Dzikość głębin - Kelly Anderson

Reflow text when sidebars are open.
ZACZYNA SIĘ OD KOŁYSANIA, które sprawia, że kojoty umykają w góry. Pszczoły miodne opuszczają ule, słysząc przenikliwe pieśni ptaków i ujadanie psów. Pod morskim dnem płyty tektoniczne obluzowują się i przesuwają.
Na falach radiowych wciąż rozbrzmiewa: Do wszystkich stacji. To nie są ćwiczenia. U wybrzeży Kolumbii Brytyjskiej, około stu pięćdziesięciu kilometrów na zachód od Tofino, stwierdzono trzęsienie ziemi o sile dziewięciu stopni. Należy natychmiast ewakuować wszystkie regiony wybrzeża. Nie zbliżać się do linii brzegowej. Podążać wyłącznie trasami ewakuacyjnymi. Powtarzam: to nie są ćwiczenia.
W północno-zachodnim regionie Pacyfiku wypiętrza się ciekła góra.
Kiedy fala atakuje ląd, rozdziera domy. Lampy odpadają od podwieszanych sufitów, meble odbijają się od ścian salonów. Czarne wiry pochłaniają zawartość lodówek. Skrzynki pocztowe, drzwi wejściowe i całe połacie asfaltu dryfują w białej pianie.
Rzeczy, których trzewia wodnej kipieli nie strawią, wyrzucane są z powrotem na brzeg: splątane lampki choinkowe, dzbanki na mleko, zdezelowane mikrofalówki. Przedmioty z zatopionych kontenerowców. Leżaki i pastelowe świeczki urodzinowe, samochodowe radia i omotane kablami budziki.
Ogłuszający ryk przechodzi w crescendo. W rwących potokach wody znikają walące się biurowce. Szkło pęka. Sygnalizatory świetlne, skrzypiąc, koślawią się w mackach oceanu. Szlam wdziera się na partery szpitali i wszystko pochłania.
Dryfujące ciała. Ludzkie istoty z połamanymi kośćmi, z oczami piekącymi od soli, wciągające w płuca morską wodę, uwięzione pod jej powierzchnią, pod wywróconymi pojazdami, oberwanymi konarami drzew. Ludzie na kolanach.
Ogólnokrajowe wiadomości donoszą: Katastrofalne w skutkach trzęsienie ziemi nawiedziło strefę subdukcji Cascadia dziś o godzinie dziesiątej pięćdziesiąt rano, wyzwalając tsunami wzdłuż zewnętrznej linii wybrzeża. Właśnie takiego wielkiego trzęsienia ziemi obawialiśmy się od dawna.
Ocean nazwie to pieśnią.
Zanim wróci do siebie, miną godziny. Zabierze, co zechce, przeobrażając się w nurt odpływu.
Potem nadmorskie miasteczka ucichną. Pozostaną tylko wydrążone skorupy budynków z ociekającymi dachami. Wybrzeże usiane martwymi meduzami, plastikowymi rurkami. Ptasimi piórami i kośćmi wielorybów.
Teraz
ANNIE MACLEOD nie słyszy morza.
Ciągnie łopatkę i białe plastikowe wiaderko pod pierzyną chmur, które nie chcą się rozejść. Brudne włosy targa wiatr, policzek znaczy smuga piasku. Kopie w poszukiwaniu małży. Jeszcze nie podchodzi do wody, mimo że od wydarzeń minęły cztery dni. Mimo że jej ciało domaga się tego wstrząsu, chłodu na skórze, zanurzenia się głęboko, by zniknąć. Fale załamują się i wracają w rytmie serca, który ona wytłumia, wciskając głębiej w uszy pomarańczowe zatyczki.
Ta plaża to wysypisko śmieci. Fale niosą pogubione klapki, kamyki zmieszane z odłamkami pleksiglasu, śliskie kartoniki po sokach z wciąż tkwiącymi w nich słomkami, dryfujące aluminiowe puszki i plastikowe spinki do włosów. Wzrok łowi błysk srebrnej łyżeczki - na trzonku ma delikatny grawer przedstawiający fazy Księżyca - wkłada ją do tylnej kieszeni obok kostki mydła, wciąż owiniętej w papier.
Jej babcia, Ruth, każdego dnia napomina ją, by bardziej się przykładała. Aby kopała aż do pierwszych łez. "Może wciąż są wśród żywych", mówi.
Piasek jest teraz wszędzie: na wzgórzu, choć to nie jego miejsce, i pomiędzy cedrowymi gontami, pełno go też w rynnach. Deszczówka będzie stopniowo wypłukiwać jego grudki z otworów wylotowych, usypując kopczyki. Utknął nawet w zakamarkach małżowin usznych Annie, przywarł do jej włosów, wbił się pod paznokcie. Nie mogąc nigdzie znaleźć obcinacza, chciała już nawet je poobgryzać, ale wtedy piasek byłby również w niej.
Choćby nie wiem jak próbowała się go pozbyć, wciąż znajduje kolejne ziarnka - w odpływie zlewu, przy szwach materaca, w szufladzie w tacce na sztućce, w miejscu na kciuk w kuchennej rękawicy Ruth.
Podobnie zachowuje się jej żałoba.
Jest we wszystkim, co zdoła zjeść, zgrzyta w zębach, nawet gdy potrawa smakuje. Annie zamiotła już całą podłogę, lecz znów pokrywa ją osad.
Dziewczyna zastanawia się, czy kiedykolwiek zdoła od nich uciec; czy miejsca, w których nigdy nie powinno być piasku ani żałoby, kiedykolwiek się od nich uwolnią.
Horyzont pozostaje pusty i surrealistyczny. Tylko przelatujące ptaki, zapach rozkładających się glonów, nakreślona na piasku linia wyrzuconych przez morze śmieci. Zbyt płaski teren mami wzrok.
Od jak dawna tu jest? Pewnie wiele godzin. Wiatr pali jej oczy, w brzuchu burczy, ramiona bolą. Sięga do zagłębienia po kolejnego małża, zatapia rękę w dziurze, gdy kątem oka mimowolnie dostrzega jakiś ruch. Małż umyka, zakopując się głębiej w błocie.
Siada obok wywróconego stołu piknikowego i obejmuje rękami kolana - lecz nie na tak długo, by zacząć o tym wszystkim rozmyślać albo znów się rozpłakać. Tylko na minutkę. Przemoczyła spodnie na tyłku, kleją jej się teraz do skóry, łyżka i mydło rozpierają tylną kieszeń. Nagle chmury się rozstępują, piasek zaczyna się mienić.
Za jej plecami rozlega się głuchy dźwięk: tudum-tudum.
Każde uderzenie rozciąga się na kilka leniwych sekund. Kolejne tudum sprawiają, że zapada się w sobie, jakby jej kości traciły zwartość, a mięśnie poddawały się i zapadały w jej wydrążone wnętrze.
Z oddali wyłania się jakiś kształt, porusza się wzdłuż piaszczystych łach. Annie wstaje, aby lepiej widzieć. To człowiek. Ale przecież od tsunami nikt nie zapuszczał się aż tak daleko od Hale's Landing, poza tym właściwie nikt nie przeżył.
Wyjmuje z uszu zatyczki i rozgląda się po niebie, wypatrując śmigłowca. Skanuje horyzont w poszukiwaniu podskakującej na falach motorówki. Czegokolwiek, co uzasadniałoby ten dudniący tętent.
Nie ma nic.
Odstawia wiadro i łopatkę i rusza ku temu człowiekowi, potem biegnie, z nieśmiałą nadzieją, że to jej mama albo tata. Że udało im się wrócić.
Ale to nie oni. To jakiś chłopak, albo może mężczyzna. Nie ma pewności. Jest całkiem nagi, trudno stwierdzić cokolwiek więcej.
Annie woła do niego:
- Halo...?
Nie odpowiada.
Podchodzi bliżej, aż staje tuż przed nim. Ma nie więcej niż dwadzieścia lat, jest niemal w jej wieku, ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, a jego mokre blond włosy migocą jak tafla wody.
- Skąd idziesz?
Jego pozbawiona piegów skóra budzi w niej odrazę. Wydaje się zbyt przezroczysta. Nie wygląda na rannego. Annie spodziewałaby się skaleczeń, zadrapań albo złamań. Gdyby fale najpierw go wciągnęły, a potem wyrzuciły na brzeg, powinien być ubrany.
- Nic ci nie jest? - pyta jeszcze raz.
On jednak nic nie mówi. Zaniepokojona jego nagością, milczeniem i brakiem zainteresowania czy wyjaśnień stara się nie zerkać na obnażone ciało. Chłopak kryje w sobie dziwną pustkę, jakby połowiczną obecność, patrzy gdzieś obok niej. W jego szarych tęczówkach w kolorze jeżowców pobłyskują smużki srebra.
Wzrok mu odpływa, gdy osuwa się na piasek i zwija jak embrion.
Annie kuca przy nim i mocno szarpie go za ramię. Jego skóra jest za gorąca. Ten sam głuchy łomot co wcześniej przelewa jej się przez palce. Znów nim potrząsa, łapie za nadgarstek i sprawdza puls. Jest tam: zbyt wolny rytm na koniuszkach jej palców. Fala rozbija się o jego twarz, lecz nawet to go nie cuci. Chwyta chłopaka za kolana i obraca na plecy. Będzie musiała go przeciągnąć w głąb plaży, nawet jeśli ostre kawałki plastiku, połamane muszle, odnóża krabów i kapsle od butelek podrapią galaretowatą skórę.
Nie ma wyboru.
Ujmuje go mocno pod ramiona. Nie wyglądał na aż tak ciężkiego, jego skóra jest gąbczasta, oślizgła, więc on wciąż jej się wymyka. Annie ciągnie mocno, aż wreszcie przesuwa go o metr czy dwa, ogląda się przez ramię i sprawdza, ile ich dzieli od suchego piasku, a potem znowu ciągnie, wygarnia spod niego odłamki i ciągnie dalej. Stęka. Jej myśli plączą się coraz bardziej. Ten hipnotyzujący rytm w jej ciele.
Dźwięk pnie się do góry i ich otacza. Annie i ten chłopak, sami na skraju niczego.
Dwadzieścia lat wcześniej
DOKTOR AIDEN MACLEOD nigdzie nie widzi lądu.
Z miejsca, gdzie stoi boso w kokpicie, we wszystkich kierunkach rozciąga się Pacyfik. Jest popołudnie i delikatne podmuchy wprawiają grotżagiel w trzepot. Woda marszczy się i mieni jak mozaika z cekinów.
- Za dużo o tym rozmyślasz - stwierdza Mara, trzymając w dłoni obieraczkę.
Jest w ósmym miesiącu ciąży, siedzi za nim po turecku, ubrana w jedną z jego starych koszulek i dół od kostiumu kąpielowego. Przed nią na drewnianej desce do krojenia mieni się łosoś.
- Może zdarzyć się coś nieprzewidywalnego. - Aiden chwyta ster. Już to mówił, nawet on słyszy, że powtarza się do znudzenia. - A sala operacyjna? Butla z tlenem?
- Chcę żeglować - stwierdza Mara i mu się przygląda.
On wyobraża sobie, jak dziecko rodzi się tutaj i wszystko idzie nie tak: poród pośladkowy, dystocja barkowa, potężny krwotok. Przenosi się w czasie, wraca myślami do nocy spędzonych na szpitalnych korytarzach, do zapachu jodyny i do tego uczucia, że trzeba ciągle biec, aby coś dogonić. Odwraca się w jej stronę.
- Nie wrócę do szpitala - mówi kategorycznie ona, choć gdy się podnosi, widać, że jest od niego niższa o prawie trzydzieści centymetrów. Staje na czubkach palców i splata dłonie za jego szyją. On wdycha zapach jej rozgrzanej słońcem skóry. - Już o tym rozmawialiśmy.
- Nie chcę tylko, żeby coś się wam stało.
- Nic nam nie będzie. - Jej głos jest jego kotwicą.
Kobieta całuje go i ociera się o zarost na jego szczęce, a potem znowu siada i delikatnie wsuwa czubek nożyka pod łuski, aby uwolnić różowe błyszczące mięso oraz zapach soli.
Ruth, matka Aidena, sądziła, że im się nie uda. Pięćdziesiąt kilometrów na wschód leży jego rodzinne miasteczko Hale's Landing, drogi ocienione rzędami sosen i cedrów tańczących w wiecznym deszczu. Przypomina mu się ten szczególny ton głosu Ruth, który odbija się echem jak w katedrze, w jego głowie.
Kiedy w zeszły wtorek zacumował rufą przy nabrzeżu Hale's, matka tylko cmoknęła go przelotnie w policzek i lakonicznie zwróciła uwagę, że na dnie łodzi łuszczy się farba, a potem popędziła do kliniki w tym swoim starannie wyprasowanym fartuchu. Pewnie waży teraz jakieś dziecko pod rażącymi w oczy jarzeniówkami, a jej podgumowane chodaki piszczą na wyszorowanym linoleum. Mimo że Aiden tam nie pracuje, jego lekarski dyplom wisi w jej poczekalni nad akwarium pełnym tropikalnych ryb; bąbelki powietrza unoszą się ku powierzchni i pękają tuż pod krawędzią grubej czarnej ramki.
Aiden nigdy nie polubił medycyny. W dzieciństwie, zanim nauczył się prowadzić samochód, pływał zardzewiałą rybacką łódką. Wstawał wczesnym rankiem, odczepiał cumy i wyruszał na silniku kanałem z wędką w dłoni. Tym, co kocha najbardziej, jest morze, poszarpane Północno-Zachodnie Wybrzeże w objęciach Pacyfiku: rytmiczne zapętlenie fal, euforia bezkresnego nieba, wirujące wzory pływów. To pozwala mu się wyplątać. Nie musi być niczym, czym nie jest.
Cztery lata temu towarzyszył Marze w szpitalu. Wszyscy zauważali, że była dziwna. Trochę nieokrzesana. Prawie się nie odzywała. Przy niej serce Aidena drżało - skórę miała bladą jak duch, a oczy szare jak głaz. Linia została nakreślona. Istniało to, co było przed Marą, i czas od jej spotkania. Niebawem kupili tę łódź i pochyłymi złotymi literami wymalowali na rufie imię Amfitryta.
Ona zawsze chciała mieszkać na łodzi, to była jedna z wielu jej osobliwości. Lubiła też pływać w środku nocy. W hebanowej wodzie oplatała go nogami, przyciągała do siebie i całowała jego rozchylone usta. Zawsze zostawała w wodzie dłużej. Śledziła fazy Księżyca, w leżącym na nawigacyjnym stole kołonotesie kreśliła mapy konstelacji.
Ruth tego nie pochwalała. "To niepraktyczne - napominała syna, porządkując w szafkach na tyłach kliniki plastry i strzykawki. - Zamieszkać na łódce po tym, ile poświęciłeś na studia, Aidenie? Pomyśl o wszystkim, co odrzucasz". Mocnym ruchem domknęła przeładowaną szufladę.
Wychowywany przez samotną matkę, Aiden jeszcze w wieku trzydziestu czterech lat nagina się do jej oczekiwań.
Mara kończy patroszyć rybę i dzieli ją na zgrabne filety na grilla. Schodzi pod pokład wyszorować deskę do krojenia i umyć ręce. Nawet w zaawansowanej ciąży porusza się tak, jakby płynęła w powietrzu. Skąd w niej ta lekkość? Skądkolwiek się wzięła, Aiden czuje, że im więcej czasu spędzają razem, tym bardziej udziela się ona również jemu.
Gdy wraca na pokład, jej skóra promienieje światłem. Przykłada ciepłe palce do jego twarzy i znów go całuje.
- Zaufaj mi - mówi.
Więc jej ufa. Ramiona odprężają się. Czuje, że ją kochał, zanim się poznali; choć to nielogiczne, ma wrażenie, jakby znał ją od zawsze. Światło niknie, pozwalając niebu spłonąć zachodem słońca. Noc rozwija konstelacje, a ona nie potrafi oderwać od nich wzroku.
Miesiąc później Mara przechadza się pod pokładem w rytmie skurczów. Aiden objął wachtę, schodzi do kajuty i z niej wychodzi, i znowu: schodzi i wychodzi. Na szczęście nie ma wiatru. Morze jest płaskie jak naleśnik. Twarz przyoblekł w maskę spokoju.
Używa przenośnego dopplerowskiego USG, aby wsłuchiwać się w tudum-tudum-tudum, rytmiczne tętno płodu. Mara nie chce dopplera. Ogania się od niego, lecz Aiden nalega, jego czoło znaczy grymas niepokoju.
Mara chce urodzić, pływając.
- To środek Pacyfiku. - Aiden oponuje łagodnie, nie podnosząc głosu.
- Ludzie od zawsze rodzili w wodzie - nuci ona.
Kładzie dłoń na jej brzuchu.
- Jest bardzo zimno.
Nie ma jednak sposobu, aby ją powstrzymać. Po chwili, już w wodzie, kładzie się na plecach i unosi na falach. Ból odpuszcza, skurcze łagodnieją. Stojąc na drabince przy burcie, Aiden wyciąga w dłoni dopplera i przytyka go do jej brzucha, a ona pływa. Tudum-tudum-tudum wciąż słychać wyraźnie. On wpatruje się we wskazania tętna. Ona wpatruje się w Księżyc.
- Już pora. - Mara ociera górną wargę i odgarnia sobie włosy z oczu.
- Wróć na pokład. - Aiden wyciąga ku niej dłoń. - Tu nie będę nic widział.
Kręci głową.
Zmarszczka na jego czole pogłębia się. Zastanawia się, co dalej. Mara nie ustąpi - na tyle ją zna. Zdejmuje więc buty i majtki, ciska je na kokpit, chwyta kamizelkę ratunkową i linę. Przywiązuje się do uchwytu na rufie, po czym wślizguje się w kąsającą zimnem słoną wodę.
- Jezu... - wzdycha.
Mara wodzi nieprzytomnym wzrokiem.
- Musisz podpłynąć tu bliżej, Maro. - Chwyta ją za przedramię i przyciąga do drabinki, aby mogła wsunąć się na środkowy stopień. - Przełóż ręce przez uchwyty.
Robi to.
Będzie musiał jakoś unosić się w wodzie przed nią, kiedy ona prze. Klnie pod nosem. To ostatnie miejsce, w jakim spodziewałby się przyjmować poród, i to jeszcze własnego dziecka. Ona zapiera lewą łydkę o jego prawą pachę, lina ich trzyma, on dryfuje między nogami Mary.
- Już czas - szepcze ona, ledwo słyszalnie.
Aiden nic nie widzi w mętnej toni; będzie musiał jej pomóc na wyczucie. Kołysze się więc, szeroko rozstawiając stopy na najniższym szczeblu drabinki, dłonie trzyma między jej nogami. W blasku świateł pozycyjnych łodzi widzi, jak rysy jej twarzy wyostrzają się, emanują czerwienią.
- Oddychaj - prosi ją.
Mara zapiera prawą stopę na jego ramieniu i prze. On modli się, aby liny ich utrzymały, podczas gdy ona zwija się z bólu przy drabince.
- Dobrze ci idzie - zapewnia.
Jej kolejny jęk jest długi, pierwotny.
Zapach krwi i morskiej wody. Aiden wyczuwa główkę, a potem kruchy bark. Ramionko. Ciepłe ciałko wślizguje się wprost w jego wyczekujące dłonie. Wstrzymuje oddech, dopóki dziecko - na jego roztrzęsionych, skostniałych rękach - nie wyłoni się na powierzchnię.
To dziewczynka. Łapie haust powietrza, a potem kwili.
Mara ma łzy w oczach.
Annie zrodziła się dla morza. Aiden znów może oddychać. Gdy spogląda na córkę, zastanawia się, czy cały sens jego istnienia przelał się właśnie w to drobne ciałko.
