Dziewczyny wodza - Tim Heath

-
Proszę czekać

Wstęp

Wstęp

Mło­dzież, która koń­czy moje szkoły, będzie postra­chem świata! Adolf Hitler, lata trzy­dzie­ste

Pomysł tej książki powstał w listo­pa­dzie 1997 roku na nie­miec­kim cmen­ta­rzu woj­sko­wym w Can­nock Chase, w angiel­skim hrab­stwie Staf­ford­shire. Był lodo­wato zimny, desz­czowy i wietrzny ranek. Przy­je­cha­łem zro­bić zdję­cia kilku nagrob­ków na potrzeby pro­gramu badaw­czego, który wtedy reali­zo­wa­łem.

Wszystko szło gładko, dopóki na cmen­tarz nie zawi­tała wycieczka z Nie­miec. Jak się potem dowie­dzia­łem, była to jedna z wielu wycie­czek orga­ni­zo­wa­nych przez towa­rzy­stwo opieki nad cmen­tarzami wojen­nymi w Kas­sel. Kilku jej uczest­ni­ków zain­te­re­so­wało się, dla­czego foto­gra­fuję i robię notatki przy tak nie­sprzy­ja­ją­cej pogo­dzie - muszę być chyba nie­spełna rozumu. W końcu jeden nie wytrzy­mał i pod­szedł do mnie. Przed­sta­wił się, uści­snę­li­śmy sobie ręce i zaczę­li­śmy roz­ma­wiać.

Tym­cza­sem deszcz prze­szedł w śnieg i zro­biło się jesz­cze paskud­niej. Schro­ni­li­śmy się w holu pobli­skiego budynku, gdzie mogli­śmy dość wygod­nie kon­ty­nu­ować roz­mowę. Grupka uczest­ni­ków wycieczki krą­żyła mię­dzy swoim luk­su­so­wym auto­ka­rem a budyn­kiem, przy­no­sząc swoim zzięb­nię­tym kole­żan­kom i kole­gom świeżo upie­czone hot dogi i kubki z paru­jącą kawą.

- Musiał pan prze­mar­z­nąć na kość, a w ogóle to co pan tu robi przy tak fatal­nej pogo­dzie? - zagad­nęła mnie jedna z kobiet.

Wci­snąw­szy mi do ręki hot doga i kubek z gorącą kawą, przed­sta­wiła się:

- Nazy­wam się Kir­sten Ecker­mann i przy­je­cha­łam na tydzień do Anglii z mężem i sio­strą, żeby odwie­dzić grób jej męża. Słu­żył w Luft­waffe i w 1943 roku zgi­nął nad Anglią.

Roz­mowa nie­uchron­nie zeszła na czasy wojny, z któ­rymi wielu star­szych Niem­ców wciąż stara się dojść do ładu albo o któ­rych usil­nie chce zapo­mnieć. Zapy­ta­łem Kir­sten o jej mło­dość. Jakie piętno odci­snęła wojna na jej życiu i życiu jej rodziny i jak wyglą­dało dora­sta­nie w hitle­row­skiej Trze­ciej Rze­szy? Wiele rze­czy, o któ­rych opo­wie­działa mi Kir­sten, bar­dzo mnie zdzi­wiło, a zwłasz­cza to, że dziew­czynki i młode kobiety też musiały nale­żeć do Hitler­ju­gend. Nie miały więk­szego wyboru i wiele z nich ze stra­chu wstą­piło do orga­ni­za­cji.

Nie wie­dzia­łem wcze­śniej, jaką rolę odgry­wała mło­dzież żeń­ska w nazi­stow­skich Niem­czech. Nie sły­sza­łem o dwóch naj­waż­niej­szych hitle­row­skich orga­ni­za­cjach dziew­czę­cych: Jungmädelbund (Zwią­zek Mło­dych Dziew­cząt) dla dziew­czy­nek w wieku 10-14 lat i BDM, czyli Bund Deut­scher Mädel (Zwią­zek Nie­miec­kich Dziew­cząt) dla panien w wieku 14-18 lat. Nie­znane były mi liczne pro­blemy, z jakimi bory­kała się mło­dzież żeń­ska w ówcze­snych Niem­czech, ani wyma­ga­nia, jakie sta­wiały jej z jed­nej strony hitle­row­ski sys­tem oświa­towy, a z dru­giej rodzice. Dziew­częta sta­rały się wyzwo­lić spod rodzi­ciel­skiej kura­teli i zyskać nie­za­leż­ność. Czę­sto koń­czyło się to rodzinną kłót­nią i zda­rzało się, że ojco­wie nie żało­wali pasa.

Dziew­czyny z Bund Deut­scher Mädel na Wil­helm­splatz (zdję­cie z archi­wum B. Schüttenkopf)

W Trze­ciej Rze­szy - wyja­śniała Kir­sten - nie­miec­kie kobiety odgry­wały bierną rolę. Począt­kowo spro­wa­dzała się ona do dwóch rze­czy: pro­wa­dze­nia domu i wycho­wy­wa­nia dzieci. Jed­nakże po wybu­chu wojny w 1939 roku, z powodu nie­po­we­to­wa­nych strat zarówno w zaso­bach ludz­kich, jak i mate­rial­nych, wła­dze musiały zmie­nić kurs wobec żeń­skiej czę­ści mło­dzieży. Od końca 1943 roku aż do upadku i kapi­tu­la­cji Trze­ciej Rze­szy dziew­częta wcie­lano do woj­ska. Uczono je obsługi kara­bi­nów, broni maszy­no­wej i prze­ciw­pan­cer­nej, kon­stru­owa­nia min puła­pek. Była to daremna próba zapo­bie­że­nia nie­uchron­nej klę­sce.

Wielu ludziom trudno dziś uwie­rzyć, że młode dziew­częta wal­czyły ramię w ramię z żoł­nie­rzami Wehr­machtu, któ­rzy mogliby być ich ojcami, albo two­rzyły wła­sne oddziały, zada­jące nie­przy­ja­cie­lowi poważne straty. W 1944 roku dowódz­two nie­miec­kie sfor­mo­wało kobiece oddziały par­ty­zanc­kie, które wal­czyły z Armią Czer­woną w rejo­nie War­szawy1.

Szybko zro­zu­mia­łem, że dzięki przy­pad­ko­wemu spo­tka­niu zdo­by­łem bar­dzo cenne infor­ma­cje, zasłu­gu­jące na uwiecz­nie­nie. Zapy­ta­łem więc Kir­sten, czy nie zechcia­łaby mi pomóc w ich opra­co­wa­niu, być może w postaci książki. Odparła, że chęt­nie mi pomoże, oczy­wi­ście w miarę swo­ich moż­li­wo­ści. Wymie­ni­li­śmy się adre­sami i uści­snę­li­śmy sobie ręce. Kir­sten obie­cała poroz­ma­wiać w Niem­czech ze swymi przy­ja­ciół­kami, które rów­nież miały do opo­wie­dze­nia cie­kawe histo­rie. Roz­po­czą­łem pracę nad tek­stem, kore­spon­du­jąc z wie­loma oso­bami i prze­pro­wa­dza­jąc masę wywia­dów przez Inter­net i tele­fon. Jed­no­cze­śnie pro­wa­dzi­łem kwe­rendę w archi­wach w Wiel­kiej Bry­ta­nii i na kon­ty­nen­cie euro­pej­skim.

Książka oparta jest na mate­riale zgro­ma­dzo­nym dzięki roz­mo­wom z kobie­tami, które dopiero teraz, po tylu latach od zakoń­cze­nia wojny, zde­cy­do­wały się prze­rwać mil­cze­nie.

Kir­sten Ecker­mann (po lewej) zbiera datki pod­czas zjazdu nazi­stów (zdję­cie z archi­wum K. Ecker­mann)

Wiele z nich miało słuszne powody, żeby nie mówić o tym, co prze­żyły. Tylko dzięki mojej współ­pracy z nie­miec­kim towa­rzy­stwem opieki nad cmen­ta­rzami wojen­nymi prze­ko­nały się, że zasłu­guję na zaufa­nie, i posta­no­wiły mnie pierw­szemu opo­wie­dzieć swoje wspo­mnie­nia, histo­rie i aneg­doty. Nasze roz­mowy po prze­tłu­ma­cze­niu ich stały się praw­dziwą kopal­nią wia­do­mo­ści. Ponie­waż nie­które z moich roz­mów­czyń oso­bi­ście znały Hitlera, Göringa czy Him­m­lera, pro­wa­dzone przez nie pamięt­niki dostar­czyły nowych, nie­zna­nych wcze­śniej infor­ma­cji o tych naj­wyż­szych dygni­ta­rzach Trze­ciej Rze­szy.

Z ich opo­wie­ści wyła­nia się mało budu­jący obraz. Nie­które z moich roz­mów­czyń zostały zgwał­cone i były świad­kami bru­tal­nych mor­dów popeł­nia­nych na swo­ich kole­żan­kach przez żoł­nie­rzy sowiec­kich. Dla­tego wiele stro­nic tej książki może bul­wer­so­wać, a nawet prze­ra­żać czy­tel­nika.

Mam jed­nak nadzieję, że moja książka sta­nie się waż­nym gło­sem poko­le­nia nie­miec­kich kobiet i dziew­cząt, gło­sem, który zosta­nie wysłu­chany. Wiele z nich weszło już w smugę cie­nia i z każ­dym rokiem ich grono się kur­czy. Wkrótce wszyst­kie odejdą, zabie­ra­jąc ze sobą do grobu swoje prze­ży­cia i wspo­mnie­nia. Dla­tego moim gorą­cym pra­gnie­niem jest to, aby ta publi­ka­cja, prze­ma­wia­jąca wprost do serc i umy­słów czy­tel­ni­ków - bez względu na ich zain­te­re­so­wa­nia - została wła­ści­wie zro­zu­miana i zapa­mię­tana.

To, czego dowie­dzia­łem się od roku 1997, w któ­rym zaczęła się moja dłu­go­let­nia przy­goda z tą książką, zmu­siło mnie do zmiany wyobra­żeń o życiu dziew­cząt i mło­dych kobiet pod rzą­dami Hitlera. Wiele z nich można nazwać gołę­bi­cami, które zna­la­zły się wśród jastrzębi.

Roz­dział 1. Naro­dziny Trze­ciej Rze­szy

Roz­dział 1

Naro­dziny Trze­ciej Rze­szy

Po serii nad­zwy­czaj­nych wyda­rzeń spo­łecz­nych i poli­tycz­nych, w tym śmierci pre­zy­denta Hin­den­burga 2 sierp­nia 1934 roku, Adolf Hitler został Führerem, czyli wodzem Nie­miec. Tak naro­dziła się Trze­cia Rze­sza. Hitler dzia­łał szybko i zde­cy­do­wa­nie, aby prze­jąć wła­dzę abso­lutną. Już wcze­śniej mia­no­wał odda­nych sobie ludzi na naj­waż­niej­sze sta­no­wi­ska w apa­ra­cie pań­stwo­wym i zaka­zał dzia­łal­no­ści związ­ków zawo­do­wych, two­rząc zamiast nich ste­ro­wany przez pań­stwo Deut­sche Arbe­its­front (Nie­miecki Front Pracy). Jed­no­cze­śnie zde­le­ga­li­zo­wano wszyst­kie nie­za­leżne par­tie i orga­ni­za­cje poli­tyczne.

Naro­do­wo­so­cja­li­styczny potwór, któ­rego zapewne nie­chcący stwo­rzyło spo­łe­czeń­stwo nie­miec­kie, bły­ska­wicz­nie poże­rał Niemcy. W krót­kim cza­sie prasa, gospo­darka i wszyst­kie dzie­dziny dzia­łal­no­ści kul­tu­ral­nej zna­la­zły się pod wła­dzą ludzi Hitlera. Stało się jasne, że los oby­wa­tela nie­miec­kiego będzie odtąd zale­żał od jego poli­tycz­nej lojal­no­ści. Doty­czyło to zwłasz­cza osób zamoż­nych.

Tysiące Niem­ców prze­ciw­sta­wiało się par­tii hitle­row­skiej i zagar­nię­ciu przez nią total­nej wła­dzy. Wielu z nich zostało aresz­to­wa­nych i zamknię­tych w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych. Wła­dze nie ukry­wały, co ich spo­tkało - o obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych bez żenady mówiło się i pisało w środ­kach prze­kazu. W latach 1933-1944 w hitle­row­skich Niem­czech zapa­dło 13 405 wyro­ków śmierci, 11 881 z nich zostało wyko­na­nych.

Rychło jed­nak wszel­kie prze­jawy opo­zy­cji w spo­łe­czeń­stwie nie­miec­kim zani­kły. Hała­śliwa pro­pa­ganda sła­wiła znisz­cze­nie demo­kra­cji w Niem­czech. Jed­no­cze­śnie odby­wały się insce­ni­zo­wane przez wła­dze masowe demon­stra­cje, które miały stwo­rzyć wra­że­nie, że wszy­scy popie­rają Hitlera. Jego zwo­len­nicy wywo­dzili się w więk­szo­ści spo­śród robot­ni­ków i klasy śred­niej, gdyż to oni naj­bar­dziej odczuli skutki nie­miec­kiej klę­ski w pierw­szej woj­nie świa­to­wej, a potem reali­za­cji posta­no­wień znie­na­wi­dzo­nego trak­tatu wer­sal­skiego.

Od początku kariery poli­tycz­nej, któ­rej zwień­cze­niem było zdo­by­cie wła­dzy, Hitler dbał o to, żeby zapew­nić sobie popar­cie wymie­nio­nych grup. W roku 1933 bez­ro­bo­cie w Niem­czech osią­gnęło poziom 35 pro­cent. Był to histo­ryczny rekord. Jed­nakże po doj­ściu Hitlera do wła­dzy w stycz­niu tego roku sytu­acja robot­ni­ków i klasy śred­niej popra­wiła się bar­dzo nie­znacz­nie, wiele rodzin na­dal led­wie wią­zało koniec z koń­cem. Zarzą­dzony przez Hitlera pro­gram remi­li­ta­ry­za­cji Nie­miec, który miał uzdro­wić gospo­darkę, w rze­czy­wi­sto­ści odbił się na niej nie­ko­rzyst­nie.

Około połowy XIX wieku na połu­dnio­wych i pół­nocno-wschod­nich krań­cach śród­mie­ścia Ber­lina, w dziel­nicy zwa­nej Mitte (dosłow­nie "śro­dek"), wyrósł las tanich kamie­nic, które nazwano Miet­ska­ser­nen ("czyn­szo­wymi kosza­rami"). Miesz­kali w nich robot­nicy z pobli­skich fabryk i zakła­dów prze­my­sło­wych. Tym­cza­sem ary­sto­kraci i miesz­cza­nie zamiesz­ki­wali pod­miej­skie dziel­nice Ber­lina: Dah­lem, Gru­ne­wald, Köpenick. Miet­ska­ser­nen stały sze­re­giem przy sza­rych, mrocz­nych i smut­nych uli­cach. Śród­mie­ście Ber­lina przy­po­mi­nało dziel­nicę Lon­dynu East End, jego miesz­kańcy wyglą­dali i żyli podob­nie jak lon­dyń­ska bie­dota.

Tu wła­śnie 14 stycz­nia 1929 roku w rodzi­nie robot­ni­czej przy­szła na świat Anna Dann. Rodzina skła­dała się z matki Hanny, ojca Eri­cha i dwóch braci, Franza i Josefa. Anna opo­wiada:

Gdy Hitler doszedł do wła­dzy, mia­łam tylko cztery lata, ale nie­jedno pamię­tam, na przy­kład powroty mojego ojca Eri­cha z fabryki. Twarz i ręce miał pra­wie zawsze czarne od sadzy, smaru i wszel­kich innych rze­czy, któ­rymi bru­dził się przy pracy. Praca odbi­jała się na jego zdro­wiu. Pamię­tam, że zano­sił się kasz­lem i rzę­ził tak bar­dzo, że cza­sem omal nie wymio­to­wał. Pamię­tam, jak rodzice roz­ma­wiali o Hitle­rze. Zasta­na­wia­łam się, kto to jest ten Hitler, ale nie mia­łam wtedy poję­cia ani kim jest, ani co robi, bo małe dzieci nie znają się prze­cież na poli­tyce. W tym cza­sie Hitler był dla mnie jak postać z komiksu.

Kiedy się­gam pamię­cią do tych lat, nie mogę powie­dzieć, żeby pod rzą­dami hitle­row­ców nasze warunki życiowe nagle się popra­wiły. Miesz­ka­nie było małe, czę­sto brudne i nawie­dzane przez szczury i myszy (przy­ła­żące z pobli­skich fabryk). Nie miało pra­wie żad­nych wygód typo­wych dla nowo­cze­snych domów w Ber­li­nie, w któ­rym dziel­nica Mitte jest ser­cem nie­dawno zjed­no­czo­nego mia­sta, wraz z pię­cioma innymi cen­tral­nymi dziel­nicami.

Wiem, że na moim ojcu robiły wra­że­nie roz­ta­czane przez Hitlera wizje przy­szłego dobro­bytu. Każdy chciał żyć lepiej i mój ojciec cho­dził z kole­gami słu­chać Hitlera. Żyło się nam bar­dzo ciężko, czę­sto nie doja­da­li­śmy, a zimą mar­z­li­śmy.

Moja mama Hanna dbała o nas, jak mogła. Pil­no­wała, żeby­śmy byli czy­ści, a ubrań prze­waż­nie ni­gdy się nie wyrzu­cało, ale cero­wało i nosiło dalej. W tych cza­sach nie było pomocy finan­so­wej, z któ­rej mogłyby korzy­stać takie rodziny jak nasza. Ojciec musiał zapew­nić rodzi­nie utrzy­ma­nie, a matka zaj­mo­wała się dziećmi. Zda­rzało się nawet, że nie mia­łam skar­pe­tek ani butów. Dopiero gdy pod­ro­słam, zrozumia­łam, w jakim oto­cze­niu żyję, kim są hitle­rowcy i jakie mają plany wobec Nie­miec i nie­miec­kiego spo­łe­czeń­stwa.

Mój ojciec był patriotą. Pamię­tam, jak czy­tał jedną z bro­szur par­tii naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej. Pamię­tam nie tyle treść, ile okładkę. Była na niej grupa nie­miec­kich robot­ni­ków z zaci­śnię­tymi pię­ściami unie­sio­nymi do góry. Wyglą­dali jak mój ojciec, więc mawia­łam: "Tato, to ty". Okładka zwró­ciła moją uwagę, bo była bar­dzo kolo­rowa i poru­sza­jąca pod wzglę­dem wizu­al­nym. Zasta­na­wia­jąc się dziś nad tym, sądzę, że miała roz­pa­lać w ludziach patrio­tyzm, i to w agre­syw­nym wyda­niu. I pomy­śleć, że oso­bi­ście spo­tkam się póź­niej, choć tylko prze­lot­nie, z tym czło­wie­kiem, Adol­fem Hitle­rem, i uści­snę mu rękę, bo też stanę się try­bi­kiem w całej tej machi­nie.

Latem 1933 roku Hitler spra­wo­wał już w Niem­czech nie­po­dzielną wła­dzę. Orga­ni­za­cje spo­łeczne, gospo­dar­cze i zawo­dowe zostały cał­ko­wi­cie wchło­nięte przez par­tię nazi­stow­ską, a jej dzia­ła­cze objęli wszyst­kie klu­czowe sta­no­wi­ska. Lojalni funk­cjo­na­riu­sze mieli zapew­nić nazi­stom kon­trolę nad zwy­kłymi oby­wa­te­lami. Nawet dostoj­nicy Kościo­łów pro­te­stanc­kich i Kościoła kato­lic­kiego poparli naro­do­wych socja­li­stów, nie zda­jąc sobie sprawy, że przy­kła­dają rękę do budowy pań­stwa nie­wol­ni­czego.

Hitler i jego ludzie dotrzy­mali obiet­nic zło­żo­nych kla­sie robot­ni­czej i robili wiele, żeby zwal­czyć nęka­jącą Niemcy plagę bez­ro­bo­cia. Jed­nym z osią­gnięć nowych władz była budowa sieci auto­strad. Szosy te nie powstały dla zaspo­ko­je­nia jakichś pil­nych potrzeb komu­ni­ka­cyj­nych. Miały zapew­nić pracę i płacę nie­miec­kiemu robot­ni­kowi, który dzięki temu mógł odzy­skać sza­cu­nek do sie­bie i utrzy­mać rodzinę. Dopiero póź­niej, gdy ruszyła nie­miecka machina wojenna, auto­strady nabrały stra­te­gicz­nego zna­cze­nia. Tego rodzaju przed­się­wzię­cia osią­gnęły zamie­rzony cel i w roku 1938 roku stopa bez­ro­bo­cia w Niem­czech spa­dła poni­żej pię­ciu pro­cent. Był to olbrzymi suk­ces, który prze­ko­nał część scep­ty­ków, że Hitler może rady­kal­nie popra­wić sytu­ację spo­łeczną i gospo­dar­czą.

We wrze­śniu 1933 roku ruszyła coroczna akcja cha­ry­ta­tywna Win­ter­hil­fswerk (WHW), czyli Pomoc Zimowa.

W jej ramach zbie­rano datki od przed­się­biorstw, insty­tu­cji i zamoż­nych oby­wa­teli w całych Niem­czech i prze­ka­zy­wano je potrze­bu­ją­cym: ubo­gim, bez­ro­bot­nym i bez­dom­nym. Przed­się­wzię­cie to rów­nież oka­zało się suk­ce­sem, wspo­ma­ga­jąc biedne rodziny robot­ni­cze z prze­my­sło­wego cen­trum Nie­miec, któ­rym szcze­gól­nie dały się we znaki wcze­śniej­sze zimy. WHW dzia­łała pod napa­wa­ją­cym otu­chą hasłem:

"Poma­gamy sobie".

Rów­nież w 1933 roku Hitler zarzą­dził remi­li­ta­ry­za­cję Nie­miec. Pro­gram zbro­jeń dodat­kowo przy­czy­nił się do roz­wią­za­nia pro­blemu bez­ro­bo­cia i stwo­rzył prze­słanki do hitle­row­skiej agre­sji w Euro­pie. W chwili doj­ścia nazi­stów do wła­dzy Kir­sten Ecker­mann miała dzie­sięć lat:

Pamię­tam począt­kowe zauro­cze­nie mojego ojca Hitle­rem. Jak wielu Niem­ców rodzice bar­dzo ucier­pieli wsku­tek pierw­szej wojny świa­to­wej. Ojciec stra­cił na woj­nie kilku człon­ków rodziny, więc w pew­nym sen­sie można mu to wyba­czyć. Miesz­ka­li­śmy w prze­my­sło­wej wsi, jak cza­sami mówiło się o śród­mie­ściu Ber­lina. Wszy­scy męż­czyźni byli robot­ni­kami, ale nie­któ­rzy mieli wyso­kie kwa­li­fi­ka­cje. Zda­rzało się, że bez­ro­bo­cie wpę­dzało ludzi w okropną nędzę. Jeśli męż­czy­zna nie pra­co­wał, nie mógł utrzy­mać rodziny, a wtedy czę­sto docho­dziło do prze­mocy domo­wej.

Mój ojciec, jak wielu męż­czyzn z jego śro­do­wi­ska, był bar­dzo surowy i łatwo wpa­dał w gniew. Rzadko oka­zy­wał mi uczu­cia. Nawet kiedy byłam mała, nie­czę­sto mnie cało­wał i przy­tu­lał. Zawsze robi­łam to, co mi kazano, i słu­cha­łam rodzi­ców. Tego wła­śnie wyma­gano wów­czas od dziew­cząt. Sama ni­gdy nie inte­re­so­wa­łam się poli­tyką i pusz­cza­łam mimo uszu roz­mowy rodzi­ców o Hitle­rze i par­tii nazi­stow­skiej. W naszym domu nazwi­sko Hitlera sły­szało się czę­sto. Bywały dni, gdy ojciec przy­cho­dził pijany i w kółko gadał o Hitle­rze. Nie śmia­łam wyjść z pokoju bez zgody rodzi­ców, więc musia­łam sie­dzieć i słu­chać, jak pero­ruje, dopóki się nie wyga­dał.

Wiem, że bar­dzo wielu Niem­ców z klasy robot­ni­czej winiło Żydów za swoją nie­dolę. To dla­tego, że słu­chali Hitlera, który wyko­rzy­sty­wał ich lęki, aby zbić kapi­tał poli­tyczny. Ale oczy­wi­ście pro­blemy ist­niały naprawdę i być może Żydzi pono­sili winę za nie­które z nich. Wiele fabryk, warsz­ta­tów i skle­pów nale­żało do Żydów. Kiedy ludzie tra­cili pracę, oczy­wi­ście winili o to żydow­skich wła­ści­cieli, a Hitler i nazi­ści to wyko­rzy­sty­wali. Moja matka też kie­dyś zna­la­zła pracę u żydow­skiego skle­pi­ka­rza, ale musiała odejść, bo syn wła­ści­ciela zaczął się do niej zale­cać. Ojciec był wście­kły, lecz w tym cza­sie nie­wiele mógł pora­dzić. Hitler uwa­żał, że Niemcy są pod wzglę­dem raso­wym rynsz­to­kiem, i krzy­czał, że niż­sze rasy, jeśli będzie się je tole­ro­wać, znisz­czą rasę ger­mań­ską i jej czy­stość.

Z jakie­goś dziw­nego powodu Hitler podo­bał się dziew­czę­tom i przy­cią­gał ich uwagę. "Niemcy dla Niem­ców" - krzy­czał z głę­bo­kim prze­ko­na­niem na każ­dym wiecu. Potra­fił wzru­szyć cię do łez tak jak nikt inny. Nie można się więc dzi­wić, do czego to wszystko dopro­wa­dziło. Chyba mało kto przy­pusz­czał, że nazi­stow­ski rząd utrzyma się dłu­żej i że za jego popie­ra­nie trzeba będzie zapła­cić bar­dzo wysoką cenę.

W szkole skutki rzą­dów nazi­stow­skich ujaw­niły się bar­dzo szybko. W naszej szkole było wielu żydow­skich uczniów, ale zaraz po zdo­by­ciu wła­dzy przez nazi­stów to się zmie­niło. Dzieci żydow­skie stały się przed­mio­tem drwin i po pew­nym cza­sie zaczęły być ter­ro­ry­zo­wane przez nauczy­cieli i innych uczniów. Nie mie­li­śmy odwagi roz­ma­wiać z żydow­skimi kole­gami, bo nauczy­ciele uprze­dzili nas, że jest to zaka­zane. Dziew­czynki zbie­rały się w grupki i upa­try­wały sobie jakąś żydow­ską uczen­nicę: cią­gnęły ją za włosy, szar­pały za ubra­nie, a kiedy leżała na ziemi i pła­kała, pluły na nią i krzy­czały Jude.

Mój Boże, to były straszne czasy i mię­dzy innymi dla­tego aż do dziś nie chcia­łam o nich roz­ma­wiać. Na litość boską, wszy­scy chcie­li­śmy tylko chleba - to po pro­stu poszło za daleko.

Reali­zu­jąc pro­gramy, które słu­żyły mobi­li­za­cji robot­ni­ków i remi­li­ta­ry­za­cji Nie­miec, Hitler wdro­żył jed­no­cze­śnie plan pozby­cia się z Nie­miec ele­men­tów nie­po­żą­da­nych. W tym celu wpro­wa­dzono prze­pisy dys­kry­mi­na­cyjne. Żydzi, Cyga­nie, komu­ni­ści, świad­ko­wie Jehowy i czar­no­skó­rzy zostali uznani za osoby nie­po­żą­dane. Pytany o powody, Hitler wyja­śnił z gnie­wem: "Ponie­waż nie pod­le­gają oni nie­miec­kiej woli i są obcy nie­miec­kim war­to­ściom. A więc jako rasa prze­stęp­ców, któ­rzy nie anga­żują się w sprawy nie­miec­kie nie mogą wnieść niczego war­to­ścio­wego w dzieło budowy moich Nie­miec".

Żydzi, któ­rzy posta­no­wili zostać w Niem­czech, zostali wkrótce potem pozba­wieni oby­wa­tel­stwa. Nie mogli zna­leźć pracy i nie mieli nawet prawa posia­dać samo­chodu. Dzieci żydow­skie czę­sto rele­go­wano ze szkół pań­stwo­wych, a ich rodzi­nom kon­fi­sko­wano nie­ru­cho­mo­ści i dro­go­cenne przed­mioty. Nie­kiedy Żydów pozba­wiano nawet rze­czy nie­zbęd­nych do życia, takich jak żyw­ność i lekar­stwa. Tego rodzaju przy­padki prze­śla­do­wań raso­wych szo­ko­wały wielu cudzo­ziem­ców odwie­dza­ją­cych Niemcy.

Obse­sja Hitlera na punk­cie czy­sto­ści raso­wej przy­brała obłą­kań­cze roz­miary. Czę­sto kon­fe­ro­wał on ze swymi głów­nymi poma­gie­rami, aby oma­wiać "kwe­stię żydow­ską", jak to nazy­wał. Tym­cza­sem prze­moc wobec Żydów na uli­cach Nie­miec stała się codzien­no­ścią. Zacy­tujmy Kir­sten Ecker­mann:

Cho­ciaż było to kilka lat przed Kri­stal­l­nacht ("nocą krysz­ta­łową"), czyli ogól­no­kra­jo­wym pogro­mem Żydów z 9 listo­pada 1938 roku, na uli­cach nie­miec­kich miast, a zwłasz­cza Ber­lina, akty prze­mocy wobec Żydów były nagminne. Oczy­wi­ście robi­li­śmy zakupy w skle­pach żydow­skich i zanim Hitler został kanc­le­rzem, nikt z nas spe­cjal­nie się nad tym nie zasta­na­wiał.

Po doj­ściu do wła­dzy Hitler nie cze­kał długo, żeby pod­sy­cić nie­chęć mię­dzy nie­miec­kimi robot­ni­kami a boga­tymi Żydami, któ­rzy byli wła­ści­cie­lami fabryk i skle­pów. Nara­stała ona od jakie­goś czasu i była jak dyna­mit cze­ka­jący na pod­pa­le­nie lontu. Hitle­rowcy dokła­dali wielu sta­rań, aby unie­moż­li­wić Niem­com korzy­sta­nie z żydow­skich skle­pów. Czę­sto zada­nie to powie­rzano człon­kom Stur­mab­te­ilun­gen (SA - Oddziały Sztur­mowe), czyli "bru­nat­nym koszu­lom", jak ich nazy­wano. Na drzwiach i oknach sklepu malo­wali Gwiazdy Dawida i napisy w rodzaju Jude albo Ach­tung Juden! (Uwaga, Żydzi!), aby każdy wie­dział, że w tym skle­pie nie należy kupo­wać.

Czę­sto cho­dzi­łam z mamą po zakupy i wie­lo­krot­nie były­śmy mimo­wol­nymi świad­kami prze­mocy. Któ­re­goś dnia przed jed­nym ze skle­pów zebrała się grupa SA-manów. Na drzwiach nama­lo­wali wła­śnie gwiazdę Dawida, na fron­to­wej witry­nie tru­pią czaszkę. "Nie kupuj­cie u Żydów - krzy­czeli do prze­chod­niów. - Kupuj­cie tylko u Niem­ców", "Nie zbli­żaj­cie się do tych psów" i tym podobne rze­czy. Wła­ści­ciel sklepu roz­pacz­li­wie pró­bo­wał ich skło­nić, żeby dali mu spo­kój, ale wskó­rał tylko tyle, że zaczęli go bić na oczach żony i dzieci. Kiedy jedni bili wła­ści­ciela, który leżał na ziemi, inni zaczęli roz­bi­jać szyby w oknach. Mama wzięła mnie za rękę i szybko ode­szły­śmy. Musia­ły­śmy prze­py­chać się przez wielki tłum gapiów, który tym­cza­sem zebrał się przed skle­pem. Pamię­tam krzyki rodziny wła­ści­ciela, histe­ryczne krzyki jego żony i dzieci. Spoj­rza­łam na mamę i zapy­ta­łam: "Mut­ter, dla­czego oni to robią? Dla­czego nie możemy już tam robić zaku­pów?". Rozu­mia­łam bazgroły, które SA-mani wyma­lo­wali na witry­nach, ale wciąż nie do końca poj­mo­wa­łam, dla­czego musieli to zro­bić tym ludziom.

W szkole zaczęto nas uczyć Mein Kampf i powta­rzano, że jeśli nie znisz­czymy Żydów w naszym spo­łe­czeń­stwie, to oni znisz­czą nas. Kiedy wstą­pi­łam do Jungmädelbund i Bund Deut­scher Mädel, zaczę­łam lepiej orien­to­wać się w sytu­acji, cho­ciaż na­dal nie wszystko rozu­mia­łam. Mogę uczci­wie powie­dzieć, że nie byłam wrogo nasta­wiona do Żydów i ni­gdy nie skrzyw­dzi­łam fizycz­nie nikogo, bez względu na jego rasę itp. Mówiono nam, że takie postę­po­wa­nie jest dla nas, nie­miec­kich dziew­cząt, wła­ściwe, że mamy okre­ślone obo­wiązki wobec swo­jego kraju i musimy być posłuszne nowemu nie­miec­kiemu porząd­kowi w imię Adolfa Hitlera, naszego Führera.

Nazi­ści mieli też ambi­cję stwo­rze­nia w Trze­ciej Rze­szy nowej kul­tury. 10 maja 1933 roku stu­denci Uni­wer­sy­tetu Ber­liń­skiego poma­sze­ro­wali na Opern­platz i pod­pa­lili tam wielką stertę ksią­żek. Palono dzieła pisa­rzy uzna­nych za obcych duchowi nie­miec­kiemu, oczer­nia­ją­cych nie­miecki naród i repre­zen­tu­ją­cych "bękar­cią kul­turę" daw­nych Nie­miec.

Wkrótce potem powstała Izba Kul­tury Rze­szy, któ­rej kie­row­nic­two objął dr Joseph Goeb­bels. Każdy twórca i każda orga­ni­za­cja dzia­ła­jąca w dzie­dzi­nie sztuk pięk­nych, muzyki, teatru, radio­fo­nii itp. musiała wstą­pić do odpo­wied­niej izby bran­żo­wej, wcho­dzą­cej w skład Izby Kul­tury Rze­szy. Za zła­ma­nie tego prze­pisu gro­ziło wię­zie­nie. Ze wszyst­kich izb naj­le­piej wio­dło się Izbie Muzyki, bo muzyka w naj­mniej­szym stop­niu pod­da­wała się upo­li­tycz­nie­niu. Zaka­zana jed­nak została muzyka kom­po­zy­to­rów żydow­skich, takich jak Men­dels­sohn. Muzy­ków żydow­skich usu­nięto rów­nież z orkiestr fil­har­mo­nicz­nych i ope­ro­wych.

Prasa i radio w hitle­row­skich Niem­czech oczy­wi­ście pod­le­gały nowym prze­pi­som. Wszyst­kie tre­ści były cen­zu­ro­wane, a dzien­ni­ka­rzom mówiono, co i jak mają pisać. Redak­to­rzy naczelni czę­sto musieli być sym­pa­ty­kami par­tii nazi­stow­skiej, nie­ska­zi­tel­nymi pod wzglę­dem raso­wym i poli­tycz­nym. Gazety nale­żące do Żydów zostały zamknięte, a ich wypo­sa­że­nie i fun­du­sze skon­fi­sko­wano. Radio­fo­nię spo­tkał ten sam los - zna­la­zła się pod cał­ko­witą kon­trolą pań­stwa. Nazi­ści uczy­nili z radia zde­cy­do­wa­nie naj­waż­niej­sze narzę­dzie pro­pa­gandy. Dla­tego treść audy­cji stała się nudna i mono­tonna i w rezul­ta­cie nie­wielu Niem­ców ich słu­chało. Zmiany nie omi­nęły też kine­ma­to­gra­fii. Z początku filmy nie­miec­kie przy­cią­gały bar­dzo nie­liczną widow­nię. Więk­szość Niem­ców wolała oglą­dać popu­larne filmy hol­ly­wo­odz­kie. Filmy pro­du­ko­wane wów­czas w Niem­czech były na ogół tak kiep­skie, że nudziły nawet widzów z niż­szych warstw spo­łecz­nych. Horst Frank, w cza­sie wojny czło­nek załogi bom­bowca Luft­waffe, powie­dział mi w wywia­dzie:

Nie­miec­kie filmy były straszne i do tego cią­gle prze­ry­wano je mate­ria­łami pro­pa­gan­do­wymi. Trudno się dzi­wić, że nie budziły naszego zain­te­re­so­wa­nia. Znacz­nie bar­dziej zale­żało nam na tym, żeby namó­wić dziew­częta do oglą­da­nia tych okrop­nych fil­mi­deł. Cho­dzi­li­śmy do kina tylko dla­tego, że było tam cie­pło i można było uciec od rodzi­ców i spraw domo­wych. Naj­czę­ściej bywa­li­śmy w Haus Vater­land (Domu Ojczy­stym) - było to bar­dzo popu­larne, zwłasz­cza wśród mło­dzieży, cen­trum roz­rywki przy Saar­land­strasse. Spo­ty­ka­li­śmy się, robi­li­śmy składkę i szli­śmy tam ze swo­imi dziew­czy­nami. W domu dziew­częta były czę­sto pil­no­wane przez rodzi­ców i w ich obec­no­ści nie mie­li­śmy odwagi ich doty­kać ani cało­wać, choćby w poli­czek.

Po usta­no­wie­niu w Niem­czech dyk­ta­tury nawet dzieci padły ofiarą hitle­row­skiej pro­pa­gandy, kul­tury i ide­olo­gii. Męska orga­ni­za­cja mło­dzie­żowa Hitler­ju­gend powstała w 1926 roku, a jej pierw­szym przy­wódcą został Kurt Gru­ber. Pod­czas zjazdu par­tii nazi­stow­skiej w Norym­ber­dze

19-21 sierp­nia 1927 roku Gru­ber szedł na czele trzy­stu człon­ków Hitler­ju­gend, za co otrzy­mał spe­cjalną pochwałę od samego Hitlera. Ale dopiero w poło­wie lat trzy­dzie­stych utwo­rzono żeń­ski odpo­wied­nik Hitler­ju­gend - Bund Deut­scher Mädel. Jedy­nym innym kra­jem, który mógł się wów­czas pochwa­lić sil­nym i zdy­scy­pli­no­wa­nym faszy­stow­skim ruchem mło­dzie­żo­wym, były Wło­chy, póź­niej­szy sojusz­nik Trze­ciej Rze­szy.

Wło­skim odpo­wied­ni­kiem Hitler­ju­gend i BDM była orga­ni­za­cja o nazwie Opera Nazio­nale Balilla (ONB). Warto zauwa­żyć, że wło­ska orga­ni­za­cja mło­dzie­żowa nie indok­try­no­wała poli­tycz­nie swo­ich człon­ków, szcze­gól­nie dziew­cząt, w takim stop­niu, jak to robiono w Hitler­ju­gend. Spo­łe­czeń­stwo wło­skie ni­gdy też nie zaak­cep­to­wa­łoby mili­ta­ry­za­cji dzieci i mło­dzieży. W faszy­stow­skich Wło­szech docho­dziło jed­nak do wielu aktów prze­mocy wymie­rzo­nych w grupy mniej­szo­ściowe, takie jak czar­no­skó­rzy i Cyga­nie. W póź­niej­szych latach swo­ich rzą­dów Mus­so­lini apro­bo­wał i pod­sy­cał anty­se­mi­tyzm.

Naród wło­ski jed­nak nie pałał miło­ścią do faszy­zmu ani do wojny, więc kosz­towny alians z hitle­row­skimi Niem­cami dobiegł kresu jesz­cze przed koń­cem dru­giej wojny świa­to­wej. Mus­so­lini został póź­niej roz­strze­lany, a jego zbez­czesz­czone zwłoki (tłum kopał je i oka­le­czał) zawi­sły na sta­cji ben­zy­no­wej Esso na Piaz­zale Loreto w Medio­la­nie.

Był to gwał­towny i haniebny koniec czło­wieka, któ­rego wiele nie­miec­kich dziew­cząt nazy­wało "bła­znem Hitlera".

Mło­dzi Niemcy lat trzy­dzie­stych mieli już, podob­nie jak dzi­siej­sze młode poko­le­nie, wyro­bioną świa­do­mość swo­jej toż­sa­mo­ści. Ze względu jed­nak na surowe war­to­ści rodzinne obo­wią­zu­jące w ówcze­snych Niem­czech mło­dzież, a zwłasz­cza jej żeń­ska część, była zamknięta w sobie i zacho­wy­wała się mało swo­bod­nie. Hitler wie­dział, że we współ­cze­snym spo­łe­czeń­stwie mło­dzież odgrywa wielką rolę, więc nie ina­czej miało być w spo­łe­czeń­stwie Trze­ciej Rze­szy. Rozu­miał też lepiej niż inni, że aby pozy­skać mło­dych ludzi dla nazi­zmu, musi im od naj­młod­szych lat wpa­jać wła­ściwe idee i zasady.

Mło­dzież, szcze­gól­nie żeń­ska, miała się stać waż­nym czyn­ni­kiem w spo­łecz­nej tkance hitle­row­skich nowych Nie­miec. Na kobiety spa­dły obo­wiązki wyni­ka­jące z nazi­stow­skiej dok­tryny o rasie aryj­skiej, choć na początku to, co Hitler pro­po­no­wał dziew­czę­tom i mło­dym kobie­tom nie­miec­kim, wyda­wało się atrak­cyjne.

Dziew­częta szybko prze­ko­nały się, że pań­stwo wymaga od nich cał­ko­wi­tego dosto­so­wa­nia się do zasad tak zwa­nej kul­tury aryj­skiej. Trzeba też jed­nak zauwa­żyć, że sprawa supre­ma­cji męż­czyzn i ich wła­dzy nad kobie­tami była w Trze­ciej Rze­szy jasno posta­wiona, toteż ich domi­nu­jąca pozy­cja ni­gdy nie ule­gała kwe­stii.

Hitler bar­dzo lubił dziew­częta i kobiety, ale uwa­żał za nie do przy­ję­cia, aby przed­sta­wi­cielki płci żeń­skiej dzia­łały w poli­tyce na równi z męż­czy­znami. Dla­tego repre­zen­ta­cja par­la­men­tarna par­tii naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej zawsze skła­dała się z samych męż­czyzn. Przed doj­ściem nazi­stów do wła­dzy w par­la­men­cie nie­miec­kim zasia­dało trzy­dzie­ści kilka posła­nek, ale po wybo­rach w 1933 roku, w któ­rych można było gło­so­wać tylko na listę Hitlera, kobiety zni­kły z ław posel­skich. Wpro­wa­dzono ponadto zakaz prak­tyki lekar­skiej dla kobiet, zaj­mo­wa­nia sta­no­wisk w urzę­dach pań­stwo­wych i na wyż­szych uczel­niach. Kobiety nie mogły być też sędziami, adwo­ka­tami, a nawet zasia­dać w ławie przy­się­głych.

Hitler uwa­żał, że kobiety nie potra­fią logicz­nie ani obiek­tyw­nie myśleć, bo kie­rują się wyłącz­nie emo­cjami. Na domiar złego, co do więk­szo­ści kobiet, zwłasz­cza mło­dych, nazi­ści snuli wyjąt­kowo zło­wro­gie plany, bo miały one stwo­rzyć przy­naj­mniej połowę puli geno­wej rasy aryj­skiej - w zamie­rze­niach Hitlera były bio­lo­gicz­nymi nazist­kami.

Zamęż­nym kobie­tom prze­zna­czono wyłącz­nie rolę żon i matek, o tym, aby pra­co­wały zawo­dowo, nie mogło być mowy. Kobiety bez­dzietne uwa­żano za zdraj­czy­nie, nato­miast wie­lo­dziet­nym mat­kom przy­zna­wano odzna­cze­nia i nagrody pie­niężne. Kobietę nie­miecką, która uro­dziła sze­ścioro dzieci, cze­kało wyjąt­kowe wyróż­nie­nie: her­batka z samym Führerem.

W grun­cie rze­czy wydaje się dziwne, że mimo wszyst­kich dys­kry­mi­na­cyj­nych prze­pi­sów wpro­wa­dzo­nych przez Hitlera i jego admi­ni­stra­cję kobiety pozo­stały wierne spra­wie nazi­stow­skiej. W chwili gdy życie Hitlera dobie­gało swego kresu, wiele dziew­cząt i kobiet ginęło w ruinach nie­miec­kich miast, takich jak Akwi­zgran i Ber­lin, wal­cząc w obro­nie Trze­ciej Rze­szy. A prze­cież przy­wódcy tego kraju trak­to­wali je jak oby­wa­teli dru­giej kate­go­rii, nada­ją­cych się tylko do rodze­nia i wycho­wy­wa­nia dzieci.

Orga­ni­zu­jąc nazi­stow­ski ruch mło­dzie­żowy, Hitler uwa­żał się za patrona nowego poko­le­nia nie­miec­kich dziew­cząt i chłop­ców, od kil­ku­let­nich dzieci do nasto­lat­ków. W poło­wie lat trzy­dzie­stych oznaj­mił światu z dumą i groźbą, że "mło­dzież, która koń­czy moje szkoły, będzie postra­chem świata!".

Jego pro­roc­two miało się speł­nić kilka lat póź­niej.

Roz­dział 2. Dziew­częta z dziel­nicy Mitte i Jungmädelbund

Roz­dział 2

Dziew­częta z dziel­nicy Mitte i Jungmädelbund

Wcze­sny ranek w ber­liń­skiej dziel­nicy Mitte. Jest jesz­cze cicho, tylko od strony pobli­skich fabryk i warsz­ta­tów dobiega stłu­miony zgiełk. Czło­nek lokal­nej komórki Natio­nal­so­zia­li­sti­sche Deut­sche Arbe­iter­par­tei (NSDAP), czyli Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­czej, idzie ulicą, przy­sta­jąc co pewien czas, aby nakleić afisz. Kiedy dzieci spie­szą do pobli­skiej szkoły, dziel­nica tętni już życiem. Robot­nicy wra­cają rowe­rami z noc­nej zmiany, a grupki miesz­kań­ców stoją na ulicy, ćmiąc papie­rosy i roz­ma­wia­jąc, a potem zni­kają w swo­ich domach.

Po dro­dze do szkoły grupa dziew­cząt w wieku od dzie­wię­ciu do jede­na­stu lat zatrzy­muje się przed kolo­ro­wym afi­szem na końcu ulicy. Wid­nieje na nim uśmiech­nięta dziew­czynka, a napis głosi: "Wszyst­kie dzie­się­cio­latki do Hitler­ju­gend!". Dziew­częta przy­glą­dają się afi­szowi i roz­ma­wiają o wstą­pie­niu do żeń­skich sek­cji Hitler­ju­gend. Bojąc się bury za spóź­nie­nie do szkoły, z ocią­ga­niem odcho­dzą, ale o afi­szu i jego tre­ści będą myślały przez cały dzień. Wra­ca­jąc do domu, jesz­cze raz uważ­nie przyj­rzą się uśmiech­nię­tej dziew­czynce. W oczach nie­któ­rych ucie­le­śnia ona nie­osią­galny ideał.

W tych cza­sach nie było gwiazd muzyki popu­lar­nej, z któ­rymi dziew­częta z dziel­nicy Mitte mogłyby się iden­ty­fi­ko­wać. Młode Niemki nie umiały też zbu­do­wać wła­snej toż­sa­mo­ści bez opie­ra­nia się na jakichś wzo­rach. Pro­pa­gan­dowe hasła dok­tora Goeb­belsa wska­zały im drogę, na któ­rej mogły słu­żyć Rze­szy i Hitle­rowi i czer­pać stąd poczu­cie wła­snej war­to­ści. Kuszono je ład­nym mun­dur­kiem, wyjaz­dami na let­nie obozy i udzia­łem w budo­wie nowego spo­łe­czeń­stwa nie­miec­kiego.

Dziew­częta z dziel­nicy Mitte wie­lo­krot­nie widziały już afi­sze Hitler­ju­gend, bo jak wia­domo, orga­ni­za­cja powstała w 1926 roku. Teraz jed­nak osią­gnęły wiek, w któ­rym zaczęły kwe­stio­no­wać swoją toż­sa­mość i pozy­cję w spo­łe­czeń­stwie zdo­mi­no­wa­nym przez męż­czyzn. Anita von Scho­ener, która miała wów­czas dzie­sięć lat, pamięta, że dla mło­dych dziew­cząt Jungmädelbund miał nie­od­party urok:

Kiedy dzi­siaj dziew­czynki osią­gają wiek dzie­wię­ciu, dzie­się­ciu lat, chcą tylko słu­chać muzyki swo­ich ulu­bio­nych gwiazd pop. Stają się też świa­dome swego ciała i zaczy­nają inte­re­so­wać się chłop­cami. W naszych cza­sach nie było muzyki pop, cho­ciaż nauczy­łam się grać na for­te­pia­nie. A co do chłop­ców, to ni­gdy nie pozwa­lano nam przy­jaź­nić się z nimi tak, jak to robią dziś dziew­częta w tym wieku.

Dziew­czynki miały od wcze­snych lat przej­mo­wać obo­wiązki gospo­dyń domo­wych i rodzice sym­pa­ty­zu­jący z nazi­stami ocze­ki­wali tego od nich. Nasz dzień powsze­dni dzie­lił się na szkołę i poma­ga­nie mat­kom w domu; jeśli zosta­wało nam jesz­cze tro­chę czasu, bawi­ły­śmy się z kole­żan­kami.

Moi rodzice popie­rali Hitlera i reformy, które par­tia nazi­stow­ska zaczęła wpro­wa­dzać w 1933 roku. Widzia­łam afi­sze pro­pa­gan­dowe wzy­wa­jące wszyst­kie dzie­się­cio­let­nie dziew­czynki do wstę­po­wa­nia do Hitler­ju­gend. Były tak zapro­jek­to­wane, żeby wyglą­dały atrak­cyj­nie nawet dla tych dziew­czy­nek, które nie znały się na poli­tyce i nie wie­działy nic o lojal­no­ści. Bez kło­po­tów dosta­łam się do Jungmädelbund, cho­ciaż musia­łam wcze­śniej wypeł­nić coś w rodzaju wnio­sku o przy­ję­cie do orga­ni­za­cji. Trzeba było podać infor­ma­cje o rodzi­nie, takie jak nazwi­ska rodzi­ców, dziad­ków i pradziad­ków, a także napi­sać, jakiego jest się wyzna­nia. Wnio­sek tra­fił do władz, które ode­zwały się po jakichś dwóch, trzech tygo­dniach, jeśli dobrze pamię­tam. Moi rodzice nie mieli w związku z tym żad­nych obaw. Mówili, że to mój obo­wią­zek i że na tym sko­rzy­stam, więc nie mieli nic prze­ciwko. Wstą­pie­nie do orga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wej miało liczne zalety. Mię­dzy innymi czu­łaś się dumna, że jesteś oby­wa­telką pań­stwa, które doko­nuje ogrom­nych zmian i odzy­skuje god­ność, ode­braną mu przez tych, co poko­nali Niemcy w pierw­szej woj­nie świa­to­wej. Ładny mun­du­rek, który dosta­ły­śmy, róż­nił się bar­dzo nie­wiele od tra­dy­cyj­nego mun­durka ówcze­snych uczen­nic. Jeź­dzi­ły­śmy na obozy na wieś i do lasu, co było głów­nym powo­dem mojego wstą­pie­nia: chcia­łam się bawić, prze­ży­wać przy­gody. Oczy­wi­ście obo­wią­zy­wały pewne zasady i kry­te­ria przy­ję­cia do orga­ni­za­cji, nie przyj­mo­wano na przy­kład dziew­czy­nek żydow­skiego pocho­dze­nia. Każda czy­sto nie­miecka dziew­czynka powinna do niej wstą­pić i tych, które tego nie zro­biły, wypy­ty­wano o powody.

Jungmädelbund był orga­ni­za­cją dla dziew­cząt w wieku od dzie­się­ciu do czter­na­stu lat. Wiele jed­nak prze­szło do Hitler­ju­gend z orga­ni­za­cji o nazwie Jun­gvolk (Młody Naród), zrze­sza­ją­cej dzieci powy­żej szó­stego roku życia. Zarówno Jungmädelbund, jak i jej star­szy odpo­wied­nik Bund Deut­scher Mädel, dla dziew­cząt od czter­na­stego do osiem­na­stego roku życia, powstały w 1930 roku. Teo­re­tycz­nie w pierw­szych latach Trze­ciej Rze­szy przy­na­leż­ność do tych orga­ni­za­cji nie była przy­mu­sowa. Ale już ustawa o Hitler­ju­gend z grud­nia 1936 roku sta­no­wiła, że zarówno chłopcy, jak i dziew­częta po ukoń­cze­niu dzie­sią­tego roku życia mają obo­wią­zek wstą­pić do orga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wej i pozo­stać w niej do ukoń­cze­nia osiem­na­stu lat. Jeśli cho­dzi o dziew­częta, to póź­niej cze­kała je obo­wiąz­kowa, trwa­jąca do roku służba w Reich­sar­be­its­dienst der weibli­chen Jugend (RADwJ), czyli sek­cji mło­dzieży żeń­skiej orga­ni­za­cji Służba Pracy dla Rze­szy.

Dziew­czynki z Jungmädelbund

W okre­sie, o któ­rym mowa, przy­wód­cami nie­miec­kich orga­ni­za­cji mło­dzie­żo­wych dla dziew­cząt i mło­dych kobiet byli Bal­dur von Schi­rach, Artur Axmann (następca Schi­racha) i Ger­trud Scholz-Klink. Ta ostat­nia w 1934 roku została mia­no­wana przy­wód­czy­nią kobiet Rze­szy. Jej głów­nym zada­niem było lan­so­wa­nie męskiej domi­na­cji i wyż­szo­ści męż­czyzn nad kobie­tami oraz pod­kre­śla­nie donio­sło­ści rodze­nia dzieci. Podob­nie jak Hitler była bar­dzo uta­len­to­wa­nym mówcą i czę­sto wygła­szała prze­mó­wie­nia, a jako żona wyso­kiego ofi­cera SS budziła grozę wśród wielu dziew­cząt. Poza sceną publiczną ucho­dziła za osobę aro­gancką i zło­śliwą. Kie­dyś, pod­czas dys­ku­sji o męskiej supre­ma­cji i prze­mocy wobec kobiet, zwie­rzyła się jed­nej z instruk­to­rek BDM, która pro­siła o nie­ujaw­nia­nie nazwi­ska: "Któ­raż kobieta nie chcia­łaby zostać siłą wzięta przez swego męż­czyznę? Jeśli jest szczera, każda przy­zna, że to lubi".

W jed­nym z prze­mó­wień Klink powie­działa: "Zada­niem kobiety jest dba­nie w domu i w pracy o potrzeby męż­czy­zny, od pierw­szej do ostat­niej chwili jego życia". W lipcu 1934 roku została awan­so­wana na sze­fową żeń­skiej sek­cji Nie­miec­kiego Frontu Pracy. Do jej obo­wiąz­ków nale­żało nakła­nia­nie kobiet do pracy dla dobra nazi­stow­skiego pań­stwa. W jed­nym z prze­mó­wień wygło­szo­nych w 1938 roku dowo­dziła, że "kobieta nie­miecka musi cią­gle pra­co­wać, fizycz­nie i umy­słowo, i musi wyrzec się wszel­kich przy­jem­no­ści i wygód". Pod wzglę­dem poli­tycz­nym Klink była nie mniej obłą­kana niż Hitler. Miała póź­niej zyskać ponurą sławę jako orga­ni­za­torka pospo­li­tego rusze­nia i lokal­nych oddzia­łów zbroj­nych zło­żo­nych z dziew­cząt i mło­dych kobiet, które w ostat­niej fazie dru­giej wojny świa­to­wej wal­czyły z alian­tami, zwłasz­cza Armią Czer­woną.

Bal­dur von Schi­rach był fana­tycz­nym hitle­row­cem. Już w 1925 roku, jako osiem­na­sto­la­tek, wstą­pił do NSDAP, będą­cej wów­czas słabą i nie­liczną par­tią. Pia­sto­wał różne sta­no­wi­ska w nazi­stow­skim ruchu mło­dzie­żo­wym. W czerwcu 1933 roku awan­so­wał na przy­wódcę mło­dzieży Rze­szy, któ­rym był do 1940 roku, gdy został mia­no­wany namiest­ni­kiem (Reichs­stat­thal­ter) Wied­nia. Przy­wódz­two Hitler­ju­gend objął po nim Artur Axmann.

Von Schi­rach został przy­wódcą mło­dzieży hitle­row­skiej już 30 paź­dzier­nika 1931 roku i zyskał ogromne doświad­cze­nie w zaszcze­pia­niu nie­miec­kiej mło­dzieży naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej ide­olo­gii. Ponosi więc w dużej mie­rze odpo­wie­dzial­ność za zbrod­nie popeł­nione pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej przez woj­ska nie­miec­kie. Swoje zada­nie wyko­ny­wał bar­dzo gor­li­wie i z nie­złomną lojal­no­ścią.

Pod kie­run­kiem von Schi­ra­cha Jungmädelbund pro­spe­ro­wał zna­ko­mi­cie, inspi­ru­jąc się sprytną pro­pa­gandą Goeb­belsa. Mało która dziew­czyna oparła się uro­kowi orga­ni­za­cji. Dodat­kowy nacisk wywie­rał sys­tem edu­ka­cyjny - nawet nauczy­ciele zachę­cali dziew­częta do wstę­po­wa­nia. Kir­sten Ecker­mann wyja­śnia:

Kilku nauczy­cieli z dnia na dzień zni­kło z naszej szkoły, a na ich miej­sce przy­szli nowi. Sta­rzy nauczy­ciele i nie­któ­rzy peda­go­dzy żydow­skiego pocho­dze­nia, któ­rych nauczy­ły­śmy się lubić i sza­no­wać, ode­szli, bo nie zga­dzali się z nazi­stami. Musieli porzu­cić zawód i wielu wyje­chało z Nie­miec, choć część po woj­nie wró­ciła. Nowi nauczy­ciele nazy­wali daw­nych "zdra­dziec­kimi sta­rymi pijaw­kami, które nie są godne uczyć nawet świń!". Hitler nie chciał mieć nic wspól­nego ze "sta­rymi Niem­cami", jak to nazy­wał, i ich defe­ty­styczną postawą, więc wiele szkół miało nowych nauczy­cieli. Nowi nauczy­ciele, jak ich okre­śla­ły­śmy, nale­żeli do par­tii nazi­stow­skiej i z wielką swadą infor­mo­wali nas, co mają nam do zaofe­ro­wa­nia jako mło­dym Niem­com nazi­ści i Hitler­ju­gend. To, co mówili, wyda­wało się nam, bied­nym dzie­ciom z dziel­nicy Mitte, zbyt piękne, żeby mogło być praw­dziwe. Dowia­dy­wa­ły­śmy się, że możemy poje­chać na letni obóz, mieć ładny mun­du­rek, który będziemy wkła­dać w dni ważne dla par­tii, i że nauczymy się wielu rze­czy, które przy­da­dzą się nam w doro­słym wieku.

Kir­sten i jej kole­żanki wró­ciły pod­nie­cone do domu, żeby zapy­tać rodzi­ców, co myślą o ich wstą­pie­niu do Hitler­ju­gend. Ci przy­jęli zamiary swo­ich córek z mie­sza­nymi uczu­ciami. Kir­sten Ecker­mann tak o tym pisze:

Kiedy przy­cho­dzi­łam do domu, mama zawsze mnie witała. Tego dnia wyprę­ży­łam się, jakby sta­jąc na bacz­ność, trza­snę­łam obca­sami, wyrzu­ci­łam do góry prawą rękę i zawo­ła­łam Heil Hitler!. Matka, wyraź­nie poru­szona, chwy­ciła mnie za rękę i wcią­gnęła do środka, a potem zaczęła wypy­ty­wać.

"Kazali ci to dziś robić w szkole?". Kiedy wyja­śni­łam, wes­tchnęła "och" i przez resztę dnia pra­wie się nie odzy­wała. Wyda­wała się zmar­twiona, co było u niej nie­zwy­kłe. Nazizm wkro­czył do szkół i mama uwa­żała pew­nie, że całe to salu­to­wa­nie nie jest konieczne albo może ma zbyt poli­tyczny cha­rak­ter dla mło­dej dziew­czyny - trudno mi powie­dzieć.

Jeśli cho­dzi o moje wstą­pie­nie do Hitler­ju­gend, mama powie­działa, że musi to omó­wić z ojcem. W naszym domu ojciec zawsze decy­do­wał o wszyst­kim. Wró­cił do domu dużo póź­niej i poda­jąc mu obiad, mama wspo­mniała, że pyta­łam ją o wstą­pie­nie do Hitler­ju­gend. Ojciec, cho­ciaż popie­rał naro­do­wych socja­li­stów, uwa­żał, że młode dziew­częta nie powinny anga­żo­wać się poli­tycz­nie. Kazał mi wyjść z pokoju, żeby on i mama mogli spo­koj­nie poroz­ma­wiać. Myślę jed­nak, że w głębi duszy wie­dział, co się święci. Poza tym rodzi­com, któ­rzy zaka­zy­wali dzie­ciom wstę­po­wa­nia do Hitler­ju­gend, przy­pi­nano łatkę nie­pra­wo­myśl­nych albo anty­na­zi­stów. Wielu z nich mogło się spo­dzie­wać wizyty funk­cjo­na­riu­szy par­tyj­nych, któ­rzy gro­zili im kon­se­kwen­cjami, jeśli ich dzieci nie wstą­pią do Hitler­ju­gend. Zapi­sa­łam się więc. Można się było tego po mnie spo­dzie­wać jako dziew­czynce z dziel­nicy Mitte, cho­ciaż nie­które z moich kole­ża­nek miały kło­poty z uzy­ska­niem zgody, zwłasz­cza ojców. Wszyst­kie bar­dzo sza­no­wa­ły­śmy swo­ich ojców i nie śmia­ły­śmy się z nimi sprze­czać ani kwe­stio­no­wać ich decy­zji; jeśli nas nie pytano, nie zabie­ra­ły­śmy głosu. Znam dziew­czynki, które surowi ojco­wie dotkli­wie bili. Trzeba było uwa­żać, żeby nie zdra­dzać zbyt wiel­kiej ochoty do wstą­pie­nia do orga­ni­za­cji, bo w domu rzą­dził nie Hitler, tylko ojciec. Mój tata nie pozo­sta­wiał co do tego wąt­pli­wo­ści. Oczy­wi­ście nie­które kole­żanki gro­ziły rodzi­com, że poskarżą się na nich wła­dzom. Cały sys­tem zachę­cał do denun­cjo­wa­nia ludzi, któ­rzy postę­po­wali wbrew woli władz.

Od kan­dy­da­tek do Jungmädelbund wyma­gano speł­nie­nia pew­nych warun­ków. Przede wszyst­kim musiały być one "czy­stymi rasowo Niem­kami". Uwa­żano, że osoby pocho­dze­nia żydow­skiego lub wywo­dzące się z innych mniej­szo­ści etnicz­nych nie nadają się do Hitler­ju­gend i muszą pozo­stać w swoim "raso­wym rynsz­toku". Ani nauczy­ciele, ani nazi­stow­ska pro­pa­ganda skie­ro­wana do mło­dzieży nie pozo­sta­wiali co do tego wąt­pli­wo­ści. Nie spo­sób było unik­nąć selek­cji kan­dy­da­tek. Lokalne wła­dze dokład­nie spraw­dzały doku­menty rodzinne (nawet świa­dec­twa uro­dze­nia dziad­ków i innych krew­nych) i szybko odrzu­cały osoby "nie­czy­ste rasowo" ("mie­szań­ców"), czyli mające domieszkę krwi żydow­skiej.

Ponie­waż do zdro­wia fizycz­nego i psy­chicz­nego człon­kiń Jungmädelbund przy­kła­dano ogromną wagę, wpro­wa­dzono obo­wią­zek dokład­nych i wszech­stron­nych badań. Miały one zagwa­ran­to­wać, że w orga­ni­za­cji znajdą się tylko osoby wyróż­nia­jące się pod wzglę­dem cie­le­snym i umy­sło­wym. Anita von Scho­ener tak wspo­mina te bada­nia i swoje przy­ję­cie do związku:

Trzeba było zło­żyć wnio­sek i dopóki wła­dze nie spraw­dziły wszyst­kich danych, nie było szans na wstą­pie­nie do orga­ni­za­cji. We wnio­sku nale­żało podać nazwi­ska i daty uro­dze­nia wszyst­kich człon­ków rodziny; wła­dze chciały mieć pew­ność, że w Hitler­ju­gend będą tylko nie­miec­kie dziew­częta. Nasze doku­menty rodzinne się­ga­jące dwóch poko­leń wstecz zostały dokład­nie spraw­dzone przez urzęd­ni­ków miej­sco­wych władz NSDAP. Dziwne, ale zaraz potem otrzy­ma­łam wezwa­nie na bada­nia lekar­skie, które miały wyka­zać, czy nadaję się do Hitler­ju­gend. Nie było to przy­jemne prze­ży­cie i dotych­czas w żad­nej książce ani publi­ka­cji o nim nie wspo­mi­na­łam. Wszystko trwało dość długo, bo lekarz, który nosił jedną z tych bia­łych masek chi­rur­gicz­nych, i poma­ga­jąca mu pie­lę­gniarka prze­ba­dali mnie bar­dzo dokład­nie.

Kiedy zna­la­złam się w gabi­ne­cie lekar­skim, naj­pierw zba­dano mi oczy, włosy, zęby i uszy. Zapi­sano, jakie mam włosy, kolor oczu i stan zębów. Zauwa­ży­łam, że na biurku leży moje świa­dec­two uro­dze­nia i lekarz naj­wy­raź­niej zapo­znał się z nim. Potem popro­sił mnie, żebym się roze­brała. Czu­łam się nie­swojo, bo wsty­dzi­łam się roz­bie­rać przed męż­czy­zną, ale pie­lę­gniarka dość sta­now­czo zapew­niła mnie, że wszystko będzie dobrze, że to tylko bada­nie lekar­skie i nie mam się czego bać. Ostroż­nie wzięła ode mnie ubra­nie, porząd­nie je zło­żyła i poło­żyła na krze­śle. Kiedy już zdję­łam wszystko, włącz­nie z bie­li­zną, zaczęło się praw­dziwe bada­nie.

Naj­pierw popro­szono mnie, żebym sta­nęła pro­sto i zadarła brodę do góry, by lekarz mógł zmie­rzyć mój wzrost. Potem zmie­rzył mi obwód klatki pier­sio­wej, ramion, szyi, głowy, pasa i ud, przez cały czas dyk­tu­jąc wyniki pie­lę­gniarce, która wpi­sy­wała je do for­mu­la­rza. Lekarz zba­dał też bar­dzo dokład­nie moją skórę, szu­ka­jąc takich skaz jak zna­miona, pie­przyki i bli­zny.

Powie­dział "bar­dzo dobrze", a potem popro­sił, żebym przyj­mo­wała różne pozy­cje, jedne na pod­ło­dze, a inne na sto­jąco. Póź­niej kazał mi się poło­żyć na kozetce. Nachy­lił się nade mną i zaj­rzał mi głę­boko w oczy przy uży­ciu instru­mentu, który wyglą­dał jak pióro i któ­rym lekarz świe­cił mi w oczy pod­czas bada­nia. Odło­żyw­szy instru­ment do pudełka, obiema rękami zaczął badać moje piersi. Aż się wzdry­gnę­łam i czu­łam się bar­dzo nie­swojo - pie­lę­gniarka znów sta­now­czym tonem popro­siła, żebym się nie ruszała i współ­pra­co­wała z leka­rzem. Lekarz zba­dał mi biust bar­dzo dokład­nie, cho­ciaż tak naprawdę nie­wiele było do bada­nia, bo mia­łam prze­cież tylko dzie­sięć lat. Potem pie­lę­gniarka powie­działa do mnie: "Anito, musisz teraz pod­nieść nogi do góry, aby pan dok­tor zba­dał cię u dołu, bo to jest bar­dzo ważne. Nie bój się i leż nie­ru­chomo; wszyst­kie dziew­czynki będą tak badane".

Kiedy mówiła te słowa, lekarz nakła­dał obci­słe ręka­wiczki typu chi­rur­gicz­nego. Serce zaczęło mi walić w pier­siach jak sza­lone i chyba lekarz i pie­lę­gniarka wyczu­wali, jak bar­dzo jest to dla mnie nie­przy­jemne. Zgod­nie z pole­ce­niem unio­słam kolana, a pie­lę­gniarka deli­kat­nie roz­chy­liła mi nogi. Leża­łam więc z roz­ło­żo­nymi nogami, a lekarz badał moje czę­ści intymne. Czu­łam, jak wkłada palec w ręka­wiczce, a potem wpy­cha go głę­biej; poczu­łam ból i krzyk­nę­łam. Wtedy prze­stał, pod­szedł do umy­walki, tam zdjął ręka­wiczki, wyrzu­cił je i umył ręce.

Potem wziął for­mu­larz i napi­sał coś na nim. Następ­nie zało­żył drugą parę tych strasz­nych gumo­wa­nych ręka­wi­czek, a ja zasta­na­wia­łam się, co mnie teraz czeka. Pie­lę­gniarka pole­ciła mi znowu roz­chy­lić nogi i rękami odwio­dła kolana na boki.

- Co pani robi? - zapy­ta­łam.

- Pro­szę robić to, o co pro­simy, a bada­nie bar­dzo szybko się skoń­czy - odpo­wie­działa pie­lę­gniarka.

Lekarz wło­żył palec do mojego tyl­nego otworu i zaczął macać. Znowu się poskar­ży­łam, że zadaje mi ból, i pie­lę­gniarka roz­gnie­wała się na mnie. Kiedy lekarz skoń­czył, znów zdjął ręka­wiczki i rzekł:

- Bar­dzo dobrze, nie masz żad­nych wad i jesteś bar­dzo zdrowa.

Kiedy noto­wał, pie­lę­gniarka spraw­dziła moje ręce i stopy i powie­działa, że mogę się ubrać. Gdy byłam już ubrana, lekarz powie­dział:

- Panno von Scho­ener, jest pani w dobrym sta­nie fizycz­nym i prze­szła pani pomyśl­nie bada­nia lekar­skie. Wyniki pani badań pozo­staną do wglądu w pani aktach.

Uśmiech­nął się i dodał:

- Jest pani wyjąt­ko­wym dziec­kiem, ale czy wie pani, dla­czego? Może pani iść, jestem pewien, że będzie pani bar­dzo dobrą nie­miecką matką i będzie pani miała wiele nie­miec­kich dzieci, tak jak tego wymaga od pani Führer.

Zdzi­wiły mnie te słowa, bo na razie wcale nie myśla­łam o przy­szło­ści i o tym, co chcia­ła­bym osią­gnąć w życiu; zwłasz­cza nie zasta­na­wia­łam się jesz­cze nad posia­da­niem dzieci, gdyż dopiero zaczę­łam zauwa­żać w sobie pewne zmiany natury fizycz­nej i na pewno nie zamie­rza­łam wów­czas robić z nich użytku.

Przed gabi­ne­tem lekar­skim stała długa kolejka dziew­czy­nek, które roz­ma­wiały ze sobą z oży­wie­niem. Kiedy wyszłam, spy­tały mnie, jak było i co tam robią. Musia­łam być tro­chę blada, więc domy­śliły się, że to nie będzie zwy­czajne "spraw­dza­nie pcheł". Dopiero po latach zro­zu­mia­łam, dla­czego lekarz nazwał mnie wyjąt­ko­wym dziec­kiem: byłam wysoka, jasno­włosa i nie­bie­sko­oka, mia­łam mlecz­no­białą cerę - jed­nym sło­wem wyglą­da­łam tak, jak powinna wyglą­dać Aryjka. Póź­niej dowie­dzia­łam się, że ten tak zwany lekarz nale­żał do SS; tak w każ­dym razie mi powie­dziano. Oboje z pie­lę­gniarką byli z SS i do dziś nie wiem, co robili tego dnia ani w jakim celu.

Wia­domo, że wiele mło­dych dziew­cząt, będą­cych jesz­cze przed okre­sem doj­rze­wa­nia, pod­da­wano przed przy­ję­ciem do Jungmädelbund czę­sto bole­snym bada­niom gine­ko­lo­gicz­nym; doty­czyło to zwłasz­cza blon­dy­nek z nie­bie­skimi oczami. W Trze­ciej Rze­szy zaczęto coraz poważ­niej trak­to­wać teo­rię o rasie aryj­skiej. Ist­nieją powody do przy­pusz­czeń, że w wypadku nie­któ­rych grup bada­niom tym pod­da­wano jedną na cztery dziew­czynki przed okre­sem doj­rze­wa­nia w ramach swo­istej "kon­troli jako­ści", nie wszyst­kie bowiem prze­cho­dziły bada­nia gine­ko­lo­giczne, pod­czas któ­rych lekarz wkła­dał palec do pochwy i odbytu. Anita von Scho­ener uwa­żała, że lekarz, który ją badał, był zwią­zany z SS. Bada­nia gine­ko­lo­giczne miały w szcze­gól­no­ści na celu stwier­dze­nie, że jej błona dzie­wi­cza jest nie­na­ru­szona. Cho­dziło też o porów­na­nie wyni­ków jej badań z wyni­kami badań dziew­czy­nek nie­aryj­skiego pocho­dze­nia. Anita jest prze­ko­nana, że oglę­dziny gine­ko­lo­giczne, któ­rym ją pod­dano, były zupeł­nie nie­po­trzebne:

Na litość boską, mia­łam dopiero dzie­sięć lat, więc byłoby zupeł­nym idio­ty­zmem, gdyby ten lekarz podej­rze­wał, że mogłam stra­cić dzie­wic­two. Ame­ry­kań­scy i bry­tyj­scy leka­rze, któ­rzy zaraz po woj­nie wypy­ty­wali mnie o pro­ce­durę przy­ję­cia do orga­ni­za­cji i prze­pro­wa­dzone bada­nia lekar­skie, przy­pusz­czali, że taki wła­śnie był cel tych badań. Dziś jed­nak wia­domo, po co je prze­pro­wa­dzono: mia­ły­śmy stać się przed­mio­tem hodow­la­nych eks­pe­ry­men­tów Hitlera i być mat­kami z jego rojeń o "rasie panów". Póź­niej dowie­dzia­ły­śmy się o pro­gra­mie Lebens­born ("Źró­dło Życia") i było oczy­wi­ste, że aryj­skie dziew­częta zostały wybrane do udziału w tym pro­gra­mie. Nie­ważne, czy to nam się podo­bało, czy nie. Pań­stwo miało nam wybrać nie­miec­kich męż­czyzn, z któ­rymi mia­ły­śmy zajść w ciążę, aby zacho­wać naj­lep­szą rasę nie­miecką i zapew­nić jej cią­głość. Jeśli się nad tym zasta­no­wić, to naprawdę nie mia­ły­śmy przed sobą przy­szło­ści: naszym jedy­nym zada­niem było rodze­nie potom­stwa.

Dla dziew­cząt, które prze­szły pomyśl­nie bada­nia lekar­skie i mogły zostać przy­jęte do Jungmädelbund, próba cha­rak­teru się nie skoń­czyła. W szkole odbyła się skromna uro­czy­stość wstą­pie­nia do orga­ni­za­cji. Uczen­nica mająca na sobie tra­dy­cyjny szkolny mun­du­rek stała obok flagi ze swa­styką i skła­dała przy­sięgę na wier­ność Hitle­rowi. Zwy­kle powta­rzała przy tym słowa wypo­wia­dane przez nauczy­ciela, pod­no­sząc rękę do góry w hitle­row­skim pozdro­wie­niu. Po uro­czy­sto­ści otrzy­my­wała umun­du­ro­wa­nie skła­da­jące się z bia­łej bluzki, czar­nej chu­sty, gra­na­to­wej spód­nicy i bru­nat­nej kurtki oraz meta­lo­wej odznaki człon­kow­skiej Hitler­ju­gend do kom­pletu. Ta ostat­nia miała kształt rombu i przed­sta­wiała czarną swa­stykę na srebr­nym tle w oto­cze­niu dwóch ema­lio­wa­nych pól bia­łych i dwóch czer­wo­nych. Można ją było wpiąć do bluzki lub wyłogu kurtki. Dziew­czynki nosiły buciki lub san­dały z bia­łymi skar­pet­kami, choć otrzy­my­wały też czarne skó­rzane buty w stylu woj­sko­wym. Miały dbać, aby mun­dur i buty były zawsze czy­ste, i nosić je pod­czas wszyst­kich imprez par­tyj­nych.

Naj­młod­sze w służ­bie Führera - dziew­czynki z Jungmädelbund są jed­no­cze­śnie zado­wo­lone z nowej roli i nieco wystra­szone

Dziew­częta nale­żące do Jungmädelbund objęte były rygo­ry­stycz­nym pro­gra­mem ćwi­czeń fizycz­nych i zajęć poli­tycz­nych. Cho­dziło to, aby stały się dosko­na­łymi człon­ki­niami nazi­stow­skiej wspól­noty, dodat­nio róż­nią­cymi się od mło­dzieży innych kra­jów i kul­tur. W Jungmädelbund, tak jak jego sio­strza­nej orga­ni­za­cji BDM, dzia­łały dru­żyny spor­towe, które w latach poprze­dza­ją­cych drugą wojnę świa­tową brały udział w wielu zawo­dach na całym świe­cie. Na Olim­pia­dzie Mło­dzie­żo­wej w Tokio w lipcu 1939 roku uczen­nica z Ber­lina Hanna But­tin­ghaus wygrała Bal­l­wur­fwet­t­kampf, czyli zawody w rzu­cie piłką lekar­ską. W trak­cie kon­kursu nie­miecki foto­graf Schir­ner zro­bił jej zdję­cie. Panna But­tin­ghaus była ładna, miała ciemne włosy i duże brą­zowe oczy, a ubrana była w białą koszulkę ze swa­styką.

Zaję­cia w Jungmädelbund sta­no­wiły istotne uzu­peł­nie­nie edu­ka­cji mło­dych człon­kiń tej orga­ni­za­cji, które musiały mię­dzy innymi stu­dio­wać Mein Kampf Hitlera. Czę­sto kazano im cyto­wać frag­menty książki i poda­wać swoją inter­pre­ta­cję ich tre­ści.

Hanna But­tin­ghaus, która wygrała zawody w rzu­cie piłką lekar­ską na Olim­pia­dzie Mło­dzie­żo­wej w Tokio w 1939 roku (? Pres­se­bild-Ver­lag Schir­ner/Deut­sches Histo­ri­sches Museum, Ber­lin)

Duży nacisk kła­dziono na nazi­stow­ską ide­olo­gię, kul­turę i etykę oraz rzecz jasna rolę kobiet w Trze­ciej Rze­szy. Nauczy­ciele dokła­dali sta­rań, żeby uczen­nice rozu­miały to, czego są uczone. Aby jesz­cze bar­dziej zwięk­szyć atrak­cyj­ność Jungmädelbund, orga­ni­zo­wano obozy let­nie. Miej­scem naj­po­pu­lar­niej­szych z nich był pod­ber­liń­ski las Gru­ne­wald, pełen pięk­nych jezior z piasz­czy­stymi pla­żami. Oprócz wyko­ny­wa­nia codzien­nych ćwi­czeń, czę­sto poprze­dza­ją­cych główną imprezę dnia, dziew­częta wędro­wały po lesie z cho­rą­gwiami, śpie­wa­jąc pie­śni patrio­tyczne. Uczyły się też wielu rze­czy, które dotych­czas zastrze­żone były dla chłop­ców. Dla­tego Jungmädelbund dawał dziew­czę­tom namiastkę poczu­cia rów­no­ści, a jed­no­cze­śnie kole­żeń­stwa, bar­dzo podob­nie jak woj­sko.

Dziew­częta pobie­rały lek­cje przy­rzą­dza­nia posił­ków. Pod­czas biwa­ków musiały zbie­rać chrust na ogni­sko i na zmianę goto­wać dla całej grupy. Anita von Scho­ener wspo­mina:

Dobrze pamię­tam swój pierw­szy obóz letni Jungmädelbund. Pierw­szy raz byłam wtedy z dala od domu, od rodzi­ców. Pierw­szy raz jecha­łam pocią­giem i byłam tym wszyst­kim oszo­ło­miona. Tar­gały mną sprzeczne uczu­cia: pła­ka­łam z tęsk­noty, a jed­no­cze­śnie nie posia­da­łam się ze szczę­ścia. Rodzi­ców ni­gdy nie było stać na to, żeby wysłać mnie na wieś. Póź­niej jed­nak par­tia nazi­stow­ska przy­zna­wała bied­nym rodzi­nom finan­sowe zapo­mogi, aby umoż­li­wić im wyjazd na waka­cje.

Myślę, że wszyst­kie dziew­częta z dziel­nicy Mitte czuły to samo co ja. Podróż pocią­giem była dla mnie dużym prze­ży­ciem. Wagon koły­sał się deli­kat­nie, a za oknem leni­wie prze­su­wał się kra­jo­braz mija­nych oko­lic. Pra­wie cały czas wyglą­da­ły­śmy przez okno, wyma­chu­jąc rękami na cie­płym wie­trze i krzy­cząc do ludzi, któ­rych widzia­ły­śmy po dro­dze. Heil Hitler! - woła­ły­śmy, a ludzie nam odma­chi­wali. W swo­ich wykroch­ma­lo­nych mun­du­rach i wyglan­co­wa­nych butach czu­ły­śmy się tak, jak­by­śmy były innymi dziew­czy­nami. Kiedy fabryki z wyso­kimi okop­co­nymi komi­nami zni­kły nam z oczu, ustę­pu­jąc miej­sca roz­le­głym polom, rze­kom i lasom, patrzy­łam na to jak urze­czona. Pociąg zatrzy­mał się na sta­cji pośrodku lasu. Wysia­dły­śmy z wago­nów i usta­wi­ły­śmy się w sze­regu, tak jak nas uczono. Dwie instruk­torki, czyli Jungmädelgruppenführerinnen, jak je nazy­wano, zro­biły zbiórkę, żeby się upew­nić, czy wszyst­kie dziew­częta są obecne i żadna nie została w pociągu. Kiedy stwier­dziły, że jeste­śmy w kom­ple­cie, ruszy­ły­śmy w drogę do obozu, który znaj­do­wał się jakieś dwa kilo­me­try od sta­cji. Po dotar­ciu na miej­sce usta­wi­ły­śmy się w sze­regu przed masz­tem, a instruk­torki wcią­gnęły na niego flagę ze swa­styką. Była to jedna z pierw­szych rze­czy, które musia­ły­śmy zro­bić po przy­by­ciu do obozu.

Potem trzeba było roz­sta­wić namioty, roz­pa­lić ogni­sko i przy­rzą­dzić posi­łek. Ten ostatni skła­dał się pra­wie zawsze z nie­miec­kich kieł­ba­sek, które uwiel­bia­ły­śmy. Roz­ma­wia­ły­śmy aż do chwili, kiedy musia­ły­śmy udać się do swo­ich namio­tów, czyli bil­let (kwa­ter), jak mówią Anglicy, i przy­go­to­wać się do snu. Nie wolno nam było sie­dzieć do późna i czę­sto musia­ły­śmy być w łóż­kach już o ósmej wie­czo­rem. Nasze nauczy­cielki i instruk­torki twier­dziły, że sen jest nie­zbędny dla wła­ści­wej spraw­no­ści umy­sło­wej.

Pierw­szego dnia instruk­torki obu­dziły nas mię­dzy siódmą a ósmą. Po umy­ciu się i prze­bra­niu w stroje gim­na­styczne musia­ły­śmy ćwi­czyć przez pół godziny, cza­sami nieco dłu­żej. Potem popro­wa­dzono nas nad małą rzeczkę, gdzie była dość płytka woda. Zdję­ły­śmy ubra­nia i wsko­czy­ły­śmy do wody, ochla­pu­jąc się nawza­jem i wygłu­pia­jąc; było cudow­nie, cho­ciaż o tej porze jesz­cze chłod­nawo. Kiedy kazano nam wyjść z wody, wytar­ły­śmy się, ale ubra­nia czę­sto zakła­da­ły­śmy dopiero po powro­cie do obozu. W obo­zie prze­bie­ra­ły­śmy się w mun­dury i zapla­ta­ły­śmy włosy - na ogół jedna dru­giej.

Kiedy były­śmy gotowe, szły­śmy na śnia­da­nie, które zwy­kle pocho­dziło pro­sto z oko­licz­nych gospo­darstw rol­nych, bo w ramach zajęć obo­zo­wych czę­sto przy­wo­zi­ły­śmy sobie pro­wiant. W ciągu dnia ćwi­czy­ły­śmy się w sztuce prze­trwa­nia: jak roz­pa­lić ogni­sko, schro­nić się przed złą pogodą, zdo­być w lesie poży­wie­nie. Uczy­ły­śmy się też wspi­nać i orien­to­wać w tere­nie, co bar­dzo nam się podo­bało. W rze­czy samej naby­wa­ły­śmy wiele nowych umie­jęt­no­ści, dzięki któ­rym dorów­ny­wa­ły­śmy chłop­com. Po powro­cie do domu mogły­śmy potem robić uży­tek z tych nowych umie­jęt­no­ści w codzien­nym życiu. Jedno zda­rze­nie w związku z tym było nie­przy­jemne: kiedy kró­lik zła­pał się w sidła, które nauczono nas robić. Nasza dru­ży­nowa szybko chwy­ciła go za tylne łapy, ten zaczął pisz­czeć, a wtedy dru­ży­nowa ude­rzyła go krótką pałką w kark. Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łam dzi­kiego kró­lika w natu­rze, a co dopiero w sidłach i zabi­tego. Był taki mały i zupeł­nie nie podo­bało mi się to, co z nim zro­biono. Po kilku kon­wul­syj­nych drgaw­kach i odda­niu moczu kró­lik znie­ru­cho­miał. Katha­rina, nasza dru­ży­nowa, poło­żyła go na ziemi i zoba­czy­ły­śmy, że z bru­nat­nego futra zabi­tego kró­lika wycho­dzą pchły. Jedna z dziew­cząt jęk­nęła:

- O rany, chyba się zaraz porzy­gam.

Nie mogłam się oprzeć, żeby go nie pogła­skać, ale nauczy­cielka kazała nam szybko się odsu­nąć, żeby pchły na nas nie prze­sko­czyły.

Dziew­częta z dziel­nicy Mitte i Jungmädelbund 51

- Trzeba zawsze pocze­kać, aż kró­lik osty­gnie, zanim się zacznie go opra­wiać - pouczyła.

Potem z bli­ska poka­zała nam, jak ścią­gnąć z kró­lika skórę i przy­go­to­wać go do goto­wa­nia, wyrzu­ca­jąc wnętrz­no­ści w pobli­skie krzaki. Wszyst­kie patrzy­ły­śmy na to ze zgrozą, zasła­nia­jąc rękami usta, bo było nam nie­do­brze. Kró­lik ten, razem z innymi, które tego dnia zła­pano w sidła, został póź­niej udu­szony z warzy­wami, w potrawce. Kiedy podano go na stół, wiele z nas dzio­bało go tylko widel­cem, bojąc się go jeść, ale surowe upo­mnie­nia dru­ży­no­wej skło­niły nas w końcu do spró­bo­wa­nia. Muszę przy­znać, że ten duszony kró­lik bar­dzo mi sma­ko­wał. Zja­dły­śmy go z chle­bem. Prawdę mówiąc, dawno nie jadłam nic tak smacz­nego. Wra­ca­jąc do domu, do dziel­nicy Mitte, czu­łam się o wiele sil­niej­sza i zdrow­sza.

Dla wielu dziew­cząt Jungmädelbund stał się namiastką rodziny. Zwią­zek był celowo zor­ga­ni­zo­wany tak, żeby przy­po­mi­nać wielką rodzinę. Tak jak w wypadku chłop­ców nazi­ści sta­rali się wyrwać dziew­czynki spod wpływu rodzi­ców i star­szych osób. Uwa­żali, że starsi ludzie wyznają na­dal typowe dla daw­nych Nie­miec poglądy i war­to­ści, które nie mogą być tole­ro­wane u mło­dzieży hitle­row­skiej. Wszyst­kie dziew­częta musiały prze­strze­gać pew­nej hie­rar­chii.

Opra­co­wano sys­tem rang, bar­dzo podobny do obo­wią­zu­ją­cego w armii nie­miec­kiej. Pod kie­run­kiem von Schi­ra­cha Jungmädelbund został podzie­lony na dru­żyny, plu­tony i kom­pa­nie. Każda kom­pa­nia dzia­łała na okre­ślo­nym obsza­rze zwa­nym Gau, który w Trze­ciej Rze­szy był jed­nostką admi­ni­stra­cyjno-tery­to­rialną. Gau (okręg) skła­dał się z kilku Unter­gau (pod­okrę­gów), a kilka Gau two­rzyło Obe­rgau (nado­kręg). Całość sta­no­wiła Gau­ver­band (zwią­zek Gau) i pod­le­gała Reichsjugendführung (Przy­wódz­twu Mło­dzieży Rze­szy). Wszyst­kie sprawy doty­czące BDM znaj­do­wały się w gestii Reich­sre­fe­ren­tin-BDM, czyli urzęd­niczki odpo­wie­dzial­nej za BDM, a wszyst­kie sprawy doty­czące Jungmädelbund - w kom­pe­ten­cji Jungmädel-Untergauführerin. Człon­ki­nie Jungmädelbund zachę­cano do zdo­by­wa­nia kolej­nych szcze­bli w orga­ni­za­cji, a wraz z nimi - medali i nagród. Sys­tem rang w Jungmädelbund wyglą­dał nastę­pu­jąco:

Jungmädel

Jungmädelschaftsführerin

JM-Scharführerin

JM-Gruppenführerin

JM-Ringführerin

JM-Untergauführerin

Dewiza Jungmädelbund była bar­dzo podobna do dewizy Bund Deut­scher Mädel: "Bądź wierna, bądź czy­sta, bądź Niemką".

W jed­nej ze swo­ich patrio­tycz­nych mów Bal­dur von Schi­rach powie­dział dziew­czę­tom: "Nie potrze­bu­jemy przy­wód­ców inte­lek­tu­al­nych, któ­rzy two­rzą nowe idee, ponie­waż naj­wyż­szym wło­da­rzem wszyst­kich dążeń mło­do­ści jest Adolf Hitler". Dora Brun­nin­ghau­sen, która jako dzie­się­cio­let­nia dziew­czynka też wstą­piła do Jungmädelbund w 1933 roku, przy­znaje, że z cza­sem orga­ni­za­cja stała się dla niej waż­niej­sza niż rodzina:

Pocho­dzi­łam z rodziny miesz­ka­ją­cej w dziel­nicy Mitte, więc Hitler­ju­gend był dla mnie swego rodzaju wyba­wie­niem. W naszym domu pozy­cja kobiet była jasna. Kocha­łam star­szego brata, który przede mną wstą­pił do Hitler­ju­gend (dla chłop­ców), ale mia­łam mu za złe, że zawsze był trak­to­wany ina­czej, zwłasz­cza przez ojca. Matka i ja były­śmy do pew­nego stop­nia ster­ro­ry­zo­wane i cza­sami czu­łam się bez­war­to­ściowa, jak­bym się zupeł­nie nie liczyła. Byłam tym zmę­czona, mia­łam żal do ojca i w jego obec­no­ści czu­łam się zastra­szona. W tych cza­sach ojco­wie nie­kiedy bar­dzo surowo trak­to­wali córki, a mój był bar­dzo srogi. Jeśli zro­bi­łam coś nie tak, to naj­czę­ściej mnie bił, zazwy­czaj skó­rza­nym pasem, co naprawdę bolało. Nie mogłam się docze­kać, kiedy wyjadę z Jungmädelbund. Tam było ina­czej. Sza­no­wa­ły­śmy się i łączyła nas silna więź, któ­rej tak bar­dzo bra­ko­wało w naszym życiu rodzin­nym. Na­dal kocha­łam ojca, ale nie była to głę­boka miłość, nie taka, jak powinna być.

W 1933 roku Niemcy dzie­liło sześć lat od następ­nej wojny świa­to­wej. Lata poprze­dza­jące wybuch wojny w 1939 roku wiele Nie­mek zapa­mię­tało jako jedne z naj­lep­szych w swoim życiu. Dla człon­kiń Jungmädelbund wej­ście w świat Adolfa Hitlera i jego poli­tyki było począt­kiem pięk­nej bajki: let­nie obozy, lep­sze jedze­nie, nowe przy­jaź­nie i szansa na udział w defi­la­dach pod­czas naj­więk­szych mani­fe­sta­cji poli­tycz­nych, jakie oglą­dał świat. Jed­no­cze­śnie zupeł­nie zmie­nił się ich spo­sób widze­nia świata - zaczęły myśleć i czuć po nazi­stow­sku. Dziew­częta z dziel­nicy Mitte doro­sły i poprzez dzia­łal­ność w mło­dzie­żo­wej orga­ni­za­cji, która absor­bo­wała je coraz bar­dziej, szu­kały swego miej­sca w hitle­row­skiej Trze­ciej Rze­szy. Tu w końcu mogły uciec od nud­nego, nie­mal wik­to­riań­skiego życia i czuć się czę­ścią cze­goś war­to­ścio­wego, wyjąt­ko­wego. Były jed­nak zbyt młode i naiwne, żeby dostrzec zbli­ża­jące się nie­bez­pie­czeń­stwo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki