Dziewczyny z Dubaju 2 - Piotr Krysiak

-
Proszę czekać

Wstęp

WSTĘP... DO HAREMU

-?Książę Mau­laj Raszid był dla cie­bie hojny?

-?Skła­ma­ła­bym, gdy­bym powie­działa, że miał węża w kie­szeni. Kiedy nudziło nam się sie­dze­nie w base­nie i jacuzzi, pro­si­łam Raszida o zor­ga­ni­zo­wa­nie wypadu na mia­sto. Ni­gdy nie pro­te­sto­wał. Zle­cał wszystko Kama­lowi albo Isha­mowi i rano poja­wiał się kie­rowca z kartą kre­dy­tową księ­cia. Pła­cił za wszyst­kie zakupy. Zwy­kle jecha­ły­śmy na suk, czyli bazar w Raba­cie, na któ­rym było wszystko -?od cera­miki po pamiątki, ubra­nia czy buty. Każda z nas wra­cała z zaku­pów ze spo­rymi tor­bami. Ale nie prze­gi­na­ły­śmy. Zwłasz­cza, że przy­wo­zi­łam z takiego wyjazdu dwa czy trzy tysiące dola­rów i mia­łam wra­że­nie, że zała­pa­łam Pana Boga za nogi. Wszy­scy bar­dzo dobrze mnie trak­to­wali, czu­łam się jak na waka­cjach, a w dodatku zara­bia­łam duże pie­nią­dze. Dopiero po wybu­chu afery, kiedy zaczęto mówić o staw­kach sute­ne­rek, oka­zało się, że tyle kasy, ile ja tył­kiem zara­bia­łam w tydzień, to one w jeden albo dwa dni miały! I to od każ­dej z nas...

-?Plot­ko­wa­ły­ście o zarob­kach sute­ne­rek?

-?Wie­dzia­ły­śmy, że nie pra­cują cha­ry­ta­tyw­nie, ale nie mia­ły­śmy świa­do­mo­ści, że w grę wcho­dzą aż tak duże pie­nią­dze.

-?Pamię­tasz swój ostatni wyjazd do Mau­laja Raszida?

-?To było Maroko. Nie wie­dzia­łam, że widzimy się po raz ostatni. Pamię­tam, że wró­ci­łam do kraju i nie­mal od razu poje­cha­łam zezna­wać do pro­ku­ra­tury w spra­wie seks-wyjaz­dów. To był czas, kiedy zale­d­wie kilka osób w kraju znało kulisy tej sprawy, a całe śledz­two toczyło się w pro­ku­ra­tu­rze we Wro­cła­wiu.

-?Boisz się cze­goś?

-?Kie­dyś się bałam, że jeśli komuś o wszyst­kim opo­wiem, to moi klienci odnajdą mnie i zro­bią mi krzywdę. To zamożni i wpły­wowi ludzie. Dużo mogą. To dla­tego w pro­ku­ra­tu­rze byłam oszczędna w sło­wach. Bałam się, że jeśli coś powiem, wymie­nię ich nazwi­ska, to mogą sta­rać się mnie uci­szyć. Na zawsze.

HIMALAJE HIPOKRYZJI MAROKAŃSKICH "ROYALSÓW"

Mau­laj Raszid to 53-letni dziś brat króla Maroka Muh­ha­mada VI. Z rela­cji pol­skich pro­sty­tu­tek wynika, że był jed­nym z ich naj­lep­szych klien­tów. Z ich usług, podob­nie jak z usług sute­ne­rek, korzy­stał regu­lar­nie. W trzech nale­żą­cych do niego wil­lach w Raba­cie urzą­dził sobie luk­su­sowy harem z pol­skimi dziw­kami. "Prze­miał" był jak w fabryce... Choć kobiety przy­znają, że pobyt u księ­cia bar­dziej przy­po­mi­nał eks­klu­zywne waka­cje, niż pracę w bur­delu.

Z akt zgro­ma­dzo­nych przez Pro­ku­ra­turę Ape­la­cyjną we Wro­cła­wiu, która pięć lat pro­wa­dziła śledz­two w spra­wie eks­klu­zyw­nej pro­sty­tu­cji kobiet wynika, że harem w Maroku funk­cjo­no­wał co naj­mniej od 2000 do 2011 roku. Według moich usta­leń -?znacz­nie dłu­żej. Nie można rów­nież wyklu­czyć, że książę Mau­laj Raszid wciąż korzy­sta z usług pol­skich pro­sty­tu­tek.

Bazu­jąc zezna­niach pol­skich escort girls i dowo­dach, które zgro­ma­dziła pro­ku­ra­tura można stwier­dzić, że mie­sięcz­nie przez muzuł­mań­ski harem księ­cia prze­wi­jało się co naj­mniej dwa­dzie­ścia pol­skich eks­klu­zyw­nych pro­sty­tu­tek. Każda za dzień pobytu w Maroku otrzy­my­wała 200 dola­rów. Ta, która upra­wiała seks z Mau­la­jem Raszi­dem lub jego gośćmi, 400 dola­rów. Sute­nerka, która orga­ni­zo­wała wyjazd, zgar­niała dru­gie tyle za każdą dziew­czynę i za każdy dzień jej pobytu. Zatem jedna pro­sty­tutka kosz­to­wała księ­cia dzien­nie od 400 do 800 ame­ry­kań­skich dola­rów. Do tego oczy­wi­ście docho­dzą nie­małe prze­cież koszty utrzy­ma­nia, wyży­wie­nia i podróży, za które rów­nież pła­cił Raszid.

Ile zatem w ciągu jede­na­stu lat na swoje cie­le­sne ucie­chy wydał książę z kasy monar­chii? Rachu­nek jest pro­sty. Zakła­da­jąc, że w ksią­żę­cych apar­ta­men­tach pro­stytutki spę­dzały 28 dni w mie­siącu, połowa z nich upra­wiała seks, a druga tylko leżała w jacuzzi, to w ciągu 11 lat maro­kań­ski budżet został uszczu­plony o bli­sko 4,5 miliona dola­rów! Tylko za sprawą dziew­czyn z Pol­ski. Tym­cza­sem według pro­stytutek, z któ­rymi roz­ma­wia­łem, na dwo­rze księ­cia poja­wiały się także Ukra­inki i Rosjanki. Nie bra­ko­wało rów­nież maro­kań­skich pro­stytutek. Tak więc moje sza­cunki, na nie­szczę­ście budżetu arab­skich "roy­al­sów", są obar­czone spo­rym mar­gi­ne­sem błędu...

