Dzika kaczka - Henryk Ibsen

Kup ebooka

9.49 zł
7.78 zł (7,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Scena I

(Pettersen, służący Werlego w liberyi, i służący najęty, Jensen, we fraku porządkują gabinet. Kilku lokai zapala więcéj światła w pokoju w głębi. Z jadalni dochodzą śmiechy i pomieszane głosy. Słychać, jak ktoś uderza nożem w kieliszek, potem następuje cisza. Ktoś wnosi toast, słychać brawa, a potem znów odgłosy rozmów).

PETTERSEN ( zapala na kominku lampę i nakłada na nią abażur, do Jensena). Czy słyszysz, stary powstał przy stole i wniósł długi toast, na cześć pani Sörby. JENSEN ( przestawiając fotel). Czy téż to prawda, co ladzie mówią, że pomiędzy niemi jest coś? PETTERSEN. Dyabeł ich tam wie. JENSEN. Był on przecież w swoim czasie wielkim grzesznikiem. PETTERSEN. Być może. JENSEN. Mówią, że ten obiad wyprawia dla syna. PETTERSEN. Tak, syn wczoraj przyjechał. JENSEN. Nie wiedziałem dotąd, że pan Werle ma syna. PETTERSEN. Ma, ale ten syn mieszka stale w górach, przy fabrykach. Od czasu, jak tu służę, ani razu nie był w mieście. LOKAJ NAJĘTY ( we drzwiach od dalszych pokoi). Panie Pettersen, tu jest jakiś stary... PETTERSEN ( mruczy). Cóż u licha, jeszcze jeden... STARY EKDAL ( wchodzi z prawéj strony. Ma na sobie stary płaszcz z wysokim kołnierzem, włóczkowe rękawiczki, w ręku niesie laskę i czapkę futrzaną. Ma zrudziałą brudną perukę i siwe wąsy). PETTERSEN ( idąc naprzeciw niego). O Jezu! Czego pan tu chce? EKDAL ( we drzwiach). Muszę koniecznie być w kantorze. PETTERSEN. Kantor od godziny zamknięty. EKDAL. Słyszałem to już u drzwi, ale Groberg jeszcze tam siedzi. Mój Pettersenie, bądź tak dobry i wpuść mnie tędy ( pokazuje drzwi kryte). Już nieraz tędy wchodziłem. PETTERSEN. No! to idź pan ( otwiera drzwi). Ale pamiętaj wyjść właściwemi drzwiami. Mamy gości. EKDAL. Wiem o tém... hm! Dziękuję ci, kochany Pettersenie, dziękuję ( szepcze sam do siebie). Bałwan ( idzie do kantoru, Pettersen drzwi za nim zamyka). JENSEN. Czy ten także należy do personelu kantorowego? PETTERSEN. Nie, tylko kiedy jest dużo roboty, dostaje pisanie do domu. Ho! swojego czasu był to, co się zowie, szykowny człowiek - stary Ekdal. JENSEN. Wygląda téż na to. PETTERSEN. Był przecież porucznikiem. JENSEN. Do dyabła. Ten był porucznikiem? PETTERSEN. Tak jest. Ale zaczął handlować drzewem czy już nie wiem czém i podobno naszemu staremu szkaradnie przeskrobał, bo wówczas byli razem w fabrykach. O, znam dobrze starego Ekdala. Nieraz u pani Eriksen wypijemy razem po kieliszku piołunówki, albo po szklace bawara. JENSEN. Nie wygląda on na to, by mógł dużo fundować. PETTERSEN. Rozumiesz przecie, że to ja funduję. Mojém zdaniem, należy zawsze być grzecznym dla ludzi lepszego towarzystwa, chociażby się znajdowali w najgorszém położeniu. JENSEN. Czy on zbankrutował? PETTERSEN. Gorzéj. Siedział w więzieniu. JENSEN. W więzieniu? PETTERSEN. W twierdzy czy na odwachu ( nasłuchuje). Cicho. Wstają od stołu. ( Otwierają się drzwi od jadalnego pokoju, wchodzi pani Sörby, rozmawiając z kilku panami. Za niemi wchodzi całe obiadowe towarzystwo, wśród niego stary Werle, Kamerjunkier Flor, Kamerjunkier Balle, Kamerjunkier Kaspersen. Na końcu wchodzi Hialmar Ekdal i Grzegorz Werle). PANI SÖRBY ( przechodząc, do służby). Pettersen, kawę podać w salonie muzycznym. PETTERSEN. Zaraz. ( Pani Sörby i dwaj panowie idą do pokoju w głębi, a stamtąd na prawo. Pettersen i Jensen idą za nią). KAMERJUNKIER FLOR. Taki obiad! To prawdziwa praca. KAM. BALLE. Nie do uwierzenia, czego to można dokazać przez trzy godziny. KAM. FLOR. Ale potém, potéem, kochany kamerjunkrze. TRZECI PAN. Słyszałem, że kawę i maraskino podać mają w salonie muzycznym. K. FLOR. Brawo! Może nam pani Sörby zagra jaką sztukę. K. BALLE. ( cicho). Byle nam tylko sztuczki nie wypłatała. K. FLOR. O, nie! Berta się nie odwróci od dawnych przyjaciół. ( śmiejąc się, wychodzą do pokoju w głębi). WERLE ( cicho i zasępiony). Zdaje mi się, Grzegorzu, że na to nikt nie zwrócił uwagi. GRZEGORZ ( patrząc na niego). Na co? WERLE. I tyś tego nie spostrzegł? GRZEGORZ. Cóż miałem spostrzedz? WERLE. Było nas trzynaście osób przy stole. GRZEGORZ. Tak? Trzynaście! WERLE ( rzucając wzrok na Hialmara). Jest nas zwykle dwanaście ( do gości). Bądźcież panowie łaskawi. ( Przechodzi wraz z gośćmi do pokoju w głębi, a następnie na prawo). HIALMAR ( który słyszał tę rozmowę). Nie trzeba mnie było zapraszać. GRZEGORZ. Jakto? Ten obiad był dla mnie wydany, a ja nie miałem zaprosić jedynego, najlepszego przyjaciela? HIALMAR. Zdaje mi się, że twój ojciec nie jest z tego zadowolony. Nigdy u niego nie bywam. GRZEGORZ. Wiem o tém. Musiałem jednak z tobą pomówić - bo ja wkrótce wyjeżdżam. My, szkolni koledzy, zbyt długo byliśmy rozdzieleni. Wszakże to już szesnaście czy siedemnaście lat, jakeśmy się nie widzieli. HIALMAR. Czyż doprawdy, tak dawno? GRZEGORZ. Tak jest. Jakżeż ci się powodzi? Dobrze wyglądasz, utyłeś. HIALMAR. Tłustym nazwać mnie nie można. W każdym razie, zmężniałem. GRZEGORZ. Przynajmniéj nie zmieniłeś się na gorsze. HIALMAR ( ponuro). Powierzchownie! ale w głębi duszy! O, możesz mi wierzyć, zmieniłem się zupełnie. Wiesz przecież, jakie okropne ciosy od czasu naszego rozstania spadły na mnie i na moję rodzinę. GRZEGORZ ( ciszéj). Cóż się dzieje z twoim ojcem? HIALMAR. Lepiéj nie mówmy o tém. Ma się rozumiéć, mój stary, nieszczęsny ojciec jest przy mnie, bo na całym świecie ma tylko mnie jednego. Straszno mi dotykać tego przedmiotu. Powiedz mi raczéj, co robisz tam w fabrykach? GRZEGORZ. Jestem najzupełniéj samotny, mam więc czas do rozmyślań i zagrzebywania się w różnych przedmiotach ( siada w fotelu przy kominku i wskazuje Hialmarowi drugi naprzeciwko siebie). HIALMAR ( wzruszony). Muszę ci jednak podziękować za dzisiejsze zaproszenie, jest to najlepszy dowód, że nie masz do mnie żadnéj urazy. GRZEGORZ ( zdziwiony). Skądże ci mogło przyjść do głowy, że mam do ciebie urazę? HIALMAR. Jednakże tak było w pierwszych latach. GRZEGORZ. W jakich pierwszych latach? HIALMAR. Po tém nieszczęściu. I była to rzecz naturalna, wszakże o włos tylko twój ojciec nie był wmieszany do tych... do tych okropnych historyj. GRZEGORZ. I ja dlatego miałem miéć do ciebie urazę? Jakżeś to sobie mógł wyobrazić? HIALMAR. Wiem, że tak było. Sam twój ojciec mi to powiedział. GRZEGORZ ( zdumiony). Mój ojciec! Czy tak? Hm. Więc to dlatego nie dałeś mi od téj pory znaku życia? Nie napisałeś ani jednego słówka? HIALMAR. Tak. GRZEGORZ. Nawet wówczas, gdyś się zdecydował zostać fotografem. HIALMAR. Twój ojciec utrzymywał, że na nic się nie zda donosić ci o czémkolwiek. GRZEGORZ ( patrząc przed siebie). Pod tym względem może i miał słuszność. Ale powiedz mi, Hialmarze, czyś zadowolony z obecnego położenia? HIALMAR ( z westchnieniem). O, tak, niezawodnie - a właściwie, nie umiem tego określić. Z początku, jak to sobie łatwo wyobrazisz, było mi trochę dziwno. Znalazłem się w odmiennych warunkach. Bo téż i wszystko wkoło mnie zmieniło się w zupełności. Okropne nieszczęście mego ojca, ruina, hańba, wstyd. O, Grzegorzu!... GRZEGORZ ( wzruszony). Tak... tak... HIALMAR. Nie mogłem myśléć o dalszych studyach, témbardziéj, że nie było na to ani grosza. Przy tém długi; zdaje mi się, że głównym wierzycielem był twój ojciec. GRZEGORZ. Hm... HIALMAR. To téż sądziłem, że najlepiéj będzie odrazu zerwać z przeszłością i dawnemi stosunkami. Tak radził twój ojciec, a że on przyszedł mi z pomocą... GRZEGORZ. Mój ojciec to uczynił? HIALMAR. Tak, musisz przecie o tém wiedziéć. Skąd-że bym miał środki wyuczenia się fotografii, otworzenia zakładu, urządzenia go. Możesz mi wierzyć - to dużo kosztuje. GRZEGORZ. I wszystko to opłacił mój ojciec? HIALMAR. Tak. Czyż o tém nie wiesz? Myślałem, że ci to mówił. GRZEGORZ. Ani słówkiem nie wspomniał, że on to zrobił. Zresztą mógł zapomniéć. Pisywaliśmy do siebie jedynie o interesach. Więc jakże, to mój ojciec?... HIALMAR. Tak, twój ojciec, ale nie chciał, by wiedziano, że to on. Dopomógł mi także do ożenienia. A może ty i o tém nie wiesz? GRZEGORZ. W istocie, nie wiedziałem ( bierze go za ramię). Drogi Hialmarze, nie umiem ci powiedziéć, jak mnie to wszystko cieszy i... dręczy. Być może, iż byłem niesprawiedliwy w niektórych razach dla mego ojca. Bo widzisz, tutaj dał dowód serca - a poniekąd i sumienia. HIALMAR. Sumienia? GRZEGORZ. Tak, czy jak tam chcesz to nazwać. Ale nie mam słów na wyrażenie, jak rad jestem z tego, co mi mówisz o ojcu. Jesteś więc żonaty, Hialmarze? Ja zapewne nigdy do tego nie dojdę. Spodziewam się, żeś szczęśliwy w małżeństwie? HIALMAR. Jestem szczęśliwy. Żonę mam zapobiegliwą i dzielną, co się zowie, a przytém z pewném wykształceniem. GRZEGORZ ( trochę zdziwiony). Jakto z pewném? HIALMAR. Widzisz, życie kształci. Codzienne pożycie ze mną, a przytém bywa u nas często parę osób prawdziwie wykształconych. Zaręczam ci, żebyś dzisiaj Giny nie poznał. GRZEGORZ. Giny? HIALMAR. Alboż nie pamiętasz, że jéj na imię Gina? GRZEGORZ. Komu tak na imię? Ja przecież nic nie wiem. HIALMAR. Przypomnij-że sobie, iż czas jakiś była w waszym domu. GRZEGORZ ( spogląda na niego). Czyby to była Gina Hansen? HIALMAR. Ma się rozumiéć, że ona. GRZEGORZ. Ta, co wciągu ostatnich lat choroby mojéj matki zarządzała naszym domem? HIALMAR. Właśnie. Ale wiem przecież na pewno, mój drogi, że ojciec twój pisał ci o mojém ożenieniu. GRZEGORZ ( który powstał). Zapewne to uczynił... chociaż nie ( przechadza się tu i tam). Poczekaj, niech pomyślę. Ojciec pisał do mnie zawsze tak krótko ( siada na poręczy od fotelu). Powiedz-no mi, Hialmarze - powiedz, jakim sposobem poznałeś się z Giną - twoją dzisiejszą żoną? HIALMAR. Bardzo prostym. Gina nie długo pozostała w waszym domu. Było tu takie zamieszanie... przytém choroba twojéj matki, Gina wszystkiemu wydołać nie mogła i odeszła. Było to na rok przed śmiercią twéj matki, a może téż w tym samym roku. GRZEGORZ. W tym samym roku. Ja byłem wówczas w fabrykach. Więc cóż dalej? HIALMAR. Gina zamieszkała u swojéj matki, bardzo pracowitéj kobiety, która miała małą restauracyjkę i odnajmowała pokoik; bardzo miły, wygodny pokoik. GRZEGORZ. A ty byłeś prawdopodobnie tym szczęśliwym, który w nim zamieszkał. HIALMAR. Tak. Twój ojciec mi to zaproponował. Wtedy to właściwie poznałem Ginę. GRZEGORZ. I przyszło do zaręczyn? HIALMAR. Tak, u młodych o miłość nie trudno... hm. GRZEGORZ ( przechadza się znów po pokoju czas jakiś). Powiedz mi, czy to wówczas, kiedyś się zaręczył, mój ojciec - to jest ty powziąłeś zamiar oddania się fotografii? HIALMAR. Właśnie wówczas. Chciałem czémprędzej stworzyć sobie domowe ognisko. I wtedy, twój ojciec i ja przyszliśmy do przekonania, że najłatwiéj je osiągnę, zakładając fotografię. Gina była tego samego zdania. A jeszcze utwierdziło nas w tém zamiarze to, że Gina umiała retuszować. GRZEGORZ. To się bardzo dobrze złożyło. HIALMAR ( powstaje zadowolony). Nieprawdaż? Uznajesz także, iż się to doskonale złożyło? GRZEGORZ. Muszę to przyznać. A mój ojciec, był dla ciebie rodzajem Opatrzności? HIALMAR ( wzruszony). W dniach ucisku nie opuścił syna przyjaciela, bo widzisz, on ma serce. PANI SÖRBY ( wchodzi pod rękę z Werlem). Bez wymówek. Nie powinien pan dłużej zostawać w tak jasno oświetlonym pokoju. To panu zaszkodzić może. WERLE ( puszcza jéj rękę i przesuwa dłoń po oczach). Zdaje mi się, że masz pani słuszność. PETTERSEN I JENSEN ( obnoszą na tacach napoje). PANI SÖRBY ( do gości będących w drugim pokoju). Niech panowie będą łaskawi. Może kto pozwoli szklaneczkę ponczu? KAM. FLOR. Wielki Boże, czy to prawda, żeś pani w tym domu zniosła nieocenioną swobodę palenia? PANI SÖRBY. Tak, panie kamerjunkrze, u pana Werle palić nie wolno. KAM. BALLE. Odkądże to pani wydała tak surowe prawo? PANI SÖRBY. Od ostatniego obiadu, bo na nim niektórzy popełnili pod tym względem nadużycia. KAM. BALLE. A dziś nie można sobie troszeczkę pozwolić? Czy, doprawdy, nie można? PANI SÖRBY. Pod żadnym względem, panie kamerjunkrze. ( Goście zebrali się w gabinecie Werlego. Służący roznoszą pełne kieliszki). WERLE ( do Hialmara, który coś przegląda na stole). Co pan tak studyuje? HIALMAR. Tylko album. KAM. BALLE ( który przechodzi od jednych do drugich). Aha! fotografie! To dla pana bardzo stosowne. KAM. FLOR ( w fotelu). Czy pan co ze swoich nie przyniósł? HIALMAR. Nie, panie. KAM. FLOR. Szkoda, żeś pan tego nie zrobił. Siedziéć spokojnie, przeglądając obrazki, to ułatwia trawienie. KAM. BALLE. A przytém, to nasuwa temat do rozmowy. Nie prawdaż? KAM. KASPERSEN. A w tym względzie wszelkie przydatki przyjmowane są z wdzięcznością. PANI SÖRBY. Ci panowie utrzymują, że kiedy kto jest zaproszony na obiad, musi się czémś odsłużyć. KAM. FLOR. W tak dobréj jadłodajni, to prawdziwa przyjemność. KAM. BALLE. Dobry Boże! przy walce o byt to... PANI SÖRBY. Tak, masz pan w tém słuszność ( prowadzą daléj rozmowę w tym tonie wśród żartów i śmiechów). GRZEGORZ ( po cichu do Hialmara). No, mówże i ty! HIALMAR ( zwracając się do niego). O czémże mógłbym mówić? KAM. FLOR ( do Werlego). Czy pan nie sądzi, że tokaj doskonale działa na trawienie? WERLE ( przy kominku). Za tokaj, który pan dziś piłeś, zaręczyć mogę. Pochodzi z najlepszych lat. Mógł to pan zresztą zauważyć. KAM. FLOR. Smak miał wyborny. HIALMAR ( niepewny). Czy tu lata stanowią różnicę? KAM. FLOR ( śmieje się). A to doskonałe! WERLE ( z uśmiechem). Nie opłaci się pana częstować szlachetném winem. KAM. BALLE. Tokaj, tak jak fotografia, potrzebuje słońca. Alboż nie? HIALMAR. Tak, tu wiele zależy od światła. PANI SÖRBY. Tak samo dzieje się z kamerjunkrami. Panowie są także spragnieni promieni słonecznych. KAM. BALLE. Ha! ha! to przestarzały dowcip. KAM. KASPERSEN. Pani Sörby się popisuje. KAM. FLOR. I do tego, naszym kosztem ( grozi jéj). Pani Berto? Pani Berto! PANI SÖRBY. To jednak jest rzeczą prawdziwą, że lata bywają rozmaitej a dawne były najlepsze. KAM. KASPERSEN. Czy pani mnie wlicza do dawnych? PANI SÖRBY. Daleko do tego. KAM. BALLE. Dobrze tak panu! A mnie droga pani? KAM. FLOR. A mnie do jakich lat pani zalicza? PANI SÖRBY. Do najsłodszych, moi panowie ( pije trochę z kieliszka. Panowie śmieją się i żartują). RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.