W Dalston w północnym Londynie znajduje się kościół klaunów.
Aby móc do niego przystąpić, trzeba się zarejestrować. Tu jednak uwaga: nie istnieje żadna lista, na której można by wpisać swoje imię i nazwisko. Rejestr członków to kolekcja jajek, z których każde wymalowane jest na czarno, czerwono i biało, tak że przypomina twarz w makijażu scenicznym konkretnego klauna. To nie dowcip i nie cyrkowa sztuczka - za pomocą owych jajek rozwiązywano w przeszłości konflikty związane z podrabianiem cudzego makijażu oraz kradzieżą tożsamości.
Sama nazwa - imię - to jeszcze nie dość. Czasami jedno słowo to zbyt mało, żeby określić swoją tożsamość. Czasami to zbyt wiele: róża jest różą, jest różą - co z tego?
Jeśli chcesz zostać klaunem - pisze Hugh Aldersey-Williams w książce Anatomies. The Human Body, Its Parts and the Stories They Tell - musisz mieć makijaż. To jasne. Makijaż stanowi o tym, za kogo wezmą cię widzowie. Masz oczywiście inną, prywatną twarz, ale to wizerunek, który stworzysz i wybierzesz, będzie ci towarzyszył przez całe zawodowe życie. Weźmy aktorów teatralnych lub filmowych: co rusz grają inną rolę, a ich zadaniem jest przekonać publiczność, że nie są tym, kim są. Z klaunami rzecz ma się odwrotnie: wybierają tożsamość publiczną i przy niej trwają, a ich zadanie polega na tym, aby w miarę upływu czasu stawać się jeszcze bardziej sobą - tym sobą, na którego świadomie się zdecydowali.
Piszę w tej książce o dziewczyńskości i dziewczynkowatości, ale staram się o nich pisać przede wszystkim w takim wymiarze, który sama najmocniej zapamiętałam: jako marzeniu o tożsamości, która może podlegać nieustannej zmianie, i złudzeniu, że ludzkie życie - zanim (i jeśli w ogóle) obierze jeden kształt, w którym ostatecznie stężeje i osiądzie - ma szansę mienić się, musować, być w wiecznej podróży i ciągłym przeistaczaniu, że można żyć bez konieczności podejmowania decyzji co do tego, kim się jest lub będzie[1].
Ilekroć mówiłam, że piszę esej o dziewczynkach, rozmówczynie i rozmówcy prędko się zapalali: któraś chciała pomóc, przywołując wspomnienie, zapomnianą lekturę, kiedyś ważną, teraz na końcu języka, nigdy bliżej. Inna wpadała w złość, mówiła: może i byłam dzieckiem, to prawda, ale na pewno nie byłam dziewczynką. Ktoś starał się sobie przypomnieć tę jedną ulubioną zabawę, która sprawiała, że zejście do piwnicy nie było już ponad ludzkie siły. Ktoś mówił: współczuję tematu. Ktoś zauważał: dziewczynki - to nie brzmi poważnie.
W 2014 roku firma Always wypuściła kampanię reklamową pod hasłem "Like a girl" - jak dziewczyna. Jej celem miało być odczarowanie wyrażenia, którym przywykło się określać działanie nieudolne i słabe. W reklamie Always dziewczynki biegają szybko, rzucają piłkę daleko, a kiedy biją - biją z całych sił. Chodziło też o zwrócenie uwagi na wyrażenie, po które czasem sięgamy machinalnie i które powoduje dużą część naszych kłopotów z figurą dziewczynki.
W 2002 roku Jerzy Dudek, ówczesny bramkarz Liverpoolu i reprezentacji Polski, ocenił gorzko grę swojego zespołu, mówiąc: graliśmy jak dziewczyny. Zaproszenie na mecz, które otrzymał od kobiecej drużyny Liverpoolu, miało go skutecznie przekonać, że dziewczyny potrafią grać w piłkę równie dobrze i zajadle jak mężczyźni, odruch to jednak odruch. "Grać jak dziewczyny" oznaczało - zwłaszcza w męskich ustach - grać gorzej. Odpuszczać. Nie walczyć. Wymiękać. Nie dać z siebie wszystkiego.
W 2007 roku (przytaczam to za Elline Lipkin, autorką książki Girls' Studies) tajska policja zdecydowała się na wprowadzenie następującej kary: za nieprzestrzeganie regulaminu w miejscu pracy policjantom groziło noszenie na ramieniu opaski z wizerunkiem Hello Kitty.
Wszyscy znają Hello Kitty: to słodki biały kotek w różowej sukience i z różową kokardką przy uchu. To jeden z najbardziej kultowych popwizerunków i jeden z najlepiej sprzedających się wzorów na świecie. Hello Kitty jest wszędzie: na plecakach, portfelach, parasolkach, T-shirtach i piórnikach. Matt Alt, autor książki Czysty wymysł. Jak japońska popkultura podbiła świat, opisuje syryjskiego przywódcę Zahrana Allusza przemawiającego do swoich zwolenników - pod pachą miał mieć pistolet, przed sobą notesik z Hello Kitty. Urocza kocia buzia to fenomen, który trudno wyjaśnić, chociaż Matt Alt próbuje - wylicza jego potencjalne składniki: nieskończona, niewyobrażalna słodycz oraz fakt, że buzia Hello Kitty nie wyraża absolutnie niczego.
Szef policji w Bangkoku uznał ponoć, że tego rodzaju wizerunek nada się świetnie do karania nieposłusznych pracowników - mężczyzn. Spóźnienie do pracy? Opaska z Hello Kitty na ramię. Niesubordynacja innego rodzaju? Opaska z Hello Kitty na ramię. Upokorzenie miało sprawić, że reguły już nigdy nie zostaną złamane. Lipkin przytacza jego rozumowanie: Hello Kitty to ikona dziewczynek. Żaden poważny mężczyzna nie zechce nosić czegoś takiego na bicepsie. Żaden samiec alfa nie zniesie koloru różowego w tak wściekłym natarciu, chociaż - to zauważa akurat Kassia St. Clair, autorka książki The Secret Lives of Color - pomysł, żeby kolor różowy automatycznie przypisywać dziewczynkom, jest stosunkowo nowy. Jeszcze w 1893 roku w "New York Timesie", wśród porad dotyczących stylowych dziecięcych ubranek, można było przeczytać, że dla chłopców poleca się odzienia różowe, dla dziewczynek natomiast - błękit. Róż był kulturowo po stronie chłopców, a to dlatego, że - to jedna z hipotez - jest pochodną purpury, purpura zaś to kolor kardynałów i królów, czerwień, która musi dorosnąć i dojrzeć. Błękit był w tym ujęciu barwą słabszych; błękit jest w malarstwie tradycyjnym kolorem szat Matki Boskiej, a to oznacza, że mógł symbolizować opiekę, jaką rozciąga ona nad młodymi niewiastami.
Nawracające, nienowe to pytanie: dlaczego mężczyzna przebrany za kobietę jest częstszym motywem kretyńskich kabaretów niż kobieta przebrana za mężczyznę? Elline Lipkin wyjaśnia: dlatego, że bycie kobietą ciągle bywa uznawane za bycie kimś mniej niż. Powiedzenie do chłopca, że biega jak dziewczyna, to komunikat, że robi coś poniżej możliwości. Dziewczynki podlegają dyskryminacji krzyżowej: nie tylko jako osoby płci żeńskiej, ale także jako dzieci, którym często odbiera się prawo głosu.
Chcę więc przyjrzeć się temu wszystkiemu, ale przede wszystkim chcę pisać o dziewczynkach i chcę pisać o stawaniu się. O momencie w życiu, który jest cudowny i straszny. O tym, co przytrafia się wszystkim, którzy już nie są tym, kim byli, ale jeszcze nie są tym, kim za chwilę się staną. Chcę pisać o migotliwych i płynnych tożsamościach. O ich karnawale. O tym wszystkim, co poza binarnością i kolorem - błękitnym albo różowym. W wielu przykładach, które przywołam, pojawi się jednak w odniesieniu historycznym podział zero-jedynkowy - taki, który próbował uchwycić, co oznacza "bycie dziewczynką", za pomocą metod równie archaicznych jak te, których do rozróżniania płci używał legendarny król Salomon: poprzez rozrzucenie orzechów i sprawdzenie, w jaki sposób zbierają je chłopcy, a w jaki dziewczynki.
Dzisiaj wiemy już, że tożsamości - także związane z płcią - są płynne, podobnie jak płynne są definicje kulturowe i rekwizyty, które im przypisujemy.
Jak pewnie zauważyliście, nie zaczynam od przytoczenia definicji dziewczynki. Nie określam wieku typowej dziewczynki ani nie przedstawiam historii dziewczyńskości. Najważniejszy powód jest taki: to zbiór esejów, nie monografia, a ja nie chcę szukać w dziewczynce tego, co stałe i podlegające encyklopediom i słownikom. W przywołaniach historycznych koncentruję się na tym, w jaki sposób obraz dziewczynki zmieniał się w XIX, XX i XXI wieku, kiedy kategoria dziewczynkowości i dziewczynkowatości stawała się coraz bardziej osobna i wyrazista.
Sam koncept "bycia dzieckiem" jest w ogóle konceptem nowoczesnym. Jak pisze w Historii dzieciństwa Philippe Ari?s, prawo do odrębności zostało dzieciom dane stosunkowo późno. Według średniowiecznych traktatów, które cytuje, dzieciństwo miało być niczym więcej niż okresem, kiedy człowiekowi rosną zęby. Uważano, że zaczyna się od przyjścia na świat i trwa do siódmego roku życia. To, że Jezus pojawił się na świecie jako dziecko, było częścią cierpienia, które wziął na siebie, aby zbawić ludzkość, świadectwem, że jest gotów na najwyższe upokorzenie. Dzieciństwo traktowano jako okres przejściowy, nie widziano powodu, by zapisywać je w pamięci. W 1687 roku niejaki Pierre Coustel pisze (za Ari?sem te przykłady podaję): "Trzeba przezwyciężyć niechęć, jaką budzą dzieci w człowieku rozumnym". Wyjaśnia: należy sobie wyobrazić, że to, co dzisiaj nie zasługuje na nasz wielki szacunek, kiedyś może stać się "dobrym prawnikiem" czy "zacnym proboszczem" - w ten sposób musimy patrzeć na dzieci. W 1714 roku La Fontaine notuje: "Mam młodą [nie używa słowa: małą] córkę, która dopiero zaczyna mówić". Za czasów Monteskiusza opinia publiczna nie widziała w dziecku "poruszeń duszy ani wyraźnego kształtu ciała". Sancho Pansa, giermek Don Kichota, nie wiedział, ile lat ma jego córka, którą przecież bardzo kochał: "Około piętnastu, a może o dwa lata mniej lub więcej... ale jest wielka jak kopia, świeża niby poranek kwietniowy, a silna niby tragarz".
Poza wskazaniem na konteksty historyczne chcę jednak przede wszystkim pisać w taki sposób, w jaki sama lubię myśleć o słowie "dziewczynka": jako jednym z tych słów, które - jeśli użyte w grupie zaufania - potrafią wzmacniać.
Chodźcie, dziewczynki! - krzyczą do siebie dojrzałe kobiety wieczorem w pubie; dziewczynki, noc jest jeszcze młoda, ruszamy! Dziewczynki, zaczynamy zaraz! - krzyczą do siebie drag queens w pewnym magazynie przemysłowym na obrzeżach Madrytu; dziewczynki, brody i cycki w górę, ruszamy! - krzyczą do siebie aktorki na moment przed wyjściem na scenę; dziewczynki, dziewczynki, zaraz kolej na nas! - krzyczymy do siebie z przyjaciółkami.
Myślę o obietnicy kryjącej się w zawołaniu: "dziewczynki!". Nie o tym przyrzeczeniu, które mieści się w słowie, jest jego definicją czy uściśleniem. Myślę o obietnicy, za którą idą energia, zakasanie rękawów wobec życia, nagłe poderwanie się od stołu: chodźcie, dziewczynki, dopiero się zaczynamy, jeszcze możemy stać się wszystkim i jeszcze wszystko może się wydarzyć!
Bo ostatecznie do tego się to sprowadza: do rozedrganej wody w wysokiej przezroczystej szklance, do tego, co w człowieku nieuleżałe, nieopowiedziane i nieusadzone przy stole.
Piszę więc o dziewczynkach także z racji mojego doświadczenia życia jako dziewczynka. Ale właściwie piszę o dziewczynkach bez względu na wiek i płeć.