"Lena"
"Lena"
Kwiecień 1942
- Będziesz potrzebować nowego pseudonimu.
Zasady konspiracji były jasne - kolejny przydział, inne obowiązki,
tworzenie nienazwanej jeszcze struktury - wymyślasz siebie na nowo
poprzez wybranie innego niż dotąd używane tajnego imienia. Dla
bezpieczeństwa - twojego i podwładnych, ochrony całej skomplikowanej
siatki podziemnych powiązań. To było oczywiste.
- "Lena" - padło z ust postawnej czterdziestolatki o nieprzystępnej
twarzy, a jak niektórzy nawet śmieli twierdzić, męskiej urodzie. Jednak
w grubo ciosanych rysach też wszyscy nieodmiennie dostrzegali
szlachetność i determinację.
Jej prawdziwe nazwisko znała większość kadry kolejnych podziemnych
organizacji, w których działała. Tak naprawdę przez cały czas była to
jedna siatka, jeden organizm. Zmieniano formy, nazwy, w odpowiedzi na
nowe wyzwania, jakie stawiała trudna wojenna, a teraz okupacyjna,
rzeczywistość. Tuż po kapitulacji, w listopadzie, Wanda Gertz została
zaprzysiężona w Służbie Zwycięstwu Polski.
Ludzie - przytłoczeni szokiem wywołanym niemiecką i sowiecką agresją,
okrucieństwem napaści, butą najeźdźców i kruchością obrony -
potrzebowali dowodów, że Polska żyje, dlatego zaraz po kapitulacji
Warszawy, która broniła się jeszcze dziesięć długich dni po opuszczeniu
terytorium kraju przez rząd i wydaniu rozkazu, by otoczona przez dwóch
najeźdźców armia wycofywała się w kierunku Rumunii i Węgier, pozostali w ojczyźnie wojskowi wzięli się do roboty.
Wanda nie przypadkiem od samego początku została zaangażowana w tajną
działalność - była nie byle kim, ale doświadczoną, znaną wszystkim osobą
instytucją, chodzącą legendą, funkcjonującą przez dwadzieścia lat
niepodległości pod wypracowanym w czasie Wielkiej Wojny pseudonimem.
1915
Osiemnastoletnia Wanda spojrzała w obejmujące całą jej postać lustro,
ustawione w mieszkaniu koleżanki. Koleżanki z Drużyny im. Emilii Plater,
w której od dwóch lat działała, obecnie w stopniu plutonowej. Otoczona
przez trzy dziewczyny, krytycznie wpatrujące się w jej odbicie. Nigdy
nie była dziewczęca - zwiewna, eteryczna - dlatego teraz, przebrana w dostarczone przez druhny spodnie, koszulę, kurtkę, w męskich butach,
była pod wrażeniem przemiany. Wyglądała jak chłopak. Prawie.
- Włosy - podpowiedziała któraś.
- Nożyczki! Królestwo za nożyczki - zażądała Wanda, sięgając po jeden z szatynowych kosmyków.
Nie miała długich włosów, rozpuszczone dotykały ramion, jednak spięte w ogonek ryzykownie zniekształcały pożyczoną maciejówkę. Znalazły się
nożyczki i chętna adeptka fryzjerstwa.
Po dłuższej chwili przed grupką dziewcząt stanęła odmieniona plutonowa.
Przyglądając się własnemu odbiciu, czuła, jak coraz szybciej bije jej
serce pod płóciennym materiałem, którym ściśle owinęła klatkę piersiową,
żeby lepiej ukryć kolejny niewygodny atrybut kobiecości. Teraz spełni
swe dziecięce marzenia - przemknęło jej przez myśl. Dom rodziców, Jana i Florentyny, chociaż rodzina ojca wywodziła się ze starego saksońskiego
rodu Schliss Gertzów, którzy przywędrowali do Polski jeszcze za Sasów,
przepełniony był polskim patriotyzmem. Jan przyniósł z powstania
styczniowego wojenne opowieści. Powtarzane wielokrotnie podczas spotkań
weteranów tworzyły w sercach najmłodszych członków rodziny ich własną,
domową mitologię.
Od najmłodszych lat Wandzia pragnęła walczyć o Polskę, tak jak tato. W czasie dziecięcych zabaw, otoczona olbrzymią kolekcją żołnierzyków,
dowodziła ich ołowianymi armiami. Biegała za braćmi i kolegami, żądając
dołączenia do oddziału. Jako że młodsza, i do tego dziewczynka, mimo
zapału nigdy nie została przyjęta do zabawy na równych prawach, nikt
wówczas nie wyobrażał sobie kobiety żołnierza, nie tylko pośród
chłopców, ale i dowódców w prawdziwym wojsku. A teraz - oglądając siebie
przemienioną w męską postać - z tryumfującym uśmieszkiem na poważnej
zazwyczaj twarzy przeczuwała, że oto jej dziecięce marzenia właśnie
przekuwają się w rzeczywistość. Wbrew wszystkiemu. A za nią pójdą inne,
podobne jej żołnierki, towarzyszki boju, kobiety, które nie dadzą się
więcej spychać na margines życia także i w tej kwestii. Świat mężczyzn
musi się z tym pogodzić i znaleźć miejsce w armii także i dla drugiej
połowy ludzkości.
- Zaraz, zaraz - odezwała się drużynowa - co z dokumentami?
Kluczowe pytanie. Obie wiedziały, że oficjalna droga poboru była dla
Wandy zamknięta, nie rekrutowano kobiet. O czym sama się dobitnie
przekonała, próbując zaciągu do Batalionu Warszawskiego, dla którego
wcześniej pracowała, organizując ekwipunek, z cichą nadzieją, że razem z żołnierzami dołączy do I Brygady. Nic z tego. "Dla kobiet w wojsku
miejsca nie ma" - nadal huczały jej w głowie słowa Komendanta. Batalion
wyruszył w bój pod koniec sierpnia. Bez Wandy. Drużynowa, Janina
Nadratowska, wyciągnęła kartkę i zapisała adres.
- Pójdziesz, powiesz, że jesteś ode mnie.
- Co to za miejsce?
Wanda opuściła kamienicę w pośpiechu, wszystkie musiały zwiewać przed
matką druhny Jagi, która użyczyła pokoju. Wyszła na ulicę z duszą na
ramieniu, w głowie huczały jej tysiące pytań, bała się, jak przechodnie
zareagują na przebraną za mężczyznę kobietę. Czy dojdzie do awantury?
Będą za nią krzyczeć, wyzywać? Nic takiego nie nastąpiło, ludzie mijali
ją obojętnie, zajęci swoimi sprawami, z każdym krokiem nabierała więc
pewności siebie. Będzie dobrze.
Udała się pod wskazany adres, do starego nauczyciela, znajomego
drużynowej, pokazała list polecający od podoficerów, do których
skierowała ją Nadratowska. Miała ze sobą przygotowany wcześniej paszport
na nazwisko Kazimierza Żuchnowicza. Następnego dnia rano obudziły ją
głosy dobiegające z korytarza. Okazało się, że w mieszkaniu zebrała się
grupa chłopców, którzy właśnie dobierali sobie mundury. Znalazła coś i dla siebie, po czym po okazaniu dokumentów i listu polecającego wraz z innymi rekrutami pomaszerowała na dworzec. Pociąg zabrał do Lublina cały
tłum chętnych do walki mężczyzn i jedną przebraną kobietę.
Po przyjeździe na miejsce spełnienie jej dziecięcych marzeń zderzyło się
z rzeczywistością - ulokowano ich na nocleg w budynku, który okazał się
nieogrzewaną budą z oknami bez szyb, spać trzeba było pokotem na gołych
deskach w otoczeniu, które nie doświadczyło, jak to mówią, kobiecej
ręki. Czyli brud i smród. Trudno, nie to było najgorsze. Najgorsze
dopiero przyszło.
- Wszyscy po kolei na komisję lekarską! - wrzasnął na całą salę
podoficer.
Chłopcy zaczęli niemrawo wstawać z podłogi i powoli kierować się we
wskazaną stronę. Nie ona jedna, okazało się, miała obawy przed tą
komisją.
- Nic się nie bójcie - zapewniał oficer. - Będziecie oceniani na oko.
Wanda nie ruszyła się z miejsca. Komisja lekarska oznaczała dla niej
jedno - kompletną dekonspirację. Nie mogła uciec, nie teraz, kiedy udało
jej się w końcu dostać do wymarzonych Legionów. Z ociąganiem stanęła w ogonku do werbunku, czekając w napięciu na swoją kolej.
Ktoś z pilnujących porządku zauważył, że jeden z kandydatów przepuszcza
innych w kolejce, a następnie kieruje się do strzeżonego przez
wartownika wyjścia. Nic z tego, żołnierz zastąpił Wandzie drogę.
- Żadnych wyjść w pojedynkę na miasto - warknął.
Nie było odwrotu.
- Chciałabym zapytać, który z szanownych panów mógłby mnie z obowiązku
oględzin zwolnić? - zapytała niecierpliwie, a w komisji zapanowała
konsternacja.
Ktoś wskazał przewodzącego rekrutacji porucznika. Ten, zaskoczony
sytuacją, nie wiedział, co odpowiedzieć, wybąkał więc tylko:
- Jakie są przyczyny?
Siedzący przed szerokim arkuszem papieru pisarz odważył się w końcu
wypowiedzieć to, co dostrzegli wszyscy, być może poza owym porucznikiem.
- Podejrzewam, że to przebrana niewiasta.
Wyjaśniła, że zbyć się nie da, że musi na front. Jej upór, ale i dojrzałość zjednała oficerów komisji, którzy po pierwszym zaskoczeniu
nie kryli podziwu.
- Tutaj nie możemy panienki przepuścić - zadecydował stojący na czele
porucznik.
Wskazał grupkę odrzuconych rekrutów.
- Pojedzie panna z grupą do Piotrkowa. Może tam się uda.
W Piotrkowie pomógł i list polecający, i dobre słowo odsyłającego Wandę
oficera. Trafiła pod skrzydła Michała Romera, polsko-litewskiego
polityka pochodzenia niemieckiego, działacza zatrudnionego w Biurze
Prasowym Legionów. Człowiek o wielkiej tuszy i równie wielkim sercu,
pomyślała. To Romer użył swych wpływów, aby tutejsza komisja wreszcie
Kazimierza Żuchnowicza do wojska przyjęła. I udało się! Oficerowie,
którzy zdawali sobie sprawę z niezwykłej sytuacji, zaproponowali nawet
Wandzie oddzielny pokój, ale odmówiła. Skoro miała być żołnierzem, tak
jak inny chłopcy, to powinna spać z tymi, u których boku przyjdzie jej
walczyć. Już i tak niejeden coś podejrzewał. Któryś z rekrutów rzucił
Wandzie, kiedy wróciła z komisji:
- Sierżant mówił, że z was jest przebrana kobieta, dlatego nie
poszliście na oględziny lekarskie!
Wanda od dawna miała naszykowaną ripostę. Teraz się roześmiała i wypaliła:
- Dziwne, bo sierżant powiedział dokładnie to samo o was!
Siedzący obok chłopcy wybuchli śmiechem i było po sprawie.
- Jedziesz na powrót do Lublina, ale ostatecznie na Wołyń, do Kowla -
oznajmił zaraz po załatwieniu wszelkich formalności Romer.
Droga na wschód wiodła przez Warszawę, widok rodzinnych okolic nieco
ukoił jej skołataną duszę. Z Lublina kolejni wtajemniczeni przerzucili
Wandę bliżej frontu, podróżowała w przedziale z oficerami jadącymi do
Kowla, gdzie nareszcie dowiedziała się, jaki ma przydział. Służba
ordynansowa przy dowódcy pułku majorze Ottokarze Brzozie-Brzezinie.
Brzoza okazał się wojskowym o przenikliwym spojrzeniu i przystojnej,
ozdobionej kozią bródką i wąsami twarzy. Powiadomiony o nietuzinkowym
rekrucie zrobił najpierw dziewczynie wykład na temat własnej kariery w cesarsko-królewskiej armii i nieco o armatach.
- Na razie zostajesz w Kowlu - oświadczył na koniec. - Trzeba się trochę
przyuczyć, poznać ludzi i zobaczyć, jak to idzie.
- Tak jest!
Imię "Kazik" przylgnęło do Wandy jako pseudonim na okres wojenny i całe
lata powojnia. Zaczęła karierę wojskową. Pierwsze dwa tygodnie
zapoznawała się z ludźmi i uzbrojeniem przydzielona do wydawania sprzętu
artyleryjskiego z magazynu. Nie obeszło się bez prowadzenia ksiąg, ale
jako absolwentka kursów buchalteryjnych w Warszawie z tym akurat nieźle
sobie poradziła. W końcu nadszedł moment, kiedy odważyła się poprosić o upragniony rozkaz dołączenia do oddziału, i był to 1. Pułk Artylerii I Brygady.
- O mój Boże! - wyrwało się "Kazikowi" na widok przydzielonej jej i koledze, kanonierowi Jurkowi, ziemianki we wsi Ugły. Prymitywna budowla
nie miała właściwie żadnego wyposażenia, tylko wsparte drewnianymi
stemplami ściany i sufit z pni. Na szczęście w oddziale Jurek spotkał
znajomych, z których jeden postanowił do nich dołączyć. Zdobył worki,
którymi wyłożyli ściany, a także starą kozę i trochę narzędzi. Jak się
okazało, w pobliżu leżała opuszczona wieś, skąd przynieśli trochę
blachy, wiadro i drzwi.
- Pałac, prawdziwy pałac - z zazdrością stwierdzili kanonierzy z pobliskich ziemianek, a Jurek pokraśniał z dumy.
