PROLOG
Mocny, drażniący zapach chloru uderzył w moje nozdrza.
Dziwny dźwięk, jakieś rytmiczne pikanie... to jedyne co słyszę.
- Budzik - myślę - Wyjątkowo upierdliwy...
Nie wiem gdzie jestem.
Próbuję otworzyć oczy, ale nie mogę... jakby ktoś położył mi coś ciepłego i miękkiego na powiekach.
Nie wiem co się dzieje. Zaczynam panikować.
- H... Halo - próbuję się odezwać, ale zaschnięte gardło i usta powodują, że mój głos jest ledwo słyszalny.
Cienka szczelina między powiekami jednego oka, pozwala mi zobaczyć zaledwie skrawek białej ściany i rozmazany kontur okna.
- Co do cholery... - szepczę.
Serce wali mi jak młotem, a pikanie zdaje się być coraz szybsze i bardziej natarczywe.
Dłonią próbuję zdjąć to cholerne coś, co przysłania mi oczy. Zanim jednak do nich dotrę, czuję pod palcami jakieś rurki... i bandaże?
Zamieram.
- Boże, to dzieje się znowu! - krzyczę w myślach.
Próbuję się podnieść i w panice, na oślep chcę wyczuć jakieś znajome kształty. Zrzucam coś, słyszę dźwięk rozbijanego szkła.
Głowa mi ciąży, czuję że odlatuję...
- Ja pierdole...
***
- Pani Różo, jest Pani z nami?
Słyszę miły, kobiecy głos. Uchylam powieki.
Chcę odpowiedzieć, ale głos nie chce wydostać się z moich ust.
- C...co... - próbuję mówić.
Postać kobiety pochyla się nade mną, chcąc zrozumieć co mówię.
- Co...jest... kurwa...? - szepczę powoli i czuję jak łza spływa mi po policzku. Piecze!
- Spokojnie pani Różo - mówi i czuję jej ciepłą dłoń na moim ramieniu. - Teraz proszę chwilę odpocząć, za chwile przyjdzie lekarz.
- Lekarz - powtarzam za nią i czuję jak ponownie spadam w otchłań.
ROZDZIAŁ 4
Tamara parsknęła śmiechem.
- Tak poznałam Lilę - ciągnęłam moją opowieść. - Później wszystko potoczyło się dość szybko. To prawda, że odpowiednia perspektywa potrafi rozwiać wszelkie wątpliwości. Zdecydowałam, że stworzę fundację pomagającą ofiarom przemocy domowej "Własna droga", a Lila została moją asystentką, prawą ręką i prawdziwą przyjaciółką.
Tamara siedziała bez słowa.
- Zanudziłam cię? Śpisz? - zmachałam jej dłonią przed oczami.
- No co ty, przetwarzam ogrom informacji.
Uśmiechnęłam się tylko i poszłam po kolejną butelkę wina.
Będąc w kuchni, zamówiłam coś do jedzenia na dowóz, bo zdałam sobie sprawę, że już dawno minęła pora obiadowa, a mój żołądek domaga się strawy.
- Od razu czułam, że z tej Lili to niezły zadzior - odezwała się Tami, kiedy wróciłam na taras.
- No, jest świetna - przyznałam. - Zaimponowała mi swoją odwagą i błyskotliwością.
- A faceci?
- Co faceci? - zapytałam zaskoczona.
- Jacyś faceci w twoim życiu?
- Daj spokój - odwróciłam się w stronę kuchni, udając, że czegoś zapomniałam.
- Róża, nie mów mi, że żyjesz w celibacie - niemal wykrzyczała przyjaciółka. - Tyle lat?!
- To zależy, bo jeśli brać pod uwagę mój wibrator, to mam całkiem bujne życie erotyczne - oświadczyłam z udawaną dumą.
Dziewczyna złapała się za głowę, kręcąc nią z niedowierzaniem.
- Dobra, zmieńmy temat - powiedziałam stanowczo.
- Jakie "zmieńmy temat"? - to bardzo istotna kwestia!
Zadzwonił dzwonek domofonu.
- Idealne wyczucie czasu - powiedziałam do siebie.
Uwielbiam zamawiać jedzenie w tajskiej knajpie na dowóz, bo jest pyszne i przywożą je dosłownie po chwili. Tym razem zaplusowali jeszcze bardziej, a kierowca dostał wielki napiwek.
- Jedz! - postawiłam przed dziewczyną pachnący kubełek.
- Jeśli myślisz, że zamkniesz mi usta... - powiedziała i zaciągnęła się aromatem jedzenia. - No dobra, masz mnie na chwilę z głowy.
Wieczór minął nam bardzo przyjemnie. Tamara opowiadała mi o swoim życiu przez ostatnie lata.
Po stażu przeniosła się do małego miasteczka niedaleko Wrocławia, tam pracowała i z czasem została dyrektorką szkoły muzycznej. Wspomniała mimochodem o złamanym sercu, ale zapytana o szczegóły stwierdziła, że na tę opowieść nie wystarczą dwie butelki wina, a poza tym nie czuje się gotowa, by o tym mówić. Uszanowałam to, bo po okazaniu takiej wyrozumiałości względem mnie, nie mogłam nalegać.
Zasnęłyśmy na kanapie przy włączonym telewizorze, jak za starych, dobrych czasów.
ROZDZIAŁ 5
Poniedziałek w fundacji był istnym szaleństwem. Mnóstwo spraw, które spłynęły przez weekend, nie pozwalało na zwłokę. Pozwolenie na budowę trzeciego już osiedla fundacji "Własna droga" przeciągało się w nieskończoność, natomiast rodzin czekających na to lokum było coraz więcej.
Na pomysł budowy pierwszego osiedla wpadła Lila, kiedy pomagając kolejnej matce z trójką dzieci, nie mieliśmy ich gdzie ulokować.
Pierwotnie myśleliśmy o budowie małego domku dla tej, lub innej rodziny, która w przyszłości będzie potrzebowała chwilowego lokum, jednak szybko okazało się, że pojawiły się kolejne osoby, z podobnymi potrzebami. Potrzebowaliśmy więcej niż jednego domu, czy mieszkania.
Z kalkulacji naszych finansistów wynikało, że dużo tańszą opcją jest budowa małego osiedla w zabudowie szeregowej. Takie mieszkania rozwiązywały masę naszych kłopotów, a budowanie ich szeregowo, pozwalało nam zaoszczędzić sporo kasy i wydać ją na kolejne projekty.
Nasza fundacja działa wielokierunkowo. Począwszy od interwencji w przemocowych domach, poprzez zaplecze psychologiczne, terapię dla ofiar i w niektórych przypadkach również dla sprawców, pomoc prawną, szkolenia, przekwalifikowania zawodowe, pomoc w znalezieniu pracy. Mamy nawet swoje przedszkole i żłobek. Jednym słowem, działamy na wielu płaszczyznach, bo jedynie taka pomoc dawała szansę ofiarom i ich dzieciom na powrót do normalnego życia.
Zazwyczaj przychodzą do nas kobiety z dziećmi, ale raz na jakiś czas pojawiają się także mężczyźni. Im dużo trudniej jest przyznać się, że potrzebują wsparcia, że są ofiarami.
Nasze osiedla tworzą pewnego rodzaju społeczność. Mieszkańcy wspierają się wzajemnie, pomagają sobie, nierzadko nawiązując przyjaźnie. Mamy również jedno fundacyjne małżeństwo. Poznali się na osiedlu i nada żyją razem, szczęśliwie już kilka lat, doskonale sobie radząc, nawet już bez naszej pomocy. Dla nas to za każdym razem ogromna radość, kiedy podopiecznym uda się zbudować na nowo swoje życie i z chęcią robią miejsce kolejnym potrzebującym.
Od jakiegoś czasu pracuje z nami także Kostek. Okazał się być niezłym negocjatorem, a jego znajomości przyniosły nam wielu sponsorów. W biurze bywa bardzo rzadko, bo większość czasu przebywa w terenie.
Po odejściu Franka na emeryturę doskonale zajął się moimi interesami, a swoim zaangażowaniem i uczciwością zapracował na zaufanie tak duże, jak jego ojciec.
- To co z tym Arturem? - zapytała Lila, opierając się o framugę drzwi.
- Nie masz co robić? - zapytałam kąśliwie. - Mogę ci zaraz znaleźć jakieś zajęcie, jeśli się nudzisz? - dodałam tonem prawdziwej szefowej.
- Kawusie niosę szefowo - powiedziała słodko, wchodząc do mojego gabinetu i zamykając drzwi nogą.
- Oho! Szykuje się przesłuchanie - przewróciłam oczami.
- O co chodzi? Nie podoba ci się?
- Nie, to nie tak... Jest przystojnym mężczyzną i całkiem fajnie mi się z nim gada, ale nic poza tym.
Lila patrzyła na mnie badawczo.
- Ale... że jak nic? Nie rusza cię, czy co? - dopytywała.
Westchnęłam.
- Liliano - zwróciłam się do niej moim najbardziej oficjalnym tonem - informuję, że nie jestem gotowa na żaden związek. Jedno wyjście do knajpy nie spowodowało, że zapragnęłam szukać nowej miłości swojego życia! - wyrzuciłam z siebie.
- Ale jakiej miłości, kobieto?! - parsknęła. - Ja tu mówię o porządnym bzykanku z partnerem, który nie wymaga wymiany baterii!
Runęłam na oparcie fotela. Nie ukrywam, że brakowało mi seksu, ale nigdy nie wyobrażałam sobie, że mogę go uprawiać z przypadkowym mężczyzną.
- Ja tak nie potrafię - westchnęłam.
- Nie opowiadaj głupot - zganiła mnie przyjaciółka. - Może chociaż powinnaś spróbować?
- Może...
- Może? Może obiecaj, że to przemyślisz? - dodała i nie czekając na odpowiedź wyszła z gabinetu.
Wyjęłam z torebki wizytówkę Artura. Przyglądałam się jej, jakbym miała z niej wyczytać odpowiedź na nurtujące mnie pytanie.
- Pożądane bzykanie - powtórzyłam. - Może, ale nie dzisiaj.
Wizytówka powędrowała z powrotem do torebki.
Kolejne dni mijały mi bardzo szybko. Pozwolenie na budowę osiedla nareszcie dotarło, można było zatem zakasać rękawy i wziąć się do pracy. Byliśmy już tak obyci z tego typu przedsięwzięciami, że wszystko szło jak z płatka. Sprawdzone projekty, sprawdzeni wykonawcy...
W pracy od rana do wieczora, a wieczorem mały relaks w wannie i sen. Wszystko byłoby jak zwykle, gdyby nie ziarnko, które zasiała Lila. Może to wcale nie był zły pomysł.
W piątek wieczorem rozsiadłam się wygodnie na kanapie i kolejny raz wyjęłam wizytówkę Artura. Wystukałam numer na telefonie, by napisać wiadomość.
Ja
"Cześć" - skasowałam
"Hej przystojniaku" - skasowałam
"Masz ochotę na sex?" - skasowałam
- Ja pierdziele... - powiedziałam do siebie. - Róża, ogarnij się!
"Cześć, masz ochotę na sex przystojniaku?" - parsknęłam śmiechem
i postukałam się po głowie - skasowałam.
Wybrałam numer Lili.
- Halo - odezwał się głos w słuchawce.
- Chcę napisać do Artura - powiedziałam szybko.
- Brawo - odparła.
- Ale nie wiem co!
- No nie wiem, może "Drogi Arturze, chętnie zostałabym przez ciebie wyruchana" - Lila chichotała do słuchawki.
- Poważnie mówię.
- Jezu - powiedziała przeciągle - Może po prostu zaproś go na drinka?
- Dzięki - rzuciłam i rozłączyłam się.
Że też o tym nie pomyślałam. Zamiast zacząć od drinka, to ja tylko seks i seks. Ponownie wystukałam numer Artura i napisałam szybko wiadomość.
Ja: "Cześć, masz ochotę na sex?" - wysłałam wiadomość.
Chwilę zajęło mi, zanim zorientowałam się, co widzę na ekranie swojego telefonu. Czułam, jak moje policzki robią się purpurowe i nagle zabrakło mi tchu.
Ja: "Przepraszam, TO NIE TAK MIAŁO BYĆ!" - wysłałam
Ja: "Zapomnij, nie było tematu!" - wysłałam
Odłożyłam telefon i pobiegłam do kuchni. Wypiłam szklankę zimnej wody i ochlapałam twarz.
- Ty idiotko! - mówiłam do siebie i śmiałam... w panice.
Usłyszałam dźwięk przychodzącego smsa. Bałam się spojrzeć na telefon. Podeszłam do niego powoli i otworzyłam wiadomość.
Artur: "Wolałbym zacząć od drinka"
Ja: "Przepraszam, to słownik w telefonie" napisałam pierwszą rzecz, która wpadła mi do głowy.
Artur: "Rozumiem, a mogę wiedzieć, kto do mnie pisze?"
Nagle zdałam sobie sprawę, że przecież on nie ma mojego numeru. Kamień spadł mi z serca. Nie będę odpisywała i sprawa ucichnie. Nalałam sobie lampkę wina, włączyłam muzykę, całkowicie ignorując wiadomość.
Kolejny sms
Artur: "Róża?"
Skąd on to kuźwa wie!? Nie odpiszę, sprawa ucichnie. Pogłośniłam muzykę, by zagłuszyć moje myśli i ewentualny sygnał telefonu.
Poszłam pod prysznic i postanowiłam o tym zapomnieć.
Po powrocie odruchowo chwyciłam telefon, otwierając przy tym wiadomość.
Artur: "Tylko Tobie podałem ostatnio swój numer."
Kurwa, kurwa, kurwa!
Patrzyłam na telefon, zastanawiając się, jak z tego wybrnąć, zachowując choć odrobinę godności.
Ja: "Przepraszam, to serio była pomyłka."
Artur: "Przecież napisałem, że rozumiem. A masz może ochotę na... drinka?"
Ja: "Chętnie."
ROZDZIAŁ 6
- Umówiłam się na dzisiaj z Arturem.
- U ciebie czy u niego? - zapytała Lila rozespanym głosem.
- Zwariowałaś? W kawiarni!
- A później u ciebie czy u niego? - powtórzyła dziewczyna.
- Lila! - krzyknęłam do słuchawki - skup się! Co ja mam na siebie włożyć?
- Nie ważne, co na siebie założysz. Ważne, żebyś nie zapomniała się ogolić - powiedziała poważnym tonem.
- Bosz... Z kim ja się przyjaźnię - westchnęłam - Nara! - rzuciłam i rozłączyłam się.
Mimo żenującej sytuacji sprzed randki, spotkanie mijało całkiem przyjemnie.
Artur, jak na dżentelmena przystało, nie wspominał o mojej smsowej wpadce, za co byłam mu wdzięczna.
Najpierw pojechaliśmy na kolację do jakiejś drogiej restauracji, zaproponował to Artur, a ja chciałam mu dać wolną rękę. Przyznam, że nigdy nie lubiłam takich miejsc. Lubię dobrze zjeść, ale od zawsze wolałam wytaplać paluchy, jedząc żeberka, albo zatopić zęby w soczystym burgerze. Oboje zgodnie stwierdziliśmy, że deser zjemy gdzie indziej.
Poprowadziłam go zatem do miejsca, gdzie desery były najlepsze. Kiedy usiedliśmy przy stoliku w mojej małej, przelotnej knajpce, Artur był nieco skonsternowany.
- Nie sądziłem, że bywasz w takich miejscach - powiedział, rozglądając się po wnętrzu.
Faktycznie, lokal wydawał się być, powiedzmy, mało elegancki. W ciągu dnia funkcjonował jako kawiarnia i jadłodajnia, ale w sobotni wieczór zamienił się w bar rodem z amerykańskich filmów. Muzyka, mało wyszukana zresztą, sączyła się z głośników, ale nie na tyle głośno, by przeszkadzać w swobodnej rozmowie. Przy barze, który w ciągu dnia spełniał rolę lady, kłębiły się teraz tłumy w oczekiwaniu na swoje piwo, czy kolejkę szotów. Młodzież, ta młodsza i starsza, skupiała się wokół stołu bilardowego oraz rzutek. Nie można powiedzieć, żeby było tutaj nieprzyjemnie, miało to swój klimat, jednak daleki od tego, do którego przywykłam za dnia.
- Zaczekaj na deser, to szybko zmienisz zdanie - powiedziałam pewnie.
Kiedy pierwszy kawałek szarlotki wylądował w jego ustach, zamknął oczy, a grymas na jego twarzy wyrażał rozkosz. Zastanowiłam się, czy taką minę robi również w czasie seksu. Zawstydzona takimi myślami zaczerwieniłam się i uciekłam wzrokiem w kierunku mojego deseru.
Podobał mi się ten wieczór. Czułam się swobodnie, a po latach zamykania się w domu byłam spragniona odmiany. Towarzystwo Artura było całkiem miłe, śmieszyły mnie jego żarty i wydawał się całkiem ogarniętym facetem. Byleby się za bardzo nie przyzwyczaić.
- Mógłbym się do tego przyzwyczaić - rzekł niespodziewanie.
Byłam tak zszokowana tym, co powiedział, że widelec do ciasta wypadł mi z ręki i z hałasem wylądował na podłodze.
- Do czego? - zapytałam odrobinę zbyt ostro.
- Nooo - zaczął, trochę zdziwiony moją reakcją - do jadania w takim miejscu - dokończył - Miałaś rację. Deser jest boski.
Poczułam ulgę, jednak wiedziałam, że czym wcześniej powiem mu, co myślę, tym lepiej.
- Posłuchaj - zaczęłam powoli - chciałam z tobą o czymś porozmawiać.
- Tak? - spojrzał na mnie zaciekawiony.
- Uznałam, że powinieneś wiedzieć, że... - zawiesiłam głos, nie wiedząc, jak to ująć. - Ja nie szukam stałego związku - wyrzuciłam z siebie jednym tchem.
Artur odłożył widelec na talerz i wpatrywał się we mnie badawczym wzrokiem.
- No rozumiesz, nie chcę żadnych głębszych relacji - próbowałam tłumaczyć, a on nadal patrzył na mnie bez słowa - wiesz, żadnych serduszek, motylków i... pieprzonej tęczy - kontynuowałam zniechęcona.
Artur patrzył nieco zdziwiony, nie wiem jednak, czy moim wyznaniem, czy może doborem słów.
- Nie chcesz pieprzonej tęczy? - powtórzył z żalem.
- Nie chcę - odparłam niepewnie, zdziwiona jego pytaniem.
Oparł przedramiona o stół i pochylił się w moją stronę.
- To dobrze się składa, bo ja również - powiedział cicho, a kąciki jego ust powędrowały w górę.
Kamień spadł mi z serca.
- Niedawno się rozwiodłem, nie chcę nawet myśleć o żadnym nowym związku, a jeśli mogę być szczery - dodał konspiracyjnie - to jesteś pierwszą kobietą, z którą się umówiłem po rozwodzie.
Parsknęłam śmiechem.
- Tak się składa - tym razem ja pochyliłam się w jego stronę - że ty również jesteś pierwszym facetem, z którym się umówiłam po... bardzo długiej przerwie - dodałam, tracąc nieco dobry nastrój.
Artur chyba zauważył moją zmianę nastroju i starał się zmienić kierunek rozmowy.
- To dlaczego postanowiłaś się ze mną umówić?
- Chciałam wyrwać się z domu i zrobić coś innego. Miałam ochotę...
- Na seks! - przerwał mi, śmiejąc się w najlepsze.
Tak, wiedziałam, że ten cholerny sms jeszcze do mnie wróci.
- Nie! - odparowałam szybko - to znaczy nie tylko - skłamałam, bo przecież chodziło o seks. - Chciałam powiedzieć, że miałam ochotę oderwać się trochę od codzienności. - Westchnęłam głośno, czując się zażenowana tą sytuacją - Potrzebuję wina! - skwitowałam, czując, że moje policzki płoną.
Po tych wyznaniach atmosfera nieco się rozluźniła.
Siedzieliśmy jeszcze jakiś czas w knajpie, rozmawialiśmy i śmialiśmy się z wzajemnych żartów.
Kiedy przyszedł czas, by zakończyć spotkanie, atmosfera mocno zgęstniała i oboje byliśmy nieco zmieszani.
Kiedy jechaliśmy w stronę mojego domu, nie zamieniliśmy ani słowa. Było między nami jakieś dziwne napięcie, ale nie takie erotyczne, o jakich czyta się w książkach. Samochód zatrzymał się na podjeździe, a Artur odwrócił się w moją stronę.
- To chyba tutaj - uśmiechnął się nieśmiało, widząc moje zdenerwowanie.
- Tak - odparłam trochę za szybko.
- Różo - popatrzył na mnie niepewnie - chciałem Ci tylko powiedzieć, że nie uprawiam seksu na pierwszej randce.
- Dzięki Bogu - wyrzuciłam z siebie, czując ogromną ulgę i zakryłam rękami twarz. - Nie ogoliłam się!
ROZDZIAŁ 7
W niedzielę, przed 6:00 rano, zadzwoniła do mnie Lila.
- Mamy awaryjną sytuację. Kobieta z dwójką dzieci: dwa miesiące i dwa i pół roku. Ukrywa się w opuszczonej hali we Wrocławiu Północnym.
Zaspanymi oczami próbowałam odczytać temperaturę na zewnątrz. Kwietniowe noce i poranki były jeszcze bardzo chłodne.
- Jest 5 stopni, a ona tam jest z dwumiesięczniakiem? - pokręciłam głową z przerażeniem. - Posłałaś tam kogoś?
- Grzegorz i Bogusław już są w drodze - odparła.
- Mamy dla nich lokum?
- Niestety, najbliższe zwolni się w następną środę.
- Dobra, - potarłam górną część nosa - niech ich przywiozą do fundacji. Za chwilę tam będę.
- Róża - usłyszałam głos Lili, zanim zdążyłam się rozłączyć - trzeba uważać. Ten jej facet to ponoć członek jakiegoś gangu.
- Kurwa... - syknęłam i rozłączyłam się.
Pół godziny później byłam na miejscu. Sztab ludzi czekał już na uciekinierów: dwóch pediatrów, internista, psycholog, prawnik i policjantka.
Najpierw wszedł Grzegorz, niosąc na rękach niemowlę i prowadząc za rękę małego chłopca, następnie pojawił się Bogusław z młodą kobietą, ją także trzeba było nieść. Pediatrzy przejęli dzieci, a internista natychmiast zajął się kobietą. Wyglądała strasznie. Sina, spuchnięta twarz nie przypominała twarzy człowieka.
- Wiemy, jak się nazywa? - zapytała policjantka.
Boguś rzucił w jej kierunku torebkę.
- Sprawdź.
- Katarzyna Balicka, lat 25, urodzona we Wrocławiu.
- Piotrek, - zwróciłam się do prawnika - rozpocznij formalności. Jak obdukcja będzie gotowa, damy Ci znać.
- Trzeba działać szybko i ostrożnie. - wtrąciła Lila. - Oprawca to ponoć jakiś gangster.
Tymczasowo przygotowaliśmy dla uciekinierów małą salkę na tyłach fundacji, bo koniecznie trzeba było zapewnić im ciepły, suchy kąt. Poza tym nasz budynek miał profesjonalną ochronę, co zapewniało im bezpieczeństwo. Docelowo chcieliśmy ją przenieść do jednego z mieszkań na osiedlu.
- Wezwijcie pielęgniarkę i dajcie mi znać, jak lekarze skończą - rzekłam i skierowałam się do swojego gabinetu.
Zamknęłam za sobą drzwi. Ciężko usiadłam na kanapie, próbując opanować drżenie rąk. Nie mogę do tego przywyknąć. Za każdym razem, kiedy w naszej fundacji pojawia się niemowlę, cała się spinam i nie mogę rozsądnie myśleć. Wiem, że w takiej sytuacji ważne jest opanowanie, ale to się dzieje poza moją świadomością.
Te kobiety, chroniące za wszelką cenę swoje dzieci, przyjmujące na siebie całą złość i większość ciosów, były dla mnie bohaterkami. Byłam w stanie zrobić dla nich wszystko, albo przynajmniej to, co było w mojej mocy. Nawet starcie z gangiem nie było w stanie mnie odstraszyć - mnie ani mojej cudownej ekipy.
Jakieś pół godziny później do gabinetu weszli lekarze.
- Najpierw dzieci - zaordynowałam.
- Chłopiec, 2,5 roku: rozwój prawidłowy, wyziębiony, odwodniony, widoczne ślady po oparzeniach, średnica oparzeń sugeruje przypalanie papierosem. Liczne zasinienia na nogach i plecach. Waga lekko poniżej normy, odruchy neurologiczne w normie. Wyniki badań krwi będą koło 10:00. Dziewczynka, - kontynuował - dziesięć tygodni: wyziębiona, rozwój prawidłowy, waga prawidłowa, bez śladów przemocy, odruchy neurologiczne w normie, odparzenia pieluchowe. Wyniki z krwi będą podobnie. Oboje osłuchowo muszą być monitorowani.
- Niemowlę bez odwodnienia? - zapytałam zdziwiona.
- Matka karmiła go piersią.
Kiwnęłam głową.
- Co z matką?
- Kobieta, lat 25. Złamana kość szczękowo-rzuchwowa, liczne zasinienia na całym ciele, w szczególności na plecach, liczne ślady po oparzeniach - w domyśle jak u chłopca, odwodniona. Liczne blizny na ciele niewiadomego pochodzenia. Świeże ślady gwałtu.
- Pobrałeś materiał do badań?
- Oczywiście. - potwierdził lekarz. - Badania z krwi również będą koło 10:00.
- Kiedy będzie można z nią porozmawiać? - zapytałam.
- Teraz dostała leki uspokajające, musi odespać, bo jest wykończona. Myślę, że jutro można spróbować.
- W poniedziałek muszę mieć pełny raport - powiedziałam przytłoczona tym, co usłyszałam. - Dowiedzcie się wszystkiego o tym gościu. Musimy mieć dobry plan.
Wróciłam do domu. Żadna ze spraw, którymi się zajmowaliśmy, nie była ani łatwa, ani przyjemna, ale bywały takie, które wysysały z człowieka całą energię.
Poniedziałkowe sprawozdanie rozjaśniło nam trochę sytuację.
Łukasz Stoniecki, znany policji z kontaktów z miejscowym dealerem narkotykowym, podejrzany w kilku sprawach, m.in. kradzież, pobicie, zastraszanie. Poszukiwany przez policję.
- Procedury ruszyły - poinformował mnie prawnik.
- Co z nimi? - zwróciłam się do lekarzy.
- Stabilnie. Wyniki badań ok.
Spojrzałam pytającym wzrokiem w kierunku psychologa, bojąc się jego odpowiedzi.
- Jednym słowem kiepsko - odpowiedział na moje nieme pytanie. Kobieta dojdzie jakoś do siebie, trudniej będzie z chłopcem.
Pokiwałam głową smutno, a w myślach wykrzykiwałam pytanie: "jakim skurwielem trzeba być, żeby zrobić coś takiego?".
- Trzeba sprawdzić, jakie zasięgi mają ci bandyci, choć podejrzewam, że kobieta raczej nie może zostać we Wrocławiu - wtrąciła Lila.
- Już to sprawdziłem - odparł Kostek. - Nie tylko Wrocław odpada, ogólnie cała Polska, Czechy, Niemcy możemy skreślić.
- Kurwa - wyrwało mi się - Czyli co? Austria albo Włochy - stwierdziłam - ogarniemy coś?
- Zajmę się tym - zapewnił Kostek.
- Może zadzwonię do Francesco? - wtrąciła Lila.
- Kto to jest Francesco? - zapytał Kostek, nie kryjąc irytacji.
- Włoski przystojniak, którego spotkałam jakiś czas temu na konferencji - odparła przesadnie słodkim głosem dziewczyna.
Konstanty przewrócił oczami.
- Jak tam chcesz - rzucił, udając obojętność.
Przyglądałam się tej wymianie zdań z lekkim zdziwieniem. Nie sądziłam, że tych dwoje ma ze sobą na pieńku.
Przez najbliższy czas nasi nowi podopieczni musieli zostać z nami w salce fundacyjnej. Lila z kilkoma kobietami zadbały, aby ich czasowe lokum było przytulne i funkcjonalne, a pielęgniarka pomagała całej trójce w dojściu do siebie.
Otoczona opieką psychologiczną matka zaczęła się otwierać i mówić o tym, co ich spotkało.
Szczegóły były tak brutalne, że nocami nie mogłam zmrużyć oka. Wiele już słyszałam, ale to była najbardziej drastyczna opowieść usłyszana przeze mnie w fundacji. Coś, o czym chciałoby się zapomnieć, albo najlepiej wcale tego nie usłyszeć.
Chłopiec nie mówił wcale.
Kolejne dni w fundacji mijały w miarę spokojnie, o ile można postrzegać pracę z ofiarami przemocy jako spokojną.
Aby pracować w takim miejscu i nie oszaleć, konieczne było postawienie grubej linii między zawodową stroną życia, a tą prywatną. Na co komu rozsypani psychicznie pracownicy, na czele z szefową, która nawet i bez fundacyjnych ekscesów przedstawiała sobą obraz nędzy i rozpaczy. Namawiałam więc moich ludzi do częstych spotkań, imprez i wyjazdów.
Higiena psychiczna po pierwsze. Szykowało nam się właśnie spotkanie firmowe. Zazwyczaj takie imprezy organizowała Lila, ona też w moim imieniu uczestniczyła w nich. Na początku załoga dziwiła się moją nieobecnością, z czasem przywykli i nie zadawali pytań.
Podjęłam decyzję, że tym razem chcę być na tej imprezie. Skoro postanowiłam wrócić do życia, to właśnie nadarzyła się idealna okazja.
Lila nie ukrywała radości, kiedy jej o tym powiedziałam.
Stanęła niemal na rzęsach, by impreza była idealna. Zarezerwowała uroczą karczmę, stylizowaną na góralską, kapelę, która miała nam przygrywać, a po to, by zmęczeni po imprezie ludzie nie musieli martwić się o dojazd do domu, wynajęła również pokoje ze śniadaniem.
ROZDZIAŁ 10
Kolejne dni były dla mnie wyjątkowo ciężkie. Czułam, że z moim zdrowiem jest coś nie tak. Bardzo szybko się męczyłam i nie miałam apetytu, co w moim przypadku serio było niepokojące. Sytuacji nie poprawiał mój stan psychiczny. Po niedzielnym występie dziewczynki ze skrzypcami miałam wrażenie, że cały ból po stracie moich ukochanych mężczyzn powrócił ze zdwojoną siłą. Za każdym razem, kiedy wspominałam jej występ, zalewała mnie fala smutku... i łez.
Kiedy w piątkowy ranek zadzwoniłam do Lili z informacją, że dzisiejszego dnia nie zjawię się w pracy, moja przyjaciółka była mocno zaniepokojona.
- Umówię Cię do lekarza - poinformowała krótko.
- Nie trzeba - odparłam - potrzeba mi snu i odrobinę spokoju - zapewniłam przyjaciółkę. Idzie weekend, więc jest spora szansa na jedno i drugie.
- Jeśli przez weekend ci nie przejdzie, w poniedziałek rano sama zatargam cię do lekarza - ostrzegła mnie poważnie.
- Wiesz, jak ich uwielbiam - skwitowałam.
- Kuruj się - powiedziała niezadowolona - Jeśli potrzebujesz jakichś leków, to napisz.
- Jasne, mamusiu - rzuciłam, kończąc rozmowę.
Tak, sen to to, czego było mi trzeba.
Piątek i sobotę przespałam prawie w całości, wstając z łóżka jedynie po jakąś przekąskę i ewentualnie na siku. Za to w niedzielny poranek byłam jak nowo narodzona.
O 9:00 rano zadzwoniłam do Lili, informując ją, że za godzinę będę pod jej domem i że jedziemy na wycieczkę. Była zdecydowanie niezadowolona pobudką o takiej "nieludzkiej", jak to ujęła, porze, mimo wszystko dała się namówić.
- Załóż wygodne buty - pisnęłam radośnie.
Roznosiła mnie energia! O umówionej porze byłam po Lilę i ruszyłyśmy w drogę.
- Dowiem się chociaż, gdzie jedziemy? - mruknęła dziewczyna, wyraźnie bez entuzjazmu.
- Góra Ślęża - odparłam radośnie. - Wiesz, że ja nigdy tam nie byłam?
Lila spojrzała na mnie co najmniej tak, jakbym oznajmiła, że lecimy w kosmos.
- Ty jesteś szalona, kobieto! - wrzasnęła na mnie. - Dwa dni leżysz plackiem w domu i nie masz sił nawet podrapać się w tyłek, a dzisiaj chcesz wychodzić na jakąś górę?
- Przecież to nie jakiś Mont Everest, Lila - powiedziałam błagalnie. - Damy radę!
Przyjaciółka przewróciła oczami, manifestując w ten sposób swoje niezadowolenie.
- Ciebie całkiem pogrzało - skwitowała.
Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów zachciało nam się kawy i siku, zjechałam więc na stację benzynową.
Unoszący się w powietrzu aromat świeżych rogalików pomógł nam podjąć decyzję, by drugie śniadanie zjeść nieco wcześniej niż zakładałyśmy.
Upojone kofeiną i nadprogramowym cukrem, zbierałyśmy się powrotem do samochodu, kiedy zauważyłam, że sznurówka mojego buta jest rozwiązana. Schyliłam się, by ją zawiązać i... zobaczyłam ciemność.
- Pani Różo - młody lekarz zwracał się do mnie spokojnym głosem - jak się pani teraz czuje?
- Czuję się - zawiesiłam głos, szukając odpowiedniego słowa - wściekła! - wrzasnęłam, rzucając w kierunku Lili mordercze spojrzenie.
- Lila, zemdlałaś! - tłumaczyła przyjaciółka - co miałam robić, długo nie odzyskiwałaś świadomości, musiałam wezwać pogotowie.
- Mogłaś dać mi więcej czasu, doszłabym do siebie! - wysyczałam.
- Mhmm - zrobiła swoją minę obrażonej nastolatki - i jeśli nie wyrzuty sumienia, to pewnie zabiłby mnie tłum gapiów panikujących nad twoim leżącym na parkingu ciałem.
- Dobrze pani zrobiła - zwrócił się do Lili lekarz, zdecydowanie nią zainteresowany. Uśmiechnął się do niej szeroko, prezentując przy tym rząd bielutkich zębów.
- O matko! - jęknęłam - jeszcze robi do niej maślane oczy - powiedziałam, wlepiając wzrok w sufit.
- Róża! - upomniała mnie dziewczyna.
- Przepraszam - powiedziałam, opanowując złość - czy mogę już wrócić do domu? - zwróciłam się do mężczyzny.
- Myślę, że tak, ale zanim panią wypuszczę, chciałbym przekazać dobre wieści.
- Niech zgadnę. Jestem zdrowa! - powiedziałam rozbawiona.
- Właściwie tak...
Nie czekając, aż skończy, zaczęłam schodzić z łóżka.
- Jest pani w ciąży - oznajmił.
Zatrzymałam się w połowie ruchu i wlepiłam w niego mordercze spojrzenie.
- Bardzo, kurwa, zabawne - wycedziłam wściekła.
Lila patrzyła to na mnie, to na lekarza z otwartymi ze zdziwienia ustami.
- Proponuję, żeby wrócił pan na studia, bo jest pan co najmniej niedouczony - rzuciłam gniewnie.
- Musimy to jeszcze potwierdzić - próbował tłumaczyć - zrobimy USG...
- Zrób sobie USG mózgu, baranie, sprawdź, czy go tam jeszcze masz! - krzyknęłam i czułam, jak łzy podchodzą mi do gardła.
Wybiegłam ze szpitala, zmierzając w stronę parkingu.
Krztusiłam się łzami.
Jak można kogoś takiego dopuścić do pracy z ludźmi - myślałam.
- Baran! - krzyknęłam i zdałam sobie sprawę, że nie wiem, gdzie jest nasz samochód.
Chciałam zadzwonić do Lili, żeby zapytać, gdzie zaparkowała nasze auto i wówczas zauważyłam, że zostawiłam torebkę w gabinecie, a na sobie mam tylko fartuch szpitalny.
- Kurwa mać - wyrzuciłam z siebie, po czym sprawdziłam, czy ów fartuch zakrywa chociaż tyłek. Dzięki Bogu nie biegłam z odsłoniętym dupskiem przez cały szpital - pomyślałam. Zauważyłam ławkę pod drzewem i tam postanowiłam zaczekać na przyjaciółkę.
Po kilkunastu minutach Lila wyszła z budynku. W ręku niosła moje rzeczy, podeszła do mnie i bez słowa wręczyła mi ubrania.
- Przepraszam, że musiałaś tyle czekać - odezwała się po chwili - ale musiałam przeprosić pewnego lekarza, którego moja przyjaciółka zmieszała z błotem - uśmiechnęła się ironicznie.
- Przepraszałaś go? - parsknęłam - To on powinien przepraszać!
- Róża - Lila odezwała się zrezygnowanym głosem - Idź się ubrać. Wracamy do domu.
Nie oponowałam. Odechciało mi się całej Góry Ślęży czy innych atrakcji.
Lila usiadła za kierownicą samochodu, a ja całą drogę milczałam. Byłam wściekła na tego lekarza. Nie chodziło o to, że chciałam jeszcze kiedyś zajść w ciążę, ale jego słowa uderzyły boleśnie w tę część mojej przeszłości, która nadal była niezabliźniona.
ROZDZIAŁ 11
W poniedziałek rano, wchodząc do gabinetu, usłyszałam głos przyjaciółki.
- Na 12:00 jesteś umówiona do lekarza na badania.
Spojrzałam na nią, nie kryjąc frustracji.
- Może i nie jesteś w ciąży, ale coś ci dolega - powiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu - trzeba to sprawdzić.
Kiwnęłam głową, bo wiedziałam, że jeśli Lila się na coś uprze, to nie ma szans, że odpuści. Tym sposobem o dwunastej w południe kolejny raz leżałam na kozetce w gabinecie lekarskim.
- Ale przecież to jest niemożliwe! - sprzeczałam się z lekarzem - Przecież od wypadku wiadomo, że nie mogę mieć dzieci.
Gdyby to nie lekarz, do którego chodziłam od lat, pewnie zrugałabym go tak samo jak tamtego młodzieniaszka.
- Pani Różo, diagnozy czasami bywają błędne.
- Co? - parsknęłam - Co pan do mnie mówi?
- Nie wiem, co w tamtym czasie skłoniło lekarzy do postawienia takiej diagnozy, ale dzisiaj na sto procent jestem pewien, że była błędna.
- Ja pierdolę - wymsknęło mi się - Jestem w ciąży - powiedziałam cicho - ale jakim cudem?
- Mogę pani wytłumaczyć proces, w jakim dochodzi do zapłodnienia - powiedział z lekką drwiną w głosie.
- Serio, kurwa? - wysyczałam
- Proszę zobaczyć - lekarz przejeżdżał właśnie zimnym urządzeniem po moim brzuchu - o tutaj - wskazał palcem na ekran ultrasonografu - tutaj jest serduszko. - uśmiechnął się łagodnie - proszę posłuchać, jak bije.
W głośniczku, postawionym tuż obok monitora, usłyszałam miarowe, dość szybkie pukanie.
- Boże, to moje dziecko - wyszeptałam.
Nie bardzo rozumiałam, co się właściwie dzieje, czy to jest ten moment, kiedy mogę zacząć się już cieszyć, czy powinnam w ogóle się cieszyć.
To było tak nieoczekiwane i nierzeczywiste, że jadąc do domu, rozważałam, czy lekarze mogli się jednak pomylić. Ale przecież słyszałam jego serce, albo jej...
Zrozumiałam już moje kiepskie samopoczucie, huśtawki nastrojów i absolutnie irracjonalne wybuchy złości.
Wróciłam do pracy. Przechodząc obok biurka Lili, rzuciłam szybko.
- Wyślij bukiet kwiatów i przeprosiny do tego lekarza z wczoraj.
Lila stała przez chwilę jak wryta w ziemię.
Po jakimś czasie weszła do mojego biura i zamknęła za sobą drzwi.
- Jak się czujesz? - zapytała.
Wybuchłam panicznym śmiechem. Dziewczyna patrzyła na mnie przerażona, a ja śmiałam się, nie umiejąc przestać. Nagle mój śmiech zamienił się w płacz.
Przyjaciółka przytuliła mnie mocno.
- Nie rozumiem - powiedziała cicho.
- Ja też - odparłam - Nie wiem, jak to możliwe.
- Ja nie rozumiem, czy ty się cieszysz, czy jesteś załamana?
- No chyba się cieszę - powiedziałam niepewnie, zaśmiałam się przez łzy.
ROZDZIAŁ 12
Siedziałyśmy w trójkę na moim tarasie.
- Dwunasty tydzień - powtórzyła za mną Tami, wpatrując się w pierwsze zdjęcie mojego dziecka. - To cudowne!
- Powiedziałaś już Arturowi? - zapytała Lila.
- Niby jak ja to mam zrobić? - rzuciłam - czekaj, może tak: "Arturze, pamiętasz, jak mówiłam, że nie mogę mieć dzieci? Słuchaj, właściwie to już nieaktualne".
Lila zachichotała.
- Chciałabym być świadkiem tej rozmowy - parsknęła.
- Lila, to nie jest śmieszne - upomniałam ją.
- No, trochę jest - przyznała Tami. - Nie wiem jak mu to powiesz, ale powinnaś to zrobić jak najszybciej - dodała.
- Umówiłam się z nim dzisiaj o 18:00, ale nie mówmy już o tym - powiedziałam i klasnęłam dłońmi w uda. - Co u Was? - zapytałam, zmieniając temat.
Tami zdała mi relację z reakcji dzieci i ich rodziców po przekazaniu informacji o stypendium.
- Byli zachwyceni! - trojaczki chcą zrobić dla ciebie prywatny koncert, wiesz? - opowiadała przejęta - a Hania kazała cię zapytać, jaki jest twój ukochany utwór, bo chce się go nauczyć specjalnie dla ciebie. Rodzice chcą cię poznać i podziękować osobiście.
- Nic z tego - pokręciłam głową - nie o podziękowania tutaj chodzi.
- Róża, ty chyba nie wiesz, ile takie stypendium znaczy dla tych ludzi. To dodatkowe lekcje dla dzieciaków, zakup nowego, lepszego instrumentu. Nie naciskam - dodała - ale proszę, byś to przemyślała.
Poprosiłam Tami, by znalazła jeszcze trójkę dzieciaków, których będę mogła wesprzeć takim stypendium. Tym razem zależało mi, aby były to dzieci z uboższych rodzin.
Lila, zapytana o relacje z Kostkiem, odpowiedziała lakonicznym stwierdzeniem "bywało lepiej". Chyba nie miałam siły dopytywać, tym bardziej, że moje myśli były zajęte planowaniem rozmowy z Arturem.
Wiedziałam, że nie będzie serduszek i motylków, właściwie miałam nadzieję, że mężczyźnie nie odmieni się nagle, ale dobrze by było, żeby w jakimś stopniu uczestniczył w życiu dziecka.
Decyzja należała do niego.
Miałam nieodpartą chęć na sernik pistacjowy, więc napisałam Arturowi, żebyśmy spotkali się w kawiarni. Zanim się zjawił, zdążyłam zjeść rzeczony sernik i jeszcze spory kawałek malinowej chmurki, popijając to wszystko bezkofeinowym late.
- Czemu zawdzięczam to nietypowe zaproszenie? - usłyszałam go wcześniej niż zobaczyłam.
- Dlaczego nietypowe? - dopytałam.
- Bo nie zdarza się nam spotykać w tygodniu - odparł - no, chyba że masz akurat wielką ochotę na...
- ... na drinka? - zaśmiałam się. - Tym razem chodzi o coś innego.
- Zamówiłaś już? - zapytał, siadając.
Spojrzałam szybko na stolik, ale na szczęście kelnerka zdążyła już zebrać "dowody zbrodni", więc pokiwałam przecząco głową.
- Dwa razy to, co zwykle? - zapytał, szukając wzrokiem kelnerki.
- Jasne - potwierdziłam.
- Więc co nas tutaj sprowadza?
- To dość... trudna sprawa... - dukałam.
Postanowiłam, że najpierw powiem mu o tym, że lata temu otrzymałam diagnozę, że nie mogę mieć dzieci, nie chciałam jednak wspominać, że straciłam już dziecko, a tym bardziej w jakich okolicznościach to się stało. Trzymałam się swojego planu, wszystko skrupulatnie tłumacząc. Mówiłam, że byłam pewna tej diagnozy, bo przez lata nie zachodziłam w ciążę. Nie wspomniałam jednak, że nie mogłam zajść w ciążę, bo nie uprawiałam w tym czasie seksu. To był w całej tej sytuacji najmniej istotny szczegół.
Gdzieś w trakcie mojego monologu przerwał mi i zapytał wprost.
- Chcesz mi powiedzieć, że jesteś w ciąży?
Kiwnęłam głową.
Jego mina była nieodgadniona. Postanowiłam dać mu czas, żeby zdołał przetworzyć informacje, które usłyszał.
Po chwili, jakby wyrwany z transu, zadał mi pytanie, które odebrało mi całe powietrze w płucach.
- Ty chcesz urodzić to dziecko?
Wpatrywałam się w niego tępo, jakbym nie rozumiała, co do mnie mówi. Rozumiałam i to bardzo dobrze.
- Uważasz, że powinnam je usunąć? - zapytałam, nie wierząc, że te słowa przeszły mi przez gardło.