3.
W którym Wiedźma przez przypadek umagicznia niemowlę
W samym sercu lasu znajdowało się małe bagno - bulgoczące, cuchnące siarką i trujące, zasilane i ogrzewane przez podziemny, drzemiący, lecz niespokojny wulkan. Jego powierzchnię pokrywały plamy szlamu, którego barwa, w zależności od pory roku, była nieraz jadowicie zielona, kiedy indziej wpadała w elektryzujący błękit albo krwistą czerwień. Tego dnia - tak blisko Dnia Ofiary w Protektoracie czy też Dnia Dziecka Gwiazd dla reszty świata - zieleń właśnie zaczynała pomału przechodzić w błękit.
Na skraju bagna, pośród kwitnących trzcin, które wyrastały z błota, stała bardzo stara kobieta, wspierając się na powykręcanej lasce. Była niska, przysadzista i miała wystający brzuch. Siwe, drobne loki zaplotła w grube warkocze, te zaś upięła w kok, z którego wystawały liście i kwiaty. Choć jej twarz zachmurzyło zniecierpliwienie, stare oczy zachowały blask, a na cienkich, szerokich ustach igrał cień uśmiechu. Pod pewnymi względami przypominała dużą, przyjacielską ropuchę.
Miała na imię Xan. I była Wiedźmą.
- Wydaje ci się, że się przede mną ukryjesz, ty śmieszny potworze? - ryknęła w stronę bagna. - Już ja dobrze wiem, gdzie jesteś. W tej chwili wynurz się i przeproś. - Ściągnęła twarz w grymas lekkiego niezadowolenia. - Albo cię zmuszę.
Choć nie miała żadnej rzeczywistej władzy nad potworem - był na to zbyt stary - z pewnością mogła sprawić, by bagno wypluło go niczym plwocinę zalegającą w gardle. Wystarczyło, że pstryknęła palcami lewej dłoni i potrząsnęła prawym kolanem.
Raz jeszcze spojrzała gniewnie.
- MÓWIĘ POWAŻNIE! - ryknęła.
Gęsta woda zabulgotała i zawirowała, po czym z błękitnawej zieleni wynurzyła się olbrzymia głowa bagiennego potwora. Zamrugał jednym wielkim ślepiem, potem drugim i przewrócił nimi.
- Nie przewracaj mi tu oczyma, młodzieńcze - fuknęła staruszka.
- Wiedźmo - zamruczał potwór, z paszczą wciąż na wpół zanurzoną w gęstych odmętach bagna. - Jestem o wiele stuleci starszy od ciebie. - Spomiędzy jego szerokich warg wymknęła się bańka powietrza. "W zasadzie to o tysiąclecia", pomyślał. "Ale kto by tam liczył?"
- Nie podoba mi się ten ton. - Xan ściągnęła pomarszczone usta w ciup.
Potwór odchrząknął.
- Moja droga, cytując słowa Poety: "Jakże głęboko mam to w...".
- GLERKU! - zakrzyknęła Wiedźma z przerażeniem. - Cóż to za słownictwo!
- Przepraszam - odparł łagodnie Glerk, choć wcale nie było mu przykro. Wysunął pomału obydwie pary ramion na brzeg, zanurzając każdą siedmiopalczastą łapę w lśniącym błocie. Stęknąwszy, dźwignął się z wody na trawę. "Kiedyś to było prostsze", przemknęło mu przez myśl. Choć, szczerze mówiąc, nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy dokładnie.
- Fyrian, biedaczek, siedzi przy kraterach i wypłakuje sobie oczy. - Xan nie kryła oburzenia. Glerk westchnął głęboko. Xan wbiła laskę w ziemię, aż ku ich zaskoczeniu z czubka posypały się iskry. Spojrzała gniewnie na bagiennego potwora. - A ty zachowałeś się nikczemnie. - Pokręciła głową. - Przecież to tylko dziecko.
- Moja droga Xan - rzekł Glerk, a z głębi jego piersi dobiegło dudnienie. Miał nadzieję, że dzięki temu zabrzmiał imponująco i dramatycznie, a nie jak ktoś, kogo zwyczajnie rozkłada przeziębienie. - On również jest starszy od ciebie. I najwyższy czas, żeby...
- Och, dobrze wiesz, co miałam na myśli. Poza tym obiecałam coś jego matce.
- Od pięciuset lat, plus minus dekadę lub dwie, ten mały smok żyje złudzeniami. Podsycanymi przez ciebie, moja droga. Na cóż mu one? Nie jest Wprost Olbrzymim Smokiem. I nic nie wskazuje, że kiedykolwiek się nim stanie. Bycie Absolutnie Tycim Smokiem to żaden powód do wstydu. Wiesz, rozmiar to nie wszystko. Fyrian jest przedstawicielem starożytnego i czcigodnego gatunku, który zrodził największych myślicieli Siedmiu Wieków. Ma wiele powodów do dumy.
- Jego matka wyraziła się jasno... - zaczęła Xan, ale potwór wszedł jej w słowo.
- Tak czy owak, najwyższy czas, aby poznał swoje dziedzictwo i miejsce na tym świecie. Tolerowałem tę fikcję o wiele dłużej, niż powinienem. Lecz teraz... - Glerk przycisnął czworo ramion do ziemi i dźwignął masywny tułów, a ciężki ogon okręcił się wokół niego na podobieństwo lśniącej ślimaczej skorupy. Wydatne brzuszysko opadło na jego złożone tylne łapy. - Sam nie wiem. Coś się zmieniło. - Jego wilgotny pysk się zachmurzył, ale Xan pokręciła głową.
- Znowu to samo - zadrwiła.
- Jak mawia Poeta, "Och, byłaż ziemia odmienną...".
- Daruj sobie Poetę. Idź przeprosić. I zrób to natychmiast. On ciebie podziwia. - Xan spojrzała w niebo. - Muszę lecieć, mój drogi. Już jestem spóźniona. Proszę. Liczę na ciebie.
Glerk przyczłapał do Wiedźmy, a ta położyła dłoń na jego wielkim policzku. Chociaż potrafił chodzić w pozycji wyprostowanej, często wolał poruszać się na sześciu kończynach - lub siedmiu, gdy wspierał się na ogonie, albo pięciu, gdy akurat posługiwał się jedną z dłoni, by zerwać i powąchać wyjątkowo wonny kwiat, zbierać kamienie lub zagrać zapadającą w pamięć melodię na własnoręcznie wystruganym flecie. Przycisnął szerokie czoło do czoła Xan.
- Uważaj na siebie - poprosił niskim głosem. - Ostatnio dręczą mnie niepokojące sny. Martwię się, kiedy cię nie ma. - Xan uniosła brwi i Glerk odsunął pysk, wydając z siebie niski pomruk. - Dobrze. Będę podtrzymywał fikcję przez wzgląd na naszego drogiego Fyriana. "Ścieżka ku Prawdzie przez serce marzyciela wiedzie", jak mawia Poeta.
- Tak trzymać! - powiedziała Xan i posłała potworowi buziaka. A potem poderwała się i podreptała w las, podpierając się laską.
Wbrew osobliwym wierzeniom mieszkańców Protektoratu las ten wcale nie był przeklęty ani też w żaden sposób magiczny. Był jednak niebezpieczny. Krył się pod nim wulkan o łagodnych zboczach, niewiarygodnie rozległy i podstępny. Pomrukiwał, uśpiony, podgrzewając wodę w okolicznych gejzerach, dopóki nie wybuchły, i nieustannie pogłębiając rozpadliny, aż nie sposób było już odnaleźć ich dna. Sprawiał, że strumienie wrzały, błoto bulgotało, a wodospady przepadały w głębokich jamach, by wytrysnąć znów na powierzchni całe mile dalej. Jedne kratery spluwały obrzydliwymi odorami, drugie popiołem, jeszcze inne zdawały się nie spluwać niczym - ale nagle od ich złych wyziewów człowiekowi siniały usta i palce, a świat wokół zaczynał wirować.
Jedynym naprawdę bezpiecznym dla zwykłego człowieka przejściem przez las była Droga, biegnąca na naturalnie wypiętrzonym paśmie skały, która wygładziła się z biegiem czasu. Droga nie przesuwała się i nie zmieniała; nigdy też nie drżała pod stopami. Niestety, znajdowała się pod kontrolą zgrai zbójów i despotów z Protektoratu. Xan nigdy nie poruszała się Drogą. Nie tolerowała zbójów. Ani despotów. Zresztą i tak zbyt wiele liczyli sobie myta. A przynajmniej tak było ostatnim razem. Minęły lata, odkąd zbliżyła się do Drogi - niemal dwa stulecia. Zamiast tego wydeptała własną ścieżkę, posługując się kombinacją magii, doświadczenia i zdrowego rozsądku.
Jej wędrówki przez las nie były łatwe, bynajmniej. Były jednak niezbędne. Nieopodal granic Protektoratu czekało na nią dziecko. Dziecko, którego życie zależało od jej przybycia - i musiała dotrzeć do niego na czas.
Odkąd Xan sięgała pamięcią, niemal co roku o tej porze matka z Protektoratu porzucała w lesie swoje dziecko, prawdopodobnie na pewną śmierć. Xan nie wiedziała dlaczego. Nie chciała nikogo osądzać. Nie miała jednak zamiaru pozwolić, by nieszczęsne maleństwo umarło. Dlatego też każdego roku wyprawiała się do jaworowego kręgu, brała porzucone niemowlę w ramiona i niosła je na przeciwległy skraj lasu, do jednego z Wolnych Miast na drugim końcu Drogi. Ludzie byli tam szczęśliwi. I kochali dzieci.
Na zakręcie ścieżki w zasięgu wzroku Wiedźmy pojawiły się mury Protektoratu. Xan zwolniła kroku. Protektorat był posępnym miejscem - złe powietrze, zła woda, smutek wiszący niczym chmura ponad dachami domów. Poczuła, jak jego ciężar osiada na jej własnych barkach.
- Po prostu zabierz dziecko i odejdź - napomniała siebie jak co roku.
Z biegiem lat zaczęła zawczasu szykować to i owo na drogę - kocyk utkany z najdelikatniejszej jagnięcej wełny, żeby ogrzać dziecko, zapas szmatek do wytarcia mokrej pupy oraz butelkę koziego mleka, albo i dwie, którym napełni pusty brzuszek. Kiedy mleko się kończyło (a musiało się skończyć - wędrówka była długa, mleko zaś zbyt ciężkie, by nieść go dużo), Xan robiła to, co zrobiłaby każda rozsądnie myśląca wiedźma na jej miejscu: gdy zapadła ciemność i rozbłysły gwiazdy, wyciągała rękę i zbierała gwiezdny blask niczym jedwabiste pasma pajęczych sieci, po czym karmiła nim dziecko. Gwiezdny blask, jak wie każda wiedźma, to wspaniałe pożywienie dla niemowlęcia. Do zebrania gwiezdnego blasku potrzeba wprawy i talentu (oraz magii na dobry początek), lecz dzieci zjadają go z zapałem. Rosną na nim tłuściutkie, syte i promienne.
Nie minęło wiele czasu, a Wolne Miasta zaczęły traktować doroczne przybycie Wiedźmy jak święto. Przynoszone przez nią dzieci, o skórze i oczach lśniących gwiezdnym blaskiem, uważano tu za błogosławieństwo. Xan za każdym razem z rozmysłem wybierała odpowiednią rodzinę, upewniając się, że charakterami, skłonnościami i poczuciem humoru będą doskonale pasować do maleństwa, o które dbała podczas tak długiej podróży. A Dzieci Gwiazd, jak je nazywano, z radosnych niemowląt wyrastały na dobroduszne nastolatki, z nich zaś na szlachetnych dorosłych. Były zdolne, hojne z natury i miały w życiu powodzenie. Umierały ze starości, w dostatku.
Kiedy Xan dotarła do jaworowego kręgu, nigdzie nie dostrzegła dziecka. Pora wciąż była jednak wczesna, a Wiedźma zmęczona. Podeszła do jednego z pochylonych drzew i oparłszy się o jego pień, wciągnęła wystającym nosem ilastą woń kory.
- Krótka drzemka dobrze mi zrobi - stwierdziła. W rzeczy samej. Miała za sobą długą i wyczerpującą wędrówkę, a czekała ją jeszcze dłuższa. I jeszcze bardziej wyczerpująca. Lepiej się okopać i trochę odpocząć. Więc tak jak to często robiła, ilekroć zapragnęła zaznać odrobiny ciszy i spokoju z dala od domu, Wiedźma Xan przemieniła się w drzewo - pochylone, z liśćmi, porostami i pobrużdżoną korą, kształtem i fakturą podobne do pozostałych wiekowych jaworów, które strzegły kręgu. I w tej postaci zasnęła.
Nie słyszała procesji.
Nie słyszała protestów Antaina, zakłopotanego milczenia Rady ani szorstkich peror Najstarszego Gherlanda.
Nie słyszała nawet dziecka, kiedy gaworzyło. Ani gdy jęczało. Ani gdy łkało.
Lecz gdy z gardła niemowlęcia dobyło się głośne zawodzenie, Xan obudziła się natychmiast.
- Och, na gwiazdy! - przemówiła chropowatym, szeleszczącym głosem, jako że nie zdążyła jeszcze przyjąć na powrót ludzkiej postaci. - Nie zauważyłam, że tu leżysz!
Na dziecku nie zrobiło to wrażenia. Wciąż wierzgało i machało rączkami, krzyczało i szlochało. Buzię miało poczerwieniałą z gniewu, a drobniutkie dłonie zaciśnięte w piąstki. Znamię na jego czole pociemniało groźnie.
- Wytrzymaj chwileczkę, skarbeńku. Ciocia Xan spieszy się, jak może.
Istotnie się spieszyła. Przemiana to trudna sztuka, nawet dla kogoś tak wprawnego jak Xan. Jedna po drugiej gałęzie na powrót skręcały się w kręgosłup, a pomarszczona twarz skrawek po skrawku wyłaniała się z kory.
Wreszcie Xan wsparła się na swej lasce i kilkakrotnie pokręciła najpierw jednym, potem drugim ramieniem, żeby rozluźnić kark. Spojrzała na dziecko, które ucichło nieco i teraz wpatrywało się w Wiedźmę tym samym spojrzeniem co w Najstarszego - spokojnym, przenikliwym, niepokojącym. Było to spojrzenie, które sięgało głęboko aż do napiętych strun duszy i szarpało nimi jak strunami harfy. Niemal zaparło Wiedźmie dech w piersi.
- Jesteś głodna - rzekła Xan, próbując ignorować wibracje przenikające ją aż do kości. - Trzeba cię nakarmić. - Po czym przetrząsnęła rozliczne kieszenie w poszukiwaniu butelki koziego mleka, które już czekało, by napełnić głodny brzuszek.
Strzeliwszy lewym nadgarstkiem, Xan sprawiła, że grzyb urósł do rozmiarów wygodnego stołka. Oparła ciepły ciężar niemowlęcia o swój miękki brzuch i czekała. Półksiężyc na czole dziewczynki zbladł do ładnego odcienia różu, ciemne rzęsy okalały jeszcze ciemniejsze oczy. Jej twarz lśniła niczym brylant. Była spokojna i zadowolona, lecz spojrzeniem wciąż wwiercała się w Xan - jak korzenie drzewa w ziemię. Wiedźma odchrząknęła.
- Doprawdy, nie masz co tak na mnie patrzeć. Nie mogę cię odnieść tam, skąd przybyłaś. Było, minęło, równie dobrze możesz o tym wszystkim zapomnieć. No już, już - powiedziała, jako że dziecko załkało. - Nie płacz. Spodoba ci się twój nowy dom. Niech no tylko postanowię, do którego miasta cię zabrać. Wszystkie są bardzo ładne. Nowa rodzina też ci się spodoba. Już moja w tym głowa.
Lecz to powiedziawszy, Xan poczuła przeszywający ból w swym starym sercu i jednocześnie zdjął ją niewyjaśniony smutek. Dziecko oderwało się od butelki i zmierzyło Wiedźmę zaciekawionym spojrzeniem. Wiedźma wzruszyła ramionami.
- Mnie nie pytaj. Nie mam pojęcia, czemu ktoś cię porzucił w samym środku lasu. Nie rozumiem połowy ludzkich czynów, a na drugą kręcę głową. Z pewnością jednak nie zostawię cię tu, na ziemi, na pożarcie jakiemuś drapieżnikowi. Czeka cię o wiele lepszy los, moje drogie dziecko.
Słowo "drogie" ledwie przeszło Xan przez usta. Nie potrafiła tego zrozumieć. Odkaszlnęła i uśmiechnęła się do dziewczynki. Nachyliła się nad jej twarzyczką i przycisnęła usta do maleńkiego czoła. Całowała każde uratowane dziecko. A przynajmniej tak jej się wydawało. Główka dziewczynki pachniała chlebowym ciastem i zsiadłym mlekiem. Xan przymknęła powieki, lecz tylko na moment, i pokręciła głową.
- Chodźmy więc - rzekła ochryple. - Co powiesz na to, żeby zobaczyć kawałek świata?
I zamotawszy bezpiecznie dziecko w chuście, pomaszerowała przez las, gwiżdżąc pod nosem.
Zamierzała udać się prosto do Wolnych Miast. Właśnie tak, bez dwóch zdań.
Ale znała pewien wodospad, który spodobałby się dziecku. I półkę skalną, skąd roztaczał się nadzwyczaj piękny widok. Spostrzegła również, że pragnie snuć dziecku opowieści. Śpiewać mu piosenki. I gdy tak snuła i śpiewała, coraz bardziej i bardziej zwalniała kroku. Zrzucała to na karb podeszłego wieku, strzykania w grzbiecie i marudności niemowlęcia, lecz żaden z tych powodów nie miał nic wspólnego z prawdą.
Xan przyłapała się na tym, że przystaje raz za razem, by pod byle pretekstem znów wyciągnąć dziecko z chusty i spojrzeć w jego poważne czarne oczy.
Każdego dnia Xan coraz bardziej zbaczała z drogi. Robiła pętlę, zawracała, odbijała to w lewo, to w prawo. Jej szlak przez las, zwykle niemal tak prosty jak sama Droga, teraz przypominał plątaninę. Gdy już skończyło się kozie mleko, Xan w nocy zbierała palcami gwiezdny blask, cienki niczym pajęczyna, a dziecko piło go ze smakiem. Z każdą kolejną garścią ciemność w jego spojrzeniu stawała się coraz głębsza. Aż wreszcie w oczach dziewczynki zapłonęły wszechświaty - galaktyka za galaktyką.
Po dziesiątej nocy miały za sobą mniej niż ćwierć drogi, która zazwyczaj zajmowała trzy i pół dnia. Każdej nocy przybywający księżyc wschodził nieco wcześniej, lecz Xan nie poświęcała mu zbyt wiele uwagi. Nie zważając na niego, wyciągała rękę i zbierała gwiezdny blask.
Rzecz jasna, gwiezdny blask kryje w sobie magię. Każdy o tym wie. Ponieważ jednak światło przebywa tak wielkie odległości, magia w nim jest krucha i rozproszona, rozpleciona na niezwykle delikatne włókna. Znajduje się w nim dość magii, by przynieść zadowolenie i zaspokoić apetyt niemowlęcia, a w odpowiednich ilościach gwiezdny blask może obudzić w sercu, duszy i umyśle dziecka to, co najlepsze. Dość, by pobłogosławić, a przy tym nie umagicznić.
B l a s k k s i ę ż y c a jednakże to coś zupełnie innego.
Blask księżyca j e s t magią. Zapytaj, kogo chcesz.
Xan nie potrafiła oderwać wzroku od oczu dziewczynki. Od słońc, gwiazd i meteorów. Od pyłu mgławic. Od wielkich wybuchów, czarnych dziur i kosmosu bez granic. Księżyc wzeszedł, wielki, tłusty i lśniący.
Xan wyciągnęła rękę. Nie spojrzała w niebo. Nie zauważyła księżyca.
(Czy zdawała sobie sprawę, jak ciężkie było światło na jej palcach? Czy zdawała sobie sprawę, jakie było lepkie? Jakie słodkie?)
Przebierała palcami ponad głową, aż wreszcie opuściła dłoń, nie mogąc dłużej utrzymać jej w górze.
(Czy zwróciła uwagę, jak ciężka była magia spływająca z jej nadgarstka? Wmawiała sobie, że nie. I powtarzała to raz za razem, aż sama w to uwierzyła).
A dziecko piło. I piło. I piło. Aż nagle zadrżało i skuliło się w objęciach Xan. A potem krzyknęło - jeden jedyny raz. Bardzo głośno. A potem westchnęło z zadowoleniem i w okamgnieniu zapadło w sen, wtulone w miękki brzuch Wiedźmy.
Xan spojrzała w niebo, czując na twarzy światło księżyca.
- Och, jej - szepnęła. Nie zauważyła, kiedy księżyc osiągnął pełnię swych rozmiarów. Oraz pełnię swej mocy. Wystarczyłby jeden łyk, tymczasem dziecko wypiło - cóż, o wiele więcej.
A to łakomczuch.
Tak czy owak, fakty były równie jasne jak księżyc lśniący ponad czubkami drzew. Dziecko zostało umagicznione. Bez żadnych wątpliwości. A zatem sprawy przyjęły o wiele bardziej skomplikowany obrót.
Xan usiadła na ziemi ze skrzyżowanymi nogami i położyła śpiące dziecko w zgięciu kolana. Nic go nie obudzi. Nie w ciągu najbliższych godzin. Xan przeczesała palcami czarne pukle dziewczynki. Nawet teraz czuła, jak magia pulsuje pod jej skórą, jak każde włókno mości się między komórkami, w tkankach ciała, wypełnia kości. Z biegiem czasu dziewczynka stanie się niestabilna - nie na zawsze, rzecz jasna. Xan nauczyła się jednak od czarodziejów, którzy wychowywali ją dawno temu, że wychowanie magicznego dziecka to niełatwa sprawa. Jej nauczyciele mówili o tym bez żadnych oporów. A jej opiekun, Zosimos, powtarzał to bez przerwy. "Tchnąć magię w dziecko to jak dać niemowlęciu obnażony miecz do ręki - ileż w tym mocy, a jak niewiele sensu. Nie widzisz, dziewczyno, że przez ciebie siwieję?", powtarzał raz za razem.
I miał rację. Magiczne dzieci są niebezpieczne. Z pewnością nie mogła zostawić niemowlęcia byle komu.
- Cóż, maleńka - rzekła. - Chyba właśnie stałaś się nieco większym kłopotem, prawda?
Dziewczynka oddychała głęboko przez nos. Uśmiech zaigrał na jej ustach przypominających pączek róży. Xan poczuła w sercu szarpnięcie i przytuliła dziecko mocno.
- Luna. Dam ci na imię Luna. I będę twoją babcią. Będziemy rodziną.
I to rzekłszy, Xan wiedziała już, że tak właśnie się stanie. Słowa zaszumiały w powietrzu między nimi, silniejsze niż jakakolwiek magia.
Podniosła się z ziemi, zawiązała dziecko z powrotem w chuście i ruszyła w długą drogę do domu, zachodząc w głowę, jak wyjaśni to Glerkowi.