Za to Wanda miała kłopot - podobnie jak innym od razu przydzielono jej
do opieki konie. Urodzona i wychowana w Warszawie zwierzęta te często
widywała, ale tylko powożone przez profesjonalnych woźniców, nigdy
wierzchowca nie dosiadała, cóż dopiero mówić o opiece. A tu trzeba było
zrobić wszystko.
O piątej rano jezdnych budził gwizdkiem dyżurny, Wanda miała szczęście,
jeśli otrzymała niewystarczający dla wszystkich sprzęt - łopatę,
zgrzebło i szczotki. Inaczej trzeba było sobie radzić na własną rękę.
Stajenny pokazał, co i jak. Należało konia wyprowadzić z boksu,
uprzątnąć nawóz, a przejście wysypać białym piaskiem. Następnie oczyścić
zwierzę zgrzebłem i szczotką, napoić i nakarmić, a wszystko do
śniadania, a jeśli nie zdążyłeś, zamiast posiłku pozostawał udział w apelu i modlitwie. Potem starszy ogniomistrz przystępował do
przydzielania zadań przedpołudniowych, od najłatwiejszych po ciężką
pracę fizyczną.
"Kazik" z Jurkiem, po krótkim epizodzie pomocników kuchennych, dostali
przydział do rąbania drewna, a potem jeszcze gorzej - plutonowy wybrał
ich do rozbiórki starych stajen, których konstrukcja opierała się na
jeszcze bardziej leciwych podkładach kolejowych. Wanda starała się we
wszystkim dorównać współtowarzyszom, nie oszczędzała się i nie
oczekiwała taryfy ulgowej.
Praca trwała z przerwą na nakarmienie koni i obiad do ostatniego
posiłku, czyli do piątej. Do ziemianki Wanda wracała, powłócząc nogami,
a nie mając zazwyczaj sił na przyniesienie wody ze studni i umycie się,
po prostu padała na pryczę. Jednak przez cały czas trwała w euforii -
spełniała marzenia i nikt jej jeszcze nie nakrył.
Z ludźmi jakoś nie miała problemów, gorzej ze zwierzętami. Kiedy jako
tako wdrożyła się do praktyki stajennej, okazało się, że konie jej nie
poważają. Narowiły się, kopały i próbowały gryźć, najwyraźniej
wyczuwając u Wandy strach i brak zaufania. Trzeba było to zmienić. Bo
jeśli "Kazik" stanie się pośmiewiskiem jezdnych, wcześniej czy później
odkryją jej tajemnicę. Odtąd zaczęła traktować swoje konie z góry - nie
jak przestraszona dziewczynka, tylko doświadczony jeździec. Postawa taka
szybko dała rezultaty. Narowiące się dotąd zwierzęta spokorniały i zaczęły się słuchać, aż do pechowego dnia, kiedy pewnej nocy podczas
dyżuru jedno z nich wyprowadziło celny cios kopytem w "Kazikową" nogę.
Bolało, a do tego pech chciał, że następnego dnia tę samą nogę
przygniotła upadająca belka z rozbieranej stajni!
- "Kazik"! - dowódca baterii przywołał kulejącego kanoniera. - Co z tobą?
Wytłumaczyła i otrzymała rozkaz udania się do sanitariusza. Ale nie
posłuchała, od momentu problemów przy rekrutacji przyjęła żelazną zasadę
- żadnych medyków i żadnego badania. Po paru dniach dowódca, widząc, że
chromanie nie ustępuje, przeniósł ją do wartowników, żeby się trochę
zregenerowała.
W końcu doczekała się przydziału do baterii, co prawda jako rezerwa, ale
zawsze. Zaczął się czas nauki obsługi armaty polowej. Pułk majora
Ottokara dysponował sprzętem starszego typu, po każdym strzale nie dość,
że całe działo odrzucało na kilka metrów, to jeszcze z lufy wydobywały
się duże ilości dymu - co skutkowało koniecznością natychmiastowego
przeniesienia broni na inne, wcześniej przygotowane miejsce. Przeciwnik
bowiem, poinformowany pióropuszem dymu, zazwyczaj walił w to stanowisko
całą mocą granatów i szrapneli. Robota nie dość, że wykonywana w pośpiechu, to jeszcze nerwowa i ciężka, armaty do najlżejszych nie
należały.
Wandę martwiło, że ani Otto Brzoza-Brzezina, ani major Wyrwa-Furgalski
jakoś nie garnęli się do wysyłania jej na pole walki. Któregoś dnia
wspięła się na czubek wysokiej jodły z nadzieją, że przynajmniej z daleka zobaczy bitwę, ale ujrzała tylko przejeżdżającą galopem kuchnię
polową, która próbowała uniknąć rosyjskiego ostrzału. Podobny problem
miał i Jurek.
- Słuchaj, może trzeba uciec do piechoty? - zaproponował pewnego dnia.
- Jak? - zainteresowała się Wanda.
- Ano tak, że podczas wymarszu zaczaimy się w którejś z chat, odczekamy
i przyłączymy do pierwszego oddziału, który się nawinie!
- A to nie jest...
- Nie.
- Dobrze, to tak zróbmy - zgodziła się po krótkim namyśle Wanda.
Cały plan już, już mieli wprowadzić w życie, lecz w kluczowym momencie,
kiedy po zmroku razem z Jurkiem szykowali się do przeprowadzenia akcji,
Wanda nagle, ku swemu przerażeniu, zdała sobie sprawę, że stało się coś
strasznego.
- Nic nie widzę - wyszeptała drżącym głosem prosto do ucha nachylającego
się do niej Jurka.
- Co? - zacukał się kanonier.
Nie było odwrotu, trzeba było ruszać z własnymi oddziałami. Jurek pomógł
Wandzie złapać się wozu i w ten sposób mogła uczestniczyć w wymarszu,
przerażona, pewna, że tak właśnie zakończy się jej krótka przygoda w Legionach. Na szczęście wraz z jutrzenką okazało się, że wzrok jej
stopniowo wrócił, ślepła tylko po zmroku. Wszystko z przemęczenia,
niedożywienia, emocji, nadludzkiego wysiłku. Uparcie nadal trzymała się
jednak własnych wytycznych - żadnych wizyt u lekarza. Miała nadzieję, że
jak organizm odpocznie, nabierze sił, to i wzrok wróci. Ale gdy tylko
rozbili obóz za Stochodem, znowu trzeba było wziąć się do pracy przy
budowie nowych stajni.
Po pół roku służby, w związku z napiętą sytuacją między Komendantem i władzami austriackimi i niejasnym statusem Brygady, Brzoza zaproponował
Wandzie urlop w Warszawie. Zameldowała się w dowództwie pułku, a potem
przez Lublin zabrała się z wracającym do Warszawy kapitanem. Na miejscu
dowiedziała się, że Piłsudski w wyniku konfliktu z Austriakami podał się
do dymisji. Nie miała dokąd wracać.
Żeby nie siedzieć bezczynnie, w gorącym czasie zaangażowała się w działania Oddziału Żeńskiego Polskiej Organizacji Wojskowej, który
właśnie w 1916 roku wznowił działalność. Nadal pod pseudonimem "Kazik".
Kwiecień 1942
Pierwsze dwa lata wojny, po intensywnym początku, kiedy uczestniczyła w tworzeniu podziemnych struktur w Warszawie, Wanda spędziła w lasach
nieopodal Piotrkowa Trybunalskiego. Zaważyła siła wyższa: dowództwo
podejrzewało wsypę, cała organizacja została zagrożona, więc i ona
znalazła się w niebezpieczeństwie. Starając się gasić pożar w zarodku,
zadecydowano o przeniesieniu jej na prowincję. Wyjechała tam, gdzie
miała znajomych jeszcze sprzed wojny, a jednocześnie, wiedząc, że nie
zniesie bezczynności, dołączyła do lokalnej komórki Związku Walki
Zbrojnej obwodu "Las", pod wodzą komendanta "Aleksandra". Wszyscy
doskonale znali jej doświadczenie, legendę "Kazika" i nieprzeciętne
zdolności organizacyjne, więc przyjęto ją z otwartymi rękami.
Oficjalnie pełniła służbę jako sekretarka "Aleksandra", ale jej
działania nie ograniczały się do konspiracyjnej biurokracji.
Doświadczenia poprzedniej wojny światowej oraz okresu międzywojnia
uczyniły z Wandy eksperta od organizowania łączności, a ta w intensywnych czasach Państwa Podziemnego miała kluczowe znaczenie.
Starała się być przydatna, jak to tylko w piotrkowskich lasach było
możliwe - zbierała informacje wywiadowcze z terenu dotyczące liczebności
wrogich wojsk i ich uzbrojenia, represji na ludności cywilnej, lokalnych
wybryków bandyckich. Jako doświadczony żołnierz wiedziała, co to rozkaz;
jeśli zwierzchnicy nakazali jej zniknąć spod oka gestapo, mogła tylko
przyczaić się w lasach nadleśnictwa Meszcze i czekać. Czekać, aż Komenda
Główna uzna, że już czas, aby wróciła do stolicy.
*
W czerwcu 1941 roku sytuacja wojenna radykalnie się zmieniła - dwóch
sojuszników nagle stanęło przeciwko sobie, hitlerowskie Niemcy
zaatakowały Związek Radziecki. Wanda przeczuwała, że wobec tak wielkiej
odmiany: powstania nowego frontu na wschodzie, Komenda Główna musi
zmienić taktykę i strategię. Nadchodził czas wzmożonej dywersji i sabotażu. Jej czas.
Mniej więcej w tym samym czasie, w którym niesprzyjające okoliczności
sprawiły, że Wanda musiała opuścić Warszawę, Komendant Główny Związku
Walki Zbrojnej wydał rozkaz powołania organizacji sabotażowo-dywersyjnej
w ramach dotychczasowej struktury - Związek Odwetu. Konspiracja w konspiracji. Karzące ramię Polskiego Państwa Podziemnego, którego
zadaniem było zadawać wrogowi rany może niewielkie, ale liczne, niczym
rój zirytowanych pszczół broniących ula przed napastnikiem. Początkowo
planowano sabotować niemiecki wysiłek wojenny skierowany na Zachód,
związany z atakiem na Francję. Jednak dopiero rozpoczęcie ataku na
Sowietów uświadomiło dowództwu ZWZ, że teraz zwiększona aktywność może
naprawdę odmienić oblicze wojny.
Wanda została wezwana do Warszawy przez "Teodora", zaangażowanego w tworzenie organizacji od samego początku, a w 1942 roku komendanta
Związku Odwetu. Znali się osobiście z czasów przedwojennych, no bo kto
nie znał "Kazika", a i ona znała wszystkich, także Franciszka
Niepokólczyckiego. W wojsku polskim obecny od początku jego istnienia,
doświadczony w niespokojnych czasach wykuwania niepodległości dywersant
i wywiadowca, a także wprawny saper, dowódca w 1939 roku 60. Batalionu
Armii "Modlin".
Kiedy "Kazik" pozostawał na uboczu, "Teodor" na rozkaz naczelnego wodza
pracował nad stworzeniem oddzielnej formacji przeznaczonej do sabotażu i dywersji. Tym razem, między innymi dzięki dwudziestoletnim wysiłkom
Wandy, rola kobiet w nowej strategii miała być niebagatelna, daleka od
tradycyjnych funkcji pomocniczych. Już w pierwszych miesiącach okupacji,
zaraz po nowym roku, jednocześnie ze Związkiem Odwetu zostały powołane
do życia Kobiece Patrole Minerskie, pod dowództwem Zofii Franio, która w konspiracji przyjęła nieprzypadkowo pseudonim "Doktór".
Z wykształcenia i praktyki lekarz z wieloletnim doświadczeniem, oddana
dwóm sprawom - medycynie i obronie ojczyzny, całe dwudziestolecie
poświęciła na przygotowanie do trudnej sytuacji wojennej. W czasie
polsko-bolszewickiego starcia, w latach 1919-1920 służyła ochotniczo w Wojsku Polskim, następnie po odbyciu kursu Przysposobienia Wojskowego
Kobiet sama rzuciła się jako instruktorka w wir szkoleń medycznych
organizowanych na wypadek wojny.
We wrześniu 1939 roku przewodniczyła komisji poborowej ochotniczego
batalionu Pomocniczej Służby Kobiet we Lwowie. Jeszcze w tym samym roku
wróciła do Warszawy, gdzie wspólnie z Niepokólczyckim stworzyli
koncepcję Kobiecych Patroli Minerskich, uważając, że w działaniach
wywiadowczych, dywersyjnych i sabotażu kobiety lepiej się sprawdzą niż
mężczyźni. Łatwiej wtopią się w tło, wzbudzą mniej podejrzeń i w ten
sposób osiągną lepsze rezultaty. A poza tym - żartował "Teodor" - gdzie
diabeł nie może..., co, mimo rubasznego wydźwięku, zgadzało się z koncepcją Zofii Franio, Wandy Gertz i wielu kobiet, które od początku
walki o niepodległość domagały się dla siebie równego traktowania w siłach obronnych. Działalność "Doktór" i jej liczących przeszło
pięćdziesiąt kobiet patroli uznana została w dowództwie za sukces i przetarła szlak kolejnej koncepcji - stworzenia specjalnego oddziału
dywersji i sabotażu, w którym nie będzie ani jednego mężczyzny. Właśnie
dlatego Wanda została ściągnięta w 1942 roku do Warszawy. I dlatego
musiała wybrać sobie nowy pseudonim. "Lena".
Kapitulacja stolicy zastała Wandę na posadzie w Muzeum Belwederskim.
Została tu kierowniczką sekretariatu, ponieważ od przewrotu majowego
była jednym z najbliższych współpracowników Marszałka, osobą, której
powierzył spisywanie swoich rozważań i listów. Po latach śmiała się z tremy, jaka ją ogarnęła na wieść o spotkaniu. Ona, która całą młodość
spędziła w wojsku, także na pierwszej linii frontu, w końcu żadna młódka
- w 1926 roku miała na karku trzydzieści sześć wiosen - przed pierwszym
bezpośrednim kontaktem z Marszałkiem drżała niczym rekrut w progu biura
werbunkowego.
A przecież w 1920 roku dekretem Naczelnego Wodza za zasługi na odcinku
Praga-Grochów podczas bitwy warszawskiej otrzymała stopień porucznika.
Dwa lata wcześniej, po powrocie do Warszawy, zorganizowała kobiecy
batalion POW, ba, nawet niemiecki sąd wojskowy skazał ją na sześć
miesięcy więzienia za uczestniczenie w patriotycznej demonstracji na
placu Zbawiciela. Miała szczęście, nie odbyła na Pawiaku całej kary,
udało się zapłacić kaucję, zamienić odsiadkę na grzywnę i mogła wrócić
do działania. Od grudnia tego samego roku pełniła służbę jako zastępca
zbrojmistrza Komendy Głównej, a w czasie wojny 1919 roku sama dowodziła
zaciągiem do wojska w Przyfrontowym Referacie werbunkowym. Po miesiącu
przeniesiono ją do Wilna i dano dowodzenie nad II Batalionem Ochotniczej
Legii Kobiet. W czasie działań bojowych w Wilnie, Grodnie, Białymstoku
wsławiła się trafnością decyzji, odwagą i troską o podkomendnych,
chociaż wycofywała swoich ludzi z boju w ostatniej chwili.
Jakież było jej rozczarowanie, kiedy sejmowa większość w 1923 roku
odebrała jej i innym kobietom stopnie wojskowe. W czasach pokoju właśnie
powstałe z popiołów państwo polskie kobiet w wojsku nie chciało. Owszem,
zaraz po ogłoszeniu niepodległości nadano im prawa wyborcze, ale nie
pozwolono bronić ojczyzny w sposób, jaki sobie wybrały. Wszystkie
zostały przeniesione do rezerwy.
Nastał czas pokoju, a Wanda nie mogła się oprzeć wrażeniu, że to czas
niepewny i że układ światowy jeszcze nieraz podważy niestabilne podstawy
polskiej państwowości. Dlatego, nie oglądając się na przeszłość, rzuciła
się w wir pracy. Jakby przeczuwała, że dopiero co zakończony konflikt
światowy za ponad piętnaście lat wybuchnie kolejną wojną, być może nie
ostatnią.
Jeszcze w 1921 roku kobiety ze stopniami oficerskimi spotkały się na
zjeździe w Poznaniu, gdzie stworzyły podwaliny form organizacyjnych dla
istniejących oddziałów kobiecych, które, wiedziały to, wkrótce zostaną
rozwiązane. W następnym roku przy udziale Wandy powstał Klub Starszych
Inspektorek, pracujący nad programem szkoleń Przysposobienia Wojskowego
Kobiet do Obrony Kraju.
Pragniesz pokoju, szykuj się na wojnę.
Działała - organizowała obozy szkoleniowe dla kadry hufców PWK na
poziomie szkolnym i akademickim, wkrótce znalazła się w wąskim gronie
pań o najwyższym stopniu organizacyjnym - instruktorki.
Kiedy po przewrocie majowym powołano Generalny Inspektorat Sił
Zbrojnych, Wanda zaczęła pracować w jego komórce personalnej, w ten
sposób skrzyżowały się drogi jej i Marszałka.
Piłsudski szybko zaczął traktować ją jak kolegę oficera, powierzał jej
największe służbowe tajemnice, osobiście dyktując korespondencję.
Jednocześnie jednak Gertzówna nie zaprzestała działalności w Przysposobieniu Wojskowym Kobiet. Wszystkie członkinie organizacji
czuły, że czas nagli. W 1938 roku nastąpił przełom - Sejm, niejako w ostatniej chwili - uchwalił ustawę o powszechnym obowiązku wojskowym, w której umocował prawnie ochotniczą służbę pomocniczą kobiet.
Wkrótce polityczny chaos późnych lat trzydziestych zrodził kolejną
wojnę.
Wanda rzecz jasna uczestniczyła w obronie Warszawy, a po kapitulacji aż
do listopada nadzorowała działalność istniejącego w Belwederze Muzeum
Marszałka, do czasu wizyty niskiego Niemca z twarzą, która skojarzyła
się jej z obliczem egipskiej mumii - samego Josepha Goebbelsa. Wydał on
rozkaz zamknięcia placówki i przeniesienia zbiorów do Muzeum Narodowego.
Belweder został opróżniony i stał się siedzibą generalnego gubernatora.
W tym samym miesiącu, w listopadzie, Wanda Gertz została zaprzysiężona w podziemnej organizacji zbrojnej. Rozpoczęcie działalności
niepodległościowej dla "Kazika" była oczywistością.
Pierwszą jej decyzją po otrzymaniu rozkazu stworzenia nowego oddziału w ramach Związku Odwetu było nawiązanie kontaktu z kadrą Polskiej
Organizacji Wojskowej i Przysposobienia Wojskowego Kobiet, które wkrótce
miały zyskać grupowy pseudonim "Starszych Pań".
"Mela"
"Mela"
Siedemnastoletnia brunetka o ciemnych oczach, okrągłej twarzy i ładnie
zarysowanych ustach miała mnóstwo zajęć przez cały wrzesień 1939 roku.
Wiadomo, wojna.
Ze swoją 67. Warszawską Drużyną Harcerską imienia Henryki Pustowójtówny
Melania Wojciechowska włączyła się, tak jak i prawie cała cywilna
Warszawa, w obronę miasta. Właściwie to zaczęło się już w sierpniu -
drużynowa zgłosiła wszystkie dziewczyny na ochotnika do kopania schronów
i rowów przeciwlotniczych. Stawiły się w komplecie, żadna się nie
wyłamała.
Pracowały ramię w ramię z innymi warszawiakami. Mela nie mogła się
nadziwić, jak tłumnie odpowiedzieli na apel prezydenta Starzyńskiego.
Panowała podniosła, bojowa atmosfera, wokół siebie miała robotników,
prawników, zakonnice, księży, sklepikarzy i rzemieślników oraz -
oczywiście - harcerzy. Stawili się równie dużą liczbą zarówno mężczyźni,
jak i kobiety. Wśród najbliższych koleżanek Meli rozpowszechniła się
pogłoska, że drużynowa na własne oczy widziała, jak poetka Kazimiera
Iłłakowiczówna popychała taczki pełne ziemi. Warszawscy restauratorzy
dbali o pracujących, dostarczając im przygotowywane u siebie posiłki -
raz Mela zjadła obiad składający się z całej miski lodów czekoladowych.
1 września zaczęły się naloty. Bomby spadły na odległe od Śródmieścia
dzielnice Warszawy: Grochów i Okęcie. Szóstego dnia wojny druhny
dowiedziały się, że wybuch doprowadził do zawalenia się budynku Dworca
Wschodniego, wśród wielu ofiar były harcerki pracujące w punkcie
sanitarnym Ochotniczej Służby Czerwonego Krzyża.
A potem z każdym dniem robiło się gorzej. Lotnicy wroga pojawiali się
grupami, latali nisko, atakowali najpierw obiekty strategiczne -
lotniska, mosty, linie kolejowe, gazownię czy spichlerze. Polska broniła
się w powietrzu - do czasu.
25 września miała miejsce prawdziwa kulminacja katastrofy, do
warszawskiego języka dzień ów przeszedł pod nazwą "lanego poniedziałku".
Nastąpił nalot dywanowy. Pierwszy w tej nowej wojnie. Tego jednego dnia
naliczono setki ofiar wśród ludności cywilnej. Warszawa bombardowana
była od godziny 7.00 rano do zmroku. Wybuchło wiele pożarów, zniszczeniu
uległy szpitale, elementy infrastruktury krytycznej - w tym elektrownia
na Powiślu, gazownia miejska, Stacja Filtrów, a także budynki
użyteczności publicznej, między innymi ratusz miejski, w którego gruzach
poległ wiceprezydent stolicy Jan Około-Kułak. Funkcjonowanie całego
miasta zostało sparaliżowane.
Oprócz nalotów 8 września rozpoczęło się ostrzeliwanie miasta z dział.
Płonęły kamienice na Siennej, Śliskiej, Sosnowej, wybuchł zbiornik gazu
na Woli, przez co przerwana została praca gazociągu. Niemiecka
artyleria, która w połowie września utworzyła wokół miasta pierścień,
uderzała z tysiąca luf. Pociski docierały do samego centrum miasta,
leciały od strony Marymontu, Pragi i Okęcia, wywołując pożary spichlerzy
na Woli. Po bombardowaniach Śródmieścia 13 września przestała działać
łączność telefoniczna i sieć wodociągowa, co utrudniało gaszenie
pożarów. Płonęły magazyny amunicji w Cytadeli. Wielką odwagą i poświęceniem wykazali się walczący z ogniem strażacy.
Ogólnemu chaosowi starała się zapobiegać powołana przez prezydenta
miasta w miejsce ewakuowanej policji Straż Obywatelska. Działały kobiety
- te z Czerwonego Krzyża szkoliły napływające setkami wolontariuszki.
Dzielnie udzielały się aktywistki z Przysposobienia Kobiet do Obrony
Kraju i kobiecego batalionu pomocniczej służby wojskowej.
Miasto z wolna zmieniało się w ruinę - na każdej ulicy straszyły
wypalone fasady, w podwórzach organizowano prowizoryczne cmentarze.
Serce pękało Meli na widok spalonego Zamku Królewskiego, Teatru
Wielkiego, zrujnowanych kamienic na Krakowskim Przedmieściu, Nowym
Świecie, w każdej dzielnicy.
Drużyna Meli przez cały wrzesień uczestniczyła w wielu akcjach pomocy -
nosiły pościel i bieliznę ofiarowane do nowych łóżek w szpitalach;
starsze dziewczyny, te, które ukończyły osiemnaście lat, oddawały krew;
kiedy mogły, uczestniczyły w pracach powołanego przez prezydenta miasta
Komitetu Samopomocy Społecznej, głównie działając na dworcach, służąc
pomocą i informacją przybywającej do stolicy ludności ewakuowanej w ramach specjalnego rządowego programu, albo po prostu uciekinierom z terenów zajmowanych przez Niemców.
Harcerskie mundury widziało się w tym trudnym czasie dosłownie wszędzie
- w łączności, przy odkopywaniu rannych z zawalonych po uderzeniu bomby
domów, w punktach sanitarnych, przy budowaniu barykad, kopaniu okopów i grzebaniu zmarłych.
Nic to jednak nie dało, dwa dni po tragicznym "lanym poniedziałku"
generał Kutrzeba w fabryce Skody podpisał akt kapitulacji. Zaraz po nim
zaczęło się wielkie wychodzenie wojska polskiego ze stolicy - widywało
się rozgoryczonych żołnierzy rozbijających o drzewa broń albo
zakopujących ją w ogródkach, byle tylko nie oddawać w ręce wroga. A potem nastąpiło sprzątanie miasta, w które ponownie zaangażowano ludność
cywilną, tym razem pod przymusem, na rozkaz Niemców, ale i prośbę
prezydenta - należało rozebrać barykady, uprzątnąć przewrócone tramwaje,
ugasić tlące się pożary.
Harcerki z drużyny Meli kontynuowały prace wykonywane w czasie nalotów.
Zgodnie z nakazem drużynowej pracowały na Dworcu Głównym, w punkcie
pomocy ludności ewakuowanej z Poznańskiego. Organizowały dożywianie,
zbierały odzież, tworzyły listy wolnych lokali, w których pozbawieni
dachu nad głową przybysze mogli się zatrzymać. W ocalałym budynku
zagospodarowały pomieszczenia na świetlicę dla rodzin wygnanych z okolic
Poznania i Śląska.
Ponadto drużyna znalazła sobie miejsce pracy w przepełnionym Szpitalu
Ujazdowskim, do którego ewakuowano pacjentów ze zbombardowanego Szpitala
Świętego Ducha. Służba tam polegała na opiece nad rannymi żołnierzami,
przynoszeniu żywności, rozdzielaniu paczek, pisaniu i nadawaniu listów.
W pewnym momencie drużynowa zaczęła wciągać niektóre dziewczyny w tajną
działalność. Nie tłumaczyła, dla kogo pracują, nakazywała bez zadawania
zbędnych pytań przenosić w zupełnej konspiracji małe przesyłki lub listy
z jednego adresu pod inny. Przejęte druhny żadnych pytań nie zadawały,
tylko dostarczały przesyłki na miejsce. Domyślały się, że podejmują się
czegoś wielkiego i niebezpiecznego. Wspaniałe uczucie!
Któregoś dnia, już po Nowym Roku, drużynowa zarządziła konspiracyjną
zbiórkę przy Muzeum Narodowym. Okazało się, że Niemcy ogłosili plan
wywiezienia do Rzeszy cennych zbiorów numizmatycznych i nakazali
spakowanie eksponatów do skrzyń. Dziewczyny pomagały je pakować.
Jednocześnie zobaczyły przedziwny widok - grupę robotników w opaskach na
oczach prowadzonych do piwnic przez pracowników muzeum. Mela nie
wiedziała, o co chodzi, ale drużynowa wkrótce jej wyjaśniła, że to
murarze przysłani przez prezydenta do zbudowania skrytki na
najcenniejsze zbiory. Mało wartościowe monety zapakowały Niemcom, resztę
drużynowa w oddzielnych paczkach ukryła na mieście.
- Dziewczyny - zwróciła się do druhen na koniec akcji. - Trzeba się
pożegnać. Muszę zniknąć na jakiś czas. Bądźcie dzielne.
- Czuwaj!
Rozstały się z drużynową.
Punkt pomocy wysiedlonym został szybko zlikwidowany przez Niemców.
Zakończył się pewien etap działalności i Mela nie wiedziała, co dalej ma
ze sobą począć. Chciała działać w konspiracji, ale nie miała pojęcia,
jak nawiązać kontakt z jej członkami. Koleżanki z drużyny rozsypały się
po mieście i trudno je było namierzyć, zwłaszcza że okupant zlikwidował
szkolnictwo wyższe i bardzo ograniczył funkcjonowanie szkół średnich.
Mela była w kropce.
Ponownie zaczęła działać w konspiracji dopiero na wiosnę 1942 roku.
Wprowadziła ją dobra znajoma z drużyny, kierując do "Zofii". Maria
Zielonka zaproponowała jej przystąpienie do kobiecego oddziału dywersji
i sabotażu, w którym służyły same kobiety! Kiedy Melania zrozumiała, że
jej bezpośrednim zwierzchnikiem nie będzie mężczyzna, nie posiadała się
ze szczęścia. Jako pseudonim przyjęła zdrobnienie swojego imienia -
"Mela".
"Ewa"
"Ewa"
- Nie płacz, maleńka.
Dwudziestosześcioletnia Ewa Płoska, ciemna blondynka ze zmysłowymi
ustami i pociągłą, szczupłą twarzą, przytuliła niespełna miesięczną
Zosię. Niemowlę płakało jej na ręku, o dziwo, powodem była mokra od
święconej wody główka, nie nalot, którego się dziecko nie wiedzieć czemu
nie bało. Córka leżała na kolanach Ewy spokojnie mimo dochodzących do
piwnicy odgłosów niemieckich bombowców. Rozbeczała się dopiero, kiedy
zaczęli ją chrzcić. Zrobili to trochę z obawy, że dziecko zginie od
bomby niechrzczone, a trochę przy okazji - skorzystali, że w piwnicy ich
domu schował się ksiądz z sąsiedniej kaplicy.
Stanisław, ojciec Zosi, długo w domu nie wysiedział - rwał się do pomocy
przy obronie miasta. Zgłosił się do Straży Obywatelskiej.
- Ale najpierw wywieziemy was, dziewczyny, za miasto - oświadczył i zrobił minę "bez dyskusji", więc Ewa spakowała najpotrzebniejsze rzeczy
i dała się wywieźć furmanką na wieś.
Wróciły z Zosią dopiero po kapitulacji. Widok ruin na każdej ulicy ich
nie ucieszył, ale najważniejsze, że Staszek przeżył. Bielańska kamienica
na Kleczewskiej ocalała, sąsiadki staruszki - pani Rylowa i pani
Czulińska - też. A skoro tak, można jakoś żyć.
Staszek prawie od razu zaczął działać. Tak się zakonspirował, że
właściwie przestał bywać w domu. Ewę też ciągnęło do podziemia, aż się
paliła do walki, co wcale Staszka nie dziwiło, wręcz przeciwnie -
wiedział, że takie u Ewy rodzinne tradycje. Matka, Zofia Prauss, dawna
rewolucjonistka, działaczka Organizacji Bojowej PPS i współpracowniczka
Piłsudskiego, z wykształcenia matematyk, osobiście w 1906 roku
zorganizowała udaną akcję odbicia męża z carskiego więzienia w Petersburgu. Potem, w okresie niepodległości, małżonkowie służyli z oddaniem Polsce. Tata Ewy, pierwszy minister edukacji II RP Ksawery
Prauss, organizował od podstaw system szkolnictwa. Mama zakładała Ligę
Kobiet, wydział kobiecy w PPS-ie i Państwową Inspekcję Pracy. Taka
postawa rodziców zobowiązuje. Teraz w czasie wojny mama nadal dawała
przykład. Zaraz po kapitulacji zaangażowała się w bliżej nieokreśloną
podziemną działalność, o której nic najbliższym nie mówiła. Wiadomo
było, że - podobnie jak Staszek - z założonymi rękami nie siedzi.
Co innego Ewa. Staszek starał się wszystko tak zorganizować, żeby jego
dziewczyny przede wszystkim były bezpieczne.
- Zosia jest najważniejsza - powtarzał, kiedy z rzadka się widywali. -
Wystarczy, że jedno z rodziców nadmiernie wychyla łeb z okopu.
Zostały z małą Zosią same, mając do towarzystwa jedynie dwie miłe
sąsiadki. Na szczęście w domu pojawiła się teściowa, którą zmyślny syn
sprowadził do miasta, co nieoczekiwanie dało Ewie nieco więcej swobody.
Nie mogła opędzić się od myśli, że teraz i ona mogłaby zacząć działać.
Żeby tylko przed Staszkiem jakoś to ukryć.
Pewnego dnia spotkała panią Halinę Krahelską, starą znajomą, która w czasie oblężenia była komendantką obrony przeciwlotniczej na Mokotowie,
a potem przeniosła się na Bielany, ponieważ straciła w pożarze dom i zamieszkała u siostrzenicy. Zaczęły rozmawiać, Ewa zaprosiła ją do
siebie. Owa znana działaczka i pisarka, dowiedziawszy się, że Ewa rwie
się do walki, umówiła ją na spotkanie z majorem "Witalisem" (Tadeusz
Marynowski). Stawił się na nim mężczyzna z wysokim czołem, wąsikiem i zawadiackim uśmieszkiem. Poinformował, że niniejszym proponuje Ewie
udział w dywersji. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście, plotła trochę o matce rewolucjonistce, ale "Witalis" szybko wprowadził ją w główną
zasadę konspiracji - trzymać język za zębami, nawet wśród najbliższych.
Od tego zależy ich życie. Żarty się skończyły. Skoro tak, to tak.
Dyskrecja obowiązująca nawet wobec męża i teściowej była jej na rękę.
Przyjąwszy pseudonim "Ewa", zaczęła od uczestnictwa w kursie, który
odbywał się w prywatnym mieszkaniu na ulicy Kopernika. Szkoleniowcy
ograniczyli wykłady do kwestii praktycznych. "Ewa" dowiedziała się, jak
skonstruować bombę, mając do dyspozycji jedynie zegarek, spłonkę,
kawałek trotylu i walizkę. Jak wysadzić tory i pociąg, używając
angielskiego materiału wybuchowego, zwanego plastikiem. Jak
najskuteczniej zniszczyć most. Jak doprowadzić do zawalenia domu przez
uszkodzenie instalacji gazowej w piwnicy.
*
Nie mogła się doczekać akcji, tak się do tej dywersji paliła. Szybko
wyszła z własną inicjatywą. Dom na Kleczewskiej stał niedaleko pętli
tramwajowej, ta zaś znajdowała się naprzeciwko przedwojennego
Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego na Marymonckiej, w którym
stacjonowała obsługa pobliskiego lotniska wojskowego, przejętego przez
Luftwaffe. Kiedy tak się kręciła między pętlą, CIWF-em a Kleczewską,
zauważyła często parkujące tam cysterny z paliwem lotniczym, bardzo
słabo strzeżone. Od razu wpadła na pomysł, który przedstawiła
"Witalisowi". Z okna stojącego na pętli tramwaju był idealny dostęp do
wlewów paliwa w cysternach, dzięki czemu dywersantka mogłaby z łatwością
dosypać cukru do benzyny lotniczej. Z wykładów wiedziała już, że
zmieszany z paliwem spowoduje zakopcenie świec i awarię zapłonu.
"Witalis" spojrzał na "Ewę" z nieskrywanym uznaniem, jakby dotąd nie
bardzo wierzył, że będzie z niej dywersantka.
Przystąpili do planowania. Najpierw należało opracować formułę -
policzyć, jaką ilość białego proszku wsypać, żeby awaria samolotu
nastąpiła w odpowiednim momencie, najlepiej gdzieś nad linią frontu.
Kiedy wszystko obmyślono i przygotowano, pozostawało wprowadzić plan w życie. Zanim "Witalis" zezwolił "Ewie" na uczestnictwo w akcji, sam
osobiście wszystko sprawdził, a potem dał jej do pomocy drugą
dziewczynę, której zadanie polegało na odwróceniu uwagi obsługi pętli i motorniczego schowanych w niewielkiej budce. Pracownicy transportu
miejskiego to zresztą były swoje chłopaki, nie trzeba było ich
specjalnie namawiać do współpracy.
I tak "Ewa" przeprowadziła swoją pierwszą, wymyśloną przez siebie, akcję
sabotażową. Po każdym zanieczyszczeniu paliwa następował drugi etap -
obserwacyjny, dokonywany wprost z okna pokoju "Ewy" w jej własnym
mieszkaniu, skąd miała doskonały widok na płytę bielańskiego lotniska.
Zaopatrzona w wojskową lornetkę i notes skrupulatnie zapisywała każdy
start i lądowanie. Wkrótce wyszło jej, że statystyka powrotów dzięki jej
akcji bardzo się pogorszyła. Ku chwale ojczyzny, panie majorze!
"Witalis" i jego ludzie przez cały 1941 rok byli bardzo zajęci
uszkadzaniem wagonów i parowozów oraz wykolejaniem transportów. Kobiet w tych akcjach nie wykorzystywano wcale, spiskowcy doszli do wniosku, że
do tak mało subtelnej dywersji się nie nadają. W końcu jednak przyszedł
czas na "Ewę" - "Witalis" zlecił jej przygotowanie akcji, której celem
było zmniejszenie przepustowości węzła kolejowego. Przejeżdżały przezeń
pociągi z posiłkami i uzbrojeniem na front wschodni. Pomysł był prosty -
należało zakłócić pracę linii telegraficznej, którą przesyłano sygnały
pomiędzy stacją początkową i końcową transportu, powodując przestoje,
które miały sparaliżować cały węzeł. Fachowiec od kolei żelaznej, z którym major współpracował, obliczył, że po jednym dniu przerwy w połączeniu pociągi będą miały od 4 do 8 godzin opóźnienia. Zadanie
ułatwiał fakt, że kable były rozpięte na słupach i wystarczyło zarzucić
na nie siatkę na drucie i wbić go kolcem w ziemię. Uziemienie załatwiało
sprawę. "Ewa" miała tylko akcję przygotować, resztą, jak postanowił
"Witalis", zająć się miały warszawskie prostytutki. "Ewa" nie mogła w ten pomysł uwierzyć.
- Panie majorze - oburzyła się. - Prostytutki do takich zadań się nie
nadają. Zwerbuję odpowiednie dziewczyny, na przykład harcerki albo...
- To zbyt niebezpieczne. Nie ma dyskusji - uciął "Witalis".
"Ewa" akcję przygotowała jak najlepiej - osobiście wybrała najbardziej
dogodne miejsca pod Warszawą. I tyle. Na uczestniczenie w samym
blokowaniu linii nie dostała pozwolenia i nie wiedziała nawet, kim
dowódca ostatecznie się posłużył i jak poszło.
W lipcu "Witalisa" zgarnęło gestapo i po krótkim pobycie na Pawiaku
został zamordowany w obozie na Majdanku. Tego samego 1942 roku miała
miejsce kolejna tragedia - Niemcy wpadli z zaskoczenia do mieszkania
matki "Ewy", używającej pseudonimu "Ryksa". Lokal służył jako punkt
kontaktowy i skrytka Związku Walki Zbrojnej. Aresztowali Zofię razem ze
współpracownikami.
Wkrótce mama zaczęła grypsować. Jak się okazało, Niemcy przeszukali
mieszkanie na Żurawiej pobieżnie, nie znajdując skrytki. "Ewa" została
zaangażowana w akcję wydobycia stamtąd cennych przedmiotów. Było jej
najłatwiej jako córce, mogła się wytłumaczyć, że przyszła zabrać swoje
rzeczy. Do transportu przydzielono jej chłopaka z organizacji, czekał
przy bramie z rikszą.
Mieszkania pilnowało dwóch niemieckich żołnierzy, mieli obowiązek
przeszukania wszystkich wynoszonych pakunków. "Ewa" przygotowała ich
celowo bardzo dużo i każdy grzecznie podsuwała im pod same nosy. W końcu
starszy stopniem ziewnął i rozsiadł się w kuchni, jego podwładny machnął
tylko ręką, widząc kolejną paczkę. Wtedy zaczęła wynosić ukryte pod
domowymi przedmiotami dokumenty, pieczątki, mikrofilmy. Granaty i pistolety zostawiła na koniec. Kiedy zeszła z ostatnim koszykiem z ukrytą pod nożami i widelcami bronią, okazało się, że chłopak z rikszą
zniknął. Nie miała pojęcia, czy pomyślał, że wpadła, czy spłoszył go
patrol policji. Przestraszyła się. Zbliżała się godzina policyjna,
brakowało tylko, by zatrzymał ją tajniak i przetrzepał bagaż.
Przypomniała sobie o bezpiecznym lokalu w okolicy, należącym do
współpracowniczki matki.
Z samego rana pojechała z tymi granatami do ciotki na Leszno. Dopiero po
paru dniach udało jej się złapać kontakt z kimś z ZWZ, kto odebrał towar
i zlecił zameldowanie górze o przebiegu wydarzeń. Obcy mężczyzna aż
cmoknął z podziwu.
- Kogoś z takimi żelaznymi nerwami należy lepiej wykorzystać.
Skontaktuję panią z odpowiednią osobą.