ROZDZIAŁ 1
Willa Brunona znajdowała się nad jeziorem St. Moritzersee, gdzieś na obrzeżach Sankt Moritz - znanego szwajcarskiego kurortu. Nie wiem gdzie dokładnie, ale na tyle daleko od miasta, że tłumy już tam nie docierały. Z zewnątrz budynek nie przypominał pałacu, a wręcz był brzydszy od większości domów, które mijaliśmy po drodze. Ale gdy przekroczyłam próg, znalazłam się w najbardziej luksusowej rezydencji, w jakiej kiedykolwiek byłam. A byłam w niejednej.
Salon, czyli miejsce, w którym miała się odbyć impreza, był stylizowany na pałac jakiegoś pieprzonego weneckiego doży: sufit z malowidłami przedstawiającymi mitologiczne farmazony, wielkie kryształowe żyrandole, antyczne meble - nie jestem pewna, czy bardziej francuskie, czy włoskie - na ścianach obrazy, takie w stylu "nie wypada pytać, czy to prawdziwy Caravaggio". Tylko fotele i kanapy trochę jakby z innej bajki - olbrzymie, skórzane i niewiarygodnie komfortowe, a przy tym raczej nowoczesne. Innych detali nie zapamiętałam, tym bardziej że salon był spowity w półmroku - miało być nastrojowo i intymnie. I tak było. Jak najbardziej nowoczesny był też ekran kinowy - niewielki, nie taki jak w prawdziwym kinie, ale jednak kilka razy większy niż przeciętny telewizor. Zdumiał mnie również widok kamery ustawionej na szynach - zupełnie jak na prawdziwym planie filmowym. Ale wytłumaczyłam sobie, że przecież jestem w domu znanego producenta, więc rekwizyt ma tu takie samo uzasadnienie jak szoferka ciężarówki na działce emerytowanego kierowcy tira. Przypomina o dniach chwały.
Nie byłam tam sama - razem ze mną na kanapach siedziało jeszcze kilka innych dziewczyn. Niby różniłyśmy się między sobą, ale już na pierwszy rzut oka było widać, że mamy wspólny mianownik - seks za pieniądze. A nawet jeśli nie za pieniądze, to raczej nie z własnej woli.
Sven i Deniz, a także ci, którzy dostarczyli resztę dziewczyn, ulotnili się do jakiegoś innego pomieszczenia. Wiadomo, kiedy bawi się elita, buractwo musi iść won, żeby nie psuć imprezy swoim smutnym wyglądem. Ja wprawdzie nigdy nie uważałam Svena za buraka, przeciwnie - miał klasę, choć specyficzną, i bez trudu poradziłby sobie w rozmowie z tak zwaną wyższą półką, ale faktycznie nie pasował do aktualnego kontekstu.
* * *
Ktoś zapyta: a co to takiego ten wspólny mianownik dotyczący seksu za pieniądze? I jak się go rozpoznaje? Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Ja wyczuwam to bez pudła, ale jeśli się nad tym głębiej zastanowić, nie mam pojęcia, o jakie elementy chodzi. Elementy stroju, makijażu, zachowania, mowy? Naprawdę nie wiem. Na pewno nie jest tak, że jeśli dziewczyna ma na twarzy tonę tapety, to z automatu jest dziwką. Wręcz przeciwnie - dziwka, szczególnie dziwka z klasą, nie manifestuje swojej profesji. Ja zawsze ubierałam się ze smakiem, może nie skromnie, ale powściągliwie, choć sięgałam wyłącznie po markowe ciuchy. Z make-upem też nie przesadzałam, nie żałowałam sobie jedynie szminki. Ale nie malowałam ust na jakiś wsiowy, oczojebny czerwony kolor, tylko wyłącznie na fioletowo. I wyłącznie szminką od Diora. To było wspomnienie po pięknych czasach końca lat osiemdziesiątych, kiedy w modnych zagrzebskich kawiarniach królowała złota młodzież, określana nieco pogardliwym, choć tak naprawdę pełnym podziwu słowem "szminkerzy". Każdy chciał być szminkerem, każdy chciał przypominać muzyka z jakiejś nowofalowej kapeli typu Duran Duran. Ale szminka nie mogła być jak z odpustu - dominowały chłodne tonacje, w tym również fiolet czy ultramaryna. Wtedy nie było obciachu, jeśli heteroseksualny facet pomalował sobie usta kredką: po prostu płynął z nurtem. Był en vogue!
Kultowym miejscem szminkerów była kawiarnia Teatralna tuż przy Teatrze Narodowym - jeśli chciałeś się liczyć na mieście, musieli cię tam od czasu do czasu zobaczyć. A najlepiej codziennie - w towarzystwie ekstrafaceta albo ekstralaski i jakiegoś kolorowego drinka. A także z ronhillem w ustach, bo jak śpiewała sarajewska grupa Valentino: "Twój dzień zaczyna się w południe - pierwsza kawa, golenie i fajka". Jak to szło dalej? "Grzebień, lusterko, patrzysz na swoją gębę i myślisz sobie: "Przystojniaku, niezłe z ciebie ciacho!"". Gość, który to śpiewał, miał na imię Zijo. Nazwiska nie pamiętam.
Chłopcy z Valentino byli idolami szminkerów, tyle że tych z Sarajewa. Zagrzeb orientował się raczej na Zachód i słuchał angoli. Oczywiście do czasu - potem Bośnia stała się kalifatem czy coś w tym stylu i moda ociupinę się zmieniła. Ale to dopiero kilka lat później.
Tak czy inaczej, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych wyjechałam do Berlina i zaczęłam się obracać w świecie mody, nikt mi nie wytykał, że przybywam z socjalistycznego dziadostwa. Można mnie było wrzucić do samego serca Londynu, do modnych klubów Soho, i wyglądałabym lepiej niż dziewczyny z Yorkshire czy Liverpoolu.
Nie chciałam wyjeżdżać z Zagrzebia, ale jak masz siedemnaście lat - no, prawie osiemnaście - nikt się specjalnie z twoim zdaniem nie liczy. Kiedy zaczęłam przebąkiwać, że mam tu przyjaciół i poważne plany na przyszłość (marzyła mi się anglistyka na tutejszym uniwersytecie), ojciec usadził mnie na krześle, patrzył przez chwilę takim wzrokiem, jakby chciał mnie zahipnotyzować albo wręcz sparaliżować, po czym huknął:
- O jakich ty planach mówisz? O jakich przyjaciołach? Wszystkie plany są anulowane! Jest nowa sytuacja, coś, czego nikt nie przewidział. Dziewczyno, Serbowie wjechali do Chorwacji czołgami! Za chwilę będzie tu taka wojna, że ci się to w twojej małej łepetynie nie mieści. Podobno w Vukovarze jest już prawdziwe piekło, giną ludzie, płoną domy... A jak zdobędą Vukovar, przyjadą do nas. Przyjadą albo przylecą bombowcami.
Vukovar leżał na granicy z Republiką Serbską, trzysta kilometrów od stolicy, więc na razie zagrożenie nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia.
Próbowałam argumentować:
- Tato, jacy Serbowie? To przecież armia Jugosławii, nasi. Nie będą nas mordować. Po co panikujesz?
Ojciec pokręcił głową.
- Ależ ty jesteś jeszcze głupia. I dlatego nikt nie zamierza pytać cię o zdanie. Zrobisz to, co z mamą zdecydujemy. Za kilka dni jedziemy do Berlina. Mamy tam rodzinę, przez pewien czas możemy u nich mieszkać. A potem się zobaczy. Na pewno znajdę jakąś robotę, a jak nie, to Niemcy i tak płacą przyzwoite socjale. Z głodu nie umrzemy. Zresztą wolę umrzeć z głodu w Reichu niż tutaj od serbskiej kuli.
Pod koniec października 1991 roku wsiedliśmy do naszego yugo florida - cud jugosłowiańskiej techniki motoryzacyjnej! - i wyjechaliśmy z Bałkanów. Tak znalazłam się w Berlinie, który akurat się zjednoczył i oferował wszystko, o czym tylko młoda dziewczyna może marzyć. Żeby było jasne: "oferował" nie znaczy "dawał". Berlin sprawę stawiał jasno: możesz osiągnąć wszystko, ale nikt ci niczego nie da za darmo. Musisz stanąć na rzęsach, a czasami zdjąć majtki. Ale warto.
Kiedy nasze yugo jechało przez Ku'damm, patrzyłam jak zaczarowana na kolorowe witryny sklepowe, na szyldy znanych domów mody, na reklamy sex-shopów, na płynący nieprzerwanym strumieniem tłum ludzi przybywających tu ze wszystkich stron świata, i wiedziałam już, że ojciec miał rację. W Chorwacji czekało mnie piekło, a tu - niemal za rogiem - otwierały się bramy raju.
Jako nastolatka uwielbiałam te wszystkie kolorowe jugolskie magazyny o gwiazdach - a co, w Jugosławii też mieliśmy swoich celebrytów i żyliśmy ich życiem bardziej niż własnym! No więc z lektury tych pisemek wynikało, że jeśli atrakcyjna dziewczyna z Bałkanów rusza na podbój Berlina, Monachium czy Wiednia, to przeważnie jest skazana na karierę modelki. Codziennie można było przeczytać o wspaniałym życiu jakiejś Branki czy Mileny, na którą zwrócił uwagę liczący się fotograf albo redaktor z magazynu o modzie. A potem już wszystko szło jak z płatka: Gucci, Yves Saint Laurent, Galliano, "Voque", "Harper's Bazaar", w najgorszym razie katalog jakiegoś wielkiego sklepu wysyłkowego. Pokazy mody po całym świecie - Londyn oczarowany, Paryż u stóp, a Nowy Jork na wyciągnięcie ręki.
Dalej już tylko przystojny ukochany o południowej urodzie, szybki kabriolet, najlepiej od Porsche, wakacje w Monte Carlo (wtedy jeszcze Dubaj i Malediwy nie stanowiły atrakcyjnych destynacji), białe wino pod palmami, nocleg w luksusowym hotelu typu Ritz-Carlton - generalnie życie jak w Madrycie.
Powiedzmy, że to prawda. Z naciskiem na "powiedzmy".
Do mojej berlińskiej przygody jeszcze wrócę. A na razie dokończę relację z imprezy w Sankt Moritz. A raczej na jego przedmieściach.
* * *
Po jakimś czasie do salonu (choć bardziej pasowałoby tu określenie "sala tronowa") wkroczyło czterech mężczyzn. Najstarszy z nich - wyjątkowo szykowny, ubrany w jasny garnitur siwy gość, dobiegający sześćdziesiątki, a może nawet starszy - przedstawił się jako gospodarz. To był Bruno, główny macher całego zdarzenia, producent filmowy, jak się miało okazać: niezły zwyrodnialec. Przedstawił nam Riccarda - ten był młodszy, powiedzmy w połowie drogi między czterdziestką a pięćdziesiątką, i preferował bardziej plażowe klimaty. Owszem, miał na sobie granatową marynarkę ze złotymi guzikami, ale rozpięta prawie do pępka biała koszula i wystający spod niej gruby złoty łańcuch sugerowały styl casual. Że niby wybiera się do nocnego klubu, a nie na posiedzenie zarządu swojego banku. Przygładzone żelem czarne włosy pasowały bardziej do gwiazdora muzyki pop w stylu Thomasa Andersa z Modern Talking, ale w tamtym czasie faceci na potęgę farbowali się na Latynosów i kładli żel na wszystko, łącznie z jajami, więc wizerunek Riccarda nie odbiegał od europejskiej średniej. Zresztą jako Włoch miał pełne prawo do kruczoczarnych włosów.
Bruno i Riccardo różnili się bardzo, a jednak obaj patrzyli na nas, dziewczyny, z tym samym obleśnym błyskiem w oku. Nie do końca wiem, kim byli dwaj pozostali faceci. Sądzę jednak, że jakimiś szychami, przy czym jeden reprezentował stronę Brunona, a drugiego przywlókł ze sobą Riccardo.
Oczywiście miałam świadomość, przynajmniej mniej więcej, co mnie tu czeka, bo tak się składa, że nie jestem pianistką i nie przyjechałam z recitalem, ale rozwój wydarzeń zaskoczył tak mnie, jak i pozostałe dziewczyny.
Bruno poinformował nas, że bierzemy udział w wydarzeniu filmowym i z pewnością będzie to dla nas wielkie przeżycie. Takie, którego nie zapomnimy, nawet jeśli bardzo będziemy chciały. Obejrzymy film, potem zagramy w filmie, a koniec końców wyjdzie z tego jeszcze inny film. Tym razem prawdziwe arcydzieło. A jego ostateczny kształt zależy właśnie od nas.
W tym momencie zrobiło mi się gorąco - nie wiedziałam dlaczego, ale zaczęłam się bać. Bruno odgrywał rolę serdecznego i hojnego gospodarza, który dołoży wszelkich starań, aby jego goście czuli się jak najlepiej, ale ja już wielu takich widziałam. I miałam przeczucie, że ten należy do najgorszych z nich.
Za chwilę zgasło światło, a na ekranie wyświetlono jeden z filmów gospodarza. Nie było to jednak żadne dzieło sztuki, ale prymitywny pornos, który nieudolnie próbował udawać kino artystyczne. Akcja była nieskomplikowana: do żeńskiego klasztoru przyjeżdża egzorcysta, którego wysłał sam biskup. Jest podejrzenie, że kilka zakonnic zostało opętanych przez szatana, i egzorcysta musi coś z tym zrobić. Przede wszystkim ma ustalić, które z sióstr są we władaniu piekieł. Sięga więc po starą sprawdzoną metodę - dobiera się do dziewczyn, a ta, która mu nie odmówi, należy do Złego. Rzecz w tym, że żadna nie odmawia. Religijne dochodzenie zmienia się w jedną wielką orgię, ale egzorcysta staje na wysokości zadania, a kiedy już naprawdę nie daje rady, sięga do przepastnej torby, w której trzyma kropidło, wodę święconą i cały zestaw wibratorów, i wyciąga swoje skarby. Tylko przeorysza uważa, że duchowny zamienił jej klasztor w burdel, i mocno się wkurza, a nawet grozi, że o wszystkim poinformuje biskupa. Wtedy siostrzyczki wraz z egzorcystą postanawiają zabić starą sekutnicę - kładą ją pod jakąś świętą figurą i jedna z zakonnic wbija jej sztylet w serce. Wszyscy są zadowoleni i mogą dalej oddawać się rozpuście.
Koszmar! No ale jeśli ktoś chce coś takiego oglądać...
Po projekcji, która trwała ponad godzinę - tak, to nie był krótkometrażowy film! - Bruno zaproponował poczęstunek: dla panów dwudziestopięcioletnią whisky Talisker, a dla pań - bąbelki i biały proszek. Pozostałe dziewczyny zapiszczały z radości, ale ja wiedziałam, że tam, gdzie pojawia się koka, tam będzie ostro.
Atmosfera się rozluźniła - panowie zdjęli marynarki, a Riccardo zaczął przebąkiwać, że dom stoi nad jeziorem, czyli na plaży, a na plaży nikt w spodniach nie chodzi. Ale zanim faceci się rozebrali, my zostałyśmy ubrane - w czarne habity. Takie jak na filmie. Jedyną różnicę stanowiły buty - większość dziewczyn dostała szpilki, a mnie - nie wiedzieć czemu - przypadły w udziale muszkieterki. To, co przed chwilą obejrzeliśmy na ekranie, teraz mieliśmy odegrać na żywo. Za kamerą stanął jakiś facet, który najwyraźniej miał zarejestrować na taśmie nasze miłe spotkanie.
W rolę egzorcysty wcielił się Riccardo, a biskupem został Bruno. Dwaj pozostali mężczyźni też byli w sutannach, a może w habitach, jednak nie miałam pojęcia, kogo mają grać. Tak więc akcja nie była idealnym odtworzeniem filmu, ale jakie to miało znaczenie? Panowie mieli się zabawić, a naszym zadaniem było sprawić, żeby wszystko udało się perfekcyjnie. O ile trzech mężczyzn rzuciło się na nas właściwie od razu, gdy tylko trunki i koka zaczęły buzować w naszej krwi, o tyle Riccardo czekał na jakiś kulminacyjny moment, który ewidentnie miał nastąpić.
I nastąpił. Pośrodku salonu pojawiła się... stara przeorysza. Leżała na szpitalnym łóżku, które przywieziono nie wiadomo skąd, i nie ruszała się. Miała zamknięte oczy, ale oddychała - nie wiem, czy spała, czy tylko udawała, że śpi, ale wyglądała tak, jakby nie miała kontaktu ze światem.
Wtedy podszedł do mnie Bruno. W rękach trzymał srebrną tacę, na której spoczywał zdobiony sztylet. Spojrzałam na niego zdumiona, ale on tylko się uśmiechnął i oparł tacę o moje piersi.
- O co chodzi? - spytałam.
- Przeorysza musi umrzeć. Tak jak w filmie - wyjaśnił, na co Riccardo zaniósł się śmiechem.
Mrówki, które wkroczyły na moje ciało, urządziły sobie szalony maraton. Zakręciło mi się w głowie i poczułam, że nie mogę oddychać.
W końcu wydusiłam:
- To jakieś żarty, prawda?
- Bynajmniej. Bierz sztylet i rób swoje.
- Mam ją... zabić?
- Masz ją przebić sztyletem. Jeśli Bóg jest z nią, uratuje ją. Jeśli nie uratuje, znaczy, że była pomiotem szatana.
- Ale ja nigdy nikogo nie zabiłam...
- Zawsze musi być ten pierwszy raz. Zresztą powiedziałem ci: jeśli jest z nią Bóg...
- Bruno, co ty pierdolisz?!
Gospodarz zachowywał się spokojnie, ale widziałam, że jego twarz robi się czerwona, a ręce zaczynają drżeć. Był bliski eksplozji, jednak robił wszystko, aby obeszło się bez niej. Pewnie miał nadzieję, że mały kryzys, który wywołałam, zostanie szybko zażegnany, stara pójdzie do piekła, a orgia wróci na dawne tory. Ale to zależało wyłącznie ode mnie - a ja nie miałam ochoty zatopić kosy w ciele tej biedaczki. Zastanawiałam się, czym oni ją nafaszerowali, że leżała tu taka bezbronna, zupełnie pozbawiona wpływu na swoje dalsze życie.
Zaczęłam krzyczeć. Nigdy wcześniej nie reagowałam tak na stres, ale teraz po prostu nie byłam w stanie zatrzymać głosu w swoim gardle. I wtedy stało się coś nieoczekiwanego: Riccardo doskoczył do nas, porwał sztylet i zaczął dźgać nieprzytomną kobietę.
- Tak to się robi, tak to się robi... - powtarzał, ciężko dysząc.
Gdyby to był film, krew tryskałaby pod sam sufit. Ale to się działo naprawdę, więc tylko spływała z łóżka na kamienną podłogę. Nie miałam pojęcia, czy to bydle zabiło nieszczęśnicę, choć nic nie wskazywało na to, że przeorysza ma szanse przeżyć. Podejrzewałam, że aktorkę w filmie mógł spotkać taki sam los.
I nagle wszystko się zawiesiło, jakby jakiś reżyser na samej górze zafundował nam stop-klatkę. Bruno trzymał w rękach srebrną tacę, a Riccardo trwał nieruchomo, trzymając sztylet na wysokości głowy. Dziewczyny patrzyły przed siebie przerażone.
Wybiegłam z salonu i ruszyłam do głównych drzwi. Nikt mnie nie zatrzymywał, nikt mnie nie gonił. Ale kiedy znalazłam się na zewnątrz, ktoś schwycił mnie za rękę. Odwróciłam się - to był Sven.
Wrzucił mnie do samochodu jak worek z ziemniakami i ruszył na polanę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki