Prolog. Początek wiosny
Prolog
POCZĄTEK WIOSNY
Zanim Alex zdołała pozbyć się krwi ze swojego porządnego wełnianego
płaszcza, zrobiło się za ciepło na jego noszenie. Wiosna nadeszła
niechętnie; bladoniebieskim porankom nie udawało się nabrać
intensywności, zamiast tego od razu przechodziły w wilgotne, posępne
popołudnia, uporczywy mróz obrębiał drogę wysokimi, brudnymi bezami.
Jednak gdzieś w połowie marca kawałki trawnika między kamiennymi
ścieżkami Starego Kampusu zaczęły wynurzać się spod topniejącego śniegu
wilgotne, czarne i pokryte kępkami zmierzwionej trawy, a Alex złapała
się na tym, że tkwi na siedzisku w oknie w jednym z pokojów ukrytych na
ostatnim piętrze budynku nr 268 przy York Street i czyta Sugerowane
wymagania dla kandydatów do Domu Lete.
Słyszała tykanie zegara na kominku oraz dźwięki dzwonka, gdy klienci
wchodzili do sklepu odzieżowego na dole i z niego wychodzili. Tajne
pokoje nad sklepem członkowie Lete nazywali czule Klitką, zaś w lokalu
poniżej w różnych okresach mieścił się sklep obuwniczy, sklep ze
sprzętem myśliwskim i turystycznym oraz czynny całodobowo minimarket
Wawa z okienkiem Taco Bell. Pamiętniki członków Lete z tego okresu pełne
są narzekania na smród odsmażanej fasoli i grillowanej cebuli
przesiąkający z dołu - aż do 1995 roku, kiedy ktoś zaczarował Klitkę
oraz tylną klatkę schodową prowadzącą do zaułka, żeby zawsze pachniały
płynem do zmiękczania tkanin i goździkami.
Alex odkryła broszurkę z zaleceniami dla Domu Lete w czasie tych mętnych
tygodni po incydencie w rezydencji przy Orange Street. Od tamtego czasu
tylko raz sprawdziła swoją pocztę na starym komputerze w Klitce -
zobaczyła długi łańcuszek wiadomości od dziekana Sandowa i zaraz się
wylogowała. Pozwoliła, żeby bateria w jej telefonie rozładowała się,
ignorowała zajęcia i patrzyła, jak gałęzie wypuszczają pączki liści na
knykciach niczym kobieta przymierzająca pierścionki. Wyjadła całe
jedzenie ze spiżarki i zamrażarki - najpierw delikatesowe sery i wędzonego łososia, a potem puszki z fasolką i z brzoskwiniami w syropie
z pudełek opisanych jako żelazne racje. Kiedy i one się skończyły,
zaczęła gorączkowo zamawiać jedzenie na wynos, obciążając za wszystko
wciąż aktywne konto Darlingtona. Zejście schodami i powrót były dla niej
dostatecznie męczące, żeby musiała odpocząć, zanim rzucała się na lunch
albo obiad. Czasem w ogóle nie zawracała sobie głowy jedzeniem i po
prostu zasypiała na siedzisku w oknie albo na podłodze obok plastikowych
toreb i zawiniętych w folię pojemniczków. Nikt nie przyszedł sprawdzić,
co u niej. Nie został nikt, kto mógłby to zrobić.
Broszurkę wydrukowano tandetnie, spięto w skoroszycie z czarno-białym
obrazkiem przedstawiającym Harkness Tower na okładce i napisem "Jesteśmy
pasterzami" poniżej. Wątpiła, żeby założyciele Domu Lete mieli na myśli
Johnny'ego Casha, gdy wybierali motto, ale za każdym razem, gdy widziała
te słowa, myślała o okresie Bożego Narodzenia, gdy leżała na starym
materacu u Lena w Van Nuys, pokój się kręcił, niedojedzona puszka sosu
żurawinowego stała obok niej na podłodze, a Johny Cash śpiewał:
"Jesteśmy pasterzami, przewędrowaliśmy przez góry. Zostawiliśmy nasze
stada, gdy pojawiła się nowa gwiazda". Myślała o Lenie, który obrócił
się do niej, wsunął rękę pod jej koszulkę i zamruczał jej do ucha: "Do
bani ci pasterze".
Wytyczne dotyczące kandydatów do Domu Lete umieszczono pod koniec
broszurki i ostatnim razem uaktualniano je w 1962 roku.
Wysokie osiągnięcia akademickie, w szczególności w historii i chemii.
Zdolności językowe i praktyczna znajomość łaciny i greki.
Dobre zdrowie fizyczne i higiena osobista. Mile widziane oznaki
regularnej dbałości o sprawność fizyczną.
Widoczne przejawy statecznego charakteru i zamiłowanie do dyskrecji.
Zainteresowanie wiedzą tajemną nie jest dobrze widziane, ponieważ często
stanowi wskaźnik skłonności do bycia "wyrzutkiem".
Brak nadmiernej wrażliwości, gdy w grę wchodzą realia ludzkiej anatomii.
MORS VINCIT OMNIA.
Alex, której znajomość łaciny była dalece niezadowalająca, musiała
sprawdzić znaczenie tej sentencji: "Śmierć wszystko zwycięża". Jednak na
marginesie ktoś nabazgrał irrumat nad vincit, niemal całkowicie
zamazując oryginalne słowo niebieskim długopisem.
Pod wymaganiami Lete widniał dopisek: "Wymogi wobec kandydatów obniżono
w dwóch wypadkach: Lowella Scotta (licencjat z literatury angielskiej,
1909) i Sinclaira Bella Bravermana (bez dyplomu, 1950) z mieszanymi
skutkami".
Dopisano tam też drugą adnotację na marginesie, kanciastymi jak zapis
EKG bazgrołami, niewątpliwie należącymi do Darlingtona: "Alex Stern".
Pomyślała o nasiąkającym krwią dywanie w starej rezydencji Andersona.
Pomyślała o dziekanie, który pobielał na widok wystającej mu z nogi
kości udowej, i o smrodzie dzikich psów wypełniającym powietrze.
Alex odstawiła pojemnik z folii aluminiowej z zimnym falafelem z Mamoun's, otarła ręce o dres Domu Lete. Pokuśtykała do łazienki,
otworzyła fiolkę z zolpidemem i włożyła jedną pigułkę pod język.
Podsunęła złożoną dłoń pod kran i patrzyła, jak woda opływa jej palce,
słuchała ponurego bulgotu dobiegającego z odpływu. "Wymogi wobec
kandydatów obniżono w dwóch wypadkach".
Po raz pierwszy od tygodni spojrzała, jak posiniaczona dziewczyna w obryzganym wodą lustrze podciąga podkoszulkę. Ropa poplamiła bawełnę na
żółto. Rana w boku Alex była głęboką wklęsłością pokrytą zakrzepłą
czernią. Ugryzienie zostawiło widoczny łuk, o którym wiedziała, że źle
się zagoi, o ile w ogóle. Jej mapa się zmieniła, linia brzegowa się
przekształciła. Mors irrumat omnia. Śmierć dyma nas wszystkich.
Alex delikatnie dotknęła rozpalonej czerwonej skóry wokół śladów zębów.
Rana była zakażona. To ją trochę martwiło, umysł próbował obudzić jej
instynkt samozachowawczy, ale myśl o sięgnięciu po telefon i pojechaniu
do przychodni dla studentów - o sekwencji działań, jakie każde nowe
działanie zapoczątkuje - była przytłaczająca, a przytępione ciepłe
rwanie w ciele, które wzniecało w sobie pożar, stało się niemal kojące.
Może dostanie gorączki i zacznie mieć zwidy.
Obrzuciła spojrzeniem łuk żeber. Niebieskie żyłki pod blednącymi
siniakami przypominały zrzucone druty wysokiego napięcia. Jej usta
wyglądały jak pokryte puchem z powodu spierzchniętej skóry. Pomyślała o swoim imieniu i nazwisku wypisanych na marginesie broszurki - trzeci
przypadek.
- Skutki są zdecydowanie mieszane - powiedziała i zdziwiła się, jak
zgrzytliwie brzmi jej własny głos.
Roześmiała się i odniosła wrażenie, że odpływ umywalki jej zawtórował.
Może już miała gorączkę.
W silnym jarzeniowym świetle lamp łazienkowych złapała brzegi ugryzienia
i wbiła palce w ranę, szczypiąc ciało przy szwach, aż ból okrył ją
niczym peleryna i wyczekiwana ciemność gwałtownie napłynęła.
To była wiosna. Jednak kłopoty zaczęły się nocą w samym środku ciemnej
zimy, kiedy Tara Hutchins umarła, a Alex wciąż myślała, że wszystko jej
się upiecze.
1. Zima
1
ZIMA
Alex przemierzała pośpiesznie rozległą, nieziemską płaszczyznę Beinecke
Plaza, jej buty łomotały na płaskich kwadratach czystego betonu.
Gigantyczny sześcian ze zbiorem ksiąg rzadkich wydawał się szybować nad
parterem. Za dnia jego panele jarzyły się bursztynowo jak wypolerowany
złoty ul; bardziej przypominał świątynię niż bibliotekę. Nocą wyglądał
po prostu jak grobowiec. Ta część kampusu nie pasowała do reszty Yale;
brakowało tu szarego kamienia i gotyckich łuków, małych buntowniczych
ostańców w postaci budynków z czerwonej cegły, które - jak wyjaśnił jej
Darlington - nie były naprawdę kolonialne, a jedynie miały tak wyglądać.
Wymienił powody, dla których Bibliotekę Beinecke zbudowano właśnie w taki sposób - budynek miał być zwierciadłem dla pozostałych budowli i dzięki temu wpasować się w architekturę kampusu, ale dla niej nadal
wyglądał jak coś rodem z filmów fantastyczno-naukowych z lat
siedemdziesiątych. Łapała się na tym, że studenci powinni tam nosić
trykoty albo za krótkie tuniki, pić coś, co się nazywa Ekstraktem, i spożywać jedzenie w postaci pigułek. Nawet wielka metalowa rzeźba, która
- jak teraz wiedziała - była dziełem Alexandra Caldera, przypominała jej
ogromną lampę lawę w negatywie.
- To Calder - mruknęła pod nosem.
W taki sposób ludzie mówili tutaj o sztuce. Nic nie było tu czyimś
dziełem. Ta rzeźba to jest Calder. Ten obraz to Rothko. Ten dom to
Neutra.
A Alex była spóźniona. Zaczęła wieczór z najlepszymi intencjami.
Postanowiła sobie wziąć się solidnie za esej na zajęcia ze współczesnej
powieści brytyjskiej i wyjść odpowiednio wcześnie, żeby mieć mnóstwo
czasu na dotarcie na wieszczenie. Zasnęła jednak w jednej z czytelni w Bibliotece Sterlinga z egzemplarzem Nostromo w wiotkiej ręce i stopami
opartymi o przewód grzewczy. O wpół do jedenastej obudziła się raptownie
ze śliną ściekającą jej po policzku. "Psiakrew", które jej się wyrwało,
poniosło się w ciszy biblioteki jak wystrzał ze strzelby. Schowała twarz
w szaliku, zarzuciła torbę na ramię i chyłkiem uciekła.
Teraz szła na skróty przez Jadalnię i pod rotundą, gdzie głęboko
wyżłobionymi w marmurze literami wypisano nazwiska poległych w wojnie.
Czuwały tam kamienne posągi, personifikacje Pokoju, Poświęcenia, Pamięci
i wreszcie Odwagi, która miała hełm, tarczę i niewiele więcej i zawsze
kojarzyła się Alex bardziej ze striptizerką niż żałobnikiem. Alex
zbiegła po schodach i przemknęła przez skrzyżowanie College Street i Grove Street.
Kampus miał skłonność do zmieniania twarzy z godziny na godzinę i wraz z kolejnymi przecznicami, przez co Alex wiecznie miała wrażenie, że widzi
go po raz pierwszy. Tego wieczoru wyglądał jak lunatyk, który oddycha
głęboko i spokojnie. Ludzie, których mijała po drodze do SSS, sprawiali
wrażenie zamkniętych we śnie, patrzyli łagodnie, twarze mieli zwrócone
ku sobie nawzajem wśród pary unoszącej się z kubków z kawą, trzymanych w dłoniach w rękawiczkach. Ogarnęło ją upiorne wrażenie, że śnią o niej -
o dziewczynie w ciemnym płaszczu, która zniknie, gdy oni się obudzą.
Sheffield-Sterling-Strathcona Hall też drzemał, sale wykładowe były
szczelnie zamknięte, korytarze zalane energooszczędnym półświatłem. Alex
weszła schodami na pierwsze piętro i usłyszała hałas niosący się echem z jednej z sal wykładowych. Yale Social wyświetlał tam w czwartkowe
wieczory filmy. Mercy przyczepiła pinezkami program do ich drzwi w akademiku, ale Alex nie zawracała sobie głowy jego czytaniem. Była
zajęta w czwartki.
Tripp Helmuth garbił się przy ścianie obok drzwi do sali wykładowej.
Skinął do niej głową, patrząc spod ciężkich powiek. Nawet w słabym
świetle widziała, że ma przekrwione oczy. Niewątpliwie palił, zanim
przyszedł tu dziś wieczorem. Może dlatego starsi Kościeje postawili go
przy drzwiach, żeby pilnował wejścia. A może zgłosił się na ochotnika.
- Spóźniłaś się - powiedział. - Już zaczęli.
Alex udała, że go nie słyszy. Obejrzała się przez ramię, żeby mieć
pewność, że korytarz jest pusty. Nie musiała tłumaczyć się Trippowi,
zresztą wyszłaby na słabeusza, gdyby spróbowała. Przycisnęła kciuk do
ledwie widocznego nacięcia w boazerii. Ściana powinna otworzyć się
gładko, ale jak zawsze się zacięła. Alex popchnęła ją mocno ramieniem i potknęła się, gdy przejście niespodziewanie się otworzyło.
- Spokojnie, kozaku - powiedział Tripp.
Alex zatrzasnęła za sobą drzwi i przepchnęła się wąskim przejściem w ciemności.
Niestety Tripp miał rację. Wieszczenie już się zaczęło. Alex weszła do
dawnej sali operacyjnej najciszej, jak zdołała.
To była sala pozbawiona okien, wciśnięta między salę wykładową i salę
lekcyjną, w której doktoranci spotykali się na seminariach. To była
zapomniana pozostałość dawnej szkoły medycznej, której zajęcia odbywały
się tutaj, w SSS, zanim przeniosła się do własnych budynków. Zarządcy
fundacji, która założyła stowarzyszenie Czaszki i Kości, na stałe
zamknęli wejście do sali i ukryli pod nową boazerią około 1932 roku.
Wszystkie te fakty Alex poznała dzięki lekturze kompendium Lete:
Spuścizna, chociaż pewnie powinna czytać w tym czasie Nostromo.
Nikt nawet nie zerknął w jej stronę. Wszyscy patrzyli na haruspika, jego
szczupła twarz była ukryta za maseczką chirurgiczną, bladoniebieski
strój był zbryzgany krwią. Jego obleczone w lateksowe rękawiczki dłonie
poruszały się metodycznie we wnętrznościach... pacjenta? Badanego
obiektu? Ofiary? Alex nie bardzo wiedziała, jakim terminem określić
mężczyznę na stole. Nie "ofiara". "Ten człowiek powinien przeżyć" -
pomyślała. Dopilnowanie tego to część jej zadania. Zadba, żeby przebrnął
przez tę ciężką próbę i wrócił bezpiecznie na szpitalny oddział, z którego go zabrano. "A co będzie za rok? - zastanawiała się. - Za pięć
lat?".
Zerknęła na mężczyznę na stole. Michael Reyes. Czytała jego teczkę dwa
tygodnie temu, kiedy wybrano go do rytuału. Płaty skóry na brzuchu
rozchylono mu stalowymi klamrami i jego wnętrzności wyglądały jak
rozkwitła, pulchna różowa orchidea, pluszowa i czerwona pośrodku.
"Powiedzcie mi, że nie zostanie po tym ślad". Musiała jednak martwić się
o własną przyszłość. Reyes jakoś sobie poradzi.
Alex odwróciła wzrok, starała się oddychać przez nos, kiedy żołądek jej
się burzył i ślina o miedzianym posmaku wypełniła jej usta. Widziała
mnóstwo potwornych obrażeń, ale zawsze na martwych. Było coś znacznie
gorszego w żywej ranie, ludzkim ciele trzymającym się życia jedynie za
pomocą miarowego, metalicznego pikania monitora. Miała w kieszeni
słodzony imbir na mdłości - jedna z rad od Darlingtona - ale nie mogła
zmusić się, żeby go wyjąć i odwinąć z papierka.
Zamiast tego zawiesiła wzrok gdzieś w przestrzeni, podczas gdy haruspik
wypowiadał serię cyfr i liter - symbole akcji i giełdowych kursów firm,
które weszły na nowojorską giełdę pieniężną. Później tego wieczoru
przejdzie do NASDAQ, Euronextu i rynków azjatyckich. Alex nie zawracała
sobie głowy ich rozszyfrowywaniem. Polecenia, żeby kupować, sprzedawać
lub zachować, podawano w nieprzeniknionym języku holenderskim, języku
handlu, pierwszej giełdy papierów wartościowych, starego Nowego Jorku i w oficjalnym języku Kościejów. Kiedy zakładano stowarzyszenie Czaszki i Kości, zbyt wielu studentów znało grekę i łacinę. Działalność
stowarzyszenia wymagała czegoś trudniejszego do przeniknięcia.
- Wymowa w języku holenderskim jest trudniejsza - wyjaśnił jej wcześniej
Darlington. - Poza tym Kościeje mają dzięki temu pretekst, żeby
odwiedzać Amsterdam.
Oczywiście Darlington znał łacinę, grekę i holenderski. Mówił też po
francusku, chińsku i względnie przyzwoicie znał portugalski. Alex
właśnie zaczęła hiszpański na drugim poziomie. Spodziewała się, że
dzięki lekcjom w podstawówce i miszmaszowi babcinych powiedzonek w ladino zajęcia okażą się proste do zaliczenia. Niestety nie wzięła pod
uwagę takich rzeczy jak tryb łączący. Potrafiła jednak zapytać, czy
Gloria miałaby ochotę pójść jutro wieczorem na dyskotekę.
Seria stłumionych strzałów dobiegła zza ściany, z sali, gdzie
wyświetlano film. Haruspik podniósł wzrok znad oślizgłego, różowego
chaosu jelita cienkiego Michaela Reyesa, nie kryjąc irytacji.
"Człowiek z blizną" - zdała sobie sprawę Alex, kiedy muzyka stała się
głośniejsza i hałaśliwe głosy zagrzmiały chóralnie: "Chcecie sobie ze
mną pogrywać? W porządku. Chcecie zabawić się ostro?". Widownia
skandowała dialogi, jakby to był Rocky Horror. Alex obejrzała Człowieka
z blizną z setkę razy. To był jeden z ulubionych filmów Lena. Był pod
tym względem przewidywalny: lubił wszystko, co ostre - jakby zamówił
sobie pocztą zestaw "Jak zostać gangsterem". Kiedy spotkali w pobliżu
deptaka w Venice Hellie o złotych włosach okalających spektakl jej
niebieskich oczu, Alex natychmiast pomyślała o Michelle Pfeiffer w jej
satynowej sukience. Brakowało jej tylko gładkiej kurtyny grzywki. Alex
nie chciała jednak myśleć o Hellie tego wieczoru, kiedy w powietrzu
unosił się smród krwi. Len i Hellie to jej dawne życie. Yale to nie
miejsce dla nich. Z drugiej strony nie było to też miejsce dla Alex.
Mimo tych wspomnień Alex była wdzięczna za hałas, który zagłuszał
mlaskanie i chlupot, kiedy haruspik grzebał w trzewiach Michaela Reyesa.
Co on tam widział? Darlington twierdził, że wieszczenie nie różni się od
czytania przyszłości z kart tarota albo garści zwierzęcych kości. Z pewnością jednak inaczej to wyglądało. I brzmiało o wiele konkretniej.
"Tęsknisz za kimś. Znajdziesz szczęście w nowym roku". Wróżbici mówili
tego typu rzeczy - ogólnikowe, pocieszające.
Alex przyjrzała się Kościejom w szatach i kapturach, tłoczących się
wokół ciała na stole. Jakiś studenciak wyznaczony na Skrybę zapisywał
przewidywania, które zostaną przekazane zarządcom funduszy
inwestycyjnych i prywatnym inwestorom na całym świecie, żeby zapewnić
Kościejom i wychowankom stowarzyszenia bezpieczeństwo finansowe. Byli
prezydenci, dyplomaci, przynajmniej jeden dyrektor CIA - to wszystko
byli Kościeje. Alex pomyślała o Tonym Montanie, moczącym się w jacuzzi i perorującym: "Wiesz, co to jest kapitalizm?". Alex zerknęła na
rozciągnięte ciało Michaela Reyesa. "Tony, nie masz zielonego pojęcia" -
pomyślała.
Wychwyciła jakiś ruch na ławkach nad salą operacyjną. Sala miała dwoje
swoich własnych Szarych, którzy zawsze siedzieli na tych samych
miejscach, kilka rzędów od siebie. Pacjentkę psychiatryczną, której
usunięto jajniki i macicę w ramach histerotomii w 1926 roku, za co miała
otrzymać sześć dolarów, jeśli przeżyje, oraz studenta medycyny. Zamarzł
na śmierć w palarni opium tysiące mil stąd około 1880 roku, ale siadywał
na swoim dawnym miejscu w szkole i patrzył na to, co uchodziło za życie
w tej sali. Wieszczenie odbywało się w sali operacyjnej tylko cztery
razy w roku, z początkiem każdego kwartału fiskalnego, ale najwyraźniej
jemu to wystarczało.
Darlington lubił mawiać, że zadawanie się z duchami jest jak jeżdżenie
metrem: "Nie nawiązuj kontaktu wzrokowego. Nie uśmiechaj się. Nie
interesuj się. Bo w przeciwnym wypadku nigdy nie wiadomo, co polezie za
tobą do domu". Łatwiej powiedzieć niż zrobić, kiedy jedyną inną rzeczą w sali, na którą można popatrzeć, jest mężczyzna bawiący się
wnętrznościami drugiego człowieka, jakby to były tabliczki do madżonga.
Pamiętała wstrząs, jaki przeżył Darlington, kiedy zdał sobie sprawę, że
nie dość, iż Alex widzi duchy bez pomocy żadnej mikstury czy zaklęcia,
to jeszcze widzi je w kolorze. Był tym przedziwnie rozsierdzony. To jej
sprawiło przyjemność.
- Jakiego rodzaju są te kolory? - zapytał, zdejmując nogi ze stolika
kawowego, a jego ciężkie czarne buty zadudniły o parkiet w salonie Il
Bastone.
- Po prostu kolory. Jak na polaroidzie. Dlaczego pytasz? Co ty widzisz?
- Są szarzy - warknął. - Dlatego nazywamy ich Szarymi.
Alex wzruszyła wtedy ramionami, wiedząc, że jej nonszalancja tylko
jeszcze bardziej rozzłości Darlingtona.
- To nic takiego - powiedziała.
- Dla ciebie - mruknął i wyszedł, głośno tupiąc.
Resztę dnia spędził w sali treningowej, wypacając z siebie złość.
Alex była wtedy zadowolona z siebie, cieszyła się, że nie wszystko
przychodzi Darlingtonowi z łatwością. Teraz jednak, gdy przesuwała się
po obwodzie sali operacyjnej i sprawdzała drobne znaki kredą na każdym z kierunków róży wiatrów, czuła się roztrzęsiona i nieprzygotowana. Takich
właśnie uczuć doznawała, odkąd postawiła pierwsze kroki w kampusie. Nie,
nawet wcześniej. Od chwili, kiedy dziekan Sandow usiadł obok jej
szpitalnego łóżka, popukał w kajdanki na jej rękach żółtymi od nikotyny
palcami i powiedział: "Mamy dla ciebie propozycję". To jednak była stara
Alex. Alex od Hellie i Lena. Alex z Yale nigdy nie nosiła kajdanek,
nigdy nie wdała się w bójkę, nigdy nie zerżnęła nieznajomego w łazience,
żeby zarobić na działkę dla swojego chłopaka. Alex z Yale z trudem sobie
radziła, ale nie narzekała. Była dobrą dziewczyną, która stara się
nadążać.
"I nie udaje jej się" - pomyślała. Powinna była przyjść tu wcześniej i obserwować rysowanie znaków, przypilnować, żeby krąg był bezpieczny.
Szarzy tak starzy, jak ci nad nią, błąkający się po wznoszących się
stopniowo ławkach, nie sprawiali zwykle kłopotów, nawet kiedy
przyciągała ich krew. Wieszczenie jednak to potężna magia i zadaniem
Alex było pilnowanie, żeby Kościeje trzymali się stosownych procedur i zachowywali ostrożność. Tyle że ona tylko udawała. Poprzedniej nocy
zakuwała, próbując wyuczyć się na pamięć właściwych znaków oraz
proporcji kredy, węgla i kości. Na miłość boską, zrobiła sobie nawet
fiszki do nauki i zmusiła się do przeglądania ich w przerwach w zmaganiach z prozą Josepha Conrada.
Pomyślała, że znaki wyglądają w porządku, ale znała się na symbolach
ochronnych równie dobrze jak na współczesnej brytyjskiej powieści. Czy
kiedy brała udział w jesiennym wieszczeniu z Darlingtonem, naprawdę
uważała? Nie. Była zbyt zajęta ssaniem imbirowego cukierka, w głowie jej
się kręciło z powodu dziwności całej sytuacji i modliła się, żeby nie
narobić sobie wstydu i nie zwymiotować. Myślała, że będzie miała mnóstwo
czasu na naukę, kiedy Darlington będzie zerkał jej przez ramię. Jednak
oboje mylili się w tej sprawie.
- Voorhoofd! - zawołał haruspik i jeden z Kościejów śmignął do przodu.
Melinda? Miranda? Alex nie pamiętała imienia rudzielca, wiedziała tylko,
że należy do zespołu składającego się z samych dziewczyn i śpiewającego
a cappella, który nazywał się Whim'n Rhythm. Dziewczyna otarła
haruspikowi czoło białą ściereczką i zniknęła z powrotem w grupie.
Alex starała się nie patrzeć na mężczyznę na stole, ale i tak jej wzrok
padł na jego twarz. Michael Reyes, lat czterdzieści osiem, zdiagnozowana
schizofrenia paranoidalna. Czy Reyes będzie coś z tego pamiętał po
przebudzeniu? Czy kiedy będzie próbował komuś o tym opowiedzieć, to
zostanie po prostu uznany za wariata? Alex doskonale wiedziała, jak to
jest. Równie dobrze to ona mogła wylądować na tym stole.
- Kościeje wybierają sobie tych najbardziej stukniętych - powiedział jej
wcześniej Darlington. - Uważają, że to sprzyja lepszemu wieszczeniu.
Kiedy zapytała go dlaczego, odparł tylko:
- Im bardziej victima jest szalona, tym bliżej Boga stoi.
- To prawda?
- "Tylko poprzez tajemnicę i szaleństwo zostaje odsłonięta dusza" -
zacytował Darlington, a potem wzruszył ramionami. - Stan ich kont
najwyraźniej to potwierdza.
- I nam to nie przeszkadza? - zapytała go wtedy. - Że rozpruwa się
ludzi, żeby Chauncey mógł odnowić sobie letni dom?
- Nigdy nie poznałem żadnego Chaunceya - odparł. - Ale nie tracę
nadziei. - Potem zamilkł, stając w zbrojowni z poważną miną. - Nic tego
nie powstrzyma. Zbyt wielu potężnych ludzi polega na tym, czego mogą
dokonać stowarzyszenia. Przed pojawieniem się Lete nikt nad tym nie
czuwał. Możesz więc albo wydawać z sobie daremne pobekiwania protestu i stracić stypendium, albo możesz tu zostać, wykonywać swoje zadanie i zdziałać jak najwięcej dobrego.
Nawet wtedy zastanawiała się, czy to nie jest tylko część prawdy, czy
pragnienie Darlingtona, żeby dowiedzieć się dosłownie wszystkiego,
wiązało go z Lete równie mocno jak poczucie obowiązku. Siedziała jednak
cicho i zamierzała siedzieć cicho także teraz.
Michaela Reyesa znaleziono w jednym z łóżek szpitala uniwersyteckiego.
Dla świata zewnętrznego wyglądał jak każdy inny pacjent: bezdomny z rodzaju tych, którzy krążą między oddziałami psychiatrycznymi,
pogotowiami i więzieniami, raz będąc na lekach, innym razem nie. Miał
brata w New Jersey, którego podał jako najbliższego krewnego i który
wyraził zgodę na coś, co miało być rutynowym zabiegiem koniecznym z powodu zrostów jelita.
Reyesem zajmowała się wyłącznie jedna pielęgniarka, która nazywała się
Jean Gatdula i która pracowała trzy noce z rzędu. Nawet nie mrugnęła
okiem i nie podniosła rabanu, kiedy okazało się, że najwyraźniej doszło
do pomyłki w grafiku i wpisano ją na dwie kolejne noce na oddziale. W tym tygodniu jej koledzy mogli zauważyć, że przychodziła do pracy z ogromniastą torebką. Znajdowało się w niej małe naczynie chłodzące, w którym nosiła posiłki dla Michaela Reyesa: serce gołębicy dla
klarowności, korzeń geranium, potrawę z gorzkich ziół. Gatdula nie miała
pojęcia, jak działało to jedzenie ani jaki los czekał Michaela Reyesa,
tak samo jak nie wiedziała, co się dzieje z innymi "specjalnymi"
pacjentami, którymi się zajmowała. Nie miała nawet pojęcia, dla kogo
pracuje, wiedziała tylko, że raz w miesiącu otrzymuje bardzo potrzebny
czek, równoważący długi hazardowe, jakich narobił jej mąż, grając w oczko w Foxwoods.
Alex nie była pewna, czy to jej wyobraźnia, czy naprawdę czuje zapach
mielonej pietruszki z wnętrzności Reyesa, ale jej własny żołądek znowu
szarpnął się ostrzegawczo. Desperacko potrzebowała świeżego powietrza i pociła się pod warstwami ubrań. W sali operacyjnej było lodowato zimno,
chłodzono ją osobnymi od reszty budynku przewodami wentylacyjnymi, ale
ogromne przenośne lampy halogenowe, którymi oświetlano procedury,
promieniowały ciepłem.
Rozległ się cichy jęk. Alex natychmiast spojrzała na Michaela Reyesa i straszliwy obraz rozbłysnął w jej myślach: Reyes budzi się i widzi
siebie przywiązanego do stołu, otoczonego przez postaci w kapturach, i swoje wnętrzności wywleczone na wierzch. Jednak wciąż oczy miał
zamknięte, a jego pierś miarowo podnosiła się i opadała. Jęk nadal
rozbrzmiewał, teraz głośniej. Może komuś innemu zrobiło się niedobrze?
Jednak żaden z Kościejów nie robił wrażenia roztrzęsionego. Ich twarze
jaśniały jak pilne księżyce w półmroku sali, żaden nie oderwał oczu od
poczynań haruspika.
Jednak jęk narastał, cichy wiatr przybierał na sile, burzył się w sali i odbijał od pokrytych ciemnym drewnem ścian. "Nie nawiązuj kontaktu
wzrokowego - przestrzegła samą siebie Alex. - Zerknij tylko, czy
Szarzy...". Ledwie zdławiła okrzyk zaskoczenia.
Szarzy opuścili swoje miejsca.
Pochylali się nad poręczą, która otaczała salę operacyjną, zaciskali
palce na drewnie, wyciągali szyje, ich ciała wychylały się ku brzegowi
kredowego kręgu, jakby byli zwierzętami, które usiłują napić się z krawędzi wodopoju.
"Nie patrz". To był głos Darlingtona, który ją przestrzegał. "Nie
przyglądaj się zbyt uważnie". Szarym aż zbyt łatwo przychodziło stworzyć
więź, przywiązać się do człowieka. A było to tym niebezpieczniejsze, że
już znała historie tych Szarych. Byli tu od tak dawna, że kolejne
pokolenia delegatów Lete udokumentowały ich przeszłość. Jednak ich
imiona usunięto ze wszystkich dokumentów.
- Jeśli nie znasz imienia - wyjaśnił jej wcześniej Darlington - nie
możesz go pomyśleć, a wtedy nie będzie cię kusić, żeby je wypowiedzieć.
Imię oznaczało swego rodzaju bliskość.
"Nie patrz!". Niestety Darlingtona tu nie było.
Szara była naga, jej drobne piersi pomarszczyły się z zimna - tak to
pewnie wyglądało w chwili jej śmierci. Uniosła rękę do otwartej rany na
swoim brzuchu, dotknęła czule ciała jak kobieta, która nieśmiało daje do
zrozumienia, że spodziewa się dziecka. Nie zaszyto jej. Chłopak - bo
rzeczywiście był to ledwie chłopiec, chudy i o delikatnych rysach -
nosił niechlujną marynarkę w kolorze butelkowej zieleni i poplamione
spodnie. Szarzy zawsze wyglądali tak, jak prezentowali się w chwili
śmierci. Było jednak coś obscenicznego w tym, jak stali obok siebie -
jedno nagie, a drugie ubrane.
Wszystkie mięśnie w ciałach Szarych były napięte, oczy szeroko rozwarte,
wargi rozdziawione. Czarne dziury ich ust były jaskiniami i stamtąd
dobywało się ponure zawodzenie, nie całkiem podobne do jęku, lecz
monotonne i nieludzkie. Alex pomyślała o gnieździe os, które pewnego
lata znalazła w garażu pod mieszkaniem matki w Studio City, o bezmyślnym
brzęczeniu owadów w ciemnym kącie.
Haruspik nadal recytował po holendersku. Pewien Kościej podsunął
szklankę do ust Skrybie, który nawet na chwilę nie przestał pisać.
Zapach krwi, ziół i gówna wisiał gęstą chmurą w powietrzu.
Szarzy cal po calu wychylali się coraz mocniej, drżąc, z rozciągniętymi
ustami, które teraz otwierały się za szeroko, jakby szczęki wypadły im z zawiasów. Cała sala wydawała się wibrować.
Jednak tylko Alex ich widziała.
To dlatego Dom Lete ją tu sprowadził, to dlatego dziekan Sandow
niechętnie złożył swoją cudowną propozycję dziewczynie w kajdankach.
Mimo to Alex rozejrzała się, mając nadzieję, że ktoś jeszcze zrozumie
sytuację, zaproponuje pomoc.
Cofnęła się o krok z sercem bijącym szaleńczo w piersi. Szarzy byli
zwykle potulni, roztargnieni, zwłaszcza tak starzy Szarzy. Przynajmniej
Alex tak uważała. Czy to jedna z tych lekcji, do których Darlington nie
doszedł?
Łamała sobie głowę, szukając paru inkantacji, których Darlington nauczył
ją w zeszłym semestrze, zaklęć ochronnych. W razie konieczności mogła
się posłużyć słowami śmierci. Czy zadziałałyby na Szarych w takim
stanie? Powinna była wziąć trochę soli do kieszeni, karmelki dla
odwrócenia ich uwagi, cokolwiek. "To podstawowe rzeczy - odezwał się w jej głowie Darlington. - Łatwe do opanowania".
Drewno pod palcami Szarych zaczęło się wyginać i skrzypieć. Teraz ruda
dziewczyna z zespołu a cappella podniosła wzrok, zastanawiając się, skąd
się bierze skrzypienie.
Drewno popęka. Znaki musiano wykonać nieprawidłowo, krąg ochronny nie
wytrzyma. Alex rozejrzała się na prawo i lewo, popatrzyła po
bezużytecznych Kościejach w ich idiotycznych szatach. Gdyby Darlington
tu był, zostałby i walczył, zapanowałby nad Szarymi i dopilnowałby, żeby
Reyesowi nic się nie stało.
Halogeny pociemniały i pojaśniały.
- Wal się, Darlington - mruknęła pod nosem Alex, już odwracając się na
pięcie, gotowa do ucieczki.
Bum!
Cała sala zadygotała. Alex się potknęła. Haruspik i pozostali Kościeje
spojrzeli na nią z dezaprobatą.
Bum!
Odgłos czegoś dobijającego się z następnego świata. Czegoś wielkiego.
Czegoś, czego nie należy przepuścić.
- Czy nasz Dante jest pijany? - mruknął haruspik.
Bum!
Alex otworzyła usta do krzyku, żeby powiedzieć im, że mają uciekać,
zanim to, co powstrzymuje tamtą istotę, ustąpi.
Jęk ucichł nagle, całkowicie, jakby zakorkowano go w butelce. Monitor
pikał. Światła szumiały.
Szarzy znajdowali się na swoich miejscach, ignorując się wzajemnie,
ignorując Alex.
Alex czuła, że pod płaszczem całkiem przepocona bluzka lepi jej się do
skóry. Czuła kwaśny zapach własnego strachu, odkładający się grubą
warstwą na jej ciele. Halogeny nadal świeciły białym rozpalonym
światłem. Sala pulsowała żarem jak mocno ukrwiony organ. Kościeje gapili
się. W sąsiedniej sali leciały końcowe napisy.
Alex widziała miejsce, w którym Szarzy ściskali poręcz, białe drzazgi
jak wąsy kukurydzy.
- Przepraszam - wybąkała.
Ugięła kolana i zwymiotowała na kamienną posadzkę.
***
Kiedy wreszcie Michaela Reyesa zaszyto, dochodziła prawie trzecia nad
ranem. Haruspik i większość pozostałych Kościejów wyszła wiele godzin
wcześniej, żeby zmyć pod prysznicem smród rytuału i przygotować się do
przyjęcia, które przeciągnie się do późnych godzin rannych.
Haruspik mógł od razu wrócić do Nowego Jorku na siedzeniu z kremowej
skóry w czarnej limuzynie albo zostać na przyjęciu i wybrać sobie do
towarzystwa jakiegoś chętnego studenta, studentkę albo jedno i drugie.
Powiedziano jej, że "obsługiwanie" haruspika uważa się za zaszczyt, i Alex uznała, że jeśli jest się dostatecznie pijanym albo nawalonym, to
można tak to odbierać, ale dla niej ewidentnie wyglądało to jak
sprzedawanie się facetowi, który płaci rachunki.
Rudzielec - Miranda, jak się okazało, "jak bohaterka Burzy" - pomogła
Alex uprzątnąć wymiociny. Była naprawdę miła i Alex prawie było przykro,
że nie pamiętała jej imienia.
Reyesa wywieziono z budynku na noszach na kółkach, osłoniętego welonami
uroków, przez co wyglądał jak sprzęt audiowizualny pod plastikową
osłoną. To była najbardziej ryzykowna część całego wieczornego
przedsięwzięcia, jeśli idzie o bezpieczeństwo Kościejów. Stowarzyszenie
Czaszki i Kości znało się właściwie tylko na wieszczeniu, a członkowie
Manuskryptu nie byli, rzecz jasna, zainteresowani dzieleniem się swoimi
urokami z innym stowarzyszeniem. Magiczne więzy woali na Reyesie chwiały
się przy każdym podskoku noszy, nosze to stawały się ostre, to się
rozmywały, pikanie i pulsowanie sprzętu medycznego i respiratora nadal
było słyszalne. Gdyby ktokolwiek zatrzymał się, żeby przyjrzeć się
uważnie temu, co wieziono korytarzem, Kościeje mieliby poważne kłopoty.
Chociaż Alex wątpiła, żeby było to coś, z czego nie zdołaliby się
wykpić.
Powinna sprawdzić stan Reyesa, gdy już powróci na oddział, a potem
jeszcze raz tydzień później, żeby mieć pewność, że wraca do zdrowia bez
żadnych komplikacji. Zdarzały się już ofiary śmiertelne po wieszczeniu,
ale tylko jedna, odkąd założono Lete w 1898 roku, żeby monitorowało
poczynania innych stowarzyszeń. Grupa Kościejów zabiła niechcący
włóczęgę w czasie pośpiesznie zaplanowanego awaryjnego czytania po
załamaniu się rynku w 1929 roku. Zakazano wieszczenia na następne cztery
lata i Kościejom groziła utrata wielgachnego grobowca z czerwonego
kamienia przy High Street.
- To dlatego istniejemy - powiedział wtedy Darlington, kiedy Alex
obracała stronice w archiwach Lete, na których wypisano imiona
wszystkich victima i daty wieszczeń. - Jesteśmy pasterzami.
Skrzywił się jednak, gdy Alex pokazała dopisek na marginesie informatora
Lete: Spuścizna.
- NWMW?
- Nigdy więcej martwych włóczęgów - odpowiedział z westchnieniem.
Tyle jeśli idzie o szlachetną misję Domu Lete. Mimo to Alex nie mogła
napawać się swoją wyższością tej nocy - nie wtedy, kiedy brakowało
sekund, żeby porzuciła Michaela Reyesa i ratowała własny tyłek.
Alex zniosła długi ciąg żartów na temat jej zwymiotowanej kolacji
składającej się z grillowanego kurczaka i Twizzlerów i została w sali
operacyjnej. Chciała dopilnować, żeby ci z Kościejów, którzy też
zostali, przestrzegali tego, co jak miała nadzieję, jest właściwą
procedurą oczyszczania przestrzeni.
Obiecała sobie, że wróci tu, żeby posypać salę pyłem z kości.
Przypomnienie śmierci to najlepszy sposób, żeby trzymać Szarych na
dystans. To dlatego cmentarze są jednym z najmniej nawiedzanych miejsc
na świecie. Pomyślała o otwartych ustach duchów i straszliwym owadzim
brzęczeniu. Coś próbowało się przebić do kredowego kręgu. Przynajmniej
tak to wyglądało. Szarzy - czyli duchy - byli niegroźni. Przeważnie.
Przybranie jakiejkolwiek formy w świecie śmiertelnych wymagało od nich
wielkiego wysiłku. A przekroczenie ostatniej Zasłony, żeby przybrać
postać fizyczną, zdolną do dotyku? Zdolną wyrządzić krzywdę? Owszem, to
było wykonalne. Alex dobrze to wiedziała. Tyle że było to prawie
niemożliwe.
Jednakże wieszczenie w tej sali operacyjnej przeprowadzano setki razy i nigdy nie słyszała o żadnych Szarych, którzy przybraliby namacalną formę
albo zakłóciliby przebieg rytuału. Dlaczego dzisiaj ich zachowanie się
zmieniło?
"O ile się zmieniło" - pomyślała.
Największym darem, jaki Dom Lete dał Alex, nie było zafundowanie studiów
w Yale ani nowy początek, który wyczyścił jej przeszłość jak żrące
chemikalia. To była wiedza, pewność, że rzeczy, które widziała, istnieją
naprawdę i że zawsze tak było. Jednak za długo żyła, zastanawiając się,
czy nie zwariowała, żeby teraz tego zaprzestać. Darlington by jej
uwierzył. On zawsze jej wierzył. Niestety Darlington przepadł.
"Ale nie na zawsze - powiedziała sobie. - Za tydzień zacznie się nów i wtedy sprowadzą go z powrotem do domu".
Alex dotknęła popękanej poręczy, zastanawiając się, jak opisać przebieg
wieszczenia dla archiwów Domu Lete. Dziekan Sandow przeglądał wszystkie
wpisy, a ona nie miała ochoty zwracać jego uwagi na cokolwiek
nietypowego. Poza tym jeśli pominąć bezradnego człowieka, któremu
przekładano wnętrzności, właściwie nie stało się nic złego.
Kiedy wyszła z przejścia na korytarz, Tripp Helmuth raptownie się
wyprostował.
- Zaraz tam skończą? - spytał.
Alex skinęła głową i wzięła głęboki wdech względnie świeżego powietrza.
Aż się rwała, żeby wyjść na zewnątrz.
- To dość makabryczne, co? - zapytał Tripp ze znaczącym uśmieszkiem. -
Jeśli chcesz, mogę ci podsunąć parę rad, kiedy już zostaną przepisane.
Trochę to przytępi ostrze studenckiej pożyczki.
- A co ty, kurwa, wiesz o studenckich pożyczkach?
Słowa wyrwały jej się z ust, zanim zdążyła się ugryźć w język.
Darlington nie byłby zadowolony. Alex powinna pozostać uprzejma,
chłodna, dyplomatyczna. Zresztą zachowała się jak hipokrytka. Dom Lete
dopilnował, żeby skończyła studia bez wiszącej nad nią chmury długu - o ile przetrwa cztery lata egzaminów, pisania prac i takich nocy jak ta.
Tripp uniósł ręce, poddając się i śmiejąc nerwowo.
- Ej, tylko próbuję jakoś tu wyżyć.
Tripp należał do drużyny żeglarskiej, był w trzecim pokoleniu Kościejem,
dżentelmenem i uczonym, czystej krwi golden retrieverem - głupkowatym,
lśniącym i drogim. Był rozczochrany, miał różowe policzki jak zdrowy
maluch, złociste włosy i skórę wciąż opaloną po pobycie na jakiejś tam
wyspie, na której spędził zimowe ferie. Zachowywał się ze swobodą kogoś,
u kogo wszystko zawsze było i będzie w porządku - chłopiec z tysiącem
drugich szans.
- Wszystko gra? - zapytał ochoczo.
- Jasne - odpowiedziała, chociaż u niej nic nie grało. Nadal czuła
wibracje brzękliwego jęku wypełniające jej płuca, niosące się echem w czaszce. - Tam jest po prostu duszno.
- Prawda? - przytaknął Tripp, zawsze gotowy się zakumplować. - Może
stanie tutaj przez całą noc nie jest takie najgorsze. - Nie robił jednak
wrażenia przekonanego.
- Co ci się stało w rękę? - Alex zauważyła kawałek bandaża wystający
spod wiatrówki Trippa.
Podciągnął rękaw, odsłaniając kawałek tłustego celofanu przyklejony do
wewnętrznej strony przedramienia.
- Zrobiliśmy sobie dzisiaj z paroma chłopakami tatuaże.
Alex przyjrzała się uważniej. Paradujący dumnie buldog w niebieskiej
literze "Y". Samczy odpowiednik "przyjaciółek na całe życie!".
- Ładny - skłamała.
- Ty masz jakieś obrazki? - Obrzucił zaspanym wzrokiem jej postać,
próbując przeniknąć warstwy zimowych ubrań; w niczym nie różnił się od
dupków kręcących się po Strefie Zero, muskających palcami jej obojczyki,
bicepsy, wodzących palcami po rysujących się tam kształtach. "A co ten
znaczy?".
- Nie. To nie w moim stylu. - Alex owinęła szalikiem szyję. - Zajrzę
jutro na oddział do Reyesa.
- Hę? A, racja. Świetnie. A gdzie właściwie podziewa się Darlington?
Zawsze wtyka ci gównianą robotę?
Tripp tolerował Alex i starał się być dla niej miły, bo chciał, żeby
każdy napotkany człowiek podrapał go po brzuchu, ale Darlingtona
naprawdę lubił.
- Jest w Hiszpanii - odpowiedziała, bo tak jej kazano mówić.
- Milusio. Przekaż mu moje buenos días.
Gdyby Alex mogła cokolwiek powiedzieć Darlingtonowi, to powiedziałaby
"wracaj". Powiedziałaby to po angielsku i po hiszpańsku. Posłużyłaby się
trybem rozkazującym.
- Adiós - powiedziała do Trippa. - Baw się dobrze na przyjęciu.
Kiedy już wyszła z budynku, zerwała rękawiczki i rozwinęła dwa lepkie
cukierki z imbirem, żeby włożyć je do ust. Miała dość myślenia o Darlingtonie, ale zapach imbiru, pieczenie, jakie wywołał w tyle gardła,
przywołały go z jeszcze większą wyrazistością. Widziała jego długie
ciało wyciągnięte przed wielkim kamiennym kominkiem w Black Elm. Zdjął
buty, żeby wysuszyć skarpetki na kominku. Leżał na plecach z zamkniętymi
oczami, opierając głowę na skrzyżowanych rękach, machał palcami stóp w rytm muzyki unoszącej się w pomieszczeniu, czegoś z muzyki poważnej,
czego Alex nie znała, melodii gęstej od waltorni, które zostawiały
emfatyczne półksiężyce dźwięku w powietrzu.
Alex siedziała na podłodze obok niego, obejmując rękami kolana, z plecami przyciśniętymi do podstawy starej sofy. Próbowała rozluźnić się
i przestać gapić się na jego stopy. Wydawały się takie nagie. Darlington
podwinął nogawki czarnych dżinsów, żeby nie moczyły mu skóry, i te
smukłe, białe stopy z włoskami na palcach sprawiały, że Alex czuła się
nieprzyzwoicie, jak zboczeniec w odcieniach sepii, którego doprowadza do
szaleństwa przelotny widok kostek u nóg.
"Wal się, Darlington" - pomyślała. Ze złością włożyła z powrotem
rękawiczki.
Przez chwilę stała jak sparaliżowana. Powinna wrócić do Domu Lete i napisać raport dla dziekana Sandowa do przejrzenia, ale tak naprawdę to
chciała paść na wąskie dolne łóżko w pokoju, który dzieliła z Mercy, i wycisnąć tyle snu, ile się da przed zajęciami. O tej porze nie musiałaby
się tłumaczyć ciekawskim współlokatorkom. Jeśli jednak prześpi się w siedzibie Lete, to Mercy i Lauren będą domagały się wyjaśnienia, gdzie i z kim spędziła noc.
Darlington zasugerował, żeby wymyśliła sobie chłopaka, który tłumaczyłby
jej długie nieobecności i późne powroty.
- Jeśli to zrobię, to w pewnej chwili będę musiała stworzyć sobie istotę
ludzką w kształcie chłopaka, która wpatrywałaby się we mnie z uwielbieniem - odpowiedziała sfrustrowana Alex. - Jak ty sobie radziłeś
przez ostatnie trzy lata?
Darlington wzruszył ramionami.
- Moi współlokatorzy uznali, że jestem podrywaczem.
Gdyby Alex zdołała przewrócić oczami jeszcze bardziej, to zaczęłaby
patrzeć do tyłu.
- Dobra, już dobra. Powiedziałam im, że gram w zespole z chłopakami z uniwerka stanowego i sporo ćwiczymy.
- A grasz w ogóle na jakimś instrumencie?
- Jasne.
Na wiolonczeli, kontrabasie, fortepianie i na czymś, co nazywało się ud.
Przy odrobinie szczęścia Mercy będzie spała jak suseł, kiedy Alex wróci
do pokoju, będzie więc mogła zakraść się do środka, wziąć koszyczek z rzeczami pod prysznic i przemknąć niepostrzeżenie korytarzem. To będzie
trudne. Zawsze, gdy majstruje się przy Zasłonie pomiędzy tym światem i następnym, pozostaje smród, który przypomina nieco elektryczne iskrzenie
ozonu po burzy połączone ze zgnilizną dyni, która za długo stała na
parapecie. Za pierwszym razem, kiedy popełniła błąd i wróciła do pokoju
bez prysznica, musiała skłamać, że poślizgnęła się na śmieciach, żeby
jakoś się wytłumaczyć. Mercy i Lauren śmiały się z niej tygodniami.
Alex pomyślała o brudnym prysznicu czekającym w akademiku... a potem o moczeniu się w starej wannie na nóżkach w nieskazitelnej łazience Il
Bastone i o łóżku z baldachimem, które było tak wysokie, że musiała się
na nie wdrapywać. Podobno Dom Lete miał kryjówki i azyle rozsiane po
całym kampusie Yale, ale Alex zapoznano tylko z Klitką i Il Bastone.
Klitka znajdowała się bliżej jej akademika i większości zajęć, ale to
były po prostu sfatygowane, chociaż wygodne pokoje nad sklepem
odzieżowym, zawsze pełne paczek chipsów i proteinowych batoników
Darlingtona - miejsce, do którego można było zajrzeć na szybką drzemkę
na niewygodnej kanapie. Il Bastone zaś to było coś specjalnego:
dwupiętrowa rezydencja prawie milę od serca kampusu, która była główną
siedzibą Domu Lete. Oculus będzie tam czekać tej nocy z zapalonymi
lampami, tacą z herbatą, brandy i kanapkami. Taka była tradycja i nie
miałoby znaczenia, gdyby Alex nie przyszła, żeby się rozkoszować tymi
luksusami. Jednak ceną za te wszystkie zbytki było towarzystwo Oculusa,
a ona nie zniosłaby tej nocy milczenia i zaciśniętych zębów Dawes.
Lepiej wrócić do akademika ze smrodem po dzisiejszej pracy.
Przeszła przez ulicę i potem pod rotundą. Trudno jej było nie oglądać
się za siebie, gdy myślała o Szarych stojących przy krawędzi kręgu z szeroko rozwartymi ustami, z których czarnych czeluści dobywał się
niski, owadzi odgłos. Co by się stało, gdyby poręcz pękła, gdyby kredowy
krąg nie wytrzymał? Co ich sprowokowało? Czy znalazłaby siłę i wiedzę,
żeby ich powstrzymać? Pasa punto, pasa mundo.
Alex ciaśniej owinęła się płaszczem, chowając twarz w szaliku; jej
oddech zostawiał wilgoć na wełnie, gdy pośpiesznie mijała Bibliotekę
Beinecke.
- Jeśli dasz się tam zamknąć w czasie pożaru, to wiedz, że cały tlen
zostanie stamtąd wyssany - powiedziała jej kiedyś Lauren. - Żeby chronić
książki.
Alex wiedziała, że to bujdy. Darlington jej to wyjaśnił. Znał całą
prawdę na temat tego budynku, poznał wszystkie jego aspekty - wiedział,
że został zbudowany zgodnie z platońskimi ideałami (budynek był
świątynią), że zastosowano te same proporcje, jakie stosowali niektórzy
zecerzy, układając strony (budynek był książką), i że marmur pozyskano z Vermont (budynek był pomnikiem). Wejście stworzono tak, żeby mogła wejść
tam na raz tylko jedna osoba, pokonując obrotowe drzwi jak suplikant.
Przypomniała sobie, jak Darlington włożył białe rękawiczki, których
należało używać w kontakcie z rzadkimi rękopisami, i położył z nabożeństwem długie palce na stronie. W taki sam sposób Len obchodził
się z gotówką.
W Beinecke istniało pomieszczenie ukryte na... Nie mogła sobie
przypomnieć, na którym piętrze. Nawet gdyby pamiętała, nie poszłaby tam.
Nie miała dość odwagi, żeby zejść na patio, dotknąć palcami okna w tajnym kodzie i wejść w ciemność. To miejsce było drogie Darlingtonowi.
Nie było miejsca bardziej magicznego. Nigdzie indziej na kampusie nie
czułaby się bardziej oszustką niż właśnie tam.
Sięgnęła po telefon, żeby sprawdzić godzinę; miała nadzieję, że nie
minęła jeszcze trzecia. Gdyby udało jej się umyć i pójść do łóżka przed
czwartą, nadal miałaby szansę na trzy porządne godziny snu, zanim
musiałaby znowu wstać i przejść przez kampus na hiszpański. To były
rachunki, które przeprowadzała co wieczór, nieustannie. Ile czasu ma na
wykonanie tej pracy? Ile czasu ma na odpoczynek? Jej obliczenia nigdy
się nie sprawdzały. Ledwie sobie radziła, żyła na pożyczkach, wiecznie
była w niedoczasie i ciągle towarzyszyła jej panika, deptała jej po
piętach.
Alex spojrzała na jarzący się ekran i zaklęła. Był zalany wiadomościami.
Wyłączyła dzwonek na czas wieszczenia i zapomniała go włączyć.
Wszystkie wiadomości przyszły od tej samej osoby: Oculusa, Pameli Dawes,
doktorantki, która opiekowała się rezydencjami Lete i pełniła funkcję
asystentki pomagającej delegatom w badaniach. "Pammie", chociaż tylko
Darlington ją tak nazywał.
"Zadzwoń".
"Zadzwoń".
"Zadzwoń".
Wiadomości przychodziły dokładnie co piętnaście minut. Albo Dawes
trzymała się jakiegoś protokołu, albo była jeszcze sztywniejsza, niż
Alex myślała.
Zastanawiała się, czy nie zignorować wiadomości. Niestety to była
czwartkowa noc, noc spotkań stowarzyszeń, a to znaczyło, że pewnie jakiś
gnojek paskudnie narozrabiał. Z tego, co wiedziała, jacyś
zmiennokształtni idioci z Wilczego Łba mogli zamienić się w stado
bizonów i stratować studentów wychodzących z Branford College.
Stanęła za jedną z kolumn podtrzymujących sześcian Beinecke, żeby
zasłoniła ją od wiatru, i wybrała numer.
Dawes odebrała po pierwszym dzwonku.
- Mówi Oculus.
- Odpowiada Dante - powiedziała Alex, czując się jak osioł.
Ona była Dantem. Darlington był Wergiliuszem. Tak działał Dom Lete i tak
miało być, dopóki Alex nie dotrwa do ostatniego roku studiów i nie
przyjmie tytułu Wergiliusza, żeby nauczać nowicjusza z pierwszego roku.
Pokiwała głową i odwzajemniła uśmieszek Darlingtona, gdy wyjawił jej ich
kryptonimy, nazywając je "urzędami". Udawała, że rozumie żart. Później
to sprawdziła i odkryła, że Wergiliusz był przewodnikiem Dantego w piekle. Jak zwykle nie doceniła humoru typowego dla Domu Lete.
- Mamy ciało przy Payne Whitney - powiedziała Dawes. - Centurion jest na
miejscu.
- Ciało - powtórzyła Alex, zastanawiając się, czy zmęczenie pozbawiło ją
zdolności rozumienia prostej ludzkiej mowy.
- Tak.
- W sensie "martwe ciało"?
- T-tak. - Dawes ewidentnie siliła się na spokój, ale zatkało ją trochę,
przez co pojedyncze słowo zabrzmiało tak, jakby właśnie dostała czkawki.
Alex przycisnęła plecy do kolumny, zimno z kamienia przenikało przez
płaszcz. Przypływ gniewnej adrenaliny był jak dźgnięcie nożem.
Pogrywasz sobie ze mną? O to chciała zapytać. Tak właśnie się czuła.
Jakby ktoś sobie z nią pogrywał. Jak dziwadło, które mówi do siebie,
które tak rozpaczliwie szuka przyjaciół, że zgodziła się na prośbę Sarah
McKinney: "Możesz spotkać się ze mną pod Tres Muchachos po szkole? Może
mogłabyś porozmawiać z moją babcią. Kiedyś chodziłyśmy tam bardzo często
i strasznie za nią tęsknię". Czuła się jak dzieciak, który stał samotnie
pod najgorszą meksykańską knajpą w najbardziej zapyziałym centrum
handlowym w Valley. Stała tam tak długo, aż musiała zadzwonić po mamę,
żeby ją zabrała, bo nikt nie przyszedł. No jasne, że nikt nie przyszedł.
"To się dzieje naprawdę" - upomniała siebie w myślach. A o Pameli Dawes
można powiedzieć wiele rzeczy, ale nie to, że jest dupkiem w rodzaju
Sarah McKinney.
Co znaczyło, że ktoś nie żyje.
I co ona miała w związku z tym zrobić?
- Ehm, to był wypadek?
- Prawdopodobnie zabójstwo. - Dawes robiła wrażenie, jakby tylko czekała
na to pytanie.
- W porządku - powiedziała Alex, bo nie miała pojęcia, co innego
powiedzieć.
- W porządku - odpowiedziała z zakłopotaniem Dawes.
Wypowiedziała swoją najważniejszą kwestię i teraz była gotowa zejść ze
sceny.
Alex rozłączyła się i stała w ponurej, wietrznej ciszy pustego placu.
Zapomniała co najmniej połowę tego, czego próbował nauczyć ją
Darlington, zanim zniknął, ale z całą pewnością nie omówił z nią reguł
postępowania przy okazji morderstwa.
Nie miała pojęcia dlaczego. Skoro idziesz z kimś do piekła, to
morderstwo wydaje się dobrym początkiem.
2. Zeszła jesień
2
ZESZŁA JESIEŃ
Daniel Arlington szczycił się tym, że jest przygotowany na wszystko, ale
gdyby miał wybrać frazę do opisania Alex Stern, musiałby powiedzieć, że
to "niemiła niespodzianka". Mógłby wymyślić mnóstwo innych określeń dla
niej, ale żadne nie byłoby uprzejme, a Darlington zawsze starał się być
uprzejmy. Gdyby został wychowany przez swoich rodziców - ojca dyletanta
i wygadaną, ale genialną matkę - może miałby inne priorytety, ale
wychował go jego dziadek, Daniel Tabor Arlington III, który wierzył, że
większość problemów można rozwiązać za pomocą postarzonej w beczce
szkockiej, mnóstwa lodu i nienagannych manier.
Jego dziadek nigdy nie poznał Galaxy Stern.
Darlington odnalazł pokój Alex na parterze akademika w Vanderbilt Hall w upalny, beznadziejny dzień w pierwszym tygodniu września. Mógł poczekać,
aż sama zgłosi się do domu przy Orange Street, ale kiedy on był na
pierwszym roku, jego mentorka, niezrównana Michelle Alameddine, która
była jego Wergiliuszem, powitała go w Yale i wśród tajemnic Domu Lete,
przychodząc do jego akademika dla pierwszoroczniaków w Starym Kampusie.
Darlington postanowił sobie, że zrobi wszystko jak należy, nawet jeśli
wszystko, co wiązało się ze Stern, od początku źle się zapowiadało.
Nie wybrał sobie Galaxy Stern na swojego Dantego. Więcej - przez sam
fakt swojego istnienia Galaxy Stern okradła go z czegoś, na co czekał
przez całe trzy lata w Lete: z chwili, kiedy obdarzy kogoś nowego pracą,
którą sam kochał, kiedy otworzy świat niezwykłości przed jakąś godną
tego, chociaż niczego nie podejrzewającą duszą. Raptem kilka miesięcy
temu rozpakował pudła z aplikacjami przyszłych studentów pierwszego roku
i ułożył je w stosach w salonie w Black Elm. Z podniecenia kręciło mu
się w głowie. Obiecał sobie przeczytać, a przynajmniej przejrzeć
wszystkie ponad tysiąc osiemset teczek, zanim przedstawi swoje
rekomendacje absolwentom Domu Lete. Zamierzał być sprawiedliwy i skrupulatny, zachować otwarty umysł i ostatecznie wybrać dwudziestu
kandydatów do roli Dantego. Potem Dom Lete zbadałby ich pochodzenie,
sprawdził stan zdrowia, wychwycił ewentualne oznaki choroby psychicznej
i kłopotów finansowych, aż wreszcie zostałaby podjęta ostateczna
decyzja.
Darlington przygotował sobie plan, ile podań dziennie przejrzy, dzięki
czemu rankami nadal mógłby pracować w posiadłości, a popołudniami w Muzeum Peabody'ego. I tego dnia w lipcu wyprzedzał plan - był przy
podaniu nr 324: Mackenzie Hoffer, 800 punktów z angielskiego, 720 z matematyki, dziewięć kursów zaawansowanych na przedostatnim roku, blog
na temat Tkaniny z Bayeux prowadzony po angielsku i po francusku. Była
obiecującą kandydatką, dopóki nie doszedł do jej osobistego eseju, w którym porównywała się do Emily Dickinson. Darlington właśnie rzucił jej
teczkę na kupę "nie", kiedy dziekan Sandow zadzwonił, żeby powiedzieć,
że poszukiwania się skończyły. Znaleźli kandydata. Wychowankowie Lete
podjęli decyzję jednogłośnie.
Darlington chciał zaprotestować. Do diabła, chciał coś potłuc. Zamiast
tego poprawił stos teczek przed sobą i zapytał:
- Kto to taki? Mam tu wszystkie teczki.
- Nie masz jej teczki. Nigdy nie złożyła podania. Nie skończyła nawet
szkoły średniej. - Zanim Darlington zdołał wyrzucić z siebie słowa
oburzenia, Sandow dodał: - Daniel, ona widzi Szarych.
Darlington zawahał się z ręką nadal na teczce Mackenzie Hoffer (dwa razy
pracowała latem dla organizacji Habitat for Humanity). Nie chodziło
tylko o to, że Sandow posłużył się jego imieniem, co rzadko robił. "Ona
widzi Szarych". Jedyny sposób, żeby żywi widzieli umarłych, to napić się
Orozcerio, niezmiernie złożonego eliksiru, którego stworzenie wymagało
nadzwyczajnych umiejętności i skrupulatności. Sam tego próbował, gdy
miał siedemnaście lat, zanim w ogóle usłyszał o Lete, kiedy jedynie
żywił nadzieję, że na tym świecie istnieje coś więcej, niż pozwolono mu
wierzyć. Jego wysiłki sprawiły, że wylądował na pogotowiu i krwawił z uszu i oczu przez dwa dni.
- Zdołała uwarzyć eliksir? - zapytał podekscytowany i (mógł się do tego
przyznać) odrobinę zazdrosny.
Zapadło milczenie, które trwało dość długo, żeby Darlington wyłączył
lampkę na biurku dziadka i wyszedł na tylną werandę Black Elm. Stąd
widział domy na stoku łagodnie opadającym wzdłuż Edgewood w kierunku
kampusu, a znacznie dalej wody zatoki Long Island Sound. Wszystkie
ziemie aż po Central Avenue stanowiły kiedyś część posiadłości Black
Elm, ale rozsprzedano je po kawałku, w miarę jak fortuna Arlingtonów
topniała. Dom, różane ogrody, pobojowisko zniszczonego labiryntu na
skraju lasu - tylko tyle się ostało i tylko on pozostał, żeby zajmować
się nimi, żeby je przystrzygać i hołubić, aż z powrotem ożyją. Zapadał
właśnie powolny letni zmierzch, gęsty od komarów i błysków świetlików.
Darlington widział znak zapytania białego ogona Cosmo, gdy kot szedł
przez wysoką trawę, skradając się za jakimś małym stworzeniem.
- Bez eliksiru - powiedział Sandow. - Ona po prostu ich widzi.
- Rozumiem... - mruknął Darlington, patrząc, jak drozd dziobie coś bez
przekonania u potrzaskanej podstawy czegoś, co kiedyś było fontanną w kształcie obelisku.
Nie miał nic więcej do powiedzenia. Chociaż Dom Lete powstał, żeby
monitorować działalność tajnych stowarzyszeń Yale, jego drugim zadaniem
było rozwikłanie tajemnic tego, co leży poza Zasłoną. Od lat
dokumentowali historie ludzi, którzy rzeczywiście widzieli zjawy.
Niektóre historie były potwierdzone, inne okazywały się niewiele więcej
niż plotką. Zatem jeśli zarząd znalazł dziewczynę, która potrafi coś
takiego, i mógł sprawić, że będzie miała u nich dług wdzięczności...
Cóż, to by było na tyle. Powinien się cieszyć, że ją pozna.
Miał ochotę się upić.
- Ja też nie jestem z tego powodu szczególnie uradowany - powiedział
Sandow. - Wiesz jednak, w jakim znajdujemy się położeniu. To ważny rok
dla Lete. Potrzebujemy, żeby wszyscy byli zadowoleni.
Dom Lete sprawował pieczę nad Domami Zasłony, ale jednocześnie zależał
od nich finansowo. To był rok odnowienia umów finansowych, a stowarzyszenia od dawna działały bez żadnych incydentów, więc zaczęto
szemrać i sugerować, że może nie trzeba sięgać do szkatuł i dalej
utrzymywać Lete.
- Przyślę ci jej dane. Nie jest... Nie jest Dantem, na jakiego mogliśmy
mieć nadzieję, ale staraj się zachować otwarty umysł.
- Oczywiście - odpowiedział Darlington, bo tak uczyniłby dżentelmen. -
Tak właśnie zrobię.
Starał się to mówić szczerze. Starał się nawet po przeczytaniu jej
teczki, nawet po obejrzeniu przeprowadzonej przez Sandowa rozmowy
kwalifikacyjnej, nagranej w szpitalu w Van Nuys w Kalifornii, gdy
usłyszał jej chrapliwy głos podobny do brzmienia popsutego instrumentu
dętego. Znaleziono ją nagą i pogrążoną w śpiączce w miejscu zbrodni,
obok dziewczyny, która miała mniej szczęścia niż ona i nie przeżyła
działki fentanylu, który obie wzięły. Szczegóły tego wszystkiego były
wstrętniejsze i smutniejsze, niż był w stanie ogarnąć. Starał się jej
współczuć. Jego Dante, dziewczyna, którą obdarzy kluczami do tajemnego
świata, była kryminalistką, narkomanką, wyrzutkiem i nie dbała o żadną z ważnych dla niego rzeczy. Mimo to się starał.
Jednak nic nie przygotowało go na szok spotkania jej we własnej osobie w nędznym wspólnym pokoju w Vanderbilt. Pokój był mały, ale wysoki, trzy
okna wychodziły na dziedziniec w kształcie podkowy, a dwoje wąskich
drzwi prowadziło do przyległych sypialni. W pomieszczeniu panował
radosny chaos, towarzyszący wprowadzaniu się pierwszoroczniaków: kartony
na podłodze, żadnych porządnych mebli na widoku, za to rozchwierutana
lampa i zdezelowany fotel z podnóżkiem zepchnięte pod od dawna
niedziałający kominek. Muskularna blondynka w szortach do biegania -
Lauren, jak się domyślał (najpewniej kurs przygotowujący do studiów
medycznych, przyzwoite wyniki testów, kapitan drużyny hokeja na trawie w swoim prywatnym liceum w Filadelfii) - ustawiała stylizowany na staroć
adapter na siedzisku w oknie, a obok niego balansowała plastikowa
skrzynka z płytami. Fotel pewnie też należał do niej, przywieziony w wozie do przeprowadzek z hrabstwa Bucks do New Haven. Anna Breen
(Huntsville w stanie Teksas, stypendium STEM, przodownik chóru)
siedziała na podłodze, próbując złożyć coś, co wyglądało jak regał na
książki. To była dziewczyna, która nigdy tak naprawdę nie będzie tu
pasować. Skończy w grupie śpiewającej a cappella albo mocno się
zaangażuje w życie swojego kościoła. Z pewnością nie będzie imprezować
ze współlokatorkami.
Potem pozostałe dwie dziewczyny wyszły z jednej z sypialni; z trudem
dźwigały we dwie poobijane uniwersyteckie biurko.
- Musicie stawiać to tutaj? - zapytała ponuro Anna.
- Potrzebujemy więcej miejsca - odpowiedziała dziewczyna w letniej
sukience w kwiaty; Darlington wiedział, że to Mercy Zhao (fortepian, 800
punktów z matematyki, 800 z czytania/pisania; nagrodzone eseje o Rabelais'm i dziwne, ale frapujące porównanie fragmentu z Wściekłości i wrzasku z kawałkiem o gruszy w Opowieściach kanterberyjskich, które
zwróciło uwagę wydziału języka angielskiego zarówno na uniwersytecie w Yale, jak i w Princeton).
A potem Galaxy Stern (bez świadectwa ukończenia szkoły średniej, bez
żadnych osiągnięć wartych wspomnienia, poza tym, że przetrwała niedole
swojego życia) wyszła z ciemnego zakątka sypialni ubrana w koszulę z długim rękawem i czarne dżinsy zupełnie nie pasujące do upału; trzymała
w chudych rękach drugi koniec biurka. Na niskiej jakości nagraniu wideo
Sandowa było widać gładkie, proste pasma jej czarnych włosów, ale film
nie uchwycił surowej precyzji przedziałka pośrodku głowy, wychwycił
pustkę w jej oczach, ale nie to, że są ciemne jak plama atramentu.
Wyglądała na niedożywioną, jej obojczyki rysowały się mocno jak
wykrzykniki pod materiałem koszuli. Była zbyt gładka, ulizana, wydawała
się niemal wilgotna, nie tyle jak ondyna, która wynurzyła się z fal, ile
jak rusałka o zębach ostrych jak sztylety.
A może po prostu potrzebowała coś przekąsić i uciąć sobie długą drzemkę.
"W porządku, Stern, zaczynajmy".
Darlington zapukał do drzwi, wszedł, posłał jej szeroki, promienny,
przyjazny uśmiech, gdy stawiały biurko w kącie wspólnego pokoju.
- Alex! Twoja mama poprosiła, żebym sprawdził, co u ciebie. To ja,
Darlington.
Przez chwilę robiła wrażenie całkowicie zagubionej, wręcz spanikowanej,
a potem odwzajemniła jego uśmiech.
- Hej! Nie poznałam cię.
Dobrze. Potrafi się dostosować.
- Prosimy o zapoznanie - odezwała się Lauren, patrząc z zaciekawieniem,
taksująco.
Wyjęła A Day at the Races Queenów ze skrzynki.
Darlington wyciągnął rękę.
- Jestem Darlington, kuzyn Alex.
- Ty też jesteś w JE? - spytała Lauren.
Darlington pamiętał to niezasłużone poczucie lojalności. Na początku
roku wszyscy pierwszoroczniacy zostawali przydzieleni do college'ów z internatami, gdzie będą spożywać większość swoich posiłków i gdzie
ostatecznie będą spali, kiedy opuszczą Stary Kampus jako drugoroczniacy.
Będą kupować szaliki w kolorach swoich college'ów, uczyć się ich
przyśpiewek i mott. Alex należała do Lete, tak samo jak Darlington, ale
przydzielono ją do Jonathana Edwarda, college'u nazwanego na pamiątkę
pastora od ognia i siarki.
- Jestem w Davenport - odpowiedział - ale nie mieszkam w kampusie.
Lubił mieszkać w Davenport College, lubił tamtejszą jadalnię, rozległy
trawiasty dziedziniec. Nie odpowiadało mu jednak to, że posiadłość Black
Elm stała wtedy pusta, a pieniądze, jakie oszczędzał na akademiku i stołówce, wystarczyły, żeby zeszłej wiosny usunąć zacieki w sali
balowej. Poza tym Cosmo lubił towarzystwo.
- Masz samochód? - spytała Lauren.
Mercy się roześmiała.
- O Boże, nie wygłupiaj się.
Lauren wzruszyła ramionami.
- Jak inaczej dojedziemy do Ikei? Potrzebujemy sofy.
Będzie przywódczynią tej grupy; to ona będzie sugerować, na które
imprezy się wybrać, i zaproponuje, żeby urządziły u nich w pokoju
popijawę z okazji Halloween.
- Wybacz - odpowiedział z przepraszającym uśmiechem - ale nie mogę cię
podwieźć. Przynajmniej nie dzisiaj. - Ani nigdy indziej. - I muszę na
chwilę ukraść Alex.
Alex otarła ręce o dżinsy.
- Próbujemy się zadomowić - odparła z wahaniem, wręcz z nadzieją.
Widział plamy potu pod jej pachami.
- Obiecałaś - powiedział, mrugając porozumiewawczo. - A wiesz, jak moja
mama podchodzi do spraw rodzinnych.
Dostrzegł rozbłysk buntu w jej wilgotnych jak od oleju oczach, ale
odpowiedziała tylko:
- Dobra.
- Możesz dać nam gotówkę na sofę? - spytała ją Lauren, wkładając
szorstkim gestem płytę Queenów do skrzynki.
Darlington miał nadzieję, że to nie był oryginalny winyl.
- Jasne - odpowiedziała Alex. Odwróciła się do Darlingtona. - Ciotka
Eileen powiedziała, że dorzuci się do nowej sofy, prawda?
Matka Darlingtona nazywała się Harper i wątpił, żeby choćby znała słowo
"Ikea".
- Serio?
Alex skrzyżowała ręce.
- Aha.
Darlington wyjął portfel z tylnej kieszeni i wyciągnął trzysta dolarów.
Podał je Alex, a ta podała je Lauren.
- Tylko pamiętaj, żeby wysłać jej kartkę z podziękowaniami - powiedział
Darlington.
- Na pewno - zapewniła go Alex. - Wiem, że bardzo pilnuje takich rzeczy.
Kiedy szli przez trawniki Starego Kampusu, zostawiając za sobą wieże z czerwonej cegły i blanki Vanderbilt Hall, Darlington powiedział:
- Jesteś mi winna trzysta dolarów. Nie kupię ci nowej sofy.
- Stać cię - odparła chłodno Alex. - Domyślam się, że pochodzisz z dobrej części mojej rodziny, kuzynie.
- Potrzebowałaś przykrywki, żeby często się ze mną spotykać.
- Chrzanisz. Sprawdzałeś mnie.
- Moim zadaniem jest cię sprawdzać.
- Myślałam, że twoim zadaniem jest mnie uczyć. To nie to samo.
Przynajmniej nie była głupia.
- W porządku. Ale odwiedziny u ciotki Eileen mogą wytłumaczyć kilka
zarwanych przez ciebie nocy.
- O jak bardzo zarwanych nocach mówimy?
Usłyszał niepokój w jej głosie. To ostrożność czy lenistwo?
- Ile powiedział ci dziekan Sandow?
- Niewiele. - Odsunęła materiał koszuli od brzucha dla odrobiny ochłody.
- Dlaczego tak się ubrałaś?
Nie zamierzał pytać, ale robiła wrażenie, jakby się męczyła w zapiętej
pod szyję czarnej koszuli bez kołnierzyka, z plamami potu rozlewającymi
się pod pachami i jakby zupełnie tu nie pasowała. Dziewczyna, która
potrafi tak gładko kłamać, powinna lepiej wyczuwać, jak ukryć się w tłumie.
Alex rzuciła mu tylko spojrzenie z ukosa.
- Jestem bardzo skromna.
Darlington nie wiedział, jak na to zareagować. Wskazał więc jeden z dwóch identycznych budynków po dwóch stronach ścieżki.
- To najstarszy budynek w kampusie.
- Nie wygląda na stary.
- Jest dobrze utrzymany. Chociaż niewiele brakowało, żeby przepadł.
Ludzie myśleli, że psuje wygląd Starego Kampusu, i chcieli go wyburzyć.
- Dlaczego tego nie zrobili?
- Oficjalnie dzięki kampanii na rzecz jego zachowania, ale prawda jest
taka, że Dom Lete odkrył, że jest nośny.
- Że co?
- W sensie duchowym. Stanowił część starego rytuału wiążącego, który
miał chronić kampus. - Skręcili w prawo i poszli ścieżką, która
doprowadzi ich do niby-średniowiecznej kraty w Phelps Gate. - Kiedyś
cały college wyglądał w taki sposób. Małe budynki z czerwonej cegły.
Kolonialne. Zupełnie jak Harvard. A potem po wojnie secesyjnej
wzniesiono mury. Teraz większość kampusu wygląda podobnie: seria fortec
otoczonych murami i bramami, z donżonem pośrodku.
Stary Kampus stanowił idealny przykład - rozległy kwadrat wysokich
kamiennych akademików okalający zalany słońcem dziedziniec otwarty dla
wszystkich - dopóki nie nadchodziła noc i nie zatrzaskiwano bram.
- Dlaczego? - spytała Alex.
- Żeby trzymać motłoch z dala. Żołnierze wrócili po wojnie do New Haven
zdziczali, większość była nieżonata, wielu z nich zostało okaleczonych
psychicznie po walkach. Nadeszła też fala imigrantów. Irlandczycy,
Włosi, wyzwoleni niewolnicy, wszyscy szukali pracy w fabrykach. Yale nie
chciało ich tutaj.
Alex się roześmiała.
- Coś cię bawi? - zapytał.
Obejrzała się na swój akademik.
- Mercy jest Chinką. Po sąsiedzku mieszka Nigeryjka. I jeszcze mój
skundlony tyłek. I tak się tu dostaliśmy. Ostatecznie.
- Po długim, powolnym oblężeniu.
Słowo "skundlony" odebrał jak niebezpieczną przynętę. Spojrzał na jej
czarne włosy, czarne oczy, oliwkowy odcień skóry. Mogłaby być Greczynką.
Meksykanką. Białą.
- Matka Żydówka, nie wspomniano o ojcu, ale domyślam się, że jakiś był?
- Nigdy go nie poznałam.
Kryło się tu coś więcej, ale nie zamierzał naciskać.
- Wszyscy mamy białe plamy w życiorysach, których nie wypełniamy.
Doszli go Phelps Gate, wielkiego łuku, w którym niosło się echo. Brama
prowadziła na College Street i z dala od względnego bezpieczeństwa
Starego Kampusu. Darlington nie chciał odchodzić od tematu. Mieli za
wiele spraw do omówienia, kawał drogi do przejścia.
- To błonia New Haven Green - powiedział, kiedy szli jedną z kamiennych
ścieżek. - Kiedy kolonia została założona, tutaj wybudowano zbór. To
miasto miało być nowym Edenem, założone między dwoma rzekami jak między
Tygrysem i Eufratem.
Alex zmarszczyła brwi.
- Dlaczego stoi tu tak wiele kościołów?
Na błoniach stały trzy, dwa z nich niemal bliźniaczo podobne, oba w federalnym stylu, trzeci był perłą neogotyku.
- W tym mieście przypada praktycznie jeden kościół na kwartał. A przynajmniej tak było kiedyś. Niektóre z nich teraz się zamykają. Ludzie
po prostu przestali do nich chodzić.
- A ty chodzisz? - spytała.
- A ty?
- Nie.
- Owszem, chodzę - odpowiedział. - To rodzinna tradycja.
Dostrzegł błysk wartościowania w jej oczach, ale nie czuł potrzeby, żeby
się tłumaczyć. Kościół w niedzielę, praca w poniedziałek. Tak żyli
Arlingtonowie. Kiedy Darlington skończył trzynaście lat i zaprotestował,
że chętnie zaryzykuje Boży gniew, o ile będzie mógł dłużej pospać,
dziadek złapał go za ucho i wywlekł z łóżka, chociaż miał już
osiemdziesiąt lat.
- Nie obchodzi mnie, w co wierzysz - powiedział wtedy. - Robotnik wierzy
w Boga i oczekuje tego samego od nas, więc ubierzesz tyłek, a potem
posadzisz go w kościelnej ławce, bo inaczej osobiście ci go wygarbuję.
Darlington poszedł do kościoła. Dziadek zmarł, a on wciąż chodził do
kościoła.
- Błonia to miejsce, gdzie wzniesiono pierwszy kościół w mieście i założono pierwszy cmentarz. To źródło ogromnej mocy.
- Co ty nie powiesz.
Darlington zdał sobie sprawę, że rozluźniła ramiona. Zmienił się jej
krok. Nie robiła już wrażenia kogoś w każdej chwili gotowego do ataku.
Darlington próbował nie zdradzić się ze swoją nadgorliwością.
- Co widzisz?
Nie odpowiedziała.
- Wiem, co potrafisz. To żadna tajemnica - dodał.
Alex nadal patrzyła w dal bez mała znudzona.
- Tu jest pusto i tyle. Nigdy nie widzę ich zbyt wielu w okolicach
cmentarzy i takich tam.
"I takich tam". Darlington rozejrzał się, ale widział tylko to, co
wszyscy inni: studentów, ludzi pracujących w sądzie albo w ciągu sklepów
wzdłuż Chapel Street, rozkoszujących się słońcem podczas lunchu.
Wiedział, że ścieżki, które wydają się w przypadkowy sposób przecinać
błonia, zostały wytyczone przez wolnomularzy, żeby uspokoić i powstrzymać umarłych, kiedy cmentarz przeniesiono stąd kilka przecznic
dalej. Wiedział, że ich linie tworzące różę wiatrów - albo pentagram,
zależy kogo zapytasz - są widoczne z góry. Wiedział, że miejsce, w którym Dąb Lincoln przewrócił się po huraganie Sandy, odsłaniając ludzki
szkielet wplątany w jego korzenie, to jedno z wielu ciał, które nigdy
nie zostały przeniesione na cmentarz przy Grove Street. Patrzył na
miasto inaczej z powodu swojej wiedzy, a jego wiedza nie była zwyczajna.
To był wyraz uwielbienia. Jednak żadna ilość miłości nie mogła sprawić,
żeby zaczął widzieć Szarych. Nie bez Orozcerio, kolejnej działki ze
Złotej Misy. Zadygotał. Za każdym razem to było ryzyko, kolejna okazja,
żeby jego ciało powiedziało "dość", żeby jedna z jego nerek po prostu
przestała działać.
- To ma sens, że ich tu nie widzisz - powiedział. - Pewne rzeczy
przyciągają ich na cmentarze, ale z zasady trzymają się od nich z dala.
Teraz wzbudził w niej zainteresowanie. W jej oczach zabłysło prawdziwe
zaciekawienie, pierwsza wskazówka czegoś innego niż czujna rezerwa.
- Dlaczego?
- Szarzy kochają życie i wszystko to, co przypomina im bycie żywym. Sól,
cukier, pot. Walka i seks, łzy i krew, ludzki dramat.
- Myślałam, że sól ich odstrasza.
Darlington uniósł brew.
- Widziałaś to w telewizji?
- Poczułbyś się lepiej, gdybym powiedziała, że dowiedziałam się tego ze
starodawnej księgi?
- Owszem.
- To masz pecha.
- Sól oczyszcza - powiedział, gdy przechodzili przez Temple Street -
więc nadaje się do przepędzania demonów, chociaż ku mojemu wielkiemu
rozczarowaniu nigdy osobiście nie miałem tego zaszczytu. Jednak gdy w grę wchodzą Szarzy, zrobienie kręgu z soli jest odpowiednikiem
zostawienia sarnie soli do lizania.
- To co ich odstrasza?
Przez jej słowa przebijało żywe pragnienie. Czyli to było coś, co ją
ciekawiło.
- Pył z kości. Ziemia cmentarna. Pozostałości popiołu z krematorium.
Memento mori. - Zerknął na nią. - Znasz cokolwiek łacinę?
Pokręciła głową. Rzecz jasna.
- Nie cierpią tego, co przypomina o śmierci. Jeśli chcesz mieć pokój
wolny od Szarych, powieś tam reprodukcję Holbeina.
Żartował, ale widział, że ona przetrawia jego słowa, zapamiętuje sobie
nazwisko artysty. Darlington poczuł bolesne ukłucie wyrzutów sumienia,
bo sprawiło mu to pewną przyjemność. Był tak zajęty zazdroszczeniem
dziewczynie jej zdolności, że nie zastanowił się nawet, jak to musi być,
kiedy nigdy nie możesz zamknąć drzwi przed umarłymi.
- Mogę przygotować magiczne osłony do twojego pokoju - powiedział w ramach pokuty. - Dla całego akademika, jeśli chcesz.
- Naprawdę?
- Pewnie. I mogę ci pokazać, jak samemu je robić.
- Opowiedz mi resztę - poprosiła Alex.
Z dala od mrocznej jaskini akademika pot odłożył się gładką, połyskliwą
warstwą na jej nosie i czole, zbierał się w zagłębieniu nad górną wargą.
Przepoci koszulę, a Darlington zorientował się po sposobie, w jaki
sztywno trzymała ręce po bokach, że czuje się z tego powodu skrępowana.
- Czytałaś Życie Lete?
- Tak.
- Naprawdę?
- Przekartkowałam.
- Przeczytaj - powiedział. - Przygotowałem ci listę innych materiałów,
które pomogą ci nadrobić braki. To w większości historia New Haven i zebrana przez nas historia stowarzyszeń.
Alex zdecydowanie pokręciła głową.
- Chciałam, żebyś powiedział mi, po co tu jestem... z tobą.
Trudno było odpowiedzieć na to pytanie. Bez powodu. Z tysiąca powodów.
Dom Lete miał być darem, ale czy mógł być darem dla niej? Za dużo by
mówić.
Opuścili błonia i zauważył, że powróciło napięcie w jej ramionach,
chociaż on nadal nie widział niczego, co uzasadniałoby taką reakcję.
Minęli sznur banków przy Elm Street, wznoszących się nad małym czerwonym
sklepikiem z dywanami - Kebabian's - który jakimś cudem wspaniale
prosperował w New Haven od ponad stu lat, i skręcili w Orange Street.
Znajdowali się teraz kilka przecznic od właściwego kampusu, ale miał
wrażenie, że dzielą ich mile. Zniknęła krzątanina studenckiego życia,
jakby wejście do miasta było niczym upadek z urwiska. Ulice stanowiły
mieszaninę nowego i starego: nieco sfatygowane kamienice, puste
parkingi, starannie odnowiona sala koncertowa, ogromniasty wieżowiec
urzędu mieszkalnictwa.
- Dlaczego tutaj? - zapytała Alex, kiedy Darlington nie odpowiedział na
poprzednie pytanie. - Co takiego jest w tym miejscu, że tak ich
przyciąga?
Krótka odpowiedź brzmiała: "A kto wie?", Darlington jednak wątpił, żeby
ukazała jego i Lete w najlepszym świetle.
- Na początku XIX wieku magia przenosiła się ze starego świata do
nowego, porzucając Europę wraz z tymi, którzy ją praktykowali.
Potrzebowali miejsca, gdzie mogliby przechowywać wiedzę i prowadzić
swoje praktyki. Nikt nie jest pewien, dlaczego New Haven się sprawdziło.
Próbowano także w innych miejscach. - Darlington powiedział to z pewną
dumą. - W Cambridge. W Princeton. To w New Haven magia przyjęła się,
utrzymała i zakorzeniła. Niektórzy uważają, że Zasłona jest tu cieńsza,
łatwiejsza do przebicia. Rozumiesz więc, dlaczego Lete cieszy się, mając
cię u siebie. - A przynajmniej niektórzy z Lete. - Może zdołasz
przedstawić nam parę odpowiedzi. Można tu spotkać Szarych, którzy
istnieją znacznie dłużej niż uniwersytet.
- I ci ludzie uprawiający magię uznali za rozsądne uczyć jej bandę
dzieciaków z college'u?
- Kontakt z upiornością ma swoją cenę. Im ktoś jest starszy, tym trudnej
mu przetrwać ten kontakt. Dlatego co roku stowarzyszenia uzupełniają
zasoby świeżą krwią, nowymi delegatami. Magia jest całkiem dosłownie
ginącą sztuką, a New Haven to jedno z nielicznych miejsc na świecie,
gdzie wciąż można przywrócić ją do życia.
Galaxy Stern nic nie powiedziała. Przestraszyła się? Dobrze. Może wtedy
rzeczywiście przeczyta książki, które dla niej wybrał, zamiast tylko je
kartkować.
- W tej chwili w Yale istnieje ponad sto stowarzyszeń, ale większością
nie zawracamy sobie głowy. Zbierają się przy kolacjach, opowiadają o swoim życiu, odwalają trochę prac społecznych. To Starożytna Ósemka się
liczy. Stowarzyszenia rezydencjalne. Domy Zasłony. Te stowarzyszenia,
które nieprzerwanie utrzymują swoje grobowce.
- Grobowce?
- Założę się, że niektóre z nich już widziałaś. Kluby, które wyglądają
jak mauzolea.
- Dlaczego nie przejmujemy się innymi stowarzyszeniami?
- Interesuje nas moc, a ona wiąże się z konkretnym miejscem. Każdy z Domów Zasłony wyrósł wokół jednej z gałęzi nauk tajemnych i poświęcił
się jej badaniu, każdy wybudował swój grobowiec w węźle mocy. Wszystkie
poza Berzeliusem, ale nikt nie przejmuje się Berzeliusem.
Stowarzyszenie Berzeliusa powstało jako bezpośrednia reakcja na rosnącą
obecność magii w New Haven. Jego członkowie twierdzili, że inne Domy to
szarlatani i przesądni dyletanci, i poświęcili się inwestowaniu w nową
technikę i filozofię, zgodnie z którą jedyną prawdziwą magią jest nauka.
Zdołali przetrwać krach na giełdzie w 1929 roku bez pomocy wieszczenia i chwiejnym krokiem dobrnęli do 1987, kiedy zostali zmieceni z powierzchni
ziemi. Okazało się, że jedyną prawdziwą magią jest magia.
- Te... węzły - powtórzyła Alex. - Są na całym terenie kampusu?
- Pomyśl o magii jak o rzece. Węzły to miejsca, w których pojawiają się
wiry na rzece, a to pozwala stowarzyszeniom przeprowadzać udane rytuały.
Wykryliśmy ich dwanaście w mieście. Grobowce wybudowano w ośmiu z nich.
Pozostałe znajdują się tam, gdzie już istnieją budynki, takie jak
dworzec kolejowy, albo gdzie nie da się niczego wybudować. Parę
stowarzyszeń straciło z czasem grobowce. Mogą studiować magię, ile
zechcą. Gdy raz połączenie zostanie zerwane, niczego nie zdołają
dokonać.
- I mówisz mi, że to się dzieje od ponad stu lat i nikt jeszcze się nie
zorientował?
- Starożytna Ósemka wydała najpotężniejszych ludzi na świecie. Ludzi,
którzy dosłownie sterują rządami, bogactwem narodów, którzy wykuwają
kształt kultury. Kierują wszystkim, od Organizacji Narodów Zjednoczonych
po Kongres, "New York Times" i Bank Światowy. Ustawili niemal wszystkie
mistrzostwa baseballu, sześć mistrzostw futbolu amerykańskiego, Oscary i przynajmniej jedne wybory prezydenckie. Setki stron internetowych jest
poświęconych rozwikływaniu ich związków z wolnomularzami, zakonem
iluminatów, Grupą Bilderberg i tak dalej.
- Może gdyby spotkali się w Denny's zamiast w ogromnych mauzoleach, to
nie musieliby się tym martwić.
Dotarli do Il Bastone, siedziby Lete, dwupiętrowego budynku z czerwonej
cegły i witraży, wybudowanego przez Johna Andersona w 1882 roku za
skandaliczną sumę i porzuconego już rok później. Anderson twierdził, że
wypędziły go wysokie podatki w mieście. Zapiski Lete inaczej
przedstawiają tę historię - opowiadają o jego ojcu i duchu martwej
dziewczyny od cygar. Il Bastone nie było tak rozległym domostwem jak
Black Elm. To był miejski dom, okolony z obu stron innymi
nieruchomościami, wysoki, ale powściągliwy w swoim rozmachu.
- Oni się nie martwią - odpowiedział Darlington. - Cieszą się z wszelkich teorii spiskowych i wariatów noszących czapki z folii
aluminiowej.
- Bo lubią budzić zainteresowanie?
- Bo tak naprawdę pozwalają sobie na dużo gorsze rzeczy. - Darlington
otworzył bramę z czarnego kutego żelaza i zobaczył, że weranda domu
wyprostowała się nieco, jakby wyczekująco. - Panie przodem.
Kiedy tylko brama się zamknęła, otoczyła ich ciemność. Gdzieś spod domu
rozległo się przenikliwe i głodne wycie. Galaxy Stern zapytała, po co
się tu znalazła. Nadszedł czas, żeby jej pokazać.
3. Zima
3
ZIMA
Kto umiera na siłowni? Po rozmowie telefonicznej z Dawes, Alex wróciła
przez plac. Była w ośrodku sportowym Payne Whitney dokładnie raz - kiedy
dała się zaciągnąć Mercy na zajęcia z salsy, gdzie biała dziewczyna
upchnięta w obcisłe czarne spodnie kazała jej obracać się, obracać i obracać.
Darlington zachęcał ją do korzystania z darmowej siłowni i "poprawienia
kondycji".
- Po co? - zapytała go wtedy Alex.
- Żeby się rozwijać.
Tylko Darlington mógł powiedzieć coś takiego z poważną miną. Z drugiej
strony on sam co rano przebiegał sześć mil i gdziekolwiek wchodził,
otaczała go aura fizycznej doskonałości. Za każdym razem, gdy pojawiał
się w Vanderbilt, wydawało się, że przez całe piętro przebiegł prąd.
Lauren, Mercy i nawet milcząca, pochmurna Anna siadały nieco prościej, w ich oczach pojawiał się nowy blask i ogarniała je pewna nerwowość, jakby
były zadbanymi wiewiórkami. Alex chciałaby być na to odporna: na jego
ładną twarz, szczupłą sylwetkę, łatwość, z jaką zajmował przestrzeń,
jakby do niego należała. Miał zwyczaj bezwiednie odgarniać włosy z czoła
w sposób, który sprawiał, że chciało się to zrobić za niego. Jednak
powab Darlingtona został zrównoważony przez zdrowy strach, który w niej
budził. Ostatecznie był bogatym chłopakiem w eleganckim płaszczu, który
mógłby wywrócić jej łódkę do góry dnem, nawet nie mając takiego zamiaru.
Tamtego pierwszego dnia w rezydencji przy Orange poszczuł ją szakalami.
Szakalami! Zagwizdał przenikliwie, a one wyskoczyły z krzaków wokół
domu, warcząc i szczekając. Alex wrzasnęła. Zaplątała się o własne nogi,
gdy odwróciła się do ucieczki, przewróciła się na trawę i prawie
nadziała na niski płotek z kutego żelaza. Jednak bardzo wcześnie
nauczyła się przy Lenie obserwować osobę, która dowodzi. To się
zmieniało w poszczególnych pokojach, domach, przy kolejnych
transakcjach, ale zawsze warto było wiedzieć, kto tam podejmuje ważne
decyzje. Tu to był Darlington. A Darlington nie robił wrażenia
przestraszonego. Wyglądał na zaciekawionego.
Szakale podchodziły do niej, śliniły się, szczerzyły kły, wyginały
grzbiety.
Wyglądały jak lisy. Wyglądały jak kojoty, które biegały po Hollywood
Hills. Wyglądały jak ogary.
"Jesteśmy pasterzami".
- Darlington - powiedziała, zmuszając się do odzyskania spokoju. -
Zawołaj do siebie te pieprzone kundle.
Wypowiedział serię słów, których nie zrozumiała, i stworzenia wycofały
się w krzaki. Cała ich agresja zniknęła, podskakiwały i pogryzały się
wzajemnie po łapach. Darlington miał czelność uśmiechnąć się, kiedy
podał jej elegancką dłoń. Dziewczyna z Van Nuys, która wciąż w niej
żyła, chciała odepchnąć tę rękę, wbić mu palce w tchawicę i sprawić, że
chłopak pożałuje. Zmusiła się jednak do złapania jego ręki, żeby pomógł
jej wstać. To był początek bardzo długiego dnia.
Kiedy Alex w końcu wróciła do akademika, Lauren czekała całe
sześćdziesiąt sekund, zanim wyskoczyła z pytaniem:
- No dobrze, czy ten twój kuzyn ma dziewczynę?
Siedziały wokół nowego stolika, próbując wyregulować małe plastikowe
śrubki, tak żeby przestał się kołysać. Anna gdzieś zniknęła, a Lauren
zamówiła pizzę. Okno było otwarte, wpuszczało słabe początki wiaterku
wraz z zapadającym zmierzchem i Alex poczuła się tak, jakby obserwowała
samą siebie z dziedzińca - szczęśliwą dziewczynę, zwyczajną dziewczynę,
otoczoną przez ludzi, którzy mieli przyszłość i zakładali, że ona także
ją ma. Chciała chwycić się tego uczucia, zachować je dla siebie.
- Wiesz... nie mam pojęcia.
Była tak przytłoczona tym wszystkim, że nawet nie miała okazji
zainteresować się czymś takim.
- Pachnie kasą - powiedziała Mercy.
Lauren rzuciła w nią kluczem do sześciokątnych wkrętów.
- To w złym guście.
- Nie zaczynaj umawiać się z moim kuzynem - powiedziała Alex, bo takie
rzeczy mówiły te dziewczyny. - Nie potrzebuję takich komplikacji.
Tej nocy, kiedy wiatr szarpał jej płaszczem, próbując dostać się pod
niego, Alex pomyślała o tamtej dziewczynie oświetlonej złotym światłem i siedzącej w świętym kręgu. To była ostatnia chwila spokoju, jaką
pamiętała. Było to raptem pięć miesięcy temu, ale Alex odnosiła
wrażenie, że upłynęło znacznie więcej czasu.
Skręciła w lewo, w cień białych kolumn, które biegły wzdłuż południowej
ściany rozległej stołówki, którą wszyscy nadal nazywali Jadalnią,
chociaż teraz oficjalnie to było Schwarzman Center. Schwarzman był
Kościejem, rocznik 1969, i prowadził znany z sukcesów prywatny fundusz
akcyjny Blackstone Group. Centrum było efektem datku wielkości stu
pięćdziesięciu milionów dolarów dla uniwersytetu, prezentu i swoistych
przeprosin za zabłąkaną magię, która wyrwała się w czasie
niesankcjonowanego rytuału i spowodowała dziwaczne zachowanie oraz
napady drgawek u połowy członków orkiestry dętej Yale podczas meczu
futbolowego z Dartmouth.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki