2
W tej samej chwili skrzypnęły drzwi i ukazała się w nich pani domu.
Scarlett Halska vel Stefania Tyrowiczowa występowała już przed wojną na scenach kabaretowych. Pan Dominik poznał ją w czasach, gdy jako potomek dość zamożnej rodziny ziemiańskiej trwonił czas i pieniądze w modnych lokalach. Zwrócił na nią uwagę w "Adrii", gdzie wschodząca gwiazda śpiewała popularne tango "Notturno". Wspólny wyjazd na Riwierę przypieczętował znajomość. Rodzina Tyrowicza uważała ten związek za mezalians, lecz pogodziła się z nim w latach okupacji, kiedy przedsiębiorczość i stosunki pani Halskiej okazały się nader cenne. Wtedy też, w roku 1943, podejrzanej konduity pieśniarka przyjęta została ostatecznie w poczet klanu Tyrowiczów.
Obecnie Scarlett Halska, jako artystka o ustalonej już renomie, śpiewała w popularnym teatrzyku satyrycznym.
Pani Scarlett wracała właśnie z wieczornego przedstawienia. Twarz jej nosiła jeszcze ślady szminki, a przyklejone rzęsy połyskiwały niebiesko.
- A, pan mecenas - rzuciła już od progu - przepraszam najmocniej za mój wygląd, ale tak się spieszyłam, że nie zdążyłam się nawet rozcharakteryzować. To niesłychane, prawda?
Mecenas ucałował jej dłoń.
- Tak, to rzeczywiście niesłychane, jeśli ma pani na myśli tę historię z wazą...
- Tak jestem tym przejęta, że o niczym innym nie potrafię myśleć. Nawet nie wiem, co śpiewać i jak...
W oczach Halskiej malowało się podniecenie. Charakteryzacja podkreślała jeszcze ich wyraz. Mimo ukończonej czterdziestki Scarlett była jeszcze ciągle imponującą, pełną życia kobietą. Wysoka, o zaokrąglonych wciąż kształtach i kruczo czarnych włosach, olśniewała swoimi dojrzałymi wdziękami. Delikatne zmarszczki wokół oczu bardziej niż o starzeniu się świadczyły o nieposkromionym temperamencie. Gdy Scarlett usiadła, mecenas zwrócił się znów do Tyrowicza:
- Czy dał pan znać na milicję?
Zapytany zawahał się przez moment.
- Sprawa nie jest tak prosta i właśnie dlatego chciałbym prosić pana o radę. Waza została mi przekazana przez Rydzewskiego, ale nie jest to całkowicie zgodne z obowiązującymi przepisami. Po prostu profesor nie miał prawa mi jej zdeponować. Gdybym dał znać milicji, mógłbym narazić go na niepotrzebne przykrości. A poza tym sam zostałbym wmieszany w aferę, która, mam jeszcze nadzieję, zakończyć się może szczęśliwie.
Donat nie bardzo rozumiał, co Tyrowicz ma na myśli. Pani Halska poparła męża.
- Dominik ma rację. Zaczną się te przesłuchania, śledztwo, rewizje i jeszcze może zginąć ze sklepu coś więcej niż ta waza.
Pomimo powagi sytuacji nie opuszczała jej ochota do żartów.
- Zresztą może nie chcieliby się w ogóle w to wtrącać. Cóż tam dla nich jakiś garnek?...
Tyrowicz spojrzał na nią karcącym wzrokiem.
- A więc jak wyobraża pan sobie załatwienie tej sprawy? - spytał mecenas. - Wątpliwe jest przecież, że tę wazę znajdziemy o własnych siłach.
- Wątpliwe, ale nie wykluczone. Przecież przedmiot ten musi prędzej czy później trafić do któregoś z paserów, a więc z kolei do jakiegoś antykwariatu, a nie jest to zegarek lub głupstewko, którego pochodzenia nie da się ustalić. Kradzieżą przedmiotów antykwarycznych nie zajmują się przecież kolekcjonerzy...
Donat zamyślił się.
- Czy profesor Rydzewski jest poinformowany o tym wypadku?
- Jeszcze nie. Ale możemy zaraz dać mu znać. Chciałem najpierw porozumieć się z panem.
Tyrowicz podszedł do stojącego na biurku telefonu i nakręcił numer. Przez dłuższą chwilę nikt nie podejmował słuchawki. Później odezwał się w niej kobiecy głos.
- Czy mogę prosić profesora Rydzewskiego? Ach tak, przepraszam, wobec tego zadzwonię później.
- Przed chwilą wyszedł z domu - wyjaśnił Tyrowicz.
- Z kim pan rozmawiał? - spytał mecenas. - Z panią?
- Nie, ze służącą. Pani źle się czuje i jest na górze.
Mecenas Donat zapalił papierosa:
- Nie bardzo wiem, jak mógłbym panu w tej sytuacji pomóc...
Tyrowicz wymienił spojrzenie z małżonką.
- To pomysł Scarlett - powiedział. - Na wszelki wypadek należałoby jakoś prowizorycznie usankcjonować tę zgubę. Rozumie pan, przez spisanie jakiegoś dokumentu, zeznania, czy ja wiem zresztą, jak to nazwać, który by stanowił w razie czego dowód zaginięcia. I co pan na to?
Mecenas ociągał się z odpowiedzią.
- W sensie prawnym nie bardzo to będzie w porządku. Zgłoszenia o kradzieży przyjmuje milicja... A poza tym musiałby to być jakiś akt notarialny. Jak pan wie, nie jestem notariuszem...
Tyrowicz zainteresował się.
- Mówi pan akt notarialny? Tak, to byłoby dobrze. Jakieś wspólne oświadczenie moje i profesora Rydzewskiego... Czy nie mógłby pan sporządzić mi szkicu takiego oświadczenia? Jutro rano dam je do podpisu profesorowi, a następnie potwierdzimy je u notariusza.
Mecenas, acz niechętnie, zgodził się.
- Coś takiego ewentualnie można by zrobić.
Tyrowicz natychmiast wyciągnął z szuflady plik papierów i mecenas pochylił się i zaczął pisać. Gospodarz stał nad nim, zaglądając przez ramię. Gdy obaj mężczyźni zajęci byli pracą, pani Halska cicho wyszła z pokoju.
- Idę spojrzeć, czy mały śpi - rzuciła mężowi.
I jeszcze w drzwiach zwróciła się do mecenasa.
- Czy nie zjadłby pan z nami kolacji?
- Dziękuję bardzo, ale muszę już wrócić do domu...
Skończywszy pisać mecenas wręczył dokument Tyrowiczowi.
- A więc do jutra - powiedział tamten, chowając papier do biurka. - Nie zatrzymuję pana, jeśli się pan naprawdę spieszy.
- Zechce pan pożegnać w moim imieniu małżonkę - rzekł mecenas na odchodnym.
Jadąc opustoszałymi ulicami mecenas zastanawiał się nad zagadkowym zniknięciem wazy z ośmiornicą. Cała historia wydawała mu się coraz bardziej fantastyczna. Niezwykłej cenności przedmiot, o jaki zapewne dobijały się wszystkie muzea europejskie, przepada jak kamfora w warszawskim antykwariacie, i ta niechęć, aby rzecz ujawnić. Wszystko to wydawało mu się jakby sztuczne i wymyślone. Chwilami miał wrażenie, że stoi wobec jakiejś mistyfikacji. Wstydził się tej myśli, ale równocześnie z coraz większym rozdrażnieniem myślał o swoim udziale w tym tajemniczym zdarzeniu. Udział ten był zresztą dość nikły, po prostu naszkicował projekt aktu notarialnego. Ale jednak pluł sobie w brodę.
- Psiakrew - mruknął pod nosem - że też nigdy nie umiem odmówić, gdy prosi mnie o coś kobieta...
Nie ulegało dlań bowiem wątpliwości, że pani Halska była motorem działań pana Dominika.
- Ten nadmiar uczynności jeszcze mnie kiedyś zgubi...
Gdy mecenas wszedł do sieni swego domu, zdawało mu się, że ktoś tam jest. Światło na klatce schodowej było zepsute, lecz nim Donat zdążył zapalić zapałkę, oślepił go blask elektrycznej latarki. W ślad za tym posłyszał znajomy głos:
- Ach, to pan, panie mecenasie! Co za porządki w tych warszawskich domach. Od kwadransa szukam listy lokatorów, ale czort wie, gdzie ją umieszczono. I jeszcze te egipskie ciemności...
Profesor Rydzewski mówił szybko, wciąż świecąc mecenasowi w oczy.
- Pan do mnie? - spytał Donat.
- Ano właśnie.
Profesor zgasił latarkę. Dalsza rozmowa toczyła się w mroku.
- Znalazłem nareszcie tę pańską kawalerską kryjówkę - ciągnął tamten. - Ależ się pan zakonspirował!
Donat czuł, że powinien zaprosić gościa na górę. Ociągał się jednak. Poza paroma najbliższymi przyjaciółmi nikt u niego nie bywał. Profesor miał rację, że Donat się ukrywał. Nie lubił odwiedzin, chociaż sam był często zapraszany. Jego małe mieszkanko, którego adres nie widniał nawet w książce telefonicznej, stanowiło dlań schronienie przed natarczywością świata. Wahając się milczał.
- Przepraszam, że pana tu nachodzę - mówił Rydzewski. - Otóż żona moja...
Znowu żona - przemknęło Donatowi przez myśl.
- ...postanowiła urządzić małego kameralnego sylwestra u nas w domu. Uparła się, żebym pana zaprosił osobiście, bo przez telefon to podobno nie wypada. Ja się tam na tych konwenansach nie bardzo rozumiem - profesor lubił udawać jowialnego prostaczka - ale w każdym razie serdecznie pana proszę. Niestety, nie mogłem wpaść wcześniej, i to nawet nieładnie, że prześladuję pana po nocy, lecz panie Pawle kochany, niech pan nam nie odmawia. Będzie nam bardzo miło...
Trajkotał bez przerwy, jakby chcąc zagadać dość niezręczną sytuację. Mecenas szybko przebiegł w pamięci swoje sylwestrowe plany. Umówiony był wprawdzie warunkowo ze swym starym przyjacielem, prokuratorem Andruszynem, ale nagle, nie wiedzieć dlaczego, perspektywa wieczoru u profesorostwa wydała mu się bardziej nęcąca. - Tamto można będzie odwołać - pomyślał i rzekł:
- Ależ oczywiście, bardzo państwu dziękuję, jestem wolny w sylwestrowy wieczór.
I ciągle myśląc o swojej nieuprzejmości powiedział z lekkim przymusem:
- Może wpadnie pan do mnie na górę?
Profesor na szczęście odmówił.
- Ależ nie, dziękuję, nie będę robił panu ambarasu i bardzo się cieszę, że przyjął pan zaproszenie. Żona się ucieszy. I ja również, oczywiście.
Wśród hałaśliwych podziękowań i grzeczności profesor uścisnął rękę mecenasa. Wkrótce postać jego zamajaczyła przy furtce i zatarła się w śnieżycy. Dopiero gdy Rydzewski zniknął Donatowi z oczu, mecenas przypomniał sobie:
Nie powiedziałem mu ani słowa o wazie. Może to i lepiej...