Warto pod­kre­ślić, że mówimy o kraju, który boryka się z gigan­tycz­nymi pro­ble­mami -?eko­no­micz­nymi i spo­łecz­nymi. Według danych UNE­SCO z 2018 roku, pra­wie sie­dem milio­nów Maro­kań­czy­ków powy­żej 15 roku życia pozo­staje anal­fa­be­tami. Są też bada­nia które poka­zują, że odse­tek osób które nie piszą i nie czy­tają jest znacz­nie wyż­szy i wynosi około 30%. Maroko mie­rzy się też z gigan­tycz­nym bez­ro­bo­ciem -?w 2020 roku wskaź­nik w gru­pie wie­ko­wej 15-24 lata się­gał pra­wie 31%. Aż 20% bez­ro­bot­nych to absol­wenci szkół wyż­szych.

Bieda, brak pracy i rów­nych szans powo­dują, że coraz wię­cej mło­dych Maro­kań­czy­ków decy­duje się na wyjazd za gra­nicę. Przede wszyst­kim do Hisz­pa­nii i Fran­cji. Tylko w tych dwóch kra­jach żyją pra­wie dwa miliony maro­kań­skich emi­gran­tów. W Maroku kwit­nie za to pro­sty­tu­cja. I choć jest zaka­zana, to nie widzi jej chyba tylko Allah. Zna­le­zie­nie dam­skiej czy męskiej pro­sty­tutki zaj­muje bowiem mniej czasu, niż zro­bie­nie zaku­pów w skle­pie spo­żyw­czym.

Dodat­kowo w kraju nagmin­nie docho­dzi do łama­nia praw czło­wieka, a na media noto­rycz­nie nakła­dany jest kaga­niec cen­zury. Wielu nie­za­leż­nych dzien­ni­ka­rzy tra­fiło do wię­zie­nia. W 2016 roku wydawca popu­lar­nego dzien­nika "Alaan" został oskar­żony o znie­sła­wie­nie rządu po opu­bli­ko­wa­niu tek­stu o jed­nym z urzęd­ni­ków, który pod­czas dele­ga­cji finan­so­wa­nej z budżetu pań­stwa zaku­pił alko­hol (jego picie przez Islam jest surowo zabro­nione). Dzien­ni­karz został wezwany do zapłaty 50 000 dir­ha­mów maro­kań­skich (rów­no­war­tość 10 mie­sięcz­nych pen­sji w Maroku) oraz ska­zany na dwa mie­siące wię­zie­nia w zawie­sze­niu. W tym samym roku na kilku dzien­ni­ka­rzy nało­żono zakaz opusz­cza­nia kraju. W przy­padku jego złama­nia zosta­łoby im ode­brane prawo wyko­ny­wa­nia zawodu. Dzien­ni­karze nara­zili się kró­lowi tym, że kwe­stio­no­wali słusz­ność jego dzia­łań i poli­tykę wewnętrzną kraju.

Wie­lo­krot­nie myśla­łem o tym, by wybrać się do Maroka. Zoba­czyć słynny kolo­rowy suk, Mara­kesz o pią­tej rano i roman­tyczną Casa­blancę. Napis "Maroko. Kró­le­stwo świa­tła", który woła z dużego bil­bordu usta­wio­nego nie­opo­dal Szkoły Głów­nej Han­dlo­wej w War­sza­wie, działa na wyobraź­nię. Ale ja wiem, że tego "Kró­le­stwa świa­tła" już pew­nie ni­gdy nie zoba­czę. Oba­wiam się, że mógł­bym skoń­czyć, jak wielu maro­kań­skich dzien­ni­ka­rzy...

"W Raba­cie miesz­ka­ły­śmy w willi z obsługą, a w Mara­ke­szu w hotelu Pal­me­raie Golf Palace i Secret Gar­den. Klien­tami byli Ara­bo­wie. Książę Maroka, król Maroka i jego świta. Danych nie znam. W Raba­cie jeź­dzi­ły­śmy do pałacu księ­cia na imprezy, a seks dziew­czyny upra­wiały w tej willi albo innym hotelu księ­cia. Jeśli dziew­czyna odmó­wiła seksu to dosta­wała tylko 200 euro, a jak upra­wiała seks to dniówki miała 400 euro. Były­śmy tam 17 dni. Upra­wia­ły­śmy seks z męż­czy­znami. Za pobyt otrzy­ma­łam pie­nią­dze w koper­cie od jed­nego z męż­czyzn. To było 5000 euro. Byłam też na innym wyjeź­dzie w Maroko od 5 do 16 maja 2010 roku. Otrzy­ma­łam infor­ma­cję od Marzeny tele­fo­nicz­nie. Miesz­ka­ły­śmy w tych samych miej­scach. Otrzy­ma­łam 3200 euro".

Frag­ment zeznań Kariny G.

"Zaczę­łam też jeź­dzić na wyjazdy dla Marzeny z Kra­kowa. Lecia­łam do Maroka z War­szawy. Leciało z nami jesz­cze 6 dziew­czyn. Nie upra­wia­łam seksu, byłam do towa­rzy­stwa męż­czyzn. Było ich od kilku do kil­ku­na­stu, zależy od dnia. Za każdy dzień pobytu dosta­łam 100 dola­rów. Miesz­ka­ły­śmy w willi jakie­goś księ­cia z Maroka".

Frag­ment zeznań Kata­rzyny B.

"Face­tów było wielu. Od kil­ku­na­stu do wię­cej w zależ­no­ści od imprezy. Byli to chyba Ara­bo­wie z Maroka. Poro­zu­mie­wa­ły­śmy się z nimi po angiel­sku. Upra­wia­łam tam seks z jed­nym męż­czy­zną, ale o szcze­gó­łach nie chcia­ła­bym mówić. Pozo­stałe upra­wiały seks, ale nie znam szcze­gó­łów. Pod koniec wyjazdu jeden męż­czy­zna prze­ka­zał pie­nią­dze. Dosta­łam 2400 dola­rów ame­ry­kań­skich w gotówce".

Frag­ment zeznań Doroty H.

"Ostat­nim moim wyjaz­dem był wyjazd do Maroka w 2008 roku. Spę­dzi­łam tam 14 dni. Za dzień 200 euro bez seksu, a z sek­sem 400 lub 500 euro. Nie pamię­tam, ile dosta­łam. Zwłasz­cza, że pod­czas pobytu dosta­wa­ły­śmy różne napiwki. W sumie nie mniej niż 2000 euro łącz­nie. Seks upra­wia­łam tylko raz".

Frag­ment zeznań Joanny A.

"W 2010 roku [Marzena] zor­ga­ni­zo­wała i zapro­po­no­wała mi wyjazd do Maroko. Byłam 10 dni za 200 euro. Z sek­sem za 400 euro. Pod koniec wyjazdu dosta­wa­ły­śmy koperty ze swoim imie­niem i pie­niędzmi. Czas spę­dza­ły­śmy w ten spo­sób, że pra­wie codzien­nie wie­czo­rami odby­wały się imprezy z męż­czy­znami. One odby­wały się w willi, w któ­rej miesz­ka­ły­śmy, ale cza­sem były­śmy zawo­żone do męż­czyzn do innych domów".

Frag­ment zeznań Doroty H.

KAMAL I ISHAM -?"FIKSERZY" KSIĘCIA

Na początku lat dwu­ty­sięcz­nych nie było bez­po­śred­nich lotów z Pol­ski do Maroka. Pro­sty­tut­kom wyku­po­wano bilety do Paryża, na lot­ni­sko de Gaulle'a.

-?Z lot­ni­ska w Paryżu odbie­rał nas samo­chód i wiózł pro­sto do maro­kań­skiej amba­sady. Dokład­nie pamię­tam, że zawo­zili nas na teren pla­cówki i tam ktoś nas pro­wa­dził pod gabi­net amba­sa­dora albo kon­sula. To był star­szy pan. Były­śmy trak­to­wane wyjąt­kowo. Po kilku minu­tach wcho­dzi­li­śmy do niego i stam­tąd odbie­rałyśmy pasz­porty ze wstem­plo­wa­nymi wizami -?mówi Malina, jedna z pro­sty­tu­tek.

Potem samo­cho­dami prze­wo­żono je na Orly, skąd maro­kań­skimi liniami lot­ni­czymi leciały pro­sto do Rabatu.

-?To były kró­lew­skie linie lot­ni­cze. Pamię­tam, że pew­nego razu zima spa­ra­li­żo­wała Paryż. Mia­ły­śmy pro­blem z prze­do­sta­niem się na lot­ni­sko. Sute­nerka zadzwo­niła do faceta koor­dy­nu­ją­cego nasz wyjazd i poin­for­mo­wała go, że nie zdą­żymy na samo­lot. Odpo­wiedź była pro­sta: samo­lot do Maroka nie odleci, dopóki nie doje­dziemy. I fak­tycz­nie, samo­lot pełen ludzi cze­kał, aż wsia­dły­śmy na pokład -?mówi Justyna, eks­klu­zywna pro­sty­tutka.

Na lot­ni­sku w Raba­cie dziew­czyny z Pol­ski odbie­rali kie­rowcy księ­cia.

-?Zawo­zili nas do willi, gdzie zawsze cze­kały na nas pyszne jedze­nie oraz lodówki pełne alko­holi, napo­jów i owo­ców. Nie­stety, po kilku dniach jedze­nia zaczy­nało bra­ko­wać. Na doda­tek ten główny orga­ni­za­tor, Kamal, przy­cho­dził i wyże­rał co sma­ko­wit­sze kąski. W efek­cie na kolejne wyjazdy zabie­ra­ły­śmy szynki z Pol­ski. Zwłasz­cza, że sie­dzia­ły­śmy tam nie­raz po dwa tygo­dnie -?rela­cjo­nuje dziew­czyna.

Za orga­ni­za­cję wyjaz­dów i opiekę nad pro­sty­tut­kami, czyli odbie­ra­nie z lot­ni­ska, wyjazdy na wycieczki, a przede wszyst­kim -?dowo­że­nie i odwo­że­nie do księ­cia odpo­wia­dało dwóch "fik­se­rów" -?Kamal i Isham. Tłu­ma­cząc z tury­stycz­nego żar­gonu, po pro­stu opie­ko­wali się grupą. Obaj byli w wieku księ­cia i mieli wów­czas po około 30 lat. Kamal był wyso­kim, gru­bym i krótko ostrzy­żo­nym męż­czy­zną. Miał duże i nabrzmiałe wargi, więc dziew­czyny pod­śmie­wały się, że jest podobny do wiel­błąda i jego imię nie jest przy­pad­kowe. Isham był prze­ci­wień­stwem Kamala -?wysoki, dobrze zbu­do­wany, a przede wszyst­kim -?przy­stojny. Pierw­szy po około dwóch latach został wyrzu­cony.

-?Kamal to był nie­zły apa­rat. Witał nas po przy­jeź­dzie z lot­ni­ska, brał udział w impre­zach i co naj­waż­niej­sze, odpo­wia­dał za roz­li­cze­nia finan­sowe. Za każ­dym razem oszu­ki­wał nas na kasie, więc trzeba go było spraw­dzać i kon­tro­lo­wać. Pła­cili nam w dola­rach. Te bank­noty skle­jały się i przy­le­gały jeden do dru­giego. Wszystko trzeba było dokład­nie prze­li­czać. Po cza­sie dowie­dzia­łam się, że do kie­szeni Kamala tra­fiały też tipy, które otrzy­my­wa­ły­śmy od księ­cia albo jego zna­jo­mych.

WILLE W RABACIE

-?Były trzy wille w Raba­cie. Jedna bez­po­śred­nio nad morzem, druga zaś z base­nem na zewnątrz. A to -?Justyna poka­zuje foto­gra­fię -?jest wej­ście i hol w pałacu księ­cia. Zdjęć willi z zewnątrz nie mam. Zobacz, ta jest naj­więk­sza, z wiel­kim jacuzzi -?tłu­ma­czy.

Justyna to stała bywal­czyni willi i pałacu księ­cia w Maroku. Musiała się mu spodo­bać. W jej albu­mach pełno jest zdjęć ze wspól­nych podróży z księ­ciem. Nie tylko po kraju. Odwie­dzała go rów­nież w Paryżu i Nowym Jorku. Na jed­nym ze zdjęć stoi nago w jacuzzi, tyłem do obiek­tywu, otu­lona wydo­by­wa­jącą się z gorą­cej wanny pianą. Odwró­cona w kie­runku apa­ratu twarz pro­mie­nieje. Na kolej­nej foto­gra­fii widzę woskowe postaci na wzór tych z muzeum Madame Tus­sauds w Lon­dy­nie. Jest też stół bilar­dowy, barek i miej­sce do pale­nia szi­szy.

-?Widzisz, to było tak dawno... Nie wszystko dokład­nie pamię­tam. Wiem, że ta naj­więk­sza willa była naj­faj­niej­sza. Na pię­trze były sypial­nie, gdzie miesz­kały dziew­czyny. Na dole living room, kuch­nia i miej­sce dla pra­cow­ni­ków, bo mie­li­śmy do obsługi kie­row­ców oraz panie, które sprzą­tały i goto­wały. Druga willa była w stylu mary­ni­stycz­nym. Też z gospo­siami i obsługą domu. Trze­ciej willi nie pamię­tam, co ozna­cza, że musiała być naj­gor­sza z nich wszyst­kich. Nawet ze zdjęć wynika, że wszyst­kie tutaj razem prze­sia­dy­wa­ły­śmy -?opo­wiada Justyna.

Na więk­szo­ści zdjęć w albu­mie znaj­dują się dziew­czyny pozu­jące przed obiek­ty­wem. Głów­nie w ple­ne­rze, na wyciecz­kach. Cza­sami tra­fiają się nagie w jacuzzi lub na plaży. Z jed­nej strony Justyna zdra­dza mi tajem­nice, o któ­rych śled­czy nie mieli poję­cia. Zauwa­żam jed­nak, że zanim prze­rzuci kolejną stronę w albu­mie, spraw­dza co, a przede wszyst­kim kto, jest na zdję­ciu. Zda­rza się, że nie­które strony pomija.

Choć znamy się i spo­ty­kamy od ponad pół roku, czuję, że wciąż jest bar­dzo nie­ufna. Nie­chęt­nie opo­wiada o swo­ich kole­żan­kach. Zwłasz­cza o tych, z któ­rymi miała naj­bliż­szy kon­takt. Kiedy pytam wła­śnie o nie, mówi, że nie­wiele pamięta. Potwier­dza jed­nak, że z nią wyjeż­dżały. To dzięki niej mogę jed­nak opi­sać, jak wyglą­dały spo­tka­nia z księ­ciem.

KSIĄŻĘ, KTÓRY OTARŁ SIĘ O TRON

Pałac Mau­laja Raszida robi wra­że­nie. Po wej­ściu do budynku w oczy rzu­cają się ogromny hol oraz monu­men­talne, zakrę­ca­jące na pię­tro schody. To wła­śnie one pro­wa­dziły do ogrom­nej sypialni maro­kań­skiego księ­cia. Na górę mogły wcho­dzić tylko jego wybranki. Pozo­stałe dziew­czyny cze­kały na par­te­rze, gdzie znaj­do­wał się barek, przy któ­rym odby­wały się imprezy.

-?Po przy­jeź­dzie do pałacu księ­cia szły­śmy wła­śnie do barku. Piły­śmy tam drinki, pali­ły­śmy szi­szę, a cza­sami trawkę -?opo­wiada Justyna.

Na jed­nym ze zdjęć widać dziew­czyny wjeż­dża­jące na teren posia­dło­ści, a w tle kil­ku­na­stu maro­kań­skich żoł­nie­rzy z cha­rak­te­ry­stycz­nymi czer­wo­nymi nakry­ciami głowy. Na kolej­nej foto­gra­fii jedna z dziew­czyn pręży się kusząco, sie­dząc na nie­dawno zaku­pio­nym przez księ­cia Raszida błę­kit­nym Asto­nie Mar­ti­nie. Zresztą wszyst­kie dziew­czyny się na nim foto­gra­fo­wały. Wtedy -?mię­dzy rokiem 2001 a 2003 -?nowiutki Aston Mar­tin przy­cią­gał uwagę gapiów.

Książę Raszid uro­dził się w 1970 roku w Raba­cie. Jest synem króla Has­sana II i księż­nej Lalli Latify Ham­mou oraz bra­tem obec­nie panu­ją­cego króla Muham­mada VI. Po obję­ciu tronu przez brata był pierw­szym w kolej­no­ści do tronu. Jed­nak w 2005 roku Muham­mad VI nama­ścił na następcę swo­jego dwu­let­niego wtedy syna, Mau­laja Has­sana. Książę uczył się w Raba­cie. Tam skoń­czył Royal Col­lege i w 2005 roku został magi­strem nauk poli­tycz­nych. Sześć lat póź­niej obro­nił dok­to­rat z prawa na fran­cu­skim Université Mon­te­squ­ieu Bor­de­aux 4.

Nie kon­cen­tro­wał się jedy­nie na obo­wiąz­kach wyni­ka­ją­cych z bycia człon­kiem rodziny kró­lew­skiej, ale pod­jął pracę. Ponie­waż od lat inte­re­so­wał się świa­tową gospo­darką, dostał się do służby zagra­nicz­nej i dyplo­ma­tycz­nej. Inte­re­suje się spra­wami kra­jów Trze­ciego Świata i wiele ener­gii poświęca na walkę z anal­fa­be­ty­zmem. Jego brat, król Muham­mad VI, w 2003 roku zaj­mo­wał 25 miej­sce na liście 50. naj­bo­gat­szych poli­ty­ków świata przy­go­to­wa­nej przez tygo­dnik "Angora", z mająt­kiem oso­bi­stym o war­to­ści 2,5 miliarda dola­rów.

W 2015 roku dwoje zna­nych fran­cu­skich dzien­ni­ka­rzy śled­czych zostało oskar­żo­nych o próbę szan­ta­żo­wa­nia króla Muham­mada VI. Według fran­cu­skich mediów repor­te­rzy żądali 3 milio­nów euro w zamian za odstą­pie­nie od publi­ka­cji książki zawie­ra­ją­cej tre­ści kom­pro­mi­tu­jące monar­chę.

-?Dzien­ni­ka­rze Eric Lau­rent i Cathe­rine Gra­ciet zostali zatrzy­mani zaraz po otrzy­ma­niu 2 milio­nów euro i pod­pi­sa­niu przez nich zobo­wią­za­nia o nie­pu­bli­ko­wa­niu dzieła -?mówił w radiu RTL kró­lew­ski adwo­kat, Eric Dupont-Moretti.

Do dziś jed­nak nie ujaw­niono, jakie kom­pro­mi­tu­jące tre­ści chcieli ujaw­nić Lau­rent i Gra­ciet. Wia­domo za to, że ci sami dzien­ni­ka­rze, trzy lata wcze­śniej wydali książkę o tym władcy pod wymow­nym tytu­łem Le roi prédateur, czyli "Król Dra­pieżca". Zre­la­cjo­no­wali w niej maro­kań­ską korup­cję, a także ujaw­nili, jak rosła for­tuna kró­lew­ska od czasu wstą­pie­nia Muham­mada VI na tron. Czy w dru­giej książce chcieli opi­sać pikantne szcze­góły z towa­rzy­skiego życia "maro­kań­skich roy­al­sów"?

LUBIŁ STARSZE I BRZYDKIE

-?Przy­stojny był ten książę? -?pytam.

-?Był w nim jakiś rodzaj magne­ty­zmu... -?mówi jedna z pro­sty­tu­tek. -?Choć na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­nał misia sie­rotę. Dzi­wi­łam się, że podo­bały mu się zwy­kle naj­star­sze i naj­mniej atrak­cyjne dziew­czyny. Raz może, góra dwa wybrał fajną laskę, w tym jedną z moich kole­ża­nek, która od razu chciała mi pod­kraść kon­takt i wyeli­mi­no­wać z inte­resu. Gene­ral­nie to była masówka -?panienki miały się zmie­niać, a inte­res - krę­cić. Stre­so­wa­łam się, że dziew­czyny nie wpadną im w oko, że każą je ode­słać do Pol­ski, a ja będę musiała szu­kać nowych. Zwy­kle jed­nak brali jak leci.

Fak­tycz­nie, dziew­czyny z Pol­ski nie narze­kały na brak pracy na kró­lew­skim dwo­rze. Układ był pro­sty: śred­nio co dzie­sięć dni -?dzie­sięć nowych dziew­czyn. Te które spodo­bały się naj­bar­dziej, zosta­wały dłu­żej. Seks-spo­tka­nia odby­wały się nie tylko w Maroku. Pro­sty­tutki towa­rzy­szyły Raszi­dowi także w zagra­nicz­nych wyjaz­dach, zwłasz­cza do Paryża.

Pod­czas wypa­dów do Fran­cji, książę Raszid ze swoją pięt­na­sto­oso­bową świtą mel­do­wali się w Hôtel Plaza Athénée albo w Four Seasons Hotel Geo­rge V. Imprezy w "mie­ście świa­teł" odby­wały się zaś zwy­kle w Bud­dha-Bar, przy 8-12 Rue Boissy d'Anglas. To trzy­po­zio­mowy, połą­czony prze­gu­bowo obiekt oka­la­jący monu­men­tal­nego, czte­ro­me­tro­wego Buddę. Ofe­ruje m.in. bar wyrzeź­biony w kształ­cie smoka oraz intymne wnęki ota­cza­jące antre­solę.

"Nie będąc widzia­nym możesz delek­to­wać się uprzy­wi­le­jo­waną chwilą relaksu w roz­pro­szo­nym świe­tle świec" -?zachę­cają wła­ści­ciele obiektu na jego ofi­cjal­nej stro­nie inter­ne­to­wej. Za ten intymny relaks trzeba słono zapła­cić -?naj­droż­sze wino w kar­cie -?Bor­de­aux Pome­rol 2006 AOC, Petrus 1er Grand Cru Classe -?to wyda­tek 6500 euro za butelkę.

Dru­gim ulu­bio­nym pary­skim miej­scem sek­su­al­nych eska­pad księ­cia Raszida był bar Man Ray. Mówią o nim, że to mod­niej­szy kuzyn Bud­dha-Bar. Podob­nie jak on przy­ciąga neo­azja­tyc­kim wystro­jem. Jego nazwa pocho­dzi od pseu­do­nimu arty­sty Mana Raya. Przed laty nale­żał do trójki zna­nych na całym świe­cie akto­rów John­nego Deppa, Seana Penna oraz Johna Mal­ko­vi­cha i znaj­do­wał się przy 34 Rue Mar­beuf, sąsia­du­jąc z Polami Eli­zej­skimi. W ???? roku klub zmie­nił nazwę na "Man­dala Ray".

Według sta­łych bywal­ców, poza nazwą nie­wiele się w nim zmie­niło. Za restau­ra­cją wciąż jest scena barowa, ulu­bione miej­sce dwu­dzie­sto­kil­ku­let­nich "mode­lek" i męż­czyzn w dro­gich, mar­ko­wych gar­ni­tu­rach. Po dwóch latach Man­dala Ray został defi­ni­tyw­nie zamknięty, a jego miej­sce zajął klub World Place.

OT ZWYKŁY BANKIET, TYLKO Z KURWIENIEM SIĘ...

-?Na początku dosta­wa­ły­śmy 500 dola­rów za dzień. Z naszych usług korzy­stał tylko książę Raszid. Jeśli któ­ryś z jego zna­jo­mych, czy uczest­ni­ków imprez, chciał sko­rzy­stać z naszych usług, musiał dodat­kowo pła­cić -?opo­wiada mi inna z pro­sty­tu­tek, która przez kilka lat brała udział w seks wypra­wach do Maroka.

Nie­które bur­del­me­ne­dżerki pozwa­lały dziew­czy­nom zatrzy­my­wać zaro­bione dodat­kowo pie­nią­dze w cało­ści. Inne zaś, za każde dodat­kowe zle­ce­nie inka­so­wały dla sie­bie po dwa­dzie­ścia czy trzy­dzie­ści pro­cent. Z cza­sem o eks­tra kasę za dodat­kowe zle­ce­nia było coraz trud­niej. -?Nie­któ­rzy pła­cili, inni liczyli, że skap­nie im coś ze stołu księ­cia i brali na krzywy ryj -?mówi dziew­czyna.

Każda z trzech willi była odda­lona od pałacu księ­cia o dwa­dzie­ścia minut drogi. Dziew­czyny dowo­żono małymi busami z przy­ciem­nia­nymi szy­bami. Na miej­scu na ich przy­jazd cze­kał nie tylko książę, ale zwy­kle też jego goście.

Pałac i jego oto­cze­nie robiły na dziew­czy­nach z Pol­ski ogromne wra­że­nie.

-?Pamię­taj, że to było pra­wie dwa­dzie­ścia lat temu. Polacy spę­dzali urlop na działce albo na Mazu­rach. Tylko nie­liczni wyjeż­dżali za gra­nicę. A my mia­ły­śmy pałac w Raba­cie, wille na plaży do dys­po­zy­cji i wycieczki do Casa­blanki czy Mar­ra­ke­szu. Do tego samo­lot, kie­rowcy, imprezy do rana i po kilka, a cza­sami kil­ka­na­ście tysięcy dola­rów w kie­szeni. Mia­ły­śmy po 20 lat i wyda­wało nam się, że zła­pa­ły­śmy Pana Boga za nogi -?mówi jedna z dziew­czyn.

Przed "pracą" pro­sty­tutki szły do baru na drinka i szi­szę. Popa­lano też haszysz, który prze­my­cany jest z Maroka do całej Europy i w naj­dal­sze zakątki świata.

-?Na więk­szych impre­zach był wystawny cate­ring, a party prze­no­siło się z pałacu do alta­nek na zewnątrz. Ni­gdy jed­nak nie wycho­dzi­ły­śmy na mia­sto, poza teren posia­dło­ści księ­cia. To były nudne imprezy. Ot, taki sztywny ban­kiet fir­mowy, tylko z kur­wie­niem się w pakie­cie -?opo­wiada mi jedna z dziew­czyn.

Książę wybie­rał dziew­czynę, a potem wska­zy­wał Kama­lowi czy Isha­mowi, która ma udać się na górę.

-?No i wybranka szła do pracy... Orgie nie zda­rzały się. Sły­sza­łam tylko, że Raszid był bisek­su­alny i cza­sem zabie­rał do łóżka chło­pa­ków. Na wła­sne oczy jed­nak tego nie widzia­łam -?dodaje moja roz­mów­czyni.

ANALNIE I BEZ GUMY

Przez lata książę doro­bił się kilku prze­zwisk. Część dziew­czyn nazy­wała go "książką", inne "Mumi­nem" albo "Mułem".

Raszid korzy­stał z pro­sty­tu­tek pra­wie codzien­nie. Ni­gdy nie było wia­domo, kiedy przyj­dzie mu ochota na zabawę, dla­tego nałoż­nice musiały pozo­sta­wać w goto­wo­ści i cze­kać na sygnał. Same nie mogły wycho­dzić na mia­sto. Wolny czas spę­dzały w willi lub przy base­nie.

-?Od czasu do czasu zabie­rali nas do cen­trum. Cho­dzi­ły­śmy na bazar i robi­ły­śmy zakupy, naj­czę­ściej kupo­wa­ły­śmy jakieś pamiątki. Mieli tam sto­isko ze skó­rza­nymi rze­czami. W Pol­sce był wów­czas bum na takie ciu­chy. Kupo­wa­łam tam ubra­nia dla całej rodziny. Naj­więk­szym hitem były spodnie skó­rzane -?opo­wiada Justyna.

Ochrona księ­cia zawsze była obok, choć nie rzu­cała się w oczy.

-?Sta­rali się mieć na nas oko. Zawsze ktoś przy­glą­dał się nam z boku. Ale dys­kret­nie. Nie sie­dzia­ły­śmy tam jak w wię­zie­niu -?dodaje jedna ze sta­łych bywal­czyń tych wyjaz­dów.

Pol­skie pro­sty­tutki nie miały wyłącz­no­ści na bywa­nie u księ­cia Raszida. Po jakimś cza­sie w wil­lach zaczęły poja­wiać się Bra­zy­lijki, Ukra­inki, a nawet Maro­kanki. Raszid nie wyma­gał od dziew­czyn żad­nych badań lekar­skich. Cza­sem tra­fiał się jed­nak klient, który wynaj­mo­wał leka­rza i zle­cał zro­bie­nie testów nie tylko na HIV, ale też na cho­roby wene­ryczne.

-?Nie akcep­to­wał rów­nież, aby pod­czas pobytu pro­sty­tutki same wycho­dziły do klu­bów lub uma­wiały się z innymi męż­czy­znami na seks -?opo­wiada bur­del­me­ne­dżerka, która spro­wa­dzała do Maroka wiele dziew­cząt. Dzie­więć­dzie­siąt pro­cent klien­tów bez­względ­nie żądało seksu bez pre­zer­wa­tywy, zaś bar­dzo czę­sto sto­sunku anal­nego.

-?Za taką usługę pła­cili odpo­wied­nio wię­cej -?zdra­dza jedna z dziew­czyn.

Zda­rzało się, że nie­liczne z pro­sty­tu­tek żądały, aby klient, który chciał upra­wiać seks zro­bił test na HIV. Rzadko który się zga­dzał, o czym dziew­czyna dowia­dy­wała się dopiero... na miej­scu. Jedyne co mogła zro­bić, to wró­cić na wła­sną rękę i pokryć koszty hotelu oraz podróży. No i wytłu­ma­czyć się w domu z wcze­śniej­szego powrotu z pracy. W dodatku bez pie­nię­dzy. Wiele z lata­ją­cych "na seks" dziew­czyn miało bowiem w Pol­sce nor­malne rodziny -?chło­pa­ków, mężów i dzieci. Więk­szość z ich bli­skich nie wie­działa, co ich part­nerki wypra­wiają pod­czas tych wyjaz­dów. Śpiewkę wszyst­kie miały tę samą: "Nie jestem dziwką, tylko hostessą i modelką".

JAK ZOSTAŁAM KSIĘŻNICZKĄ RASZIDA

Po kilku mie­sią­cach inten­syw­nych poszu­ki­wań udało mi się dotrzeć do Maliny -?pol­skiej pro­sty­tutki, która została dziew­czyną księ­cia Mau­laja Raszida już pod­czas pierw­szego wyjazdu. Zgo­dziła się na szczerą roz­mowę, w któ­rej opo­wiada o swo­jej rela­cji z księ­ciem i zdra­dza kulisy pracy w Maroku.

Książę musiał darzyć ją spe­cjal­nym uczu­ciem, bo nie tylko dzwo­nił do niej do Pol­ski i przy­sy­łał kwiaty na uro­dziny, ale też zabrał ją na tra­dy­cyjne maro­kań­skie wesele. Zna­le­ziony przeze mnie "Kop­ciu­szek" bez ogró­dek opo­wiada, czy odna­lazł pan­to­fe­lek i szczę­ście na kró­lew­skim dwo­rze. Bez posypki bro­katu zwie­rza się, jakie piętno odci­snęło na niej nie­mal dzie­się­cio­let­nie upra­wia­nie pro­sty­tu­cji.

Oto frag­ment wywiadu:1

-?Jak zwra­ca­ły­ście się do księ­cia?

-?Nie tak jak myślisz, żadna z nas nie nazy­wała go "waszą wyso­ko­ścią". Język angiel­ski i zwrot "you" uła­twiały sprawę. Zwra­ca­ły­śmy się do niego po imie­niu albo bez­oso­bowo.

-?Dziew­czyna wybrana przez księ­cia mogła obsłu­gi­wać innych klien­tów?

-?Nie! Do końca wyjazdu, a także pod­czas kolej­nych, nale­żała już tylko do niego. Dawało jej to poczu­cie bez­pie­czeń­stwa i wiele innych przy­wi­le­jów. Dziew­czyna miała sta­tus "dziew­czyny księ­cia" i nikt nie mógł dotknąć jej pal­cem. Dwo­rza­nie księ­cia i jego naj­bliżsi współ­pra­cow­nicy sta­wali się wyjąt­kowo przy­jemni i pomocni. Pew­nie oba­wiali się gniewu władcy w razie, gdyby któ­raś z nas poskar­żyła się na złe trak­to­wa­nie.

-?Wróćmy do pierw­szej nocy. Książę wybiera cię i co dzieje się dalej?

-?Raszid opusz­cza willę. Kilka minut póź­niej poja­wia się limu­zyna i zabiera mnie do pałacu. W środku cze­kał na mnie książę.

-?Co wtedy czu­łaś?

-?Eks­cy­ta­cję. Wnę­trze pałacu robiło ogromne wra­że­nie. Czu­łam się tak, jakby ktoś nagle prze­niósł mnie do baśnio­wej kra­iny. Pałac był urzą­dzony w arab­skim stylu z cha­rak­te­ry­stycz­nymi orna­men­tami i kipiał luk­su­sem. To, co utkwiło mi w pamięci, to uno­szący się w powie­trzu prze­piękny zapach.

-?Jak zacho­wy­wał się Raszid?

-?Był nie­śmiały i skrę­po­wany. Klienci pro­sty­tu­tek, jeśli nie są pod wpły­wem alko­holu lub nar­ko­ty­ków, bywa­jąna początku zawsty­dzeni. To nawet zabawne -?idziesz do łóżka z obrzy­dli­wie boga­tym człon­kiem kró­lew­skiej rodziny, a ten zacho­wuje się jak zwy­kły śmier­tel­nik. Był deli­katny. Być może sute­nerka uprze­dziła, że jestem nowa w tej branży. Zresztą one bar­dzo czę­sto wci­skały klien­tom kit, że dostają świeży, nie­prze­cho­dzony towar. Kiedy weszli­śmy do jego ogrom­nej sypialni wszystko było przy­go­to­wane. Czy­ste ręcz­niki, nowa szczo­teczka i pasta do zębów. Z gło­śni­ków, które były zamon­to­wane w sufi­tach, pły­nęła relak­sa­cyjna muzyka. Nie upra­wia­li­śmy seksu przez całą noc. Po wszyst­kim nie mogłam zasnąć. Zasta­na­wia­łam się, co wyda­rzy się rano, jak powin­nam się zacho­wać. Około dzie­sią­tej rano zadzwo­nił jego tele­fon. To był znak, że na dole czeka na mnie samo­chód. Raszid zacho­wy­wał się bar­dzo natu­ral­nie. Wstał, ubrał się i poże­gnał.

-?Jak wyglą­dał ten pierw­szy raz z księ­ciem?

-?W zasa­dzie nie ma o czym gadać -?szału nie było. Krótki, może pię­cio­mi­nu­towy sto­su­nek w pre­zer­wa­ty­wie, "po bożemu". Tyle.

-?Bałaś się swo­jego pierw­szego spo­tka­nia z klien­tem?

-?Oj tak. Stres i nerwy były olbrzy­mie. Byłam wtedy krótko po roz­sta­niu z chło­pa­kiem. To był pierw­szy i jedyny part­ner jakiego mia­łam. Już sama myśl o pój­ściu do łóżka z kimś innym, była gigan­tycz­nym stre­sem. W dodatku to miała być praca...

-?Od razu trak­to­wa­łaś to jak pracę? Więk­szość "dziew­czyn z Dubaju" mówiło mi i tak też zezna­wało pro­ku­ra­to­rowi, że to były tylko rekre­acyjne wyjazdy, na któ­rych nic nie trzeba było robić...

-?Myślę, że zadzia­łał pro­sty mecha­nizm obronny i szu­ka­nie wytłu­ma­cze­nia tego, co rze­czy­wi­ście robi­ły­śmy. To jest tak, jak z tym nazew­nic­twem tego zawodu. Dziś nie mówi się "pro­stytutka", tylko "sek­swor­kerka". Przy­znam, że tro­chę mnie to bawi -?same zaczy­namy pudro­wać rze­czy­wi­stość. A prze­cież nie o to cho­dzi. Wydaje mi się, że powin­ni­śmy nazy­wać rze­czy po imie­niu. Ina­czej zacie­ramy gra­nicę mię­dzy tym, co jest złe, a co dobre. Myślę o mło­dych dziew­czy­nach -?jak mają podej­mo­wać świa­dome wybory, skoro posy­pu­jemy wszystko bro­ka­tem i mówimy: "Patrz­cie, w sumie, to nie jest takie złe". A to jest złe.

-?Czy­tasz w moich myślach... Kiedy wyda­łem pierw­szą część Dziew­czyn z Dubaju i kiedy książka zna­la­zła się na języ­kach, pseu­do­fe­mi­nistki skry­ty­ko­wały mnie wła­śnie za język. Uznały, że nazy­wa­jąc dziew­czyny dziw­kami i pro­sty­tut­kami -?a nie sek­swor­ker­kami -?oka­za­łem totalny brak sza­cunku kobie­tom, które czę­sto zmu­szane są do wyko­ny­wa­nia tego rodzaju pracy. Czy ty znaj­du­jesz róż­nicę mię­dzy nazwa­niem kogoś dziwką a sek­swor­kerką?

-?Sek­swor­kerka brzmi lepiej niż dziwka. To oczy­wi­ste. Ale nie pudro­wa­ła­bym rze­czy­wi­sto­ści. Oczy­wi­ście z jed­nym wyjąt­kiem -?nazy­wa­nie dziew­czyn, które siłą są gdzieś wywo­żone i prze­trzy­my­wane, które są zmu­szane do pracy, bite, gwał­cone, nar­ko­ty­zo­wane -?pro­sty­tut­kami, jest po pro­stu nie­spra­wie­dliwe i bar­dzo krzyw­dzące. Takie kobiety czę­sto naprawdę nie mają świa­do­mo­ści, jaki los ktoś chce im zgo­to­wać. Jadą do nor­mal­nej pracy, a lądują w bur­delu. My wie­dzia­ły­śmy, na co się piszemy. Dobro­wol­nie poszły­śmy na casting i wysy­ła­ły­śmy orga­ni­za­tor­kom kse­ro­ko­pie pasz­por­tów. Były­śmy peł­no­let­nimi, świa­do­mymi kobie­tami. "Ukła­dówki" nie miały zwy­kle dużych domów i boga­tych rodzi­ców. Nie ozna­cza to jed­nak, że wszyst­kie wycho­wy­wa­ły­śmy się w skraj­nej bie­dzie. Żadna z dziew­czyn, które znam, nie była w sytu­acji bez wyj­ścia.

-?To wróćmy popro­szę do tego momentu, kiedy Malina staje się kobietą i odkrywa, że może zara­biać wła­snym cia­łem. Kto wpro­wa­dził cię w ten świat i zapro­po­no­wał pracę w "kor­po­bur­delu"?

-?Mia­łam wtedy około 18 lat, koń­czy­łam liceum, a może nawet byłam już po matu­rze. Jedna z kole­ża­nek powie­działa, że wła­śnie wró­ciła z pew­nego wyjazdu... Opo­wia­dała o nim w samych super­la­ty­wach i wtedy pomy­śla­łam, że może to jest jakiś pomysł... Dla mnie...No bo skoro dzieją się tam same fajne rze­czy i tyle można zaro­bić...

-?Kim była ta kole­żanka?

-?Młodą mamą. Nie epa­to­wała nowymi ciu­chami czy kosme­ty­kami. Miała inny zestaw potrzeb. Nie wyrzu­cała pie­nię­dzy na kolek­cję nowych tore­bek Gucci czy Louis Viut­ton.

-?Impo­no­wała ci?

-?Była lubiana w towa­rzy­stwie, ale nikt nie wie­dział, czym tak naprawdę się zaj­muje. Ja też długo nie wie­działam.

-?Tobie tę tajem­nicę w końcu zdra­dziła...

-?Były­śmy bli­sko. W tego typu sytu­acjach musisz mieć zaufa­nie. Takich rze­czy nie pro­po­nuje się każ­demu.

-?Na pewno dopy­ty­wa­łaś ją o szcze­góły. Co inte­re­so­wało cię naj­bar­dziej?

-?W sumie bar­dzo pro­za­iczne kwe­stie -?gdzie się jedzie, kto odbie­rze mnie z lot­ni­ska, kim są ci męż­czyźni, jak wyglą­dają, jak się zacho­wują. No i oczy­wi­ście, ile można zaro­bić.

KRÓLOWA DZIWEK POCHODZI Z... CHRZANOWA

Dziwki były bar­dzo sprytne. Kiedy wyczuły, że podo­bają się księ­ciu lub komuś waż­nemu z jego oto­cze­nia -?trak­to­wały klienta wyjąt­kowo i speł­niały wszyst­kie zachcianki. A wszystko po to, by nawią­zać bliż­sze rela­cje i otrzy­mać numer tele­fonu. Po powro­cie do Pol­ski usil­nie sta­rały się prze­jąć biz­nes od swo­jej dotych­cza­so­wej sute­nerki. Robiły to dla sie­bie, albo dla innej bur­del­me­ne­dżerki. Tak wła­śnie w łaski księ­cia Mau­laja Raszida wku­piła się Marzena G. Kim jest kobieta, która prze­bo­jem kino­wym weszła do luk­su­so­wego, mię­dzy­na­ro­do­wego świata pro­sty­tu­cji i sute­ner­stwa? Skąd pocho­dzi i dla­czego w bez­względny spo­sób wykań­czała kon­ku­ren­cję?