Dziewczyny z Olimpu. Kryształowe łzy - Elena Kedros

Reflow text when sidebars are open.
Luce była przerażona. Błagała mamę, żeby zwolniła ją z obowiązku pójścia na pizzę z okazji siedemnastych urodzin kuzynki bijącej rekordy Guinnessa w nudziarstwie. Ale Eloisa Grimaldi była nieubłagana.
- Nie patrz na mnie w ten sposób. Tata daje się na to nabrać, ale ja nie.
Luce wlepiła w nią wzrok, desperacko szukając dobrej wymówki, żeby zostać w domu, nic jednak nie przychodziło jej do głowy. Wymyśliła co prawda masę świetnych kłamstw, ale można by wcisnąć je każdemu, tylko nie mamie. Idąc do swojego pokoju, rozważała możliwość założenia Koszmary. Może przydarzyłoby jej się coś strasznego, co zmusiłoby ją do powrotu do domu? Niestety, pechowa koszulka nie działała, od kiedy poznała...
Hoon! Oto rozwiązanie! Luce zrobiła w tył zwrot i pobiegła do mamy.
- Mamusiu, miałaś rację. Już chcę iść na przyjęcie - powiedziała przymilnym głosem. - Może mogłabym zabrać ze sobą koleżankę z ławki? Przedstawiłabym ją Melissie. Dzięki temu miałaby jeszcze jedną przyjaciółkę.
Luce skrzyżowała palce, mając nadzieję, że mama da się nabrać. Eloisa Grimaldi rozważała przez chwilę propozycję, uważnie przyglądając się córce, która zaprezentowała uśmiech najbardziej anielski z możliwych.
- Zgoda. Uprzedzę ciotkę Pulcie, że przyjdzie jeszcze jedna osoba.
Luce podskoczyła z radości i ucałowała mamę, która natychmiast chwyciła za telefon. Ona natomiast zadzwoniła do Hoon ze swojej komórki.
- Wiem, że jest już trochę późno, żeby cię o to poprosić... Dziś wieczorem w pizzerii jest przyjęcie urodzinowe mojej okropnej kuzynki, ale jeśli poszłabyś ze mną, mogłoby być zabawnie!
Może dla przyjaciółek zaproszenie nie było szczytem marzeń, ale punktualnie o ósmej Hoon i Luce pojawiły się w pizzerii.
Melissa wyszła im naprzeciw. Luce zauważyła, że nie patrzy na ich twarze, ale na paczuszkę, którą Luce trzyma w dłoni.
- To dla ciebie! Ode mnie i od Hoon, mojej koleżanki z ławki. Mama wspominała ci o niej, prawda? - upewniła się Luce.
Kuzynka zaczęła wymieniać wszystkie wspaniałe prezenty, które otrzymała tego wieczoru. Ton jej głosu zdawał się sugerować, że temu, co przed chwilą wyrwała z rąk Luce, daleko jest do pozostałych upominków.
Zanim Melissa skończyła recytować listę podarunków, jej uwagę przykuło pojawienie się dwójki gości z wielkim prezentem. Luce natychmiast skorzystała z okazji, żeby się ulotnić, i znalazła dwa wolne miejsca. Były obok siebie, choć trochę zbyt blisko solenizantki.
Zaczęła rozmawiać z Hoon. Prawdę mówiąc, gadały i chichotały przez cały wieczór, ściągając na siebie obrażone spojrzenia Melissy za każdym razem, kiedy ich śmiech przekraczał przyjęte granice. Im więcej czasu upływało, tym Luce nabierała większego przekonania, że pomyliła się co do Koszmary.
- Kiedy kupiłam koszulkę, którą miałam na sobie pierwszego dnia szkoły, pomyślałam, że to najpiękniejsza ze wszystkich, które mam - wyznała Luce.
- I tak jest - powiedziała Hoon.
- Ale gdy założyłam ją po raz pierwszy, wszystko zaczęło iść nie tak. Uznałam, że jest pechowa. Wydała mi się brzydka i nazywałam ją Koszmarą.
- Biedactwo!!! - wykrzyknęła Hoon. - Jesteś przesądna?
- Wydaje mi się tylko, że wszystko ma ukryte znaczenie, którego nie potrafimy odgadnąć.
- Ja też mam często takie wrażenie - powiedziała Hoon.
- Zauważyłam jednak, że od kiedy cię poznałam, Koszmara już nie przynosi mi pecha - wyznała Luce.
Dziewczyny uśmiechnęły się do siebie. Luce czuła, że dokonuje się właśnie coś ważnego. Ze spojrzenia Hoon odczytała, że przyjaciółka też tak myśli.
- Tooooort! - wrzasnęła Melissa piskliwym głosem i ukryła twarz w dłoniach, udając niezwykle zaskoczoną.
Ta to umiała wszystko zepsuć. Kelner postawił gigantyczny tort udekorowany truskawkami i śmietaną, które układały się w liczbę kończonych lat.
- Pierwsza porcja jest dla mnie, bo jestem jubilatką. To oczywiste - zaskrzeczała nudziara, zabierając się za krojenie.
Jej słowa przyprawiły Luce o mdłości. Patrzyła na kuzynkę, która szykowała się do zanurzenia noża w torcie. Nagle z miejsca poderwała się Hoon, następnie rzuciła się na Melissę, przytrzymała jej ramię i odebrała nóż.
- Stój! Nie rób tego! - krzyknęła.
- Odbiło ci? - zaskowyczała nudziara, której twarz robiła się coraz bardziej czerwona i nadęta.
- To nie jest twój tort. Pewnie należy do jakiejś staruszki. Nie możesz kraść tortu starszej osobie. Pomyśl, to mogą być jej ostatnie urodziny - wyjaśniła Hoon, rozglądając się dookoła z przejęciem.
Luce nie rozumiała, co się dzieje, ale widząc, że kuzynka zaczyna obrzucać jej przyjaciółkę obelgami, przybrała bojową minę i pomaszerowała w stronę dwóch spierających się dziewczyn.
- Ucisz się, Melisso! - rzuciła cierpko kuzynce. - Co się stało, Hoon? - zapytała łagodnym głosem przyjaciółkę.
- Na torcie jest napisane "71", a twoja kuzynka z pewnością nie kończy siedemdziesięciu jeden lat. W tym lokalu jest na pewno jakaś staruszka, która...
Luce potrząsnęła nieznacznie głową w taki sposób, żeby tylko Hoon to zauważyła. Ta znieruchomiała. Przyjrzała się tortowi, a następnie popatrzyła na przyjaciółkę ze skruszoną miną.
- Przykro mi. Źle przeczytałam - wytłumaczyła się.
Luce puściła do niej oko i zwróciła się do kuzynki.
- Wszystko w porządku. Możesz kroić swój tort. Stooo lat! - powiedziała Melissie głosem najuprzejmiejszym z możliwych. Tak uprzejmym, że wszyscy obecni zorientowali się, że sobie z niej kpi. W pizzerii dało się słyszeć przytłumione śmiechy.
***
Hoon najchętniej zapadłaby się pod ziemię, ale wystarczyło jedno porozumiewawcze spojrzenie Luce, żeby zrozumiała, że wszystko jest w porządku.
Kiedy całe towarzystwo oddaliło się, aby spędzić drugą część przyjęcia w dyskotece, dwie przyjaciółki usiadły na murku w oczekiwaniu na kierowcę pana Grimaldiego, który miał po nie przyjechać. Pulsujący neon pizzerii nadawał placykowi, na którym się znajdowały, wesoły wygląd. Luce nie mogła przestać się śmiać.
- Powinnam ci postawić pomnik. Wyraz twarzy Melissy, gdy wyrwałaś jej nóż, wynagradza mi wszystkie sytuacje, w których zrzucała na mnie winę za to, co przeskrobała. Naprawdę przeczytałaś siedemdziesiąt jeden czy zażartowałaś sobie z mojej kuzynki?
- Jestem dyslektyczką. Często zdarza mi się przestawiać cyfry lub litery w długich wyrazach, których nie znam. Są słowa, których wymówienie sprawia mi trudność, i takie, których za nic nie mogę zapamiętać - powiedziała Hoon. Jej szczerość samą ją zaskoczyła, bo do tej pory nigdy nikomu o tym nie mówiła.
Tego wieczoru opowiedziała Luce o wszystkim. W pierwszych latach szkoły musiała się nieźle natrudzić. Nauka czytania okazała się prawdziwą torturą. Wielu nauczycieli traktowało dziewczynę, jakby była zwyczajnie głupia.
Mama zawsze broniła Hoon, ale nie dało się zaprzeczyć, że jej wyniki w szkole były mierne. Krok po kroku dziewczyna wymyśliła całą serię sztuczek, żeby pokonać trudności. Zaczęło jej iść lepiej. Przełom nastąpił dzięki pani Pervez, nauczycielce, która udzielała jej korepetycji: kobieta odkryła, w czym tkwi problem, i poradziła rodzicom, żeby poszli z córką do logopedy.
Już od pierwszej wizyty u specjalisty życie Hoon zmieniło się na lepsze. Uświadomienie sobie przyczyny popełnianych błędów było pierwszym krokiem do ich naprawy. Chodziła do logopedy przez rok. Dzięki temu jej wyniki w szkole zdecydowanie się poprawiły.
- Nie za bardzo rozumiem, o co chodzi z tą dysleksją - powiedziała Luce. - Wiem tylko, że jesteś jedną z najinteligentniejszych i najsympatyczniejszych osób, jakie kiedykolwiek poznałam.
- Tobie pierwszej o tym opowiadam - wyznała wesoło Hoon.
Twarz przyjaciółki przepełniała duma.
- Dziękuję za zaufanie.
Kiedy się pożegnały, Hoon zrozumiała, że Luce była inną przyjaciółką niż te, które miała do tej pory. Czuła, że mogła jej powiedzieć wszystko i że w każdej sytuacji Luce zawsze stanie po jej stronie.
Czego można chcieć więcej.
Swego czasu nazywano go bogiem. Nazywano go Władcą Wojny. Nazywano go Niszczycielem Ludzi. Jego imię budziło strach, popłoch i grozę. Z kwadrygi zaprzężonej w ziejące ogniem rumaki rozdawał łzy, ból i rozpacz. Zdrada była jego chlubą, kłamstwo - jego prawdą, a przemoc - jego chwałą. Był bogiem pośród bogów. Najbardziej zatrważającym, najokrutniejszym, najdzikszym.
Ale ten czas już przeminął.
Bóg stoczył swoją ostatnią wojnę. Był o krok od sukcesu, ale zwycięstwo nagle wymknęło mu się z rąk. Nie dlatego, że został pokonany, ale dlatego, że jego nieprzyjaciółki zniknęły. Bez przeciwniczek wojna traciła sens. Zwycięstwo było niemożliwe. Władca Wojny pozbawiony nieprzyjaciela nie miał racji bytu.
Teraz Ares nie był już niczym więcej jak tylko cieniem. Demonicznym cieniem, który krążył pomiędzy ośmioma posągami świątyni - Dodekatheonu.
Podszedł do posągu Posejdona, boga mórz. Pośrodku legendarnego trójzębu lśnił, połyskując niebieskim światłem, akwamaryn. Władca Wojny chwycił go i zszedł do tajemnych podziemi Dodekatheonu. To był złowrogi, cichy labirynt. Każdy inny udusiłby się od niezdrowego powietrza, które się tam unosiło. Ares schodził niżej, przemykając przez korytarze, chodniki i tunele. Minął cele, w których więził pokonanych nieprzyjaciół. Szedł jeszcze dalej, omijając szkielety sępów, które były kiedyś jego sługami, oraz Spartów, którzy byli kiedyś jego wojownikami.
Znalazł się naprzeciwko ciemnego jeziora, w najniżej położonej części podziemi. W tych nieruchomych wodach czezł jego ostatni więzień.
Ares uniósł akwamaryn. Kamień rozświetlił się błękitem. Wody jeziora wchłonęły jego blask i zaczęły falować. Na powierzchnię wynurzyła się zielonkawa bańka, w której siedział skulony chłopak. Jego oczy były żywe i uważne, jego ciało - umęczone więzieniem.
- Nie masz jeszcze dość? - zapytał Ares.
Chłopak nie zaszczycił go odpowiedzią.
- Chcę mieć ich moc! - zagrzmiał bóg.
Więzień wciąż milczał.
Bóg zapalił się okrutną wściekłością.
Już od zbyt długiego czasu przesłuchania wciąż wyglądały tak samo: pytania bez odpowiedzi. I jak zawsze jego zapalczywy gniew rozpętał się nad milczącą ofiarą. Poddawszy chłopaka okrutnym torturom, Ares wszedł ponownie do Dodekatheonu, aby kontynuować poszukiwania.
Poszukiwania swoich wrogów, którzy przepadli bez śladu.
***
Bańka ponownie pogrążyła się w otchłani ciemnego jeziora. Znów miała się napełnić wodą aż do chwili, gdy umieszczony w niej chłopak niemal utonie. Więzień wiedział, że kiedy będzie się już żegnał ze światem, wody opadną, żeby znów powrócić i napełnić przeklętą bańkę. I tak cały czas, aż zdecyduje się mówić. Lecz on był pewien, że tego nie zrobi.
Nikt nie zniósłby takich katuszy. Ale dla niego było to proste.
Robił to z miłości.
Luce najbardziej spodobała się zawstydzona mina Priscilli, która wracała na miejsce skulona, przebąkując słowa przeprosin.
- Właśnie postanowiłam, że historia jest moim ulubionym przedmiotem - stwierdziła Luce.
- Moim jest od zawsze! - wyszeptała Hoon. I wyglądało na to, że mówi prawdę.
Lekcja młodego profesora Kowalasky'ego była dużo przyjemniejsza od poprzedniej. Kiedy omawiał materiał swoich zajęć fakultatywnych, które dawały dodatkowe punkty na koniec roku, uwaga całej klasy była skupiona wyłącznie na nim. Zgłosiły się wszystkie dziewczyny, a także wielu chłopców.
Hoon i Luce wpisały się na listę chętnych jako pierwsze.
- Lubicie mitologię grecką? - zapytał profesor.
- Bardziej niż jakąkolwiek inną rzecz na świecie! - odpowiedziała Luce.
Pomyślała jednak zaraz, że trochę przesadziła z tym wybuchem entuzjazmu.
Kiedy Kowalasky wyszedł, Priscilla napisała coś na karteczce, zmięła ją w kulkę i rzuciła nią w głowę Hoon. Ta roześmiała się, ale uśmiech zniknął z jej ust, kiedy przeczytała wraz z Luce treść bileciku:
Zapłacicie mi za to, że przez was tak się zbłaźniłam.
***
- Priscilla zdobyła złoty medal w zawodach na Najbardziej Antypatyczną Osobę w klasie - powiedziała Luce, kiedy wychodziły ze szkoły po lekcjach.
- Nie sądzę, żeby naprawdę chciała nam coś zrobić - uznała Hoon. - To klasyczny przypadek panny, która truje, dopóki nie znajdzie kolejnej osoby, z którą mogłaby zadrzeć. Poza tym nie wydaje mi się, żeby profesor jakoś się na nią uwziął. Priscilla po tygodniu zapomni, że nas nienawidzi.
Luce patrzyła, jak jej koleżanka majstruje przy kłódce swojego męskiego, różowego roweru, tak jaskrawego, że bijący od niego blask mógłby oświetlić całe miasto. Nie mogła jednak przestać myśleć o wstrętnej Venom.
- Wiem tylko, że nie zaproszę jej na moje urodziny. Za to ty otworzysz listę gości - ogłosiła.
- Dziękuję! - zaszczebiotała Hoon z mile zaskoczoną miną. Potem wskazała na ramę roweru. - Podwieźć cię? Mieszkam w okolicy mostu Taruk, na północnym brzegu Potamoku.
Potamok był błękitną cieśniną, która dzieliła Rainbow Hill na dwie części i łączyła dwa morza otaczające miasto. Przerzucony nad nią most Taruk był arcydziełem inżynierii. Luce bardzo go lubiła. Było tam sześć pasów, po których z szaloną prędkością przejeżdżały samochody, ale po każdej ze stron była także ścieżka rowerowa, a obok niej - chodnik. Z mostu widać było całe miasto i ujście cieśniny do dwóch mórz. O każdej porze był to widok zapierający dech w piersiach.
- Świetnie, ja mieszkam tylko trochę dalej! - zgodziła się Luce. Wrzuciła torbę do przedniego koszyka i usiadła na ramie.
Hoon zaczęła pedałować. Przejechała kilka pierwszych metrów zygzakiem, żeby przyzwyczaić się do dodatkowego obciążenia, ale szybko zdołała odzyskać równowagę.
- Opowiedz mi o przyjęciu - poprosiła koleżankę, nie odrywając oczu od drogi.
- Tak naprawdę wiem tylko, że chcę je urządzić i że jesteś zaproszona. I że w tym roku planuję je zorganizować dokładnie w dniu moich urodzin: 23 listopada.
Nie zwalniając nawet na chwilę, Hoon utkwiła w niej pełne zaskoczenia spojrzenie.
- Ja też mam urodziny tego dnia! - wykrzyknęła. - Może razem urządzimy przyję...
Buuum! Hoon nie zdążyła dokończyć zdania. Zbyt pochłonięta wpatrywaniem się w Luce, nie zauważyła innej dziewczyny na rowerze i w nią wjechała.
- Gdzie wy macie oczy? - wybuchnęła potrącona rowerzystka.
Luce rozpoznała Sid Madison, którą kilka godzin wcześniej ochrzciła mianem Królowej Fochów.
- Wybacz. W ogóle cię nie zauważyłam. Coś cię boli? - zapytała Hoon, wstając z ziemi.
- W porządku... - burknęła Sid i chciała podnieść rower Hoon. Chwyciła za pedał, ale ten został jej w dłoni, wprawiając ją w kompletne osłupienie.
- Co ty wyprawiasz?! Zwariowałaś?! - wrzasnęła Luce.
- Idź do diabła! - zniecierpliwiła się Sid.
Potem wskoczyła na swój rower i pomknęła przed siebie, kipiąc ze złości.
- I co teraz? - zmartwiła się na głos Hoon.
- Odprowadzimy rower do twojego domu. Chętnie się z tobą przejdę - odparła z uśmiechem Luce. - Będziemy mogły sobie do woli wymyślać na Królową Fochów. Wiesz, że dziś rano o mało się z nią nie pokłóciłam?
- Królową Fochów? - zapytała Hoon, śmiejąc się.
***
Sid dojechała do domu, pedałując najszybciej, jak umiała.
Nie weszła od strony ogrodu, tylko zajrzała najpierw do sklepu matki, projektantki biżuterii, która sprzedawała swoje wyroby i reperowała te, które jej przynoszono. Wielobarwna witryna była jedynie zapowiedzią feerii kolorów, tonów i odcieni wyeksponowanych w środku kamieni szlachetnych oraz półszlachetnych.
- Witaj w domu! Jak minął pierwszy dzień w liceum? - zapytała ją z szerokim uśmiechem mama. Gail Madison zawsze była uśmiechnięta, ale kiedy widziała Sid, rozpromieniała się jeszcze bardziej.
- Straszne nudy. Wstąpiłam tylko, żeby się z tobą przywitać. Zaraz mam trening - odpowiedziała dziewczyna, przewidując w myślach kolejne pytanie.
- Teraz? Nic nie zjesz?
- Zjem, jak przyjdę. Ale nie czekaj na mnie, jeśli będziesz głodna.
Sid zauważyła przyzwalające skinienie mamy, która nic nie mówiąc, pochyliła się znów nad naszyjnikiem z kwarcowego tygrysiego oka.
Dziewczyna doskonale zdawała sobie sprawę z cichego porozumienia, które między nimi panowało: Gail nigdy nie wtrącała się do jej szermierczej pasji, a ona nie oczekiwała, że mama przerwie swoją pracę na dłużej niż trzydzieści sekund, chyba że chodziłoby o coś naprawdę ważnego. Wiedziała także, że wszystko, co dotyczy jej, zalicza się do kategorii rzeczy bardzo ważnych.
- Nie widziałaś mojej torby? - zapytała Sid.
Mama znów nieznacznie skinęła, nie odrywając oczu od naszyjnika.
- Zostawiłaś ją wczoraj w salonie, pod szkatułą z naszym obsydianem.
***
Niecałe dziesięć minut później Sid była już w hali sportowej. Nie było miejsca na ziemi, które kochałaby bardziej. Lubiła trening i rywalizację. Ekscytowało ją samo wejście na planszę. Muzyka na hali, szczęk krzyżujących się w tle szabli, floretów i szpad sprawiały, że traciła głowę.
Dziewczyna stała obok planszy ze swoim najlepszym przyjacielem Dude'em, z którym od lat uprawiała szermierkę.
- Obiecaj, że dzisiaj nic nie roztrzaskasz - rzucił ze śmiechem chłopak, chwytając za swoją szablę.
- Nie zachowuj się jak Dawson. Wiesz, że nie robię tego specjalnie - mruknęła Sid.
- Ale ostatnio często ci się to zdarza. Musisz się nauczyć panować nad swoją siłą. Wtedy nikt nie odbierze ci tytułu mistrzyni olimpijskiej w szabli kobiet.
Sid wysłuchała z uwagą rady kolegi i wymamrotała:
- Wystarczyłaby wygrana w kolejnych zawodach z dziewczynami z Majong Town. Im wcześniej uda mi się zapanować nad moją siłą, tym lepiej. Dzisiaj prawie roztrzaskałam rower.
- O, nie!
- I tak należał do pewnej wstrętnej panny - stwierdziła Sid i weszła na planszę razem z Dude'em.
Ukłonili się sobie i założyli maski. Chłopak zaatakował pierwszy. Sid sparowała pchnięcie pierwszą zasłoną i od razu przeszła do kontrataku. Dude wybronił się, ale drugie uderzenie było tak mocne, że broń wypadła mu z ręki.
- Jesteś niemożliwa! - wybuchnął, unosząc maskę i wykonując piruet. - Jestem facetem, wygrywam prawie wszystkie zawody, w których biorę udział, jestem silniejszy... A ty mnie obezwładniasz!
- Wybacz, chciałam tylko pchnąć cię szablą!
Sid było naprawdę przykro. Jej problem polegał na tym, że kiedy wchodziła na planszę, całą uwagę skupiała na przeciwniku. Bardzo lubiła Dude'a i nie miała zamiaru go upokorzyć, a wydawało jej się, że właśnie to zrobiła. Pchnąć go szablą, żeby zdobyć punkt, to było jedno, ale obezwładnić go w ten sposób - to już zupełnie co innego.
- Uspokój się, Sid - rozległ się w hali chrypiący głos trenerki. Patty Dawson podeszła do dziewczyny i poprawiła jej postawę. - Masz siłę, talent, technikę i wytrzymałość, ale jeśli nie nauczysz się nad nimi panować, nigdy nie będziesz nic warta na planszy!
"Zdziwiłabym się" - pomyślała Sid. Nie mogła zrozumieć, dlaczego pani Dawson nie przepuszcza jej najmniejszego błędu, a dla wielu mniej zdolnych dziewczyn jest dużo bardziej wyrozumiała.
- Zrobiliście już rozgrzewkę? - zapytała trenerka.
- Oczywiście! - Sid i Dude skłamali jednogłośnie tonem niewiniątek.
Dziewczyna poczuła ulgę, widząc, że przyjaciel puszcza do niej oko i ponownie zakłada maskę. Nie obraził się i był znów gotowy skrzyżować broń.
- En garde! - krzyknęła trenerka.
Sid pokazała piękny wypad, pchając Dude'a szablą.
- Nie dziel skóry na niedźwiedziu. Dopiero zaczynamy - próbował z niej zakpić przyjaciel, ale dziewczyna nawet go nie usłyszała.
Była na planszy i o niczym nie myślała, nic nie mówiła, nic nie czuła. Istniała dla niej tylko szabla, która była jakby częścią jej ciała.
I była gotowa do kolejnego wypadu.
O, nie!!! Ty szkodniku! - wrzasnęła Luce, patrząc na odrażającą brązową breję, która ściekała po jej koszulce. Koszulce, którą naszykowała sobie już dawno, żeby założyć ją pierwszego dnia szkoły. Nie pierwszego dnia jakiejś tam szkoły, ale pierwszego dnia liceum.
Lecz jej nieznośny braciszek, najbardziej nieokiełznany pięciolatek, jakiego można by sobie wyobrazić, postanowił właśnie dziś wylać na nią czekoladę.
- Popamiętasz mnie, kiedy będziesz szedł do podstawówki! - krzyknęła Luce do chichoczącego Gingiego.
Ogarnięta paniką dziewczyna wbiegła po schodach, wpadła do pokoju i otwarła na oścież szafę w poszukiwaniu stosownej koszulki. Szukała, szperała i przetrząsała garderobę, rzucając na łóżko bluzki, które się nie nadawały. Przy dziesiątym T-shircie z kuchni dał się słyszeć świdrujący krzyk:
- Luce, jesteś spóźniona! - krzyknęła mama.
Jakby córka tego nie wiedziała...
Zaplanowała wszystko, żeby na spokojnie dotrzeć do szkoły. Chciała mieć czas na wybranie najlepszej ławki i osoby, z którą będzie siedzieć, ale jej misterny plan właśnie legł w gruzach.
W końcu znalazła ciemnoróżową koszulkę, której szukała, ale zaraz z powrotem wepchnęła ją do szafy, bo zbytnio rzucała się w oczy jak na pierwszy dzień szkoły. Ta zielona mogłaby być, ale brakowało jednego guzika. Czerwona była rozpruta, a biała - nieuprasowana. Była jeszcze ta, którą wkładała wyłącznie na zakupy, ta do tańczenia oraz ta, którą podarowała jej ciotka. Ale żadna jej nie odpowiadała. Najlepsze T-shirty były w praniu.
Przy piętnastym wrzasku mamy, której ton głosu tym razem nie znosił sprzeciwu, Luce założyła w biegu koszulkę, którą właśnie trzymała w dłoni. Nie mogła wybrać gorzej - miała na sobie Koszmarę, koszulkę przynoszącą pecha. Za każdym razem, gdy ją wkładała, wszystko szło nie tak.
- Co cię ugryzło? Nie chciałaś być w szkole przed czasem? - zapytał córkę tata, wchodząc do pokoju z uśmiechem dodającym otuchy.
W końcu jakiś pozytywny akcent tego tragicznego poranka.
- Drobne komplikacje. Nie podwiózłbyś mnie? - poprosiła dziewczyna.
- Przykro mi, ale muszę jechać na drugi koniec miasta.
- Błagam! Jeśli mnie nie odwieziesz, moje życie legnie w gruzach! - upierała się Luce, trzepocząc rzęsami i czując, jak oblewa ją fala gorąca. Utkwiła wzrok w wahającym się tacie.
- Ale musimy natychmiast wychodzić...
- Jestem gotowa! - zawołała Luce, bo nie miała najmniejszego zamiaru przepuścić ostatniej okazji, żeby pojawić się w szkole na czas.
Chciała się jeszcze przebrać, ale uznała, że spóźnienie przyniosłoby jej gorszego pecha niż feralna koszulka.
Niestety, Koszmara zaczęła działać. Kiedy młodziutki kierowca rodziny Grimaldich, Daniel Paddington, ugrzązł w największym korku, jaki kiedykolwiek powstał na Rainbow Hill, nie mógł nic zrobić.
Luce była coraz bardziej niespokojna.
- Wysiądę tutaj - postanowiła. - Jeśli pobiegnę, może uda mi się dotrzeć przed końcem wszystkich lekcji!
- Udanego pierwszego dnia w szkole, licealistko! - wykrzyknął tata, gdy córka katapultowała się z samochodu.
Gdy Luce dotarła na szkolny dziedziniec, jej oczom ukazał się przygnębiający widok.
Stary budynek źle zniósł ogromne trzęsienie ziemi, które dotknęło miasto jakieś dziesięć lat wcześniej. Był ponury i niezbyt zachęcający. Zdawał się mówić: "Jesteś niegodna, żeby tu wejść, ale jeśli już to zrobisz, czekają cię katusze". Nie było przed nim nawet gromady hałasujących uczniów, którzy uprzyjemniliby smutny widok.
Wszyscy już weszli.
Gdy Luce wbiegała po schodach wejściowych, starając się nadrobić spóźnienie, została popchnięta przez inną spóźnialską, zdecydowanie szybszą od niej. Ale także gorzej wychowaną, zważywszy na to, że nie raczyła jej nawet przeprosić.
- Ruszaj się! Jesteśmy spóźnione! - warknęła nieznajoma najbardziej gburowatym tonem, jaki kiedykolwiek słyszano w tym mieście.
- Musisz być genialna, że to zauważyłaś! - odparła Luce, która nie była bynajmniej typem pokornie znoszącym impertynencje.
Dwie kłócące się dziewczyny rozdzieliła potężna woźna dyżurująca przy wejściu.
- Fatalny początek, moje drogie! - zaczęła. - W tej szkole nie toleruje się spóźnień. Jutro musicie przynieść usprawiedliwienie podpisane przez rodziców.
- Postaramy się - odparła gburowata uczennica, którą Luce ochrzciła natychmiast mianem Królowej Fochów.
Luce, trzepocząc rzęsami i czując, że znowu ogarnia ją dziwne ciepło jak niecałe pół godziny wcześniej, zwróciła się do woźnej:
- Czy byłaby pani tak miła i wskazała mi klasę I F?
- Do góry po schodach, pierwsza sala po prawej. Jeśli się pośpieszysz i będziesz mieć trochę szczęścia, zdążysz przed Johnson - odpowiedziało udobruchane kobiecisko, a potem innym tonem zwróciło się do Królowej Fochów: - A ty?
- Sid Madison, I C - odparła potulnie dziewczyna.
Luce ruszyła znów biegiem, ciesząc się w myślach, że Sid nie jest z nią w klasie. Zatrzymała się przed zamkniętymi drzwiami i wzięła głęboki wdech. Do jej nosa dotarł dziwny zapach, mieszanka kurzu i kredy.
Wprawdzie plan Luce się nie powiódł, ale przynajmniej miała szansę na wejście w wielkim stylu. Przybrała swój najpiękniejszy uśmiech i otworzyła drzwi.
To, co zobaczyła, nie przypominało tego, czego się spodziewała. Zazwyczaj ludzie uprzejmie odpowiadali na jej uśmiechy. Tym razem powitało ją spojrzenie dwudziestu ośmiu par wybałuszonych oczu i stara, zgorzkniała kwoka usadowiona za biurkiem.
- Niepunktualność jest równoznaczna z brakiem szacunku. Nazywasz się...?
- Luce Grimaldi, proszę pani. I zazwyczaj jestem punktualna, ale dziś rano...
Profesor Johnson, przypominająca raczej sępa niż istotę ludzką, przerwała jej szorstko:
- Oszczędź mi tłumaczeń i siadaj - powiedziała, nie przestając się jej przyglądać.
Luce przytaknęła, skinąwszy głową, i ruszyła w stronę jednego z wolnych miejsc. Blisko okna, w pierwszej i do tego pustej ławce. Właśnie tak, jak chciała za wszelką cenę uniknąć.
Wyglądało na to, że Koszmara robi wszystko, żeby zniszczyć kolejne pięć lat jej życia.
Profesorka Sęp kontynuowała wywód, drapiąc się po dłoniach, jakby miała świerzb.
- Jak już mówiłam, zanim tak nieprzyjemnie mi przerwano, wymagam od was uwagi, zainteresowania, odpowiedzialności, ciszy, a przede wszystkim porządku i punktualności!
W chwili, gdy wypowiadała słowo "punktualności", ktoś zapukał do drzwi.
Profesor Johnson zaskrzeczała energicznie:
- Wejść!
Kiedy zobaczyła, że do klasy wchodzi kolejna spóźnialska, zaczęła jeszcze zacieklej drapać się po dłoniach.
- Spóźniłam się - oświadczyła wesoło nowo przybyła i nie czekając na odpowiedź, ruszyła do ławki, w której siedziała Luce.
- Wasze dwie koleżanki z pierwszej ławki właśnie zademonstrowały wszystko to, co nie powinno nigdy więcej mieć miejsca - skonstatowała Sęp-Johnson i wciąż obdzierając sobie dłonie, zaczęła ponownie wymieniać to wszystko, co powinno i nie powinno się wydarzyć podczas jej zajęć z literatury.
Luce zaczęła przyglądać się nowej koleżance. Wydała jej się ona dość dziwna. Być może z powodu kroju koszulki: długiej z prawej strony i krótkiej z lewej, i tak żółtej, że przypominała światła przeciwmgielne. Albo też z powodu zaskakującego zestawienia koszulki ze zjawiskowymi chabrowymi oczami osadzonymi na orientalnej twarzy.
Ale dziewczyna wydała się jeszcze dziwniejsza, kiedy wyciągnęła z plecaka coś w rodzaju materiałowego kuferka, który służył jej za piórnik. Otworzyła go nieśpiesznie i jeszcze wolniej zaczęła układać na ławce nieprzebraną ilość kolorowych długopisów. W dodatku nawet nie uraczywszy sąsiadki spojrzeniem. Jakby w ogóle jej nie zauważyła!
Luce była coraz bardziej przekonana, że Koszmara postanowiła ją zgubić. "Profesorka od literatury mnie nienawidzi, siedzę w pierwszej ławce, i to obok najbardziej szurniętej osoby w klasie" - pomyślała, czując wszechogarniające przygnębienie.
Strumień jej myśli przerwał głos koleżanki.
- Jeśli czegoś potrzebujesz, bierz, co chcesz - powiedziała z uprzejmym uśmiechem, wskazując na długopisy.
No dobra, może i dziewczyna była szurnięta, ale przynajmniej wydawała się miła. W taki poranek jak ten to już coś.
- Dziękuję, ja jestem Luce - wyszeptała Luce równie uprzejmie, starając się, żeby nie usłyszała jej nauczycielka.
- A ja Hoon. To koreańskie imię. Tak zresztą jak ja.
Dziwna dziewczyna już miała odwrócić się w stronę profesorki, kiedy jej wzrok zatrzymał się na Koszmarze.
- Ładna koszulka - skomentowała.
Luce zadrżała. Bezpośrednie mówienie o pechowej koszulce mogło przynieść katastrofalne skutki. Ale ponieważ zależało jej na tym, żeby wyglądać elegancko, z przyjemnością przyjęła komplement.
- Ja też tak pomyślałam, gdy ją kupowałam. Kiedyś opowiem ci...
Jej wypowiedź przerwał wrzask:
- Dość tego!
Profesorka Sęp zorientowała się, że dwie dziewczyny właśnie ucinają sobie pogawędkę.
- Nie dość, że się spóźniłyście, to jeszcze nie uważacie na lekcji.
Luce nie miała wątpliwości, że ton był groźny, ale nie mogła się pohamować.
- Myślałam, że pani jeszcze nie zaczęła! - odparła.
Nauczycielka zignorowała wypowiedź.
- Najwyraźniej w tym roku trafiła mi się najgorsza klasa, jaką można sobie wyobrazić! - użalała się, drapiąc nerwowo dłonie. - Miałam zamiar ogólnie sprawdzić wasze wiadomości, ale w tej sytuacji czuję się zmuszona porządnie was odpytać.
- Kiedy? - zapytała ledwie słyszalnym głosem jedna z dziewczyn w klasie.
- Teraz! Natychmiast! I zacznę właśnie od naszych dwóch spóźnialskich.
Luce wzdrygnęła się. Koszmara chciała ją dobić.
- Wasze nazwiska proszę! - zaskrzeczała profesorka.
Zdarzało się często, że Hoon, pochłonięta swoimi myślami, traciła kontakt z rzeczywistością. Teraz jednak zauważyła, że Luce pobladła. Kiedy więc wstawała od ławki, żeby pójść do tablicy, zrzuciła trzy długopisy i podnosząc je z podłogi, wyszeptała:
- Jeśli o coś cię zapyta i nie będziesz umiała odpowiedzieć, dotknij swojego ramienia. Jeżeli będę znała odpowiedź, udzielę jej zamiast ciebie i udam, że źle zrozumiałam.
Zauważyła wdzięczność w oczach nowej koleżanki i jeszcze coś - odrobinę niedowierzania. I trudno było się temu dziwić. Hoon była dla niej miła - jak zresztą zawsze dla wszystkich, bo po prostu lubiła taka być - ale nie miała już takiej pewności co do tego, czy naprawdę jest przygotowana do odpowiedzi. Lubiła czytać, ale nie była jakoś szczególnie pilna. Jedyną nadzieję pokładała w swoim pstryku.
Pstryku, który uratował ją także podczas ostatniego egzaminu.
Hoon spojrzała na drżące dłonie Luce i na drapiące się nerwowo ręce profesorki. Stojąc przed tablicą, zastanawiała się, jaka dziwna choroba zmusza nauczycielkę do drapania się w tak odrażający sposób. Jakaś niespotykana alergia? Obrzydliwy pasożyt skóry? Czy po prostu pani Johnson była pomylona?
Nagle do jej uszu dobiegły słowa profesorki.
- Panno Song, od razu widać, że nie znasz odpowiedzi. Wracaj na miejsce.
Hoon się speszyła. Pochłonięta snuciem domysłów na temat tiku nauczycielki nawet nie usłyszała pytania.
- Chodzi o to, że nie zrozumiałam, o co mnie pani zapytała.
Powstrzymując kipiącą złość, profesorka zwróciła się do tłustawego chłopaka siedzącego pośrodku pierwszego rzędu:
- Przedstaw się i powtórz koleżance, o co pytałam.
- Nazywam się Fred Rinoir, a pani, pani profesor, zapytała, kto napisał Króla Edypa - powiedział wazeliniarskim głosem chłopak, wymawiając z francuska "r".
Hoon oblał zimny pot. Czy ktoś kiedykolwiek o tym słyszał? Zobaczyła, jak usatysfakcjonowany i złośliwy uśmiech rozlewa się na twarzy nauczycielki, która zrozumiała, że przyłapała uczennicę na nieprzygotowaniu. Dziewczyna czuła, że gdzieś w środku wzbiera w niej złość. To wszystko, co właśnie się działo, było niesprawiedliwe - nie można odpytywać pierwszego dnia szkoły i zadawać pytań, nic uprzednio nie wyjaśniwszy.
- Jak już powiedziałam, możesz wracać na miejsce - ucięła krótko profesorka.
Hoon odwróciła się do niej plecami i ruszyła w stronę swojej ławki. Nie miała pojęcia, co powie rodzicom: jak przyznać się do pały pierwszego dnia w szkole?
Już miała usiąść, kiedy przed oczami stanęła jej twarz taty, który milcząco potrząsał głową, a potem...
Pojawił się pstryk.
- Sofokles - powiedziała po prostu.
Zrobiła w tył zwrot i pokrzepiona uśmiechem Luce wróciła do tablicy, napawając się poirytowaniem zdziwionej nauczycielki.
- A Medeę?
Tego tytułu też nigdy nie słyszała. Ale... pstryk.
- Eurypides.
Prawidłowa odpowiedź.
- Metamorfozy?
Pstryk.
- Owidiusz.
Znów strzał w dziesiątkę.
Nauczycielka nie miała zamiaru odpuścić.
- Podaj trzy przykłady heksametru daktylicznego oraz tytuły trzech wierszy metafizycznych i wymień trzy dzieła Miltona.
Pstryk.
Pstryk.
Pstryk.
Hoon odpowiedziała poprawnie na ostatnie trzy pytania, a także na kolejną serię - niezmiennie dzięki cennej pomocy swoich pstryków. Bardziej niż odpytywanie przypominało to mecz ping-ponga, który zakończył się wraz z dzwonkiem na przerwę.
- Song i Grimaldi, wracajcie na miejsce! I żeby mi się to nigdy nie powtórzyło, że przychodzicie spóźnione - powiedziała tylko profesorka Sęp, zamykając dziennik.
Potem wyszła.
Hoon była tak oszołomiona, że z trudem pojmowała, co się właśnie wydarzyło.
- Jesteś genialna! - krzyknęła do niej zachwycona Luce.
- Dobrze odpowiedziałam? - zapytała Hoon, która wciąż miała mętlik w głowie.
- Jeszcze się pytasz? Odpowiedziałaś na wszystkie pytania, i to tak szybko, że profesorka nie wiedziała już, o co cię zapytać!
Hoon się uśmiechnęła. Podobał jej się zachwyt koleżanki z ławki.
- Skąd wiedziałaś, jak na nie odpowiedzieć? Chodziłaś do jednej ze szkół dla geniuszy?
- Nie wiedziałam, że wiem - rzuciła dziewczyna ze śmiechem. - I prawdę mówiąc, pierwszy raz ktoś mi powiedział, że jestem geniuszem. Zazwyczaj ludzie myślą, że jestem dziwna.
- Dziwna to jest twoja koszulka, ty jesteś geniuszem! - wyparowała Luce.
Hoon zauważyła zakłopotanie koleżanki, która wystraszyła się, że powiedziała zbyt dużo.
- Moja mama też tak mówiła o koszulce - przyznała, żeby Luce poczuła się mniej nieswojo - ale to moja ulubiona.
Hoon była w pełni usatysfakcjonowana pierwszą godziną w szkole: jej koleżanka z ławki okazała się wulkanem energii, miała na tyle dużo entuzjazmu, żeby móc zabawnie spędzać z nią czas, a do tego była piękna. Nie należała do tych, co są ładne tylko dlatego, że mają ładny nos lub ładne ciało. To Luce z pewnością również miała, ale było w niej jeszcze coś - może ładne myśli, może ładny charakter albo ładna osobowość.
Ponieważ profesor mający prowadzić drugą lekcję jeszcze nie przyszedł, Hoon i Luce zaczęły przyglądać się kolegom, żeby ocenić, z kim mogłyby znaleźć wspólny język. Niestety, pierwszą osobą, którą zobaczyły, była pretensjonalna panna, która właśnie kroczyła w ich kierunku z histerycznym wyrazem twarzy.
- Co wam strzeliło do głowy? Wkurzyłyście Johnson! To najsurowsza nauczycielka w całej szkole. Przez was nazwała nas najgorszą klasą, jaką można sobie wyobrazić!
Hoon patrzyła na nią w osłupieniu. Nie wiedziała, jak zareagować na taki wybuch złości poza wysłaniem koleżanki do diabła. Ale ponieważ lubiła być miła, wolała nie wdawać się w dyskusję. Przecież i tak, wcześniej czy później, panna skończy mówić i się odczepi. Tymczasem Luce, udając, że układa książki, i nawet nie spojrzawszy na rozmówczynię, miłym głosem i ze słodkim uśmiechem na ustach odpowiedziała także za Hoon.
- Nie pamiętam, jak masz na imię - oznajmiła po prostu.
- Nazywam się Priscilla Venom, a ty jako jedyna w tej szkole o tym nie wiesz! - najeżyła się dziewczyna.
- Nie wiem, jak mogłam do tej pory żyć bez tej jakże cennej informacji! - odparła rozanielona Luce. Rzuciła zaciekawione spojrzenie ponad plecami Priscilli i kontynuowała: - Słuchaj, ktoś właśnie wchodzi do klasy.
Venom odwróciła się i zobaczyła osobę, której Hoon i Luce przyglądały się z nieskrywaną przyjemnością.
- To chyba ktoś z ostatniej klasy - szepnęła Hoon.
- I to najprzystojniejszy w całej szkole - dodała Luce.
Chłopak usiadł na miejscu profesora i się uśmiechnął.
- Yyy... a ty co tu robisz? - nie wytrzymała Priscilla.
Wyraźnie rozbawiony przystojniak odgarnął włosy do tyłu.
- Czekam, aż wrócisz na miejsce, bo chcę zacząć lekcję.
A niech to... To był profesor!
Młody i przystojny, ale jednak profesor.