Dziewica z Jeziora - Walter Scott

Kup ebooka

14.49 zł
9.85 zł (9,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pieśń pierwsza

Łowy

Arfo północna! długo w mroku zapomnienia

Nad źródłem San-Fillanu zwieszona z gałęzi! Wiatr chyba z gór rodzinnych zbudzi twoje brzmienia, Nim bluszcz zawistny pnąc się po strón twych nawięzi Ujmie każdą, i w pętach milczenia uwięzi. Arfo bardów! czyż głos twój nie zasłynie szerzéj, Jak cichy szelest liści albo szmer strumienia? Nigdyż mistrz biegłą dłonią strón twych nie uderzy, Budząc westchnienia dziewic i uśmiech rycerzy?

Nie tak było za dawnych czasów Kaledonu, Gdy Minstrel z tobą w ręku na ucztach przewodził; Gdy nucąc bój lub miłość rycerskiemu gronu, Ośmielał bojaźliwych, lub dumnych łagodził. Za każdą przerwą pieśni, grzmotem się rozchodził Zmieszany z strón twych brzmieniem głośny poklask gości; Wszystkie ich czucia tchnęły echem twego tonu:

Bo treścią każdéj pieśni był tryumf miłości, Wielkie dzieła rycerzy, lub chwała piękności.

O! obudź się raz jeszcze! - lubo dłoń niewprawna, Którą cie z grobu mistrzów ima wieszcz zuchwały; Obudź się! choć w niéj może twa potęga dawna Ozwie się ledwo echem swojéj dawnéj chwały. Niech jedną pierś rycerskie przenikną zapały. Jedno serce poczuje wieszczych natchnień dreszcze, Przed jedném okiem z grobu wstanie przeszłość sławna: Nie daremnie już będą brzmieć twe stróny wieszcze, Sam tu więc, czarodziejko! obudź się raz jeszcze!

I.

Jeleń wieczorem napił się do sytu. Gdy księżyc wschodząc drżał w nurtach Teitu; I w głębi mrocznéj Glenartnu doliny, Usnął na wrzosach, pod cieniem leszczyny. Lecz ledwo blaskiem słonecznéj purpury Szczyt Benworlichu zapalił się góry, Śród przepaścistych wąwozów i jarów Zabrzmiało gęste szczekanie ogarów, I tuż za niemi, zwiastujące łowy, Trąbki myśliwców i jeźdźców podkowy.

II.

Jak wódz, gdy leżąc w bezpiecznéj ustroni Usłyszy nagle krzyk straży: "do broni!"

Z łoża miękkiego spoczynku i wczasu, Porwał się mocarz pustyni i lasu. Lecz nim bieg chyży rozpuścił przez wrzosy, Trzykroć wprzód z rannéj otrząsnął się rosy, I jakby oręż gotując na wrogów, Potrząsł ku niebu koroną swych rogów. Przez chwilę bystro przeglądał gąszcz krzewów, Przez chwilę wietrzył woń rannych powiewów, Przez chwilę słuchał hałasów straszliwych Coraz to bliższych i psów i myśliwych; Aż najpierwszego ogara gdy zoczył, Porwał się, pomknął, przez wierzchy drzew skoczył, I z ścieśnionego wyrwawszy się jaru, Pędził na dziki szczyt gór Uam-waru.

III.

Jękły psy, zwierza porwawszy na oko. Wrzaskliwą wrzawą wre parów głęboko; Tysiącem dzikich, zmieszanych hałasów, Zabrzmiały echa gór, dolin i lasów. Tysiąc psów razem ujada i goni, Tętni po skalach tysiącznych czwał koni: Wrzask trąb, trzask biczów, i szczwaczów odgłosy Brzmią po przepaściach i biją w niebiosy. Pierzchliwa sarna uciekła przed wrzawą, Łani w gęstwinie przypadła z obawą; Spłoszył się sokół, i wzbiwszy się w chmury, Kracząc, w dolinę wpatruje się z góry; Aż cały łowów huragan przeminął, I pędząc daléj, z przed oczu mu zginął.

Ciszéj, i coraz to ciszéj wiatr niesie Echo po skalach, dolinach i lesie, Aż znów jak przedtém milczenie ponure Osiadło wąwóz, i lasy, i górę.

IV.

Mniéj głośne echa myśliwskiego gwaru Zmąciły cisze szczytów Uam-waru, I owych pieczar, gdzie miedzy opoki Żył niegdyś olbrzym jak skała wysoki. Bo już w pół góry, wprost wisząc nad głowy, Ciskało słońce swój żar południowy. Niejeden jeździec, złorzecząc skwarowi, Musiał rad nie rad dać wytchnąć koniowi, I z psiarni, spiekłém zziajanéj pragnieniem, Połowa ledwo szła wciąż za jeleniem. Tak skwar i zapęd podgórnéj pogoni Znużył wytrwałość psów, ludzi, i koni.

V.

Zwierz nieprzyjaciół zostawiwszy w tyle, Zdyszany biegiem, zatrzymał się chwilę, I z południowéj pochyłości szczytu Ku różnobarwnym polom Menteitu, Obłędném okiem, ważąc się w nadziejach, Wodził po wzgórzach, bagniskach i kniejach, Gdzieby ujść pewniéj niebezpieczeństw tylu, W lasach Lochardu, czy Aberfoilu? - Lecz czyż nie bliższy przytułek ma w gaju, Ocieniającym brzeg wód Loch-Achraju?

Czyż nie pewniejsze rokują schronienie, Zamierzchłe bory na skalnym Benwenie? - Z nadzieją w sercu, i rzezkość wracała, Pomknął na zachód, i leciał jak strzała, Im bliżéj celu, tém śmieléj i żywiéj, Tém daléj za nim i psy, i myśliwi.

VI.

Długoby mówić, jak, albo kto z łowców, Wśród Kambus-moru zabłądził manowców; Kto wstrzymał konia, lub czyj koń padł wtedy, Gdy przyszło piąć się na górę Benledy; Kto próżno pieszo chciał dobiedz do szczytu, Kto nie śmiał przebrnąć strumienia Teitu: - Bo go dziś jeleń, by zatrzeć ślad biegu, Dwakroć przepływał od brzegu do brzegu. Nie wielu było tych, co już wieczorem Nad Wennacharu ustali jeziorem: I gdy zwierz daléj szedł wciąż skroś parowów, Ścigał go tylko sam jeden - wódz łowów.

VII.

Sam, w obcém miéjscu, bez śladu i drogi, Pędził, nie szczędząc bicza i ostrogi. Bo już tuż przed nim, zziajany, podbity, Zgarbiony znojem i kurzem okryty, Robiąc bokami białemi od piany, Wlókł się zaledwo jeleń spracowany. Tuż dwa psy czarne, wytrwałe na skwary, Z gniazda świętego Huberta ogary,

Ślad w ślad za zwierzem, w ciasnocie parowu. Wróżą kres bliski i zdobycz połowu. O krok już ledwo za sobą śród ciszy Z rozpaczą jeleń szczekanie ich słyszy, Lecz ni sam od nich odsadzić się chyżéj, Ni psy nie mogą doścignąć go bliżéj. I tak ku brzegom Achraju, przez jary, Między zarosłe i dzikie pieczary, Pędził myśliwiec, i zwierz, i ogary.

VIII.

W poprzek przed niemi, nad brzegiem jeziora. Stroma, skalista wznosiła się góra: Tam jeleń dalszéj nie mając już drogi, Musi się zwrócić i bić się na rogi. Z dumą myśliwiec, rad pewnéj zdobyczy, Sęki ich okiem rozmierza i liczy, Na hymn tryumfu i na cios zbójecki Gotując trąbkę i nóż swój strzelecki. Lecz gdy z wzniesioném nad głową ramieniem, Przypuścił konia, by starć się z jeleniem, Chytry zwierz w porę grożący cios zoczył, Zwrócił się nagle, i w stronę uskoczył, I w ciasny wąwóz śród skał na uboczu, Runął przed psami, i znikł im z przed oczu, Aż resztę siły wzmagając z przestrachu, Zapadł w najdzikszych zakątach Trosachu.

Tam już na wonne rzuciwszy się wrzosy, Rzeźwiąc się chłodem wilgoci i rosy, Słuchał bez trwogi, jak w głębiach parowu Psy rozjuszone szukały go znowu, Skowycząc z gniewu i wyjąc na skały, Co ich szczekaniem nawzajem szczekały.

IX.

Tuż po za psami, przez głazy i krzewy Drąc się myśliwiec, poduszczał ich gniewy; W tém koń - nim pośpiał zawściągnąć mu wodze, Drgnął, zarył nozdrzem, i runął na drodze. Próżno go jeździec, by podnieść na nogi, Targa munsztukiem, nie szczędząc ostrogi: Wysilon znojem pogoni i spieki, Legł dzielny rumak, by spocząć na wieki. Wtedy zbyt późną zgryzotą ruszony, Zsiadł, i tak nad nim rzekł pan zasmucony: "Mógłżem ja myśleć, mój koniu kochany! "Gdym cię dosiadał na brzegach Sekwany, "Że nad twém ciałem, wśród dzikich wandołów, "Pastwić się będzie dziób szkockich sokołów? "Przeklęte łowy! przeklęta pogoni! "Coś mię zbawiła najlepszego z koni!"

X.

Rzekł i zatrąbił, by z błędnego lasu Psy swe przynajmniéj odwołać zawczasu. Kulejąc, zwolna, i z okiem spuszczoném, Wyszły, z podgiętym pod siebie ogonem,

I jakby pana sromały się wzroku, Nie śmiąc się głaskać, stanęły przy boku. On trąbił jeszcze; dźwięk rogu chrapliwy Napełnił wąwóz, i lasy, i niwy. Zbudzone w lochach krzyknęły puszczyki, Orzeł w powietrzu powtórzył ich krzyki. Dźwięk coraz daléj szedł z wiatru oddechem, Aż jak sto rogów ozwało się echem. Z westchnieniem jeździec z tych miejsc nieszczęśliwych Odszedł, by szukać orszaku myśliwych, Lecz idąc, często wstrzymywał swe kroki: Tak trudna droga, tak piękne widoki.

XI.

Już blaski dzienne, jak odpływne wały, Z całego nieba na zachód spływały; Nagie skał szczyty i lesiste góry Tlą jeszcze resztą słonecznéj purpury, Kiedy już z głębi zapadłéj doliny, Jak mgła nad wodą, powstawał mrok siny. Ćmiąc wązką ścieżkę, co brzegiem strumienia, Wijąc się różnie i ginąc śród cienia, Wiodła po sękach i odłamach skalnych, U stóp tysiąca skał piramidalnych, Co ostrym szczytem wybiegłszy nad chmury, Jak ostrza wieżyc gotyckiéj struktury, Sterczą po rogach, jakby twierdz wysokich, Mass granitowych, olbrzymich, szerokich,

Jako ów pomnik grzesznego zamiaru, Czyn dumy ludzkiéj, w dolinach Szinaru. Czoła i boki tych dzikich ogromów, Rozpadłe wiekiem, strzaskane od gromów, Noszą kształt dziwny miast, świątyń, lub domów. Ówdzie się zdają, wypukłe u grzbietów, Wierzchołkiem kopuł lub wschodnich meczetów; Tam nastrzępione, jak chińskie pagody; To znów jak baszty, lub wałów obwody, Lub w fantastyczne połamane łuki - Dzikość natury, wzór arcy-dzieł sztuki! Ani tym zamkom zbywa na sztandarach: Tu bluszcz swe sploty rozwiesił po szparach, Tam bujne krzewy, tam zielone drzewa, Lub chwast wysoki z wiatrami powiewa.

XII.

Z dziką hojnością natura wesoła Rozsiała spodem i kwiaty i zioła. Tu polna róża szkarłatem rumieńca Płonie w objęciach głogu oblubieńca; Tam przy fijołku konwalja dzika Śnieżystém czołem nad mchy się wymyka. Bluszcze, powoje, wrzos, cząbry i ślazy, Ścieląc się, wisząc, lub pnąc się na głazy, Mieszają różnie swe barwy i wonność, Barwiąc skał nagość, lub darni zieloność.

Z wierzbami brzoza płacząca pospołu Liśćmi z traw rosę zamiata u dołu; Wyżéj dąb, wiatrów wojownik wysoki, Krętym korzeniem rozsadza opoki; A wyżéj jeszcze, piętrzące się jodły Szczyt swój posępny ku niebu wywiodły, Lub zgięte burzą od skały do skały, Nad przepaściami jak mosty wisiały. Aż gdzie najwyżéj wierzchołki skał wzbite, Tlące się słońcem, łub śniegiem okryte, Podróżny ledwo mógł dojrzeć u szczytów Tło zwierciadlane niebieskich błękitów. Wszystko tak dzikie, tak cudne zarazem, Ze snów czarownych być zda się obrazem.

XIII.

Środkiem wąwozu, wązki, zabrzeżysty, Sączył się strumień, spokojny i czysty. Głąb jego z razu i płytka, i kręta, Ledwoby dzikie uniosła kaczęta; Ale wnet ginąc pod niskich wierzb szczytem, Zasilon źródłem w ich gęstwie ukrytém, Szerszém już z cienia wychodzi korytem, W ciemno-przejrzystych malując kryształach Skały, i drzewa rosnące po skałach. I coraz szerszy, im coraz szedł daléj. Ryjąc się głębiéj, i błyszcząc wspanialéj, Wzbiera nad brzegi, i wkoło oblewa Nadbrzeżne skały, pagórki i drzewa,

Tak, że zdaleka wydają się z wody Jak gruzy zamków, lub wysep ogrody. Strumień grunt coraz bystrzejszym rwąc prądem, Co krok to daléj rozłącza je z lądem, Aż wszystkie strugi złączywszy znów w biegu, Zalewa wąwóz od brzegu do brzegu, I połyskując wód gładkich przestworem, Małém Trosachu staje się jeziorem.

XIV.

By wyjść z wąwozu, strzelec pełen trwogi Nie widzi żadnéj ni ścieżki, ni drogi, Chyba się musi, z potrzeby zuchwały, Piąć po urwiskach przepaścistéj skały. Po drzew korzeniach, jak szczeblach drabiny, Chwytając ręką gałęzie jedliny, Wdarł się nakoniec na szczyt - zkąd u spodu, Tuż pod nim, w blasku jaskrawym zachodu, Jakby ze stali zwierciadło ogniste, Widać Katrinu jezioro przejrzyste: Pomiędzy wzgórza, rosnące po bokach, W kształtnie kręconych rozlane zatokach, Pocieniowane cieniem wysp kwitnących, Na tle błękitu wód zieleniejących, I gór, co jakby olbrzymy-strażnicy, Z dwóch stron zaklętéj strzegą okolicy. Z południa Benwen, zamglony u szczytów, Piętrząc się w massy skruszonych granitów, Zwala na brzegi swe gruzy i głazy, Istne zniszczenia i ruin obrazy,

I czarnym borem nawisły po wierzchu, Mroczy się cieniem przedwczesnego zmierzchu; Gdy od północy, nad białe obłoki Wzbity Benanu wierzchołek wysoki, Nagi, lecz kształtem powabny dla oczu, Kąpie się w jasném powietrza przezroczu.

XV.

Długo podróżny, wzruszony, zdumiały, Patrzał na wszystko z wierzchołka swéj skały. "O! co za cuda w tych miejscach - zawołał - "Kunszt albo przepych potworzyćby zdołał! "Na téjby górze stanął zamek zbrojny, "W tym dole niewiast pałacyk spokojny; "Z owéj dąbrowy, z za drzew tego boru, "Błysłyby wieże białego klasztoru! "O! jak wesoło dźwięk trąby myśliwéj "Budziłby z rana te lasy i niwy; "Jak wdzięcznie piosnka miłosna wieczorem "Brzmiałaby z arfą nad cichém jeziorem! "Lub gdy śród nocy, w swéj pełnéj pogodzie, "Księżyc w zamglonéj przegląda się wodzie, "Jak uroczyście, z za mrocznych drzew boru, "Płynąłby z echem daleki śpiew chóru, "Gdy dzwon posępny, brzmiąc głucho w dąbrowach, "W tychby gdzieś górach, lub na tych ostrowach, "Budził świętego pustyni mieszkańca, "Do rozmyślania i modłów różańca! - "Wtedyby trąba, i arfa, i dzwony, "Wtedy uprzejma gościnność w te strony

"O każdéj porze nęciłyby co dnia, "Obłąkanego, jak dziś ja, przychodnia!...

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.