Gdy Annie kończy trzy lata, już nad nią nie panuje.
Dali radę odchować ją na pokładzie Amfitryty. Zamontował siatki dokoła relingów, a do masztu przywiązali uprząż zapewniającą jej bezpieczeństwo. Gdy morze jest niespokojne, zamykają barierkę przy koi.
Annie nie zamierza jednak w niej siedzieć; pragnie czuć niespokojny wiatr i mżawkę słonej wody. Tej zimy, gdy zrywa się szczególnie gwałtowany huragan, domaga się, by pozwolili jej zostać na pokładzie. Śmieje się z całego serca i chce więcej, gdy łódź pnie się po falach i z nich spada.
Ma silne i szybkie nogi, zawsze w ruchu. Kiedy nadchodzi wiosna, ganiają się z Aidenem po kei, pod ich stopami migają niebieskozielone algi. Na skraju skalistego basenu pływowego odkrywa różowo zwieńczone anemony. Unoszą czułki, jakby prosiły, żeby ich dotknąć. Dalej spotyka maciupeńką ośmiorniczkę - Annie otula ją dłońmi i podnosi, podwójny rząd przyssawek przywiera do jej skóry. Całymi dniami bawi się na brzegu. W jej wiaderku roi się od pręgowanych muszli ślimaków oraz jeżowców zwanych piaskowymi dolarami. Kraby truchtają bokiem, bez końca grając z nią w złap mnie i wypuść.
Gdy nie ugania się po plaży, Annie pływa. W tym roku pierwszego dnia lata pelikany brunatne krążą nad ich głowami, gdy razem z Marą unoszą się na plecach na wodzie pod bezkresem nieba.
- Wracajcie na pokład! - nawołuje Aiden, a jego głos niesie się po falach. - Kolacja stygnie.
Lecz one nie wracają. Ochlapują go tylko, uśmiechnięte od ucha do ucha. Woda ścieka z ich złotych włosów.
Aiden i Mara wiążą koniec z końcem, sprzedając to, co złowią, handlarce ryb przy kei Hale's. Rosie od lat stoi niezmiennie za tą samą drewnianą ladą, którą Aiden pamięta z dzieciństwa, jakby w ogóle się nie starzała. Farbowane na czarno włosy zawsze wiąże w kucyk, sztywny od lakieru. Może i kiedyś zamiast brudnego fartucha nosiła czystszy i bielszy, za to tak samo odpływa myślami przy kasie. Jej mąż John sprzedaje Aidenowi rybę z frytkami przez okienko na tyłach kuchni: owinięty w gazetę smażony dorsz i plastikowy pojemnik sałatki coleslaw, obficie zaprawionej majonezem.
Poza tym rzadko schodzą na brzeg. Kiedy kupili Amfitrytę, Aiden zastanawiał się, czy poczuje niepokój bez domu o stabilnych fundamentach i ścianach, z określoną powierzchnią wyrażoną w metrach kwadratowych. Może powinni kupić większą łódź? Sprzedał samochód, pozbył się części swojej kolekcji kryminałów - zostawił sobie tylko parę tomów mieszczących się obok koi - i rozdał nadmiar ubrań. Czasem tęskni za dużą lodówką i toaletą ze spłuczką, jednak koniec końców to na Amfitrycie czuje się bardziej w domu niż w którymkolwiek z budynków, w jakich dotąd mieszkał. Z Marą i Annie na pokładzie ta łódź jest wszystkim, czego potrzebuje.
Pewnego upalnego dnia w środku lata Aiden rozmawia z Ruth na plaży nieopodal Hale's Landing. Słońce świeci na nich z góry, przypiekając czubek jego głowy. Annie od paru godzin w kółko skacze z brzegu do wody. Właśnie znów nurkuje, tym razem po to, by wyciągnąć z dna rozgwiazdę. A potem odłamek skały pokryty rogatymi pąklami.
Aiden z Ruth ochają i achają nad jej znaleziskami.
- Chodź, załóż to! - woła Ruth, wyciągając dłoń z jaskrawozieloną maską do nurkowania. - Będziesz lepiej widziała! - Maska huśta się na jej palcach.
Annie omiata ją wzrokiem, po czym zwinnie schodzi z powrotem pod wodę.
Nieopodal spaceruje para staruszków. W dopasowanych wiatrówkach i śnieżnobiałych butach do biegania wyglądają na turystów, w dłoniach trzymają lody włoskie w wafelkach.
- Ależ ona świetnie pływa. Takie dziecko! - Kobieta nie może wyjść z podziwu. Zlizuje z palców topiące się lody.
- To mała rybka. - Aiden się uśmiecha.
- Uważam, że powinniście nakłonić ją do noszenia kamizelki ratunkowej - zaznacza Ruth, gdy Annie kuca pod powierzchnią i znika z widoku.
Aiden chrząka, jak ma w zwyczaju, gdy nie wie, co powiedzieć.
- Ocean to żywioł - naciska Ruth. - Lepiej się zabezpieczyć.
Nieco później Aiden próbuje wpakować małą w kapok, lecz Annie odmawia i nurkuje z powrotem. Ojciec goni ją pod wodą przez las krasnorostów, ich szmaragdowozielone liście tańczą w rytmie pływów. Dziewczynka znika mu jednak gdzieś w smudze bąbelków. Płynie szybciej i wynurza się sporo dalej, niż on zdołałby dotrzeć. Potrafi znacznie dłużej od niego wstrzymywać oddech.
Teraz
ANNIE ZOSTAWIA CHŁOPAKA na plaży.
Po kilku minutach wraca z Ruth, ubraną w wypłowiałą bluzę z Vancouver Aquarium, w zabłoconych gumowcach, z przerzuconą przez ramię apteczką. Schodzą po sznurkowej drabince, którą splotły, by móc dostać się ze skarpy na plażę. Na dole Ruth lustruje chłopaka od stóp do głów, po czym klęka przy nim na piasku i przykłada dwa palce do jego szyi.
Annie czuje się dziwnie, gdy się tak w niego wpatruje, lecz nie potrafi przestać. Delikatne włoski na jego ramionach... czy były tam wcześniej? Teraz skóra wydaje się mocniejsza, jakby gęstsza. Bardziej przypomina skórę niż półprzezroczysty papier ryżowy. Jej wzrok wędruje dalej, ku ostrym liniom szczęki i długiemu, wąskiemu nosowi.
- Jest puls - stwierdza Ruth, kiwając głową. - Obróćmy go na bok.
Okrywa chłopaka polarowym kocem, który zabrała ze stojącego obok drzwi frontowych cedrowego kufra; tego samego, na którego otwarcie Annie za każdym razem musi się przygotowywać, tego z ubraniami jej taty i ich delikatnie rybim zapachem.
Ruth nakłada na lewy palec wskazujący chłopaka zacisk pulsoksymetru. Jego dłonie są wielkie i gładkie. Czujnik piszczy, na ekranie wyświetla się odczyt: 99 procent, puls 32 na minutę.
- Zbyt wolny - zauważa Annie.
Ruth milczy.
- Może coś źle się zmierzyło. - Przetrząsa torbę, szukając stetoskopu, przykłada głowicę do jego piersi i wsłuchuje się w odgłosy serca oraz płuc, zapętlone w serii powtórzeń.
Dudnienie, które słyszała wcześniej, znów jakby powróciło.
- Słyszysz ten dźwięk? - pyta ją Annie.
- Jaki dźwięk? - Ruth przechyla głowę, ale wciąż ma w uszach słuchawki stetoskopu. - Musimy zabrać go na górę, do domu - oznajmia.
- Dziewięć metrów w górę stoku? Jest za ciężki.
- Nie możemy go tu zostawić - stwierdza po prostu Ruth. - Potrzebuje kroplówki. Pewnie jest odwodniony. I w hipotermii.
- Ale jego skóra jest przecież rozpalona.
Ruth wyciąga z torby termometr i wkłada mu go do ucha. Liczby rosną, aż zatrzymują się na 39,5 stopnia Celsjusza.
- Gorączkuje - mówi, po czym odkłada naraz cały swój sprzęt.
- Dlaczego ma gorączkę?
Oddech Ruth rwie się, kobieta nagle blednie, jej twarz pod wyniosłymi kośćmi policzkowymi przybiera barwę popiołu. Wzrok się szkli.
Annie dotyka jej ramienia.
- Wszystko w porządku?
Ruth odwraca wzrok, wpatruje się w ocean, jakby zapomniała, co robiła przed chwilą. Annie bezwiednie podąża za jej spojrzeniem, nie może się oprzeć kolejnej fali nadziei. Nagle Ruth gwałtownie odwraca się tyłem do morza.
- Gdzieś w szopie mam stare nosze - rzuca chrapliwym głosem.
- Miałaś wrażenie, że widzisz mamę i tatę?
Ruth pochyla się ku Annie i kładzie dłoń na jej udzie.
- Nie, kochana.
- Kiedy patrzę na ocean, nie mogę pozbyć się wrażenia, że ich widzę.
- Bo nie da się myśleć inaczej - podsumowuje Ruth.
Dziewczyna mocno zaciska powieki. Znów jest pośrodku tsunami, w mrocznych otchłaniach, których nigdy nie zdoła przepłynąć. Ziemia usuwa jej się spod nóg, prąd wsteczny szarpie ją za łydki. Chmury gęstnieją i napierają na ramiona.
Głos Ruth powstrzymuje niebo przed upadkiem.
- Możemy go przywiązać do noszy i wciągnąć na skarpę wyciągarką do łodzi.
W świecie Annie wyciągarki nie mają teraz znaczenia, w ogóle nie istnieją.
- Kiedy pierwszy raz go zobaczyłam, też mi się zdawało, że ich widzę - szepcze.
Ruth jej nie słyszy.
- Weźmiemy te stare nosze.
Dziewczyna z wysiłkiem kiwa głową; czy rzeczywiście nią kiwa? Wciąż ma zamknięte oczy i odrętwiałe ciało.
Lecz dudnienie powraca. Przenika jej stawy, niesie się od stóp, przez kolana, aż do bioder. Panika stopniowo ustępuje. Powietrze odnajduje drogę do płuc.
Ruth już wspina się po drabince. Jest niemal na szczycie, gdy nogi Annie znów zaczynają współpracować.
Pół godziny później chłopak leży przywiązany do pomarańczowych noszy. Z dziesięć lat temu skończyły służbę w jedynej karetce w Hale's Landing, lecz Ruth nigdy nie wyrzucała niczego, co może się jeszcze przydać, na przykład do wciągnięcia chłopca o gąbczastej skórze kilka metrów po skarpie. Obie kobiety mocują się z nim, stękają, podnosząc go, i pocą się, dźwigając go na zmianę, gdy ta druga próbuje złapać oddech. Modlą się, by nosze wytrzymały, z nadzieją, że węzły nie puszczą, dopóki nie przeniosą chłopaka na stały grunt.
- Ty nie słyszysz tego dźwięku? - pyta znowu Annie, gdy w końcu udaje im się przenieść nieznajomego o patykowatych rękach i nogach przez drzwi wiodące do dużego pokoju ich chaty.
- Nie słyszę czego? - Ruth jest cała spocona, oddycha znacznie ciężej niż Annie.
- To brzmi jak nucenie. Przychodzi i odchodzi.
Annie spogląda na swoje stopy i wypaczone od wilgoci deski w podłodze u Ruth, a potem unosi wzrok i widzi żarówkę, która już nigdy nie zaświeci. Ale to nie stąd dochodzi ten dźwięk.
Przypomina skrzypcowy akord o niskim tonie. Albo skrzeczące szpaki - ich mieniące się czernią skrzydła trzepoczą unisono.
Wszystkie typowe hałasy ucichły.
Gdzieś znikąd napływa głos taty ze wspomnień Annie. "Słonie słyszą nogami". Zawsze próbował zrozumieć, jak porozumiewają się te zwierzęta: poprzez przenoszone w czasie i przestrzeni wibracje. Uwielbiał o tym opowiadać za każdym razem, gdy jego stopy dotykały suchego lądu. "Nasłuchują wzajemnie swoich kroków. W ten sposób nawiązują kontakt pomimo ogromnych odległości. Ziemia przenosi wibracje".
Jego głos odpływa; pozostaje kojący, pulsujący pogłos. Annie wyczuwa w kieszeni zatyczki do uszu, gnieżdżą się tam razem z łyżką oraz mydłem. Pierwszy raz od wielu dni nie czuje potrzeby, by je wkładać.
- Dajmy go na kanapę - dyryguje Ruth.
Przyniosła z łazienki kolejne medykamenty: kroplówkę, igłę, gumową opaskę uciskową, którą zakłada mu na biceps, podczas gdy Annie na powrót otula go kocem. Ruth rozrywa zębami opakowanie z nasączoną alkoholem gazą i przeciera od wewnątrz przedramię chłopaka, a potem je oklepuje. On nawet nie drgnie.
Krew, która wpływa przez igłę, ma niebieskawy odcień.
- Nie powinna być czerwona? - dziwi się Annie.
Ruth dalej działa, marszczy brwi, jej policzki wciąż nie odzyskały naturalnej barwy. Przykleja do przedramienia chłopaka wlew kroplówki, zawiesza worek na stojaku z lampy. Reguluje przepływ, po czym kręci głową.
- Niedotleniona krew jest niebieska... Ale i tak nie mam dla niego tlenu. Pulsoksymetr wciąż wskazuje dziewięćdziesiąt osiem procent.
- Co zrobimy? - pyta Annie.
- Zrobiłyśmy już wszystko, co mogłyśmy. - Ruth wzrusza ramionami. Wstaje i wychodzi do kuchni. Po chwili dobiega stamtąd brzdęk garnków. - Czy możesz mi przynieść małże?
- Co?
- Z plaży.
Jak może w takim momencie szykować jedzenie? Ruth zawsze była bardzo rzeczowa, ale teraz wszystko się zmieniło, czy ona tego nie czuje? Ten nieprzytomny chłopak na kanapie. Niebieska krew. Potężny pomruk, jakby przypominający nucenie wydech. Rodzice. Zabieranie się teraz za gotowanie obiadu wydaje się nie na miejscu.
Ale ona już dzierży w dłoniach żeliwny gar. Unosi brwi i dopóty patrzy znacząco na Annie, dopóki ta się nie ruszy.
Na zewnątrz niebo się przejaśnia. Wiatr czmycha przez krokwie ganku, pomiędzy wyblakłymi bojami, które wiszą tam od dziesięcioleci. Trącają się wzajemnie, poruszane bryzą. Annie targa wiadro z plaży i stawia je na trawniku, przy ręcznej pompie - kolejnym relikcie, z którym Ruth nie potrafiła się rozstać, choć nie zakładała, że jeszcze kiedyś się przyda.
Annie musi uwiesić się całym ciałem na dźwigni, by ją poruszyć i napełnić wiadro. Ostrą szczotką czyści skorupki omułków z piachu i pąkli. Kiedy skupia się na ruchach swoich dłoni, jest w stanie je wykonywać. Czyli: jest w stanie żyć dalej. Kieruje uwagę ku drobnym czynnościom, chwila-po-chwili. Nie myśl o mamie i tacie ani o atramentowej wodzie połykającej żaglówki. Obserwuj, jak ostre kawałki odrywają się od muszli. Przyglądaj się, jak piasek opada na dno wiadra.
Lecz melodyjny dźwięk znów ją dosięga i absorbuje.
Natychmiast się w nim zatraca. Fale w kolorze indygo kołyszą ją na boki, wciąga głęboko do płuc aromat wiatru. Czuje, jak przestrzeń pod jej żebrami wypełnia nowy rodzaj ciepła.
- Annie? - Ruth niecierpliwi się w kuchni.
- Idę! - odkrzykuje odruchowo. Co się z nią dzieje? Podnosi wiadro. Schody na ganek skrzypią jak zawsze. Odpycha drzwi z moskitierą.
- Możesz już je wrzucać. - Ruth wskazuje ustawiony na piecu na drewno garnek z wrzątkiem. Parę kropli skwierczy na fajerce.
Krzątają się obok siebie. Ruth wciąż na nowo sprawdza chłopakowi puls i pstryka w kroplówkę, aby uwolnić uwięziony bąbel powietrza, potem kroi cebulę i główkę czosnku wyjęte z niedziałającej lodówki. Annie rozgrzewa patelnię, by je podsmażyć. Wrzucone do wrzątku omułki otwierają się z trzaskiem. Gdy wszystko jest gotowe, Annie wrzuca kolejne składniki potrawy do wyjętych z kredensu obtłuczonych ceramicznych misek.
Jedzą, siedząc obok siebie na podłodze. Podparty na kozłach stół jadalniany leży na boku, w rogu, gdzie Ruth starała się naprawić jego połamane nogi i zeskrobać z blatu naniesiony wraz z morską wodą osad.
Chłopak się nie wybudza.
- Może w trakcie tsunami uderzył się w głowę - zastanawia się Annie.
Ruth przesuwa językiem po dolnej wardze.
- Może. Ale kończy mu się czas. To już cztery dni.
- Jak sądzisz, co się stało?
- On już się nie ocknie. Tak właśnie sądzę. Powinnyśmy go w coś ubrać, nocą przyjdzie chłód.
Wyciąga z kufra parę starych sportowych szortów i niebieską koszulkę z długim rękawem. Annie dźwiga jego nogi, przekłada kroplówkę przez rękaw, a Ruth naciąga ubrania we właściwe miejsca.
- Pewnie w tym tygodniu wyrzucało takich ludzi na plaże na całym wybrzeżu.
- Masz na myśli ciała - prostuje Annie, nim zdąży się powstrzymać.
- Ci, którzy jakimś cudem przetrwali, byli zdani tylko na siebie.
- Myślisz, że przyjdzie jakaś pomoc?
- Jesteśmy daleko - mówi Ruth, tak jakby to cokolwiek wyjaśniało i jakby nie było nic więcej do dodania.
Światło dnia zamienia się w cienie. Annie pragnie skulić się obok chłopaka, na podłodze przy kanapie. Blisko niego dźwięk słychać wyraźniej; pasma tonów, niektóre głośniejsze, inne cichsze, kłębią się nieopodal miejsca, w którym siedzą.
Gdy się w nie wsłuchuje, z niewiadomego powodu koją przeszywający ją ból.
- Rano też tutaj będzie - mówi Ruth, jakby czytała jej w myślach. - Sprawdzę w nocy jego parametry życiowe.
W końcu Annie z ociąganiem rusza korytarzem do własnej sypialni. Wyciąga z kieszeni łyżkę z fazami Księżyca i opakowanie mydła, układa je w szafce na pustej półce, a potem wchodzi do łóżka. Od kilku dni nie spała. W najmroczniejszych godzinach dopada ją zniechęcenie. Kiedy zamyka oczy, widzi czarną falę, która pochłania wszystko.
Wpatruje się w ciemne zakątki pokoju. Silikonowe uszczelnienia popękały i się łuszczą. Na wysokości kolan - tam, dokąd sięgnęła woda - ciągnie się słona linia, zaburza wzór na tapecie. Zatęchłe powietrze dusi pleśnią, wilgotna pościel klei się do ciała. Dziewczyna wciąż nie nawykła do spania na stałym lądzie. Pragnie, by Amfitryta ukołysała ją do snu, pragnie znów być metr od rodziców.
Sięga obok materaca, unosi z podłogi różową muszlę. Należała do kolekcji Ruth, zdobiła blat w łazience. Po tsunami Annie odnalazła ją w mule w kącie za toaletą.
- Słyszę, jak do mnie szepczesz - mawiała jej mama, wsłuchując się w muszle.
Jak długo może szeptać muszla? W dzieciństwie Annie wierzyła, że jeśli zbyt długo przebywa z dala od wody, dźwięk stopniowo słabnie, aż w końcu zanika i wcale go nie słychać. Nie mogła znieść myśli, że ich pieśń mogłaby się wyczerpać, jak paliwo w zaburtowym silniku. Dlatego co jakiś czas pakowała muszle Ruth do koszyka na kółkach i ciągnęła je na wybrzeże, żeby wzmocniły swoje wewnętrzne oceany. Dzięki temu ich pieśń nigdy nie cichła.
Annie przewraca się na plecy, różową muszlę kładzie obok siebie na poduszce. Nie ma już siły jej słuchać.
Pulsujący dźwięk wciąż jej towarzyszy, mimo że chłopak leży na drugim końcu korytarza. Może nie śpi? Czy nie brakuje mu koców? Annie chciałaby tam pójść i jeszcze raz na niego spojrzeć, ale powieki bardzo jej ciążą. Umysł się wycisza. Dlaczego myśli nie wirują tak jak wcześniej?
Układa się wygodniej na materacu i rozluźnia, wędrując na skraju snu i jawy.
Teraz czuje pulsowanie pod sobą.
Wcześniej
GDY ANNIE MA SZEŚĆ LAT, z początkiem września Aiden wynajmuje miejsce na kei w Hale's Landing. Dziewczynka mocno ściska liny, którymi Amfitryta zostaje przycumowana do pomostu. Zwykle kotwiczyła przy boi w zatoczce Ruth, gdzie może tańczyć na wodzie, jak tylko zechce, i nie jest skrępowana jak tutaj. Odbijacze głucho uderzają o pomost. Annie, skulona w koi na rufie, podsłuchuje rodziców rozważających posłanie jej do szkoły.
- Chodzi o to, co dla niej najlepsze - waży słowa Aiden. - W trakcie roku szkolnego moglibyśmy cumować tutaj. Pozwólmy jej zapuścić jakieś korzenie.
- Wolałabym mieć ją przy sobie - waha się Mara. - Z nami, na wodzie.
- Nie możemy trzymać jej wiecznie w odosobnieniu.
- Tylko na razie.
Ruth wchodzi na pokład, by zjeść z nimi późną kolację, pieczonego łososia. Annie powinna już spać, lecz słyszy nalegania Aidena. Ruth wtrąca między jednym kęsem a drugim:
- Ona potrzebuje nauczycieli.
- Nie chcę, żeby zapomniała o tym wszystkim - oponuje Mara.
- Nauczy się innych przydatnych rzeczy... - perswaduje Ruth.
- A tego też nie zapomni - dodaje Aiden.
Zapada długa cisza. W końcu Mara ulega.
- Możemy spróbować - mówi bez przekonania.
- Zobaczymy, czy to dobry pomysł. Jeśli się nie sprawdzi, pójdziemy za twoim instynktem - łagodzi Aiden. - Jak zawsze.
PIERWSZEGO DNIA prowadzi Annie na wzgórze, mocno ściskając jej rączkę. Fasada szkoły jest ceglana, czerwona; z kruszących się fundamentów tu i tam wyzierają kępki trawy. Na tyłach widać dobudówkę: cztery salki obite beżowym aluminiowym sidingiem poprzedzielanym regularnie rozmieszczonymi kwadratowymi oknami. Przez środek aż do tylnych drzwi biegnie wąski korytarz.
- Od czasów mojego dzieciństwa nic się tu nie zmieniło. - Aiden opiera dłoń o futrynę frontowych drzwi.
Stojący w rogu sekretariatu wiatrak ciężko mieli powietrze. Annie czuje zapach kleju i pasty do podłóg. Kobieta za biurkiem trzyma w zębach ołówek. Bierze go do ręki i wertuje zeszyt.
- Annie MacLeod - przedstawia córkę Aiden.
Tamta nie podnosi wzroku. Sunie palcem w dół po liście, odznacza kolejne okienka, potem zerka na dziewczynkę ponad rantem szkieł okularów.
- Klasa pani Penn, ostatnia sala po lewej - informuje sucho.
Salka jest mała i kolorowa. Ławki ustawiono w rzędy, a pani Penn siedzi z przodu w kremowym fartuchu.
Gdy dostrzega Annie i Aidena, podchodzi do nich.
- Jak masz na imię? - pyta, kucając przy małej.
- Annie.
- Usiądź, gdzie masz ochotę, Annie - mówi, po czym wręcza jej niebieski zeszyt i żółty ołówek. - Z doświadczenia wiem, że lepiej, jeśli nie będziesz się ociągał - zwraca się do Aidena i ruchem dłoni wygania go za drzwi.
Annie zostaje sama. W końcu wślizguje się na jedno z połączonych z ławeczkami krzesełek w tylnym rzędzie, zapędzona w róg jak krab pustelnik. Gdy poprawia się na krześle w poszukiwaniu odrobiny wygody, mebel skrzypi. Czuje zapach ołówkowych strużyn. Niedługo do sali napłynie strumień dzieci.
Zegar tyk-tyk-tyka, tumult setki stóp odbija się echem od ścian. Jakieś dziecko nosi wodoodporne spodnie, które szeleszczą, gdy chodzi. Bulgotanie w grzejniku budzi w Annie lęk. Głos pani Penn brzmi zbyt piskliwie, kiedy zagania dzieci na odpowiednie krzesełka w gwarze dobiegających z korytarza krzyków.
Annie wciska dłonie w kieszenie i czuje kojącą szorstkość piasku.
Pani Penn staje z przodu klasy i o czymś opowiada. Kreda skrzypi po tablicy. Dziewczynka z dobieranymi warkoczykami dociska mazak tak mocno, że ten aż piszczy. Rudowłosy chłopiec obok niej ciągnie suwak swetra.
Annie wyjmuje ręce z kieszeni i podnosi swój ołówek. Jej palce nie czują się pewnie. Próbuje skupić się na kształcie liter, skoncentrować wzrok na chybotliwych liniach w zeszycie.
Jej uwagę przyciąga lepka plama na blacie. Krzesło jest za twarde. Mewy nawołują się za oknem. Nawet jeśli pani Penn wciąż mówi, jeśli wydaje kolejne polecenia, Annie już ich nie słyszy. Zagubiła się w tej kakofonii. Inne dzieci przeniosły się na tęczowy dywan, to pora na bajkę. Ona siedzi sztywno w ławce, mocno ściska krawędzie krzesełka.
Tuż przed nią zatrzymuje się jakiś chłopiec. Ma kręcone włosy w najciemniejszym odcieniu brązu, oliwkową skórę i krzaczaste brwi.
- Nic ci nie jest? - Jego głos jest najdelikatniejszym dźwiękiem w tym pomieszczeniu.
Annie udaje się na niego spojrzeć, lecz nie odpowiada. Chłopiec ma oczy w kolorze czekolady.
- Ej, Evan, to wariatka, jak jej mama - kpi z niej rudzielec, też podchodząc do jej ławki.
Annie sztywnieje, zalewa ją fala gorącego wstydu. Co on ma na myśli? Mara jest planetą, po której orbicie przemieszcza się ona.
- Przestań, Liam - strofuje go brązowooki i zasłania Annie własnym ciałem.
Liam szybko sięga obok niego i trafia ją w ramię.
Chłopiec o czekoladowych oczach odpycha go tak mocno, że tamten leci na plecy.
Pani Penn już nadciąga.
- Evan! - Jedną ręką chwyta Evana za łokieć, a drugą stawia na nogi Liama. - To, że nazywasz się Hale, nie oznacza, że wolno ci robić, co zechcesz!
Evan Hale wpatruje się w Annie tak, jakby pani Penn nie istniała.
Annie lecą łzy, nieproszone, słona woda krwawi na jej zeszyt. Dzieci na dywanie gapią się, wytykają ją palcami. Szepczą do siebie w bajkowym kręgu. Ich śmiech przelewa czarę goryczy.
Kuli się pod ławką, zatyka uszy i zamyka oczy, zwija się w najmniejszy kłębek, jak tylko potrafi, i tam pozostaje.
MARA JEST JUŻ wówczas w połowie drogi do szkolnego budynku. Jej ścieżka jest tak precyzyjna, jakby już wcześniej nią chadzała. Nie zatrzymuje się przy wejściu, nie przystaje obok sekretariatu, nie pyta, gdzie jest Annie.
Znajduje ją pod ławką, gdzie mała wciąż zakrywa uszy dłońmi. Krąg sześciolatków gapi się na nią, a pani Penn próbuje im czytać.
Annie nigdy nie zadawała sobie pytania, skąd jej mama zawsze tak świetnie wie, gdzie dokładnie ona się znajduje.
Mara namawia ją do wyjścia, głaszcząc po mokrym od łez przedramieniu. Jej obecność koi chaos, tłumi hałasy. W końcu Annie siada i otwiera oczy. Mara podnosi ją z podłogi i tuli w ramionach. Odstawia ją na ziemię dopiero na plaży, obok promenady. Potem zdejmuje jej buty i skarpetki, ściąga gumkę z ciasno splecionego warkocza i palcami rozczesuje jej długie brunatne włosy.
Annie podskakuje na piasku, znów razem z zakopującymi się krabami, wśród morskich gąbek, które zasysają i oddają wodę. Znów w basenach pływowych razem z ciekawskimi płotkami. Jej ukochane delikatne jeżowce zwane piaskowymi dolarami moszczą się w miękkim gruncie. Znajduje rozgwiazdę i żali się jej, co się wydarzyło w klasie. Płacze do ostatniej łzy.
Opowiada też o chłopcu o czekoladowych oczach.
A potem gna boso po zimnych, słonych skałach.
W końcu siada Marze na kolanach w kokpicie Amfitryty. Jej mama nuci piosenkę. Świat znowu jest taki, jaki być powinien, znów delikatnie szumi. Wróciła na swoją orbitę.
Nim nadejdzie kolejne popołudnie, Amfitryta wypływa na otwarte morze. Annie dryfuje na falach pod błękitem nieba. Pod nią rozciąga się głębia.
Teraz
ANNIE SIĘ BUDZI.
Szuka dłonią cedrowej boazerii kajuty Amfitryty, uczucia wznoszenia się i opadania. Zamiast tego: solidny grunt, pomalowane na biało ściany, gałązka sosny ociera się o szybę okna. Leży w prawdziwym łóżku. Chwile na granicy jawy i snu mają nieostre krawędzie. Tuż przed zaśnięciem i po wybudzeniu zasiedla miejsce, w którym jej świat wcale się nie skończył. Potem jednak umysł odzyskuje świadomość i z bólem przypomina sobie, gdzie jest, jaki to dzień i co się wydarzyło.
Przypomina sobie też o chłopaku leżącym w salonie, na odległym końcu korytarza. Słodkie dudnienie znikło.
Naciąga na siebie jeden ze swetrów Ruth i na palcach idzie w tamtą stronę.
Nie ma go na kanapie, tam, gdzie go zostawiły podłączonego do kroplówki zawieszonej na stojaku z lampy. Przesuwa dłonią po wymiętym, niedbale rzuconym kocu. Jest zimny i pusty. Na podłodze, między jej stopami, wije się przewód kroplówki.
Dostrzega go, gdy podchodzi do okna. Pływa w morzu kilkaset metrów od domku. Poziom wody jest dość niski, w oddali widać kotłujące się na falach śmieci. Jego głowa raz po raz podskakuje na wodzie. Annie przykłada dłoń do szyby, jakby z tego miejsca mogła go znów uratować.
- Pospałaś trochę? - Ruth też jest już na nogach. Stoi nad czajnikiem ze ścierką do naczyń w dłoni, w drugiej trzyma swój kubek w kolorze ametystu.
- On pływa. - Annie nie może oderwać wzroku od sylwetki w wodzie. - Jakim cudem już pływa?
- Był w wodzie, kiedy wstałam. Zeszłam na dół dziesięć minut temu. - Czajnik gwiżdże przenikliwie. - Był zdecydowanie za daleko, żeby mnie usłyszeć. Widać jest silniejszy, niż nam się wydawało.
- Tam jest strasznie zimno.
- Tu też jest zimno. - Ruth nalewa sobie gorącej wody. - Chcesz herbaty?
Annie rusza do drzwi, po drodze wkładając buty.
- Myślisz, że wie o powrotnym prądzie przyboju?
Nim Ruth zdąży odpowiedzieć, już jej nie ma. Przede wszystkim nie może pozwolić, aby utonął ani zamarznął. Annie go potrzebuje. I chce wiedzieć, jakim cudem już pływa. Chce dowiedzieć się o nim wszystkiego. Pierwszy raz od wielu dni myśli o czymś innym niż ostatnie tragiczne wydarzenia.
Schodzi po sznurkowej drabince i rusza przez plażę. Cienka warstwa mgły unosi się malowniczo nad taflą wody. Przez podeszwy butów uwierają ją kamyki.
Morze nie oddało jej rodziców. Lecz jest ten chłopak. Jego długie ramiona unoszą się raz po raz. Z każdym zamachem łopatki poruszają się w górę i w dół.
Annie siada na ubitym piachu obok porzuconej przez niego koszuli. W jej głowie kłębią się pytania. Kim jest i skąd przyszedł? Czy zostanie?
I dlaczego tak bardzo jej na tym zależy?