Dzika - Małgorzata Karolina Piekarska

-
Proszę czekać

Rozdział 8:

ZNALEZISKO

- Magda się o ciebie pytała - wyrzucił z siebie Artur, doganiając idącego na zbiórkę Rafała.

- No to co? - Rafał wzruszył ramionami.

Czemu już druga osoba zawraca mu głowę tą Magdą? Niewiele go ona obchodzi.

- Pytała wczoraj, pytała dzisiaj...

- Eeee tam! - Rafał uciął rozmowę, która wydała mu się bezsensowna.

Drugi dzień bił się z myślami, czy poprosić ojca o forsę na pokarm dla Amanta. Niby to tylko kilka złotych, ale podsłuchał jego rozmowę z Krystyną, że zalegają z czynszem. Ech...

Kuba to nie ma podobnych problemów. Czy jak mama żyła, to w domu też tak było? Mama. Rafała bolało to, że coraz mniej ją pamiętał. W głowie miał tylko rwane obrazki. Mama ciężko pracowała. O! Nawet bardzo ciężko. Wracała do domu wieczorami. Jedynie weekendy spędzali razem, choć często w soboty spała do południa. Rafał pamięta taką scenę. Jest wieczór. Mama paląca w łazience papierosa. Już wtedy była chora i kaszlała, choć nikt nie zdawał sobie sprawy z tego, jak poważny jest jej stan. Mama między jednym a drugim kaszlnięciem opowiadała mu, że niedługo kupią samochód i wtedy całą trójką pojadą na prawdziwe wakacje. Samochód będzie czerwony jak truskawka. A teraz... nie tylko nie ma samochodu, lecz także mamy.

Rafał pamięta jeszcze jej oczy i śmiech, ale też kiedy widział ją po raz ostatni - wychudzoną i łysą, patrzącą tępym wzrokiem w okno. Wyglądała jak ktoś zupełnie obcy. Ale była...

Otrząsnął się ze wspomnień. Trzeba wracać do codzienności. Ciekawe, jakie akwaria ma reszta? No i co powie drużynowy na pomysł Młodego?

Na poznanie jego reakcji nie trzeba było długo czekać. Łukasz zameldował zastęp, ale nie zdążył zreferować do końca opracowanego przez siebie rocznego zadania. Drużynowy mu przerwał.

- Nie przyjmuję tego zadania - powiedział.

Tropiciele osłupieli. Pierwszy odezwał się Młody.

- Ale dlaczego?

- Zadanie roczne nie może wymagać aż takich nakładów finansowych.

- Ale rok temu, kiedy dziewczyny robiły zdjęcia...

- Jest ogromna różnica - przerwał Tomek. - One miały aparat! - Drużynowy położył nacisk na słowo "aparat". - Poza tym wystarczył jeden, a zrozumiałem, że w waszym przypadku każdy musi mieć akwarium...

- No i ma! - oświadczył triumfalnie Młody.

- Nie - zaprotestowali Kacper z Arturem. - Myśmy jeszcze nie kupili.

- Ale nawet Rafał ma! - wykrzyknął Młody.

Rafał spuścił wzrok.

"Wielkie mi akwarium - pomyślał. - Jeden bojownik w kuli pełnej wody. Trochę żwirku na dnie i jedna roślinka".

- Widzę, że ty cały czas czegoś nie rozumiesz. Co mają inni z twojego hodowania rybek?

- Też hodują.

- Matko! - Drużynowy był wyraźnie poirytowany. - Tobie, jak widzę, trzeba czasem pewne rzeczy tłumaczyć jak krowie na rowie. Wasze zeszłoroczne zadanie dało sporą wiedzę o malarzach na Kępie nie tylko nam, lecz... ogółowi. Mieszkańcom na przykład. W końcu była i wystawa... A co z rybkami? Zaprosisz ludzi na zwiedzanie akwariów w waszych domach?

- I cała wycieczka przyjdzie do mnie, a tam... jeden bojownik - zachichotał Rafał.

- Amant! - dodał Kuba, udając śmiertelną powagę, ale drużynowy zgromił obu wzrokiem.

- Napiszecie podręcznik akwarysty? Jest wiele takich podręczników. Poprowadzicie forum akwarystyczne? Też coś takiego już jest. Skąd w ogóle taki pomysł?

Kuba wzruszył ramionami.

- Ty nie wzruszaj ramionami! W zeszłym roku twój pomysł o malarzach był naprawdę niezły... A w tym roku mam wrażenie, że jesteście nie w gimnazjum, tylko w podstawówce. Zdziecinnieliście. Bo co? Inny zastęp ma może hodować psy? A jeszcze inny jeże?

- O właśnie! - zawołał ożywiony Tasiemiec, ale spojrzawszy na minę drużynowego, szybko umilkł.

- Co chciałeś powiedzieć? - spytał drużynowy i westchnął ciężko.

- Nic... tyle że na Kępie jest mnóstwo jeży...

- Rozumiem. I macie zamiar całym zastępem przez zimę je liczyć - stwierdził drużynowy, nie kryjąc ironii.

- Nie... no wiem, że głupie... ale, druhu, to naprawdę nie jest proste wymyślić jakieś zadanie dla przyrodników. W zeszłym roku też było trudno...

- Dlatego na te zadania macie kilka tygodni! Przecież nie musieliście zgłaszać mi planów dziś. A pomysł, by kupować akwaria, zanim zaakceptowałem zadanie, był baaardzo ryzykowny. Ten, kto kupił, musi teraz hodować.

- Się wie - odparł Rafał i w duchu pomyślał, że opieka nad jednym bojownikiem nie jest niczym strasznym. Znacznie gorzej ma Kuba, który kupił całkiem spore akwarium z jakimś filtrem kaskadowym i mnóstwem rzeczy, o których przeznaczeniu Rafał nie miał bladego pojęcia.

- Ale czy ja się w końcu dowiem, skąd wziął się u was taki pomysł?

Zapadła cisza. Wszyscy jakby czekali, że Młody sam się zgłosi i powie, jak było, ale Młody milczał. Milczeli więc wszyscy. Solidarnie. Jak w bardzo zgranym zastępie. Choć wiedzieli, że takim nie są. Przeciągające się milczenie przerwał okrzyk Magdy:

- Skąd to masz?!

* * *

Alicja wracała z angielskiego. Pani Kim Chojnacka, którą babci poleciła dawna znajoma, była uroczą kobietą. Urodzona w Londynie Brytyjka dziesięć lat temu wyszła za mąż za Polaka. Po polsku nie mówiła zbyt dobrze, ale jako lektorka angielskiego święciła triumfy, przygotowując do egzaminów z języka młodzież niemal z całej Pragi-Południe. W Radomiu Alicja nie miała takich możliwości nauki angielskiego, więc teraz co piątek tuż po lekcjach biegła do pani Kim.

Państwo Chojnaccy mieszkali po drugiej stronie działek w nowo wybudowanym domku przy Spalinowej. Pod dom można było dojechać autobusem 158, ale by w niego wsiąść, Alicja musiałaby iść aż do alei Waszyngtona. O tej porze roku jej się nie chciało. Wolała przespacerować się przez działki. Zwłaszcza że prosto z lekcji nie szła do domu, ale na pierwszą w życiu zbiórkę.

Zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku Międzynarodowej, energicznie machając ręką. Przez chwilę powtarzała angielskie ćwiczenie językowe: How much wood could a woodchuck chuck, if a woodchuck would chuck wood. Potem myśli skierowała ku zbiórce. "Ciekawe, jak tam będzie? - zastanawiała się i wspominała wszystko to, o czym na dużej przerwie opowiedziała jej Jagoda. - Szkoda, że nie jest ze mną w klasie". Alicja westchnęła i z całej siły pchnęła furtkę prowadzącą na działki.

Powietrze pachniało palonymi liśćmi. Alicja z zaciekawieniem oglądała stojące na działkach małe domki. Niektóre zadbane, inne opuszczone. Ani się spostrzegła, jak weszła na pierwsze podwórka osiedla Międzynarodowa. Nagle jej uwagę przykuło coś, co leżało na chodniku. Podeszła bliżej. Na samym środku szerokiego, ciągnącego się wzdłuż działek chodnika leżał żółw. Na plecach. Nie ruszał się. Alicja ostrożnie uniosła zwierzę. Czy żyje? Żółw nie dawał znaku życia. Alicja pędem puściła się w stronę szkoły. W końcu w bloku obok wejścia mieścił się sklep zoologiczny. Wbiegła do środka, od progu wołając:

- Proszę pani, czy...

- Nie u nas kupiony - przerwała ekspedientka, patrząc niechętnym wzrokiem na żółwia. - Nie sprzedajemy żółwi, a poza tym zwierząt się nie reklamuje.

- Ale ja nie to chciałam...

- Weterynarz jest dalej. Na końcu bloku. - Ekspedientka wzruszyła ramionami i odwróciła się plecami do Alicji.

W poczekalni prywatnej przychodni weterynaryjnej było pusto. Alicja zapukała do gabinetu.

- Proszę - usłyszała zza drzwi damski głos.

Już miała nacisnąć klamkę, kiedy uświadomiła sobie, że nie ma pieniędzy. Po opłaceniu lekcji z panią Kim w kieszeni zostało jej najwyżej pięć złotych. Chciała się wycofać, ale w drzwiach stanęła ubrana w biały fartuch kobieta.

- Co tam przyniosłaś? - spytała.

- Żółwia - odparła Alicja i zaraz dodała. - Ale nie mam pieniędzy i...

- Kochana, to nie jest pogotowie dla ludzi tylko ekskluzywna klinika weterynaryjna i...

- Przepraszam. Po prostu znalazłam go na ulicy i chciałam dowiedzieć się, czy żyje.

Ale pani weterynarz już nie słuchała, tylko wróciła do gabinetu, zamykając za sobą drzwi.

* * *

- Skąd to masz?! - Alicję przywitał okrzyk Magdy.

- Jak się nazywa? - spytała Jagoda.

- Nie wiem - odparła Alicja i rozejrzała się po otaczających ją twarzach.

Stały wokół niej. Same dziewczyny. Alicja znała tylko Jagodę. Jak nazywają się pozostałe? Czy zaakceptują ją w zastępie? Zanim tu przyszła, kilka razy o tym myślała. Teraz jej głowę zaprzątała tylko jedna myśl. Jak sprawdzić, czy znaleziony na ulicy żółw żyje?

- Co tam macie? - spytał drużynowy i wraz z całym zastępem Tropicieli podszedł do dziewczyn, a zobaczywszy w rękach Alicji żółwia, wykrzyknął:

- No nie! Najpierw akwarium, teraz to!

- Co z nim zrobić? - spytała Alicja.

- A po co z nim tu przyszłaś? - Drużynowy spojrzał rozbawiony na Alicję.

- Znalazłam go - odparła cicho. - Leżał na ulicy. I nie umiałam jakoś przejść obojętnie...

- Trzeba do weterynarza! - powiedział Tasiemiec.

- Do sklepu zoologicznego - stwierdził Młody.

- Byłam i tu, i tu - odparła Alicja i streściła przebieg obu swoich wizyt.

Kiedy doszła do momentu, gdy pani weterynarz zatrzasnęła jej przed nosem drzwi, zapadła cisza. Pierwszy odezwał się Artur.

- Koło mnie jest bardzo fajny weterynarz. Może przyjmie bez forsy?

- Może... - odparła Alicja bez przekonania.

Spuściła głowę. Miała być fajna zbiórka, a teraz... przez żółwia zrobił się kłopot. Jak ten drużynowy na nią patrzy...

- Jak masz na imię? - dobiegł Alicję jego głos.

- Alicja.

- I przyszłaś do nas, do drużyny?

- Tak.

- Wydaje mi się, że dalszy twój udział w dzisiejszej zbiórce nie ma sensu - stwierdził drużynowy. - Znalazłaś żółwia, więc... musisz się nim zająć. Zwłaszcza że w tym roku nasza drużyna to "przyrodnicy", więc masz szansę się wykazać. Artur zaprowadzi cię do tego swojego weterynarza. Niech to będzie wasz pierwszy krok do zdobycia sprawności "przyjaciel zwierząt". Czuwaj!

Alicja spojrzała na Artura. Chłopak wzruszył wprawdzie ramionami, ale skinął głową. Najwyraźniej oznaczało to, że nie ma nic przeciwko temu, by iść z nią do weterynarza. Ze szkoły wyszli w milczeniu.

- Daleko to? - spytała Alicja, gdy dotarli do skrzyżowania z Saską.

- Nie - odparł Artur. - Tu, na Styki...

- Aha.

- Przyjaźnisz się z Rafałem? - spytał Artur.

- Jesteśmy w jednej klasie.

- Podobno w jednej ławce...

- Yhm - odparła Alicja.

- Magda się w nim kocha. - Artur spojrzał na Alicję.

Jakie to na niej zrobi wrażenie? Ale dziewczynie nawet mięsień twarzy nie drgnął. Szła, trzymając w rękach żółwia, i w myślach mówiła sobie. Jeżeli żółw żyje, to... Jeżeli żółw żyje, to znaczy... Jeżeli żółw żyje, to znaczy, że.... Zaśmiała się, aż Artur znów na nią spojrzał, ale tym razem ze zdumieniem. Alicja chichotała. Mimowolnie z tego życzenia, którego nawet w myślach wymówić nie chciała, a które dotyczyło oczywiście Rafała, Magdy i jej samej, wyszedł łamaniec językowy, prawie taki jak ten angielski, który powtarzała dziś, idąc przez działki. Jeżeli żółw żyje, to znaczy, że.... No właśnie. Co to znaczy?

Rozdział 9:

TROPICIELE I FOTOGRAFKI

- Żyje - oświadczył weterynarz. - On po prostu zasnął, ale... - doktor Jackowski zawiesił głos i podrapał się za uchem. - Powiedzcie, skąd go macie? - spytał po chwili, przyglądając się uważnie Alicji i Arturowi.

- Leżał na chodniku koło działek na Waszyngtona - powiedziała Alicja i spojrzała na weterynarza. - A czemu pan pyta?

- Bo to jest żółw stepowy. W Polsce można go spotkać najczęściej w zoo. Nie znajdziecie tych żółwi w sklepach zoologicznych...

- A w Kakadu w Promenadzie są... - wtrącił Artur, który wprawdzie nie kupił akwarium jak Kuba, ale jeździł oglądać, ile by go to kosztowało. Widział wtedy żółwie.

- Jakieś żółwie może i tam są, ale na pewno nie stepowe - stwierdził spokojnie weterynarz.

- Skąd pan wie?

- Od kiedy jesteśmy członkami Unii Europejskiej, w Polsce jest zakaz sprowadzania tych żółwi.

- Jak to "zakaz sprowadzania"? - spytał Artur.

- Skąd sprowadzania? - spytała Alicja.

- Żółwie stepowe żyją w Azji w tak zwanym klimacie surowym, czyli o gorącym lecie i bardzo mroźnej zimie... Dlatego w zimie żółw stepowy zasypia, ale i w lecie jak jest za gorąco, to zdarza mu się zapaść w sen. I wy znaleźliście właśnie taki śpiący okaz...

- Ja znalazłam - przerwała Alicja, chcąc podkreślić swoje prawa do żółwia. Po czym pogłaskała go po skorupie i powiedziała: - Nazwę go Śpioch.

- No to... co to oznacza? - spytał Artur.

- Co? - weterynarz nie rozumiał, o co chodzi Arturowi.

- No... - zaczął powoli Artur. - Powiedział pan, że tych żółwi nie wolno sprowadzać, czyli... może to jakieś przestępstwo?

- Że znalazłam? - oburzyła się Alicja.

- Nie - gwałtownie zaprzeczył Artur. - Że on na ulicy leżał.

- To po prostu chroniony gatunek - wyjaśnił doktor Jackowski i zamyślił się na chwilę. - A może ktoś go zgubił? Powiedziałaś, że leżał koło działek. Wiele osób na czas wakacji wynosi zwierzęta na działki, żeby miały więcej swobody. Może jego też ktoś wyniósł i potem nie zabrał, bo żółw uciekł? Może być też tak, że żółw na tych działkach zasnął, a na chodnik wyniosło go jakieś zwierzę. Na przykład pies. Te żółwie mogą spokojnie zimować, bo w Azji w bardzo niskiej temperaturze po prostu zasypiają.

- Co taki żółw jada? - spytała Alicja.

- Teraz to nic nie będzie jadł, bo śpi - zauważył Artur.

- Chcesz go zatrzymać, tak? - spytał doktor Jackowski.

- No... skoro go znalazłam, to uważam, że powinien być mój.

- A ja jestem za tym, by z tym żółwiem pójść na policję - wtrącił się Artur.

- Teoretycznie masz rację, ale tylko teoretycznie - odparł doktor Jackowski, po czym znowu się zamyślił.

- Dlaczego teoretycznie? - spytał Artur.

- Bo policja zatrzyma żółwia jako dowód rzeczowy, a potem przekaże do zoo, a twoja koleżanka najwyraźniej bardzo chce go zatrzymać. Żółwie jedzą owoce i warzywa. W Azji na plantacjach melonów i arbuzów traktowane są jak szkodniki, ale w sklepie zoologicznym znajdziesz specjalny pokarm dla żółwi.

* * *

- Idziemy? - zapytał Rafała Kuba na dużej przerwie.

- Dokąd?

- No do Skaryszaka przecież...

- A! - odparł krótko Rafał, co miało oznaczać, że wszystko jasne.

Przecież całą paczką umówili się na dziś po lekcjach do parku Skaryszewskiego. Mają szukać natchnienia. Wspominał teraz tę rozmowę, kiedy szedł w kierunku domu Jagody. O ileż bardziej wolałby umawiać się u Alicji... Ale kiedy wychodził, ojciec znów spojrzał na niego podejrzliwie. Musiał powiedzieć, że umówił się z Kubą. No, poniekąd była to prawda. Ale tyko poniekąd. Rafałowi w uszach jak dzwon brzmiały słowa ojca:

- Mam nadzieję, że naprawdę z Kubą, a nie z tym kocmołuchem z klatki obok.

- No jesteś! - przywitała go Jagoda.

Zza jej głowy wyjrzał Tasiemiec.

- Alka też już jest - powiedział i zniżając głos do szeptu, dodał: - I Magda. - Po czym mrugnął konspiracyjnie.

Rafał wzruszył ramionami. Co oni z tą Magdą?! Nie zdejmując kurtki, wszedł do pokoju. Magda jako jedyna nie wstała. Dopiero Jagoda musiała głośniej krzyknąć, że wychodzą.

- Czemu mówisz na Alicję Alka? - spytał Rafał Tasiemca.

- Mnie to nie przeszkadza - wtrąciła Alicja. - Wiele osób mówi do mnie Alka albo Ala. Możecie i wy. Reaguję na wszystkie formy imienia plus na Dziką - dodała i zaśmiała się.

Na rogu Walecznych i Saskiej czekała reszta. Kuba, Artur, Łukasz, Młody i pozostałe dziewczyny z zastępu Jagody. Brakowało tylko Kacpra.

- Nareszcie! - Kuba podszedł do Jagody i pocałował ją w policzek. - Co tak długo?

- Ja się spóźniłem - odezwał się Rafał i zamilkł.

Nie chciał opowiadać o tym, co usłyszał od ojca. Myślał, że chciałby móc pocałować Alicję tak jak Kuba Jagodę.

- No dobra - usłyszał głos Łukasza. - Walimy do Skaryszaka i szukamy pomysłów.

* * *

Park o tej porze mienił się wszystkimi kolorami tęczy. Róże w rosarium okalającym rzeźbę tancerki dłuta Stanisława Jackowskiego wprawdzie przekwitały, ale gdzieniegdzie widać było jeszcze na krzewach kolorowe kwiaty. Głóg mienił się czerwienią, a za sprawą zalegających na alejkach liści mieli wrażenie, że chodzą po złotym puszystym dywanie. Szurając stopami po liściach, szli w kierunku wodospadu.

- Nie wiem, co chcecie wymyślić, łażąc po Skaryszaku - mruknął Młody. Był obrażony, że jego akwarystyczny pomysł nie spotkał się z aprobatą drużynowego. - Dla mnie to park nie jest miejscem, w którym można cokolwiek tropić. Chyba tylko jeże i wiewiórki.

- A wiecie, że ten żółw, którego Alka znalazła, to żółw stepowy? - odezwał się Artur.

- To znaczy co? Stepować umie? - spytał Tasiemiec i zachichotał, wyobrażając sobie żółwia stepującego na dwóch nóżkach.

- Ty to masz te dowcipy - zakpił Łukasz, ale i on się zaśmiał. Widocznie również na jego wyobraźnię podziałał widok żółwia obutego w podkute lakierki, a w łapce trzymającego laskę ze srebrną gałką.

Nagle ich drogę przebiegła wiewiórka. Zwierzątko stanęło na środku szerokiej alei, przekrzywiło głowę i spojrzało na nadchodzącą gromadkę.

- Kurde... - odezwał się Kuba. - Gdzieś miałem orzechy. Poczekajcie! - poprosił i zaczął przeszukiwać kieszenie.

Po chwili z jednej z nich wyjął trzy włoskie orzechy.

- Zebrałem w ogródku - wyjaśnił, widząc pytające spojrzenia Łukasza i Magdy. A potem ukucnął i wysunął rękę z orzechem w kierunku wiewiórki.

- Basia, Basia! - zawołał.

- Wiecie co... - odezwał się Młody. - Jak słyszę, kiedy ktoś woła "Basia", to mi się zawsze taki dowcip rysunkowy Mleczki przypomina. Jak dwie wiewiórki obgadują trzecią, która idzie do wyciągniętej ręki z orzechem. I mówią, że Zenek to świnia, bo dla byle orzecha pozwala się nazywać Basią. Skąd wiadomo, że to jest ona?

- O rany! - Jagoda westchnęła ciężko. - Ale ty masz problemy. Mówi się "ta wiewiórka". Mówisz poza tym "ta świnia", a przecież są też świnie samce. I to ciebie nie zastanawia?

- Nie - odparł Młody. - Bo samiec świni to knur. Tak jak krowy to byk. Samica konia to kobyła, barana - owca, psa - suka, a kota - kotka. A z wiewiórkami? Nie mówi się przecież ten wiewiórek!

- Uwaga! - zawołał Tasiemiec. - Za chwilę z tego powodu, że nie ma rozróżnienia w nazwie samicy i samca wiewiórki, druh Tomasz się popłacze! To dopiero będzie zarypiście!

Artur, Łukasz, Rafał i dziewczyny parsknęli śmiechem.

Tylko Kuba się nie śmiał. Nie chciał spłoszyć wiewiórki, która w tym momencie podeszła bliziutko, niemal do jego wyciągniętej ręki.

- Rany! - szepnęła Jagoda. - Nie myślałam, że podejdzie tak blisko. Dobrze, że wzięłam sprzęt - dodała i wyjęła z kieszeni aparat fotograficzny. Jednak wiewiórka nagle odskoczyła. Spłoszył ją krzyk nadbiegającego od strony alei Waszyngtona Kacpra.

- Mam! Sensacja! - wołał zdyszany, pędząc.

- Czemu się spóźniłeś? - spytał Łukasz, ale Kacper machnął ręką, dając znak, że jest zbyt zmęczony po biegu, by odpowiadać na tak idiotyczne pytanie jak powód spóźnienia.

- Spotkałem sąsiadkę...

- I? - przerwał Młody, ale Łukasz zgromił go wzrokiem.

- ... i sąsiadka powiedziała mi, że idzie na zebranie rady osiedla czy dzielnicy... no nieważne akurat...

- Jak to nieważne? - oburzył się Młody. - Ważne! W końcu to duża różnica...

- Oj, nieważne - uciął Tasiemiec. - Daj mu mówić. I co?

- No w każdym razie chcą zlikwidować działki przy Waszyngtona. Ma tam być jakiś supermarket czy obiekt handlowy, czy coś. Ponoć ktoś wziął jakąś łapówkę, by przeforsować projekt likwidacji działek.

- Ale mi sensacja. I po cholerę nam to mówisz...? - złościł się Młody.

- Słuchaj! - huknął Tasiemiec. - Ja nie wiem, czy ty jesteś taki tępy, czy tępego udajesz... mamy tropić coś związanego z przyrodą. Tak?

- O to, to! - potwierdził Kacper, dysząc ciężko. - Jak to dobrze, stary, że chociaż ty mnie rozumiesz. Zróbmy pełną dokumentację działek. Pogadajmy z ludźmi, którzy tam mają działki, poobserwujmy, co na nich jest. Może dowiemy się, kto ma na ten teren zakusy?

- Idzie zima - stwierdził Młody.

- To co? - Kacper wzruszył ramionami. - W zimie też tam się różne rzeczy dzieją.

- Czyli co? - spytał Łukasz i powiódł wzrokiem po twarzach kolegów. - Mamy pomysł na zadanie?

- My chyba też - odezwała się milcząca dotąd Magda i palcem wskazała Jagodę robiącą zdjęcia Kubie, któremu kolejna wiewiórka brała z ręki już drugiego włoskiego orzecha.

- No to fajno! - stwierdził Artur. - My będziemy dalej tropić, a dziewczyny fotografować.

- Żółw jest z działek - powiedziała Alicja, ale poza Rafałem nikt jej nie słuchał.

Wszyscy obserwowali wiewiórkę, która zgubiła orzech, po czym znów go podniosła i czmychała alejką w kierunku pobliskiego kasztanowca. Tylko Magda kątem oka spoglądała na wpatrzonego w Alicję Rafała i czuła w sercu nieprzyjemne ukłucie.

Rozdział 10:

I ZNOWU ŁAWKA

- Zadzwoń do tej swojej babki, żeby to ona przychodziła na zebrania do szkoły! - krzyknął Subocz już od progu.

W jego głosie było tyle złości, że Krystyna aż wyszła z kuchni, w której łuskała orzechy. Spojrzała na męża. Od jakiegoś czasu zrobił się dziwny. Niby nie pił jak dawniej, ale miała wrażenie, że powrót do nałogu to tylko kwestia czasu, bo znów coś go gryzie. Spojrzała, jak z impetem rzucił się na wersalkę i znalazłszy pilota, włączył telewizor.

- Stefan! Co ty? - spytała zaniepokojona.

Dopiero teraz dotarło do niej w pełni, co powiedział. Nigdy wcześniej nie chciał, by matka pierwszej żony zajmowała się Rafałem. Dopiero niedawno pozwolił synowi się z nią widywać, a teraz raptem woli, by to ona chodziła na zebrania?! Dlaczego?

- Rafała nie ma - dodała, a nie doczekawszy się odpowiedzi, wróciła do kuchni.

- To jak wróci, też mu powtórz - odparł Stefan Subocz i z tępym wyrazem twarzy zaczął przerzucać pilotem kanały. - Aaaa! - krzyknął po chwili tak głośno, że przerażona Krystyna znowu wpadła z kuchni do pokoju.

- A gdzie on się włóczy?! Znowu tam poszedł?!

- Dokąd? O co ci chodzi?

- No, chciałbym wiedzieć, gdzie on jest?

- Poszedł na zbiórkę... - odparła i wróciła do kuchni.

- No! - odparł uspokojony Subocz i zaczął oglądać mecz koszykówki.

Jednak scena z zebrania zbyt mocno siedziała mu w głowie. Próbował odpędzić wspomnienie, ale bez skutku.

* * *

Pani Bożena Sarankiewicz, która w zeszłym roku była wychowawczynią Rafała, ciężko zachorowała. W tym roku wychowawstwo w jego klasie przejęła wychowawczyni Kuby - Barbara Czajka. Osoba surowa, ale i sprawiedliwa. Pewnie dlatego rada pedagogiczna uznała, że na pewno poradzi sobie z wychowawstwem w dwóch klasach. Pani Czajka nie lubiła, kiedy rodzice spóźniali się na zebrania. To dlatego powitała Stefana Subocza surowym:

- Spóźnił się pan!

Przytaknął. Co zresztą miał zrobić? Była to prawda. Za późno wyszedł z domu. Potem długo szukał klasy, w której odbywało się zebranie drugiej humanistycznej. Ochroniarz powiedział mu, że w sali numer pięćdziesiąt dwa. Zastanawiał się, co to jest ta humanistyczna, i przemierzał piętra w poszukiwaniu sali.

Na co komu jakaś humanistyczna? Może choć po szkole smark zmądrzeje i pójdzie do technikum. Zawód by zdobył, a tak...

Wreszcie znalazł tabliczkę z numerem pięćdziesiąt dwa, a za nią... niezadowoloną wychowawczynię.

- Pan Subocz? - zapytała z wahaniem, jakby chciała się upewnić, że to on, po czym wysłała go do ostatniej ławki w środkowym rzędzie.

A tam... siedziała ona. Córka starej Rudnickiej.

- Tam nie usiądę - zaprotestował oburzony.

- Ale tam właśnie siedzi pana syn - wyjaśniła pani Czajka i wróciła do biurka po dziennik. - Zajmują państwo miejsca swoich dzieci, żebym wiedziała, kto jest kto. Po prostu tak mi łatwiej was zapamiętać. Zwłaszcza że mamy kilkoro nowych uczniów - dodała, oglądając jakieś wyjęte z dziennika kartki. To ja jeszcze raz sprawdzę listę... Antkowiak, Bobrowska...

Subocz stał zdezorientowany obok ławki, w której siedziała mama Alicji. Kobieta odsunęła krzesło i ręką wskazała mu, by usiadł.

- Nie... - zaczął, ale Aldona Mugaba popatrzyła prosząco, więc urwał. Jednak tylko na chwilę. - Przepraszam! - przerwał pani Czajce czytanie listy. - Czy to oznacza, że mój syn siedzi z jej córką?

- O co panu chodzi? - Pani Czajka podniosła wzrok znad dziennika, palcem zaznaczając miejsce, gdzie skończyła czytać.

- Chcę wiedzieć, czy to prawda, że mój syn siedzi w jednej ławce z córką tej... osoby? - Subocz nie wiedział, jak nazwać matkę Alicji.

- Rozumiem, że coś się panu nie podoba?

- Tak - wycedził przez zaciśnięte zęby Subocz. - Nie życzę sobie, by mój syn siedział w ławce z tym czymś.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1:

SPOTKANIE

- Patrz! Dzika! Dzika! - okrzyki wyrostków wyrwały Rafała z zadumy.

Stał w Albercie z siatką i bezmyślnie patrzył na listę zakupów. Niewiele tego było, ale zawsze coś. Głównie produkty na drogę, bo przecież jutro wyjeżdżał na obóz. Babcia zapłaciła za wszystko. Nawet za Zlot Grunwaldzki. I jeszcze mundurek mu kupiła. Dziś pół dnia biegał a to do Tasiemca, a to do Kuby i patrzył, co gdzie powinno być przyszyte. Bo przecież jutro o siódmej rano... jedzie! Nareszcie!

- Dzika! Cha, cha! Co się czaisz?! Nie wiesz, jak się banany prostuje?

Rafał się rozejrzał. Niedaleko niego przy regale z owocami stała wysoka, szczupła, czarnoskóra dziewczyna. Miała usta wykrojone w serduszko, czarne oczy i długie czarne włosy poskręcane w sprężynki. Gdyby schować je pod chustką, wyglądałaby jak Madonna. O! Tego Rafał był pewien. W jednym ręku trzymała dorodnego grejpfruta, a w drugim drobne pieniądze, które najwyraźniej przeliczała w myśli. Rafał ją widział pierwszy raz, a przecież był niemal stałym bywalcem sklepu. Ale może mieszkała przy którejś z ambasad? W końcu nie brak ich na Saskiej Kępie. Może przyjechała tu tylko na wakacje? Ukradkiem przyglądał się dziewczynie. Była mniej więcej w jego wieku. "Bardzo ładna" - pomyślał i dalej obserwował, z jakim spokojem dziewczyna liczy pieniądze. Może nie zna polskiego? Może trzeba jej pomóc? Z angielskiego nie był wprawdzie orłem, ale... Już oczyma wyobraźni widział siebie rozmawiającego po angielsku z tą pięknością. Spyta, czy jej nie pomóc...

- Dzika! Wyprostowałaś banana?! - wyrwało go z zamyślenia.

Dziewczyna z grejpfrutem stanęła w kolejce do kasy. Rafał machinalnie włożył do koszyka pełnego kartonów z sokami i butelek wody mineralnej trzy paczki minirogalików i stanął tuż za nią. Okrzyki zabrzmiały bliżej. Rafał dopiero teraz przyjrzał się zaczepiającym dziewczynę. Znał ich. Zwłaszcza Adasia. Chodzili razem do podstawówki i mieszkali na jednym podwórku.

- Rafek, przybij piątkę. - Adaś wyciągnął w jego kierunku brudną dłoń zwróconą wierzchem do góry.

Rafał dotknął jej z rozmachem.

- Cześć - mruknął.

- Dziką znasz? - spytał Adaś.

Rafał pokręcił głową.

- To poznaj... Właśnie się tu sprowadziła i nie chce powiedzieć, skąd jest.

- Może nie rozumie po polsku... - zaczął Rafał, ale nie dokończył, bo w tym momencie dziewczyna doszła do kasy i dał się słyszeć jej śpiewny, dźwięczny głos:

- Ile płacę?

- Widzisz, że kuma? Wszystko kuma! Tylko panisko rżnie! Ale cóż... nic nie kuma, że Murzyna miejsce jest na asfalcie.

- To zdecyduj się - kuma czy nie kuma.

- Te... o co ci chodzi? - Adaś spojrzał podejrzliwie na Rafała, ale ten nie odpowiedział, bo akurat przyszła jego kolej na płacenie.

Wyszedł ze sklepu. Dziewczyna szła tuż przed nim. Na nierównym chodniku rozlegał się równy stukot pantofelków na malutkim obcasiku.

- Dzika! Banany prostujesz?! - wołał Adaś, biegnąc tuż obok niej.

Był już sam. Reszta gdzieś się ulotniła. Dziewczyna udawała, że nie słyszy tych wrzasków, ale... musiała je słyszeć. Adaś krzyczał tak głośno, że ludzie na ulicy spoglądali na niego z politowaniem. Pokrzykiwanie najwyraźniej mu się znudziło, bo podbiegł do dziewczyny i jednym szybkim ruchem wyrwał jej z rąk grejpfruta. Zrobił to jednak tak nieporadnie, że żółta kula upadła na chodnik i potoczyła się jak piłka wprost pod nogi Rafała.

- Kopnij! - krzyknął Adaś, ale Rafał nie posłuchał. Podniósł owoc i podał dziewczynie.

- Proszę...

- Dzięki - odparła i ruszyła przed siebie.

Rafał odprowadził ją wzrokiem, aż zniknęła za zakrętem.

- Ocipiałeś? - spytał Adaś, patrząc w kierunku, w którym oddaliła się dziewczyna. - Taka fajna zabawa, a ty wszystko psujesz.

- Ale mi zabawa... - prychnął Rafał. - Co ty? Pięć lat masz?

Adaś wzruszył ramionami.

- Co robisz w wakacje? - spytał i wyjął z kieszeni paczkę papierosów.

- Jadę na obóz - odparł Rafał. - Jutro - dodał, chcąc uniknąć dalszych pytań. Z niesmakiem patrzył, jak kolega zapala papierosa.

- Chcesz? - spytał Adaś i podsunął paczkę. Rafał pokręcił głową. - A ten obóz to jaki? Sportowy?

- Nie. Harcerski.

- Beznadzieja. W życiu bym się do harcerstwa nie zapisał. Ale teraz rozumiem, czemu nie chcesz zajarać. Harcerzyk. A nie wiesz, że harcerz pije i pali, byleby go nie złapali? A kto pije i pali, ten nie ma robali!

- Oj, daj spokój, Adaś - mruknął Rafał. Obecność kolegi z podwórka zaczęła go drażnić.

Niestety, szli w tym samym kierunku.

Dopiero za bramą Adaś się oddalił. Okrążył go zresztą spory tłumek chłopaków z podwórka, którzy wcześniej byli z nim pod sklepem. Teraz jeden przez drugiego wołali:

- Miałeś jej pilnować i co?! Wróciła przed chwilą...

Rafał nie słuchał dłużej ich paplaniny, tylko wszedł na klatkę. Domyślił się jednak, że rozmowa dotyczyła czarnoskórej dziewczyny. Jak ma na imię? Ciekawe... Mieszka gdzieś tu? Też ciekawe...

* * *

Upychał właśnie plecak, siadając na nim całym ciężarem ciała. Nie szło mu to zbyt dobrze. Tasiemiec obiecał wpaść i pomóc w pakowaniu. Babcia była w sanatorium - nie mogła więc w tym uczestniczyć. Ojciec dorwał jakąś robotę, a macocha po raz kolejny pojechała do swojej córki na wybrzeże. Rafał, drapiąc się w głowę, przeglądał listę rzeczy, którą dostali od druha Tomka. Trampki są, traperki są, spodnie dwie pary są... krótkie spodenki trzy pary są, ręczniki sztuk dwa... są, piżama... jest, prześcieradło... też jest, śpiwór... jest, sweter... jest, kurtka... też jest, bluza od dresu, dres... skarpetki sześć par... Rafał już po raz kolejny analizował listę. Czy niczego nie zapomniał? Nagle się wzdrygnął. Po całym podwórku rozniósł się piskliwy kobiecy krzyk:

- Alicja!!!

- Jestem tu! - odparł znany mu już śpiewny i dziewczęcy głos.

- Wracaj już z Pimpusiem! To stary pies!

- Dobrze, babciu!

Rafał podszedł do okna. Ciemnoskóra dziewczyna wyprowadzała na spacer Pimpka starej Rudnickiej. I jeszcze mówiła do niej babciu! "A to ci heca!" - pomyślał Rafał i nieoczekiwanie się ucieszył. Już wiedział, jak ma na imię i gdzie mieszka piękność ze sklepu. Alicja. "Ładne imię" - stwierdził i odsunął się od okna. Poszedł do przedpokoju i stanął przed lustrem. Przyjrzał się krytycznie swojemu odbiciu. Chuda postać patrzyła na niego uważnie. Długie ręce, długie nogi, szare oczy, szare piegi, uszy lekko odstające, nos... jak to kiedyś Adaś powiedział? Jak klamka od zakrystii? Ech... Czy taki ktoś jak on mógłby podobać się takiej dziewczynie? Wzruszył ramionami. Postał jeszcze chwilę przed lustrem i wrócił do sprawdzania bagażu.

- Siedem par majtek... - mruczał, upychając plecak i starając się odpędzić wspomnienie odbicia z lustra. Odbicia, które nigdy go nie zadowalało.

* * *

- Witam was na pierwszym obozowym apelu - rozpoczął druh Tomek. Właśnie skończyli śpiewać hymn harcerski, sprawdzili stan liczebny drużyny i wysłuchali rozkazu komendanta hufca. - Tegoroczny obóz to Wyspa Szczęśliwych Narodów. Macie trzy dni na wybranie nazw dla zastępów i zgłoszenie ich oboźnemu. Tydzień na przygotowanie obrzędowości, piosenek, okrzyków i tak dalej. Równo za tydzień czeka nas wielkie święto obozowe, kiedy wszystkie zastępy się zaprezentują. Jest o co walczyć. A teraz baaaczność! Spocznij! Do organizowania obozu rozejść się!

- Co wybierzemy? - spytał Kuba, gdy znaleźli się w namiocie.

Od zeszłego roku bardzo się z Rafałem zaprzyjaźnili. Chociaż nie chodzili do jednej klasy, a ich domy były tak różne. Kuba mieszkał w przedwojennej kamienicy po dziadku, w wielkim mieszkaniu pełnym rodzinnych pamiątek przypominających czasy powstań narodowych. W domu Rafała zamiast obrazów i starych fotografii królowały rozpadające się, bynajmniej nie historyczne meble i stary telewizor. Jedyną rodzinną pamiątką było ślubne zdjęcie rodziców. Macocha Rafała - Krystyna - wzdychała ciężko, ilekroć omiatała je z pajęczyn.

- No... jak narody, to może... wikingowie? - zaproponował Młody.

- Do bani z wikingami - stwierdził Tasiemiec i odrzucił do tyłu długą grzywkę.

Zapuszczał włosy, choć nauczyciele nie patrzyli na to zbyt przychylnie.

- Dlaczego? - spytał Młody i nadął się. Nie lubił, gdy jego pomysły nie spotykały się z aprobatą.

- Bo to będzie trudno zrobić.

- Co?

- No... hełmy i w ogóle... - Tasiemiec zatoczył ręką krąg, który miał w jego mniemaniu wiele znaczyć, ale zdaniem Młodego nie znaczył nic.

- Czepiasz się - powiedział, ale pomysłu z wikingami nie podchwycił nikt.

- Może Chińczycy? - zaproponował Kuba. - Zrobimy sobie pałeczki, z papieru czapki, ryż kupimy w sklepie...

- Ta... a piosenka obrzędowa będzie brzmiała: "Pchamy! Taczki! Towarzysze, pchamy! Pchamy! Pchamy! Gówno z tego mamy!" - Tasiemiec zaintonował piosenkę, którą kiedyś usłyszał w radiu.

- Oj! Widzę, że dziś nic ci się nie podoba... - Kuba pokręcił głową i westchnął ciężko.

- Podoba mi się - odparł Tasiemiec. - Tylko jestem za czymś banalnie prostym.

- To banalnie prości są jaskiniowcy - stwierdził Rafał.

Spojrzeli na niego pytającym wzrokiem.

- No tak... owinąć się trzeba skórą... a za skórę może robić wiele rzeczy. Poza tym okrzyki mogą być nieartykułowane. W końcu ludzie pierwotni nie mówili...

- A skąd ty wiesz? Może po swojemu mówili? - spytał zaczepnie Młody. Był zły, że nikt nie podchwycił pomysłu z wikingami.

- Ale nie znamy tej mowy, więc możemy ją zmyślić... - wyjaśnił Rafał.

Zapadła cisza. Chłopcy spojrzeli po sobie.

- Kto jest za? - spytał Łukasz, który od września pełnił funkcję zastępowego.

Łukasz zawsze drażnił Kubę. Głównie dlatego, że siostra Kuby, Ola, która przyjaźniła się z siostrą Łukasza, Patrycją, bez przerwy trajkotała o wspaniałości brata przyjaciółki. Z Rafałem było inaczej. Od początku lubił Łukasza. Wydawał mu się sprawiedliwy i dojrzały, a właśnie taki pragnął być Rafał.

- No? Kto jest za? - powtórzył pytanie Łukasz. Tym razem wszyscy, nawet Młody, choć niezbyt chętnie, podnieśli ręce. - Okej, idziemy zgłosić to oboźnemu. Może będziemy pierwsi?

- Wszyscy idziemy? - spytał Młody.

- Nie - odparł Łukasz. - Pójdą Kuba i Rafał.

- A gdzie jest jego namiot? - zainteresował się Kuba, kiedy wraz z Rafałem szli świeżo wydeptaną w wysokiej trawie ścieżką.

Jakby w odpowiedzi na to pytanie dobiegł ich głos, który z pewnością należał do oboźnego Witka, druha słynącego z tego, że wrzeszczał, czy miał ku temu powody, czy nie.

- Przestańcie krzyczeć, do jasnej cholery!

Chłopcy zarechotali. Pobiegli pędem w tamtym kierunku i już po chwili wiedzieli, że tym razem jest powód. Przed namiotem stało trzech harcerzy i kłócili się jeden przez drugiego.

- My pierwsi zgłosiliśmy nazwę Murzyni!

- Nieprawda! - oponował drugi. - My byliśmy pierwsi, tylko wy wepchnęliście się przed nas.

- My byliśmy pierwsi - twierdził trzeci. - Tylko nie zdążyliśmy się odezwać, bo wy zaczęliście wrzeszczeć jeden przez drugiego.

- Spokój, czarnuchy! - ryknął oboźny Witek i zrobił przy tym taką minę, że Kuba z Rafałem znów zarechotali. - Będzie losowanie. Zastęp Murzynów może być tylko jeden. Co i tak nie zwolni jego członków od mycia się - zauważył filozoficznie, po czym zniknął w namiocie, by przygotować losy.

Rafał westchnął. No tak. Na obozie każdy chce być Murzynem. W końcu wystarczy na przykład zrobić sobie na biodra opaskę z liści. A w życiu? I przed oczami stanęła mu ta dziewczyna ze sklepu, którą jeszcze długo po wyjściu z niego gonił okrzyk Adasia:

- Dzika! Banany prostuj!

Rozdział 2:

WYSPA SZCZĘŚLIWYCH NARODÓW

Tego dnia znów padało. W namiotach unosił się nieprzyjemny zapach wilgoci. Za dwie godziny wszystkie zastępy miały wyruszyć na harcerski zlot na Pola Grunwaldzkie.

- Rany! - jęknął Kuba, zaglądając do plecaka. - Nie mam w czym chodzić. Nic tu nie schnie.

- No wiesz... taka wilgoć! Nie ma się co dziwić - powiedział Rafał.

Obaj sprzątali kombajn. Była to zbudowana z drewnianych belek i wypleciona pośrodku linką konstrukcja, która pełniła funkcję półki. Teoretycznie powinny więc na niej leżeć równo ułożone ubrania. Ale... nie zawsze był tam porządek. Kubę strasznie to denerwowało. Że też na przykład Młody musi robić w namiocie taki okropny bałagan. Ostatnio znalazł jego brudne majtki w swoim śpiworze. A na półce obok brudnych skarpetek leżały jakieś pokruszone chipsy. Normalnie szok! Jak to dobrze, że na Grunwald przyjadą starzy. Mają dowieźć czyste ciuchy.

- Chłopaki! - Tasiemiec wpadł do namiotu jak burza. - Sensacja!

- No?! - Kuba z Rafałem niemal jednocześnie odwrócili się w stronę kumpla.

- Mamy zabrać ze sobą stroje obrzędowe.

- Eeee - odparł Kuba i wrócił do układania na półce swoich rzeczy.

Stroje obrzędowe wychodziły mu bokiem. Nie cierpiał przebierania się w porwane szmaty, które chłopcy wymyślili, a Łukasz zaakceptował jako stroje Jaskiniowców. No i jeszcze ten brak łazienki. Podobno na Grunwaldzie będzie można się doszorować...

- A po co te stroje? - spytał Rafał.

- Bo wieczór obrzędowy będzie pierwszego dnia zlotu.

- Super! - Rafał wrócił do wieszania flanelowej koszuli. Prowizoryczny wieszak, który zrobił z kawałka linki i niedługiego patyka, nie był zbyt wygodny, ale kraciasta koszula już po chwili wisiała na brzegu kombajnu jak w szafie.

- Słyszeliście? - Do namiotu wpadł Maciek z zastępu Kanibali.

- Co? - spytali równocześnie Rafał i Tasiemiec.

- Że bierzemy stroje obrzędowe...

- Tak, słyszeliśmy. - Kuba machnął ręką i odwrócił się plecami do kolegi. Ile można słuchać o strojach obrzędowych?

- To jest bezsens - powiedział Maciek. - Czy pod Grunwaldem walczyli Murzyni?

- Kanibale za to walczyli - zauważył Rafał, a Tasiemiec zachichotał i po chwili dodał swoje ulubione słówko:

- Zarypiście!

* * *

Grunwaldzkie pola przywitały ich słońcem. Szybko rozstawili małe biwakowe namioty i wypakowali wszystko z plecaków podręcznych. Kolacja była o osiemnastej. Nie smakowała tak jak ta z kuchni obozowej, ale... dała się zjeść. Teraz wszyscy siedzieli na środku placu apelowego gromady Mazowsza i patrzyli na prowizoryczną scenę, gdzie prezentowały się zastępy. Każdy przedstawiał swój okrzyk, taniec i piosenkę.

- Jesteśmy Jaskiniowcy - zaczął prezentację Łukasz, a wtedy cała reszta zastępu z dzikim spojrzeniem w oczach zaczęła kiwać się na boki i mruczeć, ściskając w rękach udające maczugi drągi. - A nasz okrzyk to...

- Uaaaaaaaa! - ryknęli Rafał, Kuba, Młody, Kacper, Artur i Tasiemiec.

- A nasza piosenka to...

- Eje-eja-eje-eja-e-je-je-e-je-je! - Dalsze stękanie zastępu Jaskiniowców zagłuszyły salwy śmiechu.

Cóż... piosenka nie była zbyt melodyjna. Na dodatek każdy intonował jęki inaczej.

- A nasze zwyczaje...

W tym momencie na oczach całego obozu odegrana została pantomima, podczas której przedstawiono polowanie na mamuta. Mamutem był "pożyczony" z zastępu Kanibali Paweł. Miał potem niewiele czasu, by odczepić sobie mamucie rogi i stanąć w rzędzie z resztą kolegów, by wydobyć z piersi okrzyk Kanibali:

- Pałką! Pałką! Pałką go w łeb! Tak każdy Kanibal zarabia na chleb!

- Nasza piosenka to... - mówił zastępowy Michał zwany z racji krótkiej fryzury Łysym.

Jedno wspólne imię mamy - Kanibale.

Mięskiem ludzkim nie gardzimy prawie wcale.

Chętnie zjemy każdą świeżą, zdrową lalę.

Od tego jesteśmy przecież Kanibale.

Tylko bardzo chorych ludzi my nie jemy.

Na kilometr padlinę od nich czujemy.

Boimy się, że ich ciałem się strujemy.

No a potem sami się rozchorujemy.

- No! Magda! - Tasiemiec szturchnął w bok zastępową Amazonek.

Ciemnowłosa, krótko ostrzyżona dziewczyna jako pierwsza na obozie wylądowała w izolatce. Trzy dni po przyjeździe dostała temperatury. Podejrzewano, że to jakiś wirus, ale temperatura wróciła do normy równie szybko, jak się pojawiła - bo już następnego dnia. Jednak ksywka "chora" przylgnęła do Magdy jak rzep. Ksywkę wymyślił Tasiemiec, który teraz po raz kolejny puścił do niej oko i zażartował:

- Jest szansa, że cię nie zjedzą! No nie, Rafał?

Rafał wzruszył ramionami. Niewiele go to obchodziło. Za to Magda nie była zbyt zadowolona, że kolejny raz przypomniano jej wizytę w izolatce. I to jeszcze przy Rafale. Taki fajny chłopak, a jak będzie ciągle słyszał, że ona jest "chora", to w życiu na nią nie spojrzy. Ech...

- Odwal się! - burknęła do Tasiemca i dała znak swoim dziewczynom, że teraz nadszedł czas na ich występ.

Ubrane w krótkie spódniczki Amazonki powitano gwizdami.

- Lipa! - wołali chłopcy z zastępu Kanibali. - Co to za Amazonki bez biustu lub z obydwoma cyckami! Powinny mieć po jednym na głowę i być półnagie!

- Dlaczego? - spytał Kuba, szturchając Rafała.

- Według mitologii Amazonki odcinały sobie jedną pierś, by lepiej strzelać z łuku i władać włócznią - odparł Rafał.

Z historii od zawsze był najlepszy. No a Mitologię, i to zarówno Parandowskiego, jak i Kubiaka, czytał kilka razy.

- Ewka! Nie nadajesz się na Amazonkę! Masz za małe balony!

- Ewka! Do zastępu desek!

Kuba oglądał występ Amazonek. Jagoda wyglądała super. I z pewnością nie kwalifikowała się do zastępu "desek". Co to, to nie! Kuba spojrzał na inne dziewczyny. Nie. Żadna nie dorównywała urodą Jagodzie. To, że w piosence Amazonek było coś o mordowaniu mężczyzn, nie przeszkadzało mu wcale. W końcu to tylko zabawa. I dobrze, że ich własny występ już dawno się skończył, bo strój jaskiniowca mocno Kubę uwierał.

- Mój ojciec Makumba być królem wioski - zaintonował piosenkę Piotrek z zastępu Murzynów i podrygując w śmiesznym tańcu, wymachiwał patykami służącymi za włócznie. - Ja mieszkać w Afryka, przyjechać do Polski. Ja chcieć się uczyć w waszym pięknym kraju, ale harcerze mi tu żyć nie dają...

"To o tę nazwę była wtedy taka bitwa" - Rafał uśmiechnął się do własnych myśli.

- Bo ty po polsku nie mówić! - dobiegły go krzyki chłopców z innych zastępów.

- Bo ty nam kobiety zabierać!

- Bo ty jeść palcami i nie myć się! Ty wczoraj szukać mydła! - wołali jeden przez drugiego.

- Harcerze rasiści, każdy to powie, i nikt tu nie lubić czarny człowiek! - nucili Murzyni.

- O sobie śpiewasz, gamoniu! Ty też harcerz! I rasista! - krzyknął Tasiemiec i szturchnąwszy w bok Rafała, dodał: - Jakby nie był rasistą, toby nie wybrał nazwy Murzyni, tylko albo Pigmeje, albo...

Ale Rafał nie dowiedział się, co wybrałby zastęp Piotrka, bo rozpoczął się występ Wandali.

Grupa złożona z sześciu harcerzy demolowała prowizoryczną scenę. I choć oboźny Witek wołał, by się uspokoili, to zastępowy Wandali uparcie twierdził, że ta demolka to część obrzędowości.

"Oj, wesoło jest na obozie" - pomyślał Rafał i uśmiechnął się do Kuby. Nie zwrócił uwagi, że Magda przysunęła się do niego i niby mimochodem dotknęła jego ramienia.

* * *

Był ranek tuż po śniadaniu. Dziś miano rozegrać grunwaldzką bitwę. Rafał wiele razy widział fragmenty w telewizji. Teraz miał zobaczyć jej rekonstrukcję na własne oczy. Na pole pod Stębarkiem zjechało rycerstwo z całej Europy. To mógł wyczytać w krążącej po obozowisku lokalnej gazetce.

"Jak to będzie wyglądało, gdy się zacznie?" - myślał, patrząc nerwowo na zegarek.

- Rafał! - usłyszał za plecami znajomy głos.

Odwrócił się.

- Tata!

Rafał podbiegł do ojca i przytulił się do niego. Takiego nie wiedział go od bardzo dawna. Stefan Subocz ostrzyżony, jaśniejszy na twarzy, wysiadł z samochodu rodziców Kuby. Towarzyszyła mu Krystyna. Oboje byli uśmiechnięci. Co też się mogło stać?

- Obóz, baaaaczność! - rozległ się głos drużynowego.

- Zaraz wrócę - powiedział do ojca i poszedł stanąć w szeregu z resztą zastępów.

- Teraz macie pół godziny na rozmowy z rodzicami. Potem zapraszamy wszystkich na bitwę, która rozpocznie się o dwunastej. Dlatego punktualnie jedenasta piętnaście zbieramy się wszyscy tutaj. Bierzecie ze sobą butelki z wodą, koce do siedzenia i czapki! Bez czapek druhna Piguła nie puści na bitwę.

- No! Mówcie! Co tam w domu?! - spytał Rafał, gdy wrócił do ojca i Krystyny, siedzących na środku obozowiska na trawie.

- W domu? - Ojciec wzruszył ramionami. - Normalnie. Jak w domu.

- Nie słuchaj go - odezwała się Krystyna. - Nic ci nie powie. A prawda jest taka, że dostał nową pracę.

Rafał spojrzał na ojca. Rany! Nowa praca! No i w ogóle przyjechał. Kto by pomyślał. Jak nie on. Rafał nie przestawał kręcić głową ze zdumienia, kiedy Krystyna opowiadała szczegóły. Praca to było stanowisko konserwatora w jakiejś firmie produkcyjnej, ale zawsze to etat.

- A na... podwórku co? - spytał Rafał, gdy Krystyna skończyła opowiadać.

- No... nic - odparł ojciec.

- Nic się nie dzieje?

- A co ma się dziać? - Subocz wzruszył ramionami.

- No... co robi Adaś?

- Adaś? - Ojciec spojrzał na Rafała ze zdziwieniem. Ostatni raz kolega z podwórka był u nich w domu, gdy Rafał był w czwartej czy piątej klasie. - Nie wiem...

- Zdaje się, że ma nową zabawę - odezwała się Krystyna. - Z resztą chłopaków gnębią wnuczkę starej Rudnickiej. Nawet ostatnio była spora awantura.

- No, a ty mówisz, że nic! - Rafał spojrzał z wyrzutem na ojca.

- A bo to mało ciekawe. To starej Rudnickiej wina. Nosa zawsze zadzierała, że jej córka to bóg wie kto, a tu proszę! Puściła się z jakimś Murzynem...

- Daj spokój, Stefan. Ta wnuczka to miła dziewczynka...

- Eeee tam - odparł Subocz. - Miła. Co z tego, że miła, kiedy...

Ale nie zdążył dokończyć zdania. Rozległ się ostry gwizd drużynowego, oznaczający zbiórkę. Rafał nie dowiedział się więc, co jego ojciec ma do Alicji. Wiedział jedno. Chłopaki z podwórka nie odpuścili. A on jest tu i w żaden sposób nie może pomóc dziewczynie. Zresztą... czy gdyby był na miejscu, mógłby coś zdziałać? Przecież tak naprawdę to wcale jej nie zna. Choć od początku obozu myśli właściwie tylko o niej.

Rozdział 3:

BASEN

- Dzika! Jak tam? Banany wyprostowane?

Była siódma rano, kiedy ten okrzyk wyrwał Rafała ze snu. Wczoraj późnym wieczorem wrócił z obozu po kilkugodzinnej podróży. Nawet kolacji nie jadł. Był tak zmęczony, że po prostu wziął prysznic i padł. Zasypiając, słyszał narzekania Krystyny. Żaliła się ojcu, że niektórych ubrań po obozie nie da się doprać i trzeba je będzie chyba wyrzucić. Nie miał siły protestować. Zasnął. Wyjątkowo wieczorem nie myślał o tej dziewczynie. O jej istnieniu przypomniał mu dopiero okrzyk zza okna. Ale kiedy wyjrzał na podwórko, nie zobaczył ani ciemnoskórej Alicji, ani tego, kto jej dokuczał.

Rafał powlókł się do łazienki. Puścił wodę do wanny i przez chwilę obserwował, jak się napełnia. Po chwili wszedł do środka. O... jak dawno tak nie leżał! Kąpiel to fajna rzecz. Przed oczami przewijały mu się obrazy grunwaldzkiej bitwy. Wprawdzie informowano, że rozegrana prawie sześćset lat temu jedna z największych średniowiecznych bitew była konna, a tu koni było jak na lekarstwo, ale to wystarczyło, by pobudzić wyobraźnię Rafała. Co jakiś czas przez lornetkę siedzących obok rodziców Kuby obserwował to namiot króla Jagiełły, to Wielkiego Mistrza. Potem drobne potyczki poszczególnych rycerzy, wreszcie gęsto ścielące się na grunwaldzkich polach trupy. Leżeli i Polacy, i Krzyżacy. Gdyby nie to, że i inni chcieli skorzystać z lornetki, przez cały czas oglądałby bitwę tak, jakby sam w niej uczestniczył. Ale i to, co zobaczył, wystarczyło, by teraz miał do czego wracać wspomnieniami.

* * *

- Aluniu! - Poczuła dłoń babci na ramieniu. - Ty płaczesz, dziecko?

- Nie... - Potrząsnęła głową, ale jej nie podniosła. Nie chciała, by babcia widziała łzy. - Marzę - odparła, starając się nadać swojemu głosowi zwyczajny ton. Wciąż jednak miała wrażenie, że głos za bardzo jej drży.

- Ho, ho! Marzenia dobra rzecz! - odparła babcia.

Alicja nie wiedziała, czy udało jej się zmylić czujne babcine oko, czy babcia udawała, że nie widzi, co się dzieje. Jedno było pewne. Babcia wyszła z pokoju, a ostatnie jej słowa brzmiały:

- Przyjdź zaraz na śniadanie. A jak zjesz, wyjdź jeszcze z psem i możesz iść na basen.

- Dobrze, babciu.

Drzwi się zamknęły. Alicja podniosła głowę i spojrzała na swoje odbicie w lustrze zawieszonym nad biurkiem. Zapuchnięta twarz mówiła co innego niż ona przed chwilą. Ale czy babcia ją zrozumie? Znowu zadzwoni do mamy i jej nagada. Tak jak wtedy, gdy mama ją tu przywiozła. Alicja dobrze pamięta tamtą rozmowę. Była w łazience, ale przez niedomknięte drzwi słyszała każde słowo z toczącej się w kuchni rozmowy.

- Dokuczają jej? - mówiła babcia. - A czyja to wina? Twoja. Ja nie kazałam ci iść z nim do łóżka.

- Mamo! Po co takie słowa...

- Jakie słowa? Gorszą cię? Trzeba było wtedy myśleć, że żyjemy w niezbyt tolerancyjnym społeczeństwie.

- Właśnie dlatego Oli wyjechał.

- I zostawił cię z dzieckiem. Bardzo wygodne.

- A co? Miałam mu pozwolić ją zabrać? Poza tym... jak znajdzie tam pracę, to nas obie zabierze.

- I ty w to wierzysz?

Zapadła cisza.

- Mamo... a ciebie ojciec zostawił, bo nie urodziłaś mu syna...

- Ale nie cierpiałaś z tego powodu... - przerwała babcia i przez chwilę z kuchni znów nie dochodził żaden głos.

Mama odezwała się dopiero po chwili.

- Jak to nie? Wtedy nie było tylu rozbitych rodzin co teraz... Cierpiałam. Najbardziej w Dzień Ojca. Pamiętasz, jak przyniosłam ze szkoły laurkę i... - Znów zapadła cisza.

Alicja wie, że mama pewnie znów myśli o chwili, kiedy zadzwoniła do ojca z życzeniami, a on odłożył słuchawkę.

- Alicja płacze nie dlatego, że jej ojciec wyjechał, ale dlatego, że jej inne dzieci dokuczają - zakończyła mama nieco innym głosem.

- I będą dokuczać. Tu też będą dokuczać! I podejrzewam, że nie tylko dzieci.

- Więc nie pomożesz? Nie weźmiesz jej do siebie?

- Przecież powiedziałam, że wezmę. Ja tylko ci uświadamiam, że czy tu, czy tam, w Radomiu, ludzie będą jej dokuczać.

Alicja westchnęła. Mama ani babcia nie wiedziały wszystkiego. Mama kiedyś słyszała tylko "won, czarnuchu". A to naprawdę było nic w porównaniu z innymi tekstami, które pod jej adresem puszczali ludzie na podwórku. Miała wprawdzie kilka koleżanek, ale... po skończeniu podstawówki poszły do innego niż ona gimnazjum. Tu, gdzie się dostała, nie znał jej nikt. Może dlatego dokuczali? Ale z drugiej strony... co to za wytłumaczenie? Że jak się kogoś nie zna, to można o nim mówić: "czarnuch", "smoluch", "brudas", "śmierdziel"? Alicja na pamięć znała gamę epitetów rzucanych pod jej adresem. Teraz jeszcze doszedł okrzyk "dzika". Dziś znów ten wstrętny chłopak biegł za nią. Co też robił tak rano na dworze?

* * *

Telefon w domu Rafała milczał jak zaklęty. Kuba nie dzwonił. Rafał dopiero po chwili przypomniał sobie, że przyjaciel mówił coś o wyjeździe z rodzicami na działkę. Najwyraźniej pojechał, bo gdy Rafał wybierał jego domowy numer, odzywała się automatyczna sekretarka, mówiąca głosem ojca Kuby: "Tu Stecowie. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość". Co tu robić? Rafał spojrzał na wiszący na ścianie zegar. Dochodziła dziewiąta. Ojca i Krystyny nie było już w domu. Tasiemiec? Rafał szybko wybrał numer kolegi z zastępu. Szybko jednak okazało się, że Tasiemiec właśnie też jedzie na działkę, tyle że do ciotki. Do Młodego Rafał dzwonić nie chciał. Coś mu w nim nie pasowało. Może dlatego, że po tym, jak w czerwcu dostał nagrodę od Komendanta Stołecznego Policji za odnalezienie pocztówek Kuby i pomoc w ujęciu przestępców, zaczął jeszcze bardziej zadzierać nosa?

Do Artura i Kacpra dzwonić nie było sensu. Poszli na zajęcia Lata w mieście. Czemu on nie chodzi? Jutro. Jutro pójdzie. Tylko trzeba ojca poprosić o napisanie karteczki. A teraz... a może basen? Zajrzał do łazienki. Kąpielówki i czepek wisiały na sznurku. Krystyna pomyślała o wszystkim. Co jej się ostatnio stało?

* * *

Woda w gocławskim basenie Wodnik była przyjemnie chłodna. Rafał rozgarniał ją płynnymi ruchami. Nie pływał najlepiej, ale... jakoś sobie radził. Tylko w wakacje i ferie zimowe mógł chodzić na basen. Tylko wtedy w dni powszednie do południa wstęp był wolny. W ciągu roku szkolnego godzina kosztowała tyle, że Rafał nie mógł sobie na taki wydatek pozwolić.

Basen składał się właściwie z dwóch części - dużego basenu i mniejszego z brodzikiem. Ale największą atrakcją była zjeżdżalnia. Rafał uwielbiał obserwować zjeżdżających ludzi. Zwłaszcza starsze panie, które tak śmiesznie piszczały, a potem plask! Chichocząc, spadały na tyłek. I, co było najzabawniejsze, znów wspinały się na zjeżdżalnię.

- Hej, Rafał! - usłyszał obok siebie głos Adasia.

Zatrzymał się i podpłynął do brzegu. Płytko to tu nie było.

- Hej - odparł i przetarł twarz.

- Co robisz?

- Pływam, jak widzisz, a ty?

- Szpieguję Dziką - odparł Adaś. - Zaraz zobaczysz, jak wlezie na basen. Nie spodziewa się mnie tutaj.

- Dałbyś spokój - zaczął Rafał, ale nie zdążył.

W tym momencie na progu hali basenowej stanęła ubrana w pomarańczowy kostium Alicja. Rafał poznał ją od razu, choć pomarańczowy czepek skrywał burzę kręconych włosów. Po prostu takich ust nie widuje się codziennie.

- Dzika! - wrzasnął Adaś.

Alicja drgnęła. Przez chwilę wzrokiem szukała napastnika, a potem, jak gdyby nigdy nic, spokojnie kołysząc biodrami, poszła do mniejszego basenu.

Adaś podpłynął do drabinki i szybko wyskoczył na powierzchnię. Rafał widział, jak kilkoma susami dopadł drugiego, mniejszego basenu. Po chwili na całą halę dał się słyszeć jego głos:

- Dzika! Pokaż, jak się pływa po afrykańsku!

- Hej! Co tu robisz? - dobiegło go nagle pytanie. Słyszał je po raz drugi.

Co robi? Wiadomo, co robi. Przecież nie obiera ziemniaków. Miał właśnie tak odpowiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język. W końcu pytała go Magda, koleżanka z drużyny. Dopiero co byli razem na obozie. Wiele razy ramię w ramię siedzieli na ogniskach. Magda zawsze zagadywała, ale on nigdy nie wiedział, o czym z nią rozmawiać. Dlatego zawsze odpowiadał półsłówkami. Tak było i tym razem.

- Pływam - odparł i znów odwrócił głowę w kierunku mniejszego basenu.

Adasia nie słyszał, Alicji nie widział, więc wzruszył ramionami i spojrzał na Magdę.

- To widzę - zaśmiała się i poprawiła wysuwające się spod czepka włosy. - Odpocząłeś po podróży?

- Tak. Tak... - Kiwnął głową.

Magda zaczęła trajkotać o tym, że w Warszawie nie ma co robić i że jedzie niedługo do dziadków. Ale Rafał nie słuchał jej paplaniny, tylko ponownie spojrzał w kierunku mniejszego basenu.

- Jesteś tu z kimś? - dopytywała dalej Magda.

- Nie... sam.

- Aha. Bo myślałam, że...

- Że co?

- Nie. Nic. Po prostu cały czas patrzysz w tamtą stronę.

- A... tak... Po prostu... zastanawiam się... czy nie iść na zjeżdżalnię - wydukał Rafał, któremu nic lepszego nie przyszło do głowy.

- To chodźmy!

Ale nie od razu weszli na zjeżdżalnię. W mniejszym basenie rozgrywała się dramatyczna scena. Alicja płakała. Adaś śmiał się i ją popychał. Dopiero interwencja ratownika załagodziła sytuację. Kazał Adasiowi opuścić basen.

- Nie umiesz się zachować, to wyjdź. Wrócisz, jak nauczysz się kultury! - wykrzykiwał ratownik, patrząc groźnie na Adasia.

- Ale...

- Żadne ale. Nie chcę nic słyszeć. - Głos ratownika był ostry i nieprzyjemny. - Kara być musi. Nie podoba ci się moja decyzja, to wróć z opiekunem.

Adaś powlókł się w kierunku wyjścia. Jeszcze w drzwiach posłał Alicji mordercze spojrzenie, ale dziewczyna nie patrzyła w jego kierunku. Powoli wspinała się na zjeżdżalnię. Rafał z Magdą podążyli za nią. Magda znów trajkotała. O obozie, Kubie, Jagodzie. Pytała nawet, czemu on - Rafał - nie chciał brać udziału w obozowych ślubach. Ale cała uwaga Rafała skupiała się na ubranej w pomarańczowy kostium postaci. Zjechali ze zjeżdżalni kilka razy. Alicja wróciła do większego basenu. Rafałowi głupio było pójść za nią. Dlatego zdawkowo odpowiadając "tak", "nie" lub "yhm" na pytania trajkoczącej Magdy, kątem oka śledził Alicję.

- Rany! Jak późno! - krzyknął, widząc, że dziewczyna wreszcie wychodzi z basenu, i nie czekając na reakcję Magdy, pobiegł do szatni. Wpadł jak bomba pod prysznic i wciągnąwszy ubranie na wilgotne ciało, porwał torbę i zbiegł po schodach na parter. W wielkim hallu stał... Adaś.

- Czy Dzika wychodzi?

- Nie. - Rafał nawet się nie zająknął. Postanowił za wszelką cenę odwrócić uwagę Adasia od schodów, na których za chwilę może pojawić się Alicja. - Raczej nieprędko wyjdzie. Pływa w najlepsze!

W tym momencie na szczycie schodów ukazała się Alicja. Jednak Adaś nie spojrzał w jej kierunku. Może dlatego, że równocześnie w drzwiach hallu basenowego pojawiła się wycieczka. Zrobiło się wielkie zamieszanie, z którego skorzystała Alicja, i niepostrzeżenie dla Adasia, ale nie tak, by nie zauważył tego Rafał, wymknęła się z basenu. Rafał szybko pożegnał się z Adasiem i pobiegł w kierunku przystanku. Chciał ją zawołać, ale... przecież tak naprawdę jej nie znał. Wiedział tylko tyle, ile powiedziała mu na obozie Krystyna. Dlatego tylko przyspieszył kroku. Gdy doszedł na przystanek - zwolnił. Alicja spokojnie chodziła tam i z powrotem po niewielkim skrawku chodnika wyznaczonym przez przystankowe słupki. Rafał obserwował jej spokojny chód i obute w klapki stopy o wąskich palcach. Nagle... stopy zatrzymały się. Alicja stanęła, a Rafał podniósł wzrok. Na horyzoncie pojawił się Adaś. Biegł w kierunku przystanku. Chyba coś wołał, ale jego krzyk zagłuszał szum przejeżdżających samochodów. Niestety, autobus nie nadjeżdżał, a Adaś był coraz bliżej. Rafał rozejrzał się dookoła, po czym, niewiele myśląc, podbiegł do Alicji. Schwycił ją za rękę i krzyknąwszy: "Gazu!", szarpnął z całej siły.

Spojrzała spłoszona.

- Nie bój się! - powiedział.

Widocznie w jego głosie było coś przekonującego, bo Alicja nie cofnęła ręki. Lawirując między przejeżdżającymi autami, oboje przebiegli szybko na drugą stronę Bora-Komorowskiego. Dopiero tu Rafał puścił jej dłoń. Znał dobrze ten teren. Kilka razy był tu z ojcem. Klucząc między domami, udało im się zgubić Adasia.

- Spieszysz się? - spytał Rafał.

Pokręciła głową.

- To może wrócimy na piechotę?

W milczeniu przytaknęła. Wracali ścieżką rowerową wzdłuż Wału Miedzeszyńskiego. Rafał próbował zagadywać, ale Alicja milczała, więc i on zamilkł. Aż do domu nie odezwali się do siebie ani słowem.

- No to cześć - powiedział Rafał, kiedy stanęli pod jej klatką.

Wyciągnął rękę, ale Alicja nie podała mu dłoni, tylko skinęła głową i otworzywszy drzwi, weszła do klatki.

Rozdział 4:

ŁAWKA

- Aluniu! Wracaj już z Pimpusiem! Spóźnisz się do szkoły!

Ten okrzyk zelektryzował Rafała. Alicja pędzi do szkoły. Jak się pospieszy i wyjdzie teraz z domu, będzie mógł sprawdzić do której. Błyskawicznie włożył koszulkę i spodnie, wciągnął na nogi trampki i nie wiążąc sznurowadeł, wybiegł z domu, w locie chwytając wiszącą w przedpokoju wiatrówkę. Na klatce dotknął górnej kieszeni. Klucze są? Są. Przez szybę w klatce schodowej obserwował drzwi klatki Alicji i nerwowo sznurował obuwie. Wreszcie się zjawiła. Z plecakiem na ramieniu ruszyła w stronę Zwycięzców. Po chwili i za nim zamknęły się drzwi. O tej porze roku na Zwycięzców panował ruch. Rafał dość długo stał w bramie podwórka i czekał, aż Alicja przekroczy Meksykańską.

"Ciekawe... do której szkoły chodzi?" - zastanawiał się, idąc w bezpiecznej odległości za nią.

Możliwości było kilka. Podjął decyzję, że pójdzie za nią na tyle daleko, by się upewnić, która szkoła jest jej. Modlił się tylko w duchu, by po drodze nie spotkać nikogo znajomego.

"Jeszcze by się ktoś spytał, czemu się tak skradam". Ale o tej porze ulice pełne były samochodów, a nie biegnącej do szkoły młodzieży. Alicja wyszła tak wcześnie i maszerowała tak szybkim krokiem, że Rafał coraz bardziej nabierał przekonania, że gimnazjum sąsiadki znajduje się gdzieś daleko. Na szczęście nie musiał się bardzo ukrywać. Dziewczyna nie oglądała się ani na boki, ani za siebie, a nawet niezbyt dokładnie śledziła drogę przed sobą. Dwa razy mało nie wpadła na latarnię czy uliczny kosz na śmieci. Mógłby iść tuż koło niej i pewnie nawet nie zauważyłaby jego istnienia. O czym myślała? Nagle Alicja się zatrzymała. Zdjęła z ramienia plecak, otworzyła go i zaczęła w nim czegoś szukać. Rafał dopiero w tym momencie uświadomił sobie, że... zapomniał swojego. Tak zależało mu na dowiedzeniu się, do której szkoły chodzi Alicja, że wybiegł z domu bez książek, zeszytów, piórnika, a przecież dziś jest jego ulubiona lekcja i dla swojej ulubionej nauczycielki przygotował coś ekstra. Ta lekcja to jedyny jasny promyk w szkole. Wczoraj, na rozpoczęciu roku szkolnego, dowiedział się, że będzie siedział sam. Do klasy przyszedł nowy i Karol zaprosił go do swojej ławki. "Wiesz... ty i tak..." - zaczął Karol, kiedy spojrzał pytająco na chłopaka siedzącego na jego zeszłorocznym miejscu.

Powlókł się więc do środkowego rzędu, gdzie na samym końcu stała samotna ławka. Ławka, w której nie siedział nikt. W tej szkole trzymali go tak naprawdę tylko Kuba i harcerstwo. Szkoda, że Kuba był w innej klasie, a zbiórki raz w tygodniu. Tak rozmyślając, z odległości kilku metrów przyglądał się Alicji przeszukującej plecak. Może i ona czegoś zapomniała? Może ona też zawróci? Ale dziewczyna po chwili zasunęła suwak, zarzuciła plecak na ramię i ruszyła w dalszą drogę. Rafał stał przez chwilę skonfundowany, aż wreszcie niechętnie odwrócił się na pięcie i pomaszerował z powrotem do domu. Jutro wyśledzi, dokąd Alicja chodzi do szkoły. W końcu co się odwlecze, to nie uciecze.

* * *

- A ty? - Alicję dobiegł głos nauczycielki.

Podniosła się z krzesła i spojrzała przed siebie nieprzytomnym wzrokiem.

- No? - Historyczka, pani Banel, zwana pieszczotliwie Banelową, spojrzała na nią łagodnie. - Opowiedz, skąd tu przyszłaś...

- Z Radomia - odparła cicho, czekając na reakcję klasy.

Do tej pory nikt jej o nic nie zapytał. Na wczorajsze rozpoczęcie roku nie przyszła, a dziś to historia była pierwszą lekcją. Alicja najwyraźniej nie była jedyną nową osobą w klasie, ale nauczycielka zapytała ją jako ostatnią. Może dlatego, że siedziała na końcu?

- Czemu wybrałaś klasę o profilu humanistycznym?

- Bo lubię historię - niemal szepnęła Alicja i spuściła wzrok.

Nie chciała patrzeć na klasę. Zaśmieją się czy nie?

- Jaka historia najbardziej cię interesuje? - indagowała historyczka, zadowolona, że ktoś jeszcze w klasie lubi jej przedmiot.

Do tej pory tylko jeden uczeń sprawiał jej miłe historyczne niespodzianki, ale dziś nie było go w szkole, choć wczoraj widziała go na rozpoczęciu roku.

- Polski.

- O! To ładnie! A jaki okres?

- Od czasów stanisławowskich do dziś - odparła cicho Alicja, bojąc się, że w klasie rozlegnie się śmiech, ale nic takiego się nie stało.

- A może chcesz nam opowiedzieć coś jeszcze o swoich zainteresowaniach? - spytała historyczka. - To pierwsza luźna lekcja i ciekawa opowieść będzie nagrodzona dobrym stopniem. Jak ci nie wyjdzie, nic ci nie postawię.

Na ciemne policzki Alicji wystąpił rumieniec. Mówić, nie mówić? O królu Stasiu? O jego wielkiej miłości do carycy Katarzyny? Spojrzała na puste miejsce w ławce obok. Gdyby tylko siedział z nią ktoś życzliwy... Ale niestety, jako nowa w klasie usiadła sama. Znikąd pomocy. A zresztą... czy gdyby ktoś z nią siedział, to chciałby jej pomóc?

- Ja... bardzo lubię postać ostatniego polskiego króla - szepnęła. - Staram się czytać wszystko, co na jego temat jest dostępne i...

Nagle drzwi od klasy otworzyły się i ku jej zdumieniu do środka wbiegł mocno zdyszany chłopak. Znała go. Mieszkał na tym samym podwórku i już dwa razy pomógł jej cało wyjść z opresji.

- O! Któż to się pojawił! - zawołała historyczka i szeroko uśmiechnęła się do swojego ulubionego ucznia. - Cóż to się stało...?

- Przepraszam... - zaczął Rafał i urwał zdumiony, spostrzegłszy stojącą Alicję.

- No? Co masz do powiedzenia?

- Zapomniałem plecaka i musiałem wracać do domu.

Klasa zachichotała.

- Widzę, że żyjesz jeszcze wakacjami - odparła Banelowa. - A były chociaż udane?

- Tak... - odparł Rafał. - I nawet mam coś... - Dotknął plecaka, w którym trzymał wszystkie swoje notatki i ulotki o bitwie grunwaldzkiej. W końcu w tym roku po raz pierwszy w życiu nie tylko był na obozie, lecz także zwiedzał muzeum bitwy.

- To za chwilę. Siadaj teraz na miejsce, bo nasza nowa koleżanka opowiada nam o Stanisławie Auguście. Jakie książki czytałaś? - zwróciła się do Alicji.

- Józefa Hena Mój przyjaciel król, Stanisława Cata-Mackiewicza Stanisław August i Krystyny Zienkowskiej Stanisław August Poniatowski. Czytałam też pamiętniki.

- Króla?

- Tak. I króla, i carycy Katarzyny...

- O! - Nauczycielka była najwyraźniej mile zaskoczona, bo zdjęła z nosa okulary i zaczęła wycierać je brzegiem spódnicy.

To zawsze śmieszyło uczniów. Spod spódnicy widać było bowiem staromodną halkę. Dziewczyny zachichotały. Chłopcy, zakrywając usta, szeptali jeden do drugiego. I tylko Rafał stał w drzwiach i się nie ruszał. W końcu jedyne wolne miejsce w klasie było koło Alicji.

- Czemu ta postać tak cię zainteresowała? - spytała profesor Banel, wkładając na nos wyczyszczone spódnicą okulary.

- Bo jest tragiczna. Król przez całe życie kocha kobietę, która nie docenia jego miłości. Jest dla niej jedną z wielu zabawek. Ta kobieta jest piekielnie inteligentna i wyrachowana. Niezbyt obchodzi ją nawet śmierć córki, którą ma ze związku z królem...

Klasa, która do tej pory z obojętnością przysłuchiwała się rozmowie nauczycielki z nową uczennicą, nadstawiła uszu. O takich rzeczach to im nie opowiadano.

- A czy podobnie jak historycy dziewiętnastowieczni winisz króla za upadek Rzeczpospolitej szlacheckiej?

- Pani tak mnie pyta, a ja... ja tylko czytam...

- No ale chyba jakiś swój osąd tego, co czytasz, masz, prawda?

- No... wydaje mi się, że... polityka króla miała tak naprawdę niewielki wpływ na to, co się stało z Rzeczpospolitą. Poza tym... zarzucano mu wiele złego, a przecież to dzięki niemu potem w dziewiętnastym wieku zaistniał w Polsce silny ruch patriotyczny. To za Stanisława Augusta powstała Szkoła Rycerska, która wykształciła polskich patriotów, dowódców wojsk... - Alicja nagle odzyskała pewność siebie. Takie tematy uwielbiała. Szkoda, że w radomskiej szkole nikt nie zadawał jej podobnych pytań. Zrozumiała jedno. Tę nauczycielkę polubi. Zwłaszcza że po jej minie widziała, że to, co mówi, sprawia historyczce przyjemność. Kiedy skończyła, pani Banel sięgnęła po dziennik.

- Jak masz na nazwisko, moje dziecko?

- Mugaba...

Klasa zachichotała.

- Co was tak śmieszy? - spytała historyczka, a nie uzyskawszy odpowiedzi, otworzyła dziennik. - Stawiam ci szóstkę. Siadaj.

Nagle wzrok nauczycielki przykuł Rafał, który od kwadransa stał w drzwiach klasy.

- A czemu ty tu jeszcze stoisz? Już mi na miejsce. Aha... Gdzie ty siedzisz... - zawahała się i rozejrzała po klasie. Spojrzała na ławkę, przy której siedział w zeszłym roku, i ujrzawszy obok Karola nowego chłopaka, mruknęła. - Hm... To twoje miejsce będzie koło... jak ty masz na imię, panno Mu...? Bo zapomniałam?

- Alicja. Alicja Mugaba.

- No! To Rafał siadaj obok Alicji.

Rafał ruszył w stronę ostatniej ławki w środkowym rzędzie. Twarz oblewał mu rumieniec. Całą drogę do szkoły myślał, że nie wie, do którego gimnazjum chodzi tajemnicza Alicja. Teraz nie tylko to wie, lecz także siedzi z nią w ławce. A tego w ogóle się nie spodziewał. Spojrzał w jej stronę. Odwróciła głowę. Ciekawe czemu? Przecież musiała go poznać.

Rozdział 5:

ŚMIECH I PŁACZ

- Bo ty, Alusiu, musisz nauczyć się jednego - powiedziała babcia, wchodząc wieczorem do jej pokoju.

- No?

- Śmiać się z siebie.

Podniosła głowę znad klawiatury komputera.

- To znaczy?

- Jak ktoś ci mówi coś dla ciebie przykrego, to przytakuj i też się śmiej. To wytrąca wrogom broń z ręki.

Alicja wiedziała, do czego babcia pije. Znów spotkała tego wstrętnego chłopaka. Tego, który od kiedy tu zamieszkała, ciągle jej dokuczał.

- To pomaga?

- Wiesz... - Babcia przysiadła na chwilę na kanapie. - Jak te wszystkie stare gderliwe sąsiadki mówiły mi, że nie umiałam męża zatrzymać przy sobie, to zawsze odpowiadałam: "Tak. Taka jestem głupia". I wiesz... natychmiast milkły.

Myślała o tej rozmowie teraz, kiedy wracała ze szkoły. Śmiać się z siebie. Spojrzała na swoją sylwetkę odbijającą się w szybie sklepu zoologicznego. "Dzika. Jestem dzika" - pomyślała i uśmiechnęła się do własnego odbicia.

- Poczekaj! - usłyszała za sobą czyjś głos.

Odwróciła się. Rafał biegł w jej stronę.

- Czemu nie poczekałaś? - spytał, dysząc ciężko. - Przecież mówiłem, że też wracam zaraz do domu. No przecież mieszkamy obok. Razem zawsze raźniej...

Wzruszyła ramionami i spojrzała pod nogi. Czego ten chłopak od niej chce? Niby pomógł. Nie raz zresztą. Ale... Alicja nikomu nie ufa. Zna to wszystko. Najpierw się interesują, a potem...

- No chodź! Jak ci się podoba nasza klasa? - spytał po chwili.

- Może być - odparła Alicja. "Babcia myśli, że to łatwo śmiać się z siebie, ale... spróbuję".

"Rany - pomyślał Rafał. - Czemu ona jest taka milcząca? Czy kiedykolwiek przebiję się przez te skorupę nieufności, jaką się otoczyła?".

- Czemu dokuczacie babce od muzyki? - spytała w momencie, kiedy Rafał zaczął tracić już nadzieję na jakąkolwiek konwersację.

- Nie dokuczamy.

- A te śpiewy?

- Eeee... przecież to nikogo nie rani - obruszył się Rafał.

Alicja znów zamilkła. Przed oczami stanęła jej scena z dzisiejszego dnia.

* * *

- Dzjen dobry, dzjeci - powiedziała pani Lusia, otworzywszy na oścież drzwi od klasy.

Chłopcy na jej widok z trudem stłumili śmiech. Pochodząca z Rosji nauczycielka muzyki była przez nich lubiana, ale... stanowiła też obiekt żartów. A to dlatego, że po polsku mówiła z silnym wschodnim akcentem. No i nie wszystkie słowa rozumiała. Najlepiej było to słychać podczas muzycznych ćwiczeń głosowych. Klasa zawsze wtedy zaśmiewała się do łez. Już teraz, wiedząc, co za chwilę nastąpi, niektórzy chichotali cicho.

- Dzjeci... mam nadzjeję, że tęskniliscje troszkię za szkołą i lekcjami muuuuzyki. Myslję, że na pociątek zaspjewamy waszą ulubioną piosenkę doń doń. Wstancje, bo, jak pamjętacie, lepiej się spjewa na stojąco...

Wstali wszyscy. Pani Lusia uniosła obie dłonie i po chwili zaczęła ćwiczenie głosowe.

- Doń doń diri diri doń doń...

Alicja dość szybko załapała, co i jak się śpiewa, ale z najwyższym zdumieniem zauważyła, że prosta piosenka po chwili zmienia tekst. Z lewej strony klasy, zajętej przez męską jej część, coraz wyraźniej dało się słyszeć zupełnie inne niż te śpiewane przez panią Lusię słowa:

- Kondon diri diri kondon...

Nauczycielka ze śmiertelną powagą dyrygowała grupą, a wszyscy chłopcy, nawet siedzący z nią w ławce Rafał, z trudem tłumili śmiech.

- Pjęknie, dzjeci - rozpromieniła się pani Lusia. - Teraz zaspjewamy drugą znaną wam piosenkę. Orkjestry dęte. Mam nadzjeję, że przez kanikułę nie zapomnjeliscie tekstu. No! Proszę! Spjewamy!

I po chwili Alicja usłyszała, jak cała klasa śpiewa, zmieniając dobrze znany jej z radia tekst:

- Niby nic, a tak to się zaczęło. Niby nic, zwyczajne pa, pa, pa. Jest w orkiestrze dętej jakaś piła, bo to było tak. Babcia srała na balkonie. Dołem dziadek depilował... - śpiewała klasa chórem, a pani Lusia ze stoickim spokojem dyrygowała klasą.

* * *

- Dla mnie takie wykorzystywanie słabości to chamstwo - odezwała się po chwili Alicja.

Rafał milczał. Może i dobrze? Teraz sytuacja z lekcji i ją zaczęła śmieszyć. Ta natchniona mina pani Lusi i chłopcy śpiewający o srającej babce i depilującym dziadku. Nagle zaczęło ją to bawić. Ciekawe, co też ten dziadek sobie depilował. Zaśmiała się w duchu, wyobraziwszy sobie dziadka depilującego nogi pod balkonem. Dziadek. Swojego nigdy nie poznała. Pewnie by jej nie zaakceptował. Nie dość, że dziewczynka, to jeszcze czarna. Znów popsuł jej się humor.

Zbliżali się do Saskiej. Rafał rozejrzał się na boki. Od jesieni, ilekroć mijał to skrzyżowanie, zawsze czuł nieprzyjemny dreszcz na plecach, choć po Biegłym nie było nawet śladu. Opowiedzieć Alicji o zdarzeniach z ubiegłego roku? Jakże by chciał. A może... namówić ją na zbiórki? Ale czy to nie za wcześnie...?

- Słuchaj... - zaczął i urwał do razu.

W końcu Alicja jest małomówna. Może znowu nic nie odpowie.

- No? - spytała i spojrzała na Rafała.

"Czemu on nagle ucichł?" - pomyślała.

- Czemu ty nic nie mówisz? - wypalił.

- Ja? - zdumiała się Alicja. - Przecież to ty całą drogę milczysz.

- No bo jak ja coś mówię, to ty się nie odzywasz.

- Bo jak ty mówisz, to słucham, więc po co mam się odzywać? - spytała Alicja i się rozpromieniła.

Rafał po raz pierwszy usłyszał jej śmiech.

- Co ci tak wesoło? - spytał.

- Bo ta nasza rozmowa jakaś dziwna.

- No wiesz... bo ja z reguły mówię, a ty milczysz lub odzywasz się monosylabami. Zupełnie jakbyś była... - Umilkł, szukając odpowiedniego określenia.

- Dzika? - spytała i zaśmiała się znowu.

Rafał się zaczerwienił.

- No... nie chciałem...

- Wiem. Ale wiesz... To nawet fajne przezwisko. Miałam gorsze.

- W poprzedniej szkole?

- Uhm.

- Nie chcesz o tym mówić?

- Bez sensu o tym opowiadać.

- Ale tu ci nikt w klasie nie dokucza.

- Tam też nie od razu mi dokuczali. To zaczęło wychodzić później. Wiesz... najpierw każdy bada grunt - tłumaczyła Alicja. Szli miarowym krokiem w stronę Francuskiej. - Nikt tak od razu się nie przyzna, że jest rasistą. Czasem zresztą to nie wynika z rasizmu. Psycholog mi to tłumaczył. Ludzie nie lubią inności. Jak widzą kogoś, kto jest inny od reszty, to najpierw badają reakcję otoczenia. Wystarczy, że jedna osoba, z której zdaniem liczy się reszta, powie coś głośno na dany temat i wszyscy to podchwycą. Nawet jeśli w duchu się z nią nie zgadzają.

- Myślisz? - spytał Rafał i spojrzał zaskoczony na Alicję.

Nigdy się nad tym nie zastanawiał, ale... z poglądami na jakieś sprawy chyba często tak jest. W końcu kiedy w zeszłym roku Młody powiedział, że pomysł z pocztówkami jest do bani, Rafał miał wrażenie, że i Kacper, i Artur też tak twierdzą, choć początkowo wydawali się tymi pocztówkami zainteresowani.

- Nie myślę - odparła Alicja. - Po prostu wiem.

- Ale ja taki nie jestem - odparł Rafał.

- To też wiem. Ciekawe tylko, jak długo wytrzymasz, kiedy się zacznie.

- Ale co?

- Dokuczanie mi.

- Myślisz, że klasa będzie ci dokuczać?

- Sam zobaczysz.

- Słuchaj... - Rafał spojrzał na Alicję. Chciał przerwać rozmowę na drażliwy temat. - Czy chciałabyś należeć do harcerstwa?

- Do harcerstwa? - Alicja aż przystanęła na chodniku.

- No co się tak dziwisz? Ja należę. Zbiórki są w piątki po południu. Jest fajnie. Na przykład mój najlepszy kumpel jest ze mną w drużynie. Chodzi do równoległej klasy...

- Ten rudy? Co z tą blondynką kręci?

- No... To bardzo fajny chłopak.

- A ona?

- Też fajna.

- Myślisz, że mnie przyjmą?

- A czemu mieliby nie przyjąć? Zasada jest prosta... - zaczął, ale nie zdążył nic więcej powiedzieć. Tuż przed nim wyrósł ojciec. Mina zdradzała, że stary Subocz nie jest zadowolony ze spotkania z synem. Dlaczego?

- A gdzie ty się włóczysz? - spytał groźnie.

- No... przecież wracam do domu.

- A to co? - Subocz spojrzał groźnie na Alicję.

- Tata, to jest Alicja... Przecież znasz z widzenia... Wnuczka pani Rudnickiej...

- Wiem - przerwał ojciec. - I żeby mi to było ostatni raz. Nie życzę sobie więcej z nią kontaktów. Tfu! - demonstracyjnie napluł na chodnik.

- Tato, ale... - zaczął Rafał i znów nie dokończył. Tym razem przez Alicję, która natychmiast biegiem puściła się w kierunku domu. - Coś ty zrobił? - pytał, patrząc na ojca z rozpaczą.

- To dla twojego dobra. Słuchaj... - Subocz najwyraźniej dyskusję uważał za skończoną, bo zaczął mówić Rafałowi, dokąd idzie i co Rafał ma zrobić... ale Rafał nie słuchał. Poczuł, jak łzy napływają mu do oczu.

"A miało być tak pięknie!" - pomyślał i przypomniał sobie obóz, kiedy po raz chyba pierwszy od bardzo dawna ojciec był naprawdę fajny.

Rozdział 6:

PIERWSZA ZBIÓRKA

- Cześć! Wreszcie jesteś! - Kuba ucieszył się na widok kumpla.

Tyle miał mu do opowiedzenia. Zwłaszcza że ostatnio widywali się tylko na przerwach, a i to na krótko. Kuba cały wolny czas spędzał z Jagodą.

- Cześć - odparł Rafał, ale w jego głosie nie było entuzjazmu.

A przecież jeszcze rano myślał tylko o dzisiejszej zbiórce. I nawet Alicję chciał tu wyciągnąć...

- Coś ty taki jakiś nieswój? - spytał Kuba.

- Beznadzieja - mruknął Rafał i z posępną miną stanął pod ścianą.

Po chwili ze złością zaczął kopać leżący na ziemi kamień. Pierwsza w tym roku szkolnym zbiórka odbywała się na boisku.

- Ale co? - Kuba nie mógł zrozumieć zachowania przyjaciela. Przecież to Rafała harcerstwo cieszyło bardziej niż jego. Spojrzał pytająco na Jagodę. Dziewczyna dyskretnie się usunęła.

- No mów! - powiedział Kuba, kiedy zostali sami.

- Ojciec - odparł krótko Rafał, jakby to słowo wszystko wyjaśniało.

- Zachorował? - dociekał Kuba.

- Niestety, nie.

- No coś ty... jakie niestety?

- Bo wiesz... czasem to bym chciał, żeby zachorował lub umarł - wyrzucił z siebie Rafał. - Wtedy wszyscy by mi współczuli... zapomnieliby, jaki by był... jest... ech... gdyby mama żyła...

- Ale co się stało? - Kuba nic nie rozumiał.

Co takiego się nagle wydarzyło? Rafał nigdy nie opowiadał o mamie. Od kiedy się znali, była tematem tabu.

- Nie chcę o tym gadać.

- Nie to nie. - Kuba wzruszył ramionami i już miał odejść, kiedy Rafał powiedział:

- To nie jest tak, że tobie nie chcę powiedzieć. Ja po prostu w ogóle nie chcę o tym mówić.

- Ale... może jak powiesz, będzie ci lżej? - spytał Kuba i spojrzał badawczo na przyjaciela.

Rafał nie zdążył odpowiedzieć. Rozpoczęła się zbiórka.

* * *

- Babciu...

- Co takiego? - Rudnicka oderwała wzrok od stolnicy, na której wałkowała ciasto.

- Czy ty znasz Subocza?

- Rafałka?

- No... - Alicja zawahała się. Rafałek. Jak to głupio brzmi. Zupełnie jakby miał pięć lat, a przecież jest w jej wieku. - Rafał chodzi ze mną do klasy - powiedziała po chwili takim głosem, jakby chciała wytłumaczyć babci swoje wahanie.

- To dobre dziecko - odparła babcia i posypała wałkowany placek odrobiną mąki. - I dzielne...

- Wiem. Ja nie o niego pytam.

- To ja nie znam innego Subocza.

- A... ojciec Rafała?

- Stefan? - Babcia wzruszyła ramionami i otarłszy pot z czoła, dalej wałkowała ciasto.

- No... - przytaknęła Alicja.

- Weź, Alusiu, z szafki taką plastikową formę do pierogów.

- Z której?

- Z tej środkowej. Jedna koleżanka kupiła mi kiedyś takie coś do robienia pierogów. Rzeczywiście łatwiej... O to to... - przytaknęła babcia, widząc w rękach Alicji plastikową tackę z dziurami. - Teraz zrobimy tak... odciśniemy to na placku ciasta... Podaj jeszcze ten farsz...

- Babciu... No i co z tym Suboczem?

- A co chcesz wiedzieć?

- Co to za człowiek?

- Dziwny. Żona mu zmarła, jak Rafał miał kilka lat. Ożenił się po raz drugi, ale coś tam chyba jest nie tak, bo ta żona ciągle gdzieś jeździ, a on ciągle pije. To znaczy... ostatnio się trochę poprawiło. Ale to dlatego, że na wiosnę Rafałek z domu uciekł.

- Uciekł z domu? - Oczy Alicji zrobiły się okrągłe ze zdumienia. - Ale dlaczego?

- A... różnie tu się na ten temat mówiło. Ale wiesz... ileż razy to dziecko się przez niego wstydu najadło? A to dobre dziecko. I dzielne! Ci jego koledzy z podwórka to w życiu by się nie dostali do tego waszego gimnazjum. A czemu pytasz o Subocza?

Alicja milczy. Nie chce opowiadać o zdarzeniu po szkole. Wie już to, co chciała wiedzieć. A babcia na szczęście nie pyta. Alicja patrzy na zegarek. Zbliża się dziewiętnasta. Musi porozmawiać z Rafałem. I to dziś. Jest piątek i przecież nie będzie czekała do poniedziałku. Niech Rafał wie, że się nie gniewa. Przecież to nie jego wina. Że on sam myśli inaczej, Alicja wie od dawna.

* * *

- Jak co roku, zanim zaczniemy cokolwiek robić, chcę, byście się lepiej poznali... - drużynowy Tomek zaczął gadkę, którą Rafał już słyszał w zeszłym roku.

Rozejrzał się dookoła. Nie znał wszystkich. Rzeczywiście, na zbiórkę przyszli ludzie, których widział tu po raz pierwszy.

- ...do kasy drużyny wpłacacie co miesiąc pięć złotych na sprawności, kredki i różne rzeczy niezbędne do cotygodniowej pracy. Zbiera je...

- A zadanie? - przerwał drużynowemu Młody.

- O! Odezwał się! - prychnął pogardliwie Tasiemiec. - Dostał w zeszłym roku nagrodę i już...

- Spokój! - Głos drużynowego był stanowczy. - Zaraz dojdę do zadania rocznego. Cierpliwości.

Ale cierpliwość nie była mocną stroną Młodego, który na imię miał Tomek, ale od kilku lat był nazywany "Młodym", by nikt go nie mylił z drużynowym. Dlatego chłopak raz po raz wzdychał teatralnie, aż Kacper z Arturem musieli go szturchać, bo drużynowy co chwilę przerywał swój wywód, w którym zaznajamiał nowo przybyłych z zasadami życia w drużynie i patrzył badawczo na swojego imiennika.

Siedzieli na murku na szkolnym boisku. Wyjątkowo tego dnia korytarze, na których zazwyczaj odbywały się zbiórki, były zajęte. Kończono zaczęty w wakacje remont szkoły.

- Ty... - Kuba szturchnął Rafała w bok. - Magda cały czas się na ciebie patrzy.

Rafał wzruszył ramionami. Magda! Co go ona obchodzi! Myślami był przy Alicji. Zastanawiał się nad tym, jak w poniedziałek go przywita. Jak będzie wyglądało ich wspólne siedzenie w ławce. To może być koszmar. Przecież po tym, co ojciec zrobił, to nic tylko zapaść się pod ziemię. A Kuba o Magdzie mu gada. A pies z nią tańcował! Spojrzał jednak w jej kierunku. Posłała mu jakieś dziwne spojrzenie, trzepocząc przy tym rzęsami, i błyskawicznie odwróciła głowę.

"Wariatka jakaś" - pomyślał Rafał.

- Zadanie roczne brzmi w tym roku: Przyrodnicy - powiedział drużynowy i zawiesiwszy głos, rozejrzał się po zebranych.

Przez tłumek przebiegł szmer rozczarowania.

- Phi. - Młody wydął pogardliwie wargi. - Też mi coś. Przyrodnicy.

- A tobie jak zwykle coś się nie podoba? - Drużynowy spojrzał badawczym wzrokiem na Młodego.

- A komuś tu się podoba? - spytał Młody i spojrzał drużynowemu prosto w oczy.

- Przyrodnicy to zadanie, które daje wam wiele możliwości - ciągnął niezrażony drużynowy.

Młodego znał od zuchów. Chłopak zawsze chciał być w centrum zainteresowania, imponować każdemu, być we wszystkim najlepszy, a nie zawsze mu to wychodziło. Ale lubił tego chłopca. Tak jak i resztę drużyny, z którą kolejny rok dane mu było pracować.

- Możecie coś gromadzić, czegoś doglądać, czymś się opiekować. Jak zwykle macie dwa tygodnie na zgłoszenie projektów, które będziecie realizować.

- Może szkielety pozbieramy? - spytał Młody. - Znam jeden ogródek, w którym aż roi się od małych zmumifikowanych chomiczków...

- Kuźwa! - krzyknął Kuba wyraźnie wściekły. - Jak długo będziesz mi wypominał, że zamiast skarbu znaleźliśmy szkielet?! Czy twoja mama wypomina ci, że w dzieciństwie lałeś w gacie?!

- Spokój! Rudy! - krzyknął drużynowy. - Co się z wami dzieje po wakacjach?

- Dajcie spokój - szepnął Łukasz. - Inaczej ta przemowa będzie trwała i trwała. Co on tak w tym roku przynudza?

- A co? - pogardliwie spytał Młody. - Też zauważyłeś?

Ale Łukasz nie odpowiedział. Starał się za wszelką cenę skupić na tym, co mówił drużynowy.

- ...pojęcie "przyrodnicy" jest pojemne. To, jak je zinterpretujecie, to wasza sprawa. Na następnej zbiórce chcę widzieć zastępy. Na wymyślenie nazw macie tyle czasu, ile na wymyślenie zadań. A teraz... Zawiążmy krąg.

Podnieśli się z murka. Stanęli w kręgu i złączyli dłonie.

- Bratnie słowo sobie dajem, że pomagać będziem wzajem. Druh druhowi, druhnie druh. Hasło znaj, czuj duch...

Pieśń niosła się przez całe szkolne boisko. Kuba patrzył na stojącą na wprost niego Jagodę i uśmiechał się do niej. Tasiemiec teatralnie przewracał oczami, udając trupa, Kacper z Arturem chichotali i tylko Rafał nie śpiewał.

- Chłopaki! Zbierzmy taki zastęp jak w zeszłym roku - odezwał się Tasiemiec, gdy tylko przerwali krąg. - Będzie zarypiście. Zeszłoroczna nazwa też jest zarypista. Jako przyrodnicy też możemy coś tropić.

- Na przykład yeti - wtrącił pogardliwie Młody.

- Sam jesteś yeti - odezwała się Jagoda.

Chłopcy nawet nie zauważyli, kiedy znalazła się w pobliżu.

- Co tam u ciebie? - spytał Tasiemiec i uśmiechnął się do niej. Znali się od wczesnego dzieciństwa. Mieszkali na tym samym podwórku, a w podstawówce chodzili do tej samej klasy.

- W porządku - odparła i stanęła obok Kuby, który natychmiast ją objął, jakby chcąc tym samym podkreślić, że coś ich łączy. - Tylko będziemy miały kłopot z zastępem. Jest nas za mało. Ewka nie chce już chodzić na zbiórki.

- Ja się nie dziwię... Amazonka deska... - Kacper parsknął śmiechem.

- No - dodał Artur i zachichotał.

- Nie o to chodzi... - sprostowała Jagoda. - Ewka jest w trzeciej klasie i boi się, że harcerstwo będzie jej przeszkadzać w nauce. Tak przynajmniej powiedziała.

- Za mądra to Ewka nie jest - odezwał się Łukasz. - Ja też jestem w trzeciej klasie, a nie rezygnuję. - Łukasz nie lubił ludzi, którzy nie doprowadzali spraw do końca lub rezygnowali z błahych powodów.

- Mam dla was kogoś do zastępu - odezwał się milczący dotąd Rafał.

Od dłuższego czasu patrzył nieruchomym wzrokiem w punkt tuż za siatką, skąd spoglądała na niego para ciemnych oczu. Oczu, o których myślał przez całą zbiórkę.

- Uuuuuuuuu! - zawołał Młody, ale natychmiast zamilkł, bo Rafał błyskawicznie odwrócił się i spojrzał na niego morderczym wzrokiem, a potem wolno ruszył w stronę siatki.

Rozdział 7:

AMANT

- Rany! Skąd to masz? To dla mnie?

Rafał był zupełnie zaskoczony. W drzwiach stała Alicja i trzymała w ręku kulę z wodą i jedną małą, błękitnoszafirową rybką.

- No! - Dziewczyna przytaknęła i uśmiechnęła się, odsłaniając równe białe zęby.

- Ale ja nie mogę tego przyjąć!

- Daj spokój! - Alicja machnęła ręką i wsunęła się do mieszkania. - Twojego starego nie ma - stwierdziła.

- Skąd wiesz?

- Czatowałam, aż wyjdzie - odparła i mrugnęła porozumiewawczo. To była zupełnie inna Alicja niż ta sprzed wakacji. Inna niż ta sprzed paru dni. - No? Gdzie twój pokój?

- Ale... - Rafał chciał zaprotestować przeciwko tak drogiemu prezentowi, jednak Alicja szybko mu przerwała.

- Kula ma kilkadziesiąt lat. Babcia chyba nawet nie pamięta o jej istnieniu. Wyciągnęłam ją z piwnicy i wymyłam. Zapłaciłam tylko za rybkę, a to bardzo tania rybka. Naprawdę. Żwirek dał Kuba. Ten kawałek roślinki też on. Zostało mu po jego akwarium...

- Byłaś u Kuby? - spytał zdumiony Rafał.

- Nie. U Jagody.

Przez chwilę milczeli. Rafał nie przypuszczał, że Alicja tak szybko zaprzyjaźni się z Jagodą. Alicja też się tego nie spodziewała. Jednak tu, w Warszawie, jest trochę inaczej niż w Radomiu. Klasa jej nie dokuczała. Wręcz przeciwnie. Pierwszą próbę zranienia Alicji błyskawicznie uciszyli. To było na angielskim, kiedy okazała się lepsza od dotychczasowej prymuski Klaudii. Jeżdżąca często za granicę Klaudia uważała się za anglojęzyczną alfę i omegę. Oczywiście zadzierała w związku z tym nosa. Teraz, ku radości klasy, wreszcie ktoś jej go utarł.

- Myślałam, że w Afryce mówi się po murzyńsku - rzuciła Klaudia mimochodem.

- Nie, ale za chamstwo i brak tolerancji to się tam ludzi zjada - odparowała Alicja.

Klasa ryknęła śmiechem, a Karol dopowiedział:

- I nie licz na naszą pomoc! Jakby co, to pomożemy Alce cię wypatroszyć!

Tak więc życie w warszawskiej szkole było o niebo lepsze od tego w radomskiej. Czyżby wielkie miasto czyniło ludzi bardziej tolerancyjnymi? Czy po prostu Alicja ma wreszcie szczęście? Właściwie tylko ojciec Rafała spędzał jej sen z powiek. Ciekawe, czemu taki jest? Ostatnio znowu splunął na jej widok.

- A co to za jedna? - spytał Rafał, wyrywając tym samym Alicję z zamyślenia.

- Kto? - Spojrzała na niego nieprzytomnym wzrokiem.

- O rybkę pytam.

- To bojownik syjamski.

- Nie będzie mu smutno samemu? Może potrzebuje kolegi?

- Broń Boże! Bojownik musi być sam.

- Dlaczego?

- Bo z każdym innym samcem będzie walczył.

- No co ty?

- Naprawdę! Nie wierzysz?

- Ale o co ma walczyć?

- O wszystko. O terytorium, o samicę...

- Ale przecież tu nie ma samic.

- Ale on o tym nie wie... - Alicja zaśmiała się. - Masz lusterko? - spytała po chwili.

- Wisi w łazience...

- Nie! Nie takie na ścianie! - zaprotestowała.

Rafał wyszedł z pokoju i po chwili wrócił z niewielkim lusterkiem, które wyjął ze stojącej w łazience kosmetyczki Krystyny.

- Dobre?

- Może być - odparła Alicja i wziąwszy z jego rąk lusterko, postawiła przy akwarium. Rybka natychmiast rozpostarła płetwy i zaczęła groźnie nacierać na swoje odbicie.

- Rany! Zostaw! - krzyknął Rafał. - Jeszcze sobie krzywdę zrobi.

- Nie zrobi! - odparła Alicja, ale posłusznie zabrała lusterko. - Jak go nazwiesz?

- Amant - odparł Rafał bez namysłu.

- Czemu? - spytała Alicja.

Wzruszył ramionami.

- Tak sobie. - Rafał za żadne skarby świata nie przyznałby się, dlaczego przyszło mu do głowy takie imię. Bo musiałby opowiedzieć o tym, co usłyszał dziś na podwórku.

- Bojownik to bardzo piękna rybka - powiedziała Alicja i popukała paznokciem w akwarium. - I tania w utrzymaniu.

- To znaczy?

- Nie potrzebuje filtra, bo jest labiryntowcem.

- Czym? - zdumiał się Rafał.

- O rany! - zniecierpliwiła się Alicja. - Poczytasz w bibliotece. W każdym razie rybka jest. Na razie może nic nie jeść. Za jakiś czas skombinuję pokarm. No co się tak patrzysz? Też nie mam forsy - powiedziała i wzruszywszy ramionami, ruszyła w kierunku drzwi.

- Zaczekaj! - zawołał Rafał.

- Nie mogę. Wyszłam tylko na chwilę. Do jutra.

- Hej.

- Aha. To imię "Amant" to naprawdę tak sobie?

- Yhm. - Rafał pokiwał głową, ale minę miał przy tym tak idiotyczną, że Alicja parsknęła śmiechem.

- No to hej.

Stanął na środku pokoju. Jeszcze raz spojrzał na akwarium. Westchnął cicho.

- Amant! No... pasuje!

* * *

Wszystko zaczęło się jeszcze w piątek zaraz po zbiórce. Rafała przy tych ustaleniach nie było. Reszta zastępu została przed szkołą. Też chciał uczestniczyć w rozmowie, ale fakt, że Alicja przyszła, był ważniejszy. Chciał ją odprowadzić.

- Fajnie, że przyszłaś...

- Yhm. Też się cieszę.

- Będzie fajnie.

- No...

Takie nic nieznaczące słowa, a jednak. Dawały nadzieję. Obojgu. Wolno, noga za nogą, szli do domu. Właściwie milczeli. Co jakiś czas tylko jedno spoglądało na drugie. Rafał modlił się w duchu, by nie spotkać ojca. Alicji to było obojętne. Wiedziała, a właściwie czuła, że tamto zdarzenie on przeżył bardziej. W końcu musi z nim mieszkać. Musi go kochać. W końcu ojciec to ojciec. Jego ojciec. Ale dlaczego jest taki?

- Zaczekajcie!

Odwrócili się. W ich kierunku biegli Tasiemiec, Kuba i Jagoda.

- Co jest?

- Słuchaj, co Łukasz wymyślił... - zaczął Kuba i streścił Rafałowi rozmowę, jaka miała miejsce dosłownie przed chwilą.

* * *

- Zadanie roczne... - zaczął Kuba, gdy Rafał z Alicją zniknęli im z oczu.

Próbował odwrócić uwagę reszty od dziewczyny. Zwłaszcza że zauważył, że między nią a Rafałem coś jest. Poza tym chciał poczekać na Jagodę. Jej zastęp jeszcze się nie rozszedł.

- Znowu będziemy mieli kłopot z zadaniem rocznym.

- Dlaczego? - spytał Łukasz. - Przecież słyszałeś, że tak naprawdę żadna filozofia... wystarczy coś wymyślić...

- To wymyśl! - warknął Młody. - Jak znam życie, to będziemy tak jak w zeszłym roku szukać pomysłów tygodniami.

- Dlaczego tygodniami? - spytał Kuba.

- Ty już lepiej nic nie mów - warknął Młody i zrobił przy tym taką minę, że Kubie wszystkiego się odechciało.

- Mam propozycję - odezwał się Łukasz. - Ty, Młody, zawsze narzekasz, nigdy ci się nic nie podoba, dlatego myślę, że najlepiej będzie, jak ty to zadanie roczne wymyślisz, a my je zaakceptujemy, choćby było nie wiem jak głupie.

Zapadła cisza. Kacper i Artur spojrzeli na siebie wymownie. Kuba wzruszył ramionami. Chciał powiedzieć, że może trzeba zaczekać na Rafała, ale... zrezygnował. Młody był najwyraźniej zadowolony. Ciekawe z czego. I tylko Tasiemiec mruknął:

- Zarypisty pomysł - ale tym razem trudno było orzec, czy to dezaprobata, czy wręcz przeciwnie. Raczej oznaka zupełnego zaskoczenia.

* * *

- No i co z tego? - spytał Rafał, wysłuchawszy relacji kumpli. - Ciekawe, co też Młody wymyśli odkrywczego.

- Już wymyślił - odparł spokojnie Tasiemiec. - Daj dokończyć, bo nawet nie wiesz co.

- No? - Rafał spojrzał po twarzach kolegów.

- Pomysł zarypisty! - powiedział Tasiemiec, a w jego głosie dało się wyczuć kpinę.

- Hodujemy rybki... - stwierdził Kuba i pokiwał smętnie głową.

- Co? - spytał Rafał. - Jak to hodujemy rybki?!

- Normalnie - powiedział Kuba. - W końcu nikt z nas się nie spodziewał, że on na coś takiego wpadnie.

- Ale jak to, skubany, miał przemyślane! - złościł się Tasiemiec. - Wszystko! I wiesz co? W pięć minut powiedział, że mamy prowadzić jakieś zeszyty obserwacji... i w ogóle.

- Ale skąd wziąć rybki? - spytał zdumiony Rafał.

- No właśnie na tym cały problem polega, że trzeba kupić! On jest cwany, bo ma akwarium! - wykrzyknął Tasiemiec.

- Skąd wiesz? - spytał Kuba.

- Po tym, co mówił, można było poznać, że się na tym zna...

- No i co teraz? - Rafał był zdumiony.

- Nic. - Kuba wzruszył ramionami. - Moi starzy popukają się w czoło, a Ola... będzie zachwycona! A jak się jeszcze dowie, że to dzięki Łukaszowi, to pewnie mu Nobla przyzna.

- No dobra! Chodźcie! - powiedziała Jagoda i uśmiechnąwszy się do Alicji, dodała: - Przyjdź na następną zbiórkę. Będzie fajnie!

Po chwili Kuba z Tasiemcem i Jagodą poszli w kierunku ulicy Wandy, gdzie w dwupiętrowym bloku mieszkała Jagoda. Rafał z Alicją zostali na środku Zwycięzców.

- No to ładnie - mruknął Rafał.

- Ale co?

- Hodujemy rybki. - W głosie Rafała słychać było rozgoryczenie. - Czasem myślę, że Młody robi to specjalnie.

- Co?

- Wiesz... on ma forsę. Ja nie mam - wypalił Rafał. - Skąd ja wezmę akwarium?

- Coś wymyślimy.

- My?

- Yhm - mruknęła Alicja.

No przecież nie powie mu, że przed chwilą niemal za jego plecami rozmawiała o tym z Jagodą. Do domu doszli w milczeniu. Gdy żegnali się przed klatką Alicji, każde myślało o czymś innym. Alicja o rozmowie z Jagodą i szklanej kuli, którą widziała w babcinej piwnicy, a Rafał o tym, że znowu brak kasy mocno daje mu się we znaki. Pewnie z tego powodu ich "cześć" było szybkie i dlatego też żadne z nich nie zareagowało na okrzyk Adasia:

- Dzika! Banany prostuj!

Ale ani dla Alicji, ani dla Rafała ten okrzyk to nie była żadna nowość.

* * *

- A czemu ty się tej Dzikiej czepiasz? Pewnie podoba ci się, co?

Rafał ostrożnie wychylił się zza winkla. Nie dalej jak pół godziny wcześniej pożegnał się z Alicją. Właśnie biegł do Alberta po masło, ale usłyszane słowa sprawiły, że przystanął. A któż to gada o Alicji? Grupka chłopaków paliła papierosy. Rafał nie znał wszystkich. Ale bez trudu rozpoznał Adasia i Roberta zwanego Zyzolem - największego rozrabiakę na osiedlu.

Jak głosiła stugębna plotka, niespełna osiemnastoletni Zyzol miał na karku kuratora. Za co? Mówiło się o włamaniach i kradzieżach, ale Rafała nie obchodziło, czy to prawda, czy tylko osiedlowe gadanie. Z Adasia kpił właśnie Zyzol.

- Co? Podoba ci się? Te usteczka stworzone do tego, by....

- Coś ty? Mnie? Dzika? - przerwał mu Adaś dziwnie zmienionym głosem.

- Stary! Znamy te numery! - zaśmiewali się koledzy. - Dokuczasz, dogryzasz, a tak naprawdę to na nią lecisz.

- Ja?! Na Dziką! W życiu! - protestował Adaś.

- Hehe! Amant! - natrząsali się koledzy.

- Odczepcie się!

- Amant! - powtórzył Zyzol.

To wszystko przypomniał sobie teraz, gdy za Alicją zamknęły się drzwi. Jeszcze raz spojrzał na szklaną kulę z rybką. No przecież nie mógł jej powiedzieć, czemu tak nazwał swojego bojownika. Ale imię bardzo mu pasowało. Bo wkurzony Adaś był podobny do rybki, która nagle w akwarium zobaczyła w lusterku swoje odbicie.