Dzikie łabędzie. Trzy córki Chin - Jung Chang

Reflow text when sidebars are open.
Rok
Rodzina/Autorka
Ogólne
1870
Urodził się dr Xia.
Panowanie dynastii mandżurskiej (1644-1911).
1876
Urodził się Xue Zhiheng (dziadek).
1909
Urodziła się babcia.
1911
Cesarstwo upada; republika, gubernatorzy wojskowi.
1921
Urodził się ojciec.
1922-1924
Generał Xue zostaje szefem policji w rządzie generałów w Pekinie.
1924
Babcia zostaje konkubiną generała Xue. Generał Xue traci władzę.
1927
Kuomintang kierowany przez Czang Kaj-szeka jednoczy większą część Chin.
1931
Urodziła się mama.
Japonia najeżdża Mandżurię. Japończycy okupują Yixian, Jinzhou.
1932
Babcia i mama jadą do Lulongu.
Manzhuguo rządzone przez Puyi.
1933
Umiera generał Xue.
1934
Długi Marsz: komuniści w Yan'anie.
1935
Babcia poślubia dr. Xia.
1936
Dr Xia, babcia i mama w Jinzhou.
1937
Japończycy wchodzą w głąb Chin. Przymierze komuniści-Kuomintang.
1938
Ojciec wstępuje do Partii Komunistycznej.
1940
Ojciec w Yan'anie.
1945
Japonia kapituluje. Jinzhou okupują Rosjanie, chińscy komuniści, Kuomintang.
1946-1948
Ojciec w Chaoyangu, a potem w partyzantce koło Chaoyangu. Mama, aktywistka studencka, przyłącza się do komunistycznego podziemia.
Wojna domowa: komuniści walczą z Kuomintangiem.
1948
Mama aresztowana.
Mama i ojciec spotykają się.
Oblężenie Jinzhou.
1949
Rodzice się pobierają.
Wyjazd rodziców z Jinzhou.
Marsz do Nankinu.
Poronienie mamy.
Ojciec w Yibinie.
Proklamowanie ChRL.
Komuniści zdobywają Syczuan.
Czang Kaj-szek na Tajwanie.
1950
Mama w Yibinie; skupowanie żywności; walki.
Urodziła się Xiaohong.
Reforma rolna.
Udział Chin w wojnie koreańskiej (do lipca 1953 roku).
1951
Mama zostaje szefową Ligi Młodzieży w Yibinie jako podwładna pani Ting; uzyskuje pełne członkostwo w partii.
Babcia i dr Xia w Yibinie.
Kampania "dławienia kontrrewolucjonistów" (Huige zabity).
Kampania przeciw "trzem złom".
Kampania przeciw "pięciu złom".
1952
W marcu przychodzę na świat.
Umiera dr Xia.
Ojciec zarządza Yibinem.
1953
Rodzi się Jinming.
Rodzina przenosi się do Chengdu.
Mama zostaje szefową Wydziału Spraw Publicznych Wschodniego Okręgu.
1954
Ojciec zostaje zastępcą dyrektora Wydziału Spraw Publicznych w Syczuanie.
Rodzi się Xiaohei.
1955
Mama w areszcie.
Dzieci w internatach.
Kampania "odkrywania utajonych
kontrrewolucjonistów". (Przyjaciele z Jinzhou napiętnowani).
Nacjonalizacja.
1956
Mama zostaje zwolniona.
Kampania "stu kwiatów".
1957
Kampania antyprawicowa.
1958
Idę do szkoły.
Wielki Skok; podwórzowy wytop stali; komuny.
1959
Głód (do 1961 roku).
Peng Dehuai występuje przeciwko Mao i zostaje potępiony.
Kampania łapania "prawicowych oportunistów".
1962
Rodzi się Xiaofang.
1963
"Uczenie się od Lei Fenga", eskalacja kultu Mao. Początek "rewolucji kulturalnej".
1966
Ojciec uwięziony.
Mama jedzie do Pekinu.
Ojciec zwolniony.
Zostaję przyjęta do Czerwonej Gwardii.
Pielgrzymka do Pekinu.
Opuszczam Czerwoną Gwardię.
1967
Prześladowanie rodziców.
Ojciec pisze do Mao; aresztowanie; załamanie psychiczne.
Mama w Pekinie u Czou En-laja.
Rodzice więzieni i wypuszczani (do 1969 roku).
Nieudana próba powstrzymania "rewolucji kulturalnej" przez marszałków;
Tingowie rządzą Syczuanem.
1968
Rodzina wyprowadza się z rządowego kompleksu.
Powstaje Syczuański Komitet
Rewolucyjny.
1969
Ojciec w obozie Miyi.
Zostaję wysłana do Ningnanu.
Umiera babcia.
Pracuję jako robotnica rolna w Deyangu.
Mama w obozie Xichang.
IX Zjazd KPCh legalizuje "rewolucję kulturalną".
1970
Umiera ciotka Junying.
Zostaję "bosonogą lekarką".
Tingowie usunięci.
1971
Mama poważnie chora w szpitalu w Chengdu.
Mama zrehabilitowana.
Wracam do Chengdu.
Zostaję odlewnikiem i elektrykiem.
Umiera Lin Biao.
Wizyta Nixona.
1972
Ojciec uwolniony.
Pojawia się Deng Xiaoping.
1973
Wstępuję na Uniwersytet Syczuański.
1975
Umiera ojciec.
Spotykam pierwszego cudzoziemca.
1976
Umiera Czou En-laj, Deng zostaje wyrzucony.
Demonstracje na placu Tian'anmen.
Umiera Mao; "banda czworga" aresztowana.
1977
Zostaję asystentką, wysyłają mnie na wieś.
Deng wraca do władzy.
1978
Dostaję stypendium w Anglii.
1
(1909-1933)
Moja babcia w wieku piętnastu lat została konkubiną generała, szefa policji w słabym i chwiejnym chińskim rządzie. Był rok 1924 i w kraju panował chaos. Na przeważającym obszarze, łącznie z Mandżurią, gdzie mieszkała moja babka, władzę sprawowali wojskowi. Związek został zaaranżowany przez jej ojca, urzędnika policji w prowincjonalnym mieście Yixian w południowo-zachodniej Mandżurii, leżącym sto sześćdziesiąt kilometrów od Wielkiego Muru i czterysta kilometrów na północny wschód od Pekinu.
Jak większość miast w Chinach, Yixian został zbudowany jako forteca. Mury, które go otaczały, pochodziły z czasów dynastii Tang (618-907 naszej ery). Miały dziewięć metrów wysokości, trzy metry sześćdziesiąt centymetrów szerokości i wieńczyły je blanki dźwigające szesnaście fortów rozstawionych w regularnych odstępach. Mury były na tyle szerokie, że można było swobodnie przejechać po nich konno. Do miasta prowadziły cztery bramy, których usytuowanie odpowiadało czterem położeniom igły kompasu, każda z zewnętrzną ubezpieczającą bramą, a całą fortyfikację otaczała głęboka fosa.
W mieście najbardziej rzucała się w oczy wysoka, bogato zdobiona dzwonnica z ciemnobrązowego kamienia, która została zbudowana w VI wieku, kiedy przyjęto tu buddyzm. Każdej nocy uderzano w dzwon, aby oznajmić godzinę, używano go również jako alarmu w razie pożaru albo powodzi. Yixian był dobrze prosperującym miastem handlowym. Na równinach wokół uprawiano bawełnę, kukurydzę, sorgo, soję, sezam, brzoskwinie, jabłka i winogrona. Na łąkach i na wzgórzach leżących na zachód od miasta rolnicy hodowali owce i bydło.
Mój pradziadek, Yang Rushan, urodził się w 1894 roku, kiedy jeszcze całymi Chinami rządził cesarz rezydujący w Pekinie. Członkowie rodziny panującej byli Mandżurami, którzy podbili Chiny w 1644 roku. Rodzina Yang należała do chińskiej grupy etnicznej Han i powędrowała na północ od Wielkiego Muru, szukając szczęśliwszego losu.
Pradziadek jako jedyny syn swoich rodziców był najważniejszą osobą w całej rodzinie. Tylko dzięki synowi może przetrwać nazwisko rodu - bez niego linia rodzinna wygaśnie, co dla Chińczyków było równoznaczne z najstraszliwszą zdradą, jaką można popełnić wobec własnych przodków. Posłano go do dobrej szkoły. Miał zdać egzaminy, aby zostać mandarynem - urzędnikiem. Było to ambicją większości mężczyzn w tym czasie. Żaden Chińczyk nie czuł się bezpiecznie bez władzy lub pieniędzy, bo nic go wtedy nie chroniło przed urzędniczym rozbojem lub nieprzewidzianą przemocą. W Chinach nigdy nie istniał oficjalnie zatwierdzony system prawny. Wymiar sprawiedliwości był niepodważalny, a okrucieństwo wpisano w działanie wszystkich instytucji, ale mogło ono także wynikać z kaprysu urzędnika, który, jeśli miał władzę, sam był prawem. Dla dziecka z niearystokratycznej rodziny zostanie mandarynem było jedynym sposobem wymknięcia się z obrotów wiecznie kręcącego się koła niesprawiedliwości i własnego strachu. Yang zdecydował, że jego syn nie zajmie się tradycyjnym rodzinnym rzemiosłem - wyrabianiem filcu - i poświęcił siebie i całą swoją rodzinę, aby go wykształcić. Kobiety szyły dla okolicznych zakładów krawieckich, pracując do późna w nocy. Żeby zaoszczędzić pieniądze, przykręcały lampki oliwne do minimum i psuły sobie wzrok. Od ciężkiej, wielogodzinnej pracy puchły im palce.
Zgodnie z obyczajem mój pradziadek został ożeniony bardzo młodo, w wieku czternastu lat, z dziewczyną starszą od niego o sześć lat. Uważano wtedy, że jednym z obowiązków żony jest pomoc w wychowywaniu męża.
Historia jego żony, mojej prababki, jest typową historią milionów chińskich kobiet z tamtych czasów. Pochodziła z rodziny garbarzy o nazwisku Wu. Ponieważ jej rodzina nie należała do inteligencji ani nikt z niej nie piastował urzędniczego stanowiska, a w dodatku była dziewczynką, w ogóle nie dano jej imienia. Urodziła się jako druga córka i nazwano ją po prostu "Dziewczyną numer dwa" (Eryatou). Jej ojciec umarł, kiedy była niemowlęciem, i wychowywał ją wuj. Pewnego dnia, gdy miała sześć lat, wuj jadł obiad z przyjacielem, którego żona była w ciąży. Podczas obiadu obaj mężczyźni ustalili, że jeśli dziecko będzie chłopcem, poślubi sześcioletnią siostrzenicę wuja. Dwoje młodych nigdy nie spotkało się przed ślubem. Poza tym miłość traktowano jako coś wstydliwego, coś, co naruszało honor rodziny. Nie dlatego, żeby stanowiła tabu - w Chinach istniała pradawna tradycja romantycznej miłości - ale dlatego, że uważano, iż młodzi ludzie nie powinni znaleźć się w sytuacji, w której coś takiego może się przytrafić, ponieważ małżeństwo było sprawą zwykłego obowiązku, umowy pomiędzy dwiema rodzinami. Jeśli miało się dużo szczęścia, można się było zakochać po ślubie.
W momencie ślubu, który mój pradziadek zawarł w wieku lat czternastu, biorąc pod uwagę, że chowano go pod kloszem, nadal był jeszcze właściwie dzieckiem. Pierwszej nocy nie chciał spać w pokoju ślubnym. Zasnął na łóżku w pokoju matki i przeniesiono go, kiedy spał, do sypialni, w której była panna młoda. Ale chociaż był rozpieszczonym i zepsutym chłopcem i ciągle jeszcze potrzebował pomocy przy ubieraniu, wiedział dobrze, jak się "robi dzieci", jak to ujęła jego żona. Moja babka urodziła się pierwszego roku po ślubie rodziców, piątego dnia piątego księżyca, wczesnym latem 1909 roku. Była w lepszej sytuacji od swojej matki, bo jednak nadano jej imię, które brzmiało Yufang. Yu oznacza "jadeit" i było to imię nadawane całemu potomstwu tej generacji, fang zaś oznacza "pachnące kwiaty".
Świat, na którym się pojawiła, był absolutnie nieprzewidywalny. Imperium mandżurskie, które trwało przez dwieście sześćdziesiąt lat, rozpadło się. W latach 1894-1895 Japonia zaatakowała Chiny w Mandżurii. Chiny poniosły ciężkie straty i utraciły część terytoriów. Powstanie bokserów w 1900 roku zostało stłumione przez osiem obcych armii, których kontyngenty stacjonowały potem w Mandżurii, niektóre z nich rozlokowano wzdłuż Wielkiego Muru. W latach 1904-1905 Rosja i Japonia stoczyły wojnę na równinach Mandżurii, a zwycięstwo Japonii sprawiło, że stała się tam dominującą siłą. W 1911 roku pięcioletniego cesarza Chin Pu Yi obalono i ustanowiono republikę, na której czele stanął charyzmatyczny przywódca Sun Jat-sen.
Nowy rząd republiki wkrótce upadł i kraj podzielił się na rządzone przez lokalnych watażków terytoria. Szczególnie Mandżuria była źle nastawiona do republiki, ponieważ właśnie z niej wywodziła się panująca dynastia. Zewnętrzne siły, zwłaszcza Japonia, pomnożyły wysiłki, aby zapanować nad Chinami. Wobec tych wszystkich nacisków stare instytucje załamały się i w efekcie powstała pustka w sferze władzy, moralności i autorytetów. Wielu ludzi dążyło na szczyty, przekupując lokalnych potentatów kosztownymi podarunkami: złotem, srebrem i innymi kosztownościami. Pradziadek - nie na tyle bogaty, by kupić sobie wysoką pozycję w dużym mieście - gdy dobiegał trzydziestki, był zaledwie urzędnikiem policji w rodzinnym Yixianie, prowincjonalnej dziurze. Ale miał wielkie plany. I miał wartościowe aktywa - swoją córkę.
Babcia była pięknością. Miała owalną twarz z różowymi policzkami i alabastrową cerę. Długie, lśniące czarne włosy splatała w gruby warkocz, który sięgał talii. Jeśli okoliczności tego wymagały, była skromna i poważna - a przeważnie wymagały. Ale pod stateczną powierzchownością kryła się tłumiona energia. Była niewysoka, miała ponad metr pięćdziesiąt, drobną figurę i spadziste ramiona, uznawane wtedy za idealne.
Jej największym majątkiem były jednak krępowane stopy, zwane po chińsku siedmiocentymetrowymi złotymi liliami (sancun jinlian). Oznaczało to, że jej chód był jak "kołysanie się młodych pędów wierzby w wiosennych powiewach", jak to ujmowali chińscy znawcy kobiecej urody. Widok kobiety kołyszącej się na krępowanych stopach miał działać na mężczyznę erotycznie, ponieważ jej bezradność budziła opiekuńcze uczucia w patrzącym.
Babcia miała dwa lata, kiedy zaczęto jej bandażować stopy. Jej matka, która sama miała krępowane stopy, najpierw kawałkiem białego materiału o długości sześciu metrów przywiązała jej palce, oprócz dużego, do podeszwy stopy. Potem na wierzchu położyła duży kamień i zgruchotała kości. Babcia krzyczała w potwornym bólu, ale matka wetknęła jej między zęby złożony kawałek materiału, żeby nie było słychać wrzasków. Ten ból babcia znosiła wielokrotnie.
Trwało to dobrych kilka lat. Nawet kiedy kości już połamano, stopę krępowano bandażem z grubego materiału w dzień i w nocy, bo gdyby ją uwolniono, mogłoby się zdarzyć, że kości zaczną się zrastać. Przez lata moja babka żyła w nieustannym bólu. Kiedy prosiła, żeby rozwiązać bandaże, matka szlochała i mówiła, że to by zrujnowało całe jej życie i że robi to dla jej szczęścia.
W tamtych czasach, gdy kobieta wychodziła za mąż, rodzina pana młodego zaczynała od obejrzenia jej stóp. Uważano, że duże, normalne, przynoszą wstyd domowi męża. Teściowa unosiła brzeg długiej spódnicy panny młodej i jeśli jej stopy miały więcej niż dwadzieścia centymetrów, demonstracyjnie, z potępieniem, opuszczała spódnicę i wycofywała się, zostawiając pannę młodą pod krytycznymi spojrzeniami gości weselnych, którzy przyglądali się jej stopom i w obraźliwy sposób wyrażali pogardę. Czasem matka litowała się nad córką i rozluźniała bandaże, ale kiedy dziewczyna podrosła i musiała znosić pogardę rodziny męża i ogólną dezaprobatę, sama winiła swoją matkę za to, że okazała wcześniej słabość.
Tradycja krępowania stóp została wprowadzona ponad tysiąc lat temu, podobno przez jedną z konkubin cesarza. Uważano, że widok kobiety kuśtykającej na malusieńkich stópkach pobudza erotycznie, a mężczyźni, bawiąc się tymi stópkami, zawsze schowanymi w jedwabnych haftowanych bucikach, podniecają się. Kobiety nie zdejmowały bandaży nawet wtedy, gdy już były zupełnie dorosłe, jakby ich stopy mogły znowu urosnąć. Rozluźniały więzy tylko czasami w nocy, w łóżku, kiedy wkładały buciki na miękkiej podeszwie. Mężczyźni rzadko widywali ich stopy gołe - zazwyczaj były pokryte gnijącą skórą i cuchnęły, kiedy zmieniano bandaże. Z dzieciństwa pamiętam, że babcię stale bolały stopy. Kiedy wracałyśmy z zakupów do domu, pierwszą rzeczą, jaką robiła po powrocie, było zanurzenie nóg w misce z gorącą wodą - i wtedy wzdychała z ulgą. Potem obcinała kawałki martwej skóry. Bolały ją połamane kości i paznokcie, które wrastały w poduszki pod palcami.
Babci zaczęto krępować stopy w tym czasie, gdy już przestano uważać to za rzecz pożądaną. Gdy w 1917 roku urodziła się młodsza siostra babci, zaniechano już tego zwyczaju i szczęśliwie uniknęła tej tortury.
Ale gdy moja babcia dorastała, w tak niedużym mieście jak Yixian nadal powszechnie uważano, że małe stopy są podstawowym warunkiem dobrego małżeństwa. Jednak w tym wypadku stanowiły one tylko zadatek. Dziadek zamierzał zrobić ze swojej córki albo doskonałą damę, albo najwyższej klasy kurtyzanę. Lekceważąc powszechną mądrość swoich czasów, według której analfabetyzm kobiety z niskiej klasy społecznej był jej cnotą, posłał ją do szkoły dla dziewcząt, którą otworzono w mieście w 1905 roku. Poza tym uczyła się grać w chińskie szachy, w madżonga i w go. Posiadła też sztukę rysowania wzorów hafciarskich. Jej ulubionym wzorem były mandaryńskie kaczki (symbolizowały miłość, bo zawsze pływały w parach) i wyszywała je na małych bucikach, które dla siebie robiła. Oprócz tego wynajęty nauczyciel udzielał jej lekcji gry na qin, instrumencie podobnym do cytry.
Babcia była uznawana za lokalną piękność. Miejscowi mówili, że stoi "jak żuraw między kurami". W 1924 roku miała piętnaście lat i jej ojciec zaczął się niepokoić, że dla jego jedynej lokaty może minąć najlepszy termin realizacji - i tym samym minie jego szansa na wygodne życie. Ale tego roku generał Xue Zhiheng, inspektor Centralnej Policji w Pekinie, miał wizytować miasto.
Xue Zhiheng urodził się w 1876 roku w okręgu Lulong, położonym około stu sześćdziesięciu kilometrów na wschód od Pekinu i na południe od Wielkiego Muru, gdzie bezmiar równin północy wznosi się ku górom. Był najstarszym z czterech synów wiejskiego nauczyciela.
Jego prezencja robiła silne wrażenie na każdym, kto go spotkał. Kilku niewidomych wróżbitów, którzy dotykali jego twarzy, przepowiedziało mu, że zyska władzę i wysoką pozycję. Był uzdolnionym kaligrafem - ten talent wysoko wtedy ceniono. W 1908 roku Wang Huaiqing, wizytując Lulong, zauważył piękne, kaligraficzne pismo na tablicy nad bramą głównej świątyni i wezwał człowieka, który to napisał, a potem zaproponował trzydziestodwuletniemu Xue, żeby został jego adiutantem.
Ze względu na niezwykłą operatywność Xue szybko został awansowany na kwatermistrza. Ta funkcja pociągała za sobą dalekie i częste podróże i Xue zaczął nabywać na własność sklepy spożywcze w okolicach Lulongu i po drugiej stronie Wielkiego Muru, w Mandżurii. Wychwalano jego błyskawiczną karierę, kiedy pomógł generałowi Wang stłumić powstanie w Mongolii Wewnętrznej. Zgromadził wtedy olbrzymi majątek. Sam zaprojektował i wybudował dla siebie osiemdziesięciojednopokojową rezydencję w Lulongu.
W ciągu dziesięciolecia po upadku imperium żaden rząd nie był w stanie ustanowić i utrzymać władzy. Potężni warlordowie rychło zaczęli walczyć ze sobą o kontrolę nad rządem centralnym w Pekinie. Frakcja Xue, na czele której stał generał Wu Peifu, zdominowała we wczesnych latach dwudziestych ten tytularny rząd. W 1922 roku Xue został generalnym inspektorem Centralnej Policji oraz szefem Ministerstwa Spraw Publicznych w Pekinie. Zarządzał dwudziestoma regionami po obu stronach Wielkiego Muru i ponaddziesięciotysięcznym oddziałem policji konnej i piechoty. Stanowisko w policji dawało mu władzę, a to drugie - poparcie społeczne.
Przymierza wojskowe były jednak niestałe. W maju 1923 roku frakcja generała Xue zdecydowała, że nie będzie dłużej popierać prezydenta Li Yuanhonga, którego wyniosła na to stanowisko rok wcześniej. W sojuszu z generałem Feng Yuxiangiem, przywódcą chrześcijańskiego ugrupowania, który przeszedł do legendy, kiedy en masse ochrzcił swoje oddziały, używając węża strażackiego, Xue zmobilizował dziesięć tysięcy ludzi i otoczył budynki rządu w Pekinie, żądając, żeby zbankrutowany rząd wypłacił żołnierzom zaległy żołd. Ale jego rzeczywistym celem było poniżenie prezydenta Li i zmuszenie go do ustąpienia. Li jednak odmówił złożenia rezygnacji, wobec czego Xue kazał swoim ludziom, żeby odcięli dopływ wody i prądu do pałacu prezydenckiego. Po kilku dniach, kiedy warunki w pałacu stały się nie do zniesienia, w nocy trzynastego czerwca prezydent Li opuścił rezydencję oraz jej niepiękne zapachy i umknął ze stolicy do portowego miasta Tianjin, sto dwanaście kilometrów na południowy wschód.
W Chinach autorytet i znaczenie władzy to nie tylko osoba, która ją sprawuje, ale także urzędowe pieczęcie. Żaden dokument nie miał znaczenia, nawet gdy podpisał go prezydent, jeśli nie figurowała na nim pieczęć. Wiedząc, że nie można sprawować prezydentury bez pieczęci, prezydent Li zostawił je u jednej ze swoich konkubin, która właśnie przebywała na rekonwalescencji w Pekinie, w szpitalu prowadzonym przez francuskich misjonarzy.
Kiedy był w pobliżu Tianjinu, pociąg zatrzymała uzbrojona policja i poproszono go, by oddał pieczęcie. Najpierw odmówił podania miejsca, gdzie je ukrył, ale po kilku godzinach zmiękł. O trzeciej nad ranem generał Xue wkroczył do francuskiego szpitala, aby odebrać pieczęcie od konkubiny. Kiedy stanął przy jej łóżku, nie chciała nawet na niego patrzeć. "Mam oddać pieczęcie zwykłemu policjantowi?" - spytała hardo. Generał Xue wyglądał jednak tak groźnie i władczo w swoim galowym uniformie, że wkrótce potulnie mu je wręczyła.
Przez następne cztery miesiące Xue używał policji do tego, by kandydat na prezydenta jego frakcji, Cao Kun, na pewno wygrał szeroko rozgłaszane pierwsze chińskie "wolne" wybory. Ośmiuset czterdziestu członków parlamentu miało być przekupionych. Xue i generał Feng rozstawili warty w budynku parlamentu i dali do zrozumienia, że każdy, kto będzie głosował we właściwy sposób, może liczyć na znaczne korzyści. Na tę wieść powróciło z prowincji wielu posłów. Kiedy wszystko było już gotowe, w Pekinie zebrało się pięciuset pięćdziesięciu posłów. Cztery dni przed wyborami, po wielu przetargach, każdy z nich dostał pięćdziesiąt juanów w srebrze, co stanowiło znaczną sumę. Piątego października 1923 roku Cao Kun został wybrany na prezydenta czterysta osiemdziesięcioma głosami, a Xue wynagrodzono kolejną generalską gwiazdką. Nagrodzonych zostało również siedemnastu "specjalnych doradców" - czyli wszystkie kochanki i konkubiny wodzów i generałów. Ten epizod wszedł do historii Chin jako klasyczny przykład tego, jak można manipulować wyborami. Przywołuje się go jako argument, że demokracja nie sprawdza się w Chinach.
Wczesnym latem następnego roku generał Xue wizytował Yixian. Nie było to duże miasto, ale miało znaczenie strategiczne. To właśnie z tych okolic rozchodziły się rozporządzenia pekińskiego rządu. Poza tym władza leżała wtedy w rękach warlorda północnego wschodu, Zhang Zuolina, zwanego także Starym Marszałkiem. Oficjalnie generał Xue odbywał tam inspekcję, ale miał także pewne osobiste interesy w tych okolicach. Był tu właścicielem centralnych magazynów zbożowych i sieci największych sklepów, łącznie z lombardami, które działały podobnie jak banki i wypuszczały własne pieniądze, krążące po mieście i okolicach.
Dla mojego pradziadka była to najprawdziwsza życiowa szansa, zbliżająca go do możliwości zostania kimś. Zaplanował, że będzie pracował w eskorcie generała Xue, i powiedział swojej żonie, że zamierza wydać za niego córkę. Nie pytał jej o zgodę, ale po prostu ją o tym poinformował. Mój pradziadek pogardzał swoją żoną - co nie leżało w obyczaju tamtego czasu. Żona szlochała, ale nic nie mówiła, bo zakazał pisnąć córce choćby słówko. To, żeby zapytać samą córkę, nie wchodziło w ogóle w grę. Małżeństwo było transakcją, a nie sprawą uczuć. Powie się jej, kiedy ślub będzie umówiony.
Pradziadek wiedział, że musi jakoś podejść generała Xue. Otwarte zaoferowanie córki obniżyłoby jej cenę, poza tym istniała możliwość, że propozycja nie zostanie przyjęta. Generał powinien mieć szansę zobaczenia tego, co mu miano zaproponować. W tamtych czasach szanujące się kobiety nie mogły być przedstawiane obcym mężczyznom, należało więc stworzyć okoliczności, w których generał mógłby zobaczyć córkę Yanga, a spotkanie powinno wyglądać na przypadkowe.
W Yixianie była wtedy wspaniała dziewięćsetletnia buddyjska świątynia, z rzadkiego drogocennego drewna, o wysokości około trzydziestu metrów. Znajdowała się w pięknym otoczeniu, wśród rzędów drzew cyprysowych, które rosły na obszarze mili kwadratowej. W środku znajdowała się dziesięciometrowej wysokości drewniana statua Buddy, a ściany pokrywały delikatne w tonacji freski ilustrujące jego życie. Do takiego miejsca Yang na pewno powinien zabrać wizytującą miasto osobistość. Poza tym świątynie były jedynym miejscem, do którego kobiety z dobrych domów mogły chodzić same.
Mojej babce powiedziano, by tego a tego dnia poszła do świątyni. By okazać Buddzie najgłębszy szacunek, wzięła kąpiel w pachnącej wodzie, a potem spędziła długie godziny na medytacji w domowej kapliczce, przy palącym się kadzidle. Aby móc modlić się w świątyni, powinna być najzupełniej spokojna, wolna od wszelkich emocji. Wsiadła do powozu w towarzystwie służącej. Miała na sobie żakiecik w kolorze błękitu kaczego jajka, z brzegami haftowanymi złotą nicią dla podkreślenia prostoty jego kroju, z guziczkami w kształcie kokardek po prawej stronie, do tego różową plisowaną spódniczkę, haftowaną w delikatne kwiaty. Włosy zaplotła w warkocz, w który wpięła jedwabną zielonoczarną peonię. Nie miała makijażu, ale była uperfumowana, bo tak było przyjęte, kiedy się szło do świątyni. Po wejściu uklękła przed wielką statuą Buddy, złożyła kilka koutou* i klęcząc, wzniosła dłonie do modlitwy.
Kiedy się modliła, przybył jej ojciec z generałem Xue. Spoglądali na nią z ciemnej bocznej nawy. Mój pradziadek dobrze wszystko zaplanował. W klęczącej pozycji było widać nie tylko jedwabne spodnie, zakończone podobnie jak żakiet złotą nicią, ale także małe stopy jego córki w satynowych haftowanych bucikach.
Skończyła modlitwy, pokłoniła się Buddzie trzy razy i wstając, zachwiała się, o co było nietrudno przy skrępowanych stopach. Próbując zachować równowagę, chwyciła za ramię służącą. Generał Xue i ojciec ruszyli w jej stronę; zaczerwieniła się, schyliła głowę i chciała odejść, ale ojciec podszedł do niej i przedstawił ją generałowi. Złożyła ukłon, nie podnosząc nisko opuszczonej głowy.
Jak to było przyjęte w przypadku człowieka o takiej pozycji, Xue nie rozmawiał wiele z Yangiem o tym spotkaniu, zwłaszcza że Yang miał niską rangę, ale mój pradziadek zauważył, że generał był zafascynowany. Następnym krokiem było zaaranżowanie bliższego spotkania. Kilka dni później Yang, ryzykując bankructwo, wynajął najlepszy teatr w mieście i zespół miejscowej opery i zaprosił generała Xue jako honorowego gościa. Teatr, jak większość teatrów chińskich, znajdował się na otwartej przestrzeni i był zabudowany drewnianymi ławkami wokół prostokątnej sceny bez kurtyny i dekoracji. Przestrzeń dla widzów bardziej przypominała kawiarnię niż zachodni teatr. Mężczyźni siedzieli przy stołach, jedli, pili i rozmawiali głośno, chociaż trwało przedstawienie. Z boku, wyżej, był balkon, gdzie skromnie siedziały kobiety, a za nimi stały ich służące. Mój pradziadek zaaranżował wszystko tak, żeby generał Xue mógł dobrze widzieć jego córkę.
Tym razem była ubrana bardziej bogato i elegancko niż w świątyni. Miała na sobie gęsto haftowaną satynową suknię i kosztowne ozdoby we włosach. Kiedy się śmiała i rozmawiała ze swoimi przyjaciółkami, dało się zauważyć jej żywy temperament i energię. Generał Xue z rzadka spoglądał na scenę.
Po przedstawieniu odbyła się tradycyjna chińska gra zwana zgadywankami z lampionu. Grało się w dwóch osobnych salach - w jednej mężczyźni, w drugiej kobiety. W każdej sali było kilkanaście kunsztownie zrobionych papierowych lampionów, w które wkładano kartki z wierszowanymi zagadkami. Osoba, która rozwiązała najwięcej zagadek, wygrywała i dostawała nagrodę. Wśród mężczyzn zwycięzcą był naturalnie generał. Wśród kobiet - moja babcia.
Yang umyślnie stworzył generałowi okazję podziwiania urody i inteligencji swojej córki. Na koniec należało jeszcze przedstawić jej artystyczne talenty. Dwa dni później mój pradziadek zaprosił generała do domu na kolację. Była jasna, ciepła noc z pełnią księżyca - znakomita do słuchania gry na instrumencie zwanym qin. Po kolacji mężczyźni zasiedli na werandzie i zawołano moją babkę, żeby zagrała na dziedzińcu. Jej występ, gdy grała w altance, a wokół unosił się zapach syringi, oczarował generała. Później powiedział, że jej gra tego wieczoru w świetle księżyca zniewoliła jego serce. Gdy urodziła się moja matka, nazwał ją Baoqin, co znaczy Cudowna Cytra.
Zanim wieczór się skończył, oświadczył się - nie mojej babce naturalnie, ale jej ojcu. Nie proponował małżeństwa; chciał, żeby moja babka została jego kochanką. Yang wcale nie oczekiwał więcej. Rodzina Xue zaaranżowała małżeństwo generała już dawno temu, a kryterium wyboru była pozycja społeczna rodziny żony. Rodzina Yang miała zbyt niską pozycję, by mógł ożenić się z ich córką. Żony nie brało się dla przyjemności - od tego były konkubiny, które mogły nawet dojść do istotnej władzy w rodzinie, zajmowały jednak zupełnie inną pozycję niż żony. Konkubina była jakby zinstytucjonalizowaną kochanką, którą się brało lub oddalało, wedle woli.
Moja babcia po raz pierwszy dowiedziała się o planowanym związku, kiedy na kilka dni przed zaślubinami matka wyjawiła jej tę nowinę. Pochyliła wtedy głowę i rozpłakała się. Nie chciała zostać konkubiną. Ale jej ojciec już postanowił, a było nie do pomyślenia, żeby sprzeciwiać się woli rodziców. Kwestionowanie ich decyzji uważano za "niegodne córki", a okazanie się niegodną córką było równoznaczne ze zdradą. Nawet jeśli dziewczyna odmawiała spełnienia woli ojca, nie traktowano tego poważnie; jej postawę interpretowano jako wyraz chęci zostania z rodzicami. Jedynym sposobem, żeby "nie" dziewczyny zostało potraktowane poważnie, było samobójstwo. Babcia zagryzła usta i nic nie powiedziała, bo też i nie miała nic do powiedzenia. Gdyby się zgodziła, uznano by to z kolei za niegodne dobrze wychowanej kobiety i zinterpretowano jako wyraz gorącej chęci opuszczenia rodziców.
Widząc, iż córka jest nieszczęśliwa, matka tłumaczyła jej, że to najlepsza z wszelkich możliwości. Ojciec powiedział: "W Pekinie mówi się, że kiedy generał Xue tupnie, całe miasto drży". Mojej babce podobała się wojskowa postawa generała. Pochlebiały jej też słowa zachwytu i uznania pod jej adresem, które potem jeszcze upiększono i wygładzono. Poza tym żaden mężczyzna w Yixianie nie robił tak imponującego wrażenia jak generał. Moja babka miała piętnaście lat i nie bardzo wiedziała, co to znaczy być konkubiną. Sądziła, że generał Xue ją pokocha i będzie wiodła szczęśliwe życie.
Generał powiedział jej, że może zostać w Yixianie, w domu, który zamierza kupić specjalnie dla niej. Znaczyło to, że pozostanie w pobliżu rodziny i nie będzie musiała mieszkać w jego rezydencji, podporządkowując się władzy jego żony i innych konkubin - a wszystkie one miałyby przed nią pierwszeństwo. W domu takiego potentata jak generał Xue kobiety żyły niczym więźniarki. Prowadziły ustawiczne kłótnie i podgryzały się nawzajem, w dużej mierze z braku poczucia bezpieczeństwa. Jedyną jego gwarancją była łaska ich męża. Propozycja, że będzie miała własny dom, dużo znaczyła dla mojej babki, podobnie jak obietnica nadania związkowi powagi i znaczenia przez odbycie pełnej ceremonii ślubnej. To z kolei oznaczało, że i ją, i jej rodzinę potraktowano z szacunkiem. I w końcu ostatni aspekt sprawy, także bardzo dla niej ważny: teraz, kiedy ojciec był usatysfakcjonowany, miała nadzieję, że lepiej będzie traktował jej matkę.
Pani Yang chorowała na epilepsję i z tego powodu czuła się niegodna swojego męża. Zawsze była mu podporządkowana i posłuszna, a on miał ją za nic. W ogóle nie okazywał troski o jej zdrowie. Przez całe lata żyła z poczuciem winy, ponieważ nie urodziła syna. Po urodzeniu babci moja prababka miała całą serię poronień, aż urodziła następne dziecko w 1917 roku - ale znowu była to dziewczynka.
Pradziadek pragnął mieć tyle pieniędzy, żeby go było stać na konkubiny, była to prawie jego obsesja. "Ślub" córki pozwolił mu zrealizować to pragnienie, bo generał szczodrze szafował podarunkami dla całej rodziny, a najhojniej obdarowany został pradziadek. Dary były wspaniałe, zgodnie z pozycją generała.
W dniu zaślubin pod domem Yanga pojawiła się lektyka z zasłonami z wyszywanego jedwabiu i satyny. Przed nią szedł orszak z tabliczkami, chorągwiami i jedwabnymi lampionami z wizerunkiem złotego feniksa, symbolem kobiety. Zgodnie z tradycją ceremonia odbywała się wieczorem i światło z dużych czerwonych lampionów błyskało w ciemniejącym zmroku. Orkiestra z bębnami, cymbałami, fujarkami i piszczałkami grała wesołe melodie - przy okazji ślubu koniecznie należało robić dużo hałasu, bo gdyby było cicho, uznano by, że w tym wydarzeniu jest coś przynoszącego wstyd. Moja babcia była ubrana we wspaniały, kolorowo haftowany strój, a jej głowę i twarz zakrywał czerwony jedwabny welon. Ośmiu mężczyzn niosło ją do nowego domu. W lektyce było potwornie duszno i gorąco, więc dyskretnie uniosła zasłonkę i zerkała spod swojego welonu - cieszyła się, widząc na ulicach ludzi obserwujących jej orszak. To było naprawdę coś innego, niż mogła mieć zwykła konkubina, której zazwyczaj przypadała mała lektyka z zasłonkami z bawełny w niezbyt imponującym kolorze indygo, niesiona przez dwóch lub najwyżej czterech ludzi, bez orszaku i muzyki. Obniesiono ją dookoła miasta, odwiedzając wszystkie cztery bramy miejskie, jak wymagał tego ceremoniał, a przed lektyką na wozie i w koszach wystawiono na widok publiczny kosztowne ślubne podarunki, jakie otrzymała. Gdy już pokazano moją babkę całemu miastu, zaniesiono ją do jej nowego domu, dużej stylowej rezydencji. Była usatysfakcjonowana. Dzięki wystawnej ceremonii poczuła, że zyskała prestiż i szacunek. Kto żyw, nie pamiętał w Yixianie takiego ślubu.
Kiedy przybyła do domu, czekał w nim generał Xue w paradnym mundurze, w otoczeniu lokalnych dygnitarzy. W salonie, oświetlonym czerwonymi świecami i oślepiająco jasnymi lampami gazowymi, odbyła się ceremonia składania kwiatów przed tabliczkami Nieba i Ziemi. Potem pokłonili się sobie nawzajem i moja babka, zgodnie z obyczajem, weszła sama do izby ślubnej, a generał wraz z innymi mężczyznami udał się na wystawny bankiet.
Generał Xue nie opuszczał domu przez trzy dni. Babcia była uszczęśliwiona. Sądziła, że go kocha, a on ze swej strony okazywał jej coś w rodzaju szorstkiej czułości, choć prawie w ogóle nie rozmawiał z nią o niczym poważnym, zgodnie z tradycyjnym powiedzeniem, że "kobiety mają długie włosy i krótki rozum". Od chińskiego mężczyzny oczekuje się powściągliwości i dostojeństwa nawet w domu, w gronie rodziny. Rano, zanim wstali, babcia masowała mu stopy, a wieczorem grała na instrumencie qin. Po tygodniu niespodzianie oznajmił, że wyjeżdża. Nie powiedział, dokąd jedzie, a ona wiedziała, że nie wypada pytać. Jej obowiązkiem było czekać, aż wróci. Okazało się, że miała czekać sześć lat.
We wrześniu 1924 roku wybuchły walki między frakcjami dwóch głównych warlordów na północy. Generał Xue został mianowany zastępcą dowódcy pekińskiego garnizonu, ale po kilku tygodniach dawny sprzymierzeniec, generał Feng, przeszedł na stronę przeciwnika. Trzeciego listopada Cao Kun, któremu Xue i Feng pomogli w poprzednim roku zdobyć prezydenturę, został zmuszony do rezygnacji. Tego samego dnia rozwiązano pekiński garnizon, a dwa dni później zwolniono urzędników biura pekińskiej policji. Generał Xue musiał w pośpiechu opuścić Pekin. Zaszył się w swoim domu w Tianjinie, w obrębie francuskiej koncesji, która posiadała immunitet obszaru eksterytorialnego. Tam właśnie uciekł również prezydent Li, gdy Xue zmusił go do ustąpienia.
W tym czasie babcia tkwiła w rejonie na nowo wszczętych walk. Walczącym dowódcom zależało na kontroli nad północnym wschodem i miasta leżące przy torach kolejowych, zwłaszcza jeśli stanowiły węzeł kolejowy - jak Yixian - były ważnym celem. Niedługo po wyjeździe generała Xue walki zbliżyły się do murów miasta i toczyły tuż za jego bramami. Zubożali wodzowie zainteresowali się ofertą jednej z włoskich firm zbrojeniowych, która jako dodatkową gwarancję zapłaty przyjęła "wioski do złupienia". Gwałt i grabież były na porządku dziennym. Jak wiele innych kobiet, moja babcia poczerniła sobie twarz sadzą, żeby wyglądać brzydko i brudno. Szczęśliwie tym razem Yixian wyszedł z tego prawie nienaruszony. Walki w końcu przeniosły się na południe i życie wróciło do normy.
Dla mojej babci "norma" oznaczała różne sposoby zabijania czasu spędzanego w obszernym domu. Dom był w typowo północnochińskim stylu - zbudowany wokół trzech stron czworoboku, od południa dziedziniec zamknięty murem dwumetrowej wysokości, z bramą otwierającą się na zewnętrzny dziedziniec, strzeżony przez podwójną bramę z okrągłą mosiężną kołatką.
Budowane w tym stylu domy miały chronić przed skrajnościami klimatu, który gwałtownie przechodził od mroźnej zimy do palących letnich upałów, właściwie bez okresów pośrednich, wiosny i jesieni. W lecie temperatura dochodziła do plus trzydziestu pięciu, w zimie do minus dwudziestu dziewięciu stopni Celsjusza i towarzyszyły jej silne wiatry, które przylatywały ponad równinami znad Syberii. Przez większą część roku do oczu wpadał pył i bił w policzki, więc ludzie nosili maseczki zakrywające usta albo całą twarz. W północnochińskich domach, takich jak dom babci, okna głównych pokoi wychodzących na wewnętrzny południowy dziedziniec były zazwyczaj otwarte, by złapać tyle słońca, ile się da, podczas gdy mur od północy przyjmował ostre uderzenia wiatru i pyłu. Po północnej stronie znajdował się duży salon, a obok pokój mojej babki. Oba skrzydła domu przeznaczono dla służby i na różne domowe potrzeby. Podłoga w głównych pokojach była wyłożona płytkami, drewniane okna oklejone papierem, a spadzisty dach pokrywały cienkie czarne dachówki.
Dom babki, jak na lokalne standardy, był luksusowy - i daleko wspanialszy niż dom jej rodziców - jednak ona czuła się tam samotna i nieszczęśliwa. Oprócz niej mieszkała w tym domu służba: odźwierny, kucharz, dwie pokojówki. Ich zadaniem było nie tylko usługiwać, ale także pełnić funkcję straży i szpiegować. Odźwierny miał instrukcję, aby nie pozwalać babci wychodzić samej - bez względu na okoliczności. Generał Xue, zanim wyjechał, opowiedział babci ostrzegawczą historię o jednej ze swoich konkubin. Gdy odkrył, że kobieta ma romans ze służącym, przywiązał ją do łóżka, wetknął jej głęboko w usta kawałek materiału, na który sączono po kropli spirytus, aż powoli zadławiła się na śmierć. "Oczywiście nie mogłem jej dać przyjemności szybkiej śmierci. Kobieta nie może dopuścić się większej podłości niż zdradzenie własnego męża" - powiedział. Kiedy chodziło o niewierność, mężczyźni pokroju generała Xue winili za to kobietę, nie tego drugiego mężczyznę. "Kochanka tylko zastrzeliłem" - dodał mimochodem. Moja babka nigdy się nie dowiedziała, czy to się naprawdę zdarzyło, ale choć miała dopiero piętnaście lat, była już przygotowana na wszystko.
Od tamtej chwili żyła w ustawicznym lęku. Prawie nie mogła wychodzić, musiała więc stworzyć sobie własny świat w czterech ścianach. Nie była jednak także prawdziwą panią domu i musiała przypochlebiać się służbie, na wypadek gdyby wymyślili jakieś historie przeciwko niej, co zdarzało się w Chinach często. Dawała im mnóstwo prezentów i organizowała partie madżonga, ponieważ wygrani goście zazwyczaj hojnie obdarzali służbę.
Nigdy za to nie brakowało jej pieniędzy. Generał Xue przysyłał regularnie pensję, którą wypłacał jej kierownik jego lombardu. Pokrywał także jej przegrane w madżonga.
Gra w madżonga była powszechnym elementem życia konkubin w całych Chinach. Równie powszechnym jak palenie opium, które było ogólnie dostępne. Dzięki opium ludzie tacy jak moja babka żyli w stanie względnego zadowolenia, obojętni i uzależnieni od nałogu. Wiele konkubin, walcząc z samotnością, popadło w uzależnienie. Generał Xue zachęcał moją babkę do palenia opium, ale go nie słuchała.
Jedynym przypadkiem, kiedy opuściła dom, było wyjście do opery. Poza tym całe dnie spędzała samotnie. Mnóstwo czytała, przeważnie powieści i sztuki, a w donicach przed domem hodowała swoje ulubione kwiaty - ogrodową balsaminę, hibiskusy, róże oraz karłowate drzewka. I jeszcze tylko kot dawał jej pocieszenie w tej pozłacanej klatce.
Wolno jej było odwiedzać rodziców, choć i na to patrzono niechętnie i nie pozwalano jej zostawać u nich na noc. Mimo że byli jedynymi ludźmi, z którymi mogła porozmawiać, wizyty u nich także stanowiły próbę cierpliwości. Jej ojciec dzięki znajomości z generałem Xue awansował na zastępcę szefa lokalnej policji, a potem nabył ziemię i inne nieruchomości. Ale kiedy otwierała usta, żeby powiedzieć, jaka jest nieszczęśliwa, ojciec zaczynał ją pouczać: cnotliwa kobieta powinna stłumić swoje uczucia i nie pragnąć niczego ponad to, co jest jej obowiązkiem wobec męża. Dobrze, że za nim tęskni, to zaleta, ale nie powinno się słyszeć narzekającej kobiety. "Porządnej kobiecie" nie wolno było mieć swojego zdania, a jeśli już je miała, z pewnością nie powinna być do tego stopnia bezczelna, żeby je wypowiadać. Na koniec cytował chińskie przysłowie: "Jeśli poślubiłaś gęś, bądź posłuszna gęsi, a jeśli poślubiłaś psa, słuchaj psa".
Minęło sześć lat. Najpierw nadeszło kilka listów, potem nastąpiła zupełna cisza. Nie mając możliwości rozładowania psychicznej energii ani seksualnej frustracji, nie mogąc nawet normalnie chodzić z powodu zniekształconych stóp, moja babcia zredukowała swoją aktywność do przesadnego kręcenia się koło domu. Z początku liczyła na jakąś wiadomość, wspominając ciągle swoje krótkie pożycie z generałem. Bardzo jej go brakowało, chociaż wiedziała, że jest tylko jedną z wielu konkubin rozsianych po całych Chinach, i w ogóle już nie marzyła o tym, że spędzi z nim resztę życia. Niemniej nadal za nim tęskniła, ponieważ przedstawiał sobą jedyną szansę na coś, co przypominałoby normalne życie.
Ale tygodnie przeszły w miesiące, a miesiące w lata i w końcu jej tęsknota zelżała. Wiedziała już, że jest dla niego zwykłą zabawką, po którą sięgnie tylko wtedy, kiedy mu będzie wygodnie. Nie miała niczego, żeby rozładować swój niepokój. Było to tak, jakby tkwiła skrępowana w kaftanie bezpieczeństwa. Jeśli przypadkiem coś nagle wydostawało się poza ten kaftan, babcia czuła się tak podniecona, że nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Czasem po prostu traciła przytomność i padała na podłogę. Miewała takie zaćmienia do końca życia.
Pewnego dnia, po sześciu latach od chwili, kiedy jej "mąż" po prostu wyszedł z domu, znowu się pojawił. Ich spotkanie było zupełnie inne niż to, o czym marzyła na początku rozstania. Wtedy wyobrażała sobie, że kiedy wreszcie wróci, odda mu się i poświęci do końca, z namiętnością - teraz jednak znajdowała w sobie tylko powściągliwą obowiązkowość. Przechodziła również tortury niepokoju na myśl o tym, że mogła obrazić kogoś ze służby albo że ktoś z nich mógłby ją oczernić, próbując wkraść się w łaski generała, ale wszystko poszło gładko. Sam generał, teraz ponadpięćdziesięcioletni, złagodniał i nie wyglądał już tak majestatycznie jak wcześniej. Jak się spodziewała, ani słowem nie wspomniał o tym, gdzie był i co porabiał ani dlaczego wrócił - i ona sama też nie pytała. Niezależnie od tego, że nie chciała być zbesztana za to, że prowadzi dochodzenie, po prostu przestało ją to obchodzić.
Skoro już o tym mowa - w rzeczywistości generał przez cały ten czas wcale nie był daleko. Wiódł spokojne życie emerytowanego dygnitarza, dzieląc czas między dom w Tianjinie a wiejską posiadłość niedaleko Lulongu. Świat, w którym doszedł do świetności, już przeminął. Warlordowie i ich udzielne państewka stracili znaczenie, a większa część Chin była obecnie kontrolowana przez Kuomintang, czyli narodowców, pod wodzą Czang Kaj-szeka. Dla zaznaczenia oderwania się od pełnej chaosu przeszłości i podkreślenia otwarcia nowego rozdziału stabilnej przyszłości, Kuomintang przeniósł stolicę z Pekinu (stolica północna) do Nankinu (stolica południowa). W 1928 roku władca Mandżurii, Zhang Zuolin (znany jako Stary Marszałek), został skrytobójczo zabity przez Japończyków, którzy stawali się coraz bardziej aktywni na tym obszarze. Syn Starego Marszałka, Zhang Xueliang (znany jako Młody Marszałek), połączył się z siłami Kuomintangu i formalnie zintegrował Mandżurię z resztą Chin - chociaż rządy Kuomintangu nigdy się tutaj nie zakorzeniły.
Wizyta generała Xue u mojej babci nie trwała długo. Podobnie jak za pierwszym razem po kilku dniach nagle oświadczył, że wyjeżdża. Wieczorem w przeddzień wyjazdu spytał babcię, czy chciałaby mieszkać razem z nim w Lulongu. Serce jej stanęło. Jeśli każe jej pojechać, będzie to oznaczało, że dostała dożywotni wyrok i że zawsze już będzie przebywała pod jednym dachem z jego żoną i innymi konkubinami. Ogarnęła ją panika. Masując jego stopy, bardzo spokojnie poprosiła, żeby pozwolił jej zostać. Powiedziała, jakie to było miłe z jego strony, że obiecał jej rodzicom, iż będzie mogła być blisko nich, i ostrożnie wspomniała, że jej matka nie jest w najlepszym zdrowiu, bo właśnie urodziła trzecie dziecko, długo oczekiwanego syna. Powiedziała, że chciałaby dopełnić powinności dobrej córki i że oczywiście, kiedykolwiek on, jej pan i małżonek, zaszczyci Yixian, będzie mu służyła swoją osobą. Następnego dnia generał spakował swoje rzeczy i wyjechał - sam. Zarówno po przyjeździe, jak i wyjeżdżając, zasypał moją babcię biżuterią - złotem, srebrem, jadeitem, perłami, szmaragdami. Jak wielu mężczyzn wierzył, że tego właśnie pragnie serce kobiety. Swoją drogą dla wielu kobiet w takiej sytuacji, w jakiej znajdowała się babcia, biżuteria była jedynym życiowym zabezpieczeniem.
Niedługo potem moja babcia uświadomiła sobie, że jest w ciąży. Siedemnastego dnia trzeciego księżyca, na wiosnę 1931 roku urodziła niemowlę płci żeńskiej - była to moja matka. Babcia powiadomiła o tym generała Xue, a on odpisał, że nadaje dziewczynce imię Baoqin, i prosił, żeby przyjechały do Lulongu, jak tylko będą na tyle silne, by podróżować.
Moja babcia była zachwycona, że ma dziecko. Teraz czuła, że jej życie ma cel, i przelała całą swą miłość i energię na córkę. Generał Xue pisał wiele razy, prosząc, żeby przyjechała do Lulongu, ale odpowiadała wymijająco. Aż pewnego dnia w lecie 1932 roku dostała telegram z zawiadomieniem, że generał jest poważnie chory, i poleceniem, żeby natychmiast wzięła dziecko i zjawiła się w Lulongu. Z tonu telegramu jasno wynikało, że tym razem nie może odmówić.
Do Lulongu było około trzystu sześćdziesięciu kilometrów i dla mojej babci, która dotychczas nigdy nie podróżowała, oznaczało to bardzo poważne przedsięwzięcie. Poza tym podróż, kiedy się miało krępowane stopy, nastręczała wielu trudności: nie można było nosić bagażu, a już zwłaszcza z małym dzieckiem na ręku. Zdecydowała, że weźmie ze sobą swoją czternastoletnią siostrę Yulan, którą nazywała Lan.
Podróż była przygodą. Znowu wokół stało się niebezpiecznie. W styczniu 1931 roku Japończycy, którzy solidnie umocnili swoją władzę na tym terenie, wszczęli na dużą skalę inwazję na Mandżurię i japońskie oddziały szóstego stycznia 1932 roku rozpoczęły okupację Yixianu. Dwa miesiące później Japończycy proklamowali założenie nowego państwa, zwanego Manzhuguo (państwo mandżurskie), które obejmowało większość terenu północno-wschodnich Chin (o powierzchni równej Francji i Niemcom). Ogłosili, że Manzhuguo jest niepodległym krajem, ale w rzeczywistości podlegało Tokio. Na czele rządu postawiono Pu Yi, który jako dziecko był ostatnim cesarzem Chin. Z początku nosił tytuł głównego zarządcy, a później, w 1934 roku, ogłosił się cesarzem Manzhuguo. Wszystko to niewiele znaczyło dla mojej babci, która była niemal pozbawiona kontaktu ze światem zewnętrznym. Ponieważ przeciętni ludzie nie mogli wpłynąć na to, kto nimi rządzi, do wszelkiej władzy mieli fatalistyczny stosunek. Dla wielu Pu Yi był w sposób naturalny władcą, oczywistym Synem Niebios. Dwadzieścia lat po tym, jak w Chinach zniesiono cesarstwo i ustanowiono republikę, nie doszło jeszcze do zjednoczenia narodu, który mógłby obejść się bez autorytarnej władzy, a mieszkańcy Mandżurii mieli raczej blade wyobrażenie o tym, co to znaczy, że są obywatelami czegoś, co nazywa się Republiką Chińską.
Pewnego gorącego dnia w lecie 1932 roku moja babka, jej siostra i moja matka wsiadły do pociągu, który jechał na południe i wyjeżdżał poza granice Mandżurii, zmierzając do miasta Shanhaiguan, gdzie Wielki Mur opada od gór ku morzu. W miarę jak lokomotywa, sapiąc, ciągnęła pociąg w głąb równin wybrzeża, widziały zmieniający się krajobraz: nie było już gołej, brązowożółtej gleby równin Mandżurii - wokół rozciągała się znacznie ciemniejsza ziemia o bujniejszej roślinności, prawie gęstwinie w porównaniu z północnym wschodem. Pociąg minął Wielki Mur, skręcił w głąb lądu i po godzinie zatrzymał się w mieście Changli, gdzie wysiadły przy budynku z zielonym dachem, który wyglądał jak stacja kolejowa na Syberii.
Babcia wynajętym wozem ciągniętym przez konie pojechała wyboistą, zapyloną drogą na północ, do posiadłości generała Xue, leżącej trzydzieści kilometrów dalej, nieopodal murów niedużego miasta Yanheying. Kiedyś było ono ważnym obozem wojskowym, często odwiedzanym przez władców Mandżurii i ich dwór, i dlatego droga zyskała nazwę Cesarskiego Traktu. Była wysadzana topolami, których jasnozielone liście połyskiwały w powietrzu pełnym słońca. Za rzędami topoli ciągnęły się kwitnące właśnie sady brzoskwiniowe. Ale moja babcia nie bardzo mogła się cieszyć tą scenerią - po pierwsze jechała w tumanach kurzu, po drugie trzęsło nią na wyboistej drodze. Ponad wszystko jednak martwiła się i denerwowała tym, co ją czeka, gdy dojedzie na miejsce.
Kiedy zobaczyła posiadłość, poczuła się przytłoczona jej wspaniałością. Potężnych frontowych wrót strzegł uzbrojony wartownik, stojący nieruchomo obok olbrzymiej statuy półleżącego lwa. Był tam też rząd kamiennych rzeźb do przywiązywania koni: cztery słonie i cztery małpy. Te właśnie zwierzęta zostały wybrane z powodu ich chińskich nazw. Słowa "słoń" i "dostojny urząd" mają to samo brzmienie (xiang), a słowa "małpa" i "arystokracja" również brzmią tak samo (hou).
Gdy wóz przejechał przez zewnętrzną bramę na wewnętrzny dziedziniec, babcia zobaczyła przed sobą ogromną ślepą ścianę, a dopiero potem, z boku, drugą bramę. Była to klasyczna chińska budowla, z zasłaniającą posiadłość przed obcymi ścianą, dzięki której w razie napaści nie można było strzelać ani bezpośrednio atakować frontowej bramy.
Gdy przejechali przez wewnętrzną bramę, przy babci jak zjawa pojawiła się służąca i władczo odebrała od niej dziecko. Inna służąca zaprowadziła ją do domu, a potem do salonu.
Pojawiła się żona generała i moja babcia uklękła, oddając jej pokłon i mówiąc: "Witam cię, moja pani" - jak wymagała etykieta. Siostrze babci nie pozwolono wejść do salonu i stała pod drzwiami niczym służąca. W tym wszystkim nie było niczego osobistego - krewnych konkubiny nie traktowano jak członków rodziny. Kiedy babcia oddała już stosowną liczbę pokłonów, żona generała powiedziała jej, że może wstać, używając zwrotu, który natychmiast ustawił babcię w domowej hierarchii raczej bliżej służącej wyższej rangi niż żony.
Potem żona generała powiedziała jej, żeby usiadła. Babcia musiała błyskawicznie podjąć decyzję. W tradycyjnym chińskim domu to, gdzie kto siada, wskazuje na jego pozycję. Żona generała miała swoje miejsce w północnej części salonu, jak przystało osobie z jej pozycją. Po drugiej stronie niedużego stolika znajdowało się drugie krzesło zwrócone przodem w stronę południa - należało ono do generała. Po obu stronach salonu stały rzędy krzeseł dla ludzi o różnym statusie. Babcia zajęła jedno z krzeseł najbliżej drzwi, aby okazać skromność. Wtedy żona generała poprosiła, żeby usiadła bliżej - trochę bliżej. Musiała w tej sytuacji okazać nieco łaskawości.
Kiedy babcia już się usadowiła, żona generała powiedziała, że od tej chwili dziecko będzie wychowywane tak, jakby było jej (żony generała) własną córką, i będzie mówiło do niej (żony generała), a nie do babci, "mamo"; babcia miała traktować swoją córkę jak młodą panią domu i odpowiednio się wobec niej zachowywać.
Zawołano pokojówkę, żeby odprowadziła babcię, która czuła, że pęka jej serce, ale powstrzymywała płacz. Rozszlochała się dopiero w swoim pokoju. Rano, kiedy zaprowadzono ją na spotkanie z konkubiną numer dwa, faworytą generała, która prowadziła dom, wciąż miała czerwone oczy. Faworyta była śliczna, miała delikatną twarz i ku zdziwieniu babci okazała się zupełnie sympatyczna, ale babcia nie pozwoliła sobie na to, żeby przy niej otwarcie płakać. Intuicyjnie czuła, że w tym nowym dziwnym otoczeniu najlepszą polityką jest ostrożność.
Nieco później tego samego dnia wezwano ją do "męża". Pozwolono jej zabrać ze sobą dziecko - moją matkę. Generał leżał na kangu, było to płaskie, szerokie, prostokątne ceglane łoże o wysokości około osiemdziesięciu centymetrów, ogrzewane od spodu. Dwie konkubiny, czy może służące, klęczały obok generała i masowały mu stopy i żołądek. Xue miał zamknięte oczy i ziemistą twarz. Babcia pochyliła się nad łóżkiem i odezwała cicho. Otworzył oczy i zdobył się na coś w rodzaju półuśmiechu. Babcia posadziła córkę na łóżku i powiedziała: "To jest Baoqin". Generał z wielkim wysiłkiem pogłaskał moją mamę po głowie i powiedział: "Urodę Baoqin ma po tobie, jest bardzo ładna". I znowu zamknął oczy.
Babcia znów cicho się odezwała, ale nie otwierał oczu. Uświadomiła sobie, że generał jest ciężko chory, może nawet umierający. Zabrała córeczkę z łóżka i mocno ją przytuliła, ale po chwili żona generała, która cały czas kręciła się w pobliżu, niecierpliwie pociągnęła ją za rękaw. Kiedy wyszły z pokoju generała, jego żona ostrzegła babcię, żeby nie naprzykrzała mu się zbyt często, a najlepiej wcale. Właściwie powinna siedzieć w swoim pokoju i czekać, kiedy się ją wezwie.
Babcia była przerażona. Jej przyszłość jako konkubiny, a także przyszłość jej dziecka były w niebezpieczeństwie. Może nawet w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Nie miała żadnych praw. Jeśli generał umrze, znajdzie się na łasce jego żony, która będzie miała władzę nad jej życiem i śmiercią. Zrobi z nią, co zechce - może ją sprzedać jakiemuś bogaczowi albo nawet oddać do domu publicznego, co zdarzało się dość często. Jeśli tak się stanie, nigdy już nie zobaczy swojego dziecka. Wiedziała, że musi zabrać córkę i uciekać jak najszybciej.
Wróciła do pokoju i całą siłą woli próbowała się uspokoić. Zaczęła planować ucieczkę. Czuła, że krew rozsadza jej głowę. Nogi się pod nią uginały tak, że chodząc, przytrzymywała się mebli. Znowu się załamała i zaczęła rozpaczliwie szlochać z bezsilnego gniewu, bo nie wiedziała, co począć. Najgorsza była myśl, że generał w każdej chwili może umrzeć i wtedy ona zostanie w potrzasku do końca życia.
Stopniowo zdołała się jednak opanować i zaczęła jaśniej myśleć. Obejrzała dokładnie całą posiadłość. Była podzielona na wiele małych dziedzińców i ogrodzona wysokim murem. Nawet ogród został zaprojektowany bardziej z myślą o bezpieczeństwie niż o pięknie. Rosło w nim kilka cyprysów, wierzb i zimowych śliw - ale nie przy murze, a dla zupełnej pewności, że żaden napastnik nigdzie się nie ukryje, muru nie zasłaniały nawet krzewy. Dwie bramy od ogrodu były zamknięte na kłódkę, a bramy frontowej przez okrągłą dobę strzegli uzbrojeni wartownicy.
Babci w ogóle nie pozwolono wyjść poza obręb murów. Mogła codziennie odwiedzać generała, ale tylko uczestnicząc w czymś w rodzaju zbiorowej wycieczki, kiedy razem z innymi kobietami, defilując obok jego łóżka, mamrotała: "Pozdrawiam cię, panie".
Po jakimś czasie poznała inne osobistości domu. Poza żoną generała, kobietą, która liczyła się najbardziej, była konkubina numer dwa. Babcia odkryła, że to właśnie ona wydała służbie polecenie, żeby obchodzono się z nią dobrze, dzięki czemu jej sytuacja była łatwiejsza do zniesienia. W domach takich jak ten postawa służby zależała od pozycji osoby, której usługiwali. Płaszczyli się przed tymi, którzy byli w łaskach, pomiatali tymi, którzy je utracili.
Konkubina numer dwa miała córeczkę trochę starszą od mojej mamy i obie kobiety zbliżyły się do siebie. Powodem szczególnej łaski, jaką generał Xue darzył tę konkubinę, było to, że miał z nią dziecko, tę właśnie córeczkę - poza nią i córką babci, czyli moją mamą, nie miał więcej dzieci.
Po miesiącu, w ciągu którego dwie konkubiny prawie się zaprzyjaźniły, babcia poszła do żony generała i powiedziała, że chciałaby pojechać do domu, by przywieźć swoje rzeczy i ubrania. Żona generała zgodziła się, ale na pytanie, czy babcia może zabrać ze sobą małą, żeby dziecko pożegnało się z dziadkami, odpowiedziała "nie". Potomkini rodziny Xue nie mogła opuszczać rodzinnej posiadłości.
Tak więc moja babcia wyruszyła samotnie do Changli. Gdy woźnica wysadził ją na stacji, zaczęła rozpytywać kręcących się tam ludzi, aż znalazła dwóch mężczyzn z końmi, którzy zgodzili się ją zawieźć. Poczekała do zmierzchu i wróciła z nimi drogą na skróty do Lulongu. Jeden z nich posadził ją na siodle za sobą.
Kiedy dojechali do posiadłości generała, podeszli do tylnej bramy i babcia podała umówiony sygnał. Po chwili oczekiwania, która wydawała się trwać godzinami, brama się otworzyła i w świetle księżyca pojawiła się siostra babci z dzieckiem w ramionach. Drzwi otworzyła zaprzyjaźniona konkubina numer dwa, która potem uderzyła w nie kilka razy siekierą, żeby wyglądało na to, że je sforsowano.
Babcia nawet nie miała czasu na to, żeby uściskać córeczkę - zresztą nie chciała jej budzić, bo gdyby mała zaczęła płakać, zaalarmowałaby straże. Obie z siostrą wspięły się na konie - babcia została przywiązana do jednego z jeźdźców - i pomknęli w noc. Jeźdźcy byli dobrze opłaceni i pędzili szybko. Do świtu byli w Changli i zanim w Lulongu wszczęto alarm, kobiety już znalazły się w pociągu jadącym na północ. Kiedy pod wieczór przyjechały do Yixianu, babcia padła na ziemię i długo leżała, nie mogąc się ruszyć.
Była tu stosunkowo bezpieczna i właściwie poza zasięgiem rodziny Xue, ale nie wzięła mojej mamy do domu, ponieważ bała się służących. Spytała dawną szkolną przyjaciółkę, czy nie ukryłaby jej dziecka. Przyjaciółka mieszkała w domu swojego teścia, mandżurskiego doktora o nazwisku Xia, który znany był z życzliwości i nigdy nikogo nie odprawił w potrzebie ani nie zdradzał przyjaciół.
Dla rodziny Xue moja babka, zwykła konkubina, nie była na tyle ważna, żeby ją tropić i ścigać. Ale chodziło o moją matkę, potomkinię rodu. Babcia wysłała do Lulongu telegram, w którym donosiła, że dziecko w pociągu zachorowało, a następnie zmarło. Potem nastał okres niepewności i oczekiwania, podczas którego babcia prawie odchodziła od zmysłów. Niekiedy wydawało się jej, że rodzina Xue powinna uwierzyć w jej opowiastkę. Innym razem jednak mówiła sobie, że nie, że prawdopodobnie przyślą zbirów, którzy ją i dziecko zawloką z powrotem do domu generała. W końcu pocieszała się myślą, że rodzina Xue jest zbyt zajęta oczekiwaniem na śmierć patriarchy rodu, żeby tracić na nią energię, i że prawdopodobnie z punktu widzenia tamtych kobiet jest korzystne, że nie ma tam jej dziecka.
Kiedy się upewniła, że rodzina Xue zostawi ją w spokoju, znowu zamieszkała w swoim domu w Yixianie z moją matką. Przestała także bać się służby, ponieważ wiedziała, że jej "mąż" już nie przyjedzie. Przez rok nie przychodziły z Lulongu żadne wiadomości, aż pewnego jesiennego dnia 1933 roku nadszedł telegram zawiadamiający, że generał Xue zmarł i że babcia jest oczekiwana na pogrzebie.
Generał zmarł w Tianjinie we wrześniu. Jego ciało przywieziono do Lulongu w drewnianej lakierowanej trumnie, udrapowanej czerwonym haftowanym jedwabiem. Towarzyszyły jej dwie inne trumny: jedna również lakierowana i udrapowana w czerwony jedwab, druga ze zwykłego drewna i bez jedwabiu. W tej drugiej lakierowanej trumnie spoczywało ciało jednej z jego konkubin, która połknęła opium, aby dzielić z nim śmierć. Było to uważane za najwyższą małżeńską lojalność. Później epitafium napisane przez znanego dowódcę wojskowego Wu Peifu umieszczono na ścianie dawnej rezydencji generała Xue. Trzecia trumna zawierała szczątki innej konkubiny, która dwa lata wcześniej zmarła na tyfus. Jej ciało zostało ekshumowane, aby można było je ponownie pochować z generałem Xue, jak tego wymagał zwyczaj. Trumnę wykonano ze zwykłego drewna - ponieważ konkubina zmarła na zarazę, uważano ją za osobę, której los nie sprzyjał. W trumnach umieszczono rtęć i węgiel, żeby zabezpieczyć ciała przed gniciem. Wszyscy zmarli mieli w ustach perłę.
Generał Xue i dwie konkubiny zostali pochowani w tym samym grobowcu; jego żona i inne konkubiny po śmierci miały do nich dołączyć. Podstawowy pogrzebowy rytuał powinien wypełnić syn zmarłego - miał dzierżyć specjalną chorągiew przyzywającą duchy przodków. Ponieważ generał Xue nie doczekał się syna, jego żona adoptowała dziesięcioletniego siostrzeńca, żeby wypełnił to zadanie. Chłopiec spełnił także inny rytuał - klęcząc koło trumny, wołał: "Uważaj na gwoździe!". Wierzono, że jeśli się tego nie wypowie, zmarły się o nie pokaleczy.
Miejsce na grób wybrał sam generał Xue zgodnie z zasadami geomancji. Było to piękne, spokojne miejsce, za którym od północy leżały dalekie góry, a na południu, między drzewami eukaliptusowymi płynął strumień. Było wyrazem pragnienia, żeby jako oparcie mieć za sobą rzecz trwałą i pewną - góry - a przed sobą odbicie słońca, które symbolizowało wschodzącą pomyślność.
Ale moja babcia nigdy nie zobaczyła grobu: zignorowała wezwanie i nie pojechała na pogrzeb. Ponieważ tego nie zrobiła, kierownik lombardu nie wypłacił należnej jej pensji. Mniej więcej tydzień później jej rodzice dostali list od żony generała Xue. Życzeniem mojego dziadka było, żeby babcia odzyskała swobodę. Jak na tamte czasy, była to decyzja wyjątkowo światła i babcia nie mogła uwierzyć swojemu szczęściu.
Miała dwadzieścia cztery lata i była wolna.
* Głęboki pokłon z pozycji klęczącej z dotknięciem podłogi czołem.
2
(1933-1938)
List od żony generała Xue zawierał także prośbę, żeby rodzice zabrali babcię do siebie. Chociaż zostało to wyrażone w tradycyjny, aluzyjny sposób, zrozumiała, że kazano jej się wyprowadzić.
Ojciec zabrał ją do domu z widocznym ociąganiem. Nie miał już ambicji odgrywania roli dobrego ojca rodziny. Od chwili, kiedy zaaranżował związek swojej córki z generałem Xue, jego akcje w świecie poszły w górę. Został awansowany na zastępcę szefa policji w Yixianie, wciągnięty na listę ludzi o znaczących koneksjach i stał się stosunkowo bogatym człowiekiem - zakupił pewne posiadłości ziemskie - i zaczął palić opium.
W tym samym czasie, kiedy go awansowano, wziął sobie konkubinę, kobietę z Mongolii, którą przedstawił mu jego bezpośredni szef. Obdarowywanie pnącego się w górę kolegi konkubiną było powszechną praktyką, a lokalny szef policji miał przy tym nadzieję, że i jego obejmie protekcja generała Xue. Pradziadek niedługo zaczął się rozglądać za drugą konkubiną - ponieważ człowiek z jego pozycją powinien mieć ich jak najwięcej, było to wskaźnikiem statusu społecznego. Nie musiał daleko szukać - jego konkubina miała siostrę.
Kiedy babcia wróciła do domu, sytuacja była zupełnie inna niż przed dziesięcioma laty, gdy go opuszczała. Oprócz jednej nieszczęśliwej i gnębionej żony, którą była jej matka, zastała teraz trzy małżonki. Jedna z konkubin urodziła córeczkę, która miała tyle samo lat, co moja matka. Siostra mojej babci, Lan, w zaawansowanym wieku szesnastu lat wciąż była niezamężna, co bardzo irytowało Yanga.
Babcia przeprowadziła się z jednego gniazda intryg do drugiego. Ojciec był obrażony zarówno na nią, jak i na jej matkę. Teraz, kiedy miał dwie konkubiny, które wolał o wiele bardziej niż żonę, był dla niej jeszcze bardziej nieprzyjemny. Jadał posiłki z nimi, a żona jadała sama. Na babcię zaś był obrażony za to, że wróciła do domu wtedy, kiedy wreszcie urządził sobie życie.
Poza tym uważał ją za osobę przynoszącą nieszczęście, ponieważ straciła męża. W tamtych czasach utrzymywano, że kobieta, której mąż umarł, ponosi odpowiedzialność za tę śmierć. Mój pradziadek widział więc w niej osobę przynoszącą pecha, stanowiącą groźbę dla jego pomyślnego losu, i chciał, żeby wyniosła się z jego domu.
Konkubiny podbechtywały go jeszcze. Zanim moja babcia wróciła do domu, urządziły wszystko po swojemu. Prababka była łagodną, nawet słabą osobą. Chociaż teoretycznie stała ponad konkubinami, w praktyce była zdana na ich łaskę. W 1930 roku urodziła syna, Yulina. Konkubiny straciły poczucie bezpieczeństwa, bo w razie śmierci pradziadka cały majątek przeszedłby w ręce jego syna. Jeśli Yang okazywał jakiekolwiek uczucia w stosunku do syna, konkubiny złościły się i obrażały. Od chwili jego narodzin wszczęły wojnę psychologiczną przeciw prababce. Jeśli w ogóle odzywały się do niej, to tylko po to, żeby narzekać i robić uwagi, a jeśli na nią patrzyły, to z lodowatym, kamiennym wyrazem twarzy. W pradziadku nie miała żadnego wsparcia, a jego wzgardy i potępienia dla niej wcale nie uśmierzyły narodziny syna - znalazł nowe powody, żeby mieć jej wszystko za złe.
Ale babcia miała silniejszy charakter od swojej matki, a przejścia minionych lat jeszcze bardziej ją zahartowały. Nawet w swoim ojcu budziła pewien lęk. Powiedziała sobie, że czasy, gdy potulnie go słuchała, już minęły, i zamierza walczyć o siebie i o swoją matkę. Jak długo będzie w tym domu, konkubiny mają być grzeczne, a nawet dobrze byłby widziany od czasu do czasu ich przymilny uśmiech.
Taka była atmosfera domu, w którym moja matka spędziła tak ważne dla dziecka lata - od drugiego do czwartego roku życia. Choć osłaniana przez swoją matkę, czuła przecież panujące w domu napięcie.
Babcia była teraz piękną młodą kobietą w wieku dwudziestu pięciu lat. Miała przy tym ogładę i kilku mężczyzn prosiło ojca o jej rękę. Ale ponieważ poprzednio była konkubiną, ci, którzy oferowali jej pozycję żony, byli zbyt biedni i nie mieli szans u pana Yanga.
Moja babcia nie cierpiała świata konkubin, pełnego podejrzliwości i małostkowej mściwości, w którym jedynym sposobem życia było dać się zdeptać lub deptać inne. Chciała tylko, żeby zostawiono ją w spokoju i żeby mogła wychowywać córkę.
Ojciec nieustannie popędzał ją do ponownego małżeństwa, czasem prawiąc niemiłe aluzje, czasem mówiąc jej wprost, że powinna go już uwolnić od obowiązku zajmowania się jej sprawami. Ale nie miała dokąd pójść i nie wolno jej było podjąć żadnej pracy. Po jakimś czasie, nie mogąc znieść takiej presji, załamała się.
Wezwano wtedy lekarza. Był to doktor Xia, w którego domu moją matkę ukrywano trzy lata wcześniej, po ucieczce babci z posiadłości generała Xue. Chociaż synowa doktora Xia była przyjaciółką babci, on sam nigdy jej nie widział. Kiedy wszedł do pokoju, jej uroda zrobiła na nim takie wrażenie, że wycofał się w pomieszaniu i wymamrotał do służącej, że poczuł się niedobrze. W końcu opanował się, wszedł jeszcze raz, usiadł i długo z babcią rozmawiał. Był pierwszym mężczyzną, któremu mogła powiedzieć to, co naprawdę czuła, więc zwierzyła się mu ze swojego smutku i swoich nadziei - aczkolwiek z pewną powściągliwością, jak przystało kobiecie wobec mężczyzny, który nie jest jej mężem. Doktor okazał się delikatny i współczujący, a moja babka wiedziała, że ją rozumie. Wkrótce zakochali się w sobie i doktor Xia się oświadczył. Powiedział mojej babci, że chce, by została jego prawowitą małżonką, a także obiecał, że wychowa moją mamę jak własną córkę. Babcia przyjęła oświadczyny ze łzami radości. Jej ojciec także był zadowolony, aczkolwiek pospieszył uprzedzić doktora Xia, że nie jest w stanie dać córce posagu. Doktor Xia odpowiedział, że to nie ma znaczenia.
Doktor leczył według tradycyjnej medycyny i prowadził rozległą praktykę w Yixianie, ciesząc się bardzo dużym uznaniem zawodowym. Nie pochodził z Hanów, jak rodzina Yang i większość ludzi w Chinach, ale był rdzennym mieszkańcem Mandżurii. Wywodził się z rodziny nadwornych lekarzy władców Mandżurii, którzy byli bardzo szanowani.
Znano go nie tylko jako świetnego lekarza, ale także jako dobrego człowieka, bo często leczył ludzi za darmo. Był wysokim mężczyzną, miał ponad sto osiemdziesiąt centymetrów wzrostu, i poruszał się elegancko. Zawsze chodził ubrany w tradycyjną długą szatę i kaftan. Miał miłe brązowe oczy, kozią bródkę i długie, opadające wąsy. Jego twarz i postać tchnęły spokojem.
Kiedy oświadczył się mojej babce, był już starszym człowiekiem. Miał sześćdziesiąt pięć lat, był wdowcem, ojcem trzech dorosłych synów i córki, a wszystkie jego dzieci założyły już swoje rodziny. Synowie mieszkali razem z nim. Najstarszy zarządzał domem i rodzinnymi dobrami, drugi prowadził u boku ojca praktykę lekarską, a trzeci - mąż koleżanki szkolnej mojej babci - był nauczycielem. W sumie jego synowie mieli ośmioro dzieci, a jeden z ich synów sam był już żonaty i miał syna.
Doktor Xia zebrał ich w gabinecie i powiedział o swoich planach. Słuchali z niedowierzaniem, popatrując na siebie wzajem, a potem zaległa głęboka cisza. Wreszcie najstarszy powiedział: "Przypuszczam, ojcze, że miałeś na myśli, że ona będzie twoją konkubiną". Doktor Xia powtórzył, że zamierza pojąć moją babcię za prawowitą żonę. Zostałaby wtedy ich macochą, a to powodowało określone następstwa. Należałoby jej się takie traktowanie jak starszemu pokoleniu, na równi z mężem przysługiwałby jej wysoki status. W przeciętnym chińskim domu młodsza generacja była podporządkowana starszej, z odpowiednimi formami zaznaczającymi różnice ich pozycji, a w rodzinie doktora Xia obowiązywał jeszcze bardziej skomplikowany mandżurski system etykietalny. Młodsi musieli okazywać starszym szacunek każdego poranka i wieczoru, mężczyźni klękali, a kobiety składały głęboki ukłon. Podczas uroczystości rodzinnych mężczyźni powinni złożyć pełny koutou. Fakt, że babcia była poprzednio konkubiną, oraz różnica wieku oznaczały, że synowie doktora będą musieli być posłuszni komuś, kto ma niższy status i jest znacznie od nich młodszy. Tego już było dla nich za wiele.
Cała rodzina zebrała się razem i wszyscy dyskutowali z rosnącą złością. Nawet synowa, która była niegdyś koleżanką szkolną babci, okazała duże niezadowolenie, ponieważ małżeństwo jej teścia zmusiłoby ją do zupełnie nowych stosunków z dawną przyjaciółką. Nie mogłaby jeść przy tym samym stole ani siadać w jej obecności, musiałaby klęczeć, a nawet składać koutou.
Wszyscy członkowie rodziny - synowie, synowe, wnuki, nawet prawnuczek - wchodzili po kolei, aby błagać doktora Xia, żeby "wziął pod uwagę uczucia" swojej własnej "krwi i ciała". Padali na kolana, składali pełny koutou, szlochali i krzyczeli.
Błagali doktora Xia, żeby rozważył to, że jest Mandżurem, a zgodnie z dawnym mandżurskim zwyczajem mężczyzna o jego pozycji nie powinien się żenić z chińską kobietą. Doktor Xia odpowiedział, że to prawo zostało już dawno zniesione. Syn argumentował, że gdyby ojciec był dobrym Mandżurem, respektowałby je nadal. Wielokrotnie wracała też sprawa różnicy wieku - doktor Xia był ponaddwukrotnie starszy od mojej babci. Ktoś przywołał stare przysłowie: "Młoda kobieta, która ma starego męża, w istocie należy do innego mężczyzny".
Doktora Xia najbardziej bolał szantaż emocjonalny - zwłaszcza argument, że wzięcie za żonę byłej konkubiny będzie miało wpływ na pozycję społeczną jego dzieci. Wiedział, że jego dzieci mogą "stracić twarz", i czuł się winny z tego powodu. Niemniej najważniejsze było dla niego szczęście mojej babci. Gdyby wziął ją jako konkubinę, nie tylko "straciłaby twarz", lecz także stałaby się niewolnicą całej rodziny. Jego miłość nie wystarczyłaby, żeby ją osłonić, gdyby nie była legalną żoną.
Błagał swoją rodzinę, żeby przychyliła się do jego woli. Ale oni - zgodnie z przekonaniem panującym w ich kręgach społecznych - uważali, że nie należy pobłażać takim nieodpowiedzialnym życzeniom. Jedni wskazywali na jego sędziwy wiek. Inni mówili mu: "Już masz synów, wnuki i nawet prawnuki, dużą i dobrze prosperującą rodzinę. Czego jeszcze chcesz? Po co ci ten ślub?".
Coraz więcej krewnych i przyjaciół pojawiało się na scenie, zaproszonych przez synów. Wszyscy jednomyślnie twierdzili, że ślub jest obłąkanym pomysłem. Wreszcie zwrócili żądła ku mojej babci. "Znowu chce wyjść za mąż, mimo że ciało pierwszego męża jeszcze nie ostygło w grobie - mówili. - Ta kobieta wszystko wykalkulowała: nie może zaakceptować statusu konkubiny i musi być legalną małżonką. Gdyby cię naprawdę kochała, to czy nie satysfakcjonowałoby jej to, że zostanie twoją konkubiną?" Przypisywali mojej babci niskie motywy, ostrzegali, że zaplanowała sobie, iż skłoni doktora do poślubienia jej, a potem będzie źle traktowała jego dzieci i wnuki.
Insynuowali także, że zamierza położyć rękę na pieniądzach doktora. Każda przemowa o właściwym postępowaniu, moralności i jego własnym dobru miała w tle milczące założenie dotyczące majątku. Krewni obawiali się, że babcia zagarnie dobytek doktora, gdy jako żona automatycznie stanie się zarządczynią majątku.
Doktor Xia był bogatym człowiekiem. Miał osiemdziesiąt hektarów ziemi uprawnej w okręgu Yixian i jakieś posiadłości na południe od Wielkiego Muru. Jego obszerny dom w mieście zbudowany był z szarej cegły, ozdobionej białym wzorem. Sufity były wybielone wapnem, a pokoje wytapetowane tak, że ukryto belki i złączenia, co uważano za wskaźnik powodzenia i majątku. Poza tym prowadził kwitnącą praktykę lekarską i był właścicielem apteki.
Kiedy członkowie rodziny zobaczyli, że nic nie wskórają, postanowili "popracować" bezpośrednio nad babcią. Pewnego dnia wstąpiła do niej synowa doktora Xia, która była jej szkolną koleżanką. Po herbacie i niezobowiązujących pogawędkach przeszła do istoty swoich odwiedzin. Babcia rozpłakała się, wzięła ją za rękę, jak to robiły zazwyczaj, i zapytała, jak by postąpiła, gdyby znalazła się w jej sytuacji. Odpowiedziało jej milczenie, więc ciągnęła: "Dobrze wiesz, co to znaczy być konkubiną. Nie chciałabyś nią być, prawda? Wiesz, jest takie powiedzenie Konfucjusza: Jiang xin bi xin - wyobraź sobie, że masz w piersi moje serce". Lepiej czasami odwołać się do czyichś lepszych instynktów za pomocą myśli mędrca, niż po prostu powiedzieć nie.
Przyjaciółka wróciła do rodziny prawie z poczuciem winy i opowiedziała o niepowodzeniu swojej misji. Dodała, że nie ma serca dalej naciskać na babcię. Znalazła sprzymierzeńca w Deguim, drugim synu doktora, który leczył razem z ojcem i był z nim bliżej niż jego bracia. Powiedział, że należy pozwolić na to małżeństwo. Trzeci syn także zaczął się wycofywać, gdy żona opisała mu strapienie babci.
Najbardziej nieustępliwy okazał się najstarszy syn. Kiedy jego żona zobaczyła, że dwaj pozostali wahają się, powiedziała do męża: "Oczywiście, że im nie zależy. Mają swoją pracę i tego im ta kobieta nie zabierze. Ale ty? Jesteś jedynym zarządcą majątku ojca - a to przejmą ona i jej córka. Co wtedy pocznę ja i co poczną twoje biedne dzieci? Nie mamy niczego pewnego. Może powinniśmy umrzeć? Może właśnie tego chce twój ojciec! Może powinnam się zabić, żeby wszyscy byli zadowoleni!". Jej mąż odpowiedział na to wzburzony: "Poczekaj tylko do jutra".
Kiedy następnego ranka doktor Xia wstał, znalazł całą rodzinę, piętnaście osób, z wyjątkiem Deguiego, klęczącą przed jego sypialnią. W chwili, gdy się pojawił, jego najstarszy syn krzyknął: koutou! i wszyscy głęboko się pochylili. Potem głosem rozedrganym z emocji syn wyrecytował: "Ojcze, twoje dzieci i cała twoja rodzina zostaną tu i będą bić pokłony choćby do śmierci, aż cię skłonimy do tego, żebyś zaczął myśleć o swojej rodzinie i miał także wzgląd na siebie samego i swój wiek".
Doktor Xia był tak zły, że cały się trząsł. Poprosił swoje dzieci, żeby wstały, ale zanim ktokolwiek zdążył się ruszyć, najstarszy syn powiedział: "Nie, ojcze, dopóki nie odwołasz ślubu". Doktor Xia próbował porozmawiać rozsądnie, ale syn, grając ofiarę, nadal szantażował go roztrzęsionym głosem. W końcu doktor Xia powiedział: "Wiem, co macie na myśli. Nie będę przecież żył wiecznie. A jeśli się martwicie o to, jak was będzie traktowała wasza przyszła macocha, to nie mam żadnych wątpliwości co do tego, że bardzo dobrze. Wiem, że to dobra osoba. Oczywiście nie mam żadnych innych gwarancji oprócz jej charakteru...".
Kiedy starszy syn usłyszał słowo "charakter", zawołał: "Jak możesz używać słowa "charakter", mówiąc o konkubinie! Żadna porządna kobieta nie zostałaby konkubiną, to po pierwsze!". I zaczął sobie używać na mojej babci. Wtedy doktor Xia stracił panowanie nad sobą, podniósł laskę i zaczął okładać syna.
Przez całe życie doktor był wzorem opanowania i spokoju. Rodzina, wciąż na kolanach, patrzyła oniemiała. Prawnuk zaczął histerycznie krzyczeć. Najstarszemu synowi odjęło ze zdumienia mowę, ale tylko na chwilę, bo kiedy ją odzyskał, podniósł głos ponownie, nie tylko z powodu fizycznego bólu - głównie z urażonej dumy: zbito go na oczach całej rodziny. Doktor Xia przestał go okładać, z trudem łapiąc oddech z gniewu i wysiłku. Wtedy najstarszy syn znowu zaczął się wydzierać i obrażać babcię. Ojciec przerwał mu, mówiąc, żeby się zamknął, i uderzył go z taką siłą, że złamał laskę na dwoje.
Przez kilka sekund syn milczał upokorzony. Potem wyjął pistolet, popatrzył doktorowi Xia w twarz i powiedział: "Lojalny poddany przez swoją śmierć protestuje przeciwko cesarzowi. A posłuszny syn przeciwko swojemu ojcu. Tylko śmiercią mogę przeciwko tobie zaprotestować". Rozległ się strzał. Syn się zachwiał, a potem osunął na kolana. Wpakował sobie kulę w brzuch.
Końskim zaprzęgiem zawieziono go do pobliskiego szpitala, gdzie zmarł następnego dnia. Prawdopodobnie nie zamierzał się zabić, chciał tylko wykonać gest na tyle dramatyczny, żeby złamać opór ojca.
Ta śmierć głęboko naruszyła równowagę doktora Xia. Chociaż na zewnątrz wydawał się spokojny jak zazwyczaj, ci, którzy dobrze go znali, widzieli, że ten spokój jest naznaczony wielkim smutkiem. Od tego czasu często ulegał atakom melancholii.
Yixian zakipiał od oburzenia, plotek i oskarżeń, które sprawiły, że doktor Xia, a szczególnie babcia poczuli się odpowiedzialni za tę śmierć. Niemniej doktor chciał pokazać, że nie został pokonany. Wkrótce po pogrzebie syna wyznaczył datę ślubu. Uprzedził swoje dzieci, że mają obowiązek okazywać szacunek nowej matce, i rozesłał zaproszenia do osób z miejscowej elity. Zwyczaj nakazywał im uczestniczenie w ślubie i przyniesienie prezentów. Doktor powiedział babci, żeby się przygotowała do wielkiej uroczystości. Babcia bała się oskarżeń, a zwłaszcza ich wpływu na doktora, i rozpaczliwie próbowała przekonać samą siebie, że nie jest winna. Ale przede wszystkim podjęła wyzwanie. Zgodziła się na pełny ceremoniał ślubny. W dniu ślubu opuściła dom ojca w pięknym powozie, w otoczeniu orszaku muzykantów. Zgodnie z mandżurskim zwyczajem jej rodzina wynajęła powóz, który ją dowiózł w pół drogi, skąd zabrał ją drugi, przysłany przez pana młodego. W miejscu przesiadki przy drzwiach powozu czekał jej pięcioletni brat, Yulin, zgięty wpół - co miało oznaczać, że przenosi ją na własnych plecach do powozu narzeczonego - a potem wszystko to zostało powtórzone przed domem doktora. Kobieta nie mogła tak po prostu wejść do domu mężczyzny, to by jej groziło utratą czci. Wszyscy powinni widzieć, że została tam zabrana, aby zaznaczyć wymagane obyczajem ociąganie się.
Druhny wprowadziły babcię do pokoju, gdzie odbywała się ceremonia. Doktor Xia stał za stołem, przykrytym ciężkim, czerwonym, haftowanym jedwabiem, na którym leżały tabliczki Nieba, Ziemi, Władcy, Przodków i Nauczyciela. Miał na głowie kapelusz, przyozdobiony jak korona, i był ubrany w długą luźną szatę z rękawami w kształcie dzwonów, tradycyjny strój Mandżurów do jazdy konnej i do łucznictwa, pochodzący jeszcze z nomadycznej przeszłości tego ludu. Ukląkł i pięć razy pochylił się w koutou - przed każdą tabliczką, a potem sam wszedł do komnaty ślubnej.
Następnie babcia, ciągle w otoczeniu dwóch towarzyszek, pokłoniła się pięć razy, dotykając przy tym prawą ręką włosów - gest ten wyrażał pozdrowienie. Nie mogła składać koutou z powodu ogromnej kunsztownej fryzury. Potem podążyła do komnaty ślubnej, gdzie doktor zdjął zasłaniający jej głowę i twarz czerwony welon. Druhny obdarowały każde z nich pustą wazą w kształcie dyni, które oni wymienili między sobą, a potem wyszły. Doktor i babcia przez chwilę siedzieli razem w ciszy, po czym doktor wyszedł powitać krewnych i gości. Babcia miała przez kilka godzin siedzieć bez ruchu i w samotności na kangu, patrząc w okno, na którym powieszono wielkie, wycięte z papieru, "szczęście dla dwojga". Nazywało się to "siedzenie w błogim spokoju", symbolizowało nieobecność wszelkiego niepokoju, jako że właśnie to uważano za główną cnotę kobiety. Kiedy goście już poszli, wszedł młody krewny doktora i trzy razy pociągnął ją za rękaw. Dopiero wtedy wolno jej było zejść z kangu. Z pomocą dwóch służących zdjęła ciężki, haftowany strój i włożyła prostą czerwoną suknię i spodnie. Wyjęła z włosów drogocenne ozdoby i rozczesała wysoką fryzurę, spinając włosy nad uszami w dwie spirale.
W 1935 roku moja mama, wtedy w wieku czterech lat, i moja babcia, wtedy dwudziestosześcioletnia, wprowadziły się do wygodnego domu doktora Xia. Był to właściwie cały kompleks, składający się z części mieszkalnej i z części dla pacjentów, z apteką wychodzącą na ulicę. W Chinach przyjęło się, że wzięty lekarz sam prowadził swoją aptekę; doktor Xia sprzedawał w niej tradycyjne chińskie leki, zioła i ekstrakty zwierzęce, które wyrabiał w pracowni przy pomocy trzech uczniów.
Fasadę domu ozdabiał czerwono-złoty okap. Pośrodku znajdowała się tabliczka, na której złotymi znakami napisano, że tu przyjmuje doktor Xia. Za sklepem był niewielki dziedziniec, na który wychodziło kilka pokoi zajmowanych przez kucharzy i służbę. Dalej kompleks rozdzielał się wokół kilku małych dziedzińców i mieszkali w nim członkowie rodziny doktora. W tyle był ogród z cyprysami i zimowymi śliwami. Na dziedzińcach nie rosła trawa - klimat był na to zbyt ostry - lecz po prostu leżała goła, twarda, brązowa ziemia, która latem zmieniała się w pył, a w zimie, po stopnieniu śniegu, w błoto. Doktor Xia, który uwielbiał ptaki, miał dla nich ogródek i każdego ranka, niezależnie od pogody, przy wtórze ich świergotu wykonywał tam qigong, powolne, płynne, pełne gracji chińskie ćwiczenia, zwane często taiji.
Po śmierci syna musiał znosić ciągły, milczący wyrzut rodziny. Nigdy nie mówił babci, jaki ból mu to sprawia. Chińskiemu mężczyźnie nie przystoi się wyżalać. Ona jednak wiedziała, co doktor przeżywa, i bardzo mu współczuła, choć w milczeniu. Odnosiła się do niego z wielką miłością i starała się zaspokoić jego potrzeby.
Dla jego rodziny zawsze miała uśmiechniętą twarz, chociaż lekceważono ją mimo okazywania formalnego szacunku. Nawet synowa, jej dawna koleżanka, unikała jej. Babcia wiedziała, że obarczają ją winą za śmierć najstarszego syna.
Jej styl życia zmienił się - zgodnie z mandżurskimi zwyczajami. Spała w pokoju z mamą, a doktor spał osobno. Bardzo wcześnie każdego ranka, zanim jeszcze wstała, leżała spięta i nasłuchiwała, czy nie nadchodzi ktoś z rodziny. Myła się co prędzej i pozdrawiała kolejno każdego, odpowiadając na ich lodowate powitania. W dodatku musiała sobie poradzić z ciężkim nakryciem głowy, które podtrzymywała peruka, włożona na uczesane włosy. I to wszystko w zamian za zimne "dzień dobry" - jedyne słowa, jakie członkowie rodziny wypowiadali do niej w ciągu dnia. Patrzyła na nich, jak się gną i kłaniają, i wiedziała, że nienawidzą jej z całego serca. Rytuał był jeszcze gorszy przez swoją nieszczerość.
Podczas świąt i innych ważnych okazji cała rodzina musiała jej składać koutou i kłaniać się, a ona podnosiła się ze swojego krzesła i stawała obok niego. Puste krzesło symbolizowało ich matkę. W taki sposób dziękowała im za okazany jej szacunek. Mandżurskie obyczaje jakby umyślnie rozdzielały ją i doktora. Nawet jeść nie mogli razem. Jedna z synowych stała zawsze za babcią i podawała jej wszystko. Ale miała przy tym tak zimną twarz, że babci trudno było skończyć jedzenie, nie mówiąc już o cieszeniu się jego smakiem.
Kiedyś, niedługo po wprowadzeniu się do domu doktora, mama usadowiła się w wygodnym, ciepłym miejscu na kangu. Zobaczyła, że twarz doktora pociemniała - zerwał się i szorstko zepchnął ją z niego. Był to jedyny raz, kiedy okazał wobec niej fizyczną agresję. Zgodnie ze zwyczajami Mandżurów to miejsce było jego i miało rangę świętości.
Przeprowadzka do domu doktora dała babci nieco swobody, choć jednocześnie stanowiła pułapkę. Dla mamy sytuacja także była dość dwuznaczna. Doktor był dla niej bardzo dobry i wychowywał ją jak własną córkę. Nazywała go "ojcem". Dał jej swoje nazwisko, Xia, które nosi do dzisiejszego dnia, a także nowe imię - Dehong, złożone z dwóch znaków. Hong - znaczy "dzika łabędzica", a de jest imieniem rodowym i oznacza "cnotę".
Rodzina doktora nie odważyła się obrazić babci wprost - byłoby to równoznaczne z porywaniem się na matkę. Najwcześniejsze wspomnienia mamy - poza tym, że przytulała ją babcia - dotyczą tego, jak dokuczali jej młodsi członkowie rodziny Xia. Nie płakała i ukrywała siniaki i zadrapania przed babcią, ale babcia i tak wiedziała, co się dzieje. Nie mówiła nic doktorowi, nie chciała go denerwować, miał dość problemów ze swoimi dziećmi. Ale mamie było źle. Często prosiła babcię, żeby wróciły do domu dziadków albo do domu, który kupił generał Xue, gdzie wszyscy traktowali ją jak małą księżniczkę. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że nie powinna prosić, żeby wróciły "do domu", bo jedynym efektem prośby było to, że babcia płakała.
Najbliższymi przyjaciółmi mojej mamy były jej ulubione zwierzęta. Miała sowę, czarnego ptaka, który potrafił powiedzieć kilka prostych zdań, jastrzębia, białą mysz, kota oraz kilka koników polnych i świerszczy, które trzymała w szklanych butelkach. Z ludzi, poza matką, jej jedynym przyjacielem był stary woźnica doktora Xia, Duży Stary Li. Był to silny, chudy mężczyzna z gór Xing'an, leżących na dalekiej północy, tam gdzie się spotykały granice Chin, Mongolii i Związku Radzieckiego. Miał ciemną skórę, grube włosy, szerokie wargi i zadarty nos, co wśród Chińczyków było bardzo rzadkie. I właściwie wcale nie wyglądał na Chińczyka. Był wysoki, szczupły i żylasty. Ojciec wyuczył go na myśliwego i łowcę, razem wykopywali korzenie żeń-szenia i polowali na niedźwiedzie, lisy i jelenie. Przez pewien czas dobrze im się żyło ze sprzedaży skór, ale potem zostali wypchnięci z tego interesu przez bandytów, z których najgorsi pracowali dla Starego Marszałka, Zhang Zuolina. Duży Stary Li nie mówił o nim inaczej jak "ten sukinsyn bandzior". Później, kiedy powiedziano mojej matce, że Marszałek jest zagorzałym antyjapońskim patriotą, przypomniała sobie, jak Duży Stary Li szydził z tego "bohatera" Północnego Wschodu.
Duży Stary Li doglądał ulubieńców mojej mamy, a także zabierał ją ze sobą na wyprawy. Tej zimy nauczył ją jazdy na łyżwach. Na wiosnę, kiedy śnieg i lód topniały, oglądali razem najważniejszą doroczną ceremonię "zamiatania grobów" i sadzenia kwiatów na grobach przodków. W lecie chodzili łowić ryby i zbierać grzyby, a na jesieni wypuszczali się za rogatki miasta, żeby strzelać do zajęcy.
Podczas długich mandżurskich wieczorów, kiedy wyje wiatr hulający na równinie, a mróz wzorami pokrywa okna, Duży Stary Li siadał na ciepłym kangu, brał moją mamę na kolana i opowiadał jej bajeczne historie o górach na północy. Szła spać z obrazami cudownych wysokich drzew, egzotycznych kwiatów, śpiewających melodyjnie kolorowych ptaków i korzeni żeń-szenia, które tak naprawdę były małymi dziewczynkami - i kiedy się je wykopało, trzeba je było przewiązać czerwonym sznurkiem, inaczej uciekały.
Duży Stary Li opowiadał także mojej mamie o obyczajach zwierząt. Tygrysy, które wędrowały po górach w północnej Mandżurii, były wielkoduszne i nigdy nie atakowały człowieka, o ile nie czuły się zagrożone. Uwielbiał tygrysy. Ale z niedźwiedziami sprawy miały się inaczej: były gwałtowne i za wszelką cenę należało ich unikać. Jeśli ci się zdarzy, że spotkasz niedźwiedzia, musisz stać nieruchomo, dopóki nie opuści głowy. A to dlatego, że niedźwiedź ma na czole kłak futra, który zasłania mu pole widzenia, gdy zwierzę schyli głowę. Jeśli chodzi o wilka, nie wolno się odwracać i uciekać, bo zawsze cię doścignie. Trzeba stać i patrzeć prosto na niego, jakbyś się nie bała. Potem możesz zacząć się bardzo, bardzo powoli wycofywać. Wiele lat później rady Dużego Starego Li uratowały mojej mamie życie.
Pewnego dnia, kiedy była w ogrodzie i rozmawiała ze swoimi zwierzętami, wnuki doktora Xia otoczyły ją całą bandą. Dzieci zaczęły ją popychać i wyzywać, a potem bić i szarpać coraz groźniej. Wepchnęły ją w kąt ogrodu, gdzie znajdowała się stara, wyschnięta studnia, i wrzuciły do środka. Studnia była dość głęboka i mama mocno się uderzyła o kamienie na dnie. W końcu ktoś usłyszał jej krzyki i zawołał Dużego Starego Li, który przybiegł, niosąc drabinę. Kucharz ją przytrzymywał, kiedy Li schodził na dół. W tym czasie pojawiła się babcia, odchodząca od zmysłów ze zdenerwowania. Po kilku minutach ze studni wyłonił się Li, trzymając moją mamę, prawie nieprzytomną, całą w siniakach i zadrapaniach. Li podał ją babci, która wniosła córkę do domu, gdzie zbadał ją doktor Xia. Jedno żebro było złamane i jeszcze po latach czasami się przemieszczało. Po tym zajściu mama już zawsze lekko utykała.
Kiedy doktor Xia spytał ją, co się stało, powiedziała, że popchnął ją "Numer Szósty". Babcia, zawsze czuła na sympatie doktora, próbowała ją uciszyć, bo "Numer Szósty" był jego ulubieńcem. Kiedy więc wyszedł z pokoju, znowu powtórzyła, żeby mama nie skarżyła na niego i nie denerwowała doktora. Przez jakiś czas moja mama nie wychodziła z domu z powodu żebra. Pozostałe dzieci zupełnie ją ignorowały.
Bezpośrednio po tym wydarzeniu doktor Xia co jakiś czas zaczął wyjeżdżać z domu na kilka dni. Jeździł do stolicy prowincji, Jinzhou, która leżała jakieś czterdzieści kilometrów na południe, i rozglądał się za pracą. Atmosfera w domu była nieznośna, a wypadek, jaki przytrafił się mojej mamie, przekonał go, że sprawę przeprowadzki należy traktować jak najpoważniej.
Nie była to łatwa decyzja. W Chinach to, że pod jednym dachem żyje razem kilka pokoleń, przysparza rodzinie szacunku. Nawet ulice nosiły takie nazwy, jak "ulica Pięciu pokoleń pod wspólnym dachem" - dla upamiętnienia tych rodzin. Zerwanie ciągłości było uważane za nieszczęście i należało go unikać za wszelką cenę. Doktor Xia usiłował jednak robić dobrą minę do złej gry i powiedział mojej babci, że i tak będzie zadowolony, nawet jeśli mniej go będą szanować.
Babcia odczuła ogromną ulgę, chociaż próbowała tego nie okazywać. W rzeczywistości delikatnie popychała doktora Xia do tego kroku, zwłaszcza po tym, co spotkało moją matkę. Miała dość tej licznej rodziny, ich ciągłej lodowatej obecności, ich złych życzeń. Nie znalazła wśród nich towarzystwa ani też nie zaznała prywatności.
Doktor Xia rozdzielił swój majątek pomiędzy członków rodziny. Jedynymi rzeczami, jakie zatrzymał dla siebie, były podarunki, które jego przodkowie otrzymali od władców Mandżurii. Wdowie po swoim najstarszym synu oddał całą ziemię. Drugi syn odziedziczył aptekę, a najmłodszy dom. Doktor zatroszczył się też o to, żeby Duży Stary Li i reszta służących mieli zabezpieczoną przyszłość. Kiedy zapytał moją babcię, czy nie boi się biedy, odpowiedziała, że mając swoją córkę i jego, będzie szczęśliwa: "Jeśli kochasz, nawet zwykła zimna woda jest słodka".
W mroźny dzień grudnia 1936 roku cała rodzina zebrała się przed bramą, żeby ich pożegnać. Wszyscy mieli suche oczy, oprócz Deguiego, jedynego syna, który poparł to małżeństwo. Duży Stary Li odwiózł ich wozem zaprzężonym w konie na stację, gdzie mama pożegnała się z nim wśród łez. Ale kiedy wsiedli do pociągu, już była podekscytowana. Nie jechała pociągiem od czasu, kiedy miała rok. Była bardzo przejęta i podskakiwała jak piłka, wyglądając oknem.
Jinzhou było sporym miastem, liczącym około stu tysięcy mieszkańców, stolicą jednej z dziewięciu prowincji Manzhuguo. Leżało około osiemdziesięciu kilometrów od morza, tam gdzie Mandżuria zbliża się do Wielkiego Muru. Podobnie jak Yixian, było otoczone murami, ale rozrastało się szybko i wydostało się już poza ich pierwotny obręb. Znajdowało się w nim kilka fabryk tekstylnych i dwie rafinerie oleju, stanowiło również ważny węzeł kolejowy i miało nawet własne lotnisko.
W pierwszej połowie stycznia 1932 roku Jinzhou okupowali Japończycy, którzy zajęli je po ciężkich walkach. Miasto miało niezwykle strategiczne położenie i grało główną rolę w zajęciu Mandżurii, a jego zdobycie było przedmiotem rozmów dyplomatycznych pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Japonią oraz kluczowym epizodem w długim ciągu zdarzeń, które w końcu zakończyły się dziesięć lat później w Pearl Harbor.
Kiedy Japończycy rozpoczęli atak na Mandżurię we wrześniu 1931 roku, Młody Marszałek,
Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej.