Dziewczynka, która się nie uśmiechała - Shane Dunphy

Reflow text when sidebars are open.
Była osiemnasta. Dzień minął błyskawicznie. Pomyślałem, że największy problem z Małymi Urwisami polega na tym, że nie sposób ich opanować. Mimo że spędziłem w ośrodku sześć godzin, nie poznałem imienia żadnego z dzieci, nie odbyłem z żadnym z nich normalnej rozmowy, nikt też nie powiedział im, kim właściwie jestem.
Rozdzielałem bijące się maluchy, naklejałem plastry na skaleczenia i otarcia, unikałem latających przedmiotów, sprzątnąłem zielone wymiociny - dziecko skonsumowało tubkę farby plakatowej - i próbowałem usuwać przeszkody z głównych ciągów komunikacyjnych. Chłopiec poruszający się o kulach był zwinny, ale nieustannie potykał się o zabawki.
Siedziałem z Susan i Tush w cichym teraz ośrodku i oddychałem z ulgą.
- Muszę przyznać, że was podziwiam, drogie panie - powiedziałem, wznosząc toast kubkiem herbaty. - To... bardzo wymagająca praca.
- Wrócisz tu jutro? - zapytała Tush, najwyraźniej spodziewając się odpowiedzi przeczącej.
- Jeśli tylko mnie przyjmiecie.
Susan się roześmiała.
- W tej chwili przyjęłybyśmy nawet Teda Bundy'ego2, jeśli tylko by obiecał, że jako pierwszą zje Tammy.
- Tammy to ta mała blondynka? - zapytałem. - Ta, która uderzyła chłopca z kulami encyklopedią?
- On ma na imię Ross. Czyżbyś znał Tammy? Wydawałeś się zaskoczony, kiedy ją zobaczyłeś.
- Wpadłem na nią i jej rodzinę dwa tygodnie temu. Nie sądziłem, że ją jeszcze zobaczę. - Opowiedziałem im o swoim spotkaniu z Tammy i o zupełnym braku zainteresowania dzieckiem, wykazywanym przez jej rodziców.
- A więc poznałeś też Kylie i Dale'a - powiedziała Susan.
- Tak. Nie bardzo wiem, co mam o nich myśleć.
- To typowe. Stanowią ciekawą parę.
- Na czym w takim razie polega problem z Tammy? - zapytałem. - Czy zdiagnozowano u niej jakieś konkretne schorzenie? Zespół Aspergera? ADHD? Dyspraksję?
- Są dni, kiedy zdaje się cierpieć na każdą z tych chorób, to znowu na żadną z nich - powiedziała Tush. - Ale potem jej zachowanie przeczy temu, o czym byłeś przekonany, i uniemożliwia wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków. Oto, co wiemy. Dziewczynka nie mówi... Tak naprawdę to nie wydaje żadnych dźwięków. Cierpi na jakiś rodzaj niedostosowania społecznego - wydaje się niezdolna do stworzenia jakichkolwiek relacji z otoczeniem. I jest bardzo gwałtowna. Na wszystko, co ją niepokoi, reaguje agresją. Nie bierze udziału w żadnych zajęciach w grupie i woli siedzieć sama. Najchętniej by stąd uciekła - gdybyśmy nie mieli zabezpieczenia drzwi, zwiałaby i nigdy byśmy jej nie złapali.
- Wydaje się, że ma dobrze rozwiniętą motorykę dużą - powiedziałem, mając na myśli podstawowe formy aktywności ruchowej człowieka: chodzenie, skakanie, wspinanie się. - Widziałem jak biega, a kiedy uderzyła Rossa książką, zrobiła to z dużą precyzją.
- Ma też dobrze rozwiniętą motorykę małą - powiedziała Susan. - Świetnie posługuje się nożem i widelcem; uwierzyłbyś, że potrafi zawiązać sobie sznurówki?
Podrapałem się w głowę.
- O co więc chodzi? Problemy z tworzeniem więzi? Zaniedbanie? Opóźnienie rozwoju? Geniusz?
Susan się uśmiechnęła.
- Każde i żadne z nich.
- Macie jakiś pomysł, co z nią zrobić?
- Próbowałyśmy jednego pomysłu za drugim. Wszystkie były bezużyteczne, ponieważ ona nie nawiązuje z nikim kontaktu. Starałyśmy się zaangażować do pomocy ludzi, których zna, nawet jej bezużyteczną matkę, a także zupełnie obcych. Bez efektu.
- Więc pozwalacie jej zachowywać się tak, jak chce - podsumowałem.
- A masz jakiś lepszy pomysł? - zapytała Tush.
- Może wspólnymi siłami coś wymyślimy.
Kobiety spojrzały po sobie.
- Pracujemy z tym dzieckiem od ponad roku - powiedziała Tush - i nic to w niej nie zmieniło.
- Widzę, że obie jesteście u kresu sił - odparłem. - To niewiarygodnie frustrujące pracować dzień w dzień z dzieckiem, które nic z siebie nie daje. Znam to. Ale jednego się nauczyłem: że niewiele jest rzeczy, których nie można zmienić.
Moje dwie nowe koleżanki popatrzyły na mnie, jakbym miał trzy głowy.
- Jak? - zapytała Tush.
- Co jak?
- Jak możemy tu coś zmienić?
- A myślisz, że co tu wymaga zmiany?
Dziewczyna prychnęła śmiechem.
- Wszystko!
- W takim razie zmieńmy to!
Brony leżało w odległości około dwudziestu pięciu kilometrów od Drumlin. Tristan wytłumaczył mi, jak trafić do budynku wiejskiej świetlicy, w którym mieściła się placówka o budzącej obawy nazwie Małe Urwisy. Znałem to miejsce, kilkakrotnie grałem z zespołem w mieszczących się w wiosce pubach. Nacisnąłem przycisk dzwonka.
Upłynęła minuta lub dwie, zanim usłyszałem w głośniku cienki głos:
- Słucham, w czym mogę pomóc?
- Nazywam się Shane Dunphy. Z Ośrodka Terapeutycznego Drumlin.
Głośnik zamilkł, a brzęczenie domofonu powiedziało mi, że drzwi zostały otwarte. Pchnąłem je i wszedłem do środka.
Uderzył mnie panujący wewnątrz zgiełk. Zapomniałem już, jak głośno może być w dużym ośrodku wychowawczym dla dzieci, w jaki hałas stapiają się tam głośne piski, uderzenia, dźwięki towarzyszące przesuwaniu mebli i zderzaniu się zabawek. Na chwilę zatrzymałem się w drzwiach, aby się z nim oswoić, a potem wszedłem do głównego pomieszczenia. Było pomalowane na jasny kolor i dobrze wyposażone, miało wszystkie typowe kąciki zabaw: pracownię, przebieralnię, dom, miejsce do czytania bajek i kącik muzyczny. Próbowałem policzyć znajdujące się tu dzieci, ale szybko się poddałem - przemieszczały się zbyt szybko i często łączyły się w pary. Jeśli chodzi o dzieci z upośledzeniami, to zauważyłem dwójkę z zespołem Downa i jednego chłopca mającego na nogach ortezy. Przy użyciu kul poruszał się po pokoju z szybkością światła.
Z chaosu wyłoniła się znękana życiem kobieta i podeszła do mnie.
- Nazywa się pan Dunphy?
- Shane Dunphy, tak. Miło mi panią poznać.
Wyciągnąłem rękę, lecz ona ją zignorowała, przekrzykując hałas:
- Tush, zabieram nowego pracownika na kilka minut do biura. Dasz sobie radę?
Dopiero w tym momencie pod ścianą sali zauważyłem siedzącą w kucki blondynkę w wieku dwudziestu kilku lat. Machnęła do koleżanki ręką i podążyliśmy w stronę korytarza wiodącego do biura, którego duże okno wychodziło na salę.
Pomieszczenie w niczym nie przypominało uporządkowanego biura Tristana: dokumenty, rachunki, teczki osobowe, papierki po kanapkach i kubki po kawie walały się dosłownie wszędzie.
- Proszę znaleźć sobie jakieś miejsce do siedzenia - mruknęła kobieta.
Przesunąłem piętrzący się na krześle plik folderów reklamowych firm produkujących zabawki i usiadłem, jak mi kazano.
- A więc - powiedziała kobieta, w końcu nieco się rozluźniając - przysłali cię, żebyś zastąpił Beatrice.
- Siostry poprosiły Ośrodek Terapeutyczny Drumlin o przejęcie prowadzenia Małych Urwisów - powiedziałem. - Tristan Fowler, który kieruje Drumlin, zwrócił się do mnie, żebym tu przyjechał i ocenił, czy będę umiał coś dla was zrobić. Nie zamierzam nikogo zastępować. Przyjechałem tu, żeby się uczyć i - mam nadzieję - trochę wam pomóc. Bo wygląda na to, że potrzebujecie pomocy.
- O, przydałoby się nam ze dwadzieścia osób do pomocy - powiedziała kobieta, beznamiętnie patrząc na panujący na sali chaos.
- Nie usłyszałem, jak się pani nazywa - powiedziałem.
- O, jestem Susan.
Była drobna, ale wydawała się silna. Miała krótkie ciemne włosy. Wyglądała na prawie czterdzieści lat, ale mogła mieć pięć lat mniej lub więcej.
- Jak mógłbym pomóc?
Spojrzała na mnie i wtedy zobaczyłem, że jest na skraju wyczerpania.
- Naprawdę chce pan przyjść tu pracować? - zapytała z niedowierzaniem.
- Chciałbym spróbować.
Wstała, kiwając na mnie, abym stanął z nią przy oknie, przez które widać było dzieci.
- Potrzebujemy każdej pomocy, jaką tylko może pan zaoferować - powiedziała, wskazując na kącik, w którym znajdowała się biblioteczka. - Z tą małą dziewczynką... właśnie z tym dzieckiem wszystko idzie nie tak.
Początkowo widziałem tylko potargane włosy koloru blond. Potem nagle dziecko podskoczyło i popędziło przez salę, ściskając w obu rękach ciężką książkę z obrazkami. Podbiegło do chłopca z kulami i mocno uderzyło go nią w tył głowy. Ten padł bezwładnie na podłogę i nagle wszystkie dzieci z sali zaczęły się wokół niego kotłować. Obserwowałem blondynkę, która spowodowała całe zamieszanie, a teraz wycofała się z chaosu, który zapoczątkowała. Właśnie wtedy zdałem sobie sprawę, że ją znam. To była dziewczynka z jeziora.
- Lepiej tam chodźmy - powiedziała Susan.
- Myślę, że masz rację.
To jeszcze szczeniak, a wcale tego po niej nie widać - powiedział Barney, farmer mieszkający niedaleko mnie w wiosce, kiedy obserwowaliśmy czarnego charta biegającego po zaniedbanym podwórku w ślad za korpulentnym biszkoptowym labradorem.
- Ma mnóstwo energii - przytaknąłem. - Dlaczego chcesz ją oddać?
- Wcale nie chciałem kolejnego psa - westchnął staruszek. - Wziąłem ją tylko dlatego, że ją potrąciłem i obawiałem się, że jeśli nikt się po nią nie zgłosi, weterynarz będzie musiał ją uśpić. Trzeba ją wyprowadzać na spacery i poświęcać jej wiele uwagi. A ja wieczorem lubię posiedzieć sobie przed kominkiem z kubkiem herbaty. Za stary jestem na takie szaleństwa.
Pokiwałem głową, patrząc na szczeniaka, który właśnie czołgał się powoli w kierunku nieostrożnego drozda siedzącego na gałązce pobliskiego drzewa. Przypomniałem siebie to, co gdzieś czytałem: że chartów używano kiedyś do polowań. I oto miałem przed sobą żywy dowód - prawdziwego psa myśliwskiego.
- Jak się wabi?
- Wołam na nią Millie - odpowiedział Barney.
- Reaguje na to?
- Jeśli ma ochotę. Wie, kiedy opłaca jej się coś zrobić.
- Chciałbym móc to powiedzieć o sobie.
Wstałem i ruszyłem przez popękane betonowe podwórko. Millie zupełnie zignorowała fakt, że się zbliżam, nadal zajęta wyłącznie nieświadomym jej obecności ptakiem. Przykucnąłem i powiedziałem głośno: "Bu!". Drozd odleciał, gubiąc kilka piórek i gwałtownie burząc spokojne powietrze.
Millie podskoczyła i przez pół minuty biegała wkoło, najwyraźniej dając drozdowi do zrozumienia, że to jej teren i żeby lepiej o tym nie zapominał, a potem usiadła, ciężko dysząc.
Wyciągnąłem rękę i podrapałem ją za uchem. Była cała czarna, z białymi plamkami na łapach, brzuchu i końcówce ogona. Nigdy wcześniej nie widziałem szczenięcia charta. Przypominało włochatego węża na czterech długich łapach. Podrapałem Millie po brzuchu - przewróciła się na grzbiet i wystawiła do drapania.
- Jesteś śliczna, wiesz? - zagadnąłem.
Millie nie odpowiedziała, ale wiedziałem, że się ze mną zgadza.
Podszedł do nas Barney.
- I co, dogadaliście się?
Uśmiechnąłem się.
- Czym ją karmisz?
- Dam ci torbę karmy. Nie jest tania, ale charty mają delikatne żołądki.
- Naprawdę? - westchnąłem.
Millie okazała się towarzystwem, jakiego szukałem. Kilka dni zajęło mi przyzwyczajenie jej do niewielkiego domku, który wynajmowałem, przez jedną czy dwie noce musiałem znosić jej skomlenie (odmówiłem jej wstępu do mojej sypialni, kiedy odkryłem, że oznacza to dzielenie z nią łóżka), jednak szybko przyzwyczaiła się do kocyka, który położyłem dla niej na podłodze w kuchni. A w niewielkiej wiosce, którą nazywałem swoim domem, było tyle rzeczy do obejrzenia, że nigdy nie brakowało nam ciekawych miejsc na długie spacery.
Żyłem na wsi od dwóch lat. Wcześniej, kiedy jeszcze mieszkałem w mieście, pracowałem w organizacji, której celem było niesienie pomocy dzieciom znajdującym się w trudnej sytuacji. Opuściłem to miejsce, kiedy spotkałem się z kilkoma skomplikowanymi przypadkami, z którymi nie mogłem sobie poradzić. Od tego czasu utrzymywałem się z muzykowania w pubach i okazjonalnych występów na festynach. Zgłosiłem się też jako wolontariusz do pracy w Ośrodku Terapeutycznym Drumlin - centrum pomocy upośledzonym umysłowo dorosłym; kilka miesięcy temu moja pomoc przekształciła się w pracę zarobkową.
Drumlin to było naprawdę wyjątkowe miejsce. Pracowałem wcześniej w organizacjach, gdzie duży nacisk kładziono na integrację, ale nigdy nie był on tak silny. Wielu z naszych podopiecznych miało za sobą bardzo traumatyczne doświadczenia - przebywali w ośrodkach zamkniętych, byli wystawieni na znieczulicę lub padali ofiarą kpin w swoim środowisku. W Drumlin byli traktowani z szacunkiem i współczuciem, zgodnie z panującym tam przekonaniem, że każdy człowiek jest na swój sposób wartościowy i ważny.
Długo powstrzymywałem się przed przyjęciem oficjalnej funkcji w Drumlin, aż w pewnym momencie poczułem, że jestem gotowy wziąć na siebie pełną odpowiedzialność związaną z byciem etatowym członkiem pracującego tam zespołu. W końcu życie w mieście porzuciłem właśnie dlatego, żeby uniknąć stresującej pracy, która zaczęła dominować nad moim życiem. Drumlin było jak powiew świeżego powietrza. Tristan Fowler, który kierował ośrodkiem, miał ogromne doświadczenie i charyzmę - przy nim czułem, że moje zdolności i opinie są naprawdę użyteczne - choć oczywiście daliby tam sobie radę i bez mojego udziału.
Szczerze mówiąc, przebywając w Drumlin, w równym stopniu leczyłem własne rany, co pomagałem innym. I dla wszystkich było to korzystne. Czułem się tam potrzebny. Przestałem się ukrywać i wróciłem do walki.
Kiedy zaczęliśmy z Millie lepiej się poznawać, w Drumlin panowała krótka letnia przerwa. Mój dom stał w malutkiej wiosce, oplecionej siecią wąskich wiejskich dróg obejmujących obszar około piętnastu kilometrów dokoła niej. Do najbliższego miasta trzeba było jechać samochodem około dwudziestu minut. I to mi odpowiadało.
Pewnego słonecznego popołudnia pod koniec lipca byłem z Millie i z moim kolegą z Drumlin, Lonniem Whitmorem, na pikniku nad jednym z licznych w tej części Irlandii jezior. Stanowiły one przedmiot ogromnej dumy miejscowej ludności. Kiedy się poznaliśmy, skarżyłem się Lonniemu, że poruszanie się w plątaninie wąskich dróżek jest prawie niemożliwe, ponieważ nazwy jezior umieszcza się na drogowskazach częściej niż nazwy miejscowości, które zresztą nierzadko nie są warte wskazania. Lonnie w typowy dla siebie zgryźliwy sposób stwierdził, że zamiast narzekać, powinienem kupić sobie mapę. Skorzystałem z tej rady.
Tego dnia na brzegu jeziora Ballyfurbo biwakowało sporo ludzi. Niektórzy z nich, jak my, siedzieli rozciągnięci na trawie tuż przy brzegu i jedli lunch, inni grali w piłkę nożną lub rzucali frisbee swoim psom. Millie czujnie obserwowała inne psy, stojąc zupełnie nieruchomo, zerkając w ich stronę, machając ogonem i skomląc nerwowo, kiedy nie reagowały na jej zachęcające zachowanie.
Lonnie, jak na ironię, miał problem wręcz przeciwny: jak zwykle, przyciągał spojrzenia prawie wszystkich przechodzących obok ludzi. Obaj przyzwyczailiśmy się do pogwizdywania i ukradkowych spojrzeń. Lonnie był karłem. Ale nie stanowiło to dla niego żadnego problemu. Jeśli innym przeszkadzał jego wygląd, był to ich kłopot, a nie jego.
- Nie mogłeś po prostu zrobić kilku kanapek? - zapytał Lonnie, częstując się grillowanym skrzydełkiem kurczaka, które przygotowałem. Mieliśmy też domowego wypieku ciabattę, słoiczek cytrynowego humusu, sałatkę nicejską, kawę w termosie i mrożoną zieloną herbatę żurawinową.
- Narzekasz? - zapytałem, unosząc brew.
- Nie. To jest pyszne. Tylko kiedy wspomniałeś o pikniku, wyobraziłem sobie coś mniej... wyszukanego.
- Czasem warto się postarać...
- Tak, jasne, Delio Smith1. Podaj mi, proszę, jeszcze jeden kawałek chleba.
Kiedy już się najedliśmy i spakowaliśmy resztę jedzenia do bagażnika mojego starego austina, ruszyliśmy z Lonniem na spacer brzegiem jeziora. Millie biegała przed nami tu i tam, od czasu do czasu zanurzając się w wodzie po sam czubek nosa w pogoni za coraz to inną krzyżówką lub chruścielem.
- Słyszałem, że w pracy szykują się spore zmiany - powiedział Lonnie.
- Jak to?
- Wiesz, że Tristan przez wiele lat sprzeciwiał się przyjęciu pieniędzy od Służby Zdrowia.
- Wiem.
Od początku swojego istnienia Drumlin działał niezależnie, czerpiąc fundusze z datków i tego, co udało się zebrać. W przeszłości, kiedy Tristan niechętnie zgadzał się przyjąć pieniądze od państwa, zawsze się okazywało, że w zamian oczekiwano zrzeczenia się kontroli nad ośrodkiem w stopniu większym niż chciał albo przyjęcia podopiecznego, który zupełnie nie pasował do profilu placówki.
- Wróble ćwierkają - kontynuował Lonnie - że zgodził się przyjąć jakieś fundusze od Kościoła.
- Od Kościoła? - parsknąłem. - To bez sensu. Przecież Tristan nie znosi religii. Nie pozwala nawet mówić o niej w ośrodku.
- Wiem. Pamiętaj jednak, że kiedy nie mieliśmy swojej siedziby, z pomocą przyszedł mu miejscowy klasztor. Myślę, że Tristan widzi różnicę między złem wyrządzonym przez zakony w przeszłości i dobrem, które mogą czynić w przyszłości, jeśli odpowiednio do tego podejdą.
Zastanawiałem się nad konsekwencjami, jakie mogły nieść ze sobą te wieści.
- A jak przyjęcie grantu czy dotacji mogłoby wpłynąć na twoją lub moją sytuację?
- Cóż, słyszałem, że chodzi o coś zdecydowanie ważniejszego niż pieniądze.
- Chwileczkę, mój szpiegu - powiedziałem ze śmiechem. - Co masz na myśli, mówiąc "słyszałem"? Kto ci o tym wszystkim powiedział?
- Słyszałem - kontynuował Lonnie, jakbym nie powiedział ani słowa - że siostry miłosierdzia, które mają udzielić wsparcia finansowego, prowadzą w okolicy kilka ośrodków pomocy społecznej. Tristan ma przejąć odpowiedzialność za prowadzenie jednego z nich.
- A co to właściwie za ośrodki? Domy spokojnej starości? Kluby młodzieżowe?
Lonnie wzruszył ramionami.
- Nie wiem. Wkrótce się przekonamy.
Millie zaczęła szczekać. Na chwilę straciłem ją z oczu i nie mogłem ustalić, gdzie jest. Z lewej strony rozciągało się jezioro, przybrzeżne płycizny porastała trzcina, nad którą zwieszały się wyglądające jak palce olbrzyma gałęzie drzew i krzewów. Millie zwykle nie hałasowała: kiedy szczekała, znaczyło to, że jest pobudzona lub czegoś się boi.
- Tam jest - powiedział Lonnie, wskazując głową w kierunku kępy krzaków.
Mój przyjaciel potrafił poruszać się niezwykle szybko, zważywszy na jego wzrost, i często zaskakiwał mnie zwinnością - ruszył przez podmokły teren w stronę zarośli, skąd zdawało się dobiegać szczekanie Millie. Podążyłem za nim, sądząc, że natrafiła na gniazdo łabędzia lub agresywnego samca czapli, zdecydowanego bronić swojego terytorium. Myliłem się.
Kiedy okrążyłem zarośla, zobaczyłem Lonniego, który stał po kolana w wodzie i mocno trzymał Millie za obrożę. Pies nadal szczekał, drżał na całym ciele i próbował się wyswobodzić z uścisku. Kilka metrów dalej zobaczyłem małe dziecko, wczepione w zwisającą nad jeziorem gałąź, które w milczeniu wpatrywało się w mężczyznę i szczekającego psa.
Zamrugałem oczami i potrząsnąłem głową. Z trudem mogłem uwierzyć w to, co widziałem. Dziewczynka miała ze dwa lub trzy lata, jej kędzierzawe włosy w kolorze blond, teraz zmoczone, ściśle przylegały do głowy. Ubrana była w niebieski T-shirt.
- Co robimy? - zapytał Lonnie nerwowo.
Dziecko patrzyło na nas ogromnymi ciemnymi oczami. Wszedłem do wody. Miałem na nogach czerwone trampki Converse; woda zaczęła przesiąkać przez materiał.
- Cześć, kochanie - powiedziałem. - Wyciągnę cię stąd. Chyba straciłaś grunt pod nogami.
Dziewczynka nie odezwała się ani nie poruszyła. Minąłem Lonniego i Millie. Obserwowała, jak się zbliżam. Kiedy byłem tuż przy niej, puściła gałąź i zniknęła w ciemnej wodzie.
- Cholera! - Zanurzyłem rękę w jeziorze. Przez moment nie mogłem jej znaleźć i wpadłem w panikę, jednak po chwili poczułem drobne, pulchne ramię, chwyciłem je i wyciągnąłem ociekające wodą dziecko na powierzchnię. Spodziewałem się, że zaczerpnie haust powietrza lub zacznie płakać, przerażona, że mało się nie utopiła, ale nic takiego nie nastąpiło. Zamiast tego zatopiła zęby w moim ramieniu.
Uwolniłem się od niej, ale ona natychmiast spróbowała ugryźć mnie w rękę, więc przerzuciłem tryskającego wodą chochlika przez ramię - w tej pozycji trudno jej było złapać coś innego niż moją koszulę - i wyszedłem na brzeg.
- Może powinieneś wrzucić ją z powrotem - powiedział zaskoczony Lonnie, kiedy dziewczynka próbowała odzyskać wolność.
- Zastanawiam się nad tym - mruknąłem.
Przeszliśmy brzegiem jeziora spory kawałek drogi, może około kilometra od miejsca, gdzie siedziała większość rodzin, a kiedy tam wróciliśmy, prawie wszyscy zdążyli się już spakować i odejść. Na szerokim zielonym terenie pozostała jedna czy dwie małe grupki, ale nigdzie nie było widać zamieszania, nie było też słychać płaczu z powodu zniknięcia dziecka. Panowała cisza. Zatrzymaliśmy się i zaczęliśmy się rozglądać w poszukiwaniu kogoś, kto wyglądałby chociaż na lekko zaniepokojonego. Nic z tych rzeczy.
- Pozostaje nam tylko jedno - powiedział Lonnie. - Musimy chodzić i pytać.
Jej opiekunowie, których w końcu udało nam się znaleźć, nie zauważyli jej zniknięcia i zdawali się zupełnie nie przejmować tym, że omal nie utonęła.
- Hm... jest tylko trochę zdenerwowana - powiedziałem, sadzając przemoczone dziecko na ręczniku, na którym rozłożyli się młodzi ludzie.
Mieli pewnie po dwadzieścia parę lat. Ona miała długie, tlenione blond włosy, zaczesane gładko do tyłu, i była ubrana w coś przypominającego niezbyt czystą piżamę oraz podróbki kozaczków EMU; on, ogolony na łyso, miał na sobie powycieraną skórzaną kurtkę, poplamiony biały T-shirt i wojskowe spodnie khaki. Na piknik przynieśli ze sobą sześciopak piwa i butelkę taniej wódki z supermarketu. Kilka pustych opakowań po serkach stanowiło dowód troski o potrzeby dziecka.
- Niech ją pan tu posadzi. Lubi nam uciekać, gówniara jedna - powiedziała młoda kobieta bełkotliwym głosem.
- Macie jakieś suche ubrania? - zapytał Lonnie. - Robi się chłodno.
Kobieta spojrzała na niego, mrużąc oczy, jakby dopiero teraz go zauważyła.
- Jesteś jakimś krasnalem czy co? - zapytała, akcentując głoskę "k". Westchnąłem w duchu.
- Raczej goblinem - odpowiedział mój przyjaciel z całkowitą powagą. - My, gobliny, uwielbiamy wodę, natomiast krasnale zamieszkują wyłącznie lasy i ogrody.
- Naprawdę? - zapytała kobieta z nieukrywanym zainteresowaniem.
- O, tak - kontynuował Lonnie. - Macie jak zawieźć małą do domu?
- Mam furgonetkę - powiedział mężczyzna, wskazując na stojącą w odległości około dwudziestu metrów pordzewiałą toyotę hiace.
Dziecko, obserwując dorosłych, zaczęło schodzić z ręcznika, kierując się w stronę pobliskich zarośli. Stanąłem tak, aby uniemożliwić próbę ucieczki.
- I myślisz, że dasz radę prowadzić? - zapytałem. - Wygląda na to, że sporo wypiłeś.
Słysząc to, mężczyzna się nastroszył.
- Nie wydaje mi się, żeby to była wasza sprawa.
Wzruszyłem ramionami. Miał rację, ale w takiej sytuacji nie chciałem zostawiać małej dziewczynki.
- Zaraz wracam - powiedziałem i pobiegłem do samochodu. Miałem w nim ręcznik, na wypadek gdyby Millie zdecydowała się na kąpiel w kałuży. Właśnie go wyprałem, więc był zupełnie czysty. Wróciłem do miejsca, gdzie stał Lonnie, i wręczyłem ręcznik mężczyźnie.
- To ją ogrzeje do czasu, kiedy zdecydujecie się wracać.
Mężczyzna wziął ręcznik i sięgnął po kolejną puszkę piwa. Dziecko, którego imienia nadal nie znałem, ruszyło w stronę jeziora. Kobieta się roześmiała, ale nawet nie drgnęła.
- Przyniosę ją - westchnął Lonnie. Wykonał dwa sprawne ruchy i już trzymał małą pod pachą.
- Powinniście mieć ją na oku - powiedziałem ostrym tonem. - Jezioro jest głębokie już bardzo blisko brzegu.
- Tak, jasne. Do widzenia - powiedział mężczyzna.
- Chodź - powiedział Lonnie i cmoknął na Millie, która w czasie naszej rozmowy położyła się i najwyraźniej zdążyła już usnąć.
Kiedy wyjeżdżałem austinem na drogę, po raz ostatni spojrzałem na młodych ludzi. Przez przerwę w żywopłocie zobaczyłem mężczyznę leżącego płasko na plecach, który jedną ręką bawił się ustawioną na piersi butelką wódki. Kobieta siedziała, oplatając ramionami nogi, otulona moim ręcznikiem. Dziewczynki nie było widać w pobliżu. W ciągu pięciu minut od naszego odejścia znowu się oddaliła. Zdecydowałem, że przestanę myśleć o tej rodzinie i pojadę do domu.
Reszta poranka minęła bez większych problemów. Pierwszym zadaniem było pomalowanie pomieszczenia farbą podkładową, na której następnie mieliśmy wspólnie umieścić nasze malowidła. Praca ta nie wymagała zręczności ani żadnych specjalnych zdolności - farbę można było dosłownie rozchlapywać po ścianach. Zamierzałem zrobić to tak szybko, jak tylko się da, żeby dzieci nie zdążyły się znudzić, zanim przejdziemy do bardziej interesujących zadań, takich jak malowanie obrazków i scenek, które miały stanowić efekt naszego działania. Doskonale wiedziałem, że nie da się tego zrobić pierwszego dnia, ponieważ potrzeba było trochę czasu, aby pierwsza warstwa farby wyschła. Miałem nadzieję, że destrukcyjna natura dzieci pomoże im wytrwać do końca zadania - że przyjemność mazania farbą po ścianach podtrzyma ich zainteresowanie. Na szczęście tak właśnie się stało. Całkowicie nowa aktywność w połączeniu z możliwością robienia czegoś, za co wcześniej były ganione, sprawiła, że dzień zakończył się całkowitym sukcesem.
Uczciwie pracowaliśmy przez pierwszą godzinę, a potem Tush i ja zabraliśmy część grupy na plac zabaw. Ku mojemu zdumieniu Milandra i Gus woleli kontynuować pracę z Susan, na co się zgodziliśmy pod warunkiem, że Susan zawoła nas w razie jakichkolwiek problemów.
Małe Urwisy mogły korzystać z ładnego zamkniętego placu zabaw, znajdującego się za głównym budynkiem ośrodka. Był on wyposażony w różne zabawki (huśtawki, równoważnie, ściankę do wspinania i piaskownicę) oraz obszerny placyk do biegania i skakania. Tush i ja uważnie obserwowaliśmy dzieci, jednak te nie wyrażały najmniejszej chęci, abyśmy włączyli się do zabawy. To dość niezwykłe zachowanie - dzieci z reguły zabiegają o uwagę i aprobatę dorosłych. Również między sobą prawie nie nawiązywały kontaktu - wydawało się, że każde z nich bawi się osobno. Raz musieliśmy załagodzić niewielką utarczkę, ale ogólnie dzieci bawiły się cicho i spokojnie.
Widząc, że wszystko idzie gładko, usadziłem się na jednej z huśtawek i kiwnąłem na Tush, aby się do mnie przyłączyła. Kończył się piękny poranek i mogłem się cieszyć ogrzewającymi moją twarz promieniami słońca. Próbowałem rzucić palenie i chociaż - na szczęście - nie odczuwałem zbytnio fizycznych objawów głodu nikotynowego, to jednak nie bardzo wiedziałem, czym mam zająć ręce w chwilach bezczynności. Huśtawka stanowiła w tym momencie wygodny substytut papierosa.
- Jak uważasz, dobrze nam idzie? - zapytałem, kiedy dziewczyna usiadła obok mnie.
- Aż jestem zdumiona - odpowiedziała.
Tush była ładna, ale sprawiała wrażenie, że ciągle jest na skraju załamania nerwowego. Podczas rozmowy rzadko nawiązywała kontakt wzrokowy i pomyślałem, że łatwiej jej będzie rozmawiać, siedząc na huśtawce.
- Dlaczego? - zapytałem.
- Nie pamiętam, kiedy ostatnio mieliśmy w ośrodku taki poranek - wyznała, odchylając się do tyłu i wprawiając huśtawkę w ruch. - Był taki... spokojny!
- Chciałbym móc przypisać sobie tę zasługę - powiedziałem - ale zawdzięczamy to faktowi, że jednocześnie zaserwowaliśmy dzieciom dwie poważne zmiany: moje pojawienie się oraz malowanie.
- Możliwe - zadumała się. - Myślę jednak, że one chcą się zmienić. Tak jakby tylko czekały, aż nadarzy się ku temu okazja.
- Wiem, co masz na myśli - podchwyciłem. - Mój szef Tristan zawsze powtarza, że dziecko, które rozrabia, tak naprawdę chce po prostu wiedzieć, czy dorosłym w jego otoczeniu zależy na nim wystarczająco mocno, aby je przywołać do porządku. Myślę, że prawdopodobnie tak właśnie jest.
- Może więc uda nam się pokazać tym dzieciom, że nam na nich zależy - powiedziała Tush, zamykając oczy, podczas gdy huśtawka leniwie poruszała się w ciepłym południowym powietrzu.
- Być może. Miło jest móc tak pomyśleć.
- Zdradzić ci tajemnicę?
Wzruszyłem ramionami, mimo że nie mogła tego widzieć.
- Pewnie.
- Czasem nienawidzę pracy z Małymi Urwisami.
- To dlaczego jej nie rzucisz i nie poszukasz sobie innej?
Wydała z siebie głuche westchnienie, jakby ciężar całego świata spoczął na jej ramionach.
- Trzy lata zajęło mi zrobienie dyplomu z edukacji przedszkolnej, potem jeszcze rok kursu z edukacji dzieci upośledzonych. W sumie cztery lata studiów.
Nic nie powiedziałem. Nawet ja potrafiłem to policzyć.
- Jaką idiotką musiałabym być, żeby po tylu latach nauki skończyć jako kelnerka? Rodzice by mnie chyba zabili.
- Ja studiowałem znacznie dłużej, Tush, i całkiem niedawno, kiedy praca za mocno dała mi w kość, przez ponad rok byłem grajkiem w pubach.
Uśmiechnęła się słabo.
- Ta praca potrafi dać w kość, prawda?
- Czasami tak. I kiedy tak się dzieje, można sobie zrobić chwilę przerwy. Musimy o siebie dbać, inaczej się wypalimy i nic z nas nie zostanie.
Znowu ten uśmiech.
- Tak. Czasami myślę, że mogłabym zupełnie zniknąć. Tak jakby mnie coś zjadało, kawałek po kawałku, a ja nic nie mogę na to poradzić.
Znałem to uczucie. Doświadczyła go większość ludzi pracujących przez dłuższy czas w opiece społecznej.
- Należy wtedy poprosić o pomoc, Tush - powiedziałem. - Najlepszą pomocą, na jaką możemy liczyć w naszej branży, są nasi koledzy. Czy rozmawiałaś z kimś o swoich odczuciach? Może z Susan?
Odwróciła się do mnie z uśmiechem.
- Rozmawiam z tobą.
Odwzajemniłem uśmiech.
- Tak. To prawda.
W chwili gdy postanowiłem zapamiętać, że trzeba zorganizować regularne spotkania kadry - kilka spraw pracowniczych wymagało rozwiązania, jak choćby potrzeba zatrudnienia jeszcze co najmniej jednej osoby do opieki nad dziećmi - usłyszeliśmy wołanie Susan. Ton jej głosu mówił, że coś się stało.
- Ja pójdę - powiedziałem. - Ty miej na oku tę gromadkę.
Kiedy wszedłem do sali, wydawało się, że wszystko jest w porządku, panował spokój. Ściany były prawie skończone (Susan ostro wzięła się do malowania wałkiem) i nie widziałem żadnych uszkodzeń czy zniszczeń. Potem zobaczyłem Gusa i Milandrę.
- Spuściłam ich z oczu dosłownie na sekundę - powiedziała zmieszana Susan.
- Cóż, najwyraźniej tyle czasu im wystarczyło - powiedziałem.
Dzieci były od stóp do głów pokryte farbą. Wyglądały jak dwa małe duszki.
- Czy mamy wystarczająco dużo wybielacza? - zapytała Susan.
- Z pewnością ucieszy cię wiadomość, że tę farbę można zmywać wodą, więc wystarczy wsadzić ich do wanny - powiedziałem, próbując zachować powagę. - W niektórych mniejszych puszkach jest jednak inny rodzaj farby, będziemy musieli nieco bardziej uważać, kiedy już je otworzymy.
- Gus mnie pomalował - powiedziała Milandra. - Teraz jestem małą białą dziewczynką.
- Ja też jestem małą białą dziewczynką - zapiszczał Gus.
- Chodźcie - powiedziałem. - Trzeba was umyć.
Jeśli to miał być nasz największy problem tego dnia, to poszło nam całkiem gładko.
Dzieci usiadły przy stole w kuchni, nadąsane i rozdrażnione. Zajęliśmy się przygotowaniem soku i ciasta bananowego: przygrzałem je w piekarniku i pokroiłem na kawałki. Mieliśmy też tosty z dżemem, jeśli ktoś miałby na nie ochotę. Kiedy wszyscy zaczęli jeść, utworzyliśmy "wielkie koło" - siedząc w ten sposób, mieliśmy zaplanować nasz dzień. Z rozmowy z Susan i Tush wiedziałem, że od dłuższego czasu nie próbowały urządzać Małym Urwisom takich zebrań - trzymanie dzieci z dala od siebie wydawało się zasadniczo rozsądnym pomysłem - jednak wszyscy chcieliśmy, aby to się zmieniło. W większości przedszkoli i ośrodków dla dzieci regularnie sadza się maluchy w dużych i małych kręgach, aby dać każdemu z nich okazję do opowiedzenia o tym, co się wydarzyło.
Po co robić kolaż, jeśli nikt nie będzie miał okazji go podziwiać i docenić? Bywałem w placówkach, gdzie nigdy nie organizowano takich spotkań i gdzie dzieci trwały w przekonaniu, że większość prac nie ma żadnego sensu. Nie chciałem, aby Małe Urwisy należały do takich osób - dzieci muszą wiedzieć, że mają prawo głosu, że jeśli coś mówią, ktoś będzie chciał tego słuchać.
Jednak organizując to pierwsze spotkanie, tak naprawdę miałem inny cel. Dzieci, które tu spotkałem, dobrze wiedziały, że mają prawo głosu. Problem polegał na tym, że nikt nie mógł ich usłyszeć, ponieważ w ośrodku panował straszny hałas. Chciałem, aby przywykły do kontaktowania się ze sobą i z wychowawcami w inny sposób niż za pomocą przemocy, a moment jedzenia wydawał się do tego odpowiedni. Większość ludzi uważa rozmowę w trakcie posiłku za naturalną - jedzenie sprawia, że stajemy się towarzyscy, otwarci na innych. Miałem nadzieję, że będzie tak również w przypadku Małych Urwisów.
- Dobrze - powiedziałem, trzymając w ręku kubek kawy. - Porozmawiajmy o tym, co się dziś wydarzy.
- Po co ty tu? - zapytał Ross, uderzając Gilberta, który natychmiast zaczął płakać.
- Ja cię nie lubić - dołączył Rufus w akompaniamencie narastającej wrzawy. - Idź sobie.
- Jestem tu dlatego, że Małe Urwisy potrzebują do opieki więcej dorosłych - powiedziałem, podczas gdy Tush próbowała uspokoić Gilberta. - Jeśli nie będzie więcej opiekunów, ośrodek zostanie zamknięty. Istnieje prawo, które mówi, ilu dorosłych musi pracować w ośrodku dla dzieci. Jeśli będzie ich zbyt mało, placówka zostanie zamknięta. Chciałbyś tego, Rufusie?
Miał jasnorude włosy i nieustannie kapało mu z nosa. Patrzył na mnie z nieukrywanym obrzydzeniem, przeżuwając tosta. Następnie wypluł co najmniej połowę na Julie, która z płaczem zaczęła wydłubywać resztki jedzenia z włosów. Rufusa to nie zraziło. Kontynuował:
- Ty sobie idź, niech przyjdzie ktoś inny.
- Próbowaliśmy zatrudnić tu kilka innych osób - powiedziała łagodnie Tush, podchodząc do Julie, by pomóc jej się wyczyścić. - Pamiętacie Mary, jasnowłosą panią, która była tu trzy tygodnie temu?
- Ładnie pachniała - westchnęła Mitzi.
- Cóż, wytrzymała jedno przedpołudnie, a potem już nie wróciła - powiedziała Susan.
- Milandra uderzyła ją w głowę moim pudełkiem śniadaniowym - powiedział Gus, uśmiechając się na samo wspomnienie. - Aż się otworzyło.
- A pamiętacie Dorotę? - powiedziała Tush. - Była Polką, tak jak Aga.
- Była ładna. Bardzo ładna - mruknęła Mitzi, zupełnie niezrażona.
- Tak, to prawda - powiedziała Susan. - Pamiętacie, miała piękny długi warkocz.
- Była długowłosą zdzirą - mruknęła Milandra, podnosząc swój plastikowy kubek i wylewając jego zawartość na głowę Rossa. Chłopiec nie pozostał jej dłużny - wziął posmarowany masłem i dżemem kawałek tostu i wcisnął go głęboko w warkoczyki pokrywające głowę agresorki.
- A jak myślicie, dlaczego Dorota po dwóch dniach przestała tu przychodzić? - zapytała Tush, postanowiwszy zignorować ostatni atak. Milandra nie była zbyt zainteresowana odpowiedzią na to pytanie.
- Ja - powiedział Jeffrey, podnosząc rękę.
- Proszę, Jeff - powiedziała Tush.
Chłopiec wskazał na Julie, która wyglądała jak aniołek - o ile to możliwe w przypadku kogoś pokrytego na wpół przeżutym tostem.
- Co zrobiła Julie, Jeffrey? - spytałem.
- Pociągnęła ją za włosy - zawołał, zanim Gus uderzył go w tył głowy rolką papierowego ręcznika, którą postawiliśmy na stole, żeby dzieci miały w co wytrzeć ręce. Jeffreya bardziej to zaskoczyło niż zabolało, ale mimo to się rozpłakał.
Susan upomniała Gusa, który w odpowiedzi wybuchnął śmiechem.
- Julie uznała, że powinna użyć warkocza Doroty w charakterze huśtawki - wyjaśniła mi Susan. - Ostatniego dnia, za każdym razem, kiedy biedna dziewczyna odwracała się do niej tyłem, Julie skakała jej na plecy. Wiem, że Julie jest drobna, ale i tak musiało to boleć.
- Podejrzewamy, że ktoś ją do tego namówił - powiedziała Tush, patrząc znacząco na Rossa - ale oczywiście Julie się nie przyzna.
Julie wydała bulgoczący dźwięk i uśmiechnęła się do mnie. Trudno było wyobrazić sobie tę delikatną istotkę zachowującą się inaczej niż miło i potulnie. Najwyraźniej miała swoje drugie oblicze.
- Potem była Una - powiedziała Susan, bujając na kolanie ciągle niespokojnego Jeffreya. - Wytrzymała godzinę. Była to raczej... hm... pulchna pani, a Tammy z uporem boksowała jej piersi. Bez żadnego ostrzeżenia podbiegała, by ją uderzyć. Una była przerażona.
- Zapomniałaś o Ruth - powiedziała Tush. - Dzieci ciągle na nią wymiotowały.
- Wymiotowały? - zapytałem, zaskoczony.
- Wymiotowaliśmy na nią - powiedział Gus, naśladując zachowanie osoby mającej mdłości.
- Nie wiem, jak to zrobiły, ale wymiotowały na tę dziewczynę na zmianę - powiedziała Tush, kręcąc głową z obrzydzeniem. - W każdym razie pod koniec dnia była pokryta wymiocinami od stóp do głów. Daliśmy jej ubranie na zmianę, ale drugiego już nie mieliśmy.
- Jak widzisz - powiedziała Susan do Rufusa - próbowaliśmy z wieloma osobami. Nie chciały tu pracować, ponieważ wszyscy zachowywaliście się wobec nich naprawdę wstrętnie. I Shane również może jeszcze zrezygnować. Naprawdę, powinniście dać mu szansę.
- Jest słodki - zagruchała Mitzi. - Słodki jak dziecko.
- Gdzie nasze rzeczy? - zapytał Ross, ugniatając z tostów kulki, które układał w rzędzie na stole przed sobą. - Po co nam te wszystkie farby?
- Chcielibyśmy, żebyście pomogli nam pomalować salę tak, jak się wam podoba - wyjaśniłem.
- On malarz? - zainteresowała się Milandra.
- Może jego powinnaś o to spytać? - powiedziała Tush.
- Hej, kudłaczu - warknęła Milandra i w tym momencie oberwała w czoło jedną z tostowych kulek, które z niezwykłą wprost precyzją wystrzelił Ross.
- Zakładam, że zwracasz się do mnie - odparłem, próbując zachować powagę.
- Ta... Do ciebie. Jesteś malarz? - zapytała Milandra, rozcierając czerwoną plamkę na twarzy i rzucając Gusowi nienawistne spojrzenie.
- Nie - przyznałem. - Malowanie idzie mi beznadziejnie. Ale założę się, że niektórzy z was potrafią świetnie malować.
- Ja umiem - powiedział Jeffrey.
- Ja dobrze maluję - powiedział Gilbert drżącym głosem. - Mamusia mówi, że bardzo dobrze maluję.
- On się prawie nigdy nie odzywa - szepnęła mi Tush do ucha.
Kiwnąłem głową, nie przerywając jednak rozmowy z dziećmi, które na chwilę ogłosiły zawieszenie broni.
- Widzicie? - powiedziałem. - Założę się, że każde z was mogłoby jakoś upiększyć waszą salę. Jeślibyśmy się wszyscy przyłączyli i bardzo postarali, moglibyśmy zrobić to naprawdę pięknie.
Dzieci zaczęły mruczeć z aprobatą. Wstrzymałem oddech. Nikt nie cisnął kubkiem, nikt nie zaczął przeklinać.
- Czy możemy już zacząć malować? - zapytał Ross.
- Cóż... tak, możecie - odpowiedziałem.
I zaczęliśmy.
Pierwszego dnia pracy po letniej przerwie Tristan wezwał mnie do swojego biura. Przeczuwałem, że zaraz się dowiem, na ile prawdziwe (lub nie) były przewidywania Lonniego dotyczące przyszłości Drumlin.
O wpół do dziesiątej podopieczni przebywali w głównej sali ośrodka, popijając herbatę i gawędząc o tym, co robili w czasie wakacji. Ustawiałem właśnie krzesła na poranną sesję - pierwszy punkt codziennego planu zajęć. Podczas niej każdy miał okazję podzielić się z innymi tym, co wydarzyło się w jego życiu. Sesja mogła przekształcić się w rozmowę na temat emitowanego poprzedniego dnia wieczorem odcinka serialu EastEnders, dyskusję o wynikach lokalnych wyborów albo nawet płynące z głębi serca wyznanie kogoś, kto ostatnio padł ofiarą dyskryminacji czy grubiaństwa - co dla naszych podopiecznych stanowiło chleb powszedni.
Liczyłem krzesła, aby się upewnić, że każdy będzie miał na czym usiąść, kiedy Tristan wystawił głowę przez drzwi swojego biura i kiwnął na mnie.
Tristan był wysokim, dobrze zbudowanym mężczyzną po pięćdziesiątce, z szopą siwych włosów. W jego niewielkim biurze panował nieskazitelny porządek: każde zdjęcie było równo powieszone, wszystkie teczki z dokumentami uporządkowane alfabetycznie, wszystkie ołówki czy długopisy ułożone według koloru i zastosowania. Tristan przez wiele lat służył w wojsku, stąd jego upodobanie do porządku. Nie miał też zwyczaju owijać w bawełnę.
- Od naszego ostatniego spotkania zaszła w Drumlin poważna zmiana.
- Naprawdę? - powiedziałem. - A jaka to zmiana?
- Pozyskaliśmy nowy oddział.
Nic nie odpowiedziałem. Wiedziałem, że czasem najlepiej trzymać język za zębami.
Tristan kontynuował.
- Potrzebowałem pieniędzy - co nie jest niczym dziwnym, uwzględniwszy moją determinację w kwestii zachowania naszej niezależności. Agencja, która zechciała nam pomóc, poprosiła, abym... abyśmy przejęli prowadzenie małego ośrodka w wiosce Brony. Przebywają w nim dzieci opóźnione w rozwoju oraz sprawiające problemy wychowawcze.
Zamrugałem oczami.
- Ośrodek dla dzieci? Masz na myśli małe dzieci?
- Właśnie tak.
- A masz - hmm... - jakiekolwiek doświadczenie w prowadzeniu takiej placówki?
Pokręcił głową.
- Przez całe życie pracowałem wyłącznie z dorosłymi.
- Co zamierzasz zrobić?
Uśmiechnął się.
- Ty pracowałeś trochę z małymi dziećmi, prawda?
Otworzyłem usta ze zdziwienia.
- To było wiele lat temu...
- Przypomnisz sobie - przerwał mi. - Ośrodek ma poważne problemy, wymaga natychmiastowego wsparcia. Moim zdaniem to coś w sam raz dla ciebie.
- A co z Beth? - zapytałem. Była zastępcą Tristana. - Pewnie chętnie skorzystałaby z takiej okazji.
- Potrzebuję jej na miejscu. W tej chwili nawet oddelegowanie ciebie na kilka miesięcy spowoduje sporo zamieszania. Jeśli wyślę ją, za chwilę będę miał bunt na pokładzie.
Uznałem, że zostałem wrobiony.
- Na czym polegają problemy ośrodka?
- Placówka specjalizuje się w opiece nad dziećmi z różnymi zaburzeniami i problemami wychowawczymi. Wiele z nich znalazło się tam za pośrednictwem opieki społecznej, w wyniku kłopotów, jakie miały w domu. Kilkoro, ze szczególnie ciężkimi zaburzeniami, trafiło tam w grupie i to z nimi jest najwięcej problemów. Kobieta, która prowadziła ośrodek, nie potrafiła sobie z nimi poradzić i zrezygnowała, ale dwie pozostałe osoby z personelu, obie z dużym doświadczeniem, trwają na posterunku. Potrzeba tam kogoś, kto spojrzałby na sprawę z dystansu i zaproponował jakieś pozytywne rozwiązanie.
- Wszystkie te dzieci są w wieku przedszkolnym? Powiedzmy, od dwóch do pięciu lat?
Tristan wykonał ręką gest oznaczający "mniej więcej".
- Niektóre są nieco starsze. Dzieci wymagające specjalnej opieki często zaczynają szkołę później.
- Oczywiście.
Mój szef spojrzał na mnie przenikliwie.
- I co myślisz?
Wzruszyłem ramionami.
- Może być ciekawie.
- Podejmiesz się tego?
- Pojadę tam, żeby się rozejrzeć.
- Znakomicie.
- Ale robię to tylko dlatego, że widzę w tym okazję do poszerzenia mojej wiedzy na temat dzieci wymagających szczególnej opieki - powiedziałem zdecydowanym głosem. - Nie pracowałem z dziećmi od jakiegoś czasu i, jak ci mówiłem, kiedy zaczynałem tu pracować, nie zajmuję się już rozwiązywaniem poważnych problemów.
- Proszę tylko, żebyś się przyjrzał tej placówce i ocenił, czy nie mógłbyś pomóc jej pracownikom. - Tristan nie potrafił ukryć zadowolenia.
- Obawiam się, że to ja będę potrzebował pomocy pracowników, zamiast im jej udzielać - westchnąłem.
I mówiąc to, miałem rację po raz ostatni na bardzo długi czas.
Małe Urwisy przyjeżdżały do ośrodka każdego dnia o dziewiątej rano. Drugiego dnia mojej pracy weszły do sali całkowicie pozbawionej zabawek i mebli. Susan, Tush i ja czekaliśmy na nich z zestawem puszek farby, pędzli i wałków do malowania.
Do końca tygodnia mieliśmy zajmować się odnawianiem, wplatając w nie stałe elementy porządku dnia. Było to ryzykowne i mogło przynieść opłakane skutki, jednak miałem nadzieję, że jeśli dzieci poświęcą trochę czasu na upiększanie swojej sali, to poczują się z niej dumne i dzięki temu zaczną ją szanować. Do tej pory żadne z nich nie widziało nic złego w zdrapywaniu tynku ze ścian za pomocą nogi od krzesła, mazaniu flamastrami po meblach czy nawet wypruciu wnętrzności jakiegoś pluszaka.
W skrytości ducha liczyłem też na to, że kiedy na własne oczy zobaczą, jak wspólnymi siłami zmieniają swoje otoczenie, zrodzi się w nich poczucie wspólnoty - Małe Urwisy były najwyraźniej pozbawione jakiegokolwiek poczucia więzi z grupą.
Kiedy przedstawiłem pomysł z malowaniem, Susan i Tush wykazały umiarkowany entuzjazm. Zauważyły, że pomieszczenie wcale nie wymaga remontu, a jego wystrojowi nic nie brakuje: po co tworzyć mnóstwo niepotrzebnych problemów związanych z odnawianiem? Teoretycznie miały rację, ale jeśli mieliśmy zacząć wszystko od nowa, powinniśmy zacząć od zera - dosłownie i w przenośni.
Susan miała wątpliwości.
- Większość dzieci potrzebuje stabilności i rutyny - powiedziała. - Jeśli wejdą tu i zobaczą, że zniknęły wszystkie zabawki i meble, że zamierzamy zamalować widniejące na ścianach rysunki, a znane im zabawy i zajęcia zostały odwołane na bliżej nieokreślony czas, to spodziewam się, że będziemy musieli stawić czoło atakowi nuklearnemu w wydaniu Małych Urwisów!
- Wziąłem to pod uwagę, przygotowując swój plan - powiedziałem. - Rzeczywiście, Małe Urwisy są przyzwyczajone do określonego rozkładu dnia. Jestem przekonany, że działa to na dzieci uspokajająco i daje im poczucie stabilności. Co nie przeszkadza, że zawsze znajdą sposób na złamanie rutyny i przekształcenie każdych zajęć w totalny chaos. Zgodzisz się ze mną, Susan?
- To prawda - odpowiedziała.
- Nie proponuję więc całkowitej rezygnacji z planu zajęć. Mówię tylko, że potrzebujemy jakiejś zmiany. Myślę, że poza odmalowaniem sali powinniśmy zacząć konsekwentnie przestrzegać pewnych reguł. A co do stałych zajęć, to możemy robić przerwy na opowiadanie bajek, słuchanie muzyki, może nawet moglibyśmy podzielić grupę na zespoły i część dzieci mogłaby mieć zajęcia jak poprzednio, podczas gdy inne mogłyby zajmować się malowaniem. Jest mnóstwo możliwości... Możemy przecież improwizować. Jednak grupa musi zrozumieć, że zrealizujemy plan od początku do końca, niezależnie od tego, jaka będzie jej reakcja. Zwyczajne aktywności Małych Urwisów będą przebiegały jak dawniej, ale niezależnie od tego będziemy malowali salę.
Kobiety nie wyglądały na przekonane, jednak zgodziły się spróbować.
Nie miałem zamiaru wykorzystywać dzieci w charakterze taniej siły roboczej, miałem też pełną świadomość, że przedszkolaki potrafią skupić się na czymś przez co najwyżej trzy kwadranse, a potem trzeba im zaproponować coś zupełnie innego. W przypadku dzieci z upośledzeniem umysłowym ten czas należało skrócić o połowę. Doskonale zdawałem sobie też sprawę z ryzyka, jakie dla zdrowia i bezpieczeństwa grupy małych dzieci stanowił ich udział w pracach malarskich.
Istotę problemu stanowiła niezwykle ważna kwestia: tutaj rządziły dzieci. Z ich pespektywy dorośli byli tu po to, żeby je karmić, sprzątać po nich i zapewnić im warunki do szaleństw. Traktowały Tush i Susan z takim samym brakiem szacunku jak siebie nawzajem i zdawały się nie uznawać żadnych autorytetów. Zasadniczą część mojego planu stanowiła nauka wzajemnego szacunku. Zamierzałem przekonać do niego dzieci, wykorzystując ich egoizm: czy nie fajnie byłoby bawić się w sali, którą pomagało się malować? Robiąc rzeczy przynoszące korzyść im samym, miały nauczyć się być miłe dla innych. W każdym razie takie były moje założenia.
Dzieci zatrzymały się przy samych drzwiach, najwyraźniej zaskoczone widokiem pustej sali. Nikt się nie poruszył. Tak jak podejrzewałem, pozbawiona znajomego środowiska grupa wydawała się zagubiona i niepewna, jak ma się zachować. Wcześniejsze doświadczenia z dziećmi nauczyły mnie, że w każdej grupie jest jeden lub dwóch przywódców, których zachowaniem kierują się w swoich działaniach pozostali. Nie miałem pewności, czy tak jest i w tym wypadku - stopień rozwoju społecznego dzieci upośledzonych umysłowo jest bardzo różny - ale szybko stało się oczywiste, kto w tej paczce jest samcem alfa.
Automatycznie spojrzałem na Tammy: była jedynym dzieckiem, które znałem, i chciałem się o niej dowiedzieć czegoś więcej. Poprzedniego dnia nie udało mi się "wyczuć" nikogo innego. Grupa jawiła mi się jako zbiór małych, bezimiennych łobuziaków, więc siłą rzeczy największe wrażenie wywarło na mnie to dziwne milczące dziecko. Ta sytuacja miała właśnie ulec zmianie - i to diametralnej. Teraz na chwilę zapanował spokój, przez moment miałem przewagę i mogłem się przyjrzeć dzieciom, które tymczasowo oddano mi pod opiekę. Było ich dziesięcioro, w tym Tammy i Ross. Z chaotycznej dokumentacji prowadzonej przez Susan wiedziałem, że dwójka dzieci z zespołem Downa to Jeffrey, korpulentny czterolatek o włosach czarnych jak smoła, i Julie, malutka jak skrzat trzylatka, która wyglądała jakby mógł ją przewrócić każdy silniejszy podmuch wiatru. Choroba ta miewa różne nasilenie, jednak wiele osób z zespołem Downa może pracować i wiedzie normalne, szczęśliwe życie. Ich główny problem polega na tym, że pracodawcy często nie chcą dostrzec ich możliwości. Dzieci z zespołem Downa rozwijają się w innym tempie niż ich rówieśnicy, później zaczynają mówić i chodzić. Jeffrey potrafił budować proste dwuwyrazowe zdania, ale Julie nadal porozumiewała się za pomocą chrząknięć, wskazując na rzeczy, o które jej chodziło.
Rufus miał pięć lat i mieszkał na miejscowym osiedlu przyczep mieszkalnych. Jego rodzina została zmuszona do osiedlenia się w małym, należącym do lokalnych władz, domku na mocy panującego w Irlandii prawa, które w praktyce uniemożliwia prowadzenie koczowniczego trybu życia. Trudno było ocenić, czy Rufus jest upośledzony umysłowo, ale z pewnością był poważnie zaniedbany i opóźniony w rozwoju.
Gilbert miał trzy lata i problem w postaci zestawu tików nerwowych oraz mocno zakorzenionych zachowań, co sugerowało, że cierpi na autyzm lub ciężką postać nerwicy lękowej. Był ślicznym dzieckiem - miał burzę blond loków i wielkie niebieskie oczy - ale łatwo się złościł i stawał się agresywny. Wszystkiego się bał, ale podczas gdy większość dzieci pod wpływem lęku wycofywała się w bezpieczne miejsce, on zawsze zaczynał walczyć, używając w charakterze broni każdego przedmiotu, jaki znalazł się w zasięgu ręki, podczas gdy łzy strumieniami ciekły po jego policzkach.
Mitzi miała sześć lat i była najstarsza w grupie. Potrafiła być miła, kiedy miała odpowiedni nastrój. Była jednak chorobliwie, przerażająco wręcz otyła: chodzenie zaczynało sprawiać jej problem, a rodzice, pseudointelektualiści prowadzący, co ciekawe, sklep ze zdrową żywnością, nie zamierzali ograniczać ilości spożywanych przez dziecko słodyczy i tłuszczów. Mitzi siadała w jakimś miejscu i pozostawała tam przez cały dzień. Wydawała się zadowolona, kiedy bawiła się zabawkami, które miała w zasięgu ręki, ale potrafiła też złapać jakieś dziecko i siłą odebrać mu zabawkę, którą właśnie się bawiło. Mitzi sprawiała wrażenie leniwej, jednak kiedy chciała, potrafiła poruszać się niezwykle szybko.
Pięcioletni Gus był żartownisiem. Urodził się z umiarkowanym porażeniem mózgowym i podczas chodzenia zarzucał jednym biodrem. Miał słabe poczucie równowagi i chociaż jego choroba nie obejmowała rąk i nóg, utrzymanie jakiegoś przedmiotu dłużej niż dwie sekundy stanowiło dla niego problem. Za każdym razem, kiedy spojrzałem na Gusa, akurat tracił równowagę, wypuszczając z rąk torbę klocków, rozlewał sok (zwykle na kolegów), psuł zabawkę albo szukał czegoś, co zgubił. Sugerowano, że cierpi również na dyspraksję, często nazywaną chroniczną niezdarnością, ale przy porażeniu mózgowym praktycznie nie istniała możliwość jej zdiagnozowania. Był jednak pogodnym dzieckiem i tym spośród Małych Urwisów, który wydawał się w ośrodku szczęśliwy i lubił inne dzieci. Zawsze się uśmiechał, nawet jeśli zrobił sobie jakąś krzywdę. Nie sposób było nie darzyć go sympatią - miał urocze usposobienie.
Aga była Polką, adoptowanym dzieckiem dwojga miejscowych nauczycieli. Miała typowo słowiańską urodę i wyglądała na cztery lub pięć lat, jednak nie byliśmy pewni, w jakim dokładnie jest wieku. Porzucona przez rodziców, przez jakiś czas była zdana tylko na siebie - nikt nie wiedział, jak długo żyła w ten sposób, zanim zajęła się nią opieka społeczna. Polskich słów znała niewiele, po angielsku nie mówiła wcale, chociaż spędziła w Irlandii już ponad rok. Nie tolerowała innych dzieci poza Gilbertem, wobec którego była bardzo opiekuńcza. Jej adopcyjni rodzice byli zrozpaczeni i mieli nadzieję, że czas spędzony w towarzystwie rówieśników pozwoli jej wydostać się z otaczających ją ciemności. Do tej pory nic takiego się nie wydarzyło - miałem nadzieję, że być może dlatego, że środowisko trudno było nazwać "zdrowym".
Ostatnim członkiem naszej gromady była Milandra. Była córką Irlandki i Nigeryjczyka, miała niebieskie oczy i włosy, wzorem afrykańskich kobiet, splecione w drobne warkoczyki. Mówiła po angielsku, irlandzku (jej matka pochodziła z terenów Gaeltachtu) i w języku joruba, używanym przez rodzinę ze strony ojca. Milandra miała mocną budowę ciała, była ładna - i nieokiełznana. Susan i Tush powiedziały mi, że rodzice świata poza nią nie widzą i choć może trochę ją rozpieszczają, to nic nie wyjaśnia wściekłości, z jaką dziewczynka odnosi się do świata i wszystkich otaczających ją ludzi. Nigdy nie mówiła, tylko krzyczała, rzucając inwektywami w języku, którym się aktualnie posługiwała. Była wystarczająco rozwinięta intelektualnie, żeby pójść do szkoły, ale jej zachowanie sprawiało, że absolutnie nie wchodziło to w grę. Nie sposób było przewidzieć, co spowoduje jej wybuch - Milandra była całkowicie nieprzewidywalna.
Staliśmy tak, patrząc na siebie ponad stojącymi w rzędach pojemnikami z farbą. Wyczuwałem rosnące za moimi plecami napięcie Tush i Susan oczekujących reakcji dzieci. A te miały swoje własne obawy - nie były przyzwyczajone do niespodzianek. Jak poradzą sobie z nową sytuacją? Niebezpieczeństwo zagrażało mi z obu stron.
- Witam wszystkich - powiedziałem, ponieważ nikt inny nie miał ochoty zacząć. - Nazywam się Shane i będę tu pracował przez jakiś czas.
Milandra rzuciła mi wściekłe spojrzenie, a Mitzi uśmiechnęła się niezbyt mądrze ze swojego miejsca na linoleum. Dla innych równie dobrze mogłoby mnie tam nie być. Nie poddawałem się.
- Susan, Tush i ja pomyśleliśmy, że skoro jestem tu nowy i powinniśmy się poznać, to dobrze by było, żebyśmy zrealizowali razem pewien projekt.
- Co za projekt? - nadąsała się Milandra.
- Jak się nazywasz, kochanie? - zapytałem.
- A co ci do tego?
- Ja ci powiedziałem, jak mam na imię. Grzeczność wymaga, żebyś zdradziła mi swoje.
- Odpieprz się - odpowiedziała Milandra. - Gdzie wszystkie zabawki? - to było do Susan. - Chcę się bawić.
Susan spojrzała na mnie, ale nic nie powiedziała.
- Później się pobawimy, Milandro. Teraz Shane wyjaśni, jak możemy pomóc w malowaniu i urządzaniu sali. Fajnie, prawda?
Milandra wydarła się, jak uznałem, w języku joruba. Susan się wzdrygnęła, ale szybko zapanowała nad sobą i odzyskała spokój.
- Nie możesz tak krzyczeć i złościć się na każdego, Milandro - powiedziała spokojnie. - To ci nic nie da.
Dziewczynka wstała i podeszła do najbliższej puszki z farbą. Wzięła nogą zamach i mocno ją kopnęła. Nie potrafiłem powstrzymać uśmiechu. Puszka sięgała Milandrze do pasa i z pewnością ważyła więcej od niej. Nawet nie drgnęła. Jęki i podskoki wykonane następnie przez Milandrę świadczyły o tym, że jedynym, co udało jej się osiągnąć, było bolesne uderzenie się we własne palce.
Zapadła ciężka cisza, przerywana przekonującymi krzykami i przekleństwami Milandry. Następnie Tammy, utkwiwszy we mnie oczy, zaatakowała puszkę ramieniem. Ta przesunęła się kilka centymetrów po podłodze. Dziewczynka zatrzymała się w miejscu i kopnęła puszkę. Nie sposób było stwierdzić, czy się zraniła - nie wydała żadnego dźwięku, zagryzła tylko dolną wargę.
Każde z dzieci kolejno próbowało przewrócić puszkę. W końcu Aga i Gilbert połączyli siły i zaczęli z całej mocy ją popychać. Susan chciała ich powstrzymać, ale pokręciłem głową. Wieczko puszki było solidnie zamknięte i uderzenia z zewnątrz nie stanowiły dla jej zawartości żadnego zagrożenia.
Musieli mocno uderzyć trzy razy. Puszka przewróciła się z głuchym odgłosem. Milandra wrzasnęła z zachwytem, a Jeffrey zaczął coś krzyczeć. Oczy dzieci z wyczekiwaniem zwróciły się w naszą stronę.
Podszedłem do puszki, podniosłem ją i wróciłem do Susan i Tush. Dzieci patrzyły z milczącym niedowierzaniem.
- Nigdy nie widziałam, żeby tak się zachowywali - powiedziała Tush. - Nie podoba mi się to.
- Nie wiedzą, co powinni zrobić - powiedziałem. - Nie są przyzwyczajeni do wspólnej pracy ani do tego, że ktoś zmusza ich do zrobienia czegoś, na co nie mają ochoty. Chcą się nam postawić, ale żeby to zrobić, muszą zjednoczyć siły. A właśnie o to nam przecież chodzi.
- Cóż, wydaje mi się, że to właśnie było coś w rodzaju ich wspólnego wysiłku - powiedziała Susan. - Ale co będzie dalej?
- Nie mam pojęcia - przyznałem. - Mam nadzieję, że prędzej czy później dadzą za wygraną i uda nam się trochę popracować.
- Myślałam, że masz jakiś plan - powiedziała Susan.
- Nie mówiłem, że mam wszystko zaplanowane.
- Lub chociaż wiesz, jak się to skończy - dodała.
Aga i Gilbert ponownie przewrócili puszkę, a reszta dzieci rzuciła się na pozostałe, bujały je z boku na bok, póki się nie przewróciły. Kiedy Gus i Ross uporali się z ostatnią z nich, dzieci zgromadziły się wokół rozciągniętej na podłodze Mitzi. Wszystkie dyszały z wysiłku i wyglądały na nieco mniej wściekłe niż poprzednio.
- Mam propozycję - powiedziałem, kiedy szaleństwo przewracania puszek naprawdę dobiegło końca. - Może pójdziemy do kuchni, żeby coś przekąsić. I będziemy mogli porozmawiać o tym, co dziś będziemy robić. Podoba wam się ten pomysł?
Dzieci zaczęły potakiwać i odpowiadać, że tak.
- W takim razie w porządku - powiedziałem. - Wczoraj wieczorem upiekłem trochę ciasta z bananami. - Zostawiliśmy puszki z farbą porozrzucane po podłodze i ruszyliśmy do kuchni.