Dwa lata wcześniej
W kościele było duszno. Powietrze gęstniało, strużki potu spływały mi po plecach pod białą koszulą. Jednak mama, tata i Dominika nie wyglądali, jakby im było gorąco, mama nie zdjęła nawet szala.
- Idą. - Obróciła się, żeby lepiej widzieć moją kuzynkę Tonię i jej narzeczonego.
- Boska sukienka! - skomentowała Dominika.
- Cii... Zaczyna się.
Młoda para stanęła przed ołtarzem. Ksiądz otworzył usta, ale widziałem tylko jego poruszające się wargi jak przez szybę. Zamiast słów dobiegały do mnie trzaski jakby z zepsutego radia, w którym nie można znaleźć żadnej stacji. Nagle przez poszum przebił się wyraźniejszy i głośniejszy głos:
- Zgromadziliśmy się, aby pożegnać naszą siostrę. Wierzymy, że śmierć jest początkiem lepszego życia, a nasza rozłąka ze zmarłymi jest przejściowa.
Wzdrygnąłem się i teraz poczułem na plecach już nie strużki, lecz prawdziwy wodospad potu. Co ten ksiądz mówi? Czyżby pomyliły mu się ceremonie? Kręciło mi się w głowie. Ktoś zaczął strasznie szlochać.
- Już dobrze. Nie płacz. Och, kochany Augustynie, wszystko minie, minie, minie - zanucił głos, a potem pojawiły się następne.
- Przynajmniej nie cierpiała. Tu jest dobrze, jest lepiej, nie płacz już.
- Jesteś strasznie blady. Dobrze się czujesz? - szepnęła mi do ucha mama.
- Nie bardzo. Duszno mi - odparłem. - Muszę... muszę wyjść.
- Iść z tobą?
- Nie, nie. Przewietrzę się - szepnąłem i wyszedłem z kościoła. Odetchnąłem głęboko. Nie miałem zamiaru wracać. Poczekam, aż msza się skończy.
Nagle spostrzegłem, że na schodkach przed kościołem siedzi staruszka. Miała opuszczoną głowę i przymknięte oczy, jakby spała albo źle się poczuła. Gdy podszedłem, by zapytać ją, czy nie potrzebuje pomocy, zorientowałem się, że to żebraczka. Obszukałem kieszenie w poszukiwaniu drobnych i wrzuciłem do tekturowego pudełka kilka monet.
- Dziękuję - powiedziała chrapliwym głosem. - Dobry chłopiec z ciebie. Daj, coś ci powiem. - Chwyciła moją dłoń i zaczęła przesuwać po niej kościstymi palcami. Chciała mi wróżyć? Nie wyglądała na Cygankę. - Przyszłość cię czeka wspaniała.
Uśmiechnąłem się pod nosem. Co za bzdury. Każdemu można coś takiego powiedzieć.
- Będziesz tworzył piękne rzeczy. Jesteś urodzonym artystą - dodała, a ja uznałem, że zobaczyła resztki farby akrylowej za moimi paznokciami. Wczoraj malowałem i nie chciała się domyć. - Kochliwy będziesz. Tak, w twoim życiu dwie rzeczy będą ważne, piękno i miłość. A życie cię czeka długie. Chyba że... - Nagle zmarszczyła brwi i podniosła głowę.
Dopiero wtedy zrozumiałem, że jest niewidoma. Jej oczy były zasnute mgłą, a obok tekturowego pudełka leżała biała laska, której wcześniej nie zauważyłem. Nagle objęła dłońmi moją twarz.
- Ty widzisz, słyszysz i czujesz więcej.
- Co to znaczy?
- Potrafisz... usunąć blokady... odkryć warstwy czasu... To się niedługo przydarzy. Ale... Widzę niebezpieczeństwo, wyspę na linii życia... Będziesz musiał podjąć dobrą decyzję, mądrą, pamiętaj.
Nic z tego nie zrozumiałem. "Usunąć blokady? Odkryć warstwy czasu? Wyspa na linii życia?" Z drugiej strony... skąd mogła wiedzieć, że lubię rysować? Albo... skąd w ogóle wiedziała, że jestem chłopcem? Była jasnowidzką?
- Ale jaką decyzję? - Przełknąłem ślinę.
- Pamiętaj o żywych - odparła i oderwała ode mnie dłonie. W samą porę, bo państwo młodzi właśnie wychodzili z kościoła.
Wymamrotałem pod nosem słowa pożegnania i ruszyłem w ich stronę.
- Już ci lepiej? - zapytała z troską mama i podała mi bukiet dla nowożeńców.
- Tak. Tam po prostu... było duszno - odparłem.
- Już gdy byłeś mały, nie przepadałeś za kościołami. Ale nie tylko... Źle się czułeś w niektórych budynkach, na przykład na dworcach, w szpitalach...
- Idziemy do kolejki? - przerwała nam Domi.
Kiwnąłem głową. Nie chciałem już o tym rozmawiać. Ani myśleć o słowach staruszki.
Spojrzałem na schody, ale jej już tam nie było. Może tylko ją sobie wyobraziłem? Tak jak i to, że w kościele odbywał się obok ślubu jednocześnie pogrzeb.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej