Dziewczyny nie biją - T.S. Easton

Reflow text when sidebars are open.
Pip wysadził nas przed głównym wejściem i odjechał w poszukiwaniu miejsca do zaparkowania na którejś z bocznych uliczek. Nasza szkoła jest stosunkowo nowa. Wybudowano ją jakieś dziesięć lat temu i zaczyna wyglądać na nieco zapuszczoną. Wszystkie drewniane powierzchnie, ceglana fasada i sięgające od podłogi do sufitu okna nigdy nie były myte. Początkowo teren szkoły był rozległy, ale jego połowę sprzedano deweloperowi. Wybudował na nim osiedle domków komunalnych i teraz zaraz za płotem mamy rodziny z dziesiątkami małych dzieci, które spędzają cały dzień, zaglądając przez nasze ogrodzenie i wykrzykując do nas brzydkie słowa. To bardzo denerwujące, kiedy próbujesz zjeść lunch, a jakiś sześciolatek nazywa cię głupią krową.
Kiedy ja i Blossom szłyśmy do drzwi, wyczułam za sobą jakieś poruszenie. Odwróciłam się i serce podeszło mi do gardła na widok Bonity Clark. Nawiasem mówiąc, imię Bonita zupełnie do niej nie pasuje. Osoba nosząca takie imię powinna być drobna, zwiewna i pogodna. Bonita Clark nie spełnia żadnego z tych warunków. Jest silna, głośna i wulgarna. Właśnie biegła, próbując mnie wyprzedzić i pierwsza wejść do szkoły. Prawda jest taka, że Bonita to najbardziej nastawiona na rywalizację osoba na tej planecie. Jest kapitanem drużyn netballu i hokeja na trawie. Startuje w biegach przełajowych i gra w piłkę z chłopakami - i, co najważniejsze, jest w tym dobra. Tak wiele rzeczy mnie w niej zachwyca...
Niestety, Bonita nie żywi podobnych uczuć do mnie. Tarcia między nami zaczęły się kilka lat temu, kiedy zostałam siłą wcielona do drużyny hokeja z ochotą skorzystałam z okazji, by zostać gwiazdą sportu. Bonita była kapitanem i przed pierwszym meczem próbowała mi wyjaśnić zasady gry i taktykę. Ustawiła mnie na obronie. To nie skończyło się dobrze. Przeciwniczki wbiły nam gola, kiedy pisałam esemesa.
Bonita się wściekła.
- Nie liczyłam na to, że będziesz najlepszą z najlepszych - powiedziała - ale myślałam, że przynajmniej będziesz się starać.
Mówiąc szczerze, nie poszło mi wcale lepiej, kiedy już nic mnie nie rozpraszało. W pewnej chwili za bardzo się wczułam i niechcący przyłożyłam kijem jednej z koleżanek. Tak czy owak, po tym zdarzeniu wypadłam z drużyny Bonity i przeszłam do zespołu Hannah Frobisher, chociaż nie mam pojęcia, czym zawiniła biedna Hannah. Teraz ilekroć gram przeciwko Bonicie, ta zawsze mnie przewraca albo krąży wokół mnie, próbując upokorzyć, co, muszę przyznać, nie jest zbyt trudne. Po tym wszystkim mam w sobie tyle zapału do sportu, co Kanye West pokory. Bonita uważa, że sport jest ważny, rywalizacja jest ważna, wygrywanie jest ważne. Ja tak nie sądzę. Po prostu się różnimy. Nie rozumiem, dlaczego to ma dla niej tak wielkie znaczenie.
Większość liceów nie wymaga od uczniów uprawiania sportu. Liceum w Bosford należy do wyjątków. Motto naszej szkoły brzmi: Mens sana in corpore sano. W zdrowym ciele zdrowy duch. Nasi nauczyciele uważają, że tylko przez połączenie ćwiczeń ciała i umysłu można osiągnąć prawdziwą doskonałość.
- Proszę to powtórzyć Stephenowi Hawkingowi - powiedziałam pani Collins, mojej wychowawczyni, kiedy poinformowała mnie, że w tym semestrze znów muszę chodzić na hokej.
- Kiedy już zdobędziesz taką wiedzę jak Stephen Hawking, będziesz mogła odpuścić sobie sport - odparła, wręczając mi kij hokejowy. - Do tego czasu stoisz na obronie.
Wracając do Bonity: ona po prostu musi być najlepsza we wszystkim. W netballu, hokeju, piłce nożnej, biegach. A teraz musiała być pierwsza przy drzwiach. To podwójne drzwi, ale tylko jedno skrzydło jest otwarte. Oczywiście powinnam była się zatrzymać i ją przepuścić. Co to ma za znaczenie, kto będzie pierwszy? Skoro nic mnie nie obchodzi, że wbiła mojej drużynie dziesięć goli, dlaczego miałoby mnie obchodzić, czy wejdzie do szkoły przede mną? Tego dnia byłam jednak nie w sosie.
Czasami myślę, że po prostu znudziło mnie robienie rozsądnych rzeczy i dlatego robię rzeczy idiotyczne, żeby zobaczyć, co się stanie. Tak było na przykład z suzafonem. Nauczyciele kazali nam wybrać jakiś instrument. Większość dziewczyn wykazała się rozsądkiem i przyszła z fletem albo klarnetem. Wszyscy chłopacy wybierali gitarę albo perkusję. Natomiast ja, ponieważ uznałam, że to będzie śmieszne, wybrałam najbardziej nietypowy instrument, jaki mi przyszedł do głowy, monstrum tak wielkie, że ledwo mogłam je udźwignąć, a co dopiero wydobyć z niego jakiś dźwięk, i oczywiście po kilku tygodniach dałam za wygraną. W każdym razie, dzisiaj miałam jeden z tych dni. Udałam, że przepuszczam Bonitę w drzwiach, ale w ostatniej chwili rzuciłam się do przodu i dotarłam do nich dokładnie w tej samej chwili co ona. Utkwiłyśmy w drzwiach niczym dwa korki w jednej butelce. Przeszyła mnie wściekłym spojrzeniem.
- Sorki - powiedziałam. - Przepraszam. Moja wina.
Mimo to kiedy ruszyła do przodu, ja zrobiłam to samo, uniemożliwiając jej pokonanie tych cholernych drzwi.
- Przepraszam - powtórzyłam. Przed nami zaczęli już się zatrzymywać uczniowie, chcący zobaczyć coś śmiesznego.
Nagle Blossom, która zdążyła już do nas dotrzeć, odsunęła zasuwkę blokującą drugie skrzydło drzwi. Otworzyło się ze zgrzytem i Bonita i ja wpadłyśmy do środka. Pacnęłyśmy na posadzkę w holu, a nasze plecaki pofrunęły dalej. Uczniowie wiwatowali; w końcu nie każdy poniedziałek rozpoczyna się taką atrakcją. Bonita podniosła się pierwsza i spiorunowała mnie wzrokiem.
- Serio? - warknęła. - Akurat w tym postanowiłaś ze mną rywalizować? W przechodzeniu przez drzwi? Dlaczego podobną zawziętością nie wykazujesz się na boisku do hokeja?
- Guzik mnie obchodzi hokej - odparłam. - Co innego drzwi.
- Lepiej uważaj, Waters - warknęła i w tym momencie zrozumiałam, że przesadziłam. Serce podeszło mi do gardła. Na szczęście Blossom weszła między mnie i Bonitę. Ta dziewczyna zupełnie się nie boi.
- Co wy wyprawiacie? - zapytała błagalnym tonem. - Nigdy nie pokonamy patriarchatu, jeśli będziemy walczyć ze sobą nawzajem.
Bonita ruszyła do mnie, gotując się ze złości. Na szczęście ocalił mnie patriarchat w osobie pana Singha, który zjawił się nagle przed nami i kazał wszystkim iść do klas.
- To jeszcze nie koniec, pączusiu! - zawołała na odchodnym Bonita. Pewnie wydawało się jej, że jest to nie wiem jak śmieszne. To samo zrobiła z Blossom, którą nazwała kwiatuszkiem. Akurat tak się irytująco składa, że obie nosimy "kwiatowe" imiona. Fleur to przecież lilia, a blossom - kwiat. A jeszcze do tego dochodzi Pip, czyli pestka. Moglibyśmy prowadzić razem zajęcia z florystyki.
Byłam roztrzęsiona. Dlaczego to sobie robię? W trzeciej klasie pani Fowler stwierdziła, że za wszelką cenę usiłuję zwrócić na siebie uwagę. Wszystkie moje żarty i wygłupy to w gruncie rzeczy szukanie akceptacji. Mechanizm obronny. Nie wiem, czy to prawda. Kiedy mieszkała jeszcze z nami Verity i bez przerwy kłóciła się z mamą, chyba błaznowałam, żeby rozładować napięcie. Nie lubię, kiedy ludzie się kłócą. Niestety, wyskakiwanie z głupimi żartami w trakcie awantury często tylko wszystko pogarsza.
Ulżyło mi, kiedy dołączył do nas Pip i poszliśmy na angielski. Pip, przy całej swojej dziwaczności, zapewnia mi poczucie bezpieczeństwa. Jeśli wciąż istnieją tacy ludzie jak on, jest jeszcze nadzieja dla tego świata. Wiem, zabrzmiało to strasznie patetycznie, nie miałam takiego zamiaru. Po prostu jest bardzo serdeczną i opiekuńczą osobą i naprawdę nie wiem, co bym bez niego zrobiła. Kiedy Blossom opowiedziała mu o zdarzeniu z Bonitą, otoczył mnie swoimi patykowatymi ramionami niczym ryżawy Groot.
- Pamiętaj - wyszeptał. - Trudne dni czynią nas silniejszymi.
- Dzięki, Pip - odparłam.
- A może nas zabijają? - zamyślił się. - Tak, mogą nas też zabić.
Przy drzwiach dogonił mnie Ian Beale.
- Nie wypuszczaj go! - krzyknęła mama. - Jest na antybiotykach.
Ian Beale to nasz stareńki pies. Sprawiliśmy go sobie po śmierci naszego poprzedniego psa, jakieś dziesięć lat temu. Tamten wabił się Łata, co wydawało mi się strasznie banalnym imieniem. Byłam tak bardzo przybita po jego śmierci, że mama popełniła błąd i pozwoliła mi wybrać imię dla nowego psa. W tamtych czasach byłam wielką fanką serialu EastEnders. Nawet teraz ogromną przyjemność sprawia mi, kiedy słyszę, jak mama woła:
- Ian Beale! Ian Beale!
Jak widać, w naszej wiosce zbyt wiele się nie dzieje.
Ian Beale cierpi na tak rozliczne schorzenia, że chyba jest najbardziej naszpikowanym lekarstwami psem w Wielkiej Brytanii. Aplikujemy mu tyle różnych mikstur, że czasami nie może sobie poradzić z obiadem. Bardzo mi go żal i zastanawiam się, czy nie byłoby lepiej, gdybyśmy pozwolili mu się wybiegać, nawet jeśli oznaczałoby to, że trafi do wielkiej budy w niebie. Tyle że takie myśli nie są tolerowane pod naszym dachem. Uklękłam na jedno kolano i uściskałam go na pożegnanie, wstrzymując oddech. Ian Beale strasznie śmierdzi. Kiedy otworzyłam ostrożnie drzwi, by wymknąć się na dwór, popatrzył na mnie przekrwionymi ślepiami, jakbym go zdradziła.
Wyszłam trochę za wcześnie, ale nie mogłam już tego wytrzymać, musiałam uciec. Lepiej być wcześniej w szkole, niż trafić do więzienia za to, że zadźgało się rodziców nożem do obierania. Mieszkamy w wiosce odległej o jakieś trzy kilometry od Bosford, miasteczka pomiędzy Hastings i Brighton, około półtorej godziny jazdy do Londynu.
Szkoła mieści się właśnie w Bosford i zwykle idę do niej z moją kumpelą Blossom, która również mieszka w naszej wiosce. Czasami podwozi nas Pip, który ma samochód, chociaż moim zdaniem nie powinien jeździć nawet czterokołowym rowerkiem, takim jest okropnym kierowcą. Nie, żeby jeździł za szybko, podejrzewam, że jeszcze nigdy nie przekroczył prędkości. Ale to, że wolno jeździ, nie oznacza jeszcze, że nie wpada na różne przeszkody albo nie sunie prosto na samochód nadjeżdżający z przeciwka. Ilekroć ma zaparkować, wjeżdża na miejsce parkingowe nieprawdopodobnie wolno, a potem z prędkością wyczerpanego ślimaka uderza w murek.
Dogoniłam Blossom przy kościele. Znamy się od zawsze i jak dla mnie to najlepsza osoba pod słońcem. Ma kręcone włosy i błyszczące zielone oczy. Jest niewiele wyższa ode mnie, ale większość ludzi jest ode mnie wyższa.
- Wszystko gra, Fleur? - zapytała.
- Wszystko gra, Blossom? - odparłam. Zwolniła i ruszyłyśmy razem Bosford Road.
- Jedziesz w sobotę do Battle? - zapytałam.
Wyjazdy do Battle to taka nasza tradycja. To miasteczko niedaleko Hastings i zarazem miejsce słynnej bitwy stoczonej w tysiąc sześćdziesiątym szóstym roku. W dzieciństwie myślałam, że angielskie słowo battle, czyli ?bitwa?, pochodzi od nazwy tego miejsca. Ale oczywiście jest odwrotnie.
Oprócz tego nic tam nie ma, z wyjątkiem krów pasących się na łące i naprawdę beznadziejnego sklepu z pamiątkami. English Heritage zawsze szuka osób do pracy, dlatego w sobotę rano jedziemy tam autobusem przebrane za anglosaskie wieśniaczki i wtajemniczamy w szczegóły przebiegu bitwy cierpiących na jet lag amerykańskich turystów. Wiemy MNÓSTWO o bitwie pod Hastings, jednak czasami zdarza nam się puścić wodze fantazji. Kiedyś na przykład powiedziałam miłym przybyszom z Iowy, że Wilhelm Zdobywca ożenił się ze swoim koniem. Muszę również wyznać, że nasze akcenty są trochę mylące. Ja zwykle mówię z akcentem pirata z West Country, Pip - liverpoolczyka, ponieważ to jedyny, jaki umie naśladować, natomiast Blossom świergocze cockneyem niczym Mary Poppins.
Uwielbiam te wycieczki do Battle. Jedynym problemem jest to, że trzeba być ubranym w kostium z epoki, a w autobusie ludzie dziwnie na ciebie patrzą, kiedy masz na sobie podwikę. Odkąd Pip ma samochód, najczęściej to on nas tam zawozi, co ułatwia sprawę, bo nie musi się kłócić z kierowcą autobusu o to, czy może położyć halabardę na półce bagażowej. Blossom i ja głównie robimy pokazy rękodzieła dla dzieci. Moja przyjaciółka pomaga też czasami w oprowadzaniu turystów "trasą duchów" po opactwie. Pip stoi na warcie. Ma na sobie skórzaną zbroję i próbuje straszyć dzieci, ale tylko się z niego śmieją. Jeśli chodzi o samą bitwę, to jesteśmy z frakcji króla Harolda II: w naszych żyłach płynie anglosaska krew. Moim zdaniem na świecie można spotkać dwa rodzaje ludzi: Normanów i Anglosasów. Wśród tych ostatnich wyróżniamy dwie grupy: szlachetnie urodzonych tanów i prostych kmieci. Cechy charakterystyczne: obrona, a nie atak, pilnowanie własnych spraw, trzymanie się na uboczu, niepodbijanie obcych ziem i unikanie małżeństw z końmi.
Jęknęłam w duchu. Był wtorek, zimny majowy poranek, a moi rodzice znów kłócili się z powodu zmywarki.
- Naprawdę, Liz - powiedział tata - nie trzeba opłukiwać talerzy przed włożeniem. To podważa sens zakupu tego urządzenia.
- Jeśli opłucze się talerze - tłumaczyła cierpliwie mama - zmywarka jest skuteczniejsza. Jeśli się tego nie zrobi, będzie się miało szklanki całe w resztkach ziemniaków.
- Może po prostu usiądź, a ja to zrobię? - zaproponował tata.
- O, nie - odparła mama. - Nie dopuszczę do tego. Zaczniesz wkładać do niej drewniane łyżki.
- Ale przecież do tej zmywarki można je wkładać. Właśnie dlatego zdecydowaliśmy się na zakup niemieckiej.
- Jeśli w tej chwili nie przestaniecie się kłócić o zmywarkę - włączyłam się - wywiozę ją na złomowisko.
- My się nie kłócimy, kotku - odparła mama. - My tylko rozmawiamy.
A oto inne drobnostki, o które kłócą się o których rozmawiają moi rodzice:
- Czy smarować masłem obie strony kanapki, czy tylko jedną?
- Czy wkładać kurtkę kilka minut przed wyjściem, "żeby zawczasu się ogrzać", czy dopiero chwilę przed wyjściem, żeby "poczuć w pełni jej zalety"?
- Czy szkockie ciastka scones powinno się najpierw smarować dżemem czy śmietaną?
- Czy delicje to ciastka czy biszkopty? ("Podchwytliwe pytanie, Liz!")
- Czy dopuszczalne jest zaginanie rogów kartek w książkach, żeby wiedzieć, w którym miejscu się skończyło czytać?
Żadnego z tych ważnych problemów rodzice nie rozwiązali. Nigdy.
Kocham ich, ale czasami doprowadzają mnie do szału. Nie licząc obsesji na punkcie zmywarki, moja mama jest najbardziej strachliwą osobą na świecie. Panikuje w obliczu najmniejszych problemów życia codziennego i nie pozwala mi robić niczego, co uważa za choćby odrobinę niebezpieczne. Aż do ósmej klasy kazała mi chodzić do szkoły w odblaskowej kamizelce. W końcu zbuntowałam się i wrzuciłam ją do stawu. Nawet teraz nalega, bym miała światełka odblaskowe na plecaku. Kiedy w zeszłym miesiącu zapytałam, czy mogę pojechać do Londynu z moją kumpelą Blossom i wziąć udział w proteście antywojennym, o mało nie dostała ataku serca.
- Chcesz brać udział w manifestacji? Tam mogą być terroryści!
- Mamo, to pacyfiści, a nie terroryści.
- Mogą mieć skrzydło radykalne. Nie wiesz, jak niebezpiecznie jest w Londynie? Kiedyś na peronie metra przewrócił mnie jakiś facet.
- To było niechcący - zauważyłam. Dobrze znałam tę historię.
- Mogłam wpaść pod pociąg! - powiedziała dramatycznym tonem. - Moje życie wisiało na włosku.
- Nie martw się, tata na pewno znalazłby sobie kogoś innego - zapewniłam ją. - Jest silny.
Żeby nie było: tata też mnie doprowadza do szału. Nigdy nie może się na nic zdecydować i nie wie, za kim się opowiedzieć.
"Wina leży po obu stronach" - to jego zdanie na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego. "Obaj kandydaci mają rację" - mawia za każdym razem, gdy jakichś dwóch szalonych polityków kłóci się w radiu. "Można na to spojrzeć dwojako" - wyjaśnił mi, kiedy zapytałam go, co sądzi o karze śmierci. Pewnie na karę śmierci rzeczywiście można spojrzeć "dwojako", ale już na to, czy płukać naczynia przed włożeniem do zmywarki, z pewnością nie.
Patrzyłam, jak tych dwoje przepychało się w naszej wąskiej kuchni. Kiedy tylko jedno włożyło coś do zmywarki, drugie od razu protestowało albo to wyjmowało.
- Nie można myć w zmywarce tego noża - powiedziała mama.
- Dlaczego? - zapytał tata.
- To nóż do obierania. Musi być ostry. Woda go stępi.
- Więc jak mam go umyć?
- Pod kranem!
- A jak go doczyścić? Piaskiem?
Moja siostra Verity tak bardzo nie mogła tego wytrzymać, że rok temu dała nogę do Nowej Zelandii razem z Rafe'em, moim dwuletnim siostrzeńcem. Strasznie za nimi tęsknię, choć wcale nie tęsknię za kłótniami Verity z mamą. Walczyły ze sobą jak lwice w klatce.
- Fleur? Fleur? - Uświadomiłam sobie nagle, że tata od dłuższej chwili usiłuje przyciągnąć moją uwagę.
- Tak?
- A ty co o tym myślisz? - zapytał.
- Myślę, że oboje macie świra - odparłam.
- Dobrze, ale co myślisz o wkładaniu noży do obierania do zmywarki?
- Myślę - powiedziałam, wstając od stołu i biorąc plecak - że można na to spojrzeć dwojako.
W przerwie na lunch poszłam szukać Blossom. Jej znalezienie nie zajęło mi dużo czasu. Stała w holu, trzymając jakąś kartkę i dyskutując z panią Turvey, naszą wuefistką.
- Kim według pani jesteśmy? - mówiła. - Obywatelami drugiej kategorii? Czy o to walczyły i za to ginęły sufrażystki?
Pani Turvey zmarszczyła brwi.
- Wydaje mi się, że walczyły i ginęły za prawo do głosowania. Nie wiem, czy przejmowałyby się polityką klubów sportowych.
Wyrwałam Blossom kartkę. Okazała się ulotką wydrukowaną na tanim papierze.
KLUB BOKSERSKI W BOSFORD
CZY WIESZ, ŻE BOKS TO NAJLEPSZY SPOSÓB NA UTRZYMANIE FORMY?
ZAPISY NOWYCH CZŁONKÓW
ŚRODA
Dorośli: 20.00-21.00
SOBOTA
Juniorzy: 9.00-9.45
Dorośli: 10.00-11.15
CZWARTEK
Panie 20.00-21.00
NIEZALEŻNIE OD TEGO, CZY INTERESUJĄ CIĘ ZAWODY, CZY TYLKO CHCESZ ZRZUCIĆ KILKA KILOGRAMÓW, BOKS TO SPORT DLA CIEBIE!
- Sama widzisz - powiedziała do mnie Blossom. Zauważyłam, że pani Turvey oddaliła się ukradkiem, wykorzystując chwilę nieuwagi mojej przyjaciółki.
- Co takiego? - zdziwiłam się. - Nie lubisz boksu?
- Naprawdę nie widzisz, co jest nie tak z tą ulotką? - zapytała. Przeczytałam ją więc jeszcze raz.
- Chodzi ci o to, że zapomnieli wstawić dwukropek po "panie"? - zapytałam. Odziedziczyłam po rodzicach obsesję poprawności językowej.
- Nie chodzi mi o brakujący dwukropek - odparła Blossom - tylko o brakujący chromosom. Dlaczego treningi kobiet odbywają się kiedy indziej niż treningi mężczyzn?
- O to ci chodzi? Chcesz się bić z facetami?
- Nic nie rozumiesz! - Blossom wyrwała mi ulotkę i nią potrząsnęła. - Fleur, segregacja ze względu na płeć jest nielegalna od 2010 roku. Kluby sportowe nie mogą dyskryminować kobiet.
- I co zamierzasz z tym zrobić?
- Pojadę tam w sobotę i powiem im, że muszą zmienić swoje zasady. Potem wyślę list do rady miejskiej, a kopię prześlę swojemu parlamentarzyście. Jeśli dalej będą odmawiać, nadejdzie pora na bezpośrednie działania. Tak jak robiły to sufrażystki.
Uśmiechnęła się ponuro, a oczy jej rozbłysły na myśl o walce na śmierć i życie.
- Może ogłosimy strajk głodowy? - zaproponowałam. - Akurat w niedzielę moja mama robi pieczeń wołową i yorkshire pudding.
- Fleur! - krzyknęła Blossom. - Ja mówię poważnie. Pomożesz mi?
Westchnęłam.
- Jasne, że tak.
Blossom uśmiechnęła się triumfalnie. Wiedziała, że skapituluję. Zawsze to robię.
Kiedy szłyśmy wąską alejką, a opite nektarem pszczoły zataczały się w powietrzu, krążąc od kwiatka do kwiatka, Blossom skarżyła się na swojego chłopaka. Pochodzi z Glasgow, każe na siebie mówić Magnes i pracuje jako pomocnik w salonie tatuażu. Nawet go lubię, jednak Blossom strasznie wkurza. Do tego ciągle go nie ma. Jest hipisem i chce żyć niezależnie od zdobyczy cywilizacji, co w jego przypadku oznacza, że czasami wyłącza iPhone'a.
- Jak na kogoś, kto bez przerwy nawija o pokoju i harmonii w przyrodzie, jest trochę za bardzo gburowaty - powiedziała Blossom.
- On nie jest gburowaty - odparłam. - On po prostu jest Szkotem.
- Zaangażował się w tak zwany Projekt - ciągnęła Blossom. - To eksperymentalna, samowystarczalna komuna, którą on i jego kumple z organizacji Socialist Action założyli na zachwaszczonym polu w Essex.
- Po co? - zapytałam.
- Są przekonani, że kapitalizm upadnie i społeczeństwo popadnie w anarchię - stwierdziła. - Ogólnie rzecz biorąc, to połączenie lewactwa i survivalu. Wygląda to naprawdę srogo, kiedy jesteś na polu, na którym nie ma zasięgu.
Wzruszyłam ramionami.
- Powiedział mi, że chce, żebym się tam przeprowadziła i zamieszkała z nim po upadku tego systemu.
- Co takiego?! I co odpowiedziałaś?
- Że jeśli nadchodzi apokalipsa, wolę zatonąć tutaj, na statku o nazwie Kapitalizm, ściskając w garści mojego bezużytecznego iPada...
- Bądź przez chwilę cicho - przerwałam jej. - Słyszałaś coś?
Zatrzymałyśmy się i przekrzywiłyśmy nieznacznie głowy, tak jak to się zawsze robi, gdy się nasłuchuje. Słyszałam kosa krzyczącego na nas wściekle i terkotanie traktora naszego sąsiada, pana Palmera, na pobliskim polu, ale to nie te odgłosy mnie zaniepokoiły. To dobiegający zza żywopłotów buczący, ryczący huk silnika.
- Czy to...? - zaczęła Blossom, kiedy zza rogu wytoczył się samochód. Przy tej mizernej prędkości, którą rozwijał, nie powinien mieć najmniejszego kłopotu z zatrzymaniem się przed nami. Kierowca zobaczył nas i oczy rozszerzyły mu się z przerażenia, ale auto jechało dalej, prosto na nas. Zapiszczałyśmy i uskoczyłyśmy w żywopłot, a on minął nas zaledwie o centymetry. Usłyszałam zgrzyt, a potem huk. Blossom jęknęła. Wyjrzałam zza krzaka i zobaczyłam małe białe renault clio wbite w żywopłot po drugiej stronie uliczki. Wstałyśmy i wyplątałyśmy się z ostrych gałęzi. Ruszyłam w kierunku samochodu, otrzepując się po drodze, kiedy drzwi po stronie kierowcy otworzyły się i moim oczom ukazała się długa noga. Za tą długą nogą wynurzyły się pozostałe kończyny, szyja i wszystkie inne części ciała, których należało się spodziewać. Tyczkowate ciało tego niezwykle wysokiego mężczyzny wieńczyła głowa: uśmiechnięta blada twarz, a nad nią szopa rudych włosów.
- Pip! - wrzasnęła Blossom. - Dlaczego się nie zatrzymałeś?
- Nie trafiłem stopą w hamulec - odparł.
- O mało nas nie zabiłeś!
Pip zamrugał powiekami, patrząc na nas ze zdziwieniem.
- Szłyście środkiem drogi - zauważył.
Gdybym miała określić Pipa dwoma słowami, byłyby to zapewne: "pijana żyrafa". Kiedy patrzyłam, jak idzie, zastanawiałam się, czy przypadkiem jego stawy nie zginają się w odwrotnym kierunku.
- Musisz popracować nad umiejętnością hamowania - oznajmiła Blossom.
- Podwieźć was do szkoły? - zapytał.
- Tak, prosimy - odparła.
- Magnes nie byłby zadowolony - powiedziałam jej. - W końcu po upadku kapitalizmu nie będzie już samochodów i wszędzie będziemy chodzić piechotą.
- Wiem - przyznała. - Ale do tego jeszcze daleka droga.
- Nie chciałabym jednak, żeby tą drogą wiózł nas Pip. Jeszcze mi życie miłe.
- Zaryzykuję - odparła, ładując się na tył wozu. - Mam ubezpieczenie.
- Czy twój wóz aby na pewno jest sprawny? - zapytałam Pipa.
- Myślę, że tak - odrzekł. - Czemu pytasz?
- Właśnie przydzwoniłeś w żywopłot - wyjaśniłam.
- Wcale nie - obruszył się. - Ja tylko zaparkowałem. Wsiadasz?
Doszedłszy do wniosku, że prawdopodobnie będę bezpieczniejsza w środku niż jako przechodzień, zajęłam miejsce obok Blossom. Pip złożył się jak scyzoryk i usiadł z trudem za kierownicą, po czym samochód ruszył z klekotem uliczką, wydmuchując smugi czarnego dymu, podczas gdy ja zaczęłam wykrzykiwać komendy. Kiedy jadę samochodem z Pipem, zawsze czuję się jak pilot biorący udział w wyścigu najwolniejszych pojazdów.
- W prawo za dwadzieścia... piętnaście... dziesięć... osiem... pięć... trzy... jeden... SKRĘCAJ... SKRĘCAJ, NA MIŁOŚĆ BOSKĄ... ostro w lewo... dalej... teraz prosto... uważaj na konia... czerwone światło... czerwone światło... CZERWONE ŚWIATŁO!
Mam zaledwie szesnaście lat i umiem jedynie wciskać sprzęgło, ale słowo daję, i tak jestem lepszym kierowcą niż Pip. Napomknęłam mamie, że chciałabym zrobić prawko, kiedy będę miała siedemnaście lat, ale sama myśl o tym sprawiła, że oblała się zimnym potem. Pokazała mi długi i przesadnie szczegółowy artykuł, z którego wynikało, że współczynnik umieralności ludzi, którzy wstrzymali się z podejściem do testów do dziewiętnastego roku życia, jest o wiele mniejszy niż pozostałych. Nie naciskam. Nie ma sensu się z nią kłócić, gdy już coś sobie wbije do głowy.