3. Wieczór z życia Praffdaty
- W lecie 1989, chociaż byliśmy po tych pierwszych, niby wolnych wyborach z 4 czerwca, prędzej spodziewalibyśmy się, że Ruscy wkroczą i utną całą tę wolność, jak to było kiedyś w Pradze czy w Budapeszcie, niż tego, że rozpłyną się całe demoludy. Ale parę miesięcy później upadł mur berliński. A kto pierwszy burzył mur? My - opowiada Jarek Guła, spiritus movens nieformalnej grupy artystycznej Praffdata.
Praffdata powstała w marcu 1984 roku na szkolnym korytarzu, gdy Guła skrzyknął do wspólnych akcji uczniów SOS-u. W latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych ta szkoła, położona przy Grochowskiej 194/196, nieopodal ronda Wiatraczna na warszawskim Grochowie, była istną wylęgarnią kontrkultury. Chodzili tam, a w zasadzie bywali, między innymi Skandal z Dezertera, Andrzej Stasiuk, Rafał Kwaśniewski - twórca zespołów PRL i Elektryczne Gitary, Dziki z załogi skupionej wokół Armii i Złotej Skały, muzycy Sstil, Houka, 4 Kopniętych i Freda oraz barwni załoganci różnej maści, jak Tycu czy Lenin.
Pełna nazwa szkoły oficjalnie brzmiała Szkolny Ośrodek Socjoterapii. Nieoficjalnie mówiło się Szkoła Ostatniej Szansy, przyjmowała bowiem uczniów, którzy nie chcieli bądź nie potrafili się wpasować w rygor placówek oświatowych, i dawała im szansę zrobienia matury. Sami wychowankowie SOS-u na gęsto zabazgranej ścianie korytarza zanotowali: "Stan Odmiennej Świadomości". Wypadkowa wykładni wszystkich powyższych nazw daje pojęcie o energii buzującej w SOS-ie. Praffdata stała się jej esencjonalną ekspresją.
Chłopaki z Praffdaty. Stoi Maciej Wilski. W środku od lewej: Jarek Guła, Paweł "Palebek" Śniatyński. Leży Faustyn Chełmecki
Fot. Jarosław "Dudi" Burchardt. Ze zbiorów Fundacji Kopalnia Złota
Apogeum działań Praffdaty przypada na przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, ale grupa wciąż jeszcze jest aktywna. Można by ją z grubsza przedstawić jako warszawski odpowiednik wrocławskiej Pomarańczowej Alternatywy czy też trójmiejskiego Totartu. Kreowała sytuacje nieprzewidywalne, żywiołowe i absurdalne, będące aktem transgresji i wolnościowym protestem. W przeciwieństwie jednak do tamtych formacji, o których wiele już napisano, Praffdata wciąż czeka na swego kronikarza. A przecież w epoce dali się poznać na głośnych ogólnopolskich przeglądach muzycznego undergroundu. W 1986 roku na I Zlocie Cynicznej Młodzieży Ery Atomowej w Gdyni, w 1990 - podczas ostatniej edycji Grand Festiwalu Róbrege na Torwarze, a w 1993 na Energii Sztuki w Żarnowcu. Przypomnijmy jedną z akcji Praffdaty z lipca 1989, tę o dalekosiężnych skutkach i globalnym zasięgu: obalenie muru berlińskiego.
Jak to się stało, że banda frików z Polski znalazła się w nieufnie nastawionym do świata Berlinie Wschodnim, gdy mur wciąż stał niewzruszenie? Łącznikiem był Pietia, legendarny punkowy wydawca, czyli Piotr Wierzbicki, współtwórca zina i wytwórni muzycznej QQRYQ:
- To był jeden z paradoksów tamtego systemu, że łatwiej było nawiązać kontakt z punkowcem z RFN niż z NRD. Adresy do punkowców z RFN miałem z wydawanych tam zinów, które dostałem od kolegów. W Niemczech Zachodnich nie musieli się obawiać, że ich pogonią, i jeśli ktoś działał na scenie DIY, bez problemu podawał swój adres w wydawanych na tejże scenie pismach. Zacząłem korespondować z tymi ludźmi, wymienialiśmy się nagraniami i w pewnym momencie zapytałem ich o adresy do punkowców z NRD. Napisałem, jeden z nich, Herne Pietzker z Berlina, odpisał i tak to poszło, że w maju 1986 pojechałem go odwiedzić. Nasze kontakty tak się rozwinęły, że cały czas do siebie jeździliśmy; poznawałem tamtych ludzi. Efektem była składankowa kaseta We Are The Flowers In The Red Zone wydana przez QQRYQ Tapes, na której znalazły się nagrania zespołów z NRD, Węgier i Polski. Oni tam nie mogli sobie pozwolić na takie ruchy. Panował totalny zamordyzm, w ogóle nieporównywalny z tym, co działo się w Polsce. Pełno donosicieli, również w punkowej załodze. Kiedy chcieli obejrzeć jakieś ziny, to dokładnie zasłaniali okna, bo ich mieszkania były pod obserwacją Stasi.
Guła: - Ze trzy razy pojechałem z Pietią do Berlina i największe wrażenie zrobił na mnie mur. Niesłychana rzecz. Po wschodniej stronie wszystko było odwrócone dupą do muru; jak obok muru była ulica, nikt nią nie chodził. Albo stacja metra Friedrichstrasse, do której docierały wschodnio- i zachodnioberlińskie pociągi i gdzie było przejście graniczne. Czyste science fiction! Schodziłeś pod ziemię i trafiałeś do boksu. Za plecami miałeś lustro, przed tobą siedział enerdowski pogranicznik - widział cię dokładnie, czasem kazał opróżnić kieszenie. Jak wszystko było w porządku, otwierał drzwi. Schodziło się dalej w dół i wychodziło na stację zachodnioberlińską, do innego świata. Konkret, dwie rzeczywistości w jednym miejscu. Oglądałem to wszystko zafascynowany i stąd pomysł, aby urządzić tam akcję Praffdaty.
Pietia: - Nie byłem z Praffdatą w Berlinie, skontaktowałem ich z Hernem, który zorganizował występ i zaproszenia. Nie było wtedy łatwo pojechać do NRD. Jak byłem mały, wjeżdżałem z rodzicami na ich dowód, a potem, jak byłem na koloniach, to na legitymację szkolną, ale po "Solidarności" Honecker się wystraszył. Nie dość, że trzeba było mieć paszport, ten socjalistyczny, na kraje demokracji ludowej, to jeszcze obowiązywały zaproszenia, które dodatkowo trzeba było poświadczyć w enerdowskiej ambasadzie w Warszawie. Jeden obywatel NRD mógł wysłać zaproszenie tylko dla jednej osoby. Kiedy pojawił się pomysł na przyjazd Praffdaty, sprawa zrobiła się skomplikowana, Herne musiał zorganizować całą załogę, żeby zebrać kilkanaście zaproszeń.
Jeszcze bardziej skomplikowane były przygotowania do podróży. Praffdata miała pomysł, którego realizacja wymagała wielu artefaktów.
- Wysłałem do Berlina specyfikację, co nam będzie potrzebne: sto kartonów, ileś tam metrów białego papieru, farby, pędzle, wałki - relacjonuje Guła. - Mieli też zorganizować na miejscu rzutnik do slajdów. Plan pączkował przez parę miesięcy. Zdobywałem zdjęcia muru berlińskiego - w tamtych czasach nie można było znaleźć w internecie stu tysięcy obrazków z murem. Miałem własne fotografie robione podczas wyjazdów z Pietią, ktoś mi podrzucił zachodnie gazety z trupem pod murem, kiedy enerdowcy zastrzelili kogoś próbującego uciec. Kolega Dudi miał w domu ciemnię, robiliśmy zdjęcia tych zdjęć na kliszy do slajdów. Natrzaskaliśmy ze dwie rolki filmu po trzydzieści sześć klatek, wywołaliśmy, ale nie pocięliśmy - bo to się przycinało, poszczególne zdjęcia do ramek do rzutnika. Wywołane rolki włożyliśmy z powrotem do kaset, a kasety do aparatów, że niby to jest czysty film do robienia zdjęć.
- Granicę przejeżdżaliśmy w różnych przedziałach i w różnych wagonach, żeby się w oczy nie rzucać - wspomina uczestniczka berlińskiej wyprawy Kasia Sobczyk, która w następnych latach dała się poznać z zespołów Jak Wolność To Wolność, Los Trabantos, Kasia i Wojtek. - Łatwo było się wmieszać w tłum, bo pociąg był pełen handlarzy z Polski. Wieźli, co się dało: wódkę, papierosy, jajka, kiełbasy, okulary przeciwsłoneczne, wszystko, co można było sprzedać w Berlinie Zachodnim. Razem z Dudim trafiłam do przedziału pełnego Polaków, którzy przemycali fajki. Nie mieliśmy żadnych bagaży i myśleli, że jesteśmy jakimiś wtykami. No bo jak można jechać do Berlina bez fajek, bez wódki? Wyciągnęli tę wódkę i trzeba było się napić, a jeszcze pomóc chować papierosy przed granicą. Jak wysiedliśmy w Berlinie, połowa grupy była pijana.
Aby dostać się do NRD, potrzebne było zaproszenie, ale do Berlina Zachodniego można było już wtedy wjechać swobodnie, na paszport. Przejazd przez NRD odbywał się tranzytowo. Ruszyła więc fala handlarzy, domorosłych pionierów przedsiębiorczości doby transformacji, co znalazło nawet odbicie w jednym z pierwszych przebojów zespołu Big Cyc:
Pilsnera wypić trzema łykami,
Opylić fajki, kupić salami.
Gdy Polizei, to dawać chodu,
Wrócisz do kraju, będziesz do przodu.
A w jeden dzień zarobisz tyle,
Co górnik w miesiąc w brudzie i w pyle.
Berlin Zachodni, Berlin Zachodni,
Tu stoi Polak co drugi chodnik.
Guła: - Śmieszna była historia, jak przemycaliśmy trawkę, bo skąd wziąć trawkę we wschodnim Berlinie? Mogę to zdradzić, bo kiedyś paliło się w pociągach, a teraz już się nie pali. Wymyśliłem taki sposób, że wykruszałem tytoń z bibułek papierosów, nabijałem trawką, przypalałem i od razu rzucałem na ziemię, kiepowałem, tak żeby peta zrobić. I takich petów zabrałem ze trzydzieści. Jak pociąg dojeżdżał do granicy, wysypałem te pety na korytarzu, w trakcie podróży nikt nie sprzątał. Wyglądały jak zdeptane papierosy. Po niemieckiej odprawie chodziłem między ludźmi i zbierałem pety z podłogi, potem rozkruszaliśmy je z powrotem. I choć zebrałem o kilka mniej, niż wysypałem, całkiem sporo trawki zostało. W Berlinie kupiliśmy pudełko ramek na slajdy, usiedliśmy w parku i przycięliśmy filmy. Gotowe. Na miejscu powstały też afisze z różnymi rewolucyjnymi hasłami. Wybraliśmy wypisy z Rousseau, Gandhiego, Martina Luthera Kinga, ale też z przemówień przywódcy NRD Ericha Honeckera i z Arahji Kultu, wszystko przetłumaczone na niemiecki. Żeby się to nie rzucało w oczy na granicy, zapisałem hasła w notesie - na różnych stronach miałem wpisane poszczególne słowa, w rozsypce, i do tego klucz, żeby szybko pozbierać je w całość. Mieliśmy opracowany system skakania po tych stronach, jak w szachach. Piotr Bikont, który miał ze sobą kamerę, sfilmował, jak siedzimy z niemieckimi punkowcami: otwieram notes i pokazuję jednemu Niemcowi kolejne hasła, on je dyktuje kolegom, a ci pędzelkiem maczanym w tuszu kaligrafują na dużych rolkach papieru, które potem zawiesiliśmy. Było z dziesięć takich sztrajf, na metr wysokich, rozwieszonych na ścianach sali, w której był koncert.
Pomieszczenie znajdowało się terenie należącym do protestanckiego kościoła Odkupiciela, Erlöserkirche, stojącego na Nöldnerstrasse 43 w dzielnicy Rummelsburg, nieopodal muru. Sam kościół z czerwonej cegły wciąż nosił ślady wojennych zniszczeń, ale na plebanii toczyła się prężna, choć nieoficjalna aktywność. Swój przyczółek miały tu wschodnioniemieckie grupy dysydenckie, w tym również punkowcy. Gdy kończyły się lekcje religii, największa z sal katechetycznych, o rozmiarach niedużej sali gimnastycznej, zmieniała się w klub o nazwie Alösa. W gruncie rzeczy to miejsce zdecydowanie bardziej przypominało świetlicę niż punkowy lokal. Tam właśnie zawisły rewolucyjne sztrajfy Praffdaty.
Warszawska ekipa przybyła do Berlina dzień przed występem, liczyła dziewięć osób. Guła, jego ówczesna dziewczyna Joanna, a dziś żona, Katarzyna Sobczyk, Sylwian, Dudi, Czuraj, Jakubek, Krzysztof Ostas i Piotr Bikont. Dołączył Tycu, który dojechał na własną rękę.
Guła: - Dostaliśmy adres, gdzie mamy nocować pierwszego dnia. To były bloki, wieżowce niedaleko Alexanderplatz. Przyszliśmy, dzwonimy. Wpuścili nas, ale gość mówi, że trochę mu głupio, nie wie, co zrobić, bo mają nerwowy moment. Wiedzieli, że przyjeżdżamy, czekali, ale właśnie dziś dostali zgodę na opuszczenie NRD i wyjazd do RFN. Rano ma ich już tu nie być. W domu zamęt: ciotki, babki, koleżanki i koledzy dzieciaków; żegnają się, pakują. Pozwolił nam zostawić rzeczy i powiedział, żebyśmy wrócili w nocy, przespać się, a teraz gdzieś sobie poszli. Fajnie się zachował. Tak zrobiliśmy, a jak się rano obudziliśmy, gościa i jego rodziny już nie było.
Performanse Praffdaty łączyły w sobie zgiełk punkowego koncertu, totalną kolektywną improwizację, quasi-plemienny obrzęd i działania plastyczne w czasie rzeczywistym. Rozwijały się w kierunku ogólnego wyzwalającego zamętu, który znosił granice między występującymi a publicznością. Podobnie było w NRD, z jedną zasadniczą różnicą... Gdy na ścianach Alösy zawisły już rewolucyjne wypisy, zaczęli ustawiać na scenie, przed ludźmi, mur z kartonowych pudeł. Tak jak w sercu Berlina: dwa rzędy ścian, a między nimi przestrzeń z wieżą strażniczą. Muzycy byli oddzieleni murem od widowni, a od jej strony pojawiły się dziewczyny, Kaśka i Joanna, z farbami i pędzlami.
- Malowałyśmy, co nam przyszło do głowy - opowiada Sobczyk. - Totalna improwizacja. A za murem chłopaki grali. Ściana duża, parę metrów, było co malować. Świetne farby mieli w NRD. Zachwyciły mnie intensywnością kolorów.
Do tego w tle, na ścianie klubu, wyświetlane były slajdy z kadrami z historii muru. A muzyka?
Sylwian: - Ja przyjechałem z trąbką, Czuraj też miał swoją. Na granicy mówiliśmy, że na pogrzeb babci jedziemy. Jakubek miał gitarę. Reszta grała na bębnach, gwizdkach. Akustycznie, bez planu. W pewnym momencie skończyła mi się koncepcja, co dalej. Złapałem część muru, popchnąłem i wjechałem nim w ludzi, którzy siedzieli z przodu. A oni przerażeni. Nikt się nie ruszył. Enerdowcy spięci byli strasznie. Już przed koncertem widzieliśmy, że są zastraszeni, zahukani, przemknąć szybko, schować się. W Polsce, jak była taka akcja, jakiś happening, ludzie zaraz się włączali. Zazwyczaj wyglądało to tak, że najpierw budujemy dekorację, a potem ją rozpierdalamy wspólnie z publicznością. I zawsze to się sprawdzało, latały kartony. Zawsze była interakcja, a tam oni siedzieli na krzesełkach do końca. Siedzieli i patrzyli, a potem bili brawo. Trochę nas zatkało.
Sobczyk: - Parę lat temu byłam na Krymie, jakiś rok przed rosyjską aneksją, grałam koncert z krakowską kapelą Translola. Przypomniał mi się wtedy Berlin: ludzie byli tam tak samo spięci i tak samo zahukani. Czuć było od nich taką energię strachu.
Piotr Bikont miał rejestrować koncert kamerą wideo, w pewnym jednak momencie trafił w niego lecący karton i urządzenie się wyłączyło. Nagrany został tylko początek i koniec imprezy.
- Tuż po koncercie wszyscy się od nas odwrócili, nikt nie podchodził - mówi Guła. - Szybko się rozeszli. Teraz myślę, że po prostu się wystraszyli; pewnie były wśród nich jakieś wtyki. Nie wiedzieliśmy, co ze sobą zrobić, bo spać mieliśmy w tym samym mieszkaniu, a gość już wyjechał. Miała przyjść po nas jakaś dziewczyna. Koncert skończył się wcześnie, koło dwudziestej, i czekaliśmy chyba do drugiej. Dziewczyna nie przyszła, więc poszliśmy przespać się w parku. Dobrze, że lato było. Następnego dnia wszyscy ruszyli zwiedzać Berlin Zachodni - wszyscy oprócz mnie, bo miałem paszport tylko na demoludy. Chodzili wzdłuż muru po zachodniej stronie, a ja równolegle po wschodniej; w pewnym miejscu, na wysokości Bramy Brandenburskiej, sfilmowali mnie z platformy widokowej. Robiłem pajacyka, żeby mnie było widać, bo to daleko, zaraz jakiś trabant podjechał zobaczyć, co wyrabiam. A potem wróciliśmy do Polski. Dziwne to było, że nikt się nami nie zainteresował.
Trzy miesiące później dwaj spośród berlińskich załogantów, którzy zaprosili Praffdatę, wraz z rodzinami wylądowali w Polsce w roli uchodźców. Był wrzesień 1989, mur wciąż jeszcze stał, ale system w NRD zaczął się chwiać. Mieszkańcy wschodnich Niemiec podejmowali decyzje o ucieczce - wyjeżdżali legalnie do stolic bratnich krajów: Warszawy, Budapesztu i Pragi, by tam, już nielegalnie, zgłaszać się do ambasad RFN z prośbą o azyl. Do Polski trafiło wówczas sześć tysięcy obywateli Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Część z nich koczowała w ambasadzie RFN na Saskiej Kępie, innych lokowano w ośrodkach wypoczynkowych pod Warszawą. Na początku października w wyniku uzgodnień rządu Tadeusza Mazowieckiego z przedstawicielami obu rządów niemieckich z Dworca Wschodniego w Warszawie wyruszyły eksterytorialne pociągi, które przewiozły dwa tysiące uchodźców do Niemiec Zachodnich. Reszta już po upadku muru, w listopadzie, jechała do RFN przez Szwecję. Zapomniany to dziś, a ciekawy epizod.
Czesi pamiętają go lepiej. Sugestywne sceny z enerdowskiego exodusu do Pragi otwierają Siostrę Jáchyma Topola, bodaj najlepszą powieść o transformacji w Europie Wschodniej. A sam Topol to również uczestnik "dzikiej rzeczy" na froncie czeskim - brat Filipa Topola, wokalisty i tekściarza legendarnej punkowo-poetycko-knajpianej formacji Psí Vojáci, poeta z kręgu alternatywnego pisma "Revolver Revue" (w połowie lat dziewięćdziesiątych doczekało się w Polsce antologii opublikowanej jako wydanie specjalne "brulionu").
[...] zostawiali na ulicach Małej Strany zbyt ciężkie torby, walizki, koce, którymi opatulali się w nocy, kiedy ambasada była przepełniona, nadmuchiwane poduszki, butle z gazem ze swoich trabantów, zostawiali tam mnóstwo rzeczy, których na Zachodzie nie będą potrzebować... na ulicy leżały zapomniane i porzucone zabawki, miś z ukręconą głową i celuloidowe kaczuszki wyrzucone z komunistycznego stawu NRD na kamienny bruk Pragi, zgubione w chaosie i pośpiechu, na pewno zastąpiła je już ta kurwa Barbie z najbardziej jedwabistymi włosami na świecie... widziałem patelnię i szkolny tornister, plac, z którego prowadziła droga do ambasady, pełen był niemieckich samochodów, trabant z pierzyną na dachu leżał przewrócony na bok...
Jakiż to kontrast ze sztywnym zachowaniem praffdatowej publiczności z kościoła Odkupiciela!
W marcu 2018 roku Praffdata powróciła do Berlina w roli gości Akademie der Künste na wernisażu wystawy Notes from the Underground, przygotowanej przez Muzeum Sztuki w Łodzi, a prezentującej alternatywną sztukę i muzykę Europy Wschodniej z lat 1968-1994. Znalazły się tam również artefakty i rejestracje z działań Praffdaty. Historię o performansie z 1989, wraz z zachowanymi fragmentami filmu Piotra Bikonta, przypomniał berlińczykom Guła w listopadzie 2019 roku, podczas spotkania w ramach obchodów trzydziestolecia zburzeniu muru. Miała wówczas miejsce premiera winylowej reedycji kasety QQRYQ We Are The Flowers In The Red Zone Vol. 1. Wydał ją Warsaw Pact, sublabel hardcore'owej wytwórni Refuse Records, działającej w Berlinie, lecz prowadzonej przez polskiego punkowca Roberta Refuse'a. Dziś to unikalny dokument punkowej sceny w NRD, tym bardziej że do płyty dołączono reprint zina "Inside", niegdyś zredagowanego przez berlińskich punkowców, a wydrukowanego w Warszawie dzięki pomocy ekipy QQRYQ. Pismo nigdy wcześniej nie trafiło do Niemiec, próba jego przemytu przez granicę zakończyła się porażką. Micha z zespołu Namenlos, który miał "Inside" przewieźć, został aresztowany i cały nakład uległ konfiskacie. Jedyny zachowany egzemplarz, z którego skorzystał Warsaw Pact, odnalazł się po latach w archiwach Stasi. Takie historie przypominają dziś, jak brawurowy był wyczyn Praffdaty.