią, służenia światu nad religijnymi dyskusjami, mówienia prawdy nad konwenansami społecznymi i czynienia sprawiedliwości nad samozachowawczą "dobroczynnością". Bez równoważącej siły męskiej duchowość staje się zbyt kobieca (co w gruncie rzeczy tworzy nieprawdziwy obraz kobiecości!) i charakteryzuje się nadmiernym skierowaniem do wnętrza, koncentracją na relacjach i pogrążaniem się w trzęsawisku niejasnych emocji, gdzie religia pełni rolę kojącej lęki zabawki. Jest to skuteczna obrona przed jakąkolwiek podróżą w nieznane, która sprawia, że ciągle bronimy tego, co mamy. Jest to religia bez ryzyka, dokładne przeciwieństwo Abrahama, Mojżesza, Pawła i Jezusa.
W mojej skromnej opinii mężczyzny uważam, że duża część współczesnej wyszukanej religijności kręci się wokół tego, co nazywam "nijaką" religią. Jest to jeden z głównych powodów, dla których wielu ludzi aktywnych, podejmujących działanie i zmieniających rzeczywistość, zrezygnowało z przynależności do Kościoła i grup kościelnych. Kiedyś usłyszałem od pewnej bardzo przedsiębiorczej kobiety następujące słowa: "Po jakimś czasie czułam się zmęczona tym wewnętrznym żargonem, który wydawał się prowadzić donikąd". Nijaka religijność jest pułapką, w którą wpadają skupieni na sobie ludzie mający mnóstwo wolnego czasu i wygód. Ludzie ci przyjmują opcję, w której nic nie trzeba robić ani zmieniać i w której nie ma miejsca na pragnienie sprawiedliwości. Niezależnie od tego, czy tego rodzaju religijność przyjmuje formę konserwatywną, czy liberalną, staje się ona szczepionką przeciw wszelkim głębokim poszukiwaniom duchowym. Właśnie to nazywam "nijakością". Taki stan nie daje prawdziwej energii seksualnej ani życia.
Duchowość mężczyzn zachęca ich do podjęcia własnej, radykalnej, ewangelicznej podróży. Każdy mężczyzna ma własny unikalny początek, własny indywidualny styl i własne unikalne cele. W gruncie rzeczy zawsze podejmujemy taką podróż, ale teraz nie musimy mieć w tym celu żadnych usprawiedliwień ani wątpliwości, nie musimy naśladować naszych sióstr, a nawet naszych ojców. Wymaga to ogromnej odwagi i samokontroli. Taki mężczyzna żyje dla innych i ma tego świadomość. Nie potrzebuje on przepychać się, robić wrażenia na innych ani brać udziału w grach o władzę, które lubią inni mężczyźni, ponieważ jest on pewny swojej siły i spokojnie wierzy w siebie. Nie jest zadufany w sobie ani arogancki, on po prostu wie. Nie potrzebuje symboli statusu, ponieważ czerpie swoją tożsamość od Boga i z głębi siebie. Nie potrzebuje teczek ani bielizny z monogramem, czuje się pewnie i bezpiecznie w swojej tożsamości. Jest on panem swojej duszy i nie oddaje jej łatwo korporacjom, armiom, państwu ani powszechnie akceptowanym opiniom. Jego myślenie jest ponad podziałami partyjnymi.
Święty mężczyzna to człowiek, który tworzy spójną całość. Ma on zaufanie do swojej męskości, ponieważ doświadczył dobrej, męskiej części Boga, którą nazywamy "Ojcem". Ojciec dał mu poznać złość, pasję, moc i pewność. Kazał mu przez nie przejść i za to zapłacić. Udzielił mu swojego twórczego nasienia, swojego własnego rozstrzygającego słowa, swojego własnego oświecającego Ducha. Tacy mężczyźni czują się dobrze zarówno wiedząc, jak i nie wiedząc. Może im zależeć albo nie zależeć bez poczucia wstydu ani winy. Mogą podejmować działania, które nie przyniosą sukcesu, ponieważ znają swoje lęki i porażki. Nie potrzebują oni potwierdzać ani zaprzeczać, osądzać ani ignorować. Są wolni, tak aby bezkarnie robić wszystkie te rzeczy. Święty jest niezwyciężony.
Jestem przekonany, że istnieje wiele powodów, dla których potrzeba było tak wiele czasu, by ukształtowała się zdrowa duchowość mężczyzny. Państwom potrzebni byli konformiści i wyzuci z uczuć wojownicy, gdy tymczasem "święta Matka Kościół" potrzebowała dzieci podobnych do ludzi, których Jezus nazwał "oblubieńcami", a ja nazwałbym "mistykami". Jestem jednak przekonany, że istnieje bardziej fundamentalna przyczyna, dla której mężczyznom i kobietom nie udawało się pokochać i zaufać swojej męskiej energii. Mianowicie ogromna większość ludzi cywilizacji zachodniej cierpi z powodu czegoś, co nazwę w tej książce "raną ojcowską". Osoby dotknięte ojcowską raną nigdy nie miały kontaktu ze swoim ludzkim ojcem. Przyczyną mógł być brak czasu, brak wolności lub potrzeby, ale efektem są dzieci, które nie mają męskiej energii. Będzie im brakować pewności siebie oraz zdolności do działania i radzenia sobie. Nie będą ufać same sobie, ponieważ ojciec im nigdy nie zaufał. Boją się one, a czasem nawet nienawidzą, męskiej części Boga. Powody są zrozumiałe, ale straty nieobliczalne.
To, że Bóg objawił się jako Ojciec Jezusa, ma, między innymi, ogromną zaletę, ponieważ to właśnie w tym aspekcie większość ludzi jest zraniona i rozbita. Możemy powiedzieć razem z Filipem Apostołem: "Panie, pokaż nam Ojca, a to nam wystarczy" (J 14,8). Jestem pewien, że bez konfrontacji, doświadczenia i uzdrowienia tej rany większość mężczyzn będzie nadal wieść pseudomęskie życie wypełnione codziennymi interesami i brawurą, nieuczciwą mocą zamiast uczciwej bezsilności. A ich synowie i córki w kolejnym pokoleniu znów powtórzą ten smutny proces.
Dzisiaj zbyt wielu synów Boga jest pozbawionych godności, pewności siebie i prawdziwej mocy. Ich autorytet wewnętrzny jest mizerny i zwykle w zbyt dużym stopniu zależny od zewnętrznych autorytetów. Wyglądają jak prześladowcy, ale są przekonani, że to oni są prześladowani. My, mężczyźni, jesteśmy bardziej od kobiet podatni na fałszywe obietnice składane przez system i jesteśmy w nich skrajnie uwięzieni. Potrzebujemy prawdziwej przyjaźni między mężczyznami i kobietami, potrzebujemy również kobiecych aspektów naszej duszy; potrzebujemy ojców i braci; potrzebujemy dobrego Boga i jego męskich aspektów, by powrócić do życia wśród ludzi. Potrzebujemy samych siebie, swojego wnętrza. Ale potrzebujemy także działania w świecie. Jest to prawdziwy taniec.
W mitologii, literaturze i wielkich religiach świata mężczyzna duchowy dysponuje nadmiarem życia i wie o tym, nie przeprasza za to, aż wreszcie odkrywa, że nie musi go także chronić ani strzec. Nadmiar ten nie ma służyć jemu samemu. Ma służyć innym. Jego życie nie należy do niego. W jego życiu nie chodzi o niego samego. Chodzi o Boga.