Dziewczyny wodza - Tim Heath

Reflow text when sidebars are open.
Wstęp
Młodzież, która kończy moje szkoły, będzie postrachem świata! Adolf Hitler, lata trzydzieste
Pomysł tej książki powstał w listopadzie 1997 roku na niemieckim cmentarzu wojskowym w Cannock Chase, w angielskim hrabstwie Staffordshire. Był lodowato zimny, deszczowy i wietrzny ranek. Przyjechałem zrobić zdjęcia kilku nagrobków na potrzeby programu badawczego, który wtedy realizowałem.
Wszystko szło gładko, dopóki na cmentarz nie zawitała wycieczka z Niemiec. Jak się potem dowiedziałem, była to jedna z wielu wycieczek organizowanych przez towarzystwo opieki nad cmentarzami wojennymi w Kassel. Kilku jej uczestników zainteresowało się, dlaczego fotografuję i robię notatki przy tak niesprzyjającej pogodzie - muszę być chyba niespełna rozumu. W końcu jeden nie wytrzymał i podszedł do mnie. Przedstawił się, uścisnęliśmy sobie ręce i zaczęliśmy rozmawiać.
Tymczasem deszcz przeszedł w śnieg i zrobiło się jeszcze paskudniej. Schroniliśmy się w holu pobliskiego budynku, gdzie mogliśmy dość wygodnie kontynuować rozmowę. Grupka uczestników wycieczki krążyła między swoim luksusowym autokarem a budynkiem, przynosząc swoim zziębniętym koleżankom i kolegom świeżo upieczone hot dogi i kubki z parującą kawą.
- Musiał pan przemarznąć na kość, a w ogóle to co pan tu robi przy tak fatalnej pogodzie? - zagadnęła mnie jedna z kobiet.
Wcisnąwszy mi do ręki hot doga i kubek z gorącą kawą, przedstawiła się:
- Nazywam się Kirsten Eckermann i przyjechałam na tydzień do Anglii z mężem i siostrą, żeby odwiedzić grób jej męża. Służył w Luftwaffe i w 1943 roku zginął nad Anglią.
Rozmowa nieuchronnie zeszła na czasy wojny, z którymi wielu starszych Niemców wciąż stara się dojść do ładu albo o których usilnie chce zapomnieć. Zapytałem Kirsten o jej młodość. Jakie piętno odcisnęła wojna na jej życiu i życiu jej rodziny i jak wyglądało dorastanie w hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy? Wiele rzeczy, o których opowiedziała mi Kirsten, bardzo mnie zdziwiło, a zwłaszcza to, że dziewczynki i młode kobiety też musiały należeć do Hitlerjugend. Nie miały większego wyboru i wiele z nich ze strachu wstąpiło do organizacji.
Nie wiedziałem wcześniej, jaką rolę odgrywała młodzież żeńska w nazistowskich Niemczech. Nie słyszałem o dwóch najważniejszych hitlerowskich organizacjach dziewczęcych: Jungmädelbund (Związek Młodych Dziewcząt) dla dziewczynek w wieku 10-14 lat i BDM, czyli Bund Deutscher Mädel (Związek Niemieckich Dziewcząt) dla panien w wieku 14-18 lat. Nieznane były mi liczne problemy, z jakimi borykała się młodzież żeńska w ówczesnych Niemczech, ani wymagania, jakie stawiały jej z jednej strony hitlerowski system oświatowy, a z drugiej rodzice. Dziewczęta starały się wyzwolić spod rodzicielskiej kurateli i zyskać niezależność. Często kończyło się to rodzinną kłótnią i zdarzało się, że ojcowie nie żałowali pasa.
Dziewczyny z Bund Deutscher Mädel na Wilhelmsplatz (zdjęcie z archiwum B. Schüttenkopf)
W Trzeciej Rzeszy - wyjaśniała Kirsten - niemieckie kobiety odgrywały bierną rolę. Początkowo sprowadzała się ona do dwóch rzeczy: prowadzenia domu i wychowywania dzieci. Jednakże po wybuchu wojny w 1939 roku, z powodu niepowetowanych strat zarówno w zasobach ludzkich, jak i materialnych, władze musiały zmienić kurs wobec żeńskiej części młodzieży. Od końca 1943 roku aż do upadku i kapitulacji Trzeciej Rzeszy dziewczęta wcielano do wojska. Uczono je obsługi karabinów, broni maszynowej i przeciwpancernej, konstruowania min pułapek. Była to daremna próba zapobieżenia nieuchronnej klęsce.
Wielu ludziom trudno dziś uwierzyć, że młode dziewczęta walczyły ramię w ramię z żołnierzami Wehrmachtu, którzy mogliby być ich ojcami, albo tworzyły własne oddziały, zadające nieprzyjacielowi poważne straty. W 1944 roku dowództwo niemieckie sformowało kobiece oddziały partyzanckie, które walczyły z Armią Czerwoną w rejonie Warszawy1.
Szybko zrozumiałem, że dzięki przypadkowemu spotkaniu zdobyłem bardzo cenne informacje, zasługujące na uwiecznienie. Zapytałem więc Kirsten, czy nie zechciałaby mi pomóc w ich opracowaniu, być może w postaci książki. Odparła, że chętnie mi pomoże, oczywiście w miarę swoich możliwości. Wymieniliśmy się adresami i uścisnęliśmy sobie ręce. Kirsten obiecała porozmawiać w Niemczech ze swymi przyjaciółkami, które również miały do opowiedzenia ciekawe historie. Rozpocząłem pracę nad tekstem, korespondując z wieloma osobami i przeprowadzając masę wywiadów przez Internet i telefon. Jednocześnie prowadziłem kwerendę w archiwach w Wielkiej Brytanii i na kontynencie europejskim.
Książka oparta jest na materiale zgromadzonym dzięki rozmowom z kobietami, które dopiero teraz, po tylu latach od zakończenia wojny, zdecydowały się przerwać milczenie.
Kirsten Eckermann (po lewej) zbiera datki podczas zjazdu nazistów (zdjęcie z archiwum K. Eckermann)
Wiele z nich miało słuszne powody, żeby nie mówić o tym, co przeżyły. Tylko dzięki mojej współpracy z niemieckim towarzystwem opieki nad cmentarzami wojennymi przekonały się, że zasługuję na zaufanie, i postanowiły mnie pierwszemu opowiedzieć swoje wspomnienia, historie i anegdoty. Nasze rozmowy po przetłumaczeniu ich stały się prawdziwą kopalnią wiadomości. Ponieważ niektóre z moich rozmówczyń osobiście znały Hitlera, Göringa czy Himmlera, prowadzone przez nie pamiętniki dostarczyły nowych, nieznanych wcześniej informacji o tych najwyższych dygnitarzach Trzeciej Rzeszy.
Z ich opowieści wyłania się mało budujący obraz. Niektóre z moich rozmówczyń zostały zgwałcone i były świadkami brutalnych mordów popełnianych na swoich koleżankach przez żołnierzy sowieckich. Dlatego wiele stronic tej książki może bulwersować, a nawet przerażać czytelnika.
Mam jednak nadzieję, że moja książka stanie się ważnym głosem pokolenia niemieckich kobiet i dziewcząt, głosem, który zostanie wysłuchany. Wiele z nich weszło już w smugę cienia i z każdym rokiem ich grono się kurczy. Wkrótce wszystkie odejdą, zabierając ze sobą do grobu swoje przeżycia i wspomnienia. Dlatego moim gorącym pragnieniem jest to, aby ta publikacja, przemawiająca wprost do serc i umysłów czytelników - bez względu na ich zainteresowania - została właściwie zrozumiana i zapamiętana.
To, czego dowiedziałem się od roku 1997, w którym zaczęła się moja długoletnia przygoda z tą książką, zmusiło mnie do zmiany wyobrażeń o życiu dziewcząt i młodych kobiet pod rządami Hitlera. Wiele z nich można nazwać gołębicami, które znalazły się wśród jastrzębi.
Rozdział 1
Narodziny Trzeciej Rzeszy
Po serii nadzwyczajnych wydarzeń społecznych i politycznych, w tym śmierci prezydenta Hindenburga 2 sierpnia 1934 roku, Adolf Hitler został Führerem, czyli wodzem Niemiec. Tak narodziła się Trzecia Rzesza. Hitler działał szybko i zdecydowanie, aby przejąć władzę absolutną. Już wcześniej mianował oddanych sobie ludzi na najważniejsze stanowiska w aparacie państwowym i zakazał działalności związków zawodowych, tworząc zamiast nich sterowany przez państwo Deutsche Arbeitsfront (Niemiecki Front Pracy). Jednocześnie zdelegalizowano wszystkie niezależne partie i organizacje polityczne.
Narodowosocjalistyczny potwór, którego zapewne niechcący stworzyło społeczeństwo niemieckie, błyskawicznie pożerał Niemcy. W krótkim czasie prasa, gospodarka i wszystkie dziedziny działalności kulturalnej znalazły się pod władzą ludzi Hitlera. Stało się jasne, że los obywatela niemieckiego będzie odtąd zależał od jego politycznej lojalności. Dotyczyło to zwłaszcza osób zamożnych.
Tysiące Niemców przeciwstawiało się partii hitlerowskiej i zagarnięciu przez nią totalnej władzy. Wielu z nich zostało aresztowanych i zamkniętych w obozach koncentracyjnych. Władze nie ukrywały, co ich spotkało - o obozach koncentracyjnych bez żenady mówiło się i pisało w środkach przekazu. W latach 1933-1944 w hitlerowskich Niemczech zapadło 13 405 wyroków śmierci, 11 881 z nich zostało wykonanych.
Rychło jednak wszelkie przejawy opozycji w społeczeństwie niemieckim zanikły. Hałaśliwa propaganda sławiła zniszczenie demokracji w Niemczech. Jednocześnie odbywały się inscenizowane przez władze masowe demonstracje, które miały stworzyć wrażenie, że wszyscy popierają Hitlera. Jego zwolennicy wywodzili się w większości spośród robotników i klasy średniej, gdyż to oni najbardziej odczuli skutki niemieckiej klęski w pierwszej wojnie światowej, a potem realizacji postanowień znienawidzonego traktatu wersalskiego.
Od początku kariery politycznej, której zwieńczeniem było zdobycie władzy, Hitler dbał o to, żeby zapewnić sobie poparcie wymienionych grup. W roku 1933 bezrobocie w Niemczech osiągnęło poziom 35 procent. Był to historyczny rekord. Jednakże po dojściu Hitlera do władzy w styczniu tego roku sytuacja robotników i klasy średniej poprawiła się bardzo nieznacznie, wiele rodzin nadal ledwie wiązało koniec z końcem. Zarządzony przez Hitlera program remilitaryzacji Niemiec, który miał uzdrowić gospodarkę, w rzeczywistości odbił się na niej niekorzystnie.
Około połowy XIX wieku na południowych i północno-wschodnich krańcach śródmieścia Berlina, w dzielnicy zwanej Mitte (dosłownie "środek"), wyrósł las tanich kamienic, które nazwano Mietskasernen ("czynszowymi koszarami"). Mieszkali w nich robotnicy z pobliskich fabryk i zakładów przemysłowych. Tymczasem arystokraci i mieszczanie zamieszkiwali podmiejskie dzielnice Berlina: Dahlem, Grunewald, Köpenick. Mietskasernen stały szeregiem przy szarych, mrocznych i smutnych ulicach. Śródmieście Berlina przypominało dzielnicę Londynu East End, jego mieszkańcy wyglądali i żyli podobnie jak londyńska biedota.
Tu właśnie 14 stycznia 1929 roku w rodzinie robotniczej przyszła na świat Anna Dann. Rodzina składała się z matki Hanny, ojca Ericha i dwóch braci, Franza i Josefa. Anna opowiada:
Gdy Hitler doszedł do władzy, miałam tylko cztery lata, ale niejedno pamiętam, na przykład powroty mojego ojca Ericha z fabryki. Twarz i ręce miał prawie zawsze czarne od sadzy, smaru i wszelkich innych rzeczy, którymi brudził się przy pracy. Praca odbijała się na jego zdrowiu. Pamiętam, że zanosił się kaszlem i rzęził tak bardzo, że czasem omal nie wymiotował. Pamiętam, jak rodzice rozmawiali o Hitlerze. Zastanawiałam się, kto to jest ten Hitler, ale nie miałam wtedy pojęcia ani kim jest, ani co robi, bo małe dzieci nie znają się przecież na polityce. W tym czasie Hitler był dla mnie jak postać z komiksu.
Kiedy sięgam pamięcią do tych lat, nie mogę powiedzieć, żeby pod rządami hitlerowców nasze warunki życiowe nagle się poprawiły. Mieszkanie było małe, często brudne i nawiedzane przez szczury i myszy (przyłażące z pobliskich fabryk). Nie miało prawie żadnych wygód typowych dla nowoczesnych domów w Berlinie, w którym dzielnica Mitte jest sercem niedawno zjednoczonego miasta, wraz z pięcioma innymi centralnymi dzielnicami.
Wiem, że na moim ojcu robiły wrażenie roztaczane przez Hitlera wizje przyszłego dobrobytu. Każdy chciał żyć lepiej i mój ojciec chodził z kolegami słuchać Hitlera. Żyło się nam bardzo ciężko, często nie dojadaliśmy, a zimą marzliśmy.
Moja mama Hanna dbała o nas, jak mogła. Pilnowała, żebyśmy byli czyści, a ubrań przeważnie nigdy się nie wyrzucało, ale cerowało i nosiło dalej. W tych czasach nie było pomocy finansowej, z której mogłyby korzystać takie rodziny jak nasza. Ojciec musiał zapewnić rodzinie utrzymanie, a matka zajmowała się dziećmi. Zdarzało się nawet, że nie miałam skarpetek ani butów. Dopiero gdy podrosłam, zrozumiałam, w jakim otoczeniu żyję, kim są hitlerowcy i jakie mają plany wobec Niemiec i niemieckiego społeczeństwa.
Mój ojciec był patriotą. Pamiętam, jak czytał jedną z broszur partii narodowosocjalistycznej. Pamiętam nie tyle treść, ile okładkę. Była na niej grupa niemieckich robotników z zaciśniętymi pięściami uniesionymi do góry. Wyglądali jak mój ojciec, więc mawiałam: "Tato, to ty". Okładka zwróciła moją uwagę, bo była bardzo kolorowa i poruszająca pod względem wizualnym. Zastanawiając się dziś nad tym, sądzę, że miała rozpalać w ludziach patriotyzm, i to w agresywnym wydaniu. I pomyśleć, że osobiście spotkam się później, choć tylko przelotnie, z tym człowiekiem, Adolfem Hitlerem, i uścisnę mu rękę, bo też stanę się trybikiem w całej tej machinie.
Latem 1933 roku Hitler sprawował już w Niemczech niepodzielną władzę. Organizacje społeczne, gospodarcze i zawodowe zostały całkowicie wchłonięte przez partię nazistowską, a jej działacze objęli wszystkie kluczowe stanowiska. Lojalni funkcjonariusze mieli zapewnić nazistom kontrolę nad zwykłymi obywatelami. Nawet dostojnicy Kościołów protestanckich i Kościoła katolickiego poparli narodowych socjalistów, nie zdając sobie sprawy, że przykładają rękę do budowy państwa niewolniczego.
Hitler i jego ludzie dotrzymali obietnic złożonych klasie robotniczej i robili wiele, żeby zwalczyć nękającą Niemcy plagę bezrobocia. Jednym z osiągnięć nowych władz była budowa sieci autostrad. Szosy te nie powstały dla zaspokojenia jakichś pilnych potrzeb komunikacyjnych. Miały zapewnić pracę i płacę niemieckiemu robotnikowi, który dzięki temu mógł odzyskać szacunek do siebie i utrzymać rodzinę. Dopiero później, gdy ruszyła niemiecka machina wojenna, autostrady nabrały strategicznego znaczenia. Tego rodzaju przedsięwzięcia osiągnęły zamierzony cel i w roku 1938 roku stopa bezrobocia w Niemczech spadła poniżej pięciu procent. Był to olbrzymi sukces, który przekonał część sceptyków, że Hitler może radykalnie poprawić sytuację społeczną i gospodarczą.
We wrześniu 1933 roku ruszyła coroczna akcja charytatywna Winterhilfswerk (WHW), czyli Pomoc Zimowa.
W jej ramach zbierano datki od przedsiębiorstw, instytucji i zamożnych obywateli w całych Niemczech i przekazywano je potrzebującym: ubogim, bezrobotnym i bezdomnym. Przedsięwzięcie to również okazało się sukcesem, wspomagając biedne rodziny robotnicze z przemysłowego centrum Niemiec, którym szczególnie dały się we znaki wcześniejsze zimy. WHW działała pod napawającym otuchą hasłem:
"Pomagamy sobie".
Również w 1933 roku Hitler zarządził remilitaryzację Niemiec. Program zbrojeń dodatkowo przyczynił się do rozwiązania problemu bezrobocia i stworzył przesłanki do hitlerowskiej agresji w Europie. W chwili dojścia nazistów do władzy Kirsten Eckermann miała dziesięć lat:
Pamiętam początkowe zauroczenie mojego ojca Hitlerem. Jak wielu Niemców rodzice bardzo ucierpieli wskutek pierwszej wojny światowej. Ojciec stracił na wojnie kilku członków rodziny, więc w pewnym sensie można mu to wybaczyć. Mieszkaliśmy w przemysłowej wsi, jak czasami mówiło się o śródmieściu Berlina. Wszyscy mężczyźni byli robotnikami, ale niektórzy mieli wysokie kwalifikacje. Zdarzało się, że bezrobocie wpędzało ludzi w okropną nędzę. Jeśli mężczyzna nie pracował, nie mógł utrzymać rodziny, a wtedy często dochodziło do przemocy domowej.
Mój ojciec, jak wielu mężczyzn z jego środowiska, był bardzo surowy i łatwo wpadał w gniew. Rzadko okazywał mi uczucia. Nawet kiedy byłam mała, nieczęsto mnie całował i przytulał. Zawsze robiłam to, co mi kazano, i słuchałam rodziców. Tego właśnie wymagano wówczas od dziewcząt. Sama nigdy nie interesowałam się polityką i puszczałam mimo uszu rozmowy rodziców o Hitlerze i partii nazistowskiej. W naszym domu nazwisko Hitlera słyszało się często. Bywały dni, gdy ojciec przychodził pijany i w kółko gadał o Hitlerze. Nie śmiałam wyjść z pokoju bez zgody rodziców, więc musiałam siedzieć i słuchać, jak peroruje, dopóki się nie wygadał.
Wiem, że bardzo wielu Niemców z klasy robotniczej winiło Żydów za swoją niedolę. To dlatego, że słuchali Hitlera, który wykorzystywał ich lęki, aby zbić kapitał polityczny. Ale oczywiście problemy istniały naprawdę i być może Żydzi ponosili winę za niektóre z nich. Wiele fabryk, warsztatów i sklepów należało do Żydów. Kiedy ludzie tracili pracę, oczywiście winili o to żydowskich właścicieli, a Hitler i naziści to wykorzystywali. Moja matka też kiedyś znalazła pracę u żydowskiego sklepikarza, ale musiała odejść, bo syn właściciela zaczął się do niej zalecać. Ojciec był wściekły, lecz w tym czasie niewiele mógł poradzić. Hitler uważał, że Niemcy są pod względem rasowym rynsztokiem, i krzyczał, że niższe rasy, jeśli będzie się je tolerować, zniszczą rasę germańską i jej czystość.
Z jakiegoś dziwnego powodu Hitler podobał się dziewczętom i przyciągał ich uwagę. "Niemcy dla Niemców" - krzyczał z głębokim przekonaniem na każdym wiecu. Potrafił wzruszyć cię do łez tak jak nikt inny. Nie można się więc dziwić, do czego to wszystko doprowadziło. Chyba mało kto przypuszczał, że nazistowski rząd utrzyma się dłużej i że za jego popieranie trzeba będzie zapłacić bardzo wysoką cenę.
W szkole skutki rządów nazistowskich ujawniły się bardzo szybko. W naszej szkole było wielu żydowskich uczniów, ale zaraz po zdobyciu władzy przez nazistów to się zmieniło. Dzieci żydowskie stały się przedmiotem drwin i po pewnym czasie zaczęły być terroryzowane przez nauczycieli i innych uczniów. Nie mieliśmy odwagi rozmawiać z żydowskimi kolegami, bo nauczyciele uprzedzili nas, że jest to zakazane. Dziewczynki zbierały się w grupki i upatrywały sobie jakąś żydowską uczennicę: ciągnęły ją za włosy, szarpały za ubranie, a kiedy leżała na ziemi i płakała, pluły na nią i krzyczały Jude.
Mój Boże, to były straszne czasy i między innymi dlatego aż do dziś nie chciałam o nich rozmawiać. Na litość boską, wszyscy chcieliśmy tylko chleba - to po prostu poszło za daleko.
Realizując programy, które służyły mobilizacji robotników i remilitaryzacji Niemiec, Hitler wdrożył jednocześnie plan pozbycia się z Niemiec elementów niepożądanych. W tym celu wprowadzono przepisy dyskryminacyjne. Żydzi, Cyganie, komuniści, świadkowie Jehowy i czarnoskórzy zostali uznani za osoby niepożądane. Pytany o powody, Hitler wyjaśnił z gniewem: "Ponieważ nie podlegają oni niemieckiej woli i są obcy niemieckim wartościom. A więc jako rasa przestępców, którzy nie angażują się w sprawy niemieckie nie mogą wnieść niczego wartościowego w dzieło budowy moich Niemiec".
Żydzi, którzy postanowili zostać w Niemczech, zostali wkrótce potem pozbawieni obywatelstwa. Nie mogli znaleźć pracy i nie mieli nawet prawa posiadać samochodu. Dzieci żydowskie często relegowano ze szkół państwowych, a ich rodzinom konfiskowano nieruchomości i drogocenne przedmioty. Niekiedy Żydów pozbawiano nawet rzeczy niezbędnych do życia, takich jak żywność i lekarstwa. Tego rodzaju przypadki prześladowań rasowych szokowały wielu cudzoziemców odwiedzających Niemcy.
Obsesja Hitlera na punkcie czystości rasowej przybrała obłąkańcze rozmiary. Często konferował on ze swymi głównymi pomagierami, aby omawiać "kwestię żydowską", jak to nazywał. Tymczasem przemoc wobec Żydów na ulicach Niemiec stała się codziennością. Zacytujmy Kirsten Eckermann:
Chociaż było to kilka lat przed Kristallnacht ("nocą kryształową"), czyli ogólnokrajowym pogromem Żydów z 9 listopada 1938 roku, na ulicach niemieckich miast, a zwłaszcza Berlina, akty przemocy wobec Żydów były nagminne. Oczywiście robiliśmy zakupy w sklepach żydowskich i zanim Hitler został kanclerzem, nikt z nas specjalnie się nad tym nie zastanawiał.
Po dojściu do władzy Hitler nie czekał długo, żeby podsycić niechęć między niemieckimi robotnikami a bogatymi Żydami, którzy byli właścicielami fabryk i sklepów. Narastała ona od jakiegoś czasu i była jak dynamit czekający na podpalenie lontu. Hitlerowcy dokładali wielu starań, aby uniemożliwić Niemcom korzystanie z żydowskich sklepów. Często zadanie to powierzano członkom Sturmabteilungen (SA - Oddziały Szturmowe), czyli "brunatnym koszulom", jak ich nazywano. Na drzwiach i oknach sklepu malowali Gwiazdy Dawida i napisy w rodzaju Jude albo Achtung Juden! (Uwaga, Żydzi!), aby każdy wiedział, że w tym sklepie nie należy kupować.
Często chodziłam z mamą po zakupy i wielokrotnie byłyśmy mimowolnymi świadkami przemocy. Któregoś dnia przed jednym ze sklepów zebrała się grupa SA-manów. Na drzwiach namalowali właśnie gwiazdę Dawida, na frontowej witrynie trupią czaszkę. "Nie kupujcie u Żydów - krzyczeli do przechodniów. - Kupujcie tylko u Niemców", "Nie zbliżajcie się do tych psów" i tym podobne rzeczy. Właściciel sklepu rozpaczliwie próbował ich skłonić, żeby dali mu spokój, ale wskórał tylko tyle, że zaczęli go bić na oczach żony i dzieci. Kiedy jedni bili właściciela, który leżał na ziemi, inni zaczęli rozbijać szyby w oknach. Mama wzięła mnie za rękę i szybko odeszłyśmy. Musiałyśmy przepychać się przez wielki tłum gapiów, który tymczasem zebrał się przed sklepem. Pamiętam krzyki rodziny właściciela, histeryczne krzyki jego żony i dzieci. Spojrzałam na mamę i zapytałam: "Mutter, dlaczego oni to robią? Dlaczego nie możemy już tam robić zakupów?". Rozumiałam bazgroły, które SA-mani wymalowali na witrynach, ale wciąż nie do końca pojmowałam, dlaczego musieli to zrobić tym ludziom.
W szkole zaczęto nas uczyć Mein Kampf i powtarzano, że jeśli nie zniszczymy Żydów w naszym społeczeństwie, to oni zniszczą nas. Kiedy wstąpiłam do Jungmädelbund i Bund Deutscher Mädel, zaczęłam lepiej orientować się w sytuacji, chociaż nadal nie wszystko rozumiałam. Mogę uczciwie powiedzieć, że nie byłam wrogo nastawiona do Żydów i nigdy nie skrzywdziłam fizycznie nikogo, bez względu na jego rasę itp. Mówiono nam, że takie postępowanie jest dla nas, niemieckich dziewcząt, właściwe, że mamy określone obowiązki wobec swojego kraju i musimy być posłuszne nowemu niemieckiemu porządkowi w imię Adolfa Hitlera, naszego Führera.
Naziści mieli też ambicję stworzenia w Trzeciej Rzeszy nowej kultury. 10 maja 1933 roku studenci Uniwersytetu Berlińskiego pomaszerowali na Opernplatz i podpalili tam wielką stertę książek. Palono dzieła pisarzy uznanych za obcych duchowi niemieckiemu, oczerniających niemiecki naród i reprezentujących "bękarcią kulturę" dawnych Niemiec.
Wkrótce potem powstała Izba Kultury Rzeszy, której kierownictwo objął dr Joseph Goebbels. Każdy twórca i każda organizacja działająca w dziedzinie sztuk pięknych, muzyki, teatru, radiofonii itp. musiała wstąpić do odpowiedniej izby branżowej, wchodzącej w skład Izby Kultury Rzeszy. Za złamanie tego przepisu groziło więzienie. Ze wszystkich izb najlepiej wiodło się Izbie Muzyki, bo muzyka w najmniejszym stopniu poddawała się upolitycznieniu. Zakazana jednak została muzyka kompozytorów żydowskich, takich jak Mendelssohn. Muzyków żydowskich usunięto również z orkiestr filharmonicznych i operowych.
Prasa i radio w hitlerowskich Niemczech oczywiście podlegały nowym przepisom. Wszystkie treści były cenzurowane, a dziennikarzom mówiono, co i jak mają pisać. Redaktorzy naczelni często musieli być sympatykami partii nazistowskiej, nieskazitelnymi pod względem rasowym i politycznym. Gazety należące do Żydów zostały zamknięte, a ich wyposażenie i fundusze skonfiskowano. Radiofonię spotkał ten sam los - znalazła się pod całkowitą kontrolą państwa. Naziści uczynili z radia zdecydowanie najważniejsze narzędzie propagandy. Dlatego treść audycji stała się nudna i monotonna i w rezultacie niewielu Niemców ich słuchało. Zmiany nie ominęły też kinematografii. Z początku filmy niemieckie przyciągały bardzo nieliczną widownię. Większość Niemców wolała oglądać popularne filmy hollywoodzkie. Filmy produkowane wówczas w Niemczech były na ogół tak kiepskie, że nudziły nawet widzów z niższych warstw społecznych. Horst Frank, w czasie wojny członek załogi bombowca Luftwaffe, powiedział mi w wywiadzie:
Niemieckie filmy były straszne i do tego ciągle przerywano je materiałami propagandowymi. Trudno się dziwić, że nie budziły naszego zainteresowania. Znacznie bardziej zależało nam na tym, żeby namówić dziewczęta do oglądania tych okropnych filmideł. Chodziliśmy do kina tylko dlatego, że było tam ciepło i można było uciec od rodziców i spraw domowych. Najczęściej bywaliśmy w Haus Vaterland (Domu Ojczystym) - było to bardzo popularne, zwłaszcza wśród młodzieży, centrum rozrywki przy Saarlandstrasse. Spotykaliśmy się, robiliśmy składkę i szliśmy tam ze swoimi dziewczynami. W domu dziewczęta były często pilnowane przez rodziców i w ich obecności nie mieliśmy odwagi ich dotykać ani całować, choćby w policzek.
Po ustanowieniu w Niemczech dyktatury nawet dzieci padły ofiarą hitlerowskiej propagandy, kultury i ideologii. Męska organizacja młodzieżowa Hitlerjugend powstała w 1926 roku, a jej pierwszym przywódcą został Kurt Gruber. Podczas zjazdu partii nazistowskiej w Norymberdze
19-21 sierpnia 1927 roku Gruber szedł na czele trzystu członków Hitlerjugend, za co otrzymał specjalną pochwałę od samego Hitlera. Ale dopiero w połowie lat trzydziestych utworzono żeński odpowiednik Hitlerjugend - Bund Deutscher Mädel. Jedynym innym krajem, który mógł się wówczas pochwalić silnym i zdyscyplinowanym faszystowskim ruchem młodzieżowym, były Włochy, późniejszy sojusznik Trzeciej Rzeszy.
Włoskim odpowiednikiem Hitlerjugend i BDM była organizacja o nazwie Opera Nazionale Balilla (ONB). Warto zauważyć, że włoska organizacja młodzieżowa nie indoktrynowała politycznie swoich członków, szczególnie dziewcząt, w takim stopniu, jak to robiono w Hitlerjugend. Społeczeństwo włoskie nigdy też nie zaakceptowałoby militaryzacji dzieci i młodzieży. W faszystowskich Włoszech dochodziło jednak do wielu aktów przemocy wymierzonych w grupy mniejszościowe, takie jak czarnoskórzy i Cyganie. W późniejszych latach swoich rządów Mussolini aprobował i podsycał antysemityzm.
Naród włoski jednak nie pałał miłością do faszyzmu ani do wojny, więc kosztowny alians z hitlerowskimi Niemcami dobiegł kresu jeszcze przed końcem drugiej wojny światowej. Mussolini został później rozstrzelany, a jego zbezczeszczone zwłoki (tłum kopał je i okaleczał) zawisły na stacji benzynowej Esso na Piazzale Loreto w Mediolanie.
Był to gwałtowny i haniebny koniec człowieka, którego wiele niemieckich dziewcząt nazywało "błaznem Hitlera".
Młodzi Niemcy lat trzydziestych mieli już, podobnie jak dzisiejsze młode pokolenie, wyrobioną świadomość swojej tożsamości. Ze względu jednak na surowe wartości rodzinne obowiązujące w ówczesnych Niemczech młodzież, a zwłaszcza jej żeńska część, była zamknięta w sobie i zachowywała się mało swobodnie. Hitler wiedział, że we współczesnym społeczeństwie młodzież odgrywa wielką rolę, więc nie inaczej miało być w społeczeństwie Trzeciej Rzeszy. Rozumiał też lepiej niż inni, że aby pozyskać młodych ludzi dla nazizmu, musi im od najmłodszych lat wpajać właściwe idee i zasady.
Młodzież, szczególnie żeńska, miała się stać ważnym czynnikiem w społecznej tkance hitlerowskich nowych Niemiec. Na kobiety spadły obowiązki wynikające z nazistowskiej doktryny o rasie aryjskiej, choć na początku to, co Hitler proponował dziewczętom i młodym kobietom niemieckim, wydawało się atrakcyjne.
Dziewczęta szybko przekonały się, że państwo wymaga od nich całkowitego dostosowania się do zasad tak zwanej kultury aryjskiej. Trzeba też jednak zauważyć, że sprawa supremacji mężczyzn i ich władzy nad kobietami była w Trzeciej Rzeszy jasno postawiona, toteż ich dominująca pozycja nigdy nie ulegała kwestii.
Hitler bardzo lubił dziewczęta i kobiety, ale uważał za nie do przyjęcia, aby przedstawicielki płci żeńskiej działały w polityce na równi z mężczyznami. Dlatego reprezentacja parlamentarna partii narodowosocjalistycznej zawsze składała się z samych mężczyzn. Przed dojściem nazistów do władzy w parlamencie niemieckim zasiadało trzydzieści kilka posłanek, ale po wyborach w 1933 roku, w których można było głosować tylko na listę Hitlera, kobiety znikły z ław poselskich. Wprowadzono ponadto zakaz praktyki lekarskiej dla kobiet, zajmowania stanowisk w urzędach państwowych i na wyższych uczelniach. Kobiety nie mogły być też sędziami, adwokatami, a nawet zasiadać w ławie przysięgłych.
Hitler uważał, że kobiety nie potrafią logicznie ani obiektywnie myśleć, bo kierują się wyłącznie emocjami. Na domiar złego, co do większości kobiet, zwłaszcza młodych, naziści snuli wyjątkowo złowrogie plany, bo miały one stworzyć przynajmniej połowę puli genowej rasy aryjskiej - w zamierzeniach Hitlera były biologicznymi nazistkami.
Zamężnym kobietom przeznaczono wyłącznie rolę żon i matek, o tym, aby pracowały zawodowo, nie mogło być mowy. Kobiety bezdzietne uważano za zdrajczynie, natomiast wielodzietnym matkom przyznawano odznaczenia i nagrody pieniężne. Kobietę niemiecką, która urodziła sześcioro dzieci, czekało wyjątkowe wyróżnienie: herbatka z samym Führerem.
W gruncie rzeczy wydaje się dziwne, że mimo wszystkich dyskryminacyjnych przepisów wprowadzonych przez Hitlera i jego administrację kobiety pozostały wierne sprawie nazistowskiej. W chwili gdy życie Hitlera dobiegało swego kresu, wiele dziewcząt i kobiet ginęło w ruinach niemieckich miast, takich jak Akwizgran i Berlin, walcząc w obronie Trzeciej Rzeszy. A przecież przywódcy tego kraju traktowali je jak obywateli drugiej kategorii, nadających się tylko do rodzenia i wychowywania dzieci.
Organizując nazistowski ruch młodzieżowy, Hitler uważał się za patrona nowego pokolenia niemieckich dziewcząt i chłopców, od kilkuletnich dzieci do nastolatków. W połowie lat trzydziestych oznajmił światu z dumą i groźbą, że "młodzież, która kończy moje szkoły, będzie postrachem świata!".
Jego proroctwo miało się spełnić kilka lat później.
Rozdział 2
Dziewczęta z dzielnicy Mitte i Jungmädelbund
Wczesny ranek w berlińskiej dzielnicy Mitte. Jest jeszcze cicho, tylko od strony pobliskich fabryk i warsztatów dobiega stłumiony zgiełk. Członek lokalnej komórki Nationalsozialistische Deutsche Arbeiterpartei (NSDAP), czyli Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej, idzie ulicą, przystając co pewien czas, aby nakleić afisz. Kiedy dzieci spieszą do pobliskiej szkoły, dzielnica tętni już życiem. Robotnicy wracają rowerami z nocnej zmiany, a grupki mieszkańców stoją na ulicy, ćmiąc papierosy i rozmawiając, a potem znikają w swoich domach.
Po drodze do szkoły grupa dziewcząt w wieku od dziewięciu do jedenastu lat zatrzymuje się przed kolorowym afiszem na końcu ulicy. Widnieje na nim uśmiechnięta dziewczynka, a napis głosi: "Wszystkie dziesięciolatki do Hitlerjugend!". Dziewczęta przyglądają się afiszowi i rozmawiają o wstąpieniu do żeńskich sekcji Hitlerjugend. Bojąc się bury za spóźnienie do szkoły, z ociąganiem odchodzą, ale o afiszu i jego treści będą myślały przez cały dzień. Wracając do domu, jeszcze raz uważnie przyjrzą się uśmiechniętej dziewczynce. W oczach niektórych ucieleśnia ona nieosiągalny ideał.
W tych czasach nie było gwiazd muzyki popularnej, z którymi dziewczęta z dzielnicy Mitte mogłyby się identyfikować. Młode Niemki nie umiały też zbudować własnej tożsamości bez opierania się na jakichś wzorach. Propagandowe hasła doktora Goebbelsa wskazały im drogę, na której mogły służyć Rzeszy i Hitlerowi i czerpać stąd poczucie własnej wartości. Kuszono je ładnym mundurkiem, wyjazdami na letnie obozy i udziałem w budowie nowego społeczeństwa niemieckiego.
Dziewczęta z dzielnicy Mitte wielokrotnie widziały już afisze Hitlerjugend, bo jak wiadomo, organizacja powstała w 1926 roku. Teraz jednak osiągnęły wiek, w którym zaczęły kwestionować swoją tożsamość i pozycję w społeczeństwie zdominowanym przez mężczyzn. Anita von Schoener, która miała wówczas dziesięć lat, pamięta, że dla młodych dziewcząt Jungmädelbund miał nieodparty urok:
Kiedy dzisiaj dziewczynki osiągają wiek dziewięciu, dziesięciu lat, chcą tylko słuchać muzyki swoich ulubionych gwiazd pop. Stają się też świadome swego ciała i zaczynają interesować się chłopcami. W naszych czasach nie było muzyki pop, chociaż nauczyłam się grać na fortepianie. A co do chłopców, to nigdy nie pozwalano nam przyjaźnić się z nimi tak, jak to robią dziś dziewczęta w tym wieku.
Dziewczynki miały od wczesnych lat przejmować obowiązki gospodyń domowych i rodzice sympatyzujący z nazistami oczekiwali tego od nich. Nasz dzień powszedni dzielił się na szkołę i pomaganie matkom w domu; jeśli zostawało nam jeszcze trochę czasu, bawiłyśmy się z koleżankami.
Moi rodzice popierali Hitlera i reformy, które partia nazistowska zaczęła wprowadzać w 1933 roku. Widziałam afisze propagandowe wzywające wszystkie dziesięcioletnie dziewczynki do wstępowania do Hitlerjugend. Były tak zaprojektowane, żeby wyglądały atrakcyjnie nawet dla tych dziewczynek, które nie znały się na polityce i nie wiedziały nic o lojalności. Bez kłopotów dostałam się do Jungmädelbund, chociaż musiałam wcześniej wypełnić coś w rodzaju wniosku o przyjęcie do organizacji. Trzeba było podać informacje o rodzinie, takie jak nazwiska rodziców, dziadków i pradziadków, a także napisać, jakiego jest się wyznania. Wniosek trafił do władz, które odezwały się po jakichś dwóch, trzech tygodniach, jeśli dobrze pamiętam. Moi rodzice nie mieli w związku z tym żadnych obaw. Mówili, że to mój obowiązek i że na tym skorzystam, więc nie mieli nic przeciwko. Wstąpienie do organizacji młodzieżowej miało liczne zalety. Między innymi czułaś się dumna, że jesteś obywatelką państwa, które dokonuje ogromnych zmian i odzyskuje godność, odebraną mu przez tych, co pokonali Niemcy w pierwszej wojnie światowej. Ładny mundurek, który dostałyśmy, różnił się bardzo niewiele od tradycyjnego mundurka ówczesnych uczennic. Jeździłyśmy na obozy na wieś i do lasu, co było głównym powodem mojego wstąpienia: chciałam się bawić, przeżywać przygody. Oczywiście obowiązywały pewne zasady i kryteria przyjęcia do organizacji, nie przyjmowano na przykład dziewczynek żydowskiego pochodzenia. Każda czysto niemiecka dziewczynka powinna do niej wstąpić i tych, które tego nie zrobiły, wypytywano o powody.
Jungmädelbund był organizacją dla dziewcząt w wieku od dziesięciu do czternastu lat. Wiele jednak przeszło do Hitlerjugend z organizacji o nazwie Jungvolk (Młody Naród), zrzeszającej dzieci powyżej szóstego roku życia. Zarówno Jungmädelbund, jak i jej starszy odpowiednik Bund Deutscher Mädel, dla dziewcząt od czternastego do osiemnastego roku życia, powstały w 1930 roku. Teoretycznie w pierwszych latach Trzeciej Rzeszy przynależność do tych organizacji nie była przymusowa. Ale już ustawa o Hitlerjugend z grudnia 1936 roku stanowiła, że zarówno chłopcy, jak i dziewczęta po ukończeniu dziesiątego roku życia mają obowiązek wstąpić do organizacji młodzieżowej i pozostać w niej do ukończenia osiemnastu lat. Jeśli chodzi o dziewczęta, to później czekała je obowiązkowa, trwająca do roku służba w Reichsarbeitsdienst der weiblichen Jugend (RADwJ), czyli sekcji młodzieży żeńskiej organizacji Służba Pracy dla Rzeszy.
Dziewczynki z Jungmädelbund
W okresie, o którym mowa, przywódcami niemieckich organizacji młodzieżowych dla dziewcząt i młodych kobiet byli Baldur von Schirach, Artur Axmann (następca Schiracha) i Gertrud Scholz-Klink. Ta ostatnia w 1934 roku została mianowana przywódczynią kobiet Rzeszy. Jej głównym zadaniem było lansowanie męskiej dominacji i wyższości mężczyzn nad kobietami oraz podkreślanie doniosłości rodzenia dzieci. Podobnie jak Hitler była bardzo utalentowanym mówcą i często wygłaszała przemówienia, a jako żona wysokiego oficera SS budziła grozę wśród wielu dziewcząt. Poza sceną publiczną uchodziła za osobę arogancką i złośliwą. Kiedyś, podczas dyskusji o męskiej supremacji i przemocy wobec kobiet, zwierzyła się jednej z instruktorek BDM, która prosiła o nieujawnianie nazwiska: "Któraż kobieta nie chciałaby zostać siłą wzięta przez swego mężczyznę? Jeśli jest szczera, każda przyzna, że to lubi".
W jednym z przemówień Klink powiedziała: "Zadaniem kobiety jest dbanie w domu i w pracy o potrzeby mężczyzny, od pierwszej do ostatniej chwili jego życia". W lipcu 1934 roku została awansowana na szefową żeńskiej sekcji Niemieckiego Frontu Pracy. Do jej obowiązków należało nakłanianie kobiet do pracy dla dobra nazistowskiego państwa. W jednym z przemówień wygłoszonych w 1938 roku dowodziła, że "kobieta niemiecka musi ciągle pracować, fizycznie i umysłowo, i musi wyrzec się wszelkich przyjemności i wygód". Pod względem politycznym Klink była nie mniej obłąkana niż Hitler. Miała później zyskać ponurą sławę jako organizatorka pospolitego ruszenia i lokalnych oddziałów zbrojnych złożonych z dziewcząt i młodych kobiet, które w ostatniej fazie drugiej wojny światowej walczyły z aliantami, zwłaszcza Armią Czerwoną.
Baldur von Schirach był fanatycznym hitlerowcem. Już w 1925 roku, jako osiemnastolatek, wstąpił do NSDAP, będącej wówczas słabą i nieliczną partią. Piastował różne stanowiska w nazistowskim ruchu młodzieżowym. W czerwcu 1933 roku awansował na przywódcę młodzieży Rzeszy, którym był do 1940 roku, gdy został mianowany namiestnikiem (Reichsstatthalter) Wiednia. Przywództwo Hitlerjugend objął po nim Artur Axmann.
Von Schirach został przywódcą młodzieży hitlerowskiej już 30 października 1931 roku i zyskał ogromne doświadczenie w zaszczepianiu niemieckiej młodzieży narodowosocjalistycznej ideologii. Ponosi więc w dużej mierze odpowiedzialność za zbrodnie popełnione podczas drugiej wojny światowej przez wojska niemieckie. Swoje zadanie wykonywał bardzo gorliwie i z niezłomną lojalnością.
Pod kierunkiem von Schiracha Jungmädelbund prosperował znakomicie, inspirując się sprytną propagandą Goebbelsa. Mało która dziewczyna oparła się urokowi organizacji. Dodatkowy nacisk wywierał system edukacyjny - nawet nauczyciele zachęcali dziewczęta do wstępowania. Kirsten Eckermann wyjaśnia:
Kilku nauczycieli z dnia na dzień znikło z naszej szkoły, a na ich miejsce przyszli nowi. Starzy nauczyciele i niektórzy pedagodzy żydowskiego pochodzenia, których nauczyłyśmy się lubić i szanować, odeszli, bo nie zgadzali się z nazistami. Musieli porzucić zawód i wielu wyjechało z Niemiec, choć część po wojnie wróciła. Nowi nauczyciele nazywali dawnych "zdradzieckimi starymi pijawkami, które nie są godne uczyć nawet świń!". Hitler nie chciał mieć nic wspólnego ze "starymi Niemcami", jak to nazywał, i ich defetystyczną postawą, więc wiele szkół miało nowych nauczycieli. Nowi nauczyciele, jak ich określałyśmy, należeli do partii nazistowskiej i z wielką swadą informowali nas, co mają nam do zaoferowania jako młodym Niemcom naziści i Hitlerjugend. To, co mówili, wydawało się nam, biednym dzieciom z dzielnicy Mitte, zbyt piękne, żeby mogło być prawdziwe. Dowiadywałyśmy się, że możemy pojechać na letni obóz, mieć ładny mundurek, który będziemy wkładać w dni ważne dla partii, i że nauczymy się wielu rzeczy, które przydadzą się nam w dorosłym wieku.
Kirsten i jej koleżanki wróciły podniecone do domu, żeby zapytać rodziców, co myślą o ich wstąpieniu do Hitlerjugend. Ci przyjęli zamiary swoich córek z mieszanymi uczuciami. Kirsten Eckermann tak o tym pisze:
Kiedy przychodziłam do domu, mama zawsze mnie witała. Tego dnia wyprężyłam się, jakby stając na baczność, trzasnęłam obcasami, wyrzuciłam do góry prawą rękę i zawołałam Heil Hitler!. Matka, wyraźnie poruszona, chwyciła mnie za rękę i wciągnęła do środka, a potem zaczęła wypytywać.
"Kazali ci to dziś robić w szkole?". Kiedy wyjaśniłam, westchnęła "och" i przez resztę dnia prawie się nie odzywała. Wydawała się zmartwiona, co było u niej niezwykłe. Nazizm wkroczył do szkół i mama uważała pewnie, że całe to salutowanie nie jest konieczne albo może ma zbyt polityczny charakter dla młodej dziewczyny - trudno mi powiedzieć.
Jeśli chodzi o moje wstąpienie do Hitlerjugend, mama powiedziała, że musi to omówić z ojcem. W naszym domu ojciec zawsze decydował o wszystkim. Wrócił do domu dużo później i podając mu obiad, mama wspomniała, że pytałam ją o wstąpienie do Hitlerjugend. Ojciec, chociaż popierał narodowych socjalistów, uważał, że młode dziewczęta nie powinny angażować się politycznie. Kazał mi wyjść z pokoju, żeby on i mama mogli spokojnie porozmawiać. Myślę jednak, że w głębi duszy wiedział, co się święci. Poza tym rodzicom, którzy zakazywali dzieciom wstępowania do Hitlerjugend, przypinano łatkę nieprawomyślnych albo antynazistów. Wielu z nich mogło się spodziewać wizyty funkcjonariuszy partyjnych, którzy grozili im konsekwencjami, jeśli ich dzieci nie wstąpią do Hitlerjugend. Zapisałam się więc. Można się było tego po mnie spodziewać jako dziewczynce z dzielnicy Mitte, chociaż niektóre z moich koleżanek miały kłopoty z uzyskaniem zgody, zwłaszcza ojców. Wszystkie bardzo szanowałyśmy swoich ojców i nie śmiałyśmy się z nimi sprzeczać ani kwestionować ich decyzji; jeśli nas nie pytano, nie zabierałyśmy głosu. Znam dziewczynki, które surowi ojcowie dotkliwie bili. Trzeba było uważać, żeby nie zdradzać zbyt wielkiej ochoty do wstąpienia do organizacji, bo w domu rządził nie Hitler, tylko ojciec. Mój tata nie pozostawiał co do tego wątpliwości. Oczywiście niektóre koleżanki groziły rodzicom, że poskarżą się na nich władzom. Cały system zachęcał do denuncjowania ludzi, którzy postępowali wbrew woli władz.
Od kandydatek do Jungmädelbund wymagano spełnienia pewnych warunków. Przede wszystkim musiały być one "czystymi rasowo Niemkami". Uważano, że osoby pochodzenia żydowskiego lub wywodzące się z innych mniejszości etnicznych nie nadają się do Hitlerjugend i muszą pozostać w swoim "rasowym rynsztoku". Ani nauczyciele, ani nazistowska propaganda skierowana do młodzieży nie pozostawiali co do tego wątpliwości. Nie sposób było uniknąć selekcji kandydatek. Lokalne władze dokładnie sprawdzały dokumenty rodzinne (nawet świadectwa urodzenia dziadków i innych krewnych) i szybko odrzucały osoby "nieczyste rasowo" ("mieszańców"), czyli mające domieszkę krwi żydowskiej.
Ponieważ do zdrowia fizycznego i psychicznego członkiń Jungmädelbund przykładano ogromną wagę, wprowadzono obowiązek dokładnych i wszechstronnych badań. Miały one zagwarantować, że w organizacji znajdą się tylko osoby wyróżniające się pod względem cielesnym i umysłowym. Anita von Schoener tak wspomina te badania i swoje przyjęcie do związku:
Trzeba było złożyć wniosek i dopóki władze nie sprawdziły wszystkich danych, nie było szans na wstąpienie do organizacji. We wniosku należało podać nazwiska i daty urodzenia wszystkich członków rodziny; władze chciały mieć pewność, że w Hitlerjugend będą tylko niemieckie dziewczęta. Nasze dokumenty rodzinne sięgające dwóch pokoleń wstecz zostały dokładnie sprawdzone przez urzędników miejscowych władz NSDAP. Dziwne, ale zaraz potem otrzymałam wezwanie na badania lekarskie, które miały wykazać, czy nadaję się do Hitlerjugend. Nie było to przyjemne przeżycie i dotychczas w żadnej książce ani publikacji o nim nie wspominałam. Wszystko trwało dość długo, bo lekarz, który nosił jedną z tych białych masek chirurgicznych, i pomagająca mu pielęgniarka przebadali mnie bardzo dokładnie.
Kiedy znalazłam się w gabinecie lekarskim, najpierw zbadano mi oczy, włosy, zęby i uszy. Zapisano, jakie mam włosy, kolor oczu i stan zębów. Zauważyłam, że na biurku leży moje świadectwo urodzenia i lekarz najwyraźniej zapoznał się z nim. Potem poprosił mnie, żebym się rozebrała. Czułam się nieswojo, bo wstydziłam się rozbierać przed mężczyzną, ale pielęgniarka dość stanowczo zapewniła mnie, że wszystko będzie dobrze, że to tylko badanie lekarskie i nie mam się czego bać. Ostrożnie wzięła ode mnie ubranie, porządnie je złożyła i położyła na krześle. Kiedy już zdjęłam wszystko, włącznie z bielizną, zaczęło się prawdziwe badanie.
Najpierw poproszono mnie, żebym stanęła prosto i zadarła brodę do góry, by lekarz mógł zmierzyć mój wzrost. Potem zmierzył mi obwód klatki piersiowej, ramion, szyi, głowy, pasa i ud, przez cały czas dyktując wyniki pielęgniarce, która wpisywała je do formularza. Lekarz zbadał też bardzo dokładnie moją skórę, szukając takich skaz jak znamiona, pieprzyki i blizny.
Powiedział "bardzo dobrze", a potem poprosił, żebym przyjmowała różne pozycje, jedne na podłodze, a inne na stojąco. Później kazał mi się położyć na kozetce. Nachylił się nade mną i zajrzał mi głęboko w oczy przy użyciu instrumentu, który wyglądał jak pióro i którym lekarz świecił mi w oczy podczas badania. Odłożywszy instrument do pudełka, obiema rękami zaczął badać moje piersi. Aż się wzdrygnęłam i czułam się bardzo nieswojo - pielęgniarka znów stanowczym tonem poprosiła, żebym się nie ruszała i współpracowała z lekarzem. Lekarz zbadał mi biust bardzo dokładnie, chociaż tak naprawdę niewiele było do badania, bo miałam przecież tylko dziesięć lat. Potem pielęgniarka powiedziała do mnie: "Anito, musisz teraz podnieść nogi do góry, aby pan doktor zbadał cię u dołu, bo to jest bardzo ważne. Nie bój się i leż nieruchomo; wszystkie dziewczynki będą tak badane".
Kiedy mówiła te słowa, lekarz nakładał obcisłe rękawiczki typu chirurgicznego. Serce zaczęło mi walić w piersiach jak szalone i chyba lekarz i pielęgniarka wyczuwali, jak bardzo jest to dla mnie nieprzyjemne. Zgodnie z poleceniem uniosłam kolana, a pielęgniarka delikatnie rozchyliła mi nogi. Leżałam więc z rozłożonymi nogami, a lekarz badał moje części intymne. Czułam, jak wkłada palec w rękawiczce, a potem wpycha go głębiej; poczułam ból i krzyknęłam. Wtedy przestał, podszedł do umywalki, tam zdjął rękawiczki, wyrzucił je i umył ręce.
Potem wziął formularz i napisał coś na nim. Następnie założył drugą parę tych strasznych gumowanych rękawiczek, a ja zastanawiałam się, co mnie teraz czeka. Pielęgniarka poleciła mi znowu rozchylić nogi i rękami odwiodła kolana na boki.
- Co pani robi? - zapytałam.
- Proszę robić to, o co prosimy, a badanie bardzo szybko się skończy - odpowiedziała pielęgniarka.
Lekarz włożył palec do mojego tylnego otworu i zaczął macać. Znowu się poskarżyłam, że zadaje mi ból, i pielęgniarka rozgniewała się na mnie. Kiedy lekarz skończył, znów zdjął rękawiczki i rzekł:
- Bardzo dobrze, nie masz żadnych wad i jesteś bardzo zdrowa.
Kiedy notował, pielęgniarka sprawdziła moje ręce i stopy i powiedziała, że mogę się ubrać. Gdy byłam już ubrana, lekarz powiedział:
- Panno von Schoener, jest pani w dobrym stanie fizycznym i przeszła pani pomyślnie badania lekarskie. Wyniki pani badań pozostaną do wglądu w pani aktach.
Uśmiechnął się i dodał:
- Jest pani wyjątkowym dzieckiem, ale czy wie pani, dlaczego? Może pani iść, jestem pewien, że będzie pani bardzo dobrą niemiecką matką i będzie pani miała wiele niemieckich dzieci, tak jak tego wymaga od pani Führer.
Zdziwiły mnie te słowa, bo na razie wcale nie myślałam o przyszłości i o tym, co chciałabym osiągnąć w życiu; zwłaszcza nie zastanawiałam się jeszcze nad posiadaniem dzieci, gdyż dopiero zaczęłam zauważać w sobie pewne zmiany natury fizycznej i na pewno nie zamierzałam wówczas robić z nich użytku.
Przed gabinetem lekarskim stała długa kolejka dziewczynek, które rozmawiały ze sobą z ożywieniem. Kiedy wyszłam, spytały mnie, jak było i co tam robią. Musiałam być trochę blada, więc domyśliły się, że to nie będzie zwyczajne "sprawdzanie pcheł". Dopiero po latach zrozumiałam, dlaczego lekarz nazwał mnie wyjątkowym dzieckiem: byłam wysoka, jasnowłosa i niebieskooka, miałam mlecznobiałą cerę - jednym słowem wyglądałam tak, jak powinna wyglądać Aryjka. Później dowiedziałam się, że ten tak zwany lekarz należał do SS; tak w każdym razie mi powiedziano. Oboje z pielęgniarką byli z SS i do dziś nie wiem, co robili tego dnia ani w jakim celu.
Wiadomo, że wiele młodych dziewcząt, będących jeszcze przed okresem dojrzewania, poddawano przed przyjęciem do Jungmädelbund często bolesnym badaniom ginekologicznym; dotyczyło to zwłaszcza blondynek z niebieskimi oczami. W Trzeciej Rzeszy zaczęto coraz poważniej traktować teorię o rasie aryjskiej. Istnieją powody do przypuszczeń, że w wypadku niektórych grup badaniom tym poddawano jedną na cztery dziewczynki przed okresem dojrzewania w ramach swoistej "kontroli jakości", nie wszystkie bowiem przechodziły badania ginekologiczne, podczas których lekarz wkładał palec do pochwy i odbytu. Anita von Schoener uważała, że lekarz, który ją badał, był związany z SS. Badania ginekologiczne miały w szczególności na celu stwierdzenie, że jej błona dziewicza jest nienaruszona. Chodziło też o porównanie wyników jej badań z wynikami badań dziewczynek niearyjskiego pochodzenia. Anita jest przekonana, że oględziny ginekologiczne, którym ją poddano, były zupełnie niepotrzebne:
Na litość boską, miałam dopiero dziesięć lat, więc byłoby zupełnym idiotyzmem, gdyby ten lekarz podejrzewał, że mogłam stracić dziewictwo. Amerykańscy i brytyjscy lekarze, którzy zaraz po wojnie wypytywali mnie o procedurę przyjęcia do organizacji i przeprowadzone badania lekarskie, przypuszczali, że taki właśnie był cel tych badań. Dziś jednak wiadomo, po co je przeprowadzono: miałyśmy stać się przedmiotem hodowlanych eksperymentów Hitlera i być matkami z jego rojeń o "rasie panów". Później dowiedziałyśmy się o programie Lebensborn ("Źródło Życia") i było oczywiste, że aryjskie dziewczęta zostały wybrane do udziału w tym programie. Nieważne, czy to nam się podobało, czy nie. Państwo miało nam wybrać niemieckich mężczyzn, z którymi miałyśmy zajść w ciążę, aby zachować najlepszą rasę niemiecką i zapewnić jej ciągłość. Jeśli się nad tym zastanowić, to naprawdę nie miałyśmy przed sobą przyszłości: naszym jedynym zadaniem było rodzenie potomstwa.
Dla dziewcząt, które przeszły pomyślnie badania lekarskie i mogły zostać przyjęte do Jungmädelbund, próba charakteru się nie skończyła. W szkole odbyła się skromna uroczystość wstąpienia do organizacji. Uczennica mająca na sobie tradycyjny szkolny mundurek stała obok flagi ze swastyką i składała przysięgę na wierność Hitlerowi. Zwykle powtarzała przy tym słowa wypowiadane przez nauczyciela, podnosząc rękę do góry w hitlerowskim pozdrowieniu. Po uroczystości otrzymywała umundurowanie składające się z białej bluzki, czarnej chusty, granatowej spódnicy i brunatnej kurtki oraz metalowej odznaki członkowskiej Hitlerjugend do kompletu. Ta ostatnia miała kształt rombu i przedstawiała czarną swastykę na srebrnym tle w otoczeniu dwóch emaliowanych pól białych i dwóch czerwonych. Można ją było wpiąć do bluzki lub wyłogu kurtki. Dziewczynki nosiły buciki lub sandały z białymi skarpetkami, choć otrzymywały też czarne skórzane buty w stylu wojskowym. Miały dbać, aby mundur i buty były zawsze czyste, i nosić je podczas wszystkich imprez partyjnych.
Najmłodsze w służbie Führera - dziewczynki z Jungmädelbund są jednocześnie zadowolone z nowej roli i nieco wystraszone
Dziewczęta należące do Jungmädelbund objęte były rygorystycznym programem ćwiczeń fizycznych i zajęć politycznych. Chodziło to, aby stały się doskonałymi członkiniami nazistowskiej wspólnoty, dodatnio różniącymi się od młodzieży innych krajów i kultur. W Jungmädelbund, tak jak jego siostrzanej organizacji BDM, działały drużyny sportowe, które w latach poprzedzających drugą wojnę światową brały udział w wielu zawodach na całym świecie. Na Olimpiadzie Młodzieżowej w Tokio w lipcu 1939 roku uczennica z Berlina Hanna Buttinghaus wygrała Ballwurfwettkampf, czyli zawody w rzucie piłką lekarską. W trakcie konkursu niemiecki fotograf Schirner zrobił jej zdjęcie. Panna Buttinghaus była ładna, miała ciemne włosy i duże brązowe oczy, a ubrana była w białą koszulkę ze swastyką.
Zajęcia w Jungmädelbund stanowiły istotne uzupełnienie edukacji młodych członkiń tej organizacji, które musiały między innymi studiować Mein Kampf Hitlera. Często kazano im cytować fragmenty książki i podawać swoją interpretację ich treści.
Hanna Buttinghaus, która wygrała zawody w rzucie piłką lekarską na Olimpiadzie Młodzieżowej w Tokio w 1939 roku (? Pressebild-Verlag Schirner/Deutsches Historisches Museum, Berlin)
Duży nacisk kładziono na nazistowską ideologię, kulturę i etykę oraz rzecz jasna rolę kobiet w Trzeciej Rzeszy. Nauczyciele dokładali starań, żeby uczennice rozumiały to, czego są uczone. Aby jeszcze bardziej zwiększyć atrakcyjność Jungmädelbund, organizowano obozy letnie. Miejscem najpopularniejszych z nich był podberliński las Grunewald, pełen pięknych jezior z piaszczystymi plażami. Oprócz wykonywania codziennych ćwiczeń, często poprzedzających główną imprezę dnia, dziewczęta wędrowały po lesie z chorągwiami, śpiewając pieśni patriotyczne. Uczyły się też wielu rzeczy, które dotychczas zastrzeżone były dla chłopców. Dlatego Jungmädelbund dawał dziewczętom namiastkę poczucia równości, a jednocześnie koleżeństwa, bardzo podobnie jak wojsko.
Dziewczęta pobierały lekcje przyrządzania posiłków. Podczas biwaków musiały zbierać chrust na ognisko i na zmianę gotować dla całej grupy. Anita von Schoener wspomina:
Dobrze pamiętam swój pierwszy obóz letni Jungmädelbund. Pierwszy raz byłam wtedy z dala od domu, od rodziców. Pierwszy raz jechałam pociągiem i byłam tym wszystkim oszołomiona. Targały mną sprzeczne uczucia: płakałam z tęsknoty, a jednocześnie nie posiadałam się ze szczęścia. Rodziców nigdy nie było stać na to, żeby wysłać mnie na wieś. Później jednak partia nazistowska przyznawała biednym rodzinom finansowe zapomogi, aby umożliwić im wyjazd na wakacje.
Myślę, że wszystkie dziewczęta z dzielnicy Mitte czuły to samo co ja. Podróż pociągiem była dla mnie dużym przeżyciem. Wagon kołysał się delikatnie, a za oknem leniwie przesuwał się krajobraz mijanych okolic. Prawie cały czas wyglądałyśmy przez okno, wymachując rękami na ciepłym wietrze i krzycząc do ludzi, których widziałyśmy po drodze. Heil Hitler! - wołałyśmy, a ludzie nam odmachiwali. W swoich wykrochmalonych mundurach i wyglancowanych butach czułyśmy się tak, jakbyśmy były innymi dziewczynami. Kiedy fabryki z wysokimi okopconymi kominami znikły nam z oczu, ustępując miejsca rozległym polom, rzekom i lasom, patrzyłam na to jak urzeczona. Pociąg zatrzymał się na stacji pośrodku lasu. Wysiadłyśmy z wagonów i ustawiłyśmy się w szeregu, tak jak nas uczono. Dwie instruktorki, czyli Jungmädelgruppenführerinnen, jak je nazywano, zrobiły zbiórkę, żeby się upewnić, czy wszystkie dziewczęta są obecne i żadna nie została w pociągu. Kiedy stwierdziły, że jesteśmy w komplecie, ruszyłyśmy w drogę do obozu, który znajdował się jakieś dwa kilometry od stacji. Po dotarciu na miejsce ustawiłyśmy się w szeregu przed masztem, a instruktorki wciągnęły na niego flagę ze swastyką. Była to jedna z pierwszych rzeczy, które musiałyśmy zrobić po przybyciu do obozu.
Potem trzeba było rozstawić namioty, rozpalić ognisko i przyrządzić posiłek. Ten ostatni składał się prawie zawsze z niemieckich kiełbasek, które uwielbiałyśmy. Rozmawiałyśmy aż do chwili, kiedy musiałyśmy udać się do swoich namiotów, czyli billet (kwater), jak mówią Anglicy, i przygotować się do snu. Nie wolno nam było siedzieć do późna i często musiałyśmy być w łóżkach już o ósmej wieczorem. Nasze nauczycielki i instruktorki twierdziły, że sen jest niezbędny dla właściwej sprawności umysłowej.
Pierwszego dnia instruktorki obudziły nas między siódmą a ósmą. Po umyciu się i przebraniu w stroje gimnastyczne musiałyśmy ćwiczyć przez pół godziny, czasami nieco dłużej. Potem poprowadzono nas nad małą rzeczkę, gdzie była dość płytka woda. Zdjęłyśmy ubrania i wskoczyłyśmy do wody, ochlapując się nawzajem i wygłupiając; było cudownie, chociaż o tej porze jeszcze chłodnawo. Kiedy kazano nam wyjść z wody, wytarłyśmy się, ale ubrania często zakładałyśmy dopiero po powrocie do obozu. W obozie przebierałyśmy się w mundury i zaplatałyśmy włosy - na ogół jedna drugiej.
Kiedy byłyśmy gotowe, szłyśmy na śniadanie, które zwykle pochodziło prosto z okolicznych gospodarstw rolnych, bo w ramach zajęć obozowych często przywoziłyśmy sobie prowiant. W ciągu dnia ćwiczyłyśmy się w sztuce przetrwania: jak rozpalić ognisko, schronić się przed złą pogodą, zdobyć w lesie pożywienie. Uczyłyśmy się też wspinać i orientować w terenie, co bardzo nam się podobało. W rzeczy samej nabywałyśmy wiele nowych umiejętności, dzięki którym dorównywałyśmy chłopcom. Po powrocie do domu mogłyśmy potem robić użytek z tych nowych umiejętności w codziennym życiu. Jedno zdarzenie w związku z tym było nieprzyjemne: kiedy królik złapał się w sidła, które nauczono nas robić. Nasza drużynowa szybko chwyciła go za tylne łapy, ten zaczął piszczeć, a wtedy drużynowa uderzyła go krótką pałką w kark. Nigdy wcześniej nie widziałam dzikiego królika w naturze, a co dopiero w sidłach i zabitego. Był taki mały i zupełnie nie podobało mi się to, co z nim zrobiono. Po kilku konwulsyjnych drgawkach i oddaniu moczu królik znieruchomiał. Katharina, nasza drużynowa, położyła go na ziemi i zobaczyłyśmy, że z brunatnego futra zabitego królika wychodzą pchły. Jedna z dziewcząt jęknęła:
- O rany, chyba się zaraz porzygam.
Nie mogłam się oprzeć, żeby go nie pogłaskać, ale nauczycielka kazała nam szybko się odsunąć, żeby pchły na nas nie przeskoczyły.
Dziewczęta z dzielnicy Mitte i Jungmädelbund 51
- Trzeba zawsze poczekać, aż królik ostygnie, zanim się zacznie go oprawiać - pouczyła.
Potem z bliska pokazała nam, jak ściągnąć z królika skórę i przygotować go do gotowania, wyrzucając wnętrzności w pobliskie krzaki. Wszystkie patrzyłyśmy na to ze zgrozą, zasłaniając rękami usta, bo było nam niedobrze. Królik ten, razem z innymi, które tego dnia złapano w sidła, został później uduszony z warzywami, w potrawce. Kiedy podano go na stół, wiele z nas dziobało go tylko widelcem, bojąc się go jeść, ale surowe upomnienia drużynowej skłoniły nas w końcu do spróbowania. Muszę przyznać, że ten duszony królik bardzo mi smakował. Zjadłyśmy go z chlebem. Prawdę mówiąc, dawno nie jadłam nic tak smacznego. Wracając do domu, do dzielnicy Mitte, czułam się o wiele silniejsza i zdrowsza.
Dla wielu dziewcząt Jungmädelbund stał się namiastką rodziny. Związek był celowo zorganizowany tak, żeby przypominać wielką rodzinę. Tak jak w wypadku chłopców naziści starali się wyrwać dziewczynki spod wpływu rodziców i starszych osób. Uważali, że starsi ludzie wyznają nadal typowe dla dawnych Niemiec poglądy i wartości, które nie mogą być tolerowane u młodzieży hitlerowskiej. Wszystkie dziewczęta musiały przestrzegać pewnej hierarchii.
Opracowano system rang, bardzo podobny do obowiązującego w armii niemieckiej. Pod kierunkiem von Schiracha Jungmädelbund został podzielony na drużyny, plutony i kompanie. Każda kompania działała na określonym obszarze zwanym Gau, który w Trzeciej Rzeszy był jednostką administracyjno-terytorialną. Gau (okręg) składał się z kilku Untergau (podokręgów), a kilka Gau tworzyło Obergau (nadokręg). Całość stanowiła Gauverband (związek Gau) i podlegała Reichsjugendführung (Przywództwu Młodzieży Rzeszy). Wszystkie sprawy dotyczące BDM znajdowały się w gestii Reichsreferentin-BDM, czyli urzędniczki odpowiedzialnej za BDM, a wszystkie sprawy dotyczące Jungmädelbund - w kompetencji Jungmädel-Untergauführerin. Członkinie Jungmädelbund zachęcano do zdobywania kolejnych szczebli w organizacji, a wraz z nimi - medali i nagród. System rang w Jungmädelbund wyglądał następująco:
Jungmädel
Jungmädelschaftsführerin
JM-Scharführerin
JM-Gruppenführerin
JM-Ringführerin
JM-Untergauführerin
Dewiza Jungmädelbund była bardzo podobna do dewizy Bund Deutscher Mädel: "Bądź wierna, bądź czysta, bądź Niemką".
W jednej ze swoich patriotycznych mów Baldur von Schirach powiedział dziewczętom: "Nie potrzebujemy przywódców intelektualnych, którzy tworzą nowe idee, ponieważ najwyższym włodarzem wszystkich dążeń młodości jest Adolf Hitler". Dora Brunninghausen, która jako dziesięcioletnia dziewczynka też wstąpiła do Jungmädelbund w 1933 roku, przyznaje, że z czasem organizacja stała się dla niej ważniejsza niż rodzina:
Pochodziłam z rodziny mieszkającej w dzielnicy Mitte, więc Hitlerjugend był dla mnie swego rodzaju wybawieniem. W naszym domu pozycja kobiet była jasna. Kochałam starszego brata, który przede mną wstąpił do Hitlerjugend (dla chłopców), ale miałam mu za złe, że zawsze był traktowany inaczej, zwłaszcza przez ojca. Matka i ja byłyśmy do pewnego stopnia sterroryzowane i czasami czułam się bezwartościowa, jakbym się zupełnie nie liczyła. Byłam tym zmęczona, miałam żal do ojca i w jego obecności czułam się zastraszona. W tych czasach ojcowie niekiedy bardzo surowo traktowali córki, a mój był bardzo srogi. Jeśli zrobiłam coś nie tak, to najczęściej mnie bił, zazwyczaj skórzanym pasem, co naprawdę bolało. Nie mogłam się doczekać, kiedy wyjadę z Jungmädelbund. Tam było inaczej. Szanowałyśmy się i łączyła nas silna więź, której tak bardzo brakowało w naszym życiu rodzinnym. Nadal kochałam ojca, ale nie była to głęboka miłość, nie taka, jak powinna być.
W 1933 roku Niemcy dzieliło sześć lat od następnej wojny światowej. Lata poprzedzające wybuch wojny w 1939 roku wiele Niemek zapamiętało jako jedne z najlepszych w swoim życiu. Dla członkiń Jungmädelbund wejście w świat Adolfa Hitlera i jego polityki było początkiem pięknej bajki: letnie obozy, lepsze jedzenie, nowe przyjaźnie i szansa na udział w defiladach podczas największych manifestacji politycznych, jakie oglądał świat. Jednocześnie zupełnie zmienił się ich sposób widzenia świata - zaczęły myśleć i czuć po nazistowsku. Dziewczęta z dzielnicy Mitte dorosły i poprzez działalność w młodzieżowej organizacji, która absorbowała je coraz bardziej, szukały swego miejsca w hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy. Tu w końcu mogły uciec od nudnego, niemal wiktoriańskiego życia i czuć się częścią czegoś wartościowego, wyjątkowego. Były jednak zbyt młode i naiwne, żeby dostrzec zbliżające się niebezpieczeństwo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki