Dziewczyny z Agencji - Hanka V. Mody

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Dziewczyny z agencji

- I mówię jej, że chcę puszo­rek dla psa, a ona patrzy na mnie jak na wariatkę. - Wzbu­rzona Mirka zama­chała rękami. Jej dłu­gie, blond włosy zafa­lo­wały w powie­trzu. - No to powta­rzam wol­niej, puuuszo­oore­eek. - Tym razem dziew­czyna poma­so­wała bez skrę­po­wa­nia swój nie­wielki biust.

- Chcia­łaś kupić sta­nik dla psa? - Kalina, szczu­pła bru­netka z krótką fry­zurą, patrzyła na nią nie­ro­zu­mie­jąco. Z Mirką ni­gdy nic nie wia­domo. Pocho­dziła z Pozna­nia, więc ta ich gwara potra­fiła zasko­czyć.

- Jaki sta­nik? Skąd ty jesteś? - Mirka pod­nio­sła głos.

- No ja nie wiem, o co ci cho­dzi - przy­znała Kalina i roz­ło­żyła bez­rad­nie ręce.

Bere­nika popra­wiła bez­wied­nie pro­ste blond włosy do ramion, przy­słu­chu­jąc się tej roz­mo­wie w zacie­ka­wie­niu.

- Puuuszo­oore­eek - powtó­rzyła Mirka wolno i wyraź­nie.

- Myślisz, że jak będziesz mówić do mnie po węgier­sku, tyle że wolno, to ja to zro­zu­miem? - ziry­to­wała się Kalina.

- Dla­czego po węgier­sku? - tym razem Mirka nie zro­zu­miała.

- Taki przy­kład. Cho­dzi o to, że jak będziesz mi powta­rzać w zwol­nio­nym tem­pie, to nagle zro­zu­miem, co to jest ten cały puszo­rek? - Dziew­czyna wydęła usta.

Bere­nika par­sk­nęła śmie­chem. Obie przy­ja­ciółki spoj­rzały na nią i wró­ciły do roz­mowy.

- No i wła­śnie ta baba w zoo­lo­gicz­nym też nie zro­zu­miała.

- A co to jest? Może w końcu nas oświe­cisz? - Kalina była coraz bar­dziej cie­kawa.

- Puszo­rek to puszo­rek. - Mirka opa­dła na opar­cie drew­nia­nego krze­sła z zie­loną tapi­cerką, się­gnęła po kufel piwa z sokiem mali­no­wym i pocią­gnęła spory łyk, uzna­jąc, że nie ma co tłu­ma­czyć dalej.

Ziry­to­wana Kalina się­gnęła po tele­fon i wygo­oglo­wała sobie ten cały puszo­rek. Już po chwili wie­działa, że Mirka chciała kupić psu zwy­kłe szelki. Nazwa wywo­dziła się od uprzęży dla konia.

- I co w końcu kupi­łaś? - włą­czyła się do roz­mowy Bere­nika.

- To, co chcia­łam, poka­za­łam jej po pro­stu pal­cem. Do tego obrożę i smycz.

- A ty nie masz już ze trzech obroży? - Bere­nika zaśmiała się przy­jaź­nie. Wie­działa, że Bazyl, czyli owcza­rek, któ­rego Mirka spra­wiła sobie kilka mie­sięcy temu, jest jej oczkiem w gło­wie i kupuje mu masę akce­so­riów.

- Ja nie mam, Bazyl ma - odgry­zła się. - A ty jakie ostat­nio nowe buty sobie kupi­łaś?

Wie­działa dobrze, że Bere­nika nie umie się powstrzy­mać przed naby­ciem kolej­nej pary. Podzi­wiała ją, że przy jej wzro­ście - pra­wie sto osiem­dzie­siąt cen­ty­me­trów - bez skrę­po­wa­nia cho­dziła w szpil­kach, nic sobie z tego nie robiąc. Zazdro­ściła jej luzu, jaki ta miała, oraz nie­wąt­pli­wie figury. Dłu­gie, szczu­płe nogi i spory, lecz nie za duży biust były dla niej ide­ałem kobie­co­ści. Sama uwa­żała, że jej biust był zbyt mały, szcze­gól­nie w porów­na­niu ze zbyt pulch­nym brzu­chem. O swoim kra­sna­lim wzro­ście wolała nie pamię­tać, ponie­waż te sto pięć­dzie­siąt dzie­więć cen­ty­me­trów spę­dzało jej sen z powiek. A naj­gor­sze, że nie umiała cho­dzić na szpil­kach z taką gra­cją jak Bere­nika. Miała wra­że­nie, że wygląda śmiesz­nie ze swoim dużym tył­kiem i obfi­tymi udami, koły­sząc się jak kaczka. Dla­tego nosiła wszel­kiego rodzaju ele­ganc­kie buty, ale bez obca­sów, ewen­tu­al­nie z małym, sta­bil­nym pod­wyż­sze­niem. Ostat­nio jed­nak, przy­naj­mniej na co dzień, prze­rzu­ciła się na dresy i adi­dasy, co nie sta­no­wiło jej stylu na co dzień, ale przy psie taki strój spraw­dzał się naj­le­piej. Był też bar­dzo wygodny i przy­zwy­cza­iła się do niego na tyle, że gdy szła do pracy i wci­skała swoje fałdki w ele­ganc­kie spodnie lub spód­nice, cier­piała, co ni­gdy wcze­śniej nie miało miej­sca.

- Dziew­czyny, pal licho z butami, jaki ja stra­pon kupi­łam. - Marta, spóź­niona o pra­wie dwie godziny, opa­dła na jedno z wol­nych krze­seł przy sto­liku, przy któ­rym sie­działy dziew­czyny.

To był ostat­nio ich ulu­biony lokal na war­szaw­skiej Pra­dze. Mogły kupić wej­ściówkę i jeść do woli to, co ser­wo­wano danego dnia. A że wszyst­kie lubiły dobrze zjeść, odnaj­dy­wały się tam ide­al­nie. Do tego alko­hol i można sie­dzieć i plot­ko­wać do zamknię­cia. A więc Metka rzą­dziła, od kilku mie­sięcy im się nie nudząc.

- Marta, od kiedy zro­bi­łaś przed nami coming out, bywasz zbyt otwarta. - Kalina spoj­rzała na kole­żankę lekko znie­sma­czona i posma­ro­wała bagietkę pâté z kurzych wątró­bek, po czym wło­żyła ją do ust. Tego dnia tra­fiły na wie­czór fran­cu­ski i zaja­dały się woło­winą po bur­gundzku, szpa­ra­gami z dres­sin­giem z jajek, kor­ni­szo­nów i kapa­rów oraz quiche'em z prze­róż­nymi dodat­kami. Była też masa przy­sta­wek. Dziew­czyny chęt­nie korzy­stały.

- Wiesz co, Kalina, za to ty jesteś zbyt pru­de­ryjna. Jak tak dalej pój­dzie, to cię w końcu ten mąż zostawi - mruk­nęła Marta i popra­wiła odsta­jący włos w ciem­nym kucyku prze­pla­ta­nym siwi­zną.

- W życiu, on mnie w życiu nie zostawi, on mnie kocha. - Kalina wgry­zła się w bagietkę pewna tego, co mówi.

- Kocha, nie kocha, ale dobre bzy­kanko musi być. - Marta zaśmiała się i roz­parła jesz­cze bar­dziej na krze­śle.

- A ty z kim się będziesz bzy­kać tym stra­po­nem i czemu się spóź­ni­łaś? - zain­te­re­so­wała się Kalina.

- Na hotelu byłam. - Marta ści­snęła swój ide­al­nie równy kucyk bar­dziej, tak by żaden nie­sforny kosmyk nie mógł zde­zer­te­ro­wać. Nie lubiła roz­trze­pa­nia. Wszystko musiało być na swoim miej­scu. Pro­ste dżinsy i ide­al­nie wypra­so­wana bała koszula dopeł­niały wize­runku. Do tego białe sne­akersy.

- Dziew­czyna z agen­cji prze­sia­duje piąt­ko­wymi wie­czo­rami po hote­lach, no nie­źle. - Tym razem zaśmiała się Bere­nika.

- A jak, robota była. - Marta klep­nęła się w uda.

- A płacą ci cho­ciaż dodat­kowo za taką robotę? - Miro­sława zalot­nie zakrę­ciła lok na palcu. Jej blond włosy opa­dały falami na ramiona.

- Taaa, płacą. - Marta się skrzy­wiła. - Dostanę pew­nie naj­niż­szą pre­mię i będą uwa­żali, że mam się cie­szyć.

- To i tak faj­nie, ja pre­mii nie widzia­łam od pół roku, a zapier­da­lam jak mały moto­rek. Dość mam już tej roboty - poża­liła się Mirka. - Ile można słu­chać czy­ichś roz­mów? Żeby cho­ciaż o czymś cie­ka­wym, ale nie, nuda. Pro­blemy dnia codzien­nego. Mogliby mi dać jakieś inne sprawy, a nie amba­sady. Tam wia­domo, że wszy­scy wie­dzą o pod­słu­chach i nikt nic nie powie. A ja bym cho­ciaż o jakimś sek­sie posłu­chała.

- O widzisz, Kalinko, seks jest ważny. - Marta wstała, pokle­pała Kalinę po ramie­niu i poszła w kie­runku sto­łów z jedze­niem.

Kalina tego nie sko­men­to­wała.

- A jak tam twój seks? - Mirka zwró­ciła się do Bere­niki.

- Ach - wes­tchnęła dziew­czyna - mówię wam, to jest ogień.

- Pew­nie, że tak, bo naj­lep­szy seks jest z cudzymi mężami. - Marta wró­ciła z tale­rzem peł­nym jedze­nia i drin­kiem.

- A ty skąd wiesz, sypiasz z cudzymi mężami? - zacie­ka­wiała się Kalina.

- Nie z mężami, ale z żoną, jedną, ow­szem, to zna­czy taką mam nadzieję. - Marta mru­gnęła do dziew­czyn i zaczęła kon­su­mo­wać.

- No i zaraz roz­wiąże się zagadka stra­ponu. Opo­wia­daj. - Mirka była cie­kawa wszel­kich takich histo­ry­jek.

- Wy wie­cie, że nie ma się czym chwa­lić? - prze­rwała ich radość Kalina. - Zabie­ra­nie się za cudzych mężów czy też żony to zło, zwy­kłe kure­stwo - prych­nęła.

- Już się tak nie bój, two­jego nie ruszymy, obie­cuję. - Mirka uśmiech­nęła się łagod­nie do wzbu­rzo­nej Kaliny.

- Ale poważ­nie mówię.

- OK, zgo­dzę się z tobą, że bzy­ka­nie męża kole­żanki nie jest w porządku, to już trzeba być zwy­kłą szmatą, ale ja tej baby wcale nie znam, a on nie mnie obie­cy­wał wier­ność. - Bere­nika napiła się czy­stej wódki z kie­liszka, sama, bo żadna z dziew­czyn nie chciała jej towa­rzy­szyć, i popiła pepsi zero.

- Pew­nie masz rację, ale ponie­kąd budzi to mój opór - przy­znała Kalina.

- Może nie jesteś pewna Adama, co? I dla­tego tak się ciskasz? - Marta jak zawsze wyka­zała się nie­tak­tem.

- Jestem pewna - prych­nęła Kalina - po pro­stu lubię jasne sytu­acje i nie lubię kłam­stwa.

- Zdaje mi się, że twoja praca nie­raz polega na kłam­stwie - powie­działa Bere­nika i zało­żyła włosy za ucho. Lubiła swoją nową fry­zurę do ramion.

- To co innego. W życiu sta­ram się nie kła­mać i nie kom­pli­ko­wać. Ale dość o mnie, co to za nowa żona? - zwró­ciła się do Marty.

- No widzisz, bo jej się aku­rat w życiu nie układa, mąż jest dup­kiem - stwier­dziła i ugry­zła quich z kre­wet­kami i łoso­siem. Popiła mojito.

- A ty będziesz jej ryce­rzem na bia­łym koniu? - Na pewno Mirka już widziała w tym roman­tyczną histo­rię z dobrym zakoń­cze­niem. Uwa­żała, że Marta, po wszyst­kim, co prze­szła, zasłu­guje na taką. Zresztą każda z nich zasłu­gi­wała.

- Na początku mam nadzieję, że będę jej bzy­ka­czem.

- Ale po co ci kolejna hete­ryczka? - Bere­nika nie wytrzy­mała, bo była to już kolejna podobna histo­ria, którą Marta póź­niej odcho­ro­wy­wała.

Po roz­sta­niu z Baśką Marta wkrę­cała się w coraz bar­dziej bez­na­dziejne rela­cje. Bere­nika była świad­kiem roz­sta­nia Marty z Baśką i naprawdę jej współ­czuła. Tym bar­dziej, że nało­żyło się ono na cho­robę matki Marty. Póź­niej jesz­cze dziew­czyna dowie­działa się o ciąży Baśki i kom­plet­nie się zała­mała. To miało być ich wspólne dziecko, jed­nak oka­zało się, że będzie zupeł­nie ina­czej. Bere­nika rozu­miała, że rzu­ce­nie się w wir roman­sów było swego rodzaju ucieczką, ale mar­twiła się o przy­ja­ciółkę, ponie­waż wszyst­kie z nich oka­zy­wały się spek­ta­ku­larną klapą, poprze­dzoną dra­ma­tami i roz­k­mi­nami.

- Ale ta jest inna.

Marta naprawdę w to wie­rzyła. Ewę poznała w hotelu, w któ­rym bywała służ­bowo. Drobna blon­dynka pra­co­wała jako kie­row­niczka recep­cji, więc siłą rze­czy Marta musiała się do niej zbli­żyć, by uzy­skać od niej potrzebne dla firmy infor­ma­cje. Zapra­szała więc Ewę na wystawne kola­cje w dro­gich restau­ra­cjach, za które pła­ciła firma, kupo­wała jej dro­gie pre­zenty, za które także pła­ciła firma, i dodat­kowo z nią flir­to­wała. Za to zapłaci Marta, jeśli jej prze­ło­żony się dowie. Tego nie było w pla­nach, nie była żad­nym agen­tem Tom­kiem, by mamić nie­winne kobiety, ale tak jakoś samo wyszło. Tamta zaczęła się zwie­rzać, a Marta poczuła się w obo­wiązku stać się jej opoką. Niech będzie, że ryce­rzem. Tym bar­dziej, że Ewie naprawdę nie ukła­dało się w mał­żeń­stwie, a ewi­dent­nie Marta i jej szar­manc­kość oraz opie­kuń­czość ją urze­kły. Czy Marta miała z tego zre­zy­gno­wać tylko dla­tego, że kłó­ciło się to z poli­tyką firmy? No dobrze, było nie­zgodne z pro­ce­du­rami. Ale uznała, że jeśli ta miłość prze­trwa, Ewa zmieni pracę i będą żyły długo i szczę­śli­wie. No i dziew­czyna była tak obłęd­nie sek­sowna. Jarała ją. Marta mastur­bo­wała się wie­czo­rami, myśląc o jej zło­tych wło­sach i nie­bie­skich oczach oka­la­nych zalot­nymi, dłu­gimi rzę­sami. Była kwin­te­sen­cją kobie­co­ści.

- Ja za to mam pro­blem - przy­znała Bere­nika. Dziew­czyny spoj­rzały na nią zacie­ka­wione. - Zadzwo­niła do mnie żona mojego Mirka. Pra­wie zawału dosta­łam. - Tu zawie­siła głos, czym pod­sy­ciła napię­cie.

- No i? Mów. - Miro­sława nie wytrzy­mała.

- No i zapra­sza mnie na uro­dzi­nową imprezę nie­spo­dziankę. Uznała, że czter­dzie­ści pięć lat to ide­alna liczba, by zro­bić wielką bibę.

- Ale dla­czego cie­bie? I skąd miała numer? - docie­kała Mirka.

- Wiesz, ona też pra­cuje w naszej fir­mie, to nie pro­blem usta­lić numer, a że zapra­sza ludzi z pracy, bli­skich współ­pra­cow­ni­ków...

- Nie wie, że ty jesteś naj­bliż­szym - stwier­dziła ze śmie­chem Marta. Mirka jej zawtó­ro­wała.

- Kurwa, ty się nie wygłu­piaj. - Bere­nika zgro­miła ją wzro­kiem. - Co ja mam zro­bić?

- Iść - powie­działa Mirka.

- Nie iść - stwier­dziła jed­no­cze­śnie Kalina. - Jak pój­dziesz, to sta­nie się twoją kole­żanką, i wtedy to już będzie kure­stwo. - Puściła do niej oczko.

- Ech, Kalinka, ja to cię jed­nak lubię - wes­tchnęła Bere­nika.

Jestem pijana, nażarta i stę­sk­niona. Dobra­noc. Bere­nika napi­sała mu tego SMS-a i zapo­mniała naci­snąć "wyślij". Zasnęła od razu, nie zawra­ca­jąc sobie głowy cze­ka­niem na odpo­wiedź. Nie zawsze odpo­wia­dał, bo nie zawsze był sam. Cza­sem, a nawet dość czę­sto, był z żoną, przy­zwy­cza­iła się. Uda­wała przed sobą, że tamta nie ist­nieje. Prze­cież ona i Mirek byli dla sie­bie stwo­rzeni. Po pro­stu spo­tkali się w złym cza­sie. Ale ich ciała, ich myśli two­rzyły jed­ność. Mirek nie miał dzieci, więc wie­rzyła, że w końcu zostawi Ele­onorę, bo nic ich prze­cież za bar­dzo nie łączyło. No, może poza kre­dy­tem, a ten podobno potrafi sce­men­to­wać zwią­zek na lata, ale Bere­nika nie przej­mo­wała się takimi głu­po­tami. Wie­rzyła w dobre zakoń­cze­nia. Roz­wód oraz zwią­zek ze świ­rem jej z tego nie wyle­czyły. Ow­szem, prze­szła cięż­kie chwile w życiu, zała­ma­nie i tera­pię, ale gdyby nie wiara w lep­sze jutro, dawno by się pod­dała. Więc się tej wiary trzy­mała.

Dla­tego spała spo­koj­nie, a rano cze­kał na nią miły SMS. Dzień dobry, moja piękna, może uda mi się wyrwać z domu w połu­dnie. Uśmiech­nęła się do tele­fonu i prze­cią­gnęła. Wio­senne pro­mie­nie słońca pró­bo­wały prze­drzeć się przez ciemne rolety, na szczę­ście jed­nak, gdy je wybie­rała, zwra­cała szcze­gólną uwagę na prze­pusz­czal­ność, a dokład­niej na jej brak. Dla­tego teraz mogła cie­szyć się pobudką w zaciem­nio­nym pomiesz­cze­niu i nic nie raziło jej w oczy.

W łazience ścią­gnęła czarne, bez­sz­wowe majtki oraz czarną koszulkę na ramiącz­kach, w któ­rych spała, rzu­ciła je do kosza na brudne rze­czy i usia­dła na sede­sie. Poczuła ulgę, gdy opróż­niała pęcherz. Nie pod­cie­rała się, ponie­waż od razu po zro­bie­niu siku wsko­czyła pod prysz­nic. Odkrę­ciła wodę i cze­kała, aż ta w końcu nabrała odpo­wied­niej tem­pe­ra­tury. Bere­nika weszła pod gorący stru­mień i przez chwilę roz­ko­szo­wała się masa­żem, jaki fun­do­wały strugi wody. Pomy­ślała o Mirku, o jego dużych dło­niach, pal­cach prze­su­wa­ją­cych się po spra­gnio­nej skó­rze.

- Skąd masz tę bli­znę? - zapy­tał, gdy pierw­szy raz wylą­do­wali w łóżku.

To było na wyjeź­dzie służ­bo­wym w taj­nej leśni­czówce na Mazu­rach. Szko­lili wtedy innych. Uczyli, jak stać się nie­wi­docz­nym. Jak się zacho­wy­wać, ubie­rać, kamu­flo­wać, by nie zostać zauwa­żo­nym, a jed­no­cze­śnie samemu dostrzec to, co istotne. To była seria szko­leń dla ludzi z róż­nych dele­ga­tur, wymy­ślo­nych przez Biuro Ope­ra­cji Spe­cjal­nych. A że Bere­nika była dobra w te klocki, to zastępca dyrek­tora wziął ją do zespołu, któ­remu sam prze­wo­dził. Wcze­śniej razem pra­co­wali i znali się z jed­nego wydziału. Póź­niej Bere­nika śmiała się do dziew­czyn, że Mirek, bo tak go zaczęła nazy­wać, też jest dobry w "te" - tu pod­no­siła zna­cząco brew - klocki.

- Bli­znę. - Bere­nika podą­żyła pal­cem za pal­cem Mirka; od szyi, przez oboj­czyk, zaha­czyła o prawą pierś i skoń­czyła pod pachą. - Bli­znę mam z miło­ści.

- Z miło­ści? - Mirek wyda­wał się zdzi­wiony.

- No dobrze - Bere­nika prze­krę­ciła się na wąskim łóżku - może z nie­od­po­wied­niego zauro­cze­nia. W tam­tej chwili wyda­wało mi się, że to jest miłość.

- Nie była?

- Nie była - przy­tak­nęła.

- Chciał zro­bić ci krzywdę? - Mirek był naprawdę poru­szony.

- Chyba bar­dziej nie chciał, bym go zosta­wiła.

- A to? - Znów prze­je­chał po nie­re­gu­lar­nej bliź­nie.

- To był wypa­dek.

- Że niby spa­dłaś ze scho­dów?

- Nie, mówię poważ­nie. On pro­wa­dził, zje­chał na lewy pas i wpa­dli­śmy w inny samo­chód.

- Kurwa. - Mirek nie wytrzy­mał, aż się pod­niósł. - On to zro­bił spe­cjal­nie? Chciał cię zabić?

- Nie wiem, naprawdę nie wiem. - Bere­nika pod­nio­sła się i pod­cią­gnęła koł­drę, by zakryć nagie piersi. Nie­spo­dzie­wa­nie poczuła się nie­swojo. Roz­ma­wiali o czymś, co było dla niej bole­sne. Bała się przy­znać sama przed sobą, że Łukasz naprawdę chciał ich zabić. Uznał praw­do­po­dob­nie, że skoro ona chce go zosta­wić, to on nie chce żyć. Mówił jej prze­cież kie­dyś, że jego się nie zosta­wia.

Nie wzięła wtedy tego dosłow­nie. A powinna.

- Jak to nie wiesz? - drą­żył Mirek.

- Kurwa, zapy­taj naszego inspek­to­ratu może, jak jesteś taki cie­kawy - ziry­to­wała się.

- Co ma do tego inspek­to­rat? - Zmarsz­czył czoło.

- Co? A to, że raczyli zro­bić mi postę­po­wa­nie, gdy leża­łam nie­przy­tomna w szpi­talu. - Wstała, owi­nęła się koł­drą i pode­szła do torebki. Po chwili wygrze­bała z niej cien­kiego, mię­to­wego papie­rosa. Mirek patrzył na nią oszo­ło­miony. - Idę zapa­lić - oświad­czyła.

- Nago? - Mirek nie zro­zu­miał, myślał, że dziew­czyna wybiera się do palarni lub na dwór.

- Myślisz, że powin­nam się jakoś spe­cjal­nie ubrać do łazienki? - Kącik ust drgnął jej w lek­kim uśmie­chu.

- Tu raczej nie można palić - powie­dział bez sensu męż­czy­zna.

- Pew­nie nie - przy­znała mu rację - a myślisz, że można upra­wiać seks z wła­snym dyrek­to­rem? I to żona­tym? - zga­siła go.

- Być może zna­la­złoby się kilka osób, któ­rym mogłoby się to nie spodo­bać. - I on wysko­czył z łóżka, zupeł­nie nie­skrę­po­wany wła­sną nago­ścią. Objął od tyłu Bere­nikę i poca­ło­wał w pła­tek ucha. - Naj­waż­niej­sze, że nam się baaar­dzo podo­bało - prze­cią­gnął to "bar­dzo" i zamru­czał. Śmiali się, idąc palić.

To było pra­wie rok wcze­śniej. Dokład­nie to jede­na­ście mie­sięcy i kilka dni. A teraz jego żona zapra­szała ją na imprezę. Bo sły­szała, że się z Mir­kiem kum­plują. Zapra­szała cały jego były wydział. I co? Miała nie iść? Czy jed­nak powinna iść, żeby nie wzbu­dzać podej­rzeń? Z jed­nej strony nie chciała zoba­czyć ich razem, ale jakiś cho­chlik pod­po­wia­dał jej, żeby poszła i się prze­ko­nała, że nic ich już nie łączy. Że nie są dla sie­bie stwo­rzeni, za to oni - Bere­nika i Mirek - tak. Podob­nie jak jej były mąż uznał, że nie są dla sie­bie stwo­rzeni, i wybrał tę całą Wero­nikę, z którą ma teraz dwójkę dzieci. Śmiała się, że chyba mu się po pro­stu imiona pomy­liły. Ona koń­czyła się na "nika" i tamta też. Zapo­mniał, co powinno być na początku. W ogóle chyba zapo­mniał, że coś sobie obie­cy­wali, kie­dyś, jak jesz­cze byli mło­dzi. I może w tym tkwił pro­blem, że byli mło­dzi, za mło­dzi, by sobie obie­cy­wać. Bo na takie obiet­nice to trzeba już tro­chę w życiu prze­żyć i wie­dzieć, czego się chce. Oni naj­wi­docz­niej nie wie­dzieli, przy­naj­mniej Krzy­siek. Ale z Wero­niką już wie­dział. I OK, może tak miało być. Bere­nika wie­rzyła, że i dla niej znaj­dzie się ten wła­ściwy. Nawet jeśli miał żonę. Bo czy żona może być prze­szkodą? Jak się oka­zało w związku Bere­niki, mał­żeń­stwo i jakaś tam żona to żadna prze­szkoda.

Do imprezy jesz­cze mie­siąc. Miała więc jesz­cze czas do namy­słu. Zakrę­ciła wodę i wyszła spod prysz­nica.

W przed­po­koju wisiało wiel­kie lustro w cięż­kiej srebr­nej ramie, które Kalina wypa­trzyła na jakimś targu i zapra­gnęła mieć. Teraz stała przed nim i przy­glą­dała się swo­jemu odbi­ciu. Lubiła nawet ten widok w lustrze. Była nie za wysoka, nie za niska. Taka w sam raz, żeby nie czuć się kra­sno­lud­kiem, za to więk­szość face­tów była od niej wyż­sza. Podzi­wiała Bere­nikę za to, że zupeł­nie jej nie prze­szka­dzało, iż wielu męż­czyzn bywa od niej niż­szych. Szcze­gól­nie u nich w fir­mie. Kie­dyś myślała, że skoro to służby spe­cjalne, to i faceci tam pra­cu­jący będą jakoś spe­cjal­nie wyjąt­kowi. Nic z tych rze­czy; przez lata pracy prze­ko­nała się, że są bole­śnie prze­ciętni, a wręcz nijacy. Gdyby choć nad­ra­biali wie­dzą, inte­li­gen­cją i szar­manc­ko­ścią. Na to nie­stety też nie można było liczyć. Zazwy­czaj oka­zy­wali się bucami prze­świad­czo­nymi o wła­snej wyjąt­ko­wo­ści. Nie była prze­ko­nana, czy wła­śnie tacy ludzie, o nar­cy­stycz­nym uspo­so­bie­niu, powinni pra­co­wać w służ­bach. No i jak ona sama była postrze­gana? I jaki miała pro­fil oso­bo­wo­ściowy? Tego ni­gdy im nie zdra­dzano. Czło­wiek prze­cho­dził testy lub nie. Albo ina­czej. Kan­dy­dat dosta­wał się do służby lub nie i nikt go nie infor­mo­wał o szcze­gó­łach doty­czą­cych wyniku. W żad­nym z tych przy­pad­ków. Oczy­wi­ście tym, któ­rzy się dostali, było wszystko jedno, na co wska­zy­wały testy - naj­waż­niej­sze, że się dostali, po tru­dach i zno­jach zazwy­czaj kil­ku­na­sto­mie­sięcz­nej rekru­ta­cji. W tam­tej chwili każdy z nich był prze­ko­nany o wła­snej wyjąt­ko­wo­ści. W końcu nie każ­demu udaje się dostać do pracy w ABW, szcze­gól­nie gdy nie jest się tak zwa­nym "ple­ca­kiem", czyli czy­imś pociot­kiem lub bli­skim krew­nym czy zna­jo­mym. O tym się oczy­wi­ście nie mówiło gło­śno, ale wszy­scy wie­dzieli, kto koń­czył kursy eks­ter­ni­styczne w ośrodku szko­le­nio­wym w Emo­wie i po pół roku służby dosta­wał sto­pień ofi­cera. Nikt nie wie­rzył w wybit­ność takich jed­no­stek.

Kalina już dawno się prze­ko­nała, że próżno szu­kać w tej służ­bie wybit­nych postaci. A już zupeł­nie nadzieję stra­ciła, gdy prze­nio­sła się z Olsz­tyna do War­szawy i wylą­do­wała w wydziale "obser­wa­cji". Nooo, tego, co ją tam spo­tkało, to się nie spo­dzie­wała. Myślała, że opo­wie­ści o ludziach z "betki" - tak się mówiło w slangu fir­mo­wym - są grubo prze­sa­dzone. Nie były. Można powie­dzieć, że oka­zały się wręcz zbyt łagodne. Na samą myśl, że musi oglą­dać tych ludzi, czuła dresz­cze.

Spoj­rzała raz jesz­cze w lustro i popra­wiła krót­kie brą­zowe włosy, by wyglą­dać bar­dziej zadzior­nie. Jej nowa fry­zura faj­nie kom­po­no­wała się z krótką czarną sukienką, którą miała na sobie. Duży dekolt i dłu­gość przed kolana pozwa­lały poka­zać to, co w sobie lubiła. Na co dzień w pracy nie mogła pozwo­lić sobie na taki stój, więc korzy­stała, gdy gdzieś wycho­dziła. Ruszyła do dużego pokoju.

- Jak tam spo­tka­nie? - Adam, jasny blon­dyn, wychy­lił się z sza­rej kanapy i spoj­rzał na wcho­dzącą do pomiesz­cze­nia Kalinę.

- Faj­nie, ale jestem zmę­czona. - Pode­szła do niego i dała mu pro­sto w usta buziaka, któ­rego odwza­jem­nił. - No i wku­rza mnie, że inni mają nor­malny week­end, a ja muszę w nie­dzielę jechać w dele­ga­cję.

- Ale będziesz miała za to dzień wolny - pró­bo­wał ją pocie­szyć.

- W dupie mam ten dzień wolny, szcze­rze mówiąc, wola­ła­bym mieć wszyst­kie week­endy wolne zamiast tego. - Przy­sia­dła na rogu kanapy, Adam prze­su­nął nogi.

- To może zmień w końcu pracę. - Mąż wycią­gnął się ponow­nie. Nie wyda­wał się wzru­szony roz­ter­kami żony.

- Może zmień - prych­nęła - łatwo powie­dzieć.

- A co w tym takiego trud­nego, idziesz i mówisz, że chcesz zmie­nić dział, bo chcia­ła­byś się roz­wi­jać, bla, bla, bla.

Mówił, jed­nym okiem spo­glą­da­jąc w tele­wi­zor. Leciał jakiś pro­gram o zwie­rzę­tach. Chyba o wil­kach. Kalina przez chwilę wpa­try­wała się razem z nim w ekran, jed­nak ode­rwała wzrok i zwró­ciła oczy na męża. Wku­rzał ją takimi tek­stami. Tłu­ma­czyła mu już tyle razy. Z jed­nej strony cie­szyła się, że nie jest z firmy, a z dru­giej - gdyby był, nie musia­łaby mu tego łopa­to­lo­gicz­nie wykła­dać. A i tak nie ogar­niał. A niby taki inte­li­gentny.

- To tak u nas nie działa. Wzięli mnie tu, bo nie ma ludzi do roboty, dla­tego mnie nie prze­niosą. Mało jest takich bara­nów chcą­cych tam pra­co­wać. Ja się zde­cy­do­wa­łam, bo mogłam albo do betki, albo wcale. Nor­mal­nie nie prze­no­szą ludzi ze środka do pracy w tere­nie, czyli, jak to się u nas mówi, "na mia­sto". Jak już pra­co­wa­łeś w innym wydziale, to jesteś spa­lony. Mogłeś być widziany, wcho­dząc do ofi­cjal­nego budynku. A na mie­ście ludzie mają być tajni. Dla­tego baza jest zupeł­nie gdzie indziej niż główny budy­nek. Jed­nak dyrek­tor w War­sza­wie jakoś nie miał z tym pro­blemu. Co kraj, to oby­czaj. Powinno wszę­dzie być tak samo, jedne zasady dla wszyst­kich, ale panuje wolna ame­ry­kanka. Widocz­nie dyrek­tor uznał, że się przy­dam. Stan oso­bowy musi się zga­dzać, a już pro­ce­dury i logicz­ność tego to zupeł­nie inna bajka. Kie­dyś by tego nie zro­bili. Bo na mie­ście powinni pra­co­wać ludzie, któ­rzy nie są ujaw­nieni. Ale kto by się tym przej­mo­wał. Ujaw­niona byłam w Olsz­ty­nie, tu mogę być tajna. - Zaśmiała się. - A nie wiem, czy pamię­tasz, ale zale­żało nam na prze­nie­sie­niu się do War­szawy ze względu na twoją pracę.

- Czyli zro­bi­łaś to z miło­ści - stwier­dził Adam i poło­żył dłoń na jej kola­nie.

- Dla nas, kocha­nie, dla nas.

- Z miło­ści do nas. - Mąż zaśmiał się i pocią­gnął ją na sie­bie.

Po sied­miu latach mał­żeń­stwa, a dzie­wię­ciu zna­jo­mo­ści, ich seks nie był już tak gorący jak na początku, stra­cili gdzieś ten ogień, ale na­dal lubili swoją bli­skość. Kalina w ramio­nach Adama czuła się bez­piecz­nie. Zła­pał ją mocno za pośladki, poczuła na brzu­chu, że jest twardy, i posta­no­wiła to wyko­rzy­stać. Gdy zry­wał z niej sukienkę i odsła­niał kształtne piersi, czuła się szczę­ściarą. Że go ma, że na sie­bie wpa­dli w tym życiu i mogą na sie­bie liczyć. Jed­nak w tam­tej chwili liczył się jego dotyk. Prze­je­chał paznok­ciami po jej skó­rze na pła­skim brzu­chu. Lubiła to. Ścią­gnęła szybko raj­stopy i majtki, a jemu spodnie od dre­sów. Penis jej męża prę­żył się zapra­sza­jąco, nie cze­kała więc ani chwili. Dosia­dła go i z gło­śnym jękiem zaczęła się poru­szać. Adam zła­pał ją za bio­dra, by jej pomóc. Góra, dół, góra, dół, jej jęk, jego oddech, w końcu war­kot, przy­trzy­mał ją moc­niej, dobił do samego końca, odrzu­cił głowę i z bole­snym jękiem wypeł­nił ją swoją spermą. Zadrżała zaraz po nim i opa­dła na niego.

Leżeli długo, wtu­leni, słu­cha­jąc swo­ich odde­chów. W końcu Kalina uznała, że idzie spać. Zosta­wiła Adama z włą­czo­nym tele­wi­zo­rem i udała się do sypialni. Zde­cy­do­wała, że nie ma siły na prysz­nic, prze­ło­żyła go na sobotni pora­nek.

Mirka kucała w krza­kach i było jej już tro­chę nie­wy­god­nie. Zało­żyła za cia­sne majtki, które teraz wrzy­nały się jej w tłu­sty tyłek. Do tego szare leg­ginsy zsu­wały się z krą­głych poślad­ków, a jakieś ostre źdźbło kłuło w udo. Jed­nak nie mogła się ruszyć, żeby nie zostać zauwa­żoną. Pomy­ślała o scha­bie duszo­nym w sosie wła­snym, który zro­biła na obiad. Do tego tarte buraczki. Ziem­niaki obrała, pokro­iła, zalała wodą w garnku, poso­liła i posta­wiła na kuchence. Tylko włą­czyć pod nimi gaz. Nie­stety nie było nikogo, kto mógłby to zro­bić. Będzie musiała sama, gdy wróci. Póź­niej poczeka, aż się ugo­tują do mięk­ko­ści, i będzie sama jadła. I jesz­cze ten żurek, który też ugo­to­wała. A wszystko to zanim wyszła z domu.

Nie mogła spać. Od jakie­goś czasu tak miała, że budziła się rano i dopa­dały ją jed­no­cze­śnie dwa uczu­cia. Lęk, co do któ­rego nie miała poję­cia, skąd się brał, ale wyraź­nie czuła go do momentu, w któ­rym nie wstała i nie zaczęła cze­goś robić. Oraz smu­tek. Dla­czego było jej smutno, wie­działa dosko­nale. Przy­je­chała z Pozna­nia do War­szawy w poszu­ki­wa­niu męża, bo miała nadzieję, że w Cen­trali będzie to łatwiej­sze. Jed­nak po pra­wie trzech latach prze­by­wa­nia w sto­licy na­dal była samotna. Za kilka tygo­dni miała skoń­czyć trzy­dzie­ści trzy lata i wciąż pozo­sta­wała starą panną. Tak się czuła. Nie żadna tam sin­gielka, po pro­stu stara panna, która nie ma komu goto­wać obia­dów. A bar­dzo chciała dla kogoś goto­wać. Marzyła o rodzi­nie, mężu, dziecku, a może nawet dwóch, i o wspól­nych waka­cjach. Jed­nak obiady wciąż jadła sama, a na waka­cje wyjeż­dżała z kole­żan­kami. Tak, to był powód jej smutku. I im sta­wała się star­sza, tym smu­tek się pogłę­biał, a nadzieja malała. Nie chciała byle kogo, chciała takiego faceta skro­jo­nego w sam raz dla niej. Niech­by nią poru­szył, tak żeby się zie­mia zatrzę­sła. Chciała stra­cić rów­no­wagę i wpaść w jego ramiona.

No i wła­śnie w tym momen­cie ją stra­ciła. Jakiś wrogo nasta­wiony krwio­pijca usiadł na kawałku odsło­nię­tej skóry i wbił w nią kłujkę. Mirka pisnęła, zamach­nęła się, by zabić dra­nia, stra­ciła rów­no­wagę i wpa­dła pupą w wil­gotne liście, a na domiar złego rzu­cił się na nią wielki czarny dog nie­miecki i zaczął lizać po twa­rzy.

- Ej, Bożena, prze­stań. - Łukasz, młod­szy od Mirki co naj­mniej o pięć lat wła­ści­ciel doga, sta­nął nad nią z roz­ba­wioną miną. Pocią­gnął psa, a wła­ści­wie to sukę.

Mirka wycią­gnęła bańkę chiń­ską wypeł­nioną czymś, co pach­niało jak tuń­czyk, i pode­tknęła Boże­nie pod pysk. Ta od razu zajęła się wyli­zy­wa­niem sma­ko­łyku, zosta­wia­jąc twarz Mirki w spo­koju. W tym samym cza­sie Łukasz wycią­gnął do Mirki dłoń i pomógł jej zebrać się z ziemi. Uśmiech­nęła się do niego w podzięce, otrze­pała z liści i sta­rała wyjść z tej sytu­acji z jako taką god­no­ścią. Na szczę­ście ani Łukasz, ani Paweł, ich szko­le­nio­wiec od tro­pie­nia, nie zwra­cali na nią już uwagi, zachwy­ca­jąc się Bożeną, któ­rej udało się wytro­pić pozo­rantkę. W sumie ich rozu­miała, Bożena była zgrabna i powabna. Miała w sobie gra­cję, któ­rej bra­ko­wało Mirce. Mię­śnie grały pod skórą, u Mirki grał tłuszcz. Ale co mogła zro­bić? Kochała jeść, cho­ciaż powinna sobie odpu­ścić, ponie­waż miała pro­blem nie tylko z wagą i wyglą­dem - czuła, że jest jej coraz cię­żej. Bywała czę­sto zmę­czona i śpiąca. Tylko że co jej zosta­nie w tym życiu, jeśli zre­zy­gnuje z pod­ja­da­nia? Miała Bazyla, i on dawał jej naprawdę dużo rado­ści, ale jedze­nie też. Dawało chwile przy­jem­no­ści. Tak nie­liczne w jej życiu.

Wró­ciła z psem do domu, odgrzała obiad, który zja­dła, oglą­da­jąc serial na Net­fli­xie, i uznała, że pora na drzemkę. I tak nie miała nic lep­szego do roboty w sobotę. Wola­łaby się do kogoś przy­tu­lić, jed­nak zamiast tego przy­tu­lała się do poduszki. Naprawdę miała nie­we­sołe myśli.

Marta wpa­try­wała się w ekran tele­fonu, jakby takie zakli­na­nie miało spra­wić, że osoba po dru­giej stro­nie w końcu napi­sze. Jed­nak tele­fon upar­cie mil­czał, a Marta tro­chę świ­ro­wała, wyobra­ża­jąc sobie coraz gor­sze sce­na­riu­sze i powody tego mil­cze­nia. Nie chciała dzwo­nić, bo godzina 23.14 w sobotę to raczej nie jest dobry czas na zawra­ca­nie komuś głowy. A już tym bar­dziej kobie­cie, która wciąż miała męża i z nim miesz­kała. Oczy­wi­ście Marta zda­wała sobie sprawę, że Ewa zwy­czaj­nie jest czymś zajęta i dla­tego nie odpi­suje, bo jesz­cze nie prze­czy­tała SMS-a, ale zbo­lały umysł pod­po­wia­dał jej, że może Ewa ma już jej dość, że prze­my­ślała sobie i nie chce się z Martą spo­ty­kać albo uznała, że jed­nak kocha męża. Może Bere­nika miała rację, że nie powinna zawra­cać sobie głowy hete­rycz­kami, jed­nak wie­rzyła, że kobiety nie są znów takie zero-jedyn­kowe i ich sek­su­al­ność jest bar­dziej płynna i skom­pli­ko­wana. Wie­rzyła więc, że kobieta będąca dotąd w związ­kach z męż­czy­znami może poko­chać inną kobietę. Ba, że może dostrzec w niej poten­cjał, coś wię­cej niż w face­cie. Wcale nie namiastkę, marne zastęp­stwo, ale wła­śnie coś innego, lep­szego, wyjąt­ko­wego. Marta wyobra­żała sobie, jaka w dotyku może być skóra Ewy, jak może sma­ko­wać. Nie miała oka­zji tego spraw­dzić, do tej pory tylko flir­to­wały, balan­so­wały na gra­nicy, z któ­rej można jesz­cze było zawró­cić i wyjść z twa­rzą, uda­jąc, że nic się nie stało. Ale stało się, coś wisiało w powie­trzu i Marta zdą­żyła już napi­sać w gło­wie cały sce­na­riusz, jak to Ewa zosta­wia męża, któ­rego nie kocha i który nie­wąt­pli­wie jest nie­czu­łym dra­niem, i prze­pro­wa­dza się do Marty, a potem żyją długo i szczę­śli­wie. Ona naprawdę wie­rzyła, że tak można.

Dla­tego szu­kała, zawo­dziła się i znów szu­kała. Po tym, co ją spo­tkało, Marta oczy­wi­ście się zała­mała, bo nie dało się ina­czej, ale póź­niej się otrze­pała i zaczęła dzia­łać. Nie ona pierw­sza i nie ostat­nia. Wyda­wało się, że jest twarda, a jed­nak takie sytu­acje jak zwy­kły brak odpo­wie­dzi ją roz­stra­jały. Zaczy­nała wąt­pić w to, w co wie­rzyła, gdy były razem z Ewą i gdy tamta uśmie­chała się do niej łagod­nie. Od razu miała ochotę wziąć ją w ramiona, przy­ci­snąć do sie­bie, poczuć jej drobne piersi i zgnia­tać jej wąskie usta swo­imi. Wbić się w nią z mocą i już nie pusz­czać. Gdy Ewa była obok, Marta szcze­rze wie­rzyła, że jest to moż­liwe. Jed­nak kiedy cisza mię­dzy nimi się prze­dłu­żała, Marta nie wie­działa już, co jest prawdą, a co jej ima­gi­na­cją. Wku­rzało ją to.

Przy­po­mniała sobie ich pierw­sze spo­tka­nie. Witek, naczel­nik, wysłał ją do hotelu Puław­ska Resi­dence, żeby poroz­ma­wiała z wyty­po­waną wcze­śniej osobą. Widziała oczy­wi­ście zdję­cia Ewy, ale jej wygląd na żywo ją zachwy­cił. Była dużo ład­niej­sza niż na zdję­ciach. One nie odda­wały jej ete­rycz­no­ści, zwiew­no­ści oraz błę­kitu jej oczu. To był jasny nie­bie­ski, wręcz roz­wod­niony. Jakby przed chwilą pła­kała. Pod­czas kolej­nych spo­tkań Marta zro­zu­miała, że Ewa ma takie oczy nie­za­leż­nie od nastoju.

Oczy­wi­ście w fir­mie, poza dziew­czy­nami, nikt nie wie­dział, że Marta jest les­bijką. Nie chwa­liła się i skrzęt­nie ukry­wała ten fakt, ponie­waż wie­działa, że może to być nie­mile widziane. ABW miało stop­nie i hie­rar­chię jak w woj­sku, i nie­któ­rym naprawdę się wyda­wało, że w nim są. Usły­szała nawet kie­dyś, że funk­cjo­na­riusz nie ma płci, z czym się nie zga­dzała, tym bar­dziej że miało to na celu umniej­szyć rolę kobiet w służ­bach. Wie­działa to, bo mówił to facet, który wcale się nie wsty­dził bycia mizo­gi­nem. Wręcz prze­ciw­nie, obno­sił się z tym i uwa­żał, że kobiety są mniej war­to­ścio­wymi pra­cow­ni­kami. Marta nie zno­siła go całą sobą. Przy­je­chał z Olsz­tyna i robił karierę w kontr­wy­wia­dzie. Mały, łysy, zakom­plek­siony dupek, któ­rego zosta­wiła żona. Typowy trep, który naj­pierw słu­żył w woj­sku. Gdyby dowie­dział się o orien­ta­cji Marty, dziew­czyna nie mia­łaby życia. Wpraw­dzie nie był jej prze­ło­żo­nym, ale z racji kie­run­ków, na któ­rych pra­co­wali, musieli ze sobą współ­pra­co­wać. Marta miała dość tego cią­głego uda­wa­nia i uśmie­cha­nia się w momen­tach, kiedy uśmie­chać się nie chciała. Pew­nie dla­tego gdy Bere­nika powie­działa jej wprost, co o tym myśli, przy­znała się.

- Weź nie uda­waj - powie­działa jej wtedy przy­ja­ciółka, w naj­gor­szym momen­cie jej życia; sie­działy u Bere­niki w miesz­ka­niu i piły wódkę. - Robisz idiotkę z sie­bie i z nas. Ty naprawdę myślisz, że my nie wiemy, że wolisz dziew­czyny? Prze­stań mówić "ta osoba" o swo­jej part­nerce, bo to pra­wie jak­byś mówiła "jestem lesbą". My wiemy, i serio nie robi nam to róż­nicy.

- O byłej - powie­działa smęt­nie Marta i wychy­liła kie­li­szek, nie cze­ka­jąc na Bere­nikę. W tam­tym cza­sie nie lubiła być trzeźwa.

- Co? - nie zro­zu­miała kole­żanka.

- O byłej part­nerce, nie obec­nej. Już nie jest moja.

- Prze­pra­szam - szep­nęła Bere­nika.

I w ten spo­sób Marta zro­biła coming out. Póź­niej już mówiła przy dziew­czy­nach bez skrę­po­wa­nia i spra­wiło jej to wielką ulgę. Po latach pracy, a pra­co­wała ich już dwa­dzie­ścia, to było coś nowego i ożyw­czego.

Krę­ciło ją, że był taki wysoki i duży. Nawet z jej wzro­stem i w szpil­kach mogła wpaść w jego ramiona i w nich zagi­nąć. Chro­nił ją przed świa­tem. Przez chwilę mogła się czuć bez­piecz­nie; zadzi­wia­jące było, że jesz­cze umiała się tak czuć w męskich ramio­nach. Po tym, co ją spo­tkało, wyka­zy­wała się zadzi­wia­jącą ufno­ścią, ale też i nie­ostroż­no­ścią. Roman­su­jąc z żona­tym face­tem, pro­siła się o kolejne kło­poty. Tylko że nie umiała ina­czej. Nie umiała zre­zy­gno­wać. To ją krę­ciło, pocią­gało. Jego mroczne obli­cze ją roz­czu­lało. No i miała poczu­cie, że kogoś pociąga, że ktoś jej pra­gnie, że jest atrak­cyjna. Zawsze się bała upły­wa­ją­cego czasu. Uwa­żała, że sta­rość jest dla mię­cza­ków. Trzeba być zawsze spraw­nym i pięk­nym. Nie chciała przy­jąć do wia­do­mo­ści, że mło­dość prze­mija, a wraz z nią mło­dzień­cza uroda. Uda­wała, że czter­dziestka nie nad­cho­dzi wiel­kimi kro­kami. Wypie­rała to ze świa­do­mo­ści. Romans z Mir­kiem dawał jej coś jesz­cze, coś dla niej bar­dzo waż­nego - miała poczu­cie, że nie jest sama, samotna. Mogła wspo­mi­nać ich ostat­nie spo­tka­nie i pla­no­wać następne. Miała o czym myśleć, nie musiała o tym, co było nie­wy­godne i gnio­tło jak ziarnko pia­chu w bucie. Byle tylko zająć głowę.

Mirek zaj­mo­wał ją dosko­nale. Od razu gdy wszedł, rzu­cił się na nią z zachłan­no­ścią wygłod­nia­łego wilka. Wci­snął się w jej usta, roz­go­ścił w nich, bru­tal­nie roz­py­cha­jąc je języ­kiem. Lubiła to, że brał ją jak swoją. Bo była jego, bez względu na wszystko. Wci­skał ją w ścianę, roz­gnia­ta­jąc piersi ręką. Jego bru­tal­ność ją nakrę­cała. Czuła się bez­bronna i ule­gła. To jego siła, moc spra­wiały, że wil­got­niała i chciała mu się odda­wać tu i teraz, natych­miast. No i nie oszu­kujmy się, dodat­ko­wym afro­dy­zja­kiem było jego sta­no­wi­sko. Wła­dza, jaką miał nad nią i nad innymi. Krę­ciło ją, że to ona może go oglą­dać nago, ona wie, jak docho­dzi, jak wykrzy­wia twarz w gry­ma­sie, gdy się w nią spusz­cza, i to ją po wszyst­kim tuli do sie­bie. Tak, to miało w sobie coś nie­zwy­kle per­wer­syj­nego.

Gdy już się nasy­cił ustami kochanki, odsu­nął się i jej przyj­rzał.

- Wyglą­dasz obłęd­nie. - Poki­wał głową z uzna­niem.

Sta­rała się. Czarna spód­nica, którą wybrała, led­wie zakry­wała pupę. Pod spodem nie miała maj­tek, lubiła szczuć go nagą, wygo­loną cipą. Za to miała czarne, samo­no­śne poń­czo­chy, któ­rych koronkę dosko­nale było widać spod spód­nicy. Ona też robiła wra­że­nie na Mirku. Wcią­gnął powie­trze, a jego penis w spodniach drgnął. Przy niej nie miał pro­blemu z poten­cją, reago­wał zawsze tak jak trzeba. Na samą myśl, co będzie z nią robił.

- Dzię­kuję. - Uśmiech­nęła się dziew­częco, pra­wie nie­win­nie, i zalot­nym gestem popra­wiła nie­sforne włosy. Jej sutki pró­bo­wały prze­bić się przez mate­riał jasnej bluzki. Biu­sto­no­sza także nie miała. Z jej jędr­nymi pier­siami mogła sobie na to pozwo­lić. Z satys­fak­cją patrzyła, jak Mirek stara się powstrzy­mać, by ponow­nie się na nią nie rzu­cić. W sumie nie obra­zi­łaby się, ale posta­no­wiła to prze­cią­gnąć. - Czego się napi­jesz?

- Cie­bie - wychry­piał.

- Musia­ła­bym być w sta­nie płyn­nym. - Zaśmiała się i ruszyła w stronę kuchni.

Szybko zna­lazł się przy niej. Zła­pał ją za ramiona. Poczuła jego gorący oddech na karku, tuż obok ucha.

- Założę się, że jesteś. - Poczuła jak wkłada jej rękę mię­dzy nogi i prze­ciąga po śli­skiej cipce, a następ­nie mię­dzy poślad­kami. Zadrżała, momen­tal­nie zro­biło jej się gorąco, a łech­taczka zaczęła pul­so­wać, doma­ga­jąc się wię­cej. Ale nic wię­cej nie zro­bił, zaśmiał się tylko i popchnął ją w stronę kuchni. - Mia­łem rację, znam cię. Jesteś cała mokra, pły­niesz już z pożą­da­nia i chcesz, żebym cię pie­przył.

Jego słowa także na nią dzia­łały. Spra­wiały, że coś w środku jej brzu­cha ści­skało się, zwi­jało w pętelkę, którą tylko on mógł roz­su­płać. Odwró­ciła się i zarzu­ciła mu ręce na szyję.

- Chcę, teraz, już, chcę - wyszep­tała wprost w jego usta.

Poca­ło­wał ją deli­kat­nie, ale zła­pał za nad­garstki i wyswo­bo­dził się z jej objęć.

- Nie - pokrę­cił głową z uśmie­chem - skoro chcia­łaś, to się cze­goś napi­jemy. Masz rację, robi się cie­pło więc chęt­nie napiję się pepsi z lodem. - Tym razem to on się z nią dro­czył i posta­no­wił prze­cią­gnąć chwilę przy­jem­no­ści. Tym bar­dziej że miał sporo czasu. Choć i tak zawsze za mało.

- Nie mam lodu. - Wydęła usta, jed­nak w środku cie­szyła się, że Mirek chce z nią spę­dzać czas nie tylko na pie­prze­niu. Choć zazwy­czaj, wia­domo, na tym pole­gały ich spo­tka­nia. - Ale pepsi jest z lodówki. Powinna cię zado­wo­lić.

- O nie, od zado­wa­la­nia mnie jesteś ty - powie­dział to takim gło­sem, że ugięły się pod nią kolana.

Naprawdę miała ochotę klęk­nąć przed nim, wziąć do buzi i ssać. Czas na przy­tu­la­nie i inne takie będą mieli po orga­zmie, albo dwóch. Podała mu szklankę z napo­jem, a gdy ten zaczął pić, zro­biła dokład­nie to, o czym marzyła. Uznała, że nawet gdy klęk­nie przed panem dyrek­to­rem, to ona będzie miała go we wła­da­niu. Był gotowy, twardy i sprę­ży­sty. Cze­kał na jej język, na usta. Zła­pała go pew­nie w dłoń i deli­kat­nie nią poru­szyła. Skóra jego penisa była aksa­mitna w dotyku, co zawsze ją roz­czu­lało. Nachy­liła się i zli­zała kro­plę, która poja­wiła się na jego czubku. Mirek jęk­nął i oparł się o blat stołu. Wie­działa już, że jest jej, że to ona w tej chwili rzą­dzi. Wło­żyła go do ust i zaczęła ssać, jed­no­cze­śnie liżąc koli­stymi ruchami. Mirek jęczał coraz gło­śniej. W końcu zła­pał ją za włosy i odcią­gnął jej głowę. Spoj­rzała do góry. Dyszał, a w jego oczach widziała już tylko pożą­da­nie. Pocią­gnął ją do góry. Nic nie mówił, ale wyraź­nie dał do zro­zu­mie­nia, że ma wstać. Nie puścił nawet, gdy to zro­biła, jakby chciał jej przy­po­mnieć, że to wciąż on tu rzą­dzi, nawet jeśli jej się przez chwilę wyda­wało, że jest ina­czej. Zadrżała. Puścił ją na chwilę i zdjął jej bluzkę, uwal­nia­jąc piersi. Dotknął ich, zwa­żył w dło­niach. Podo­bało jej się, że tak stoi przed nim, naga do połowy, wysta­wiona na palące spoj­rze­nie.

- Wiesz - powie­dział - mam takie marze­nie, żeby poje­chać z tobą w jakieś miej­sce, gdzie można cho­dzić nago. Chciał­bym cię zoba­czyć, jak na świe­żym powie­trzu, może na jakiejś plaży, prze­cha­dzasz się wśród innych nagich ciał. Krę­ci­łoby mnie to, by inni też mogli podzi­wiać twoje ide­alne kształty.

Ni­gdy wcze­śniej jej tego nie mówił. Ucie­szyła się, że tak bar­dzo mu się podoba. Puścił jej piersi i zła­pał znów za włosy, następ­nie nie pusz­cza­jąc ich, prze­krę­cił ją tyłem do sie­bie. Było to tro­chę bole­sne, ale nie na tyle, by chciała pro­te­sto­wać. Na pewno chciała czuć go bli­sko. Popchnął ją na blat i przy­ci­snął. Jej piersi roz­gnio­tły się na zim­nej fak­tu­rze. Pisnęła.

- Cicho - wark­nął jej do ucha - teraz ja będę cię pie­przył, a ty nawet nie jęk­niesz. Nie chcę nic sły­szeć, masz być cichutko, zro­zu­miano? - Krę­ciło jej się w gło­wie od tego wszyst­kiego, lubiła te jego gry, ale nie wie­działa, jak wytrzyma. - Zro­zu­miano? - powtó­rzył.

- Taaak - wydy­szała.

- Co tak?

- Tak jest, pro­szę pana - popra­wiła się; dobrze wie­działa, co lubił i jak.

- Grzeczna dziew­czynka - pochwa­lił i wbił się w nią z całą mocą, do końca, po same jaja.

Wra­że­nie wypeł­nie­nia było obez­wład­nia­jące. Miała ochotę krzyk­nąć, ale tylko zagry­zła wargi i zła­pała się kra­wę­dzi blatu. Z jed­nej strony czuła ból roz­gnia­ta­nych piersi, z dru­giej ból cią­gnię­cia za włosy, a z trze­ciej znie­wa­la­jącą przy­jem­ność, która roz­cho­dziła się falami po jej ciele. Wypchnęła bio­dra, chcąc wyjść mu naprze­ciw. Zaczął się poru­szać, naj­pierw powoli, bar­dzo powoli wyj­mo­wał penisa, pozo­sta­wia­jąc pustkę, by po chwili rów­nie wolno wło­żyć go ponow­nie. To było tor­turą. Miała ochotę bła­gać go, by przy­spie­szył, by brał ją szybko i mocno, ale obie­cała mil­czeć. Mil­czała więc, a on wcho­dził w nią powol­nymi ruchami. Sam także nie wyda­wał dźwię­ków, kochali się w kom­plet­nej ciszy, co było czymś nowym i pod­nie­ca­ją­cym. W końcu nie wytrzy­mał i przy­spie­szył, tym razem pędził, a ją zale­wały fale przy­jem­no­ści, jedna za drugą, aż wbił się w nią i znie­ru­cho­miał. Poczuła, że jego penis rośnie jesz­cze, by wyrzu­cić z sie­bie spermę. Mirek napeł­niał ją sobą. W końcu wyszedł z niej i puścił jej włosy. Czuła nie­do­syt. Sama nie zdą­żyła dojść. Jej cipka wciąż pul­so­wała nie­speł­nie­niem. Wargi były bole­sne i nabrzmiałe. Potarł je, a ona jęk­nęła z ulgi. Natych­miast prze­rwał.

- Mia­łaś być cicho.

- Ale jesz­cze? - jęk­nęła, wypi­na­jąc się w nie­mym bła­ga­niu o dotyk. Była roz­grzana, pod­nie­cona i nie­za­spo­ko­jona. W tej chwili zro­bi­łaby wszystko za orgazm.

- A powie­dzia­łem, że już możesz się odzy­wać? - Stał nad nią, a ona wciąż leżała na bla­cie z wypię­tymi poślad­kami i mokrą cipką.

- Nie, ale myśla­łam, że to już.

- Ale nie ty jesteś tu od myśle­nia. - Zaśmiał się i klep­nął ją w pośla­dek.

Wypięła się bar­dziej w nadziei na wię­cej dotyku, ale nic nie zro­bił.

- Bła­gam.

- O co ty mnie bła­gasz? - bawił się z nią.

- Jesz­cze, dotknij mnie, wypieprz moją cipę - pro­siła.

- Prze­cież to zro­bi­łem. - Uda­wał, że nie wie, o co cho­dzi, cho­ciaż dobrze ją znał; wie­dział, że nie miała orga­zmu i go potrze­buje.

- Ale za mało - pisnęła i poczuła, jak się zbliża. Zapach jego świe­żych per­fum wdarł się do jej nosa. Przy­ci­snął ją sobą jesz­cze bar­dziej do blatu i musnął ustami pła­tek ucha, po chwili wziął go w zęby i lekko ugryzł. Ból, który jej spra­wiał, przy­no­sił chwi­lową ulgę.

- Chcesz powie­dzieć, że twój dyrek­tor za mało cię pie­przył i jesteś nie­za­do­wo­lona?

- Nie, tak, nie o to cho­dzi - plą­tała się.

- A o co ci cho­dzi, co? No, powiedz mi.

- Nie zdą­ży­łam dojść.

- I myślisz, że to powi­nien być mój pro­blem? Mia­łaś taki sam czas jak ja, nie zmie­ści­łaś się w nim, a jesz­cze zamiast być cicho, zaczę­łaś jęczeć.

- Prze­pra­szam - wysa­pała, choć zaczy­nała się iry­to­wać. Chciała wię­cej, a on się z nią bawił. Jed­nak po chwili poczuła jego dłoń na cipce. Zła­pał ją jak jabłko i ści­snął.

- Wiesz, co zro­bimy? - mru­czał jej do ucha, jed­no­cze­śnie nie prze­sta­jąc się nią bawić. Znów zale­wały ją fale emo­cji i przy­jem­no­ści jed­no­cze­śnie.

- Nie­eee, aaaa, nieee - wyję­czała, krę­cąc głową.

- Ja za chwilę prze­stanę i odejdę kawa­łek, usiądę sobie na krze­śle, a ty odwró­cisz się, usią­dziesz na bla­cie i roz­ło­żysz sze­roko nogi, bym mógł widzieć twoją mokrą i nabrzmiałą cipę. Wysta­wisz ją dla mnie. Zamkniesz oczy i będziesz sobie wyobra­żać, że jesteś na sce­nie, a przed tobą jest widow­nia. Cały teatr ludzi i ja. Patrzymy na cie­bie. Zrób więc dla nas show. Pieprz się ręką, dopro­wadź do orga­zmu. Tylko na­dal bądź cicho. I oczy zamknięte.

Wszystko, co mówił, wpra­wiało ją w dygot, coraz więk­sze pod­nie­ce­nie i lęk. Chciała tego i wsty­dziła się jed­no­cze­śnie. Ni­gdy wcze­śniej nie robiła tego na jego oczach. Co innego cho­dzić nago, a co innego roz­kła­dać nogi i robić sobie dobrze. A jed­nak ski­nęła głową. Przy­jął to jako zgodę.

- Dobrze. - Poca­ło­wał ją w pła­tek ucha i puścił jej kobie­cość.

Zro­biła to, czego chciał. Zanim zamknęła oczy, zoba­czyła, jak siada na krze­śle. Nagi, ze ster­czą­cym znów kuta­sem. "Już ja ci pokażę" - pomy­ślała i dotknęła cipki. Miała świa­do­mość, że na nią patrzy, co prze­szka­dzało jej oddać się przy­jem­no­ści w pełni. Wkła­dała w sie­bie palce, szar­pała łech­taczką, ści­skała nabrzmiałe wargi. I wciąż nie mogła dojść. Sły­szała jego oddech, sama sta­ra­jąc się być cicho. Dole­ciały do niej jakieś odgłosy z zewnątrz, zza okna, krzyki dzieci kopią­cych piłkę.

- Skup się - spro­wa­dził ją gło­sem z powro­tem. - Patrzę na cie­bie, patrzę na twoją mokrą i pra­gnącą cipę. Ona chce, ty chcesz i ja chcę - sły­szała, że wstaje i pod­cho­dzi do niej. Był bli­sko, a jed­nak wciąż daleko. - To naj­pięk­niej­szy widok, jaki kie­dy­kol­wiek oglą­da­łem, wypieprz się dla mnie, dla widowni. Jesteś nie­wy­żytą szmatą, która lubi się pie­przyć, a inni płacą za to, by to oglą­dać.

Jego słowa podzia­łały na Bere­nikę. Zna­la­zła się w dusz­nej sali peł­nej ludzi, ich spoj­rze­nia krzy­żo­wały się mię­dzy jej nogami. Widzieli ją, widzieli naj­in­tym­niej­szy kawa­łek jej ciała, widzieli naj­in­tym­niej­szą czyn­ność. Ruszała ręką szyb­ciej i szyb­ciej. Ta wizja ją nakrę­cała, napę­dzała; zaci­skała usta, by nie krzy­czeć, i zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie coś nią szarp­nęło, skurcz mię­śni zła­pał ją i wręcz czuła, jak jej cipa się zaci­ska, a ona spa­dała w nie­znaną otchłań, jed­no­cze­śnie odczu­wa­jąc wielką ulgę. I wtedy znów ją zasko­czył - wtar­gnął w nią, w jej wraż­liwe wnę­trze, jed­no­cze­śnie doty­ka­jąc pal­cami łech­taczki. Wypeł­nił ją całą, a jej cipka zaci­skała się na nim w orga­zmie. Bere­nika nie wytrzy­mała, zaczęła krzy­czeć; wszystko, co w niej pęcz­niało, zna­la­zło ujście w tym krzyku. Szar­pały nią orga­zmy, a Mirek tym razem docho­dził wraz z nią, tuląc kochankę.

Długo ją póź­niej koły­sał w ramio­nach, zanim doszła do sie­bie, jej ciało prze­stało drżeć, a oddech się uspo­koił. Wziął wtedy jej twarz w dło­nie i uca­ło­wał naj­czu­lej, jak potra­fił.

- Lubię, jak prze­kra­czasz ze mną gra­nicę - szep­nął wprost w jej usta.

Dopi­jali kawę. Bere­nika zało­żyła dres. Lubiła te chwile nor­mal­no­ści mię­dzy nimi, cie­pła domo­wego.

- Zamó­wimy obiad? - zapy­tała z nadzieją, bo sie­dzieli już godzinę i nie kwa­pił się do wyj­ścia. Nie pytała, co powie­dział żonie. Ni­gdy nie pytała. Nie inte­re­so­wało jej to. A może ina­czej, była cie­kawa, ale uda­wała i przed nim, i przed sobą, że jest ponad to. No ale i tak naj­waż­niej­sze, że był, że chciał, że się widy­wali.

- Prze­pra­szam cię. - Posmut­niał i wycią­gnął do niej ręce, wstała więc z krze­sła i pode­szła. Objął ją w pasie, przy­tu­lił się do pła­skiego brzu­cha, pod­niósł koszulkę i zło­żył deli­katny poca­łu­nek na jej skó­rze, a póź­niej spoj­rzał na nią z tej per­spek­tywy. - Wiesz, jak bar­dzo bym chciał, ale nie dziś, dziś nie dam rady. Obie­cuję, że wyje­dziemy razem i wtedy zjemy i obiad, i kola­cję, i śnia­da­nie. OK?

- OK, OK. - Poki­wała smutno głową. I już się nie cie­szyła z tego spo­tka­nia, z tego, że jesz­cze jest przez chwilę, że nie wyszedł. Już jej było smutno, ale uśmie­chała się, robiąc dobrą minę do złej gry.

Zamknęła za nim drzwi i oparła się o nie ple­cami, chwilę wsłu­chu­jąc w ciszę. Ta cisza draż­niła uszy i wnę­trze. Podrep­tała do kuchni i opa­dła na krze­sło. Smu­tek przy­siadł razem z nią. Pod powie­kami już cza­iły się łzy. Zerwała się po tele­fon i odna­la­zła numer.

- No co tam? - Mirka ode­brała po pią­tym sygnale, gdy Bere­nika już się chciała roz­łą­czyć. Miała zaspany głos.

- Masz ochotę na wie­czór z przy­ja­ciółką? Żar­cie i picie, te sprawy - zapro­po­no­wała.

- No jasne - Mirka od razu oprzy­tom­niała - ale albo przy­jeż­dżam z psem, albo ty wpa­dasz do mnie na Ursy­nów. Nie zosta­wię go i trzeba będzie jesz­cze z nim wyjść.

- To ja się zbie­ram i łapię metro, a ty myśl, co zama­wiamy do jedze­nia. Wezmę wódkę po dro­dze.

- Aż tak?

- Co "aż tak"?

- Tak ci smutno?

- A ty aż tak mnie znasz?

- Nie wiem, czy aż tak, ale tro­chę znam. Nie ma co gadać teraz, poga­damy, jak przy­je­dziesz, zresztą zaczy­nam być głodna, więc się tam ogar­niaj, kobieto.

Kalina wrzu­ciła walizkę do bagaż­nika i roz­sia­dła się wygod­nie na fotelu pasa­żera srebr­nej mazdy 6. Wola­łaby sama pro­wa­dzić, czu­łaby się bez­piecz­niej, ale mizo­gini z jej firmy, a przy­naj­mniej z jej oto­cze­nia, uwa­żali, że tylko męż­czy­zna umie zaje­bi­ście jeź­dzić samo­cho­dem. Spoj­rzała w bok na Małego, który popra­wiał oku­lary na nosie. Mały był tak naprawdę wysoki i duży, za to w jej mnie­ma­niu miał mały rozu­mek. Podobno dostał ksywę ze względu na wzrost, ale ona uwa­żała, że przy­czyna była inna.

- Mamy być w Gdań­sku na dwu­dzie­stą drugą? - zapy­tała.

- Jo, kurwa - odpo­wie­dział Mały i ruszył z piskiem opon.

"Idiota, pomy­ślała. Naprawdę musi mieć mały rozu­mek i pew­nie małego fiutka, skoro potrze­buje się tak popi­sy­wać". Nie lubiła z nim jeź­dzić; nie dość, że szar­żo­wał na dro­dze, to jesz­cze nie miała o czym z nim roz­ma­wiać. Do tego prze­kli­nał i miał w sobie tyle zło­ści, agre­sji i pogardy wzglę­dem innych, że czuła się obrzy­dli­wie w jego towa­rzy­stwie.

- Kurwa, jak jedziesz, cwelu jebany, bo ci zaje­bię! - krzyk­nął do kie­rowcy przed nimi i ostro przy­ha­mo­wał. Kalina aż pod­sko­czyła.

- Uwa­żaj, jak jedziesz, ostroż­nie - syk­nęła.

- Jo, nie bój, doje­dziemy, zobacz, jak Elfi ciśnie.

Elfi fak­tycz­nie nie zdej­mo­wał nogi z gazu i na sió­demce co chwilę wyprze­dzał innych. Ale Elfi umiał pro­wa­dzić, a Mały wpraw­dzie brał z niego przy­kład, jed­nak tak dobrze mu to nie wycho­dziło. Nie czuła się bez­piecz­nie. Pró­bo­wała zasnąć, ponie­waż cze­kała ją ciężka noc w robo­cie, ale lęk i każde szarp­nię­cie samo­chodu spra­wiały, że otwie­rała sze­roko oczy. Wycią­gnęła tele­fon i spoj­rzała na ekran, ale jej mąż nic do niej nie pisał. Zro­biło jej się przy­kro. Za to zapi­kała wia­do­mość od Kaśki na Mes­sen­ge­rze.

- Będę jutro w War­szawce i zostaję do środy, zoba­czymy się? Poza tym mam dla cie­bie towar.

- Z towaru się cie­szę, z two­jego przy­jazdu bym się cie­szyła, ale nie ma mnie w Sto­licy i wra­cam w czwar­tek. Miłego pobytu więc - wystu­kała Kalina.

- Uuuu, lipa, pani. Ja tu usy­cham bez cie­bie. Wypro­wa­dzi­łaś się do tej War­szawy, a ja muszę kwit­nąć sama w Olsz­ty­nie.

- Nie prze­sa­dzaj, nie jesteś sama, a co z Mar­kiem i Ewe­liną?

- Ewe­lina jak Ewe­lina, jest jesz­cze dziec­kiem, cza­sem wymię­kam. A Marek ostat­nio ma swój świat. Musimy się spo­tkać i poga­dać.

- Następ­nym razem. Albo przy­jadę.

- Koniecz­nie.

Kaśka była jej przy­ja­ciółką z ogól­niaka. Poznały się, gdy tamta dołą­czyła do jej klasy w poło­wie szkoły. Na początku nie zapa­łały do sie­bie miło­ścią, ba, Kacha wyda­wała jej się wynio­słą kujonką, ale na impre­zie z oka­zji końca roku oka­zało się, że naprawdę potrafi balo­wać. Piły pół nocy i roz­ma­wiały o face­tach. Tak im już zostało. Żało­wała, że nie będzie jej w mie­ście, kiedy przy­ja­ciółka przy­je­dzie. Jed­nak Kaśka wpa­dała do firmy szko­le­nio­wej, z którą współ­pra­co­wała jako psy­cho­log, dość regu­lar­nie, więc jesz­cze nie raz będą miały szansę.

Kalina zapa­dła się w fotel i prze­krę­ciła na bok. Zaczy­nały ją już boleć plecy od tego cią­głego prze­sia­dy­wa­nia w samo­cho­dzie. Mały przy­spie­szył i włą­czył kie­run­kow­skaz. Chciał koniecz­nie wyprze­dzić cię­ża­rówkę, zanim skoń­czą się dwa pasy.

- Nie zdą­żysz! - krzyk­nęła.

Ale Mały nie słu­chał. Widziała, jak przed cię­ża­rówką znik­nął czarny tył samo­chodu Elfiego. Mały go gonił. Nie posłu­chał jej, dodał gazu.

- Dajesz - syk­nął do samo­chodu.

- Kurwa, zatrzy­maj się natych­miast! - krzyk­nęła.

Mały oczy­wi­ście na­dal nie słu­chał. Przy­ci­snął gaz. Kalina krzy­czała, ponie­waż zaczy­nało bra­ko­wać miej­sca mię­dzy cię­ża­rówką a środ­kiem jezdni i barier­kami. Zamknęła oczy i wtedy koła zła­pały pobo­cze, a Mały zro­zu­miał, że się nie zmie­ści. Naci­snął hamu­lec, samo­chód zatań­czył na szu­trze, żwir wyle­ciał spod kół, ale Mały na szczę­ście wypro­wa­dził wóz na pro­stą.

- Poje­bany jesteś? - Kalina cała się trzę­sła. - Tak to sobie możesz z żoną i dziećmi jeź­dzić, jak lubisz, ale nie ze mną, świ­rze. - Serce jej waliło.

- Zobacz, Kalinka, nic się nie stało - powie­dział łago­dząco, lecz widać było wyraź­nie, że sam się prze­stra­szył, stra­cił rezon i zdjął nogę z gazu. Jechał potul­nie za cię­ża­rówką.

- Ale cię wymio­tło - dole­ciało z grajki. - Kalinka nie popu­ściła? - Usły­szała oble­śny rechot Elfiego i jego pra­wego, Marka.

Na samą myśl, że musi z nimi spę­dzić kilka dni, robiło jej się słabo. A jesz­cze w dele­ga­cję nie poje­chała jej ulu­biona kole­żanka Nata­lia. Za to poje­chała Ewka, ale za nią nie prze­pa­dała, kom­plet­nie nie odbie­rały na tych samych falach. Nic a nic. Oczy­wi­ście Kalina sta­rała się być miła, ale wycho­dziło to sztucz­nie - po pro­stu nie umiała się zmu­szać. Na szczę­ście lubiła swoje towa­rzy­stwo i gdy tylko mogła, ucie­kała od tej bandy nie­do­uków. Wyeg­ze­kwo­wała bra­nie poje­dyn­czych pokoi w dele­ga­cjach, ponie­waż wcze­śniej zawsze były dwójki. Jako argu­ment podała fakt, że jest doro­sła i nie musi miesz­kać z obcymi dla niej ludźmi, ponie­waż to kre­pu­jące. Nie­stety ich praca pole­gała na tym, że musieli współ­pra­co­wać, a jesz­cze co nie­któ­rym się wyda­wało, że są tacy zaje­bi­ści i trak­to­wali Kalinę jak naj­młod­szą, tylko dla­tego, że była u nich od nie­dawna. Szcze­gól­nie Karol Janecki, nie­do­war­to­ścio­wany koleś, któ­rego gno­ili, gdy przy­szedł do służby. Wie­działa o tym od chło­pa­ków; po kilku latach obrósł w piórka i chciał udo­wod­nić sobie i innym, że jest boha­te­rem. Do roboty pod­cho­dził bar­dzo serio. Zbyt serio. Dla­tego wła­śnie nie mógł znieść luzac­kiego podej­ścia Kaliny. Ona taka serio nie była, a już szcze­gól­nie, gdy prze­nio­sła się do Betki. Wyko­ny­wała swoją robotę dobrze, kiedy musiała, ale gdy nie musiała, nie lubiła się prze­mę­czać. Może gdyby miała faj­niej­szą ekipę, to chcia­łoby jej się bar­dziej sta­rać, ale nie z nimi. Zresztą uwa­żała, że jak już jej się zachce, to jest dobra w tym, co robi, i nie musi się sta­rać jak inni. Poza tym oni mieli tylko to, pracę. Rodziny też, ow­szem, ale z tego, co opo­wia­dali, część z nich po powro­cie do domu sia­dała przed tele­wi­zo­rem i chlała piwo, a druga część szła na siłow­nię i ukła­dała dietę na następny dzień. Kur­czak, ryż, kre­atyna. Zero alko­holu, bo alko­hol nie jest dobry na mię­śnie. Na mię­śnie dobre jest białko, dużo białka. Ale ci przy­naj­mniej posia­dali jakieś hobby czy też styl życia. Kalina miała świat poza pracą. Kochała foto­gra­fię i kiedy tylko mogła, szła z apa­ra­tem w teren. Karol Janecki był z frak­cji siłow­nia. Wpraw­dzie wcze­śniej podobno nie­źle lubił sobie wypić i poba­lo­wać, sam opo­wia­dał, szcze­gól­nie po tym, jak zosta­wiła go żona, ale nastą­piło oświe­ce­nie, które miało tro­chę wspól­nego z poja­wie­niem się Staśka. Sta­siek był młody i ćwi­czył cross­fit. No i Janek, bo taką miął ksywę Janecki, też zaczął.

- Ja nie popusz­czam tak szybko jak ty, gdy cię żona zła­pie na piciu kolej­nego piwa - odgry­zła się w eter i ode­tchnęła, szczę­śliwa, że jed­nak żyje.

- Kalina, sorry no, prze­je­ba­łem, ale nic się nie stało - zakli­nał rze­czy­wi­stość Mały.

- Weź już jedź ostroż­nie - prych­nęła.

- Będę, będę, obie­cuję. - I rze­czy­wi­ście jechał ostroż­nie, ale Kalina i tak nie mogła zasnąć.

Przed odprawą zdą­żyli jesz­cze zaje­chać do hotelu, żeby się zamel­do­wać i zosta­wić walizki. I oczy­wi­ście nikt, kom­plet­nie nikt z nich nie pomy­ślał, żeby jej pomóc z tymi waliz­kami. Tacy byli macho z koziej wólki jego mać. To, co spo­tkała w Wydziale Obser­wa­cji, jakie cham­stwo i degren­go­ladę, tego nie mogła sobie wyobra­zić w naj­śmiel­szych snach. Oczy­wi­ście wie­działa, że ist­nieje jakieś dno spo­łeczne, ale nie sądziła, że w tej fir­mie na porządku dzien­nym może być aż taki brak kul­tury. Była przy­zwy­cza­jona, że w poprzed­niej jed­no­stce męż­czyźni wsta­wali, gdy wcho­dziła do pokoju, lub ustę­po­wali jej miej­sca, ale nie ci tutaj. To były pół­główki do roboty, choć mądro­ści sadzili jak pies Mirki kupy.

Wtar­gała walizkę do pokoju i usia­dła na łóżku. Było mięk­kie i wygodne. Pościel, wyprana i wypra­so­wana, pach­niała hote­lową świe­żo­ścią. Pobyt w takich miej­scach nastra­jał ją ero­tycz­nie. Spoj­rzała na zega­rek, nie zostało wiele czasu, za pół godziny powinna wyjść, o 22.00 mieli odprawę w innej czę­ści mia­sta. Miała ochotę na prysz­nic, ale bała się, że nie zdąży wysu­szyć wło­sów. Szcze­gól­nie że Mały i Elfi nie trzy­mali ciśnie­nia, wciąż się bali, że się spóź­nią, dla­tego wycho­dzili grubo przed cza­sem. Na miej­sce jechało się mniej wię­cej pięt­na­ście minut. Mogła się zało­żyć, że o 21.15 Mały już będzie krą­żył ner­wowo przy samo­cho­dzie, cze­ka­jąc na nią.

Zadzwo­niła do Adama. Ode­brał po dru­gim sygnale.

- No hej, jesteś już na miej­scu?

- Tak, w hotelu, ale zaraz ruszam na robotę. Nie chce mi się - jęk­nęła do słu­chawki, rzu­ca­jąc się ple­cami na łóżko. Naj­chęt­niej by tak została. - Tęsk­nię.

- Wiem, kocha­nie, ja też, ale to tylko kilka dni i znów będziemy razem.

- Ty za mną wcale nie tęsk­nisz, mówisz to tak na luzie, w ogóle się nie przej­mu­jesz. - Prze­wró­ciła się na bok.

- Tęsk­nię i przej­muję, ale też rozu­miem, że moje jęcze­nie nic tu nie da.

- Zna­czy uwa­żasz, że jęczę? - żach­nęła się.

- Przy­znaj, że tro­szeczkę - powie­dział łagod­nie, pojed­naw­czo, sły­szała wręcz, jak się uśmie­cha.

- No bo ja nie lubię tak się cią­gle z tobą roz­sta­wać - wyznała.

- Naj­waż­niej­sze, że wra­casz.

- Kaśka pod­rzuci ci jutro lub poju­trze zamó­wione kosme­tyki, OK? - zmie­niła temat.

- Skoro musi. - Nie wyka­zał się entu­zja­zmem, wie­działa, że ni­gdy jakoś nie pałał do niej sym­pa­tią.

- Prze­stań, bądź dla niej miły.

- Zawsze jestem.

Miała poczu­cie nie­do­sytu, w sumie sama nie wie­działa, czego chciała dokład­nie. Żeby maru­dził jak ona? Czuła nie­okre­ślony smu­tek, który roz­sia­dał się na jej sercu. Była z dala od domu, z ludźmi, któ­rych nie lubiła. I nie poma­gało jej, że w Gdań­sku, który był piękny - przy­je­chała tu pra­co­wać, a nie zwie­dzać i wypo­czy­wać. Pik­nął służ­bowy tele­fon. Mały pisał, że czeka na dole, ale ona nie musi się spie­szyć. Spoj­rzała na zega­rek i uśmiech­nęła się pod nosem. Była 21.16. Z nie­chę­cią wstała z łóżka i powlo­kła się do łazienki. Pomiesz­cze­nie było jasne i prze­stronne. Przy­naj­mniej nauczyła ich, by wybie­rali dobre hotele. Firmę było na to stać. Zro­biła siku, umyła sta­ran­nie ręce pach­ną­cym mydłem z dozow­nika przy­twier­dzo­nego do ściany, popra­wiła włosy, prze­tarła roz­ma­zany tusz pod okiem i wyszła.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki