Rozdział 4
Wchodząc do kuchni, poczułam zapach herbaty earl grey. Na stole czekały na mnie ciepły wiejski chleb zawinięty w ściereczkę i powidła śliwkowe kupione na targu w Norrtälje.
Kattis, moja najlepsza przyjaciółka, i Rutger umieli sprawić, że codzienność nabierała odświętnego charakteru. Potrafili w nieskończoność dyskutować o różnych rodzajach powideł i sera cheddar. A ja zjadałam w tym czasie dwie lub trzy kanapki z żółtym serem. I tyle samo z powidłami.
Ale dzisiaj śniadanie było szybkie.
Rutger rozmawiał przez telefon, próbując jedną ręką zrobić sobie kanapkę z powidłami. Wybierał się do Uppsali, żeby obejrzeć kilka barokowych świeczników. Sprzedawca właśnie zadzwonił z pytaniem, czy Rutger może przyjechać trochę wcześniej. Mój chłopak spojrzał na mnie pytająco.
Skinęłam głową i powiedziałam bezgłośnie tak. W sklepie czekał na mnie stos skrzynek z rzeczami kupionymi na pchlim targu do przejrzenia i wycenienia. Musiałam jechać do pracy.
Rutger spojrzał na swój zegarek na nadgarstku.
- Może chcesz pojechać ze mną obejrzeć te świeczniki? Zdążymy przed otwarciem sklepu.
Już znał odpowiedź, lecz mimo wszystko zapytał.
- Nie, mam mnóstwo roboty.
- I nie kręcą cię barokowe świeczniki...?
Rok związku z właścicielem sklepu z antykami dał mi pewną wiedzę o antykach, lecz nie na tyle szeroką, żebym się nimi zainteresowała.
Poznawałam komody w stylu rokoko, bo miały te same krągłości, co amerykańskie samochody z lat pięćdziesiątych. Dekoracje w stylu empire też rozpoznawałam, ponieważ od zawsze lubiłam złoto i czerń.
- Dekoracje w stylu empire!
Rutger wybuchał śmiechem za każdym razem, gdy nazywałam jego antyki dekoracjami. I droczył się ze mną w ramach zemsty. Ostatnio kolejny raz pokazał mi dwa kandelabry i spytał, który jest barokowy, a który rokokowy.
Próbowałam zgadnąć, lecz jak zawsze mi się nie udało.
- Ech...
- Anno-Liso, i tak cię kocham.
- A ja ciebie. Mimo wszystko.
Następnego dnia wzięłam ze sobą trzy emaliowane miski w jasnych kolorach i poszłam do warsztatu Rutgera mieszczącego się w jednym ze skrzydeł pałacu. Postawiłam je na wyszczerbionej komodzie, nie wiadomo z jakiej epoki.
- Okej, to teraz mi powiedz, która z nich to Erker, która Finel, a która Emalox.
- Ekhm...
- Rutger, i tak cię kocham.
- Punkt dla ciebie!
Kiedy Rutger pojechał kupić kolejną barokową dekorację, ja dolałam sobie herbaty i zaczęłam przeglądać najnowszy numer "Slott & Stugor", magazyn, w którym pracowała Kattis.
Rok temu, po dziesięciu latach w lokalnej gazecie, moja przyjaciółka zaczęła się rozglądać za czymś nowym i dostała wymarzoną posadę. Aranżowała wnętrza, pisała o wystroju i bardzo jej się to podobało.
Uśmiechnęłam się na widok artykułu zatytułowanego Zrób sobie spiżarnię. Kattis przekonała Marianne, by ta pozwoliła jej sfotografować swoją spiżarnię walk-in, jak ją nazwała moja przyjaciółka. W reportażu na półkach stały jednak inne rzeczy niż w rzeczywistości.
Kattis i jej fotograf poustawiali na nich duże szklane słoiki z włoskimi i francuskimi etykietami oraz butelki z winem. Na półmisku Gustavsberg Kattis położyła kilka ładnych papryk i papryczek chilli. Między winami znalazł się rustykalny korkociąg.
- Mogę przynieść z piwnicy brukiew i marchew, jeśli chcesz. Z natką i odrobiną ziemi? - zaoferowała się Marianne.
- Mhm...
- Ha, ha. Tylko żartowałam. Pobawcie się na spokojnie waszymi słoikami, a ja zajrzę w tym czasie do krów.
Kattis próbowała też przekonać Rutgera, żeby pozwolił jej zrobić reportaż o pałacu. Za każdym razem dostawała tę sama odpowiedź.
Kategoryczne nie.
Husqvarna odpaliła za pierwszym razem.
Ruszyłam po żwirku, którym był wysypany dziedziniec, a potem aleją w dół. Październikowe słońce mieniło się w zaspach mokrych liści na poboczu, a ja cieszyłam oko tym jesiennym krajobrazem. Czułam się, jakbym jechała przez piękny obraz.
W Söderberdze panowały cisza i spokój. Nawet z warsztatu samochodowego Mikaelssonów, w którym pracował mój były chłopak Johnny, nie dochodziły żadne dźwięki.
Zatrzymałam się pod swoim domem. Przez chwilę siedziałam na motorowerze, zachwycając się widokiem. Ozdobę dawnego spożywczaka, zielono-czerwony neon z napisem "Antyki Anny-Lisy", musiałam teraz włączać w ciągu dnia coraz wcześniej. Dwa okna wystawowe ozdabiała jesienna dekoracja.
W jednym z nich przygotowałam aranżację składającą się z kapitalnego ciemnozielonego fotela z lat czterdziestych, pomarańczowo-zielonych koców retro oraz świeczników Royal Krona ustawionych wzdłuż całego okna. Zapalone wieczorem tworzyły niesamowity nastrój.
W drugim oknie królowała szara wersja jesieni w stylu shabby chic.
Cofnęłam się myślami o półtora roku, do czasu, gdy dopiero co kupiłam ten dom i wprowadziłam się do mieszkania na piętrze. Przez kilka tygodni przed otwarciem sklepu pracowałam dzień i noc, by z dawnego spożywczaka uczynić sklep ze starociami.
Ale jedna rzecz mi umknęła. Kattis i moi nowi przyjaciele z wioski byli zdumieni, gdy odkryli, że nie mam na sprzedaż ani jednej ocynkowanej balii czy lnianej ściereczki z monogramem.
- Musisz mieć rzeczy w stylu shabby chic - oświadczyli.
Błyskawicznie zebrali na wsi stare meble i uratowali mnie przed katastrofą. Pomalowane na biało kredensy wciąż sprzedawały się lepiej od półek z drewna tekowego, chociaż nadal trudno mi się było do tego przyzwyczaić.
Posłałam biednym jabłkom z pałacowego parku współczujące spojrzenie. Rozrzucone przed przewróconym białym koszykiem w oknie wystawowym w stylu shabby chic bezskutecznie próbowały tchnąć trochę życia w całą tę biel i szarość.
Zaprowadziłam motorower na tył budynku i oparłam go o ścianę. Wchodząc do domu, usłyszałam muczenie krów dobiegające z obory Birgera i Marianne, tak jakby krasule mnie witały.
Witały mnie w domu. W małej, przytulnej wiosce Söderberga.
Umycie porcelany znajdującej się w kartonach po bananach zajęło mi właściwie cały dzień. W magazynie robiło się drugie pranie. Pogniecione i kiepsko pachnące ciuchy i tkaniny z second handu miały się zmienić w tekstylia retro w świetnym stanie.
Od rana myślałam o Britcie. Za każdym razem siadając z kawą, czytałam jej list. Co to za skarb? I gdzie go ukryła? W swoim domu?
Zapaliłam kilka tealightów w szarych szklanych świecznikach i pochyliłam się, by ustawić je w oknie wystawowym, gdy otworzyły się drzwi i przeciąg prawie je zgasił.
- Halo!
- Kattis! Co za niespodzianka!
- Urwałam się wcześniej z pracy. Widzę, że odpicowujesz naszą ulubioną witrynę...
- Ha, ha. Możesz się tym zająć, jeśli chcesz.
Kattis zazwyczaj pomagała mi w aranżacji wiejsko-romantycznego okna wystawowego, jak je nazywała. O ile miała czas, co obecnie nie zdarzało się zbyt często.
Moja najlepsza przyjaciółka dużo pracowała. To, że wpadła do mnie w piątkowe popołudnie, bardzo mnie zaskoczyło. Za to Kalle, facet Kattis, zaglądał tu kilka razy w miesiącu. Prowadził biuro rachunkowe w Norrtälje i czasami zabierał ze sobą swój lunch, i wpadał do mnie na kawę o piętnastej. Ale dawno go nie było.
Kiedy już się przywitałyśmy, zauważyłam, że moja najlepsza przyjaciółka jest blada i zmęczona.
- Kattis, wszystko w porządku?
- Nie do końca. Może napijemy się wieczorem wina i pogadamy? Chętnie zostanę u ciebie na noc, jeśli to nie problem.
Gospodarstwo Godsta, w którym mieszkali Kattis i Kalle, znajdowało się tylko parę kilometrów dalej. Kiedy urządzałyśmy sobie z Kattis wieczorne pogaduchy przy winie, Kalle zawsze po nią przyjeżdżał. Ale nie tym razem.
- Jasne, że możesz zostać!
Kattis uniosła swój cienki pokrowiec z laptopem.
- Dzięki. Pójdę na górę popracować do zamknięcia sklepu.
Godzinę później, idąc schodami na górę, usłyszałam ciche chrapanie dobiegające z kanapy w salonie. Zakradłam się do kuchni i przygotowałam tacę z serami i krakersami.
Kiedy weszłam do salonu z tacą i Chianti, zaspana Kattis spojrzała na mnie spod koca. Usiadła i poczekała, aż naleję nam wina, po czym wypiła łyk i wzięła głęboki oddech.
- Błagam, nie pomyśl sobie o mnie źle...