Dziewczynka z Sobiboru - Franco Forte, Scilla Bonfiglioli

Kup ebooka

29.90 zł
24.82 zł (20,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

1

Hans Heigel wie­dział, że zmiany ni­gdy nie zacho­dzą nie­spo­dzie­wa­nie.

Każ­dego ranka, gdy otwie­rał okno, widział wzgó­rze Pies­berg zato­pione we mgle prze­ry­wa­nej cienką kre­ską hory­zontu Osnabrück. Potem odwra­cał spoj­rze­nie, wkła­dał mun­dur i masze­ro­wał do pracy, zapo­mi­na­jąc o kon­tu­rach spo­wi­tych mgłą. Dopiero po połu­dniu, gdy uno­sił wzrok znad doku­men­tów, dostrze­gał, że wzgó­rze o zbo­czach poprze­ty­ka­nych różo­wymi i fio­le­to­wymi nit­kami dostoj­nie góruje nad mia­stem. Dla Hansa, który nie pozwa­lał sobie na roz­pro­sze­nie pod­czas sza­rych, mono­ton­nych godzin pracy w małym biu­rze, pozo­sta­wało zagadką, kiedy wzgó­rze wyło­niło się z mgły. Z pew­no­ścią jed­nak zmiana nastę­po­wała stop­niowo, w ciszy, jakby w opo­zy­cji do dzi­kich wrza­sków wojny, która sza­lała gdzieś w oddali.

Hans okrył się szczel­niej czy­stą, sta­ran­nie poce­ro­waną kurtką. Defen­sywna postawa, nie tylko zamy­ka­nie się w mun­du­rze, lecz także w swoim małym świe­cie zło­żo­nym z liczb i logi­styki, pro­stym i na swój spo­sób prze­ra­ża­ją­cym, była mu nie­zbędna w cza­sach, gdy Niemcy otrzą­snęły się po porażce w pierw­szej woj­nie świa­to­wej i ata­ko­wały każ­dego, kto nie rozu­miał, iż nad­szedł czas, by pod­nieść głowę.

Tak naprawdę to i on nie rozu­miał. Ta cała wście­kłość, to okru­cień­stwo, które zda­wało się nie mieć końca... Ale mil­czał i pochy­lał się nad kart­kami, pochło­nięty pracą, aby nie sły­szeć, jak świat poza jego skrom­nym biu­rem ulega prze­mia­nie.

Wie­dział jed­nak, że zmiany nadejdą, nie­unik­nione, kiedy czło­wiek naj­mniej się ich spo­dziewa. Może nie nagle, lecz dzień po dniu. Stop­niowo, tak jak mgła, która zsuwa się po zbo­czach wzgó­rza Pies­berg.

Tym­cza­sem lepiej pochy­lać głowę i cze­kać, aż będzie można pod­nieść wzrok, gdy dokona się zmiana.

Poza ścia­nami jego biura.

Poza wzgó­rzem.

Poza mia­stem.

Kiedy cała mgła, która zaciem­nia świat, roz­pro­szy się osta­tecz­nie.

2

-?Włącz radio -?popro­sił żonę Hans, sia­da­jąc do śnia­da­nia.

Ingrid unio­sła tylko kącik ust i nalała mu her­baty, naj­wy­raź­niej sku­piona, by nie roz­lać ani kro­pli na śnież­no­biały obrus. Posta­wiw­szy przed nim fili­żankę, pochy­liła się, chcąc popra­wić mu koł­nie­rzyk mun­duru. Ale nie posłu­chała.

-?Ingrid, radio...

Od kilku dni likwi­do­wano getto w Kra­ko­wie, a w war­szaw­skim trwało powsta­nie. Komu­ni­katy radiowe na­dal kre­śliły sytu­ację w Pol­sce, coraz bar­dziej nie­przej­rzy­stą, coraz bar­dziej kry­tyczną. Akcja "Rein­hardt" osią­gnęła wła­śnie szczy­towy moment, a eli­mi­na­cja getta żydow­skiego była jed­nym z eta­pów ope­ra­cji, która prze­wi­dy­wała oczysz­cze­nie ziem pol­skich z Żydów.

-?Hans, pro­szę -?wes­tchnęła, odgar­nia­jąc z czoła jasny lok, który wysmyk­nął się z fry­zury. Nie dodała nic wię­cej, ogra­ni­cza­jąc się do spoj­rze­nia mówią­cego, że przy niej nie musi uda­wać. Ni­gdy nie donio­słaby do sto­sow­nych władz, że mąż nie zacho­wuje się codzien­nie jak praw­dziwy syn Rze­szy.

Hans powi­nien był zmu­sić żonę. Wie­dział, jak nie­bez­pieczne było odprę­że­nie, ule­ga­nie poku­som har­mo­nii kró­lu­ją­cej w jego domu, gdzie nikt nie mógł nagle wtar­gnąć i go zde­ma­sko­wać. Ale Ingrid była taka piękna, kiedy pochy­lała głowę, wzdy­cha­jąc: "Hans, pro­szę"; kiedy obra­cała się w bla­do­zie­lo­nej sukience; kiedy roz­chy­lała usta, szu­ka­jąc w sku­pie­niu płyty, żeby ją poło­żyć na gra­mo­fo­nie... że nie wytrzy­mał długo z miną, którą tak świet­nie nauczył się przy­bie­rać.

Obser­wo­wał ją, zwró­coną do niego tyłem, jak opusz­cza igłę gra­mo­fonu na płytę. Dźwięki Wagnera wypeł­niły całą jadal­nię. Oboje uwiel­biali muzykę i ich dom zawsze roz­brzmie­wał sym­fo­niami Beetho­vena, muzyką kla­syczną i nie­miec­kimi pie­śniami.

-?Czy tak nie jest lepiej? -?Uśmiech­nęła się do niego przez ramię.

Hans nie odpo­wie­dział, ale w duchu się wzdry­gnął: Ingrid była zbyt dosko­nała. Wszystko w tym domu wyda­wało się zbyt dosko­nałe, z dala od wojny, od wście­kłego huku armat i krzy­ków umie­ra­ją­cych. Nie mógł pozwo­lić, by mgła opa­dła rów­nież na nich. Nie mógł dopu­ścić, by nazi­stow­skie sza­leń­stwo wdarło się przez mur, który wzniósł dla obrony sie­bie i rodziny.

Wytarł usta i wstał, czu­jąc, że nogi ma jak z waty.

-?Gdzie Hanne? -?spy­tał, roz­glą­da­jąc się. -?Jesz­cze śpi?

3

Hanne spała. A raczej uda­wała, że śpi. Hans od razu się zorien­to­wał i powstrzy­mał uśmiech.

Blade pro­mie­nie słońca wpa­da­jące przez okno muskały jej twa­rzyczkę, dłu­gie, zło­ci­ste włosy były roz­rzu­cone na poduszce; jed­no­cze­śnie upar­cie zamy­kała oczy.

-?Śnia­da­nie na stole -?zde­cy­do­wał się wresz­cie powie­dzieć.

-?O nie -?zapro­te­sto­wała, odwra­ca­jąc się na bok.

Usiadł na skraju łóżka.

-?Grzeczna dziew­czynka nie kaprysi, kiedy trzeba wsta­wać.

Hanne wes­tchnęła.

-?Nie chcę.

-?Nie chcesz kapry­sić czy nie chcesz wsta­wać?

Zaci­snęła usta w gry­ma­sie dzie­cię­cego gniewu, na któ­rego widok Han­sowi zro­biło się cie­pło na sercu. Pogła­dził jej włosy, po czym nachy­lił się, by je pową­chać i poca­ło­wać. Pach­niały czy­sto­ścią i tym, co świat zda­wał się utra­cić już dawno temu: nie­win­no­ścią.

-?Chodź, śliczna gołą­beczko. Wyska­kuj z łóżka. Zaraz przyj­dzie mama.

-?A ty nie możesz zostać? -?Hanne otwo­rzyła oczy, żeby na niego popa­trzeć. Ogromne, wil­gotne i błę­kitne jak let­nie niebo. -?Zostań ze mną.

Hans tysiąc razy oddałby życie za swoją córkę. Dla niej sto­czyłby samot­nie każdą wojnę. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak nie umiał opie­ko­wać się dziec­kiem. Ingrid robiła to lepiej, dokład­nie tak, jak przy­stało na dobrą matkę. Jego miej­sce było w gar­ni­zo­nie w Osnabrück.

-?Przyjdę wie­czo­rem -?obie­cał. Wło­żył jej w obję­cia Fräulein Kuken, uko­chaną lalkę, która w nocy zsu­nęła się pod łóżko. -?I opo­wiesz mi o wszyst­kim, co robi­ły­ście z mamą.

Zszedł na dół, nio­sąc w sercu obraz jej błę­kit­nych oczu. Na progu domu cmok­nął Ingrid w poli­czek, następ­nie ruszył szyb­kim kro­kiem do miej­sca, w któ­rym speł­niał swój obo­wią­zek wobec Nie­miec.

Wzdry­ga­jąc się, zapra­gnął umieć uda­wać lepiej od swo­jej córki.

4

Osnabrück był sku­pi­skiem domów o czte­ro­spa­do­wych dachach i bla­dych ścia­nach, które zle­wały się z nie­bem wio­sen­nego poranka. Pośród drzew na kra­wę­dziach ulic i w panu­ją­cej wokoło ciszy wyda­wał się małym rajem z dala od fetoru wojny.

Idąc, Hans nie mógł prze­stać powta­rzać po cichu tego słowa: "wojna". Zosta­wiało na pod­nie­bie­niu dziwny posmak, jakby zardze­wia­łego żelaza z odra­ża­jącą nutą smoły. Przy­wo­ły­wało w jego umy­śle poru­sza­jące obrazy, bły­ski na ciem­no­si­nym nie­bie, eks­plo­zje i zgiełk arty­le­rii, ryt­miczne odczy­ty­wa­nie mate­ria­łów pro­pa­gan­do­wych w radiu. Ale kiedy patrzyło się na Osnabrück, te wszyst­kie obrazy i słowa wyda­wały się tylko kłam­stwami, baj­kami dla doro­słych, zebra­nymi przez kogoś, kogo wyłącz­nym celem było wywo­ła­nie zgrozy. Albo uda­wa­nie, tak jak robił to on.

Uśmiech­nął się. Był to gorzki uśmiech z odcie­niem wstydu, ponie­waż Hans nie tylko nie robił nic, by prze­ciw­sta­wić się temu sza­leń­stwu, ale w dodatku spusz­czał głowę i har­to­wał wzrok, by dopa­so­wać go do koloru oło­wiu, który widział w oczach ludzi wokół sie­bie.

Zmiany nie zacho­dzą nagle, wie­dział o tym, ale od cza­sów jego dzie­ciń­stwa zmie­niło się bar­dzo wiele. Nawet w bla­dym Osnabrück, gdzie wszystko wyda­wało się bez­władne i nie­ru­chome. Uno­siły się niczym mgła, z tą ospałą powol­no­ścią, którą trudno było dostrzec.

Hans pamię­tał, jak przed wojną rodziny rezy­gno­wały z pie­czeni z ziem­nia­kami w sobotę, aby zaosz­czę­dzić i prze­ka­zać pie­nią­dze armii. Pamię­tał, że gett nie było ni­gdzie, ani w mia­stach, ani poza nimi, a Żydzi mogli swo­bod­nie cho­dzić po uli­cach. Pamię­tał biedę wsi i ponure oczy ludzi.

Teraz, jak poda­wano w radio­wych mate­ria­łach pro­pa­gan­do­wych, ulice były czy­ste, woj­sko silne, a w oczach Niem­ców lśniła duma.

On zaś był zmu­szony ukry­wać się coraz głę­biej w swoim fik­cyj­nym świe­cie.

5

Gar­ni­zon był insty­tu­cją, w któ­rej pano­wały porzą­dek i orga­ni­za­cja. I jeśli to miej­sce można nazwać kró­le­stwem, to kró­lem był tu bez cie­nia wąt­pli­wo­ści Haupt­mann Franz Meyer, bar­czy­sty i bystro­oki, mimo że miał już swoje lata.

Widząc nad­cho­dzą­cego Hansa, Meyer przy­wi­tał go, stu­ka­jąc pal­cami w stół na znak, by usiadł naprze­ciwko. Poło­żył przed nim gruby plik doku­men­tów do spraw­dze­nia i ostem­plo­wa­nia zgod­nie z pro­ce­du­rami. Wojna toczyła się być może daleko od Osnabrück, ale gar­ni­zon był jedną z tych insty­tu­cji, które ją napę­dzały, nale­żał do zło­żo­nej sieci jed­no­stek i poste­run­ków woj­sko­wych opla­ta­ją­cych całe tery­to­rium Nie­miec niczym sys­tem naczyń krwio­no­śnych.

-?Wię­cej niż zwy­kle -?zauwa­żył Hans.

Meyer odchy­lił się na opar­cie fotela.

-?Jest ich wię­cej niż zwy­kle, bo i wojny jest wię­cej niż zwy­kle - odparł. -?Prze­czy­taj raporty z akcji "Rein­hardt".

Hans nie­spiesz­nie zabrał się do pracy. Prze­glą­dał akta, stu­diu­jąc infor­ma­cje o obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych otwar­tych przez Rze­szę w zeszłym roku na tere­nie Pol­ski. Wybu­do­wano i uru­cho­miono cztery: w Chełm­nie, Bełżcu, Sobi­bo­rze i Tre­blince; wszyst­kie dobrze ukryte pośród gęstych lasów, sma­gane wia­trem i słu­żące tylko jed­nemu celowi: wchła­nia­niu trans­por­tów Żydów, jed­nego za dru­gim.

Pró­bu­jąc nie zdra­dzać emo­cji, Hans powę­dro­wał wzro­kiem do danych zebra­nych na końcu akt: liczby Żydów wysła­nych do kre­ma­to­riów lub zamor­do­wa­nych i pocho­wa­nych w zbio­ro­wych mogi­łach elek­try­zo­wały. Trudno mu było pomy­śleć, że za tymi licz­bami kryją się osoby, a wśród nich z całą pew­no­ścią był też ktoś, kto przed 1941 rokiem cho­dził uli­cami Osnabrück.

-?Co jest? -?Meyer wyrwał go z zamy­śle­nia. -?Zbla­dłeś.

-?Nic -?zaprze­czył, pró­bu­jąc zro­bić coś z oczami. Udał nawet atak kaszlu, a następ­nie ude­rzył pal­cami w kartki. -?Widzia­łeś to? Cię­ża­rówki do gazo­wa­nia. Co to takiego?

Meyer pod­niósł się, żeby spoj­rzeć, następ­nie usiadł i w zamy­śle­niu zaczął pocie­rać brodę opusz­kami pal­ców.

-?Pomysł Him­m­lera. Pakują więź­niów do samo­cho­dów i duszą ich gazem pro­du­ko­wa­nym przez sil­niki ze sta­rych radziec­kich czoł­gów. Nie jest to być może przy­jemny spo­sób umie­ra­nia, oka­zuje się jed­nak szyb­szy i eko­no­micz­niej­szy.

Hans poczuł, że ma lodo­wate dło­nie. Nie­czę­sto się zda­rzało, aby roz­ma­wiali o tych spra­wach w taki spo­sób, nie potra­fił roz­szy­fro­wać odcieni w bar­wie głosu prze­ło­żo­nego. Zgorzk­niały sar­kazm? Nie­uf­ność? A może coś cał­kiem innego? Nie wie­dział, zazwy­czaj ogra­ni­czał się do przy­bi­ja­nia pie­czą­tek nad pod­pi­sem Haupt­manna.

-?To budzi w tobie odrazę, prawda? -?Meyer wpa­try­wał się w niego zie­lo­nymi oczami jak kot w mysz. -?Takie rze­czy.

Lód z dłoni powę­dro­wał wyżej, do samego serca Hansa.

-?Ja naprawdę...

-?Nie przej­muj się, ja też czuję odrazę.

Zasko­czony Hans stwier­dził, że prze­ło­żony mówi prawdę: Franz Meyer nie uda­wał, on naprawdę był zde­gu­sto­wany.

-?Bra­łem udział w Wiel­kiej Woj­nie -?mruk­nął Haupt­mann. -?Już raz widzia­łem upa­dek Nie­miec. Sły­sza­łem nadzieję na odro­dze­nie, gdy mówiono o wspól­no­cie krwi i ziemi. Kiedy mówiono, że powsta­niemy w bogac­twie naszych pól i dzi­kiej przy­rody, w czy­sto­ści marzeń i krwi, która czyni z nas naj­sil­niej­szą rasę, godną domi­na­cji nad innymi. -?Prze­rwał na moment, wpa­tru­jąc się w pustkę, po czym potrzą­snął głową. -?To wszystko nie ma nic wspól­nego z marze­niami, Hans. Zawar­tość tych rapor­tów to czy­sty kosz­mar.

Hans rozej­rzał się wokoło, nie mogąc pozbyć się wra­że­nia, że zna­lazł się w pułapce, że oto wysta­wiona została na próbę jego wier­ność Rze­szy.

-?Mówisz rze­czy...

Meyer wybuch­nął śmie­chem.

-?Spo­koj­nie, nikogo nie ma. -?Następ­nie pochy­lił się do niego. -?Niemcy się zmie­niły, Hans. A wraz z nimi my wszy­scy.

Rozdział 2

1

Gdy wra­cał do domu, mia­sto spo­wił już wie­czór. Ulice pociem­niały, a w powie­trzu czuć było chłód dopiero co minio­nej zimy.

Nie zawra­cał sobie głowy zapi­na­niem płasz­cza narzu­co­nego na mun­dur, zimno prze­ni­kało go teraz do szpiku kości, a wraz z nim suchy ton słów Mey­era; ole­isty posmak spa­lin radziec­kich czoł­gów roz­cho­dził mu się na języku, w duszy.

Przy­śpie­szył, a jego ofi­cerki ryt­micz­nie ude­rzały o asfalt. Poczuł ulgę, kiedy wresz­cie poja­wił się zarys jego domu.

2

Miał piękny dom z czy­stą fasadą i spa­dzi­stym dachem. Budy­nek, któ­rego, jak się wyda­wało, odle­gła wojna nawet nie dra­snęła. Z małym ogro­dem z przodu i rzę­dem drzew liścia­stych wzdłuż płotu z kutego żelaza, oddzie­la­ją­cego go od ulicy, był raj­skim zakąt­kiem, któ­rego Hans trzy­mał się kur­czowo i któ­rego był gotów bro­nić aż do końca.

Otwo­rzył furtkę i wszedł na ścieżkę. Na scho­dach pro­wa­dzą­cych do drzwi wej­ścio­wych, obok kolo­ro­wego, drew­nia­nego bączka, leżała sterta szy­szek. Hans uśmiech­nął się, myśląc o córce, która bawiła się tu na zewnątrz. Pod­niósł wzrok na gniazda gołębi pod dachem, któ­rych powietrzne akro­ba­cje tak cie­szyły Hanne.

Nie zauwa­żył ani jed­nego ptaka. Zapadł wie­czór i gołę­bie scho­wały się do swo­ich gniazd. On też zamie­rzał to zro­bić.

-?Ingrid! -?zawo­łał, otwie­ra­jąc drzwi. Zamknął je za sobą.

Nikt mu nie odpo­wie­dział.

Zdjął płaszcz i rzu­cił go na opar­cie fotela, roz­glą­da­jąc się. Jak zawsze dom był wzo­rem czy­sto­ści i porządku. A jed­nak nie wyczuł zapa­chu zupy lub pie­czeni, który zwy­kle docho­dził z kuchni. Prze­su­nął czu­bek buta z dywanu, ponie­waż zabło­ce­nie go było jedną z nie­wielu rze­czy, które dopro­wa­dzały jego żonę do szew­skiej pasji.

-?Ingrid? -?zawo­łał powtór­nie.

I znów nie dostał odpo­wie­dzi. Dobiegł go tylko cichy odgłos kro­ków na pię­trze.

Hans poczuł, jak w jego klatce pier­sio­wej kieł­kuje zimny strach. Coś było nie tak.

"Nie sły­chać muzyki", pomy­ślał. Było to na tyle nie­zwy­kłe, że ści­snęło go w żołądku. Nie witał go ani utwór Wagnera, ani sym­fo­nia Beetho­vena, ani nawet któ­raś z pie­śni. Nic, co towa­rzy­szyło Ingrid i Hanne, kiedy były same w domu.

Z nie­po­ko­jem spoj­rzał na schody pro­wa­dzące do sypialni na górze.

"Dla­czego się mar­twię?" Nie wie­dział, ale w tych cza­sach każda naj­mniej­sza zmiana w codzien­nej ruty­nie sta­no­wiła groźbę, praw­do­po­do­bień­stwo, że coś mrocz­nego, nie­bez­piecz­nego zbiera się rów­nież nad ich gło­wami.

Spięty pod­szedł do scho­dów i już miał na nie wejść, gdy na szczy­cie poja­wiła się jego żona.

-?Hans...

Ulga, która na jej widok przy­wró­ciła mu oddech, natych­miast ustą­piła miej­sca wręcz nama­cal­nemu stra­chowi.

Ingrid miała na sobie tę samą bla­do­zie­loną sukienkę co rano, teraz jed­nak tak pognie­cioną, że cał­kiem stra­ciła fason. Zaci­skała i otwie­rała białe pię­ści, tłam­sząc przy tym mate­riał, jakby chciała się go przy­trzy­mać. Jej deli­katna twarz, zwy­kle zaró­żo­wiona na policz­kach, posi­niała. Kosmyki wło­sów wysu­nęły się spod spi­nek i w nie­ła­dzie zwi­sały jej na ramio­nach.

-?Hans... -?powtó­rzyła.

Gdy wszedł na schody, Ingrid się zachwiała, zro­biła krok naprzód i się potknęła. Dosko­czył do niej w ostat­niej chwili i zdą­żył ją pod­trzy­mać. Wydała mu się mała i lekka. Nagle zaczęła szlo­chać.

-?Ingrid, co się dzieje?

-?To ich wina -?syk­nęła, mnąc sukienkę. -?Może te wszyst­kie opo­wie­ści... były praw­dziwe. Powin­ni­śmy byli ich słu­chać.

Hans potrzą­snął głową.

-?O czym ty mówisz? Co się stało?

Chwy­ciła go za rękaw mun­duru i zamknęła jego dłoń w swo­ich. Palce miała lodo­wate. Hans pró­bo­wał dostrzec odpo­wiedź w jej oczach, ale ujrzał tylko nie­po­kój i prze­ra­że­nie.

-?Z Hanne jest źle. Jest blada, z tru­dem oddy­cha. Lekarz... powie­dział, że musiała zła­pać któ­rąś z tych żydow­skich cho­rób i że teraz nie­wiele już może zdzia­łać.

Hans poczuł, jak serce prze­staje mu bić w piersi.

-?Pro­szę cię, zrób coś -?wyszep­tała Ingrid.

-?Gdzie ona jest? -?spy­tał. -?W pokoju? Lekarz wciąż tu jest?

Pokrę­ciła głową. Ponow­nie wzięła go za rękę i tym razem ją objął. Razem udali się do pokoju Hanne.

3

-?Witaj, córeczko, jak się czu­jesz?

Hanne nie odpo­wie­działa. Jej włosy leżały w nie­ła­dzie na poduszce, tak jak rano. Roz­chy­lone usta łap­czy­wie chwy­tały powie­trze. Fräulein Kuken znów wylą­do­wała pod łóż­kiem.

Hans ją pod­niósł, ale się zawa­hał. Stał przy łóżku w mun­du­rze zbyt ciem­nym jak na dzie­cinny pokój, w czar­nych ofi­cer­kach na małym, okrą­głym dywa­nie.

-?Rano nie chciała wstać -?wyja­śniła Ingrid. Przy­klę­kła obok córki, gła­dząc ją po zło­tych lokach, i otarła jej wil­gotne czoło. -?Myśla­łam, że kaprysi, ale kiedy wysze­dłeś, nie chciała zjeść śnia­da­nia. Pomy­śla­łam, że pozwolę jej jesz­cze tro­chę pospać i zosta­wię ją dziś w łóżku.

-?Dobrze zro­bi­łaś.

Hanne była blada i śliczna jak baj­kowa księż­niczka ze złota i śniegu. Była piękna, mimo że chwy­tała powie­trze roz­chy­lo­nymi, posi­nia­łymi war­gami, a drobne dło­nie przy­ci­skała do koca, który matka pod­cią­gnęła jej pod samą brodę.

-?Tatu­siu? -?ode­zwała się gło­sem tak sła­bym, że aż go zmro­ziło.

Hans zro­bił krok naprzód i pochy­lił się nad nią.

-?Jestem tu, córeczko. Mówi­łem ci, że wrócę.

Hanne kiw­nęła głową, mru­żąc oczy, żeby go lepiej widzieć. Wsu­nął lalkę pod koce i uło­żył obok niej.

-?Trzy­maj ją bli­sko sie­bie, to będzie cię chro­nić.

-?Fräulein Kuken zawsze mi spada. Prawda, mamo?

Ingrid uśmiech­nęła się, ocie­ra­jąc pot z jej twa­rzyczki.

-?Tej nocy zosta­nie z tobą, zoba­czysz -?zapew­niła.

Hanne roz­cią­gnęła usta w uśmie­chu i patrzyła na niego dużymi, jasnymi oczami, jakby chciała o coś zapy­tać. Te oczy zawsze były pełne cudow­nych świa­tów: bajek, które opo­wia­dała jej Ingrid, nor­dyc­kich poema­tów, któ­rych Hans uczył ją na pamięć, fan­ta­zyj­nych zabaw szysz­kami na scho­dach domu. Świa­tów, któ­rych czę­ścią on ni­gdy się nie sta­nie, ale cie­szył go ich obraz w spoj­rze­niu córki.

Teraz jej oczy były przy­ga­szone, przy­ćmione cier­pie­niem.

-?Kiedy to się zaczęło? -?zapy­tał Ingrid, pod­czas gdy Hanne zamknęła oczy i pra­wie znik­nęła w poduszce.

-?Spała cały ranek, ale nie nabrała sił -?odparła udrę­czo­nym gło­sem żona. -?Kiedy ponow­nie do niej zaj­rza­łam przed obia­dem, była w takim sta­nie jak teraz: roz­pa­lona i jed­no­cze­śnie drżąca z zimna. Nic nie zja­dła. Hans, sam zobacz, jaka jest gorąca. Mówi, że kiedy oddy­cha, boli ją w pier­siach.

Głos Ingrid prze­szedł w płacz, Hans przy­tu­lił ją do sie­bie.

-?A co powie­dział dok­tor Wal­der? Badał ją?

Ingrid pod­nio­sła ku niemu oczy pełne prze­ra­że­nia.

-?Mówił te rze­czy... o Żydach... o ich cho­ro­bach.

Hans poczuł rosnącą wście­kłość.

-?Co to za bzdury? Co mają z tym wspól­nego Żydzi?

-?Dok­tor Wal­der powie­dział, że to oni. Oni roz­no­szą cho­roby swo­jej rasy, zara­ża­jąc naszą.

Hans przy­mknął oczy, pró­bu­jąc się uspo­koić.

-?Ingrid -?wyszep­tał. -?Na uli­cach nie ma już Żydów. Zamknęli ich wszyst­kich w get­tach.

-?Jacyś widać zostali. Któ­ryś z nich zara­ził Hanne...

-?Na litość boską, Ingrid!

Wie­dział, kogo miała na myśli: Gold­ber­gów, któ­rzy miesz­kali w pobliżu Caro­li­num, zabyt­ko­wego gim­na­zjum nie­da­leko jego pracy. To byli Żydzi z wyż­szych sfer, któ­rym udało się zostać w swoim miesz­ka­niu, ale oni nie wyściu­biali nawet nosa za drzwi. Z gar­ni­zonu Haupt­manna Mey­era nie wysy­łano już wnio­sków o depor­ta­cję, jakby posta­no­wiono igno­ro­wać ich obec­ność, ale pro­te­sto­wali miesz­kańcy dziel­nicy.

-?Jak możesz w ogóle tak myśleć? -?spy­tał. -?A dok­tor Wal­der jest nie­kom­pe­tentny, uspra­wie­dli­wia w ten spo­sób swoją bez­sil­ność.

Ingrid popa­trzyła na niego pełna stra­chu.

-?Powie­dział, że żydow­ska rasa ma chorą krew. I wystar­czy ich plwo­cina na ziemi, aby cho­roba się roz­nio­sła. Roz­prze­strze­niają zarazki przez oddech, w powie­trzu. A robią to chęt­nie, żeby poza­bi­jać dobrych ludzi.

Hans zro­zu­miał, że jego żona bre­dzi. Nie wie­dział, czy Wal­der fak­tycz­nie zasu­ge­ro­wał jej tak absur­dalną teo­rię, czy może była ona wytwo­rem jej fan­ta­zji. Powi­nien skon­tak­to­wać się z leka­rzem i poroz­ma­wiać z nim oso­bi­ście.

Wró­cił myślami do Gold­ber­gów i wyobra­ził ich sobie jako kartkę z któ­rychś akt na biurku Mey­era. Przy­wo­łał w myślach słowa prze­ło­żo­nego: "Niemcy się zmie­niły. A wraz z nimi my wszy­scy".

Wypu­ścił żonę z objęć, po czym pochy­lił się nad córką i przy­ci­snął usta do jej czoła. Było roz­pa­lone. Nie pamię­tał, aby kie­dy­kol­wiek miała tak gorące czoło, nawet gdy była młod­sza i w zimowe noce nie­kiedy gorącz­ko­wała.

-?Zara­zili naszą córeczkę -?mam­ro­tała Ingrid ze wzro­kiem utkwio­nym w pustkę. -?Msz­czą się. Msz­czą się za te wszyst­kie złe rze­czy, które im wyrzą­dzi­li­śmy.

Hans zaci­snął powieki. Naj­chęt­niej zapo­mniałby o wszyst­kim, wyma­zał całe to sza­leń­stwo, jakby było tylko kosz­ma­rem, i obu­dził się w bieli pokoju córki, aby chwy­cić ją w ramiona, gdy ska­cze roz­ba­wiona po swoim łóżku, a Ingrid się śmieje, uda­jąc obu­rzoną hała­sem.

Kiedy ponow­nie otwo­rzył oczy, ujrzał jedy­nie bla­dość Hanne i prze­ra­że­nie swo­jej żony.

-?Pocze­kaj tu na mnie -?powie­dział, wsta­jąc.

-?Dokąd idziesz? -?spy­tała.

-?Do Wal­dera.

Rozdział 3

1

Dok­tor Wal­der był niskim męż­czy­zną o wąskich ramio­nach i lekko zgar­bio­nych ple­cach kogoś, kto spę­dził życie, stu­diu­jąc książki.

Kiedy Hans przy­szedł do jego domu, gdzie mie­ścił się także gabi­net, w któ­rym lekarz przyj­mo­wał pacjen­tów, gospo­sia popro­siła go do jadalni. Wal­der sie­dział przy stole, przy­glą­da­jąc się wni­kli­wie tale­rzowi z gula­szem i goto­wa­nymi ziem­nia­kami.

-?Porucz­niku Heigel. -?Zasa­lu­to­wał zmę­czony. Żółte świa­tło lampy w salo­nie spra­wiało, że wyglą­dał jak duch z podłużną twa­rzą za okrą­głymi oku­la­rami odbi­ja­ją­cymi poświatę. -?Przy­nosi mi pan pozdro­wie­nia z gar­ni­zonu?

-?Moja córka jest chora -?odparł Hans. -?Był pan u niej z wizytą.

Wal­der mruk­nął pod nosem, po czym ski­nął na gospo­się, która ode­szła z sze­le­stem.

-?Co chce pan wie­dzieć? Wszystko powie­dzia­łem już pań­skiej mał­żonce.

Hans z tru­dem powstrzy­my­wał gniew.

-?Te bzdury o Żydach... że to oni roz­no­szą cho­roby i...

Wal­der prze­rwał mu, uno­sząc dłoń w geście jesz­cze bar­dziej zmę­czo­nym i nie­uf­nym niż pozdro­wie­nie, jakim go przy­wi­tał.

-?Pań­ska córka ma gruź­licę -?oświad­czył.

Te słowa wystar­czyły, by Hansa prze­szył dreszcz. Bez żad­nego powodu wró­cił myślami do pew­nego dnia minio­nego lata, kiedy dla zabawy wło­żył córce na głowę swoją czapkę, a Hanne zaczęła bie­gać po całym ogro­dzie, cią­gle ją popra­wia­jąc, gdyż czapka była za duża na jej małą główkę i zsu­wała się jej na oczy.

-?Pró­bo­wa­łem wytłu­ma­czyć to pań­skiej żonie, ale ona... -?Wal­der powoli pokrę­cił głową. -?Zaczęła coś prze­bą­ki­wać o Żydach, o cho­ro­bach, które roz­no­szą się w powie­trzu... -?Zro­bił pauzę, grze­biąc widel­cem w tale­rzu. - Istne sza­leń­stwo, które ogar­nia nas wszyst­kich.

Hans spoj­rzał na niego, pró­bu­jąc opa­no­wać strach.

-?Co mogę zro­bić, dok­to­rze? -?zdo­łał tylko zapy­tać sła­bym gło­sem.

2

Wal­der wbił w niego wod­ni­ste oczy pełne żalu.

-?Nie­stety nie­wiele -?odparł. -?Już za późno. Trzeba było inter­we­nio­wać wcze­śniej.

Wytłu­ma­czył mu, jak pod­stępna jest ta cho­roba, odporna na far­ma­ceu­tyki, trudna do lecze­nia, nie wspo­mi­na­jąc już, że gdy ata­kuje płuca, nie od razu daje o sobie znać. Zagnież­dża się po cichu, bez obja­wów.

Także Wal­der brał udział w Wiel­kiej Woj­nie, podob­nie jak Haupt­mann Meyer. Pod­czas gdy Hans patrzył na niego nie­obec­nym wzro­kiem, lekarz pró­bo­wał wytłu­ma­czyć mu istotę tej cho­roby na przy­kła­dzie oko­pów, w któ­rych żoł­nie­rze czu­wają dniem i nocą w ocze­ki­wa­niu, aż coś się wyda­rzy, nara­żeni na zimno. Jedyny kom­fort, na jaki mogą sobie pozwo­lić, gdy jest w miarę bez­piecz­nie, to zapa­le­nie lampki oliw­nej. W takich samych oko­pach po dru­giej stro­nie czai się wróg. I może kazać na sie­bie cze­kać godzi­nami, dniami czy tygo­dniami, nie pozwa­la­jąc na jedze­nie lub sen. Nie anon­suje się i nie zadaje sobie trudu, by ata­ko­wać. Jed­nak kiedy już ruszy do ataku, to wpada do oko­pów prze­ciw­nika z kara­bi­nem lub bagne­tem i ude­rza bły­ska­wicz­nie.

W ten spo­sób działa rów­nież gruź­lica, zagnież­dża­jąc się w klatce pier­sio­wej i cze­ka­jąc, żeby się ujaw­nić. I kiedy to robi... zwy­kle jest już za późno.

-?Powin­ni­śmy byli inter­we­nio­wać wcze­śniej -?powtó­rzył z przy­kro­ścią lekarz.

Hans patrzył na niego, przy­po­mi­na­jąc sobie, że gdy wró­cił do domu, zasko­czył go brak muzyki. A mimo to sto­sow­niej­sza byłaby zwod­ni­cza sło­dycz kłam­stwa, jakie nio­sły w sobie pie­śni: war­stewka per­fek­cji pokry­wa­jąca okrop­no­ści. Wagner przy­ćmie­wa­jący komu­ni­katy wojenne w radiu, dom będący obra­zem czy­sto­ści i porządku, mia­sto, które wyda­wało się oazą spo­koju, jakby zasty­głe we śnie. I okropna cho­roba cza­jąca się w stwo­rze­niu naj­słod­szym i naj­pięk­niej­szym, jakie kie­dy­kol­wiek zaata­ko­wała.

-?Dałem pań­skiej żonie lek, który uła­twi Hanne oddy­cha­nie -?kon­ty­nu­ował dok­tor Wal­der, jakby prze­ma­wiał z innego świata, z kosmosu. - Posta­raj­cie się, żeby jadła, ponie­waż musi mieć siły. Coś lek­kiego i pożyw­nego.

Hans przy­wo­łał w myślach twarz córeczki, jej piękne loki i ogromne błę­kitne oczy, które, gdy się w niego wpa­try­wały, potra­fiły sto­pić w nim wszel­kie lęki i obawy.

-?Gorączka się pod­nie­sie, trzeba będzie ją zbić -?kon­ty­nu­ował bez­li­to­śnie Wal­der. -?Uży­waj­cie w tym celu kawał­ków czy­stego mate­riału i zim­nej wody, ale nie lodo­wa­tej. Powinna mieć cie­pło i dużo wypo­czy­wać. Obser­wuj­cie ją tej nocy. Jeśli będziemy mieć szczę­ście, gorączka minie do jutra rana i Hanne będzie bez­pieczna.

Hans spoj­rzał na niego, nagle spro­wa­dzony do rze­czy­wi­sto­ści sło­wami leka­rza, które jako jedyne prze­biły się do jego świa­do­mo­ści i nim wstrzą­snęły.

"Będzie bez­pieczna..."

Chciał coś powie­dzieć, ale Wal­der wstał i zbli­żył się do niego zmę­czo­nym kro­kiem.

-?Zaj­rzę jutro, żeby ją zba­dać, jak tylko będę mógł -?obie­cał.

Hans potak­nął w mil­cze­niu głową. Był zdez­o­rien­to­wany i zdru­zgo­tany, a mimo to ucze­pił się tej iskierki nadziei.

-?I pro­szę też poświę­cić tro­chę uwagi swo­jej żonie -?mruk­nął Wal­der, odpro­wa­dza­jąc go do drzwi. -?Potrze­buje jej tak samo jak córka.

Rozdział 4

1

-?Kasz­lała krwią?

Haupt­mann Meyer utkwił w nim wzrok zdra­dza­jący wciąż nie­uśmie­rzony ból.

-?Tak, całą noc, aż do świtu. Potem zasnęła.

-?Na­dal ma gorączkę?

-?Teraz tro­chę spa­dła, ale w nocy była gorąca jak piec.

Hans zaci­snął szczęki. Za każ­dym razem, gdy zamy­kał powieki, widział oczy córki. Teraz też widział ją przed sobą, bladą i kru­chą jak szkło, tak wychu­dzoną, że można by pomy­śleć, iż wyschła do kości. Sta­rał się wytrzy­mać wzrok prze­ło­żo­nego, ale nie zdo­łał.

-?Gorączka rzadko jest wysoka w takich przy­pad­kach -?wes­tchnął Meyer. Sie­dząc przy biurku, pocie­rał dło­nią kan­cia­sty pod­bró­dek. Mię­dzy pal­cami dru­giej ręki wciąż trzy­mał pióro, któ­rym zło­żył pod­pis na akcie wywłasz­cze­nia. Na widok Heigla wcho­dzą­cego z doku­men­tami akcji "Rein­hardt" spy­tał, czy Hans balo­wał przez całą noc i stąd te pod­krą­żone oczy.

Szybko poża­ło­wał żartu.

Haupt­mann Franz Meyer stra­cił przez gruź­licę syna zale­d­wie dwa lata wcze­śniej. Był to silny chło­pak o pięk­nym uśmie­chu, powo­łany do wojsk tery­to­rial­nych Lan­dwehry. Zmarł na fron­cie, pozo­sta­wia­jąc w sercu ojca nie­za­bliź­nioną ranę.

-?Łatwiej bym to zniósł, gdyby Bóg zaszczy­cił go śmier­cią na polu walki -?mawiał zazwy­czaj w chwi­lach przy­gnę­bie­nia. -?Tym­cza­sem odszedł, krztu­sząc się krwią na zde­ze­lo­wa­nym łóżku polo­wym, zmarł jak tchórz, zasłu­gu­jąc na Hel­heim.

W sta­ro­żyt­nych legen­dach Pół­nocy wojow­nik umie­ra­jący śmier­cią natu­ralną nie miał wstępu do Wal­halli, kra­iny wiecz­nego szczę­ścia, lecz tra­fiał do nor­dyc­kiego pie­kła. Meyer zawsze wypo­wia­dał te słowa przez zaci­śnięte usta, pełen gniewu.

-?Przy­po­mi­nasz mi go, Hans -?stwier­dzał nie­kiedy, gdy byli sami i Haupt­mann mógł sobie pozwo­lić na wspo­mnie­nia. -?Jesteś silny, ale łagodny. Bar­dzo bym chciał, aby Gus, gdyby żył, był takim czło­wie­kiem jak ty.

Hans ni­gdy nie zro­zu­miał powodu tego podziwu. Ale odczu­wał żałobę prze­ło­żo­nego jak wła­sną, zda­jąc sobie sprawę, że w jego życiu nie było nikogo, kto bar­dziej przy­po­mi­nałby mu ojca niż Franz Meyer.

Na pewno nie był tym kimś ary­sto­krata von Brünner, wynio­sły ojciec Ingrid. Kiedy się pobrali, Lars von Brünner poło­żył mu rękę na ramie­niu, mówiąc, że teraz Hans dołą­cza do rodziny jako syn, i zmie­rzył go lodo­wa­tym wzro­kiem. To samo powtó­rzył, gdy uro­dziła się Hanne, ani tro­chę nie ocie­pla­jąc wyrazu twa­rzy. A mimo to w rzad­kich przy­pad­kach, gdy odwie­dzali go razem z Ingrid, Hans dotrzy­my­wał towa­rzy­stwa Lar­sowi. Sie­dzieli w fote­lach lub stali przy oknie, popi­ja­jąc likier zio­łowy. Mało słów ich łączyło, za to dzie­lił zimny dystans.

Haupt­mann Meyer ni­gdy mu nie powie­dział: "Jesteś moim synem", ale trak­to­wał go w taki wła­śnie spo­sób.

-?Jesteś dumą tego gar­ni­zonu, Hans! -?oznaj­miał nie­kiedy gło­śno w obec­no­ści innych.

A kiedy ktoś pytał: "Dla­czego? Co takiego zro­bił Obe­rleut­nant Heigel?", zaczy­nał swoją opo­wieść.

-?Czy ktoś z was poznał komen­danta Frie­dri­cha Fromma?

Było to pyta­nie reto­ryczne, na które znano już odpo­wiedź: żaden z obec­nych w gar­ni­zo­nie w Osnabrück żoł­nie­rzy nie znał komen­danta armii rezer­wo­wej, która nie uczest­ni­czyła w wal­kach na fron­cie jak armia polowa, ale zaopa­try­wała Niemcy w posiłki i wspar­cie. Nie wal­czyła w pierw­szym sze­regu, ale kon­ty­nu­owała tra­dy­cje krwi i ziemi, Blut und Erde. Frie­drich Fromm, który dowo­dził rezer­wi­stami z Ber­lina, był jedną z naj­waż­niej­szych osób w Rze­szy, pod­le­gał wyłącz­nie samemu Führerowi.

Wszy­scy wstrzy­my­wali oddech, gdy wymie­niano jego nazwi­sko.

I trwali tak, gdy Haupt­mann je z dumą lite­ro­wał, dekla­mu­jąc tę aneg­dotę, jakby była jedną z nor­dyc­kich bal­lad.

-?Otóż nasz Hans go zna. W zeszłym roku komen­dant Fromm przy­je­chał do Osnabrück w waż­nych spra­wach. Nasze mia­sto odgrywa klu­czową rolę jako węzeł prze­siad­kowy i komen­dantowi zale­żało, by trzy­mać rękę na pul­sie. Kiedy wszedł do naszego gar­ni­zonu, nikogo w nim nie zastał, ponie­waż wszy­scy byli­śmy zajęci w mie­ście. Nie­obecny byłem nawet ja, prze­pro­wa­dza­łem kon­trolę na sta­cji. Był tylko Hans, jak zwy­kle nie­na­ganny, tu, przy biurku.

W tym momen­cie robił efek­towną pauzę, aby jego żoł­nie­rze wyobra­zili sobie, co by było, gdyby Frie­drich Fromm zastał pusty gar­ni­zon i od nikogo nie uzy­skał infor­ma­cji.

-?Porucz­nik Heigel wyja­śnił mu wszystko, poka­zał reje­stry i akta, wszyst­kie po kolei. I kiedy się wresz­cie zja­wi­łem, Fromm odwró­cił się do mnie, kom­ple­men­tu­jąc naszą pracę, z twa­rzą poważną i twardą, jakby wykutą w mar­mu­rze. Zanim wyszedł, uści­snął dłoń naszemu Heiglowi. Wyobra­ża­cie to sobie? Uści­snął mu dłoń!

W trak­cie opo­wia­da­nia Mey­era Hans zawsze czuł, jak palą go skro­nie. W rze­czy­wi­sto­ści była to wizyta pro forma. I podob­nie pro forma był też uścisk ręki Fromma, który Han­sowi wcale nie wyda­wał się tak nie­zwy­kły, jak w ubar­wio­nej for­mie przed­sta­wiał to Meyer. Prawdą jed­nakże było to, że prze­peł­niała go duma, gdy tak stał przed tym męż­czy­zną, żyla­stym i twar­dym jak skała, który przy­je­chał zapy­tać o wyniki pracy rezer­wi­stów. Czuł się ważny, a przede wszyst­kim silny. Kiedy ści­skali sobie dło­nie, wyda­wało mu się, że siła Frie­dri­cha Fromma prze­szła na niego, pozwa­la­jąc mu poczuć się boha­te­rem.

Teraz, wspo­mi­na­jąc oczy Hanne, pełne bólu i bez­gra­nicz­nego zmę­cze­nia, cała ta siła, którą prze­cho­wy­wał w sobie, w tym drob­nym wspo­mnie­niu, w tym prze­bły­sku, roz­pa­dła się w drobny mak.

Pozo­sta­wia­jąc w nim pustkę.

Czy­niąc go bez­u­ży­tecz­nym.

2

-?Nie wiem, co robić.

Hans poło­żył doku­menty na biurku i zaci­snął dło­nie.

Nie wie­dział tego rów­nież Meyer: Hans zro­zu­miał to, gdy prze­ło­żony, zamiast odpo­wie­dzieć, zagryzł usta w wąską linię.

-?A jak się czuje Ingrid?

-?Jakby ampu­to­wano jej nogi. Przez cały czas sie­dzi na dywa­nie w pokoju Hanne, obej­mu­jąc dłońmi rączki naszej córki.

-?To silna kobieta. Kobieta Rze­szy. Pora­dzi sobie z tą sytu­acją.

Hans nie dopa­trzył się hipo­kry­zji w sło­wach prze­ło­żo­nego. Wie­dział, że Meyer mówi tak, by go tro­chę pocie­szyć, bo prze­cież żaden z nich nie wie­rzył, że waleczny duch Nie­miec mógłby się w jaki­kol­wiek spo­sób prze­nieść na biedną Ingrid.

"A już na pewno nie na mnie", pomy­ślał Hans, czu­jąc się kom­plet­nie pozba­wiony ener­gii. Był tylko ofi­ce­rem rezerwy, co mógł zro­bić?

-?Dok­tor Wal­der był na wizy­cie u małej? -?upew­nił się Haupt­mann.

Hans zre­fe­ro­wał mu pokrótce roz­mowę z leka­rzem, a przy­naj­mniej te frag­menty, które zapa­mię­tał, te, które dry­fo­wały pośród nie­po­koju i stra­chu.

-?Coś na oddy­cha­nie? -?Meyer zro­bił dziwną minę. -?Nie wystar­czy, tu są potrzebne anty­bio­tyki.

-?Anty­bio­tyki?

Hans był zasko­czony. Sły­szał już o takich lekach. Wszyst­kie jed­nak były jesz­cze w fazie eks­pe­ry­men­tal­nej, poza zasię­giem zwy­kłych ludzi. Może robiono je we Fran­cji, jesz­cze przed wojną, ale... gdzie miałby je dostać?

-?Tu, w Osnabrück, są nie do zdo­by­cia -?mruk­nął Haupt­mann, jakby czy­ta­jąc mu w myślach. Spo­chmur­niał, przez chwilę wyda­wało się, że pogrą­żył się w daw­nej udręce, być może się­ga­ją­cej aż frontu wschod­niego, gdzie zmarł jego syn. -?Sia­daj. -?Otrzą­snął się, nim Hans zdą­żył zadać mu kolejne pyta­nia. -?Musimy o czymś poroz­ma­wiać.

Hans oparł dło­nie na kola­nach, pró­bu­jąc się sku­pić. Był zdez­o­rien­to­wany, oszo­ło­miony, ale kiedy Meyer zaczął mówić o anty­bio­ty­kach, poczuł, jak roz­pala się w nim iskierka nadziei. Posta­no­wił, że zgłębi ten temat natych­miast po wyj­ściu z pracy, jeśli bowiem ist­niała szansa na wyle­cze­nie jego córki...

-?Wiesz, co się dzieje w War­sza­wie? -?zagaił Haupt­mann.

Hans zmarsz­czył czoło.

-?Oczy­wi­ście -?odparł. -?Powsta­nie w get­cie żydow­skim.

Meyer powoli ski­nął głową.

-?Trzy dni temu Him­m­ler wydał roz­kaz stłu­mie­nia powsta­nia. Za wszelką cenę.

Hans zaci­snął usta. Czy­tał ofi­cjalne raporty o powsta­niu w get­cie. Wybu­chło z począt­kiem roku. Na sku­tek wyso­kiej umie­ral­no­ści z głodu i cho­rób, a także depor­ta­cji do obozu w Tre­blince, liczba Żydów w War­sza­wie dra­stycz­nie zma­lała. Grupa bun­tow­ni­ków uzbro­jo­nych w broń z prze­mytu otwo­rzyła ogień do hitle­row­skiej poli­cji, powo­du­jąc kilka ofiar śmier­tel­nych. W odpo­wie­dzi oddziały SS ską­pały całą dziel­nicę w morzu krwi, a mimo to opór, z jakim się tam spo­tkały, zmu­sił je do wstrzy­ma­nia akcji i wyco­fa­nia się. Roz­wście­czony tą porażką Him­m­ler naka­zał likwi­da­cję getta. Zale­d­wie kilka dni wcze­śniej poli­cja zro­biła nalot na dziel­nicę, a wszystko miało się zbiec z uro­dzi­nami Hitlera. Tyle mówiły raporty, ale ze spoj­rze­nia Mey­era Hans wyczy­tał, że nie była to cała prawda.

-?W pla­nach Him­m­lera ope­ra­cja miała potrwać tylko trzy dni. -?Haupt­mann skrzy­żo­wał ramiona na pier­siach. -?Ale rebe­lianci wzięli naszych w krzy­żowy ogień. Ci sza­leńcy nie mają naj­mniej­szych szans na wygraną, mimo to przy­się­gli, że zginą w walce.

Hans nie sko­men­to­wał. Jego wzrok padł na nowe akta akcji "Rein­hardt", które prze­czy­tał i pod­stem­plo­wał. Na samą myśl o cię­ża­rów­kach peł­nych zaga­zo­wa­nych ludzi ogar­nęły go mdło­ści.

-?W rezul­ta­cie -?kon­ty­nu­ował Meyer -?nasi chłopcy wciąż się tam biją, a wynik wcale nie wydaje się taki oczy­wi­sty.

Hans popa­trzył zdzi­wiony na prze­ło­żo­nego.

-?Jak to moż­liwe? Ci ludzie są prze­cież wyczer­pani, jakim cudem sta­wiają opór wyszko­lo­nym oddzia­łom?

-?Ni­gdy nie wolno lek­ce­wa­żyć siły despe­ra­cji -?odparł Meyer schryp­nię­tym gło­sem. -?Albo tych ludzi, któ­rzy nie widzą i nie czują niczego poza potrzebą walki i wytrwa­nia. Ci się nie pod­da­dzą, wierz mi.

Hans zaci­snął i roz­luź­nił pię­ści. Pomy­ślał o Hanne w łóżeczku mokrym od potu i o tym, co chciałby dla niej zro­bić. On też nie zamie­rzał się pod­dać i w despe­ra­cji szu­kał siły, któ­rej tak bar­dzo potrze­bo­wał.

-?Dziś rano przy­szedł tele­gram z Ber­lina -?mówił dalej Meyer, pro­stu­jąc plecy. -?Chcą zor­ga­ni­zo­wać dys­ku­sję o War­sza­wie i doma­gają się, abym wziął w niej udział: jak widzisz, Niemcy wal­czą na wielu fron­tach. Już przez samą obec­ność Armii Czer­wo­nej na wscho­dzie mamy ogromne zmar­twie­nie, takie zrywy wol­no­ściowe w gra­ni­cach naszego tery­to­rium nie są nam potrzebne.

-?Boją się, że powsta­nie może być wzo­rem dla innych -?domy­ślił się Hans.

-?Wła­śnie. I zdaje mi się, że nie­stety mają rację. Dla­tego ważne jest, aby nasz gar­ni­zon był repre­zen­to­wany na tym spo­tka­niu.

-?Rozu­miem. -?Hans ski­nął głową, pró­bu­jąc odsu­nąć od sie­bie myśl o anty­bio­ty­kach. -?Zajmę się tutaj wszyst­kim.

-?Prawdę mówiąc -?Meyer schy­lił się po kartkę, na któ­rej coś napi­sał - od jakie­goś czasu mie­wam straszne bóle ple­ców. To pew­nie wio­sna, rozu­miesz?

-?Nie -?odparł szcze­rze Hans.

Haupt­mann pisał dalej ele­ganc­kim, ale zde­cy­do­wa­nym cha­rak­te­rem pisma.

-?Nie sądzę, abym podo­łał takiej podróży -?wyznał. -?Dla­tego poje­dziesz ty.

Hans popa­trzył na niego zasko­czony.

-?Ja? Do Ber­lina?

-?Do Ber­lina -?potwier­dził Meyer. -?Poje­dziesz na zebra­nie jako przed­sta­wi­ciel gar­ni­zonu w Osnabrück. Będziesz miał moż­li­wość spo­tka­nia wielu waż­nych ludzi, takich, któ­rzy znają wybit­nych leka­rzy Rze­szy i któ­rzy mogliby, gdy­byś ich odpo­wied­nio prze­ko­nał, zdo­być anty­bio­tyki dla two­jej córki.

Hans poczuł drże­nie warg.

-?Ja... -?spró­bo­wał coś powie­dzieć, ale z emo­cji nie mógł wydo­być z sie­bie słowa.

-?Weź -?ode­zwał się prze­ło­żony, wrę­cza­jąc mu kartkę. -?To peł­no­moc­nic­two, będziesz mnie repre­zen­to­wał. Nie zmar­nuj tej oka­zji.

Hans spoj­rzał na kartkę, następ­nie wycią­gnął do niego drżącą rękę.

-?Dzię­kuję -?wykrztu­sił.

Meyer dał mu znak, żeby wyszedł.

-?Nie trać czasu. Każda chwila jest cenna.

Rozdział 5

1

Hans stał na pero­nie pierw­szym i cze­kał na pociąg z godziny siód­mej pięt­na­ście. Długi płaszcz narzu­cony na mun­dur łopo­tał na poran­nym wie­trze, przez co wyda­wało mu się, że jest kamienną sta­tuą umiesz­czoną przy torach.

Nawet nie posta­wił na ziemi lek­kiej walizki, nie odry­wał wzroku od hory­zontu, od punktu, w któ­rym powi­nien się poja­wić pociąg do Ber­lina. Ingrid spa­ko­wała go w ciszy, patrzyła wpraw­dzie w pustkę, ale o niczym nie zapo­mniała i nie wło­żyła do walizki niczego zbęd­nego. Hans ni­gdy nie poj­mo­wał, jak uda­wało jej się prze­wi­dzieć, któ­rych ubrań i któ­rych rze­czy będzie potrze­bo­wał. Po pro­stu prze­wi­dy­wała to dzięki typo­wej dla kobiet zdol­no­ści trzy­ma­nia pie­czy nad wszyst­kim.

Zro­biła to bez towa­rzy­szą­cej jej zwy­kle muzyki z płyty gra­mo­fo­no­wej, w nie­mym domu, który w niczym nie przy­po­mi­nał ich domu. Sto­jąc w drzwiach, Hans mógł ją tylko obser­wo­wać, z pli­kiem doku­men­tów w jed­nej ręce i płasz­czem zarzu­co­nym na drugą.

Nie odwa­żył się do niej ode­zwać, Ingrid też led­wie na niego spoj­rzała. Kiedy na koniec ich oczy się spo­tkały, niczego w nich nie dostrzegł. Wyda­wało mu się tylko, że przez uła­mek sekundy widzi w nich iskrę smut­nego gniewu. "Wyjeż­dżasz", wyczy­tał w ukrad­ko­wym spoj­rze­niu, "zosta­wiasz mnie i naszą córkę".

A może wszystko to sobie wyobra­ził. Może w oczach Ingrid odbi­jały się jedy­nie świa­tła poranka, mie­niące się na szy­bie, i nic poza tym. Tylko ból i rezy­gna­cja.

Wró­cił myślami do Hanne, swo­jej małej i kru­chej gołą­beczki. Nie udało mu się z nią poże­gnać. Kiedy wszedł do jej pokoju, spała, przez przy­mknięte okien­nice sączyło się do wewnątrz nie­śmiałe świa­tło, zapew­nia­jąc jej spo­kojny sen i piesz­cząc jej loki roz­rzu­cone wokół twa­rzy. Patrzył na śpiącą córkę tak, jak patrzy się na pisklę w gnieź­dzie, które nie potrafi roz­wi­nąć skrzy­deł. Wstrzy­mał oddech, obser­wu­jąc koc na jej piersi, aby się upew­nić, że się pod­nosi i opada w rytm odde­chów. Po krót­kim waha­niu pochy­lił się i przy­tknął usta do jej czoła, chcąc spraw­dzić tem­pe­ra­turę. Nie było już tak roz­pa­lone jak tej nocy, gdy oboje z Ingrid drżeli ze stra­chu o córkę, ale gorączka była, zdra­dziecka, ukryta pod jej deli­katną skórą.

-?Wrócę szybko -?powie­dział do Ingrid, sto­jąc w drzwiach. -?Wrócę szybko i przy­wiozę pomoc.

Nie odpo­wie­działa. Odwró­ciła się i usia­dła na kana­pie, wypro­sto­wana, z rękami zło­żo­nymi na kola­nach. I taki obraz żony tego dnia zapa­mię­tał.

Kiedy pociąg wresz­cie nad­je­chał przy akom­pa­nia­men­cie stu­kotu kół i kłę­bów pary, Hans wsiadł do wagonu i zajął miej­sce przy oknie.

Wzgó­rze Pies­berg było led­wie widoczne, jego kon­tury wrzy­nały się w mleczny szron poranka. Wpa­try­wał się w nie, wcale go nie widząc, przy­ci­ska­jąc plecy do opar­cia, z głową zaprząt­niętą przy­wo­ły­wa­niem wspo­mnie­nia twa­rzy córki, jej sze­roko otwar­tych oczu, błę­kit­nych i peł­nych życia. Z tępym bólem zdał sobie sprawę, że mu się to nie udaje.

Pod­czas podróży wzgó­rze powoli wycho­dziło zza mgły, uka­zu­jąc się na tle czy­stego nieba, we wszyst­kich odcie­niach fio­letu i różu, zanim zro­biło się zbyt odle­głe, by można było je dostrzec. Gdyby podą­żał za nim wzro­kiem, nie umiałby dokład­nie okre­ślić, kiedy prze­stało być jedy­nie wzo­rem na mgle.

2

W odróż­nie­niu od Osnabrück Ber­lin był ogromny. Z sze­ro­kimi jezd­niami, sza­rymi budyn­kami, któ­rych okna wycho­dziły na ulice, i bla­do­błę­kit­nym nie­bem, roz­pi­na­ją­cym się nad domami, jak gdyby nie mogło objąć całego mia­sta i aby zostać tam wysoko, gdzie było, musiało nieco roz­rze­dzić swoją kon­sy­sten­cję i kolory.

W odróż­nie­niu od Osnabrück w Ber­li­nie czuć było wojnę. Wiła się, szara, uli­cami i wspi­nała po ścia­nach domów, draż­niąco pach­niała pro­chem strzel­ni­czym i ludz­kim stra­chem. Hans miał wra­że­nie, że gdyby wycią­gnął rękę w stronę któ­re­goś z para­pe­tów i prze­su­nął po nim pal­cami, miałby pełno popiołu na ręka­wicy. Natu­ral­nie tak nie było, jego serce jed­nak zapa­mię­tało mia­sto pokryte czar­nym pyłem, przy­tła­cza­jące.

Wska­zano mu miej­sce na tyl­nym sie­dze­niu woj­sko­wej tere­nówki, ciem­nej, z otwie­ra­nym dachem. Nie­liczne samo­chody na dro­dze ustę­po­wały pojaz­dowi woj­sko­wemu, a Hans z prze­ra­że­niem patrzył przez okno na ruiny mia­sta: całe dziel­nice Ber­lina wyglą­dały jak wypa­tro­szone i roz­sy­pu­jące się.

Skutki bom­bar­do­wa­nia z lata 1940 roku, doko­na­nego przez Angli­ków, na­dal były widoczne jako głę­bo­kie rany i nie było oznak, aby się zabliź­niały.

3

Spo­tka­nie na szczy­cie odby­wało się przy Prinz Albrecht Strasse 9, w hotelu pierw­szej kate­go­rii, trzy­kon­dy­gna­cyj­nym, nie licząc par­teru z ele­ganc­kimi cegla­nymi arka­dami. Hotel Prinz Albrecht sły­nął jako punkt spo­tkań poli­ty­ków i waż­nych oso­bi­sto­ści lat dwu­dzie­stych, jed­nak od jakie­goś czasu to się zmie­niło. Piękna i solidna kamie­nica gościła teraz Reichsführera SS Hein­ri­cha Him­m­lera i jego naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków, któ­rzy uczy­nili z niej swoją kwa­terę główną.

-?Porucz­nik Hans Heigel -?zamel­do­wał się przy wej­ściu głów­nym, poka­zu­jąc upo­waż­nie­nie pod­pi­sane przez Mey­era. -?Z gar­ni­zonu w Osnabrück.

Sto­jące wzdłuż jezdni i za rogiem cię­ża­rówki ze straż­ni­kami dener­wo­wały go. Nawet widok psów na łań­cu­chach, wycią­gnię­tych na chod­niku przed wej­ściem, spra­wiał, że sztyw­niały mu plecy, mimo że zwie­rzęta aku­rat w tym momen­cie były, jak mu się wyda­wało, spo­kojne. Hans nie lubił psów, zwłasz­cza takich jak te, szko­lo­nych do zabi­ja­nia.

Zapro­wa­dzono go do salonu ume­blo­wa­nego w dzie­więt­na­sto­wiecz­nym stylu. Krze­sła z masyw­nego drewna ota­czały długi, lśniący stół, któ­rego rzeź­bione nogi stały na dywa­nie w ponu­rych bar­wach.

W ciszy, wita­jąc się tylko ski­nie­niem głowy z ofi­ce­rami znaj­du­ją­cymi się w sali, Hans zajął miej­sce odle­głe od szczytu stołu, gotów słu­chać, a nie odpo­wia­dać na pyta­nia. Po prze­ciw­nej stro­nie, daleko od niego, poja­wił się komen­dant i dowódca rezerwy Frie­drich Fromm. Cha­rak­te­ry­styczny twardy pro­fil, okrą­gła twarz i ogo­lona głowa prze­nio­sły Hansa w prze­szłość, do jego wizyty w ich gar­ni­zo­nie. Wpa­try­wał się we Fromma z taką inten­syw­no­ścią, że komen­dant wresz­cie się do niego odwró­cił. Zimne oczy świ­dro­wały Hansa bez emo­cji, linia warg zakrzy­wiała się w dół, świad­cząc o kom­plet­nym braku reak­cji. Jeśli ten czło­wiek kie­dyś mu gra­tu­lo­wał i uści­snął dłoń, to teraz kom­plet­nie sobie tego nie przy­po­mi­nał.

4

-?Ze wzglę­dów bez­pie­czeń­stwa -?roz­po­czął Hein­rich Him­m­ler zde­cy­do­wa­nym tonem, sie­dząc u szczytu stołu -?wyda­łem roz­kaz likwi­da­cji getta w War­sza­wie. Zrów­na­nie go z zie­mią jest konieczne, w prze­ciw­nym razie ni­gdy nie przy­wró­cimy w Pol­sce spo­koju.

Reichsführer nie ogra­ni­czył się do wypo­wie­dze­nia tych słów, on je wyszcze­kał.

Hans mimo­wol­nie wes­tchnął, roz­cza­ro­wany. Nie wie­dzieć czemu wyobra­żał go sobie jako zim­nego, opa­no­wa­nego żoł­nie­rza o ide­al­nej postu­rze, tym­cza­sem Him­m­ler nawet w tym dosko­nale skro­jo­nym mun­du­rze, z wypie­lę­gno­wa­nymi wło­sami i wąsami, ciskał oczami gromy zza cien­kich socze­wek.

-?Jeśli pozo­sta­wimy getto -?kon­ty­nu­ował -?ni­gdy nam się nie uda zdła­wić żydow­skiego buntu. Wła­śnie w tej chwili wyda­łem roz­kazy naszym siłom spe­cjal­nym, aby użyły mate­ria­łów wybu­cho­wych.

Wokół stołu prze­szedł pomruk zado­wo­le­nia. Wizja budyn­ków walą­cych się na zbun­to­wa­nych Żydów i zabi­ja­ją­cych tysiące z nich wywo­łała uśmie­chy na twa­rzach wielu ofi­ce­rów. A mimo to Hans nie dostrze­gał chwały w wygra­niu takiej bitwy.

Wście­kłość Him­m­lera była widoczna. Kazał roz­ło­żyć na stole mapę, wyda­jąc roz­kazy samymi oczami.

-?Vos­sel! -?szczek­nął. -?Przy­je­cha­łeś z Tre­blinki. Jakie masz wie­ści do prze­ka­za­nia?

Hans prze­chy­lił się, by zoba­czyć wywo­ła­nego, który zerwał się na równe nogi z suchym trza­skiem obca­sów, wyko­nu­jąc ide­alny salut. Major Kurt Vos­sel miał włosy tak jasne, że wyda­wały się wręcz białe, i deli­katną twarz, którą można by uznać za łagodną. Kiedy jed­nak prze­mó­wił, jego głos zabrzmiał w sali niczym ude­rze­nie mło­tem.

-?Przy­je­cha­łem z Tre­blinki po nowe roz­kazy, Herr Reichsführer -?rzekł. - Obóz działa na peł­nych obro­tach. W ramach osta­tecz­nego roz­wią­za­nia w minio­nych mie­sią­cach przyj­mo­wa­li­śmy trans­porty nie­mal dwu­dzie­stu tysięcy Żydów dzien­nie.

Zro­bił wystu­dio­waną pauzę. Hans dostrzegł, jak pod­nosi kącik ust w sar­ka­stycz­nym gry­ma­sie.

-?Dni, w któ­rych przy­jeż­dżało ich led­wie sześć czy sie­dem tysięcy - kon­ty­nu­ował Vos­sel, wpa­tru­jąc się w Him­m­lera -?były uwa­żane za chude.

Ktoś się roze­śmiał, ktoś inny, roz­ba­wiony, zaczął kle­pać dło­nią w udo. Hein­rich Him­m­ler pozo­stał nie­wzru­szony.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki