ROZDZIAŁ PIERWSZY.
- Anetko pośpiesz się!
Anka poprawiła kapelusz, wciągnęła niciane rękawiczki i ukazała się oczom Kazia i Tadzia, którzy jak zwykle spojrzeli na nią z całkowitem uznaniem.
- Możemy już iść - zdecydował Kazio.
Tadzio, który zawsze udawał niezmiernie punktualnego i skrupulatnego, spojrzał poważnie na zegarek:
- Wystarczy jeżeli wyjdziemy stąd za siedem minut - zdecydował.
- Za siedem i pół - roześmiał się Kazio wykrzywiając twarz pociesznie.
- Nie błaznuj - upomniał go brat.
- E, jesteś za poważny mój drogi - zdecydował Kazio - do kina przecież idziemy, a nie na jakąś poważną uroczystość.
Rzeczywiście Anka i obaj chłopcy wybierali się do kina.
Zachęcił ich do tego wielki afisz, oznajmujący wyświetlanie nowego filmu z Mary Pickford. Afisz nie zdałby się wprawdzie na nic w zwykłych warunkach, gdyż zajęcie Anki, która w popołudniowych godzinach stawała się niezmiennie " księżniczką Anicetą" oraz "dziewczynką z Luna Parku", nie pozwalało jej na wychodzenie w tym czasie.
Szczęśliwym jednak zbiegiem okoliczności Anka miała kilk dni wolnych. Przemalowywano bowiem estradę w sali, w której występowała i dzięki temu dziewczynka mogła udać się do kina.
Mieli iść w trójkę, Anka, Kazio i Tadzio.
- Żałuję, że to nie jest lotniczy film - odezwał się Kazio.
- Niedługo już zagrają lotniczy także - pocieszał go brat,- widziałem afisze, zapowiadające jakąślotniczą bujdę.
- Bujdę,? - oburzył się chłopiec - dlaczegp. uważasz, że bujdę.
- Czy ty myślisz, że oni to wszystko naprawdę kręcą?
- Naprawdę kręcą, wiem nawet, że się jeden lotnik zabił podczas zdjęcia.
- Nie wierzę w to.
- Czytałem w gazecie.
- No, może, wiesz to byłoby straszne, aby się zab ć podczas takiego zdjęcia. Napiszę o tem wiersz - postanowił po chwili.
- Chodźmy już - zawołał Kazio, - już najwyższy czas.
- Chodźmy - powtórzyła Anka i dzieci udały się w stronę wyjścia.
- Anka zatrzymała się nagle.
Lubiała przebywać w towarzystwie Kazia i Tadzia. Obaj chłopcy lubieli ją szczerze i nawet podziwiali trochę, co naturalnie podobało się dziewczynce. Wiedziała więc, że w ich towarzystwie spędzi bardzo miłe popołudnie, zwłaszcza, że w kinie była zaledwie kilka razy.
Teraz jednak poczuła, że ma ochotę spędzić owe zapowiadające się przyjemnie godziny w towarzystwie "smutnego Michasia".
Tak, Anka czuła już niejednokrotnie, że Kazio i Tadzio byli dla niej niązmiernie sympatycznymi i wesołymi towarzyszami, lecz przyjacielem, prawdziwym przyjacielem był tylko "smutny Michaś". Zwłaszcza od czasu jego choroby Anka czuła dokładnie, jak bardzo jest jej Michaś bliski i drogi.
- Chciałabym, aby pan Michaś poszedł z nami - oznajmiła chłopcom.
Ci nie mieli nic przeciwko niemu. Wprawdzie Michaś budził w obu chłopcach pewien jakgdyby lęk, wprawdzie nie bardzo wiedzieli, jak do niego mówić, jak pokonać jego małomówność i nieśmiałość, mimo to czuli podziw dla jego lalek, które modelował z taką zręcznością i podobała im się myśl, że pójdą w jego towarzystwie razem do kina.
- Ale prędko - zakomenderował Kazio.
- Już pędzę po niego.
- Czy on tylko będzie chciał - wątpił Tadzio.
Ania też nie była tego pewna.
- Już lecę - zawołała raz jeszcze i pobiegła do pracowni.
"Smutny Michaś" siedział w pracowni i oglądał badawczem spojrzeniem szeregi woskowych postaci. Obok niego stał Jan Kurek.
Podążał on za spojrzeniem syna, patrząc na figury z prawdziwą niechęcią.
- Jużbym wolał Michaś, abyś się czem innem zajął -powtarzał ostatnio często do syna.
Michaś uśmiechał się pobłażliwie i znowu wracał do swego zajęcia. Jan Kurek teraz również mruczał pod nosem coś niebardzo pochlebnego dla woskowych figur, gdy do pracowni wbiegła Anka.
- Co to, nie poszłaś jeszcze - zdziwił się Michaś.
- A prawda, do kina miałaś iść - przypomniał sobie Jan Kurek, uśmiechając się przyjaźnie do dziewczynki, zaraz jednak westchnął i dodał:
- Co też ci ludzie wymyślają, mój Boże!
- A co? - zdziwiła się Anka.
- Bo i po co ci kino, dziewczyno. Dawniej ludzie nie wiedzieli co to kino i było dobrze, a teraz to się tylko wszystkim w głowie niepotrzebnie przewraca.
- To pan Kurek nie lubi kina? - zdziwiła się Anka.
- Lubię, nie lubię, tak sobie mówię.
- A przecież ojciec chciał kino zakładać!
- E, co ty tam wiesz, co wy się wogóle na tem znacie. Interes, to interes. Ale żeby dziewczyna tak do kina w biały dzień latała niewiadomo poco, to też inna rzecz!
- Niech się zabawi, po co jej ojciec zabawę psuje?
- Ja jej nic nie nie psuję. Ona wie.
I rzeczywiście Anka wiedziała, że Jan Kurek tak sobie tylko wzdycha i narzeka z przyzwyczajenia, a gdyby kto inny zabronił jej pójścia na jaką przyjemność, to by się pierwszy oburzał i gniewał.
- A ja właśnie chciałam prosić pana Michasia, aby z nami poszedł.
- Dokąd? - zdziwił się Michaś.
- Do kina.
- Nie, ja nie pójdę, ja jestem zajęty - tłumaczył Michaś, ale Anka spostrzegła, że jej propozycja zrobiła mu przyjemność.
- Niech pan Michaś pójdzie z nami - powtórzyła - będzie nam weselej.
"Smutny Michaś" uśmiechnął się niepewnie, jakby nie Wierząc, że jego obecność może powiększyć czyjąś przyjemność.
Natomiast Jan Kurek szybko podtrzymał projekt Anki.
- A idź, naturalnie, że idź - zawołał, patrząc na mizerną twarz syna. - zabawisz się choć trochę.
- A przecież ojciec na kino narzekał - uśmiechnął się Michaś.
- Narzekałem - zmieszał się Jan Kurek lecz zaraz odzyskał zwykłą pewność siebie. - Narzekałem, bo ja sobie zawsze jaką rozrywkę i bez kina wynajdę. A ty, to tu siedzisz i siedzisz i tylko z temi kukłami gadasz.
Michaś patrzył niezdecydowanie, lecz Anka pociągnęła go za rękaw.