Dziewczyny z agencji
- I mówię jej, że chcę puszorek dla psa, a ona patrzy na mnie jak na
wariatkę. - Wzburzona Mirka zamachała rękami. Jej długie, blond włosy
zafalowały w powietrzu. - No to powtarzam wolniej, puuuszoooreeek. - Tym
razem dziewczyna pomasowała bez skrępowania swój niewielki biust.
- Chciałaś kupić stanik dla psa? - Kalina, szczupła brunetka z krótką
fryzurą, patrzyła na nią nierozumiejąco. Z Mirką nigdy nic nie wiadomo.
Pochodziła z Poznania, więc ta ich gwara potrafiła zaskoczyć.
- Jaki stanik? Skąd ty jesteś? - Mirka podniosła głos.
- No ja nie wiem, o co ci chodzi - przyznała Kalina i rozłożyła
bezradnie ręce.
Berenika poprawiła bezwiednie proste blond włosy do ramion,
przysłuchując się tej rozmowie w zaciekawieniu.
- Puuuszoooreeek - powtórzyła Mirka wolno i wyraźnie.
- Myślisz, że jak będziesz mówić do mnie po węgiersku, tyle że wolno, to
ja to zrozumiem? - zirytowała się Kalina.
- Dlaczego po węgiersku? - tym razem Mirka nie zrozumiała.
- Taki przykład. Chodzi o to, że jak będziesz mi powtarzać w zwolnionym
tempie, to nagle zrozumiem, co to jest ten cały puszorek? - Dziewczyna
wydęła usta.
Berenika parsknęła śmiechem. Obie przyjaciółki spojrzały na nią i wróciły do rozmowy.
- No i właśnie ta baba w zoologicznym też nie zrozumiała.
- A co to jest? Może w końcu nas oświecisz? - Kalina była coraz bardziej
ciekawa.
- Puszorek to puszorek. - Mirka opadła na oparcie drewnianego krzesła z zieloną tapicerką, sięgnęła po kufel piwa z sokiem malinowym i pociągnęła spory łyk, uznając, że nie ma co tłumaczyć dalej.
Zirytowana Kalina sięgnęła po telefon i wygooglowała sobie ten cały
puszorek. Już po chwili wiedziała, że Mirka chciała kupić psu zwykłe
szelki. Nazwa wywodziła się od uprzęży dla konia.
- I co w końcu kupiłaś? - włączyła się do rozmowy Berenika.
- To, co chciałam, pokazałam jej po prostu palcem. Do tego obrożę i smycz.
- A ty nie masz już ze trzech obroży? - Berenika zaśmiała się
przyjaźnie. Wiedziała, że Bazyl, czyli owczarek, którego Mirka sprawiła
sobie kilka miesięcy temu, jest jej oczkiem w głowie i kupuje mu masę
akcesoriów.
- Ja nie mam, Bazyl ma - odgryzła się. - A ty jakie ostatnio nowe buty
sobie kupiłaś?
Wiedziała dobrze, że Berenika nie umie się powstrzymać przed nabyciem
kolejnej pary. Podziwiała ją, że przy jej wzroście - prawie sto
osiemdziesiąt centymetrów - bez skrępowania chodziła w szpilkach, nic
sobie z tego nie robiąc. Zazdrościła jej luzu, jaki ta miała, oraz
niewątpliwie figury. Długie, szczupłe nogi i spory, lecz nie za duży
biust były dla niej ideałem kobiecości. Sama uważała, że jej biust był
zbyt mały, szczególnie w porównaniu ze zbyt pulchnym brzuchem. O swoim
krasnalim wzroście wolała nie pamiętać, ponieważ te sto pięćdziesiąt
dziewięć centymetrów spędzało jej sen z powiek. A najgorsze, że nie
umiała chodzić na szpilkach z taką gracją jak Berenika. Miała wrażenie,
że wygląda śmiesznie ze swoim dużym tyłkiem i obfitymi udami, kołysząc
się jak kaczka. Dlatego nosiła wszelkiego rodzaju eleganckie buty, ale
bez obcasów, ewentualnie z małym, stabilnym podwyższeniem. Ostatnio
jednak, przynajmniej na co dzień, przerzuciła się na dresy i adidasy, co
nie stanowiło jej stylu na co dzień, ale przy psie taki strój sprawdzał
się najlepiej. Był też bardzo wygodny i przyzwyczaiła się do niego na
tyle, że gdy szła do pracy i wciskała swoje fałdki w eleganckie spodnie
lub spódnice, cierpiała, co nigdy wcześniej nie miało miejsca.
- Dziewczyny, pal licho z butami, jaki ja strapon kupiłam. - Marta,
spóźniona o prawie dwie godziny, opadła na jedno z wolnych krzeseł przy
stoliku, przy którym siedziały dziewczyny.
To był ostatnio ich ulubiony lokal na warszawskiej Pradze. Mogły kupić
wejściówkę i jeść do woli to, co serwowano danego dnia. A że wszystkie
lubiły dobrze zjeść, odnajdywały się tam idealnie. Do tego alkohol i można siedzieć i plotkować do zamknięcia. A więc Metka rządziła, od
kilku miesięcy im się nie nudząc.
- Marta, od kiedy zrobiłaś przed nami coming out, bywasz zbyt otwarta. -
Kalina spojrzała na koleżankę lekko zniesmaczona i posmarowała bagietkę
pâté z kurzych wątróbek, po czym włożyła ją do ust. Tego dnia trafiły na
wieczór francuski i zajadały się wołowiną po burgundzku, szparagami z dressingiem z jajek, korniszonów i kaparów oraz quiche'em z przeróżnymi
dodatkami. Była też masa przystawek. Dziewczyny chętnie korzystały.
- Wiesz co, Kalina, za to ty jesteś zbyt pruderyjna. Jak tak dalej
pójdzie, to cię w końcu ten mąż zostawi - mruknęła Marta i poprawiła
odstający włos w ciemnym kucyku przeplatanym siwizną.
- W życiu, on mnie w życiu nie zostawi, on mnie kocha. - Kalina wgryzła
się w bagietkę pewna tego, co mówi.
- Kocha, nie kocha, ale dobre bzykanko musi być. - Marta zaśmiała się i rozparła jeszcze bardziej na krześle.
- A ty z kim się będziesz bzykać tym straponem i czemu się spóźniłaś? -
zainteresowała się Kalina.
- Na hotelu byłam. - Marta ścisnęła swój idealnie równy kucyk bardziej,
tak by żaden niesforny kosmyk nie mógł zdezerterować. Nie lubiła
roztrzepania. Wszystko musiało być na swoim miejscu. Proste dżinsy i idealnie wyprasowana bała koszula dopełniały wizerunku. Do tego białe
sneakersy.
- Dziewczyna z agencji przesiaduje piątkowymi wieczorami po hotelach, no
nieźle. - Tym razem zaśmiała się Berenika.
- A jak, robota była. - Marta klepnęła się w uda.
- A płacą ci chociaż dodatkowo za taką robotę? - Mirosława zalotnie
zakręciła lok na palcu. Jej blond włosy opadały falami na ramiona.
- Taaa, płacą. - Marta się skrzywiła. - Dostanę pewnie najniższą premię
i będą uważali, że mam się cieszyć.
- To i tak fajnie, ja premii nie widziałam od pół roku, a zapierdalam
jak mały motorek. Dość mam już tej roboty - pożaliła się Mirka. - Ile
można słuchać czyichś rozmów? Żeby chociaż o czymś ciekawym, ale nie,
nuda. Problemy dnia codziennego. Mogliby mi dać jakieś inne sprawy, a nie ambasady. Tam wiadomo, że wszyscy wiedzą o podsłuchach i nikt nic
nie powie. A ja bym chociaż o jakimś seksie posłuchała.
- O widzisz, Kalinko, seks jest ważny. - Marta wstała, poklepała Kalinę
po ramieniu i poszła w kierunku stołów z jedzeniem.
Kalina tego nie skomentowała.
- A jak tam twój seks? - Mirka zwróciła się do Bereniki.
- Ach - westchnęła dziewczyna - mówię wam, to jest ogień.
- Pewnie, że tak, bo najlepszy seks jest z cudzymi mężami. - Marta
wróciła z talerzem pełnym jedzenia i drinkiem.
- A ty skąd wiesz, sypiasz z cudzymi mężami? - zaciekawiała się Kalina.
- Nie z mężami, ale z żoną, jedną, owszem, to znaczy taką mam nadzieję.
- Marta mrugnęła do dziewczyn i zaczęła konsumować.
- No i zaraz rozwiąże się zagadka straponu. Opowiadaj. - Mirka była
ciekawa wszelkich takich historyjek.
- Wy wiecie, że nie ma się czym chwalić? - przerwała ich radość Kalina.
- Zabieranie się za cudzych mężów czy też żony to zło, zwykłe kurestwo -
prychnęła.
- Już się tak nie bój, twojego nie ruszymy, obiecuję. - Mirka
uśmiechnęła się łagodnie do wzburzonej Kaliny.
- Ale poważnie mówię.
- OK, zgodzę się z tobą, że bzykanie męża koleżanki nie jest w porządku,
to już trzeba być zwykłą szmatą, ale ja tej baby wcale nie znam, a on
nie mnie obiecywał wierność. - Berenika napiła się czystej wódki z kieliszka, sama, bo żadna z dziewczyn nie chciała jej towarzyszyć, i popiła pepsi zero.
- Pewnie masz rację, ale poniekąd budzi to mój opór - przyznała Kalina.
- Może nie jesteś pewna Adama, co? I dlatego tak się ciskasz? - Marta
jak zawsze wykazała się nietaktem.
- Jestem pewna - prychnęła Kalina - po prostu lubię jasne sytuacje i nie
lubię kłamstwa.
- Zdaje mi się, że twoja praca nieraz polega na kłamstwie - powiedziała
Berenika i założyła włosy za ucho. Lubiła swoją nową fryzurę do ramion.
- To co innego. W życiu staram się nie kłamać i nie komplikować. Ale
dość o mnie, co to za nowa żona? - zwróciła się do Marty.
- No widzisz, bo jej się akurat w życiu nie układa, mąż jest dupkiem -
stwierdziła i ugryzła quich z krewetkami i łososiem. Popiła mojito.
- A ty będziesz jej rycerzem na białym koniu? - Na pewno Mirka już
widziała w tym romantyczną historię z dobrym zakończeniem. Uważała, że
Marta, po wszystkim, co przeszła, zasługuje na taką. Zresztą każda z nich zasługiwała.
- Na początku mam nadzieję, że będę jej bzykaczem.
- Ale po co ci kolejna heteryczka? - Berenika nie wytrzymała, bo była to
już kolejna podobna historia, którą Marta później odchorowywała.
Po rozstaniu z Baśką Marta wkręcała się w coraz bardziej beznadziejne
relacje. Berenika była świadkiem rozstania Marty z Baśką i naprawdę jej
współczuła. Tym bardziej, że nałożyło się ono na chorobę matki Marty.
Później jeszcze dziewczyna dowiedziała się o ciąży Baśki i kompletnie
się załamała. To miało być ich wspólne dziecko, jednak okazało się, że
będzie zupełnie inaczej. Berenika rozumiała, że rzucenie się w wir
romansów było swego rodzaju ucieczką, ale martwiła się o przyjaciółkę,
ponieważ wszystkie z nich okazywały się spektakularną klapą, poprzedzoną
dramatami i rozkminami.
- Ale ta jest inna.
Marta naprawdę w to wierzyła. Ewę poznała w hotelu, w którym bywała
służbowo. Drobna blondynka pracowała jako kierowniczka recepcji, więc
siłą rzeczy Marta musiała się do niej zbliżyć, by uzyskać od niej
potrzebne dla firmy informacje. Zapraszała więc Ewę na wystawne kolacje
w drogich restauracjach, za które płaciła firma, kupowała jej drogie
prezenty, za które także płaciła firma, i dodatkowo z nią flirtowała. Za
to zapłaci Marta, jeśli jej przełożony się dowie. Tego nie było w planach, nie była żadnym agentem Tomkiem, by mamić niewinne kobiety, ale
tak jakoś samo wyszło. Tamta zaczęła się zwierzać, a Marta poczuła się w obowiązku stać się jej opoką. Niech będzie, że rycerzem. Tym bardziej,
że Ewie naprawdę nie układało się w małżeństwie, a ewidentnie Marta i jej szarmanckość oraz opiekuńczość ją urzekły. Czy Marta miała z tego
zrezygnować tylko dlatego, że kłóciło się to z polityką firmy? No
dobrze, było niezgodne z procedurami. Ale uznała, że jeśli ta miłość
przetrwa, Ewa zmieni pracę i będą żyły długo i szczęśliwie. No i dziewczyna była tak obłędnie seksowna. Jarała ją. Marta masturbowała się
wieczorami, myśląc o jej złotych włosach i niebieskich oczach okalanych
zalotnymi, długimi rzęsami. Była kwintesencją kobiecości.
- Ja za to mam problem - przyznała Berenika. Dziewczyny spojrzały na nią
zaciekawione. - Zadzwoniła do mnie żona mojego Mirka. Prawie zawału
dostałam. - Tu zawiesiła głos, czym podsyciła napięcie.
- No i? Mów. - Mirosława nie wytrzymała.
- No i zaprasza mnie na urodzinową imprezę niespodziankę. Uznała, że
czterdzieści pięć lat to idealna liczba, by zrobić wielką bibę.
- Ale dlaczego ciebie? I skąd miała numer? - dociekała Mirka.
- Wiesz, ona też pracuje w naszej firmie, to nie problem ustalić numer,
a że zaprasza ludzi z pracy, bliskich współpracowników...
- Nie wie, że ty jesteś najbliższym - stwierdziła ze śmiechem Marta.
Mirka jej zawtórowała.
- Kurwa, ty się nie wygłupiaj. - Berenika zgromiła ją wzrokiem. - Co ja
mam zrobić?
- Iść - powiedziała Mirka.
- Nie iść - stwierdziła jednocześnie Kalina. - Jak pójdziesz, to stanie
się twoją koleżanką, i wtedy to już będzie kurestwo. - Puściła do niej
oczko.
- Ech, Kalinka, ja to cię jednak lubię - westchnęła Berenika.
Jestem pijana, nażarta i stęskniona. Dobranoc. Berenika napisała mu
tego SMS-a i zapomniała nacisnąć "wyślij". Zasnęła od razu, nie
zawracając sobie głowy czekaniem na odpowiedź. Nie zawsze odpowiadał, bo
nie zawsze był sam. Czasem, a nawet dość często, był z żoną,
przyzwyczaiła się. Udawała przed sobą, że tamta nie istnieje. Przecież
ona i Mirek byli dla siebie stworzeni. Po prostu spotkali się w złym
czasie. Ale ich ciała, ich myśli tworzyły jedność. Mirek nie miał
dzieci, więc wierzyła, że w końcu zostawi Eleonorę, bo nic ich przecież
za bardzo nie łączyło. No, może poza kredytem, a ten podobno potrafi
scementować związek na lata, ale Berenika nie przejmowała się takimi
głupotami. Wierzyła w dobre zakończenia. Rozwód oraz związek ze świrem
jej z tego nie wyleczyły. Owszem, przeszła ciężkie chwile w życiu,
załamanie i terapię, ale gdyby nie wiara w lepsze jutro, dawno by się
poddała. Więc się tej wiary trzymała.
Dlatego spała spokojnie, a rano czekał na nią miły SMS. Dzień dobry,
moja piękna, może uda mi się wyrwać z domu w południe. Uśmiechnęła się
do telefonu i przeciągnęła. Wiosenne promienie słońca próbowały
przedrzeć się przez ciemne rolety, na szczęście jednak, gdy je
wybierała, zwracała szczególną uwagę na przepuszczalność, a dokładniej
na jej brak. Dlatego teraz mogła cieszyć się pobudką w zaciemnionym
pomieszczeniu i nic nie raziło jej w oczy.
W łazience ściągnęła czarne, bezszwowe majtki oraz czarną koszulkę na
ramiączkach, w których spała, rzuciła je do kosza na brudne rzeczy i usiadła na sedesie. Poczuła ulgę, gdy opróżniała pęcherz. Nie podcierała
się, ponieważ od razu po zrobieniu siku wskoczyła pod prysznic.
Odkręciła wodę i czekała, aż ta w końcu nabrała odpowiedniej
temperatury. Berenika weszła pod gorący strumień i przez chwilę
rozkoszowała się masażem, jaki fundowały strugi wody. Pomyślała o Mirku,
o jego dużych dłoniach, palcach przesuwających się po spragnionej
skórze.
- Skąd masz tę bliznę? - zapytał, gdy pierwszy raz wylądowali w łóżku.
To było na wyjeździe służbowym w tajnej leśniczówce na Mazurach.
Szkolili wtedy innych. Uczyli, jak stać się niewidocznym. Jak się
zachowywać, ubierać, kamuflować, by nie zostać zauważonym, a jednocześnie samemu dostrzec to, co istotne. To była seria szkoleń dla
ludzi z różnych delegatur, wymyślonych przez Biuro Operacji Specjalnych.
A że Berenika była dobra w te klocki, to zastępca dyrektora wziął ją do
zespołu, któremu sam przewodził. Wcześniej razem pracowali i znali się z jednego wydziału. Później Berenika śmiała się do dziewczyn, że Mirek, bo
tak go zaczęła nazywać, też jest dobry w "te" - tu podnosiła znacząco
brew - klocki.
- Bliznę. - Berenika podążyła palcem za palcem Mirka; od szyi, przez
obojczyk, zahaczyła o prawą pierś i skończyła pod pachą. - Bliznę mam z miłości.
- Z miłości? - Mirek wydawał się zdziwiony.
- No dobrze - Berenika przekręciła się na wąskim łóżku - może z nieodpowiedniego zauroczenia. W tamtej chwili wydawało mi się, że to
jest miłość.
- Nie była?
- Nie była - przytaknęła.
- Chciał zrobić ci krzywdę? - Mirek był naprawdę poruszony.
- Chyba bardziej nie chciał, bym go zostawiła.
- A to? - Znów przejechał po nieregularnej bliźnie.
- To był wypadek.
- Że niby spadłaś ze schodów?
- Nie, mówię poważnie. On prowadził, zjechał na lewy pas i wpadliśmy w inny samochód.
- Kurwa. - Mirek nie wytrzymał, aż się podniósł. - On to zrobił
specjalnie? Chciał cię zabić?
- Nie wiem, naprawdę nie wiem. - Berenika podniosła się i podciągnęła
kołdrę, by zakryć nagie piersi. Niespodziewanie poczuła się nieswojo.
Rozmawiali o czymś, co było dla niej bolesne. Bała się przyznać sama
przed sobą, że Łukasz naprawdę chciał ich zabić. Uznał prawdopodobnie,
że skoro ona chce go zostawić, to on nie chce żyć. Mówił jej przecież
kiedyś, że jego się nie zostawia.
Nie wzięła wtedy tego dosłownie. A powinna.
- Jak to nie wiesz? - drążył Mirek.
- Kurwa, zapytaj naszego inspektoratu może, jak jesteś taki ciekawy -
zirytowała się.
- Co ma do tego inspektorat? - Zmarszczył czoło.
- Co? A to, że raczyli zrobić mi postępowanie, gdy leżałam nieprzytomna
w szpitalu. - Wstała, owinęła się kołdrą i podeszła do torebki. Po
chwili wygrzebała z niej cienkiego, miętowego papierosa. Mirek patrzył
na nią oszołomiony. - Idę zapalić - oświadczyła.
- Nago? - Mirek nie zrozumiał, myślał, że dziewczyna wybiera się do
palarni lub na dwór.
- Myślisz, że powinnam się jakoś specjalnie ubrać do łazienki? - Kącik
ust drgnął jej w lekkim uśmiechu.
- Tu raczej nie można palić - powiedział bez sensu mężczyzna.
- Pewnie nie - przyznała mu rację - a myślisz, że można uprawiać seks z własnym dyrektorem? I to żonatym? - zgasiła go.
- Być może znalazłoby się kilka osób, którym mogłoby się to nie
spodobać. - I on wyskoczył z łóżka, zupełnie nieskrępowany własną
nagością. Objął od tyłu Berenikę i pocałował w płatek ucha. -
Najważniejsze, że nam się baaardzo podobało - przeciągnął to "bardzo" i zamruczał. Śmiali się, idąc palić.
To było prawie rok wcześniej. Dokładnie to jedenaście miesięcy i kilka
dni. A teraz jego żona zapraszała ją na imprezę. Bo słyszała, że się z Mirkiem kumplują. Zapraszała cały jego były wydział. I co? Miała nie
iść? Czy jednak powinna iść, żeby nie wzbudzać podejrzeń? Z jednej
strony nie chciała zobaczyć ich razem, ale jakiś chochlik podpowiadał
jej, żeby poszła i się przekonała, że nic ich już nie łączy. Że nie są
dla siebie stworzeni, za to oni - Berenika i Mirek - tak. Podobnie jak
jej były mąż uznał, że nie są dla siebie stworzeni, i wybrał tę całą
Weronikę, z którą ma teraz dwójkę dzieci. Śmiała się, że chyba mu się po
prostu imiona pomyliły. Ona kończyła się na "nika" i tamta też.
Zapomniał, co powinno być na początku. W ogóle chyba zapomniał, że coś
sobie obiecywali, kiedyś, jak jeszcze byli młodzi. I może w tym tkwił
problem, że byli młodzi, za młodzi, by sobie obiecywać. Bo na takie
obietnice to trzeba już trochę w życiu przeżyć i wiedzieć, czego się
chce. Oni najwidoczniej nie wiedzieli, przynajmniej Krzysiek. Ale z Weroniką już wiedział. I OK, może tak miało być. Berenika wierzyła, że i dla niej znajdzie się ten właściwy. Nawet jeśli miał żonę. Bo czy żona
może być przeszkodą? Jak się okazało w związku Bereniki, małżeństwo i jakaś tam żona to żadna przeszkoda.
Do imprezy jeszcze miesiąc. Miała więc jeszcze czas do namysłu.
Zakręciła wodę i wyszła spod prysznica.
W przedpokoju wisiało wielkie lustro w ciężkiej srebrnej ramie, które
Kalina wypatrzyła na jakimś targu i zapragnęła mieć. Teraz stała przed
nim i przyglądała się swojemu odbiciu. Lubiła nawet ten widok w lustrze.
Była nie za wysoka, nie za niska. Taka w sam raz, żeby nie czuć się
krasnoludkiem, za to większość facetów była od niej wyższa. Podziwiała
Berenikę za to, że zupełnie jej nie przeszkadzało, iż wielu mężczyzn
bywa od niej niższych. Szczególnie u nich w firmie. Kiedyś myślała, że
skoro to służby specjalne, to i faceci tam pracujący będą jakoś
specjalnie wyjątkowi. Nic z tych rzeczy; przez lata pracy przekonała
się, że są boleśnie przeciętni, a wręcz nijacy. Gdyby choć nadrabiali
wiedzą, inteligencją i szarmanckością. Na to niestety też nie można było
liczyć. Zazwyczaj okazywali się bucami przeświadczonymi o własnej
wyjątkowości. Nie była przekonana, czy właśnie tacy ludzie, o narcystycznym usposobieniu, powinni pracować w służbach. No i jak ona
sama była postrzegana? I jaki miała profil osobowościowy? Tego nigdy im
nie zdradzano. Człowiek przechodził testy lub nie. Albo inaczej.
Kandydat dostawał się do służby lub nie i nikt go nie informował o szczegółach dotyczących wyniku. W żadnym z tych przypadków. Oczywiście
tym, którzy się dostali, było wszystko jedno, na co wskazywały testy -
najważniejsze, że się dostali, po trudach i znojach zazwyczaj
kilkunastomiesięcznej rekrutacji. W tamtej chwili każdy z nich był
przekonany o własnej wyjątkowości. W końcu nie każdemu udaje się dostać
do pracy w ABW, szczególnie gdy nie jest się tak zwanym "plecakiem",
czyli czyimś pociotkiem lub bliskim krewnym czy znajomym. O tym się
oczywiście nie mówiło głośno, ale wszyscy wiedzieli, kto kończył kursy
eksternistyczne w ośrodku szkoleniowym w Emowie i po pół roku służby
dostawał stopień oficera. Nikt nie wierzył w wybitność takich jednostek.
Kalina już dawno się przekonała, że próżno szukać w tej służbie
wybitnych postaci. A już zupełnie nadzieję straciła, gdy przeniosła się
z Olsztyna do Warszawy i wylądowała w wydziale "obserwacji". Nooo, tego,
co ją tam spotkało, to się nie spodziewała. Myślała, że opowieści o ludziach z "betki" - tak się mówiło w slangu firmowym - są grubo
przesadzone. Nie były. Można powiedzieć, że okazały się wręcz zbyt
łagodne. Na samą myśl, że musi oglądać tych ludzi, czuła dreszcze.
Spojrzała raz jeszcze w lustro i poprawiła krótkie brązowe włosy, by
wyglądać bardziej zadziornie. Jej nowa fryzura fajnie komponowała się z krótką czarną sukienką, którą miała na sobie. Duży dekolt i długość
przed kolana pozwalały pokazać to, co w sobie lubiła. Na co dzień w pracy nie mogła pozwolić sobie na taki stój, więc korzystała, gdy gdzieś
wychodziła. Ruszyła do dużego pokoju.
- Jak tam spotkanie? - Adam, jasny blondyn, wychylił się z szarej kanapy
i spojrzał na wchodzącą do pomieszczenia Kalinę.
- Fajnie, ale jestem zmęczona. - Podeszła do niego i dała mu prosto w usta buziaka, którego odwzajemnił. - No i wkurza mnie, że inni mają
normalny weekend, a ja muszę w niedzielę jechać w delegację.
- Ale będziesz miała za to dzień wolny - próbował ją pocieszyć.
- W dupie mam ten dzień wolny, szczerze mówiąc, wolałabym mieć wszystkie
weekendy wolne zamiast tego. - Przysiadła na rogu kanapy, Adam przesunął
nogi.
- To może zmień w końcu pracę. - Mąż wyciągnął się ponownie. Nie wydawał
się wzruszony rozterkami żony.
- Może zmień - prychnęła - łatwo powiedzieć.
- A co w tym takiego trudnego, idziesz i mówisz, że chcesz zmienić
dział, bo chciałabyś się rozwijać, bla, bla, bla.
Mówił, jednym okiem spoglądając w telewizor. Leciał jakiś program o zwierzętach. Chyba o wilkach. Kalina przez chwilę wpatrywała się razem z nim w ekran, jednak oderwała wzrok i zwróciła oczy na męża. Wkurzał ją
takimi tekstami. Tłumaczyła mu już tyle razy. Z jednej strony cieszyła
się, że nie jest z firmy, a z drugiej - gdyby był, nie musiałaby mu tego
łopatologicznie wykładać. A i tak nie ogarniał. A niby taki
inteligentny.
- To tak u nas nie działa. Wzięli mnie tu, bo nie ma ludzi do roboty,
dlatego mnie nie przeniosą. Mało jest takich baranów chcących tam
pracować. Ja się zdecydowałam, bo mogłam albo do betki, albo wcale.
Normalnie nie przenoszą ludzi ze środka do pracy w terenie, czyli, jak
to się u nas mówi, "na miasto". Jak już pracowałeś w innym wydziale, to
jesteś spalony. Mogłeś być widziany, wchodząc do oficjalnego budynku. A na mieście ludzie mają być tajni. Dlatego baza jest zupełnie gdzie
indziej niż główny budynek. Jednak dyrektor w Warszawie jakoś nie miał z tym problemu. Co kraj, to obyczaj. Powinno wszędzie być tak samo, jedne
zasady dla wszystkich, ale panuje wolna amerykanka. Widocznie dyrektor
uznał, że się przydam. Stan osobowy musi się zgadzać, a już procedury i logiczność tego to zupełnie inna bajka. Kiedyś by tego nie zrobili. Bo
na mieście powinni pracować ludzie, którzy nie są ujawnieni. Ale kto by
się tym przejmował. Ujawniona byłam w Olsztynie, tu mogę być tajna. -
Zaśmiała się. - A nie wiem, czy pamiętasz, ale zależało nam na
przeniesieniu się do Warszawy ze względu na twoją pracę.
- Czyli zrobiłaś to z miłości - stwierdził Adam i położył dłoń na jej
kolanie.
- Dla nas, kochanie, dla nas.
- Z miłości do nas. - Mąż zaśmiał się i pociągnął ją na siebie.
Po siedmiu latach małżeństwa, a dziewięciu znajomości, ich seks nie był
już tak gorący jak na początku, stracili gdzieś ten ogień, ale nadal
lubili swoją bliskość. Kalina w ramionach Adama czuła się bezpiecznie.
Złapał ją mocno za pośladki, poczuła na brzuchu, że jest twardy, i postanowiła to wykorzystać. Gdy zrywał z niej sukienkę i odsłaniał
kształtne piersi, czuła się szczęściarą. Że go ma, że na siebie wpadli w tym życiu i mogą na siebie liczyć. Jednak w tamtej chwili liczył się
jego dotyk. Przejechał paznokciami po jej skórze na płaskim brzuchu.
Lubiła to. Ściągnęła szybko rajstopy i majtki, a jemu spodnie od dresów.
Penis jej męża prężył się zapraszająco, nie czekała więc ani chwili.
Dosiadła go i z głośnym jękiem zaczęła się poruszać. Adam złapał ją za
biodra, by jej pomóc. Góra, dół, góra, dół, jej jęk, jego oddech, w końcu warkot, przytrzymał ją mocniej, dobił do samego końca, odrzucił
głowę i z bolesnym jękiem wypełnił ją swoją spermą. Zadrżała zaraz po
nim i opadła na niego.
Leżeli długo, wtuleni, słuchając swoich oddechów. W końcu Kalina uznała,
że idzie spać. Zostawiła Adama z włączonym telewizorem i udała się do
sypialni. Zdecydowała, że nie ma siły na prysznic, przełożyła go na
sobotni poranek.
Mirka kucała w krzakach i było jej już trochę niewygodnie. Założyła za
ciasne majtki, które teraz wrzynały się jej w tłusty tyłek. Do tego
szare legginsy zsuwały się z krągłych pośladków, a jakieś ostre źdźbło
kłuło w udo. Jednak nie mogła się ruszyć, żeby nie zostać zauważoną.
Pomyślała o schabie duszonym w sosie własnym, który zrobiła na obiad. Do
tego tarte buraczki. Ziemniaki obrała, pokroiła, zalała wodą w garnku,
posoliła i postawiła na kuchence. Tylko włączyć pod nimi gaz. Niestety
nie było nikogo, kto mógłby to zrobić. Będzie musiała sama, gdy wróci.
Później poczeka, aż się ugotują do miękkości, i będzie sama jadła. I jeszcze ten żurek, który też ugotowała. A wszystko to zanim wyszła z domu.
Nie mogła spać. Od jakiegoś czasu tak miała, że budziła się rano i dopadały ją jednocześnie dwa uczucia. Lęk, co do którego nie miała
pojęcia, skąd się brał, ale wyraźnie czuła go do momentu, w którym nie
wstała i nie zaczęła czegoś robić. Oraz smutek. Dlaczego było jej
smutno, wiedziała doskonale. Przyjechała z Poznania do Warszawy w poszukiwaniu męża, bo miała nadzieję, że w Centrali będzie to
łatwiejsze. Jednak po prawie trzech latach przebywania w stolicy nadal
była samotna. Za kilka tygodni miała skończyć trzydzieści trzy lata i wciąż pozostawała starą panną. Tak się czuła. Nie żadna tam singielka,
po prostu stara panna, która nie ma komu gotować obiadów. A bardzo
chciała dla kogoś gotować. Marzyła o rodzinie, mężu, dziecku, a może
nawet dwóch, i o wspólnych wakacjach. Jednak obiady wciąż jadła sama, a na wakacje wyjeżdżała z koleżankami. Tak, to był powód jej smutku. I im
stawała się starsza, tym smutek się pogłębiał, a nadzieja malała. Nie
chciała byle kogo, chciała takiego faceta skrojonego w sam raz dla niej.
Niechby nią poruszył, tak żeby się ziemia zatrzęsła. Chciała stracić
równowagę i wpaść w jego ramiona.
No i właśnie w tym momencie ją straciła. Jakiś wrogo nastawiony
krwiopijca usiadł na kawałku odsłoniętej skóry i wbił w nią kłujkę.
Mirka pisnęła, zamachnęła się, by zabić drania, straciła równowagę i wpadła pupą w wilgotne liście, a na domiar złego rzucił się na nią
wielki czarny dog niemiecki i zaczął lizać po twarzy.
- Ej, Bożena, przestań. - Łukasz, młodszy od Mirki co najmniej o pięć
lat właściciel doga, stanął nad nią z rozbawioną miną. Pociągnął psa, a właściwie to sukę.
Mirka wyciągnęła bańkę chińską wypełnioną czymś, co pachniało jak
tuńczyk, i podetknęła Bożenie pod pysk. Ta od razu zajęła się
wylizywaniem smakołyku, zostawiając twarz Mirki w spokoju. W tym samym
czasie Łukasz wyciągnął do Mirki dłoń i pomógł jej zebrać się z ziemi.
Uśmiechnęła się do niego w podzięce, otrzepała z liści i starała wyjść z tej sytuacji z jako taką godnością. Na szczęście ani Łukasz, ani Paweł,
ich szkoleniowiec od tropienia, nie zwracali na nią już uwagi,
zachwycając się Bożeną, której udało się wytropić pozorantkę. W sumie
ich rozumiała, Bożena była zgrabna i powabna. Miała w sobie grację,
której brakowało Mirce. Mięśnie grały pod skórą, u Mirki grał tłuszcz.
Ale co mogła zrobić? Kochała jeść, chociaż powinna sobie odpuścić,
ponieważ miała problem nie tylko z wagą i wyglądem - czuła, że jest jej
coraz ciężej. Bywała często zmęczona i śpiąca. Tylko że co jej zostanie
w tym życiu, jeśli zrezygnuje z podjadania? Miała Bazyla, i on dawał jej
naprawdę dużo radości, ale jedzenie też. Dawało chwile przyjemności. Tak
nieliczne w jej życiu.
Wróciła z psem do domu, odgrzała obiad, który zjadła, oglądając serial
na Netflixie, i uznała, że pora na drzemkę. I tak nie miała nic lepszego
do roboty w sobotę. Wolałaby się do kogoś przytulić, jednak zamiast tego
przytulała się do poduszki. Naprawdę miała niewesołe myśli.
Marta wpatrywała się w ekran telefonu, jakby takie zaklinanie miało
sprawić, że osoba po drugiej stronie w końcu napisze. Jednak telefon
uparcie milczał, a Marta trochę świrowała, wyobrażając sobie coraz
gorsze scenariusze i powody tego milczenia. Nie chciała dzwonić, bo
godzina 23.14 w sobotę to raczej nie jest dobry czas na zawracanie komuś
głowy. A już tym bardziej kobiecie, która wciąż miała męża i z nim
mieszkała. Oczywiście Marta zdawała sobie sprawę, że Ewa zwyczajnie jest
czymś zajęta i dlatego nie odpisuje, bo jeszcze nie przeczytała SMS-a,
ale zbolały umysł podpowiadał jej, że może Ewa ma już jej dość, że
przemyślała sobie i nie chce się z Martą spotykać albo uznała, że jednak
kocha męża. Może Berenika miała rację, że nie powinna zawracać sobie
głowy heteryczkami, jednak wierzyła, że kobiety nie są znów takie
zero-jedynkowe i ich seksualność jest bardziej płynna i skomplikowana.
Wierzyła więc, że kobieta będąca dotąd w związkach z mężczyznami może
pokochać inną kobietę. Ba, że może dostrzec w niej potencjał, coś więcej
niż w facecie. Wcale nie namiastkę, marne zastępstwo, ale właśnie coś
innego, lepszego, wyjątkowego. Marta wyobrażała sobie, jaka w dotyku
może być skóra Ewy, jak może smakować. Nie miała okazji tego sprawdzić,
do tej pory tylko flirtowały, balansowały na granicy, z której można
jeszcze było zawrócić i wyjść z twarzą, udając, że nic się nie stało.
Ale stało się, coś wisiało w powietrzu i Marta zdążyła już napisać w głowie cały scenariusz, jak to Ewa zostawia męża, którego nie kocha i który niewątpliwie jest nieczułym draniem, i przeprowadza się do Marty,
a potem żyją długo i szczęśliwie. Ona naprawdę wierzyła, że tak można.
Dlatego szukała, zawodziła się i znów szukała. Po tym, co ją spotkało,
Marta oczywiście się załamała, bo nie dało się inaczej, ale później się
otrzepała i zaczęła działać. Nie ona pierwsza i nie ostatnia. Wydawało
się, że jest twarda, a jednak takie sytuacje jak zwykły brak odpowiedzi
ją rozstrajały. Zaczynała wątpić w to, w co wierzyła, gdy były razem z Ewą i gdy tamta uśmiechała się do niej łagodnie. Od razu miała ochotę
wziąć ją w ramiona, przycisnąć do siebie, poczuć jej drobne piersi i zgniatać jej wąskie usta swoimi. Wbić się w nią z mocą i już nie
puszczać. Gdy Ewa była obok, Marta szczerze wierzyła, że jest to
możliwe. Jednak kiedy cisza między nimi się przedłużała, Marta nie
wiedziała już, co jest prawdą, a co jej imaginacją. Wkurzało ją to.
Przypomniała sobie ich pierwsze spotkanie. Witek, naczelnik, wysłał ją
do hotelu Puławska Residence, żeby porozmawiała z wytypowaną wcześniej
osobą. Widziała oczywiście zdjęcia Ewy, ale jej wygląd na żywo ją
zachwycił. Była dużo ładniejsza niż na zdjęciach. One nie oddawały jej
eteryczności, zwiewności oraz błękitu jej oczu. To był jasny niebieski,
wręcz rozwodniony. Jakby przed chwilą płakała. Podczas kolejnych spotkań
Marta zrozumiała, że Ewa ma takie oczy niezależnie od nastoju.
Oczywiście w firmie, poza dziewczynami, nikt nie wiedział, że Marta jest
lesbijką. Nie chwaliła się i skrzętnie ukrywała ten fakt, ponieważ
wiedziała, że może to być niemile widziane. ABW miało stopnie i hierarchię jak w wojsku, i niektórym naprawdę się wydawało, że w nim są.
Usłyszała nawet kiedyś, że funkcjonariusz nie ma płci, z czym się nie
zgadzała, tym bardziej że miało to na celu umniejszyć rolę kobiet w służbach. Wiedziała to, bo mówił to facet, który wcale się nie wstydził
bycia mizoginem. Wręcz przeciwnie, obnosił się z tym i uważał, że
kobiety są mniej wartościowymi pracownikami. Marta nie znosiła go całą
sobą. Przyjechał z Olsztyna i robił karierę w kontrwywiadzie. Mały,
łysy, zakompleksiony dupek, którego zostawiła żona. Typowy trep, który
najpierw służył w wojsku. Gdyby dowiedział się o orientacji Marty,
dziewczyna nie miałaby życia. Wprawdzie nie był jej przełożonym, ale z racji kierunków, na których pracowali, musieli ze sobą współpracować.
Marta miała dość tego ciągłego udawania i uśmiechania się w momentach,
kiedy uśmiechać się nie chciała. Pewnie dlatego gdy Berenika powiedziała
jej wprost, co o tym myśli, przyznała się.
- Weź nie udawaj - powiedziała jej wtedy przyjaciółka, w najgorszym
momencie jej życia; siedziały u Bereniki w mieszkaniu i piły wódkę. -
Robisz idiotkę z siebie i z nas. Ty naprawdę myślisz, że my nie wiemy,
że wolisz dziewczyny? Przestań mówić "ta osoba" o swojej partnerce, bo
to prawie jakbyś mówiła "jestem lesbą". My wiemy, i serio nie robi nam
to różnicy.
- O byłej - powiedziała smętnie Marta i wychyliła kieliszek, nie
czekając na Berenikę. W tamtym czasie nie lubiła być trzeźwa.
- Co? - nie zrozumiała koleżanka.
- O byłej partnerce, nie obecnej. Już nie jest moja.
- Przepraszam - szepnęła Berenika.
I w ten sposób Marta zrobiła coming out. Później już mówiła przy
dziewczynach bez skrępowania i sprawiło jej to wielką ulgę. Po latach
pracy, a pracowała ich już dwadzieścia, to było coś nowego i ożywczego.
Kręciło ją, że był taki wysoki i duży. Nawet z jej wzrostem i w szpilkach mogła wpaść w jego ramiona i w nich zaginąć. Chronił ją przed
światem. Przez chwilę mogła się czuć bezpiecznie; zadziwiające było, że
jeszcze umiała się tak czuć w męskich ramionach. Po tym, co ją spotkało,
wykazywała się zadziwiającą ufnością, ale też i nieostrożnością.
Romansując z żonatym facetem, prosiła się o kolejne kłopoty. Tylko że
nie umiała inaczej. Nie umiała zrezygnować. To ją kręciło, pociągało.
Jego mroczne oblicze ją rozczulało. No i miała poczucie, że kogoś
pociąga, że ktoś jej pragnie, że jest atrakcyjna. Zawsze się bała
upływającego czasu. Uważała, że starość jest dla mięczaków. Trzeba być
zawsze sprawnym i pięknym. Nie chciała przyjąć do wiadomości, że młodość
przemija, a wraz z nią młodzieńcza uroda. Udawała, że czterdziestka nie
nadchodzi wielkimi krokami. Wypierała to ze świadomości. Romans z Mirkiem dawał jej coś jeszcze, coś dla niej bardzo ważnego - miała
poczucie, że nie jest sama, samotna. Mogła wspominać ich ostatnie
spotkanie i planować następne. Miała o czym myśleć, nie musiała o tym,
co było niewygodne i gniotło jak ziarnko piachu w bucie. Byle tylko
zająć głowę.
Mirek zajmował ją doskonale. Od razu gdy wszedł, rzucił się na nią z zachłannością wygłodniałego wilka. Wcisnął się w jej usta, rozgościł w nich, brutalnie rozpychając je językiem. Lubiła to, że brał ją jak
swoją. Bo była jego, bez względu na wszystko. Wciskał ją w ścianę,
rozgniatając piersi ręką. Jego brutalność ją nakręcała. Czuła się
bezbronna i uległa. To jego siła, moc sprawiały, że wilgotniała i chciała mu się oddawać tu i teraz, natychmiast. No i nie oszukujmy się,
dodatkowym afrodyzjakiem było jego stanowisko. Władza, jaką miał nad nią
i nad innymi. Kręciło ją, że to ona może go oglądać nago, ona wie, jak
dochodzi, jak wykrzywia twarz w grymasie, gdy się w nią spuszcza, i to
ją po wszystkim tuli do siebie. Tak, to miało w sobie coś niezwykle
perwersyjnego.
Gdy już się nasycił ustami kochanki, odsunął się i jej przyjrzał.
- Wyglądasz obłędnie. - Pokiwał głową z uznaniem.
Starała się. Czarna spódnica, którą wybrała, ledwie zakrywała pupę. Pod
spodem nie miała majtek, lubiła szczuć go nagą, wygoloną cipą. Za to
miała czarne, samonośne pończochy, których koronkę doskonale było widać
spod spódnicy. Ona też robiła wrażenie na Mirku. Wciągnął powietrze, a jego penis w spodniach drgnął. Przy niej nie miał problemu z potencją,
reagował zawsze tak jak trzeba. Na samą myśl, co będzie z nią robił.
- Dziękuję. - Uśmiechnęła się dziewczęco, prawie niewinnie, i zalotnym
gestem poprawiła niesforne włosy. Jej sutki próbowały przebić się przez
materiał jasnej bluzki. Biustonosza także nie miała. Z jej jędrnymi
piersiami mogła sobie na to pozwolić. Z satysfakcją patrzyła, jak Mirek
stara się powstrzymać, by ponownie się na nią nie rzucić. W sumie nie
obraziłaby się, ale postanowiła to przeciągnąć. - Czego się napijesz?
- Ciebie - wychrypiał.
- Musiałabym być w stanie płynnym. - Zaśmiała się i ruszyła w stronę
kuchni.
Szybko znalazł się przy niej. Złapał ją za ramiona. Poczuła jego gorący
oddech na karku, tuż obok ucha.
- Założę się, że jesteś. - Poczuła jak wkłada jej rękę między nogi i przeciąga po śliskiej cipce, a następnie między pośladkami. Zadrżała,
momentalnie zrobiło jej się gorąco, a łechtaczka zaczęła pulsować,
domagając się więcej. Ale nic więcej nie zrobił, zaśmiał się tylko i popchnął ją w stronę kuchni. - Miałem rację, znam cię. Jesteś cała
mokra, płyniesz już z pożądania i chcesz, żebym cię pieprzył.
Jego słowa także na nią działały. Sprawiały, że coś w środku jej brzucha
ściskało się, zwijało w pętelkę, którą tylko on mógł rozsupłać.
Odwróciła się i zarzuciła mu ręce na szyję.
- Chcę, teraz, już, chcę - wyszeptała wprost w jego usta.
Pocałował ją delikatnie, ale złapał za nadgarstki i wyswobodził się z jej objęć.
- Nie - pokręcił głową z uśmiechem - skoro chciałaś, to się czegoś
napijemy. Masz rację, robi się ciepło więc chętnie napiję się pepsi z lodem. - Tym razem to on się z nią droczył i postanowił przeciągnąć
chwilę przyjemności. Tym bardziej że miał sporo czasu. Choć i tak zawsze
za mało.
- Nie mam lodu. - Wydęła usta, jednak w środku cieszyła się, że Mirek
chce z nią spędzać czas nie tylko na pieprzeniu. Choć zazwyczaj,
wiadomo, na tym polegały ich spotkania. - Ale pepsi jest z lodówki.
Powinna cię zadowolić.
- O nie, od zadowalania mnie jesteś ty - powiedział to takim głosem, że
ugięły się pod nią kolana.
Naprawdę miała ochotę klęknąć przed nim, wziąć do buzi i ssać. Czas na
przytulanie i inne takie będą mieli po orgazmie, albo dwóch. Podała mu
szklankę z napojem, a gdy ten zaczął pić, zrobiła dokładnie to, o czym
marzyła. Uznała, że nawet gdy klęknie przed panem dyrektorem, to ona
będzie miała go we władaniu. Był gotowy, twardy i sprężysty. Czekał na
jej język, na usta. Złapała go pewnie w dłoń i delikatnie nią poruszyła.
Skóra jego penisa była aksamitna w dotyku, co zawsze ją rozczulało.
Nachyliła się i zlizała kroplę, która pojawiła się na jego czubku. Mirek
jęknął i oparł się o blat stołu. Wiedziała już, że jest jej, że to ona w tej chwili rządzi. Włożyła go do ust i zaczęła ssać, jednocześnie liżąc
kolistymi ruchami. Mirek jęczał coraz głośniej. W końcu złapał ją za
włosy i odciągnął jej głowę. Spojrzała do góry. Dyszał, a w jego oczach
widziała już tylko pożądanie. Pociągnął ją do góry. Nic nie mówił, ale
wyraźnie dał do zrozumienia, że ma wstać. Nie puścił nawet, gdy to
zrobiła, jakby chciał jej przypomnieć, że to wciąż on tu rządzi, nawet
jeśli jej się przez chwilę wydawało, że jest inaczej. Zadrżała. Puścił
ją na chwilę i zdjął jej bluzkę, uwalniając piersi. Dotknął ich, zważył
w dłoniach. Podobało jej się, że tak stoi przed nim, naga do połowy,
wystawiona na palące spojrzenie.
- Wiesz - powiedział - mam takie marzenie, żeby pojechać z tobą w jakieś
miejsce, gdzie można chodzić nago. Chciałbym cię zobaczyć, jak na
świeżym powietrzu, może na jakiejś plaży, przechadzasz się wśród innych
nagich ciał. Kręciłoby mnie to, by inni też mogli podziwiać twoje
idealne kształty.
Nigdy wcześniej jej tego nie mówił. Ucieszyła się, że tak bardzo mu się
podoba. Puścił jej piersi i złapał znów za włosy, następnie nie
puszczając ich, przekręcił ją tyłem do siebie. Było to trochę bolesne,
ale nie na tyle, by chciała protestować. Na pewno chciała czuć go
blisko. Popchnął ją na blat i przycisnął. Jej piersi rozgniotły się na
zimnej fakturze. Pisnęła.
- Cicho - warknął jej do ucha - teraz ja będę cię pieprzył, a ty nawet
nie jękniesz. Nie chcę nic słyszeć, masz być cichutko, zrozumiano? -
Kręciło jej się w głowie od tego wszystkiego, lubiła te jego gry, ale
nie wiedziała, jak wytrzyma. - Zrozumiano? - powtórzył.
- Taaak - wydyszała.
- Co tak?
- Tak jest, proszę pana - poprawiła się; dobrze wiedziała, co lubił i jak.
- Grzeczna dziewczynka - pochwalił i wbił się w nią z całą mocą, do
końca, po same jaja.
Wrażenie wypełnienia było obezwładniające. Miała ochotę krzyknąć, ale
tylko zagryzła wargi i złapała się krawędzi blatu. Z jednej strony czuła
ból rozgniatanych piersi, z drugiej ból ciągnięcia za włosy, a z trzeciej zniewalającą przyjemność, która rozchodziła się falami po jej
ciele. Wypchnęła biodra, chcąc wyjść mu naprzeciw. Zaczął się poruszać,
najpierw powoli, bardzo powoli wyjmował penisa, pozostawiając pustkę, by
po chwili równie wolno włożyć go ponownie. To było torturą. Miała ochotę
błagać go, by przyspieszył, by brał ją szybko i mocno, ale obiecała
milczeć. Milczała więc, a on wchodził w nią powolnymi ruchami. Sam także
nie wydawał dźwięków, kochali się w kompletnej ciszy, co było czymś
nowym i podniecającym. W końcu nie wytrzymał i przyspieszył, tym razem
pędził, a ją zalewały fale przyjemności, jedna za drugą, aż wbił się w nią i znieruchomiał. Poczuła, że jego penis rośnie jeszcze, by wyrzucić
z siebie spermę. Mirek napełniał ją sobą. W końcu wyszedł z niej i puścił jej włosy. Czuła niedosyt. Sama nie zdążyła dojść. Jej cipka
wciąż pulsowała niespełnieniem. Wargi były bolesne i nabrzmiałe. Potarł
je, a ona jęknęła z ulgi. Natychmiast przerwał.
- Miałaś być cicho.
- Ale jeszcze? - jęknęła, wypinając się w niemym błaganiu o dotyk. Była
rozgrzana, podniecona i niezaspokojona. W tej chwili zrobiłaby wszystko
za orgazm.
- A powiedziałem, że już możesz się odzywać? - Stał nad nią, a ona wciąż
leżała na blacie z wypiętymi pośladkami i mokrą cipką.
- Nie, ale myślałam, że to już.
- Ale nie ty jesteś tu od myślenia. - Zaśmiał się i klepnął ją w pośladek.
Wypięła się bardziej w nadziei na więcej dotyku, ale nic nie zrobił.
- Błagam.
- O co ty mnie błagasz? - bawił się z nią.
- Jeszcze, dotknij mnie, wypieprz moją cipę - prosiła.
- Przecież to zrobiłem. - Udawał, że nie wie, o co chodzi, chociaż
dobrze ją znał; wiedział, że nie miała orgazmu i go potrzebuje.
- Ale za mało - pisnęła i poczuła, jak się zbliża. Zapach jego świeżych
perfum wdarł się do jej nosa. Przycisnął ją sobą jeszcze bardziej do
blatu i musnął ustami płatek ucha, po chwili wziął go w zęby i lekko
ugryzł. Ból, który jej sprawiał, przynosił chwilową ulgę.
- Chcesz powiedzieć, że twój dyrektor za mało cię pieprzył i jesteś
niezadowolona?
- Nie, tak, nie o to chodzi - plątała się.
- A o co ci chodzi, co? No, powiedz mi.
- Nie zdążyłam dojść.
- I myślisz, że to powinien być mój problem? Miałaś taki sam czas jak
ja, nie zmieściłaś się w nim, a jeszcze zamiast być cicho, zaczęłaś
jęczeć.
- Przepraszam - wysapała, choć zaczynała się irytować. Chciała więcej, a on się z nią bawił. Jednak po chwili poczuła jego dłoń na cipce. Złapał
ją jak jabłko i ścisnął.
- Wiesz, co zrobimy? - mruczał jej do ucha, jednocześnie nie przestając
się nią bawić. Znów zalewały ją fale emocji i przyjemności jednocześnie.
- Nieeee, aaaa, nieee - wyjęczała, kręcąc głową.
- Ja za chwilę przestanę i odejdę kawałek, usiądę sobie na krześle, a ty
odwrócisz się, usiądziesz na blacie i rozłożysz szeroko nogi, bym mógł
widzieć twoją mokrą i nabrzmiałą cipę. Wystawisz ją dla mnie. Zamkniesz
oczy i będziesz sobie wyobrażać, że jesteś na scenie, a przed tobą jest
widownia. Cały teatr ludzi i ja. Patrzymy na ciebie. Zrób więc dla nas
show. Pieprz się ręką, doprowadź do orgazmu. Tylko nadal bądź cicho. I oczy zamknięte.
Wszystko, co mówił, wprawiało ją w dygot, coraz większe podniecenie i lęk. Chciała tego i wstydziła się jednocześnie. Nigdy wcześniej nie
robiła tego na jego oczach. Co innego chodzić nago, a co innego
rozkładać nogi i robić sobie dobrze. A jednak skinęła głową. Przyjął to
jako zgodę.
- Dobrze. - Pocałował ją w płatek ucha i puścił jej kobiecość.
Zrobiła to, czego chciał. Zanim zamknęła oczy, zobaczyła, jak siada na
krześle. Nagi, ze sterczącym znów kutasem. "Już ja ci pokażę" -
pomyślała i dotknęła cipki. Miała świadomość, że na nią patrzy, co
przeszkadzało jej oddać się przyjemności w pełni. Wkładała w siebie
palce, szarpała łechtaczką, ściskała nabrzmiałe wargi. I wciąż nie mogła
dojść. Słyszała jego oddech, sama starając się być cicho. Doleciały do
niej jakieś odgłosy z zewnątrz, zza okna, krzyki dzieci kopiących piłkę.
- Skup się - sprowadził ją głosem z powrotem. - Patrzę na ciebie, patrzę
na twoją mokrą i pragnącą cipę. Ona chce, ty chcesz i ja chcę -
słyszała, że wstaje i podchodzi do niej. Był blisko, a jednak wciąż
daleko. - To najpiękniejszy widok, jaki kiedykolwiek oglądałem, wypieprz
się dla mnie, dla widowni. Jesteś niewyżytą szmatą, która lubi się
pieprzyć, a inni płacą za to, by to oglądać.
Jego słowa podziałały na Berenikę. Znalazła się w dusznej sali pełnej
ludzi, ich spojrzenia krzyżowały się między jej nogami. Widzieli ją,
widzieli najintymniejszy kawałek jej ciała, widzieli najintymniejszą
czynność. Ruszała ręką szybciej i szybciej. Ta wizja ją nakręcała,
napędzała; zaciskała usta, by nie krzyczeć, i zupełnie niespodziewanie
coś nią szarpnęło, skurcz mięśni złapał ją i wręcz czuła, jak jej cipa
się zaciska, a ona spadała w nieznaną otchłań, jednocześnie odczuwając
wielką ulgę. I wtedy znów ją zaskoczył - wtargnął w nią, w jej wrażliwe
wnętrze, jednocześnie dotykając palcami łechtaczki. Wypełnił ją całą, a jej cipka zaciskała się na nim w orgazmie. Berenika nie wytrzymała,
zaczęła krzyczeć; wszystko, co w niej pęczniało, znalazło ujście w tym
krzyku. Szarpały nią orgazmy, a Mirek tym razem dochodził wraz z nią,
tuląc kochankę.
Długo ją później kołysał w ramionach, zanim doszła do siebie, jej ciało
przestało drżeć, a oddech się uspokoił. Wziął wtedy jej twarz w dłonie i ucałował najczulej, jak potrafił.
- Lubię, jak przekraczasz ze mną granicę - szepnął wprost w jej usta.
Dopijali kawę. Berenika założyła dres. Lubiła te chwile normalności
między nimi, ciepła domowego.
- Zamówimy obiad? - zapytała z nadzieją, bo siedzieli już godzinę i nie
kwapił się do wyjścia. Nie pytała, co powiedział żonie. Nigdy nie
pytała. Nie interesowało jej to. A może inaczej, była ciekawa, ale
udawała i przed nim, i przed sobą, że jest ponad to. No ale i tak
najważniejsze, że był, że chciał, że się widywali.
- Przepraszam cię. - Posmutniał i wyciągnął do niej ręce, wstała więc z krzesła i podeszła. Objął ją w pasie, przytulił się do płaskiego
brzucha, podniósł koszulkę i złożył delikatny pocałunek na jej skórze, a później spojrzał na nią z tej perspektywy. - Wiesz, jak bardzo bym
chciał, ale nie dziś, dziś nie dam rady. Obiecuję, że wyjedziemy razem i wtedy zjemy i obiad, i kolację, i śniadanie. OK?
- OK, OK. - Pokiwała smutno głową. I już się nie cieszyła z tego
spotkania, z tego, że jeszcze jest przez chwilę, że nie wyszedł. Już jej
było smutno, ale uśmiechała się, robiąc dobrą minę do złej gry.
Zamknęła za nim drzwi i oparła się o nie plecami, chwilę wsłuchując w ciszę. Ta cisza drażniła uszy i wnętrze. Podreptała do kuchni i opadła
na krzesło. Smutek przysiadł razem z nią. Pod powiekami już czaiły się
łzy. Zerwała się po telefon i odnalazła numer.
- No co tam? - Mirka odebrała po piątym sygnale, gdy Berenika już się
chciała rozłączyć. Miała zaspany głos.
- Masz ochotę na wieczór z przyjaciółką? Żarcie i picie, te sprawy -
zaproponowała.
- No jasne - Mirka od razu oprzytomniała - ale albo przyjeżdżam z psem,
albo ty wpadasz do mnie na Ursynów. Nie zostawię go i trzeba będzie
jeszcze z nim wyjść.
- To ja się zbieram i łapię metro, a ty myśl, co zamawiamy do jedzenia.
Wezmę wódkę po drodze.
- Aż tak?
- Co "aż tak"?
- Tak ci smutno?
- A ty aż tak mnie znasz?
- Nie wiem, czy aż tak, ale trochę znam. Nie ma co gadać teraz,
pogadamy, jak przyjedziesz, zresztą zaczynam być głodna, więc się tam
ogarniaj, kobieto.
Kalina wrzuciła walizkę do bagażnika i rozsiadła się wygodnie na fotelu
pasażera srebrnej mazdy 6. Wolałaby sama prowadzić, czułaby się
bezpieczniej, ale mizogini z jej firmy, a przynajmniej z jej otoczenia,
uważali, że tylko mężczyzna umie zajebiście jeździć samochodem.
Spojrzała w bok na Małego, który poprawiał okulary na nosie. Mały był
tak naprawdę wysoki i duży, za to w jej mniemaniu miał mały rozumek.
Podobno dostał ksywę ze względu na wzrost, ale ona uważała, że przyczyna
była inna.
- Mamy być w Gdańsku na dwudziestą drugą? - zapytała.
- Jo, kurwa - odpowiedział Mały i ruszył z piskiem opon.
"Idiota, pomyślała. Naprawdę musi mieć mały rozumek i pewnie małego
fiutka, skoro potrzebuje się tak popisywać". Nie lubiła z nim jeździć;
nie dość, że szarżował na drodze, to jeszcze nie miała o czym z nim
rozmawiać. Do tego przeklinał i miał w sobie tyle złości, agresji i pogardy względem innych, że czuła się obrzydliwie w jego towarzystwie.
- Kurwa, jak jedziesz, cwelu jebany, bo ci zajebię! - krzyknął do
kierowcy przed nimi i ostro przyhamował. Kalina aż podskoczyła.
- Uważaj, jak jedziesz, ostrożnie - syknęła.
- Jo, nie bój, dojedziemy, zobacz, jak Elfi ciśnie.
Elfi faktycznie nie zdejmował nogi z gazu i na siódemce co chwilę
wyprzedzał innych. Ale Elfi umiał prowadzić, a Mały wprawdzie brał z niego przykład, jednak tak dobrze mu to nie wychodziło. Nie czuła się
bezpiecznie. Próbowała zasnąć, ponieważ czekała ją ciężka noc w robocie,
ale lęk i każde szarpnięcie samochodu sprawiały, że otwierała szeroko
oczy. Wyciągnęła telefon i spojrzała na ekran, ale jej mąż nic do niej
nie pisał. Zrobiło jej się przykro. Za to zapikała wiadomość od Kaśki na
Messengerze.
- Będę jutro w Warszawce i zostaję do środy, zobaczymy się? Poza tym
mam dla ciebie towar.
- Z towaru się cieszę, z twojego przyjazdu bym się cieszyła, ale nie ma
mnie w Stolicy i wracam w czwartek. Miłego pobytu więc - wystukała
Kalina.
- Uuuu, lipa, pani. Ja tu usycham bez ciebie. Wyprowadziłaś się do tej
Warszawy, a ja muszę kwitnąć sama w Olsztynie.
- Nie przesadzaj, nie jesteś sama, a co z Markiem i Eweliną?
- Ewelina jak Ewelina, jest jeszcze dzieckiem, czasem wymiękam. A Marek
ostatnio ma swój świat. Musimy się spotkać i pogadać.
- Następnym razem. Albo przyjadę.
- Koniecznie.
Kaśka była jej przyjaciółką z ogólniaka. Poznały się, gdy tamta
dołączyła do jej klasy w połowie szkoły. Na początku nie zapałały do
siebie miłością, ba, Kacha wydawała jej się wyniosłą kujonką, ale na
imprezie z okazji końca roku okazało się, że naprawdę potrafi balować.
Piły pół nocy i rozmawiały o facetach. Tak im już zostało. Żałowała, że
nie będzie jej w mieście, kiedy przyjaciółka przyjedzie. Jednak Kaśka
wpadała do firmy szkoleniowej, z którą współpracowała jako psycholog,
dość regularnie, więc jeszcze nie raz będą miały szansę.
Kalina zapadła się w fotel i przekręciła na bok. Zaczynały ją już boleć
plecy od tego ciągłego przesiadywania w samochodzie. Mały przyspieszył i włączył kierunkowskaz. Chciał koniecznie wyprzedzić ciężarówkę, zanim
skończą się dwa pasy.
- Nie zdążysz! - krzyknęła.
Ale Mały nie słuchał. Widziała, jak przed ciężarówką zniknął czarny tył
samochodu Elfiego. Mały go gonił. Nie posłuchał jej, dodał gazu.
- Dajesz - syknął do samochodu.
- Kurwa, zatrzymaj się natychmiast! - krzyknęła.
Mały oczywiście nadal nie słuchał. Przycisnął gaz. Kalina krzyczała,
ponieważ zaczynało brakować miejsca między ciężarówką a środkiem jezdni
i barierkami. Zamknęła oczy i wtedy koła złapały pobocze, a Mały
zrozumiał, że się nie zmieści. Nacisnął hamulec, samochód zatańczył na
szutrze, żwir wyleciał spod kół, ale Mały na szczęście wyprowadził wóz
na prostą.
- Pojebany jesteś? - Kalina cała się trzęsła. - Tak to sobie możesz z żoną i dziećmi jeździć, jak lubisz, ale nie ze mną, świrze. - Serce jej
waliło.
- Zobacz, Kalinka, nic się nie stało - powiedział łagodząco, lecz widać
było wyraźnie, że sam się przestraszył, stracił rezon i zdjął nogę z gazu. Jechał potulnie za ciężarówką.
- Ale cię wymiotło - doleciało z grajki. - Kalinka nie popuściła? -
Usłyszała obleśny rechot Elfiego i jego prawego, Marka.
Na samą myśl, że musi z nimi spędzić kilka dni, robiło jej się słabo. A jeszcze w delegację nie pojechała jej ulubiona koleżanka Natalia. Za to
pojechała Ewka, ale za nią nie przepadała, kompletnie nie odbierały na
tych samych falach. Nic a nic. Oczywiście Kalina starała się być miła,
ale wychodziło to sztucznie - po prostu nie umiała się zmuszać. Na
szczęście lubiła swoje towarzystwo i gdy tylko mogła, uciekała od tej
bandy niedouków. Wyegzekwowała branie pojedynczych pokoi w delegacjach,
ponieważ wcześniej zawsze były dwójki. Jako argument podała fakt, że
jest dorosła i nie musi mieszkać z obcymi dla niej ludźmi, ponieważ to
krepujące. Niestety ich praca polegała na tym, że musieli współpracować,
a jeszcze co niektórym się wydawało, że są tacy zajebiści i traktowali
Kalinę jak najmłodszą, tylko dlatego, że była u nich od niedawna.
Szczególnie Karol Janecki, niedowartościowany koleś, którego gnoili, gdy
przyszedł do służby. Wiedziała o tym od chłopaków; po kilku latach
obrósł w piórka i chciał udowodnić sobie i innym, że jest bohaterem. Do
roboty podchodził bardzo serio. Zbyt serio. Dlatego właśnie nie mógł
znieść luzackiego podejścia Kaliny. Ona taka serio nie była, a już
szczególnie, gdy przeniosła się do Betki. Wykonywała swoją robotę
dobrze, kiedy musiała, ale gdy nie musiała, nie lubiła się przemęczać.
Może gdyby miała fajniejszą ekipę, to chciałoby jej się bardziej starać,
ale nie z nimi. Zresztą uważała, że jak już jej się zachce, to jest
dobra w tym, co robi, i nie musi się starać jak inni. Poza tym oni mieli
tylko to, pracę. Rodziny też, owszem, ale z tego, co opowiadali, część z nich po powrocie do domu siadała przed telewizorem i chlała piwo, a druga część szła na siłownię i układała dietę na następny dzień.
Kurczak, ryż, kreatyna. Zero alkoholu, bo alkohol nie jest dobry na
mięśnie. Na mięśnie dobre jest białko, dużo białka. Ale ci przynajmniej
posiadali jakieś hobby czy też styl życia. Kalina miała świat poza
pracą. Kochała fotografię i kiedy tylko mogła, szła z aparatem w teren.
Karol Janecki był z frakcji siłownia. Wprawdzie wcześniej podobno nieźle
lubił sobie wypić i pobalować, sam opowiadał, szczególnie po tym, jak
zostawiła go żona, ale nastąpiło oświecenie, które miało trochę
wspólnego z pojawieniem się Staśka. Stasiek był młody i ćwiczył
crossfit. No i Janek, bo taką miął ksywę Janecki, też zaczął.
- Ja nie popuszczam tak szybko jak ty, gdy cię żona złapie na piciu
kolejnego piwa - odgryzła się w eter i odetchnęła, szczęśliwa, że jednak
żyje.
- Kalina, sorry no, przejebałem, ale nic się nie stało - zaklinał
rzeczywistość Mały.
- Weź już jedź ostrożnie - prychnęła.
- Będę, będę, obiecuję. - I rzeczywiście jechał ostrożnie, ale Kalina i tak nie mogła zasnąć.
Przed odprawą zdążyli jeszcze zajechać do hotelu, żeby się zameldować i zostawić walizki. I oczywiście nikt, kompletnie nikt z nich nie
pomyślał, żeby jej pomóc z tymi walizkami. Tacy byli macho z koziej
wólki jego mać. To, co spotkała w Wydziale Obserwacji, jakie chamstwo i degrengoladę, tego nie mogła sobie wyobrazić w najśmielszych snach.
Oczywiście wiedziała, że istnieje jakieś dno społeczne, ale nie sądziła,
że w tej firmie na porządku dziennym może być aż taki brak kultury. Była
przyzwyczajona, że w poprzedniej jednostce mężczyźni wstawali, gdy
wchodziła do pokoju, lub ustępowali jej miejsca, ale nie ci tutaj. To
były półgłówki do roboty, choć mądrości sadzili jak pies Mirki kupy.
Wtargała walizkę do pokoju i usiadła na łóżku. Było miękkie i wygodne.
Pościel, wyprana i wyprasowana, pachniała hotelową świeżością. Pobyt w takich miejscach nastrajał ją erotycznie. Spojrzała na zegarek, nie
zostało wiele czasu, za pół godziny powinna wyjść, o 22.00 mieli odprawę
w innej części miasta. Miała ochotę na prysznic, ale bała się, że nie
zdąży wysuszyć włosów. Szczególnie że Mały i Elfi nie trzymali
ciśnienia, wciąż się bali, że się spóźnią, dlatego wychodzili grubo
przed czasem. Na miejsce jechało się mniej więcej piętnaście minut.
Mogła się założyć, że o 21.15 Mały już będzie krążył nerwowo przy
samochodzie, czekając na nią.
Zadzwoniła do Adama. Odebrał po drugim sygnale.
- No hej, jesteś już na miejscu?
- Tak, w hotelu, ale zaraz ruszam na robotę. Nie chce mi się - jęknęła
do słuchawki, rzucając się plecami na łóżko. Najchętniej by tak została.
- Tęsknię.
- Wiem, kochanie, ja też, ale to tylko kilka dni i znów będziemy razem.
- Ty za mną wcale nie tęsknisz, mówisz to tak na luzie, w ogóle się nie
przejmujesz. - Przewróciła się na bok.
- Tęsknię i przejmuję, ale też rozumiem, że moje jęczenie nic tu nie da.
- Znaczy uważasz, że jęczę? - żachnęła się.
- Przyznaj, że troszeczkę - powiedział łagodnie, pojednawczo, słyszała
wręcz, jak się uśmiecha.
- No bo ja nie lubię tak się ciągle z tobą rozstawać - wyznała.
- Najważniejsze, że wracasz.
- Kaśka podrzuci ci jutro lub pojutrze zamówione kosmetyki, OK? -
zmieniła temat.
- Skoro musi. - Nie wykazał się entuzjazmem, wiedziała, że nigdy jakoś
nie pałał do niej sympatią.
- Przestań, bądź dla niej miły.
- Zawsze jestem.
Miała poczucie niedosytu, w sumie sama nie wiedziała, czego chciała
dokładnie. Żeby marudził jak ona? Czuła nieokreślony smutek, który
rozsiadał się na jej sercu. Była z dala od domu, z ludźmi, których nie
lubiła. I nie pomagało jej, że w Gdańsku, który był piękny - przyjechała
tu pracować, a nie zwiedzać i wypoczywać. Piknął służbowy telefon. Mały
pisał, że czeka na dole, ale ona nie musi się spieszyć. Spojrzała na
zegarek i uśmiechnęła się pod nosem. Była 21.16. Z niechęcią wstała z łóżka i powlokła się do łazienki. Pomieszczenie było jasne i przestronne. Przynajmniej nauczyła ich, by wybierali dobre hotele. Firmę
było na to stać. Zrobiła siku, umyła starannie ręce pachnącym mydłem z dozownika przytwierdzonego do ściany, poprawiła włosy, przetarła
rozmazany tusz pod okiem i wyszła.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki