Dziewczynka, która się nie uśmiechała - Shane Dunphy

-
Proszę czekać

Roz­dział czwar­ty

Była osiem­na­sta. Dzień minął błyska­wicz­nie. Pomyślałem, że naj­większy pro­blem z Małymi Urwi­sa­mi po­le­ga na tym, że nie sposób ich opa­no­wać. Mimo że spędziłem w ośrod­ku sześć go­dzin, nie po­znałem imie­nia żad­ne­go z dzie­ci, nie odbyłem z żad­nym z nich nor­mal­nej roz­mo­wy, nikt też nie po­wie­dział im, kim właści­wie je­stem.

Roz­dzie­lałem bijące się ma­lu­chy, na­kle­jałem pla­stry na ska­le­cze­nia i otar­cia, uni­kałem la­tających przed­miotów, sprzątnąłem zie­lo­ne wy­mio­ci­ny - dziec­ko skon­su­mo­wało tubkę far­by pla­ka­to­wej - i próbowałem usu­wać prze­szko­dy z głównych ciągów komuni­kacyjnych. Chłopiec po­ru­szający się o ku­lach był zwin­ny, ale nie­ustan­nie po­ty­kał się o za­baw­ki.

Sie­działem z Su­san i Tush w ci­chym te­raz ośrod­ku i od­dy­chałem z ulgą.

- Muszę przy­znać, że was po­dzi­wiam, dro­gie pa­nie - po­wie­działem, wznosząc to­ast kub­kiem her­ba­ty. - To... bar­dzo wy­ma­gająca pra­ca.

- Wrócisz tu ju­tro? - za­py­tała Tush, naj­wy­raźniej spo­dzie­wając się od­po­wie­dzi przeczącej.

- Jeśli tyl­ko mnie przyj­mie­cie.

Su­san się roześmiała.

- W tej chwi­li przyjęłybyśmy na­wet Teda Bun­dy'ego2, jeśli tyl­ko by obie­cał, że jako pierwszą zje Tam­my.

- Tam­my to ta mała blon­dyn­ka? - za­py­tałem. - Ta, która ude­rzyła chłopca z ku­la­mi en­cy­klo­pe­dią?

- On ma na imię Ross. Czyżbyś znał Tam­my? Wy­da­wałeś się za­sko­czo­ny, kie­dy ją zo­ba­czyłeś.

- Wpadłem na nią i jej ro­dzinę dwa ty­go­dnie temu. Nie sądziłem, że ją jesz­cze zo­baczę. - Opo­wie­działem im o swo­im spo­tka­niu z Tam­my i o zupełnym bra­ku za­in­te­re­so­wa­nia dziec­kiem, wy­ka­zy­wa­nym przez jej ro­dziców.

- A więc po­znałeś też Ky­lie i Dale'a - po­wie­działa Su­san.

- Tak. Nie bar­dzo wiem, co mam o nich myśleć.

- To ty­po­we. Sta­no­wią cie­kawą parę.

- Na czym w ta­kim ra­zie po­le­ga pro­blem z Tam­my? - za­py­tałem. - Czy zdia­gno­zo­wa­no u niej ja­kieś kon­kret­ne scho­rze­nie? Zespół Asper­ge­ra? ADHD? Dys­praksję?

- Są dni, kie­dy zda­je się cier­pieć na każdą z tych chorób, to zno­wu na żadną z nich - po­wie­działa Tush. - Ale po­tem jej za­cho­wa­nie prze­czy temu, o czym byłeś prze­ko­na­ny, i unie­możli­wia wyciągnięcie ja­kich­kol­wiek wniosków. Oto, co wie­my. Dziew­czyn­ka nie mówi... Tak na­prawdę to nie wy­da­je żad­nych dźwięków. Cier­pi na jakiś ro­dzaj nie­do­sto­so­wa­nia społecz­ne­go - wy­da­je się nie­zdol­na do stwo­rze­nia ja­kich­kol­wiek re­la­cji z oto­cze­niem. I jest bar­dzo gwałtow­na. Na wszyst­ko, co ją nie­po­koi, re­agu­je agresją. Nie bie­rze udziału w żad­nych zajęciach w gru­pie i woli sie­dzieć sama. Najchętniej by stąd uciekła - gdy­byśmy nie mie­li za­bez­pie­cze­nia drzwi, zwiałaby i nig­dy byśmy jej nie złapa­li.

- Wy­da­je się, że ma do­brze roz­wi­niętą mo­to­rykę dużą - po­wie­działem, mając na myśli pod­sta­wo­we for­my ak­tyw­ności ru­cho­wej człowie­ka: cho­dze­nie, ska­ka­nie, wspi­na­nie się. - Wi­działem jak bie­ga, a kie­dy ude­rzyła Ros­sa książką, zro­biła to z dużą pre­cyzją.

- Ma też do­brze roz­wi­niętą mo­to­rykę małą - po­wie­działa Su­san. - Świet­nie posługu­je się nożem i wi­del­cem; uwie­rzyłbyś, że po­tra­fi zawiązać so­bie sznurówki?

Po­dra­pałem się w głowę.

- O co więc cho­dzi? Pro­ble­my z two­rze­niem więzi? Za­nie­dba­nie? Opóźnie­nie roz­wo­ju? Ge­niusz?

Su­san się uśmiechnęła.

- Każde i żadne z nich.

- Ma­cie jakiś po­mysł, co z nią zro­bić?

- Próbowałyśmy jed­ne­go po­mysłu za dru­gim. Wszyst­kie były bezużytecz­ne, po­nie­waż ona nie nawiązuje z ni­kim kon­tak­tu. Sta­rałyśmy się za­an­gażować do po­mo­cy lu­dzi, których zna, na­wet jej bezużyteczną matkę, a także zupełnie ob­cych. Bez efek­tu.

- Więc po­zwa­la­cie jej za­cho­wy­wać się tak, jak chce - pod­su­mo­wałem.

- A masz jakiś lep­szy po­mysł? - za­py­tała Tush.

- Może wspólny­mi siłami coś wymyślimy.

Ko­bie­ty spoj­rzały po so­bie.

- Pra­cu­je­my z tym dziec­kiem od po­nad roku - po­wie­działa Tush - i nic to w niej nie zmie­niło.

- Widzę, że obie je­steście u kre­su sił - od­parłem. - To nie­wia­ry­god­nie fru­strujące pra­co­wać dzień w dzień z dziec­kiem, które nic z sie­bie nie daje. Znam to. Ale jed­ne­go się na­uczyłem: że nie­wie­le jest rze­czy, których nie można zmie­nić.

Moje dwie nowe koleżanki po­pa­trzyły na mnie, jak­bym miał trzy głowy.

- Jak? - za­py­tała Tush.

- Co jak?

- Jak możemy tu coś zmie­nić?

- A myślisz, że co tu wy­ma­ga zmia­ny?

Dziew­czy­na prychnęła śmie­chem.

- Wszyst­ko!

- W ta­kim ra­zie zmieńmy to!

Roz­dział trze­ci

Brony leżało w od­ległości około dwu­dzie­stu pięciu ki­lo­metrów od Drum­lin. Tri­stan wytłuma­czył mi, jak tra­fić do bu­dyn­ku wiej­skiej świe­tli­cy, w którym mieściła się placówka o budzącej oba­wy na­zwie Małe Urwi­sy. Znałem to miej­sce, kil­ka­krot­nie grałem z ze­społem w mieszczących się w wio­sce pu­bach. Na­cisnąłem przy­cisk dzwon­ka.

Upłynęła mi­nu­ta lub dwie, za­nim usłyszałem w głośniku cien­ki głos:

- Słucham, w czym mogę pomóc?

- Na­zy­wam się Sha­ne Dun­phy. Z Ośrod­ka Te­ra­peu­tycz­ne­go Drum­lin.

Głośnik za­milkł, a brzęcze­nie do­mo­fo­nu po­wie­działo mi, że drzwi zo­stały otwar­te. Pchnąłem je i wszedłem do środ­ka.

Ude­rzył mnie pa­nujący wewnątrz zgiełk. Za­po­mniałem już, jak głośno może być w dużym ośrod­ku wy­cho­waw­czym dla dzie­ci, w jaki hałas sta­piają się tam głośne pi­ski, ude­rze­nia, dźwięki to­wa­rzyszące prze­su­wa­niu me­bli i zde­rza­niu się za­ba­wek. Na chwilę za­trzy­małem się w drzwiach, aby się z nim oswoić, a po­tem wszedłem do główne­go po­miesz­cze­nia. Było po­ma­lo­wa­ne na ja­sny ko­lor i do­brze wy­po­sażone, miało wszyst­kie ty­po­we kąciki za­baw: pra­cow­nię, prze­bie­ral­nię, dom, miej­sce do czy­ta­nia ba­jek i kącik mu­zycz­ny. Próbowałem po­li­czyć znaj­dujące się tu dzie­ci, ale szyb­ko się pod­dałem - prze­miesz­czały się zbyt szyb­ko i często łączyły się w pary. Jeśli cho­dzi o dzie­ci z upośle­dze­nia­mi, to za­uważyłem dwójkę z ze­społem Do­wna i jed­ne­go chłopca mającego na no­gach or­te­zy. Przy użyciu kul po­ru­szał się po po­ko­ju z szyb­kością światła.

Z cha­osu wyłoniła się znękana życiem ko­bie­ta i po­deszła do mnie.

- Na­zy­wa się pan Dun­phy?

- Sha­ne Dun­phy, tak. Miło mi panią po­znać.

Wyciągnąłem rękę, lecz ona ją zi­gno­ro­wała, prze­krzy­kując hałas:

- Tush, za­bie­ram no­we­go pra­cow­ni­ka na kil­ka mi­nut do biu­ra. Dasz so­bie radę?

Do­pie­ro w tym mo­men­cie pod ścianą sali za­uważyłem siedzącą w kuc­ki blon­dynkę w wie­ku dwu­dzie­stu kil­ku lat. Machnęła do koleżanki ręką i podążyliśmy w stronę ko­ry­ta­rza wiodącego do biu­ra, którego duże okno wy­cho­dziło na salę.

Po­miesz­cze­nie w ni­czym nie przy­po­mi­nało uporządko­wa­ne­go biu­ra Tri­sta­na: do­ku­men­ty, ra­chun­ki, tecz­ki oso­bo­we, pa­pier­ki po ka­nap­kach i kub­ki po ka­wie walały się dosłownie wszędzie.

- Proszę zna­leźć so­bie ja­kieś miej­sce do sie­dze­nia - mruknęła ko­bie­ta.

Prze­sunąłem piętrzący się na krześle plik fol­derów re­kla­mo­wych firm pro­du­kujących za­baw­ki i usiadłem, jak mi ka­za­no.

- A więc - po­wie­działa ko­bie­ta, w końcu nie­co się roz­luźniając - przysłali cię, żebyś zastąpił Be­atri­ce.

- Sio­stry po­pro­siły Ośro­dek Te­ra­peu­tycz­ny Drum­lin o przejęcie pro­wa­dze­nia Małych Urwisów - po­wie­działem. - Tri­stan Fow­ler, który kie­ru­je Drum­lin, zwrócił się do mnie, żebym tu przy­je­chał i oce­nił, czy będę umiał coś dla was zro­bić. Nie za­mie­rzam ni­ko­go zastępować. Przy­je­chałem tu, żeby się uczyć i - mam na­dzieję - trochę wam pomóc. Bo wygląda na to, że po­trze­bu­je­cie po­mo­cy.

- O, przy­dałoby się nam ze dwa­dzieścia osób do po­mo­cy - po­wie­działa ko­bie­ta, bez­na­miętnie patrząc na pa­nujący na sali cha­os.

- Nie usłyszałem, jak się pani na­zy­wa - po­wie­działem.

- O, je­stem Su­san.

Była drob­na, ale wy­da­wała się sil­na. Miała krótkie ciem­ne włosy. Wyglądała na pra­wie czter­dzieści lat, ale mogła mieć pięć lat mniej lub więcej.

- Jak mógłbym pomóc?

Spoj­rzała na mnie i wte­dy zo­ba­czyłem, że jest na skra­ju wy­czer­pa­nia.

- Na­prawdę chce pan przyjść tu pra­co­wać? - za­py­tała z nie­do­wie­rza­niem.

- Chciałbym spróbować.

Wstała, ki­wając na mnie, abym stanął z nią przy oknie, przez które widać było dzie­ci.

- Po­trze­bu­je­my każdej po­mo­cy, jaką tyl­ko może pan za­ofe­ro­wać - po­wie­działa, wska­zując na kącik, w którym znaj­do­wała się bi­blio­tecz­ka. - Z tą małą dziew­czynką... właśnie z tym dziec­kiem wszyst­ko idzie nie tak.

Początko­wo wi­działem tyl­ko po­tar­ga­ne włosy ko­lo­ru blond. Po­tem na­gle dziec­ko pod­sko­czyło i popędziło przez salę, ści­skając w obu rękach ciężką książkę z ob­raz­ka­mi. Pod­biegło do chłopca z ku­la­mi i moc­no ude­rzyło go nią w tył głowy. Ten padł bezwład­nie na podłogę i na­gle wszyst­kie dzie­ci z sali zaczęły się wokół nie­go kotłować. Ob­ser­wo­wałem blon­dynkę, która spo­wo­do­wała całe za­mie­sza­nie, a te­raz wy­co­fała się z cha­osu, który za­początko­wała. Właśnie wte­dy zdałem so­bie sprawę, że ją znam. To była dziew­czyn­ka z je­zio­ra.

- Le­piej tam chodźmy - po­wie­działa Su­san.

- Myślę, że masz rację.

Roz­dział pierw­szy

To jesz­cze szcze­niak, a wca­le tego po niej nie widać - po­wie­dział Bar­ney, far­mer miesz­kający nie­da­le­ko mnie w wio­sce, kie­dy ob­ser­wo­wa­liśmy czar­ne­go char­ta bie­gającego po za­nie­dba­nym podwórku w ślad za kor­pu­lent­nym bisz­kop­to­wym la­bra­do­rem.

- Ma mnóstwo ener­gii - przy­taknąłem. - Dla­cze­go chcesz ją oddać?

- Wca­le nie chciałem ko­lej­ne­go psa - wes­tchnął sta­ru­szek. - Wziąłem ją tyl­ko dla­te­go, że ją potrąciłem i oba­wiałem się, że jeśli nikt się po nią nie zgłosi, we­te­ry­narz będzie mu­siał ją uśpić. Trze­ba ją wy­pro­wa­dzać na spa­ce­ry i poświęcać jej wie­le uwa­gi. A ja wie­czo­rem lubię po­sie­dzieć so­bie przed ko­min­kiem z kub­kiem her­ba­ty. Za sta­ry je­stem na ta­kie sza­leństwa.

Po­ki­wałem głową, patrząc na szcze­nia­ka, który właśnie czołgał się po­wo­li w kie­run­ku nie­ostrożnego droz­da siedzącego na gałązce po­bli­skie­go drze­wa. Przy­po­mniałem sie­bie to, co gdzieś czy­tałem: że chartów używa­no kie­dyś do po­lo­wań. I oto miałem przed sobą żywy dowód - praw­dzi­we­go psa myśliw­skie­go.

- Jak się wabi?

- Wołam na nią Mil­lie - od­po­wie­dział Bar­ney.

- Re­agu­je na to?

- Jeśli ma ochotę. Wie, kie­dy opłaca jej się coś zro­bić.

- Chciałbym móc to po­wie­dzieć o so­bie.

Wstałem i ru­szyłem przez popękane be­to­no­we podwórko. Mil­lie zupełnie zi­gno­ro­wała fakt, że się zbliżam, nadal zajęta wyłącznie nieświa­do­mym jej obec­ności pta­kiem. Przy­kucnąłem i po­wie­działem głośno: "Bu!". Drozd od­le­ciał, gubiąc kil­ka piórek i gwałtow­nie burząc spo­koj­ne po­wie­trze.

Mil­lie pod­sko­czyła i przez pół mi­nu­ty bie­gała wkoło, naj­wy­raźniej dając droz­do­wi do zro­zu­mie­nia, że to jej te­ren i żeby le­piej o tym nie za­po­mi­nał, a po­tem usiadła, ciężko dysząc.

Wyciągnąłem rękę i po­dra­pałem ją za uchem. Była cała czar­na, z białymi plam­ka­mi na łapach, brzu­chu i końcówce ogo­na. Nig­dy wcześniej nie wi­działem szcze­nięcia char­ta. Przy­po­mi­nało włocha­te­go węża na czte­rech długich łapach. Po­dra­pałem Mil­lie po brzu­chu - przewróciła się na grzbiet i wy­sta­wiła do dra­pa­nia.

- Je­steś ślicz­na, wiesz? - za­gadnąłem.

Mil­lie nie od­po­wie­działa, ale wie­działem, że się ze mną zga­dza.

Pod­szedł do nas Bar­ney.

- I co, do­ga­da­liście się?

Uśmiechnąłem się.

- Czym ją kar­misz?

- Dam ci torbę kar­my. Nie jest ta­nia, ale char­ty mają de­li­kat­ne żołądki.

- Na­prawdę? - wes­tchnąłem.

Mil­lie oka­zała się to­wa­rzy­stwem, ja­kie­go szu­kałem. Kil­ka dni zajęło mi przy­zwy­cza­je­nie jej do nie­wiel­kie­go dom­ku, który wy­naj­mo­wałem, przez jedną czy dwie noce mu­siałem zno­sić jej skom­le­nie (odmówiłem jej wstępu do mo­jej sy­pial­ni, kie­dy od­kryłem, że ozna­cza to dzie­le­nie z nią łóżka), jed­nak szyb­ko przy­zwy­czaiła się do ko­cy­ka, który położyłem dla niej na podłodze w kuch­ni. A w nie­wiel­kiej wio­sce, którą na­zy­wałem swo­im do­mem, było tyle rze­czy do obej­rze­nia, że nig­dy nie bra­ko­wało nam cie­ka­wych miejsc na długie spa­ce­ry.

Żyłem na wsi od dwóch lat. Wcześniej, kie­dy jesz­cze miesz­kałem w mieście, pra­co­wałem w or­ga­ni­za­cji, której ce­lem było nie­sie­nie po­mo­cy dzie­ciom znaj­dującym się w trud­nej sy­tu­acji. Opuściłem to miej­sce, kie­dy spo­tkałem się z kil­ko­ma skom­pli­ko­wa­ny­mi przy­pad­ka­mi, z którymi nie mogłem so­bie po­ra­dzić. Od tego cza­su utrzy­my­wałem się z mu­zy­ko­wa­nia w pu­bach i oka­zjo­nal­nych występów na fe­sty­nach. Zgłosiłem się też jako wo­lon­ta­riusz do pra­cy w Ośrod­ku Te­ra­peu­tycz­nym Drum­lin - cen­trum po­mo­cy upośle­dzo­nym umysłowo do­rosłym; kil­ka mie­sięcy temu moja po­moc prze­kształciła się w pracę za­rob­kową.

Drum­lin to było na­prawdę wyjątko­we miej­sce. Pra­co­wałem wcześniej w or­ga­ni­za­cjach, gdzie duży na­cisk kładzio­no na in­te­grację, ale nig­dy nie był on tak sil­ny. Wie­lu z na­szych pod­opiecz­nych miało za sobą bar­dzo trau­ma­tycz­ne doświad­cze­nia - prze­by­wa­li w ośrod­kach za­mkniętych, byli wy­sta­wie­ni na znie­czu­licę lub pa­da­li ofiarą kpin w swo­im śro­do­wi­sku. W Drum­lin byli trak­to­wa­ni z sza­cun­kiem i współczu­ciem, zgod­nie z pa­nującym tam prze­ko­na­niem, że każdy człowiek jest na swój sposób war­tościo­wy i ważny.

Długo po­wstrzy­my­wałem się przed przyjęciem ofi­cjal­nej funk­cji w Drum­lin, aż w pew­nym mo­men­cie po­czułem, że je­stem go­to­wy wziąć na sie­bie pełną od­po­wie­dzial­ność związaną z by­ciem eta­to­wym człon­kiem pra­cującego tam ze­społu. W końcu życie w mieście po­rzu­ciłem właśnie dla­te­go, żeby uniknąć stre­sującej pra­cy, która zaczęła do­mi­no­wać nad moim życiem. Drum­lin było jak po­wiew świeżego po­wie­trza. Tri­stan Fow­ler, który kie­ro­wał ośrod­kiem, miał ogrom­ne doświad­cze­nie i cha­ryzmę - przy nim czułem, że moje zdol­ności i opi­nie są na­prawdę użytecz­ne - choć oczy­wiście da­li­by tam so­bie radę i bez mo­je­go udziału.

Szcze­rze mówiąc, prze­by­wając w Drum­lin, w równym stop­niu le­czyłem własne rany, co po­ma­gałem in­nym. I dla wszyst­kich było to ko­rzyst­ne. Czułem się tam po­trzeb­ny. Prze­stałem się ukry­wać i wróciłem do wal­ki.

Kie­dy zaczęliśmy z Mil­lie le­piej się po­zna­wać, w Drum­lin pa­no­wała krótka let­nia prze­rwa. Mój dom stał w ma­lut­kiej wio­sce, ople­cio­nej sie­cią wąskich wiej­skich dróg obej­mujących ob­szar około piętna­stu ki­lo­metrów dokoła niej. Do naj­bliższe­go mia­sta trze­ba było je­chać sa­mo­cho­dem około dwu­dzie­stu mi­nut. I to mi od­po­wia­dało.

Pew­ne­go słonecz­ne­go popołudnia pod ko­niec lip­ca byłem z Mil­lie i z moim ko­legą z Drum­lin, Lon­niem Whit­mo­rem, na pik­ni­ku nad jed­nym z licz­nych w tej części Ir­lan­dii je­zior. Sta­no­wiły one przed­miot ogrom­nej dumy miej­sco­wej lud­ności. Kie­dy się po­zna­liśmy, skarżyłem się Lon­niemu, że po­ru­sza­nie się w pląta­ni­nie wąskich dróżek jest pra­wie nie­możliwe, po­nie­waż na­zwy je­zior umiesz­cza się na dro­go­wska­zach częściej niż na­zwy miej­sco­wości, które zresztą nie­rzad­ko nie są war­te wska­za­nia. Lon­nie w ty­po­wy dla sie­bie zgryźliwy sposób stwier­dził, że za­miast na­rze­kać, po­wi­nie­nem kupić so­bie mapę. Sko­rzy­stałem z tej rady.

Tego dnia na brze­gu je­zio­ra Bal­ly­fur­bo bi­wa­ko­wało spo­ro lu­dzi. Niektórzy z nich, jak my, sie­dzie­li roz­ciągnięci na tra­wie tuż przy brze­gu i je­dli lunch, inni gra­li w piłkę nożną lub rzu­ca­li fris­bee swo­im psom. Mil­lie czuj­nie ob­ser­wo­wała inne psy, stojąc zupełnie nie­ru­cho­mo, zer­kając w ich stronę, ma­chając ogo­nem i skomląc ner­wo­wo, kie­dy nie re­ago­wały na jej zachęcające za­cho­wa­nie.

Lon­nie, jak na iro­nię, miał pro­blem wręcz prze­ciw­ny: jak zwy­kle, przy­ciągał spoj­rze­nia pra­wie wszyst­kich prze­chodzących obok lu­dzi. Obaj przy­zwy­cza­iliśmy się do po­gwiz­dy­wa­nia i ukrad­ko­wych spoj­rzeń. Lon­nie był karłem. Ale nie sta­no­wiło to dla nie­go żad­ne­go pro­blemu. Jeśli in­nym prze­szka­dzał jego wygląd, był to ich kłopot, a nie jego.

- Nie mogłeś po pro­stu zro­bić kil­ku ka­na­pek? - za­py­tał Lon­nie, częstując się gril­lo­wa­nym skrzy­dełkiem kur­cza­ka, które przy­go­to­wałem. Mie­liśmy też do­mo­we­go wy­pie­ku cia­battę, słoiczek cy­try­no­we­go hu­mu­su, sałatkę ni­cejską, kawę w ter­mo­sie i mrożoną zie­loną her­batę żura­wi­nową.

- Na­rze­kasz? - za­py­tałem, unosząc brew.

- Nie. To jest pysz­ne. Tyl­ko kie­dy wspo­mniałeś o pik­ni­ku, wy­obra­ziłem so­bie coś mniej... wy­szu­ka­ne­go.

- Cza­sem war­to się po­sta­rać...

- Tak, ja­sne, De­lio Smith1. Po­daj mi, proszę, jesz­cze je­den kawałek chle­ba.

Kie­dy już się na­je­dliśmy i spa­ko­wa­liśmy resztę je­dze­nia do bagażnika mo­je­go sta­re­go au­sti­na, ru­szy­liśmy z Lon­niem na spa­cer brze­giem je­zio­ra. Mil­lie bie­gała przed nami tu i tam, od cza­su do cza­su za­nu­rzając się w wo­dzie po sam czu­bek nosa w po­go­ni za co­raz to inną krzyżówką lub chruście­lem.

- Słyszałem, że w pra­cy szy­kują się spo­re zmia­ny - po­wie­dział Lon­nie.

- Jak to?

- Wiesz, że Tri­stan przez wie­le lat sprze­ci­wiał się przyjęciu pie­niędzy od Służby Zdro­wia.

- Wiem.

Od początku swo­je­go ist­nie­nia Drum­lin działał nie­za­leżnie, czer­piąc fun­du­sze z datków i tego, co udało się ze­brać. W przeszłości, kie­dy Tri­stan niechętnie zga­dzał się przyjąć pie­niądze od państwa, za­wsze się oka­zy­wało, że w za­mian ocze­ki­wa­no zrze­cze­nia się kon­tro­li nad ośrod­kiem w stop­niu większym niż chciał albo przyjęcia pod­opiecz­ne­go, który zupełnie nie pa­so­wał do pro­fi­lu placówki.

- Wróble ćwier­kają - kon­ty­nu­ował Lon­nie - że zgo­dził się przyjąć ja­kieś fun­du­sze od Kościoła.

- Od Kościoła? - par­sknąłem. - To bez sen­su. Prze­cież Tri­stan nie zno­si re­li­gii. Nie po­zwa­la na­wet mówić o niej w ośrod­ku.

- Wiem. Pamiętaj jed­nak, że kie­dy nie mie­liśmy swo­jej sie­dzi­by, z po­mocą przy­szedł mu miej­sco­wy klasz­tor. Myślę, że Tri­stan wi­dzi różnicę między złem wyrządzo­nym przez za­ko­ny w przeszłości i do­brem, które mogą czy­nić w przyszłości, jeśli od­po­wied­nio do tego po­dejdą.

Za­sta­na­wiałem się nad kon­se­kwen­cja­mi, ja­kie mogły nieść ze sobą te wieści.

- A jak przyjęcie gran­tu czy do­ta­cji mogłoby wpłynąć na twoją lub moją sy­tu­ację?

- Cóż, słyszałem, że cho­dzi o coś zde­cy­do­wa­nie ważniej­sze­go niż pie­niądze.

- Chwi­leczkę, mój szpie­gu - po­wie­działem ze śmie­chem. - Co masz na myśli, mówiąc "słyszałem"? Kto ci o tym wszyst­kim po­wie­dział?

- Słyszałem - kon­ty­nu­ował Lon­nie, jak­bym nie po­wie­dział ani słowa - że sio­stry miłosier­dzia, które mają udzie­lić wspar­cia fi­nan­so­we­go, pro­wadzą w oko­li­cy kil­ka ośrodków po­mo­cy społecz­nej. Tri­stan ma przejąć odpo­wie­dzialność za pro­wadzenie jed­ne­go z nich.

- A co to właści­wie za ośrod­ki? Domy spo­koj­nej sta­rości? Klu­by młodzieżowe?

Lon­nie wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Nie wiem. Wkrótce się prze­ko­na­my.

Mil­lie zaczęła szcze­kać. Na chwilę stra­ciłem ją z oczu i nie mogłem usta­lić, gdzie jest. Z le­wej stro­ny roz­ciągało się je­zio­ro, przy­brzeżne płyci­zny po­ra­stała trzci­na, nad którą zwie­szały się wyglądające jak pal­ce ol­brzy­ma gałęzie drzew i krzewów. Mil­lie zwy­kle nie hałaso­wała: kie­dy szcze­kała, zna­czyło to, że jest po­bu­dzo­na lub cze­goś się boi.

- Tam jest - po­wie­dział Lon­nie, wska­zując głową w kie­run­ku kępy krzaków.

Mój przy­ja­ciel po­tra­fił po­ru­szać się nie­zwy­kle szyb­ko, zważyw­szy na jego wzrost, i często za­ska­ki­wał mnie zwin­nością - ru­szył przez pod­mokły te­ren w stronę zarośli, skąd zda­wało się do­bie­gać szcze­ka­nie Mil­lie. Podążyłem za nim, sądząc, że na­tra­fiła na gniaz­do łabędzia lub agre­syw­ne­go sam­ca cza­pli, zde­cy­do­wa­ne­go bro­nić swo­je­go te­ry­to­rium. Myliłem się.

Kie­dy okrążyłem zarośla, zo­ba­czyłem Lon­nie­go, który stał po ko­la­na w wo­dzie i moc­no trzy­mał Mil­lie za obrożę. Pies nadal szcze­kał, drżał na całym cie­le i próbował się wy­swo­bo­dzić z uści­sku. Kil­ka metrów da­lej zo­ba­czyłem małe dziec­ko, wcze­pio­ne w zwi­sającą nad je­zio­rem gałąź, które w mil­cze­niu wpa­try­wało się w mężczyznę i szcze­kającego psa.

Za­mru­gałem ocza­mi i potrząsnąłem głową. Z tru­dem mogłem uwie­rzyć w to, co wi­działem. Dziew­czyn­ka miała ze dwa lub trzy lata, jej kędzie­rza­we włosy w ko­lo­rze blond, te­raz zmo­czo­ne, ściśle przy­le­gały do głowy. Ubra­na była w nie­bie­ski T-shirt.

- Co ro­bi­my? - za­py­tał Lon­nie ner­wo­wo.

Dziec­ko pa­trzyło na nas ogrom­ny­mi ciem­ny­mi ocza­mi. Wszedłem do wody. Miałem na no­gach czer­wo­ne tramp­ki Co­nver­se; woda zaczęła prze­siąkać przez ma­te­riał.

- Cześć, ko­cha­nie - po­wie­działem. - Wyciągnę cię stąd. Chy­ba stra­ciłaś grunt pod no­ga­mi.

Dziew­czyn­ka nie ode­zwała się ani nie po­ru­szyła. Minąłem Lon­nie­go i Mil­lie. Ob­ser­wo­wała, jak się zbliżam. Kie­dy byłem tuż przy niej, puściła gałąź i zniknęła w ciem­nej wo­dzie.

- Cho­le­ra! - Za­nu­rzyłem rękę w je­zio­rze. Przez mo­ment nie mogłem jej zna­leźć i wpadłem w pa­nikę, jed­nak po chwi­li po­czułem drob­ne, pulch­ne ramię, chwy­ciłem je i wyciągnąłem ocie­kające wodą dziec­ko na po­wierzch­nię. Spo­dzie­wałem się, że za­czerp­nie haust po­wie­trza lub za­cznie płakać, prze­rażona, że mało się nie uto­piła, ale nic ta­kie­go nie nastąpiło. Za­miast tego za­to­piła zęby w moim ra­mie­niu.

Uwol­niłem się od niej, ale ona na­tych­miast spróbowała ugryźć mnie w rękę, więc prze­rzu­ciłem try­skającego wodą cho­chli­ka przez ramię - w tej po­zy­cji trud­no jej było złapać coś in­ne­go niż moją ko­szulę - i wy­szedłem na brzeg.

- Może po­wi­nie­neś wrzu­cić ją z po­wro­tem - po­wie­dział za­sko­czo­ny Lon­nie, kie­dy dziew­czyn­ka próbowała od­zy­skać wol­ność.

- Za­sta­na­wiam się nad tym - mruknąłem.

Prze­szliśmy brze­giem je­zio­ra spo­ry kawałek dro­gi, może około ki­lo­me­tra od miej­sca, gdzie sie­działa większość ro­dzin, a kie­dy tam wróciliśmy, pra­wie wszy­scy zdążyli się już spa­ko­wać i odejść. Na sze­ro­kim zie­lo­nym te­re­nie po­zo­stała jed­na czy dwie małe grup­ki, ale nig­dzie nie było widać za­mie­sza­nia, nie było też słychać płaczu z po­wo­du znik­nięcia dziec­ka. Pa­no­wała ci­sza. Za­trzy­ma­liśmy się i zaczęliśmy się rozglądać w po­szu­ki­wa­niu kogoś, kto wyglądałby cho­ciaż na lek­ko za­nie­po­ko­jo­ne­go. Nic z tych rze­czy.

- Po­zo­sta­je nam tyl­ko jed­no - po­wie­dział Lon­nie. - Mu­si­my cho­dzić i pytać.

Jej opie­ku­no­wie, których w końcu udało nam się zna­leźć, nie za­uważyli jej znik­nięcia i zda­wa­li się zupełnie nie przej­mo­wać tym, że omal nie utonęła.

- Hm... jest tyl­ko trochę zde­ner­wo­wa­na - po­wie­działem, sa­dzając prze­mo­czo­ne dziec­ko na ręczni­ku, na którym rozłożyli się młodzi lu­dzie.

Mie­li pew­nie po dwa­dzieścia parę lat. Ona miała długie, tle­nio­ne blond włosy, za­cze­sa­ne gładko do tyłu, i była ubra­na w coś przy­po­mi­nającego nie­zbyt czystą piżamę oraz podróbki ko­zaczków EMU; on, ogo­lo­ny na łyso, miał na so­bie po­wy­cie­raną skórzaną kurtkę, po­pla­mio­ny biały T-shirt i woj­sko­we spodnie kha­ki. Na pik­nik przy­nieśli ze sobą sześcio­pak piwa i bu­telkę ta­niej wódki z su­per­mar­ke­tu. Kil­ka pu­stych opa­ko­wań po ser­kach sta­no­wiło dowód tro­ski o po­trze­by dziec­ka.

- Niech ją pan tu po­sa­dzi. Lubi nam ucie­kać, gównia­ra jed­na - po­wie­działa młoda ko­bie­ta bełko­tli­wym głosem.

- Ma­cie ja­kieś su­che ubra­nia? - za­py­tał Lon­nie. - Robi się chłodno.

Ko­bie­ta spoj­rzała na nie­go, mrużąc oczy, jak­by do­pie­ro te­raz go za­uważyła.

- Je­steś ja­kimś kra­sna­lem czy co? - za­py­tała, ak­cen­tując głoskę "k". Wes­tchnąłem w du­chu.

- Ra­czej go­bli­nem - od­po­wie­dział mój przy­ja­ciel z całko­witą po­wagą. - My, go­bli­ny, uwiel­bia­my wodę, na­to­miast kra­sna­le za­miesz­kują wyłącznie lasy i ogro­dy.

- Na­prawdę? - za­py­tała ko­bie­ta z nie­ukry­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem.

- O, tak - kon­ty­nu­ował Lon­nie. - Ma­cie jak za­wieźć małą do domu?

- Mam fur­go­netkę - po­wie­dział mężczy­zna, wska­zując na stojącą w od­ległości około dwu­dzie­stu metrów po­rdze­wiałą to­yotę hia­ce.

Dziec­ko, ob­ser­wując do­rosłych, zaczęło scho­dzić z ręczni­ka, kie­rując się w stronę po­bli­skich zarośli. Stanąłem tak, aby unie­możliwić próbę uciecz­ki.

- I myślisz, że dasz radę pro­wa­dzić? - za­py­tałem. - Wygląda na to, że spo­ro wypiłeś.

Słysząc to, mężczy­zna się na­stro­szył.

- Nie wy­da­je mi się, żeby to była wa­sza spra­wa.

Wzru­szyłem ra­mio­na­mi. Miał rację, ale w ta­kiej sy­tu­acji nie chciałem zo­sta­wiać małej dziew­czyn­ki.

- Za­raz wra­cam - po­wie­działem i po­biegłem do sa­mo­cho­du. Miałem w nim ręcznik, na wy­pa­dek gdy­by Mil­lie zde­cy­do­wała się na kąpiel w kałuży. Właśnie go wy­prałem, więc był zupełnie czy­sty. Wróciłem do miej­sca, gdzie stał Lon­nie, i wręczyłem ręcznik mężczyźnie.

- To ją ogrze­je do cza­su, kie­dy zde­cy­du­je­cie się wra­cać.

Mężczy­zna wziął ręcznik i sięgnął po ko­lejną puszkę piwa. Dziec­ko, którego imie­nia nadal nie znałem, ru­szyło w stronę je­zio­ra. Ko­bie­ta się roześmiała, ale na­wet nie drgnęła.

- Przy­niosę ją - wes­tchnął Lon­nie. Wy­ko­nał dwa spraw­ne ru­chy i już trzy­mał małą pod pachą.

- Po­win­niście mieć ją na oku - po­wie­działem ostrym to­nem. - Je­zio­ro jest głębo­kie już bar­dzo bli­sko brze­gu.

- Tak, ja­sne. Do wi­dze­nia - po­wie­dział mężczy­zna.

- Chodź - po­wie­dział Lon­nie i cmoknął na Mil­lie, która w cza­sie na­szej roz­mo­wy położyła się i naj­wy­raźniej zdążyła już usnąć.

Kie­dy wyjeżdżałem au­sti­nem na drogę, po raz ostat­ni spoj­rzałem na młodych lu­dzi. Przez przerwę w żywopłocie zo­ba­czyłem mężczyznę leżącego płasko na ple­cach, który jedną ręką bawił się usta­wioną na pier­si bu­telką wódki. Ko­bie­ta sie­działa, opla­tając ra­mio­na­mi nogi, otu­lo­na moim ręczni­kiem. Dziew­czyn­ki nie było widać w po­bliżu. W ciągu pięciu mi­nut od na­sze­go odejścia zno­wu się od­da­liła. Zde­cy­do­wałem, że prze­stanę myśleć o tej ro­dzi­nie i po­jadę do domu.

Roz­dział siódmy

Resz­ta po­ran­ka minęła bez większych pro­blemów. Pierw­szym za­da­niem było po­ma­lo­wa­nie po­miesz­cze­nia farbą podkładową, na której następnie mie­liśmy wspólnie umieścić na­sze ma­lo­widła. Pra­ca ta nie wy­ma­gała zręczności ani żad­nych spe­cjal­nych zdol­ności - farbę można było dosłownie roz­chla­py­wać po ścia­nach. Za­mie­rzałem zro­bić to tak szyb­ko, jak tyl­ko się da, żeby dzie­ci nie zdążyły się znu­dzić, za­nim przej­dzie­my do bar­dziej in­te­re­sujących zadań, ta­kich jak ma­lo­wa­nie ob­razków i sce­nek, które miały sta­no­wić efekt na­szego działania. Do­sko­na­le wie­działem, że nie da się tego zro­bić pierw­sze­go dnia, po­nie­waż po­trze­ba było trochę cza­su, aby pierw­sza war­stwa far­by wyschła. Miałem na­dzieję, że de­struk­cyj­na na­tu­ra dzie­ci pomoże im wy­trwać do końca za­da­nia - że przy­jem­ność ma­za­nia farbą po ścia­nach pod­trzy­ma ich za­in­te­re­so­wa­nie. Na szczęście tak właśnie się stało. Całko­wi­cie nowa ak­tyw­ność w połącze­niu z możliwością ro­bie­nia cze­goś, za co wcześniej były ga­nio­ne, spra­wiła, że dzień zakończył się całko­wi­tym suk­ce­sem.

Uczci­wie pra­co­wa­liśmy przez pierwszą go­dzinę, a po­tem Tush i ja za­bra­liśmy część gru­py na plac za­baw. Ku mo­je­mu zdu­mie­niu Mi­lan­dra i Gus wo­le­li kon­ty­nu­ować pracę z Su­san, na co się zgo­dzi­liśmy pod wa­run­kiem, że Su­san zawoła nas w ra­zie ja­kich­kol­wiek pro­blemów.

Małe Urwi­sy mogły ko­rzy­stać z ład­ne­go za­mkniętego pla­cu za­baw, znaj­dującego się za głównym bu­dyn­kiem ośrod­ka. Był on wy­po­sażony w różne za­bawki (huśtaw­ki, równo­ważnie, ściankę do wspi­na­nia i pia­skow­nicę) oraz ob­szer­ny pla­cyk do bie­ga­nia i ska­ka­nia. Tush i ja uważnie ob­ser­wo­wa­liśmy dzie­ci, jed­nak te nie wyrażały naj­mniej­szej chęci, abyśmy włączy­li się do za­bawy. To dość nie­zwykłe za­cho­wa­nie - dzie­ci z reguły za­bie­gają o uwagę i apro­batę do­rosłych. Również między sobą pra­wie nie nawiązywały kon­tak­tu - wy­da­wało się, że każde z nich bawi się osob­no. Raz mu­sie­liśmy załago­dzić nie­wielką utarczkę, ale ogólnie dzie­ci bawiły się ci­cho i spo­koj­nie.

Widząc, że wszyst­ko idzie gładko, usa­dziłem się na jed­nej z huśta­wek i kiwnąłem na Tush, aby się do mnie przyłączyła. Kończył się piękny po­ra­nek i mogłem się cie­szyć ogrze­wającymi moją twarz pro­mie­nia­mi słońca. Próbowałem rzu­cić pa­le­nie i cho­ciaż - na szczęście - nie od­czu­wałem zbyt­nio fi­zycz­nych ob­jawów głodu ni­ko­ty­no­we­go, to jed­nak nie bar­dzo wie­działem, czym mam zająć ręce w chwi­lach bez­czyn­ności. Huśtaw­ka sta­no­wiła w tym mo­men­cie wy­god­ny sub­sty­tut pa­pie­ro­sa.

- Jak uważasz, do­brze nam idzie? - za­py­tałem, kie­dy dziew­czy­na usiadła obok mnie.

- Aż je­stem zdu­mio­na - od­po­wie­działa.

Tush była ładna, ale spra­wiała wrażenie, że ciągle jest na skra­ju załama­nia ner­wo­we­go. Pod­czas roz­mo­wy rzad­ko nawiązywała kon­takt wzro­ko­wy i pomyślałem, że łatwiej jej będzie roz­ma­wiać, siedząc na huśtaw­ce.

- Dla­cze­go? - za­py­tałem.

- Nie pamiętam, kie­dy ostat­nio mie­liśmy w ośrod­ku taki po­ra­nek - wy­znała, od­chy­lając się do tyłu i wpra­wiając huśtawkę w ruch. - Był taki... spo­koj­ny!

- Chciałbym móc przy­pi­sać so­bie tę zasługę - po­wie­działem - ale za­wdzięcza­my to fak­to­wi, że jed­no­cześnie za­ser­wo­wa­liśmy dzie­ciom dwie poważne zmia­ny: moje po­ja­wie­nie się oraz ma­lo­wa­nie.

- Możliwe - za­du­mała się. - Myślę jed­nak, że one chcą się zmie­nić. Tak jak­by tyl­ko cze­kały, aż nada­rzy się ku temu oka­zja.

- Wiem, co masz na myśli - pod­chwy­ciłem. - Mój szef Tri­stan za­wsze po­wta­rza, że dziec­ko, które roz­ra­bia, tak na­prawdę chce po pro­stu wie­dzieć, czy do­rosłym w jego oto­cze­niu zależy na nim wy­star­czająco moc­no, aby je przy­wołać do porządku. Myślę, że praw­do­po­dob­nie tak właśnie jest.

- Może więc uda nam się po­ka­zać tym dzie­ciom, że nam na nich zależy - po­wie­działa Tush, za­my­kając oczy, pod­czas gdy huśtaw­ka le­ni­wie po­ru­szała się w ciepłym południo­wym po­wie­trzu.

- Być może. Miło jest móc tak pomyśleć.

- Zdra­dzić ci ta­jem­nicę?

Wzru­szyłem ra­mio­na­mi, mimo że nie mogła tego wi­dzieć.

- Pew­nie.

- Cza­sem nie­na­widzę pra­cy z Małymi Urwi­sa­mi.

- To dla­cze­go jej nie rzu­cisz i nie po­szu­kasz so­bie in­nej?

Wydała z sie­bie głuche wes­tchnie­nie, jak­by ciężar całego świa­ta spoczął na jej ra­mio­nach.

- Trzy lata zajęło mi zro­bie­nie dy­plo­mu z edu­ka­cji przed­szkol­nej, po­tem jesz­cze rok kur­su z edu­ka­cji dzie­ci upośle­dzo­nych. W su­mie czte­ry lata stu­diów.

Nic nie po­wie­działem. Na­wet ja po­tra­fiłem to po­li­czyć.

- Jaką idiotką mu­siałabym być, żeby po tylu la­tach na­uki skończyć jako kel­ner­ka? Ro­dzi­ce by mnie chy­ba za­bi­li.

- Ja stu­dio­wałem znacz­nie dłużej, Tush, i całkiem nie­daw­no, kie­dy pra­ca za moc­no dała mi w kość, przez po­nad rok byłem graj­kiem w pu­bach.

Uśmiechnęła się słabo.

- Ta pra­ca po­tra­fi dać w kość, praw­da?

- Cza­sa­mi tak. I kie­dy tak się dzie­je, można so­bie zro­bić chwilę prze­rwy. Mu­si­my o sie­bie dbać, in­a­czej się wy­pa­li­my i nic z nas nie zo­sta­nie.

Zno­wu ten uśmiech.

- Tak. Cza­sa­mi myślę, że mogłabym zupełnie zniknąć. Tak jak­by mnie coś zja­dało, kawałek po kawałku, a ja nic nie mogę na to po­ra­dzić.

Znałem to uczu­cie. Doświad­czyła go większość lu­dzi pra­cujących przez dłuższy czas w opie­ce społecz­nej.

- Należy wte­dy po­pro­sić o po­moc, Tush - po­wie­działem. - Naj­lepszą po­mocą, na jaką możemy li­czyć w na­szej branży, są nasi ko­le­dzy. Czy roz­ma­wiałaś z kimś o swo­ich od­czu­ciach? Może z Su­san?

Odwróciła się do mnie z uśmie­chem.

- Roz­ma­wiam z tobą.

Od­wza­jem­niłem uśmiech.

- Tak. To praw­da.

W chwi­li gdy po­sta­no­wiłem za­pa­miętać, że trze­ba zor­ga­ni­zo­wać re­gu­lar­ne spo­tka­nia ka­dry - kil­ka spraw pra­cow­ni­czych wy­ma­gało roz­wiąza­nia, jak choćby potrze­ba za­trud­nie­nia jesz­cze co naj­mniej jed­nej oso­by do opie­ki nad dziećmi - usłysze­liśmy wołanie Su­san. Ton jej głosu mówił, że coś się stało.

- Ja pójdę - po­wie­działem. - Ty miej na oku tę gro­madkę.

Kie­dy wszedłem do sali, wy­da­wało się, że wszyst­ko jest w porządku, pa­no­wał spokój. Ścia­ny były pra­wie skończo­ne (Su­san ostro wzięła się do ma­lo­wa­nia wałkiem) i nie wi­działem żad­nych uszko­dzeń czy znisz­czeń. Po­tem zo­ba­czyłem Gusa i Mi­landrę.

- Spuściłam ich z oczu dosłownie na se­kundę - po­wie­działa zmie­sza­na Su­san.

- Cóż, naj­wy­raźniej tyle cza­su im wy­star­czyło - po­wie­działem.

Dzie­ci były od stóp do głów po­kry­te farbą. Wyglądały jak dwa małe dusz­ki.

- Czy mamy wy­star­czająco dużo wy­bie­la­cza? - za­py­tała Su­san.

- Z pew­nością ucie­szy cię wia­do­mość, że tę farbę można zmy­wać wodą, więc wy­star­czy wsa­dzić ich do wan­ny - po­wie­działem, próbując za­cho­wać po­wagę. - W niektórych mniej­szych pusz­kach jest jed­nak inny ro­dzaj far­by, będzie­my mu­sie­li nie­co bar­dziej uważać, kie­dy już je otwo­rzy­my.

- Gus mnie po­ma­lo­wał - po­wie­działa Mi­lan­dra. - Te­raz je­stem małą białą dziew­czynką.

- Ja też je­stem małą białą dziew­czynką - za­pisz­czał Gus.

- Chodźcie - po­wie­działem. - Trze­ba was umyć.

Jeśli to miał być nasz naj­większy pro­blem tego dnia, to poszło nam całkiem gładko.

Roz­dział szósty

Dzie­ci usiadły przy sto­le w kuch­ni, nadąsane i roz­drażnio­ne. Zajęliśmy się przy­go­to­wa­niem soku i cia­sta ba­na­no­we­go: przy­grzałem je w pie­kar­ni­ku i po­kroiłem na kawałki. Mie­liśmy też to­sty z dżemem, jeśli ktoś miałby na nie ochotę. Kie­dy wszy­scy zaczęli jeść, utwo­rzy­liśmy "wiel­kie koło" - siedząc w ten sposób, mie­liśmy za­pla­no­wać nasz dzień. Z roz­mo­wy z Su­san i Tush wie­działem, że od dłuższe­go cza­su nie próbowały urządzać Małym Urwi­som ta­kich ze­brań - trzy­ma­nie dzie­ci z dala od sie­bie wy­da­wało się za­sad­ni­czo rozsądnym po­mysłem - jed­nak wszy­scy chcie­liśmy, aby to się zmie­niło. W większości przed­szko­li i ośrodków dla dzie­ci re­gu­lar­nie sa­dza się ma­lu­chy w dużych i małych kręgach, aby dać każdemu z nich okazję do opo­wie­dze­nia o tym, co się wy­da­rzyło.

Po co robić kolaż, jeśli nikt nie będzie miał oka­zji go po­dzi­wiać i do­ce­nić? Bywałem w placówkach, gdzie nig­dy nie or­ga­ni­zo­wa­no ta­kich spo­tkań i gdzie dzie­ci trwały w prze­ko­na­niu, że większość prac nie ma żad­ne­go sen­su. Nie chciałem, aby Małe Urwi­sy należały do ta­kich osób - dzie­ci muszą wie­dzieć, że mają pra­wo głosu, że jeśli coś mówią, ktoś będzie chciał tego słuchać.

Jed­nak or­ga­ni­zując to pierw­sze spo­tka­nie, tak na­prawdę miałem inny cel. Dzie­ci, które tu spo­tkałem, do­brze wie­działy, że mają pra­wo głosu. Pro­blem po­le­gał na tym, że nikt nie mógł ich usłyszeć, po­nie­waż w ośrod­ku pa­no­wał strasz­ny hałas. Chciałem, aby przy­wykły do kon­tak­to­wa­nia się ze sobą i z wy­cho­waw­ca­mi w inny sposób niż za po­mocą prze­mo­cy, a mo­ment je­dze­nia wy­da­wał się do tego od­po­wied­ni. Większość lu­dzi uważa roz­mowę w trak­cie posiłku za na­tu­ralną - je­dze­nie spra­wia, że sta­je­my się to­wa­rzy­scy, otwar­ci na in­nych. Miałem na­dzieję, że będzie tak również w przy­pad­ku Małych Urwisów.

- Do­brze - po­wie­działem, trzy­mając w ręku ku­bek kawy. - Po­roz­ma­wiaj­my o tym, co się dziś wy­da­rzy.

- Po co ty tu? - za­py­tał Ross, ude­rzając Gil­ber­ta, który na­tych­miast zaczął płakać.

- Ja cię nie lubić - dołączył Ru­fus w akom­pa­nia­men­cie na­ra­stającej wrza­wy. - Idź so­bie.

- Je­stem tu dla­te­go, że Małe Urwi­sy po­trze­bują do opie­ki więcej do­rosłych - po­wie­działem, pod­czas gdy Tush próbowała uspo­koić Gil­ber­ta. - Jeśli nie będzie więcej opie­kunów, ośro­dek zo­sta­nie za­mknięty. Ist­nie­je pra­wo, które mówi, ilu do­rosłych musi pra­co­wać w ośrod­ku dla dzie­ci. Jeśli będzie ich zbyt mało, placówka zo­sta­nie za­mknięta. Chciałbyś tego, Ru­fu­sie?

Miał ja­sno­ru­de włosy i nie­ustan­nie kapało mu z nosa. Pa­trzył na mnie z nie­ukry­wa­nym obrzy­dze­niem, przeżuwając to­sta. Następnie wy­pluł co naj­mniej połowę na Ju­lie, która z płaczem zaczęła wydłuby­wać reszt­ki je­dze­nia z włosów. Ru­fu­sa to nie zra­ziło. Kon­ty­nu­ował:

- Ty so­bie idź, niech przyj­dzie ktoś inny.

- Próbo­wa­liśmy za­trud­nić tu kil­ka in­nych osób - po­wie­działa łagod­nie Tush, pod­chodząc do Ju­lie, by pomóc jej się wy­czyścić. - Pamięta­cie Mary, ja­snowłosą panią, która była tu trzy ty­go­dnie temu?

- Ład­nie pach­niała - wes­tchnęła Mit­zi.

- Cóż, wy­trzy­mała jed­no przed­południe, a po­tem już nie wróciła - po­wie­działa Su­san.

- Mi­lan­dra ude­rzyła ją w głowę moim pudełkiem śnia­da­nio­wym - po­wie­dział Gus, uśmie­chając się na samo wspo­mnie­nie. - Aż się otwo­rzyło.

- A pamięta­cie Do­rotę? - po­wie­działa Tush. - Była Polką, tak jak Aga.

- Była ładna. Bar­dzo ładna - mruknęła Mit­zi, zupełnie nie­zrażona.

- Tak, to praw­da - po­wie­działa Su­san. - Pamięta­cie, miała piękny długi war­kocz.

- Była długowłosą zdzirą - mruknęła Mi­lan­dra, pod­nosząc swój pla­sti­ko­wy ku­bek i wy­le­wając jego za­war­tość na głowę Ros­sa. Chłopiec nie po­zo­stał jej dłużny - wziął po­sma­ro­wa­ny masłem i dżemem kawałek to­stu i wcisnął go głęboko w war­ko­czy­ki po­kry­wające głowę agre­sor­ki.

- A jak myśli­cie, dla­cze­go Do­ro­ta po dwóch dniach prze­stała tu przy­cho­dzić? - za­py­tała Tush, po­sta­no­wiw­szy zi­gno­ro­wać ostat­ni atak. Mi­lan­dra nie była zbyt za­in­te­re­so­wa­na od­po­wie­dzią na to py­ta­nie.

- Ja - po­wie­dział Jef­frey, pod­nosząc rękę.

- Proszę, Jeff - po­wie­działa Tush.

Chłopiec wska­zał na Ju­lie, która wyglądała jak aniołek - o ile to możliwe w przy­pad­ku kogoś po­kry­te­go na wpół przeżutym to­stem.

- Co zro­biła Ju­lie, Jef­frey? - spy­tałem.

- Pociągnęła ją za włosy - zawołał, za­nim Gus ude­rzył go w tył głowy rolką pa­pie­ro­we­go ręczni­ka, którą po­sta­wi­liśmy na sto­le, żeby dzie­ci miały w co wy­trzeć ręce. Jef­freya bar­dziej to za­sko­czyło niż za­bo­lało, ale mimo to się rozpłakał.

Su­san upo­mniała Gusa, który w od­po­wie­dzi wy­buchnął śmie­chem.

- Ju­lie uznała, że po­win­na użyć war­ko­cza Do­ro­ty w cha­rak­te­rze huśtaw­ki - wyjaśniła mi Su­san. - Ostat­nie­go dnia, za każdym ra­zem, kie­dy bied­na dziew­czy­na od­wra­cała się do niej tyłem, Ju­lie ska­kała jej na ple­cy. Wiem, że Ju­lie jest drob­na, ale i tak mu­siało to boleć.

- Po­dej­rze­wa­my, że ktoś ją do tego namówił - po­wie­działa Tush, patrząc znacząco na Ros­sa - ale oczy­wiście Ju­lie się nie przy­zna.

Ju­lie wydała bul­goczący dźwięk i uśmiechnęła się do mnie. Trud­no było wy­obra­zić so­bie tę de­li­katną istotkę za­cho­wującą się in­a­czej niż miło i po­tul­nie. Naj­wy­raźniej miała swo­je dru­gie ob­li­cze.

- Po­tem była Una - po­wie­działa Su­san, bu­jając na ko­la­nie ciągle nie­spo­koj­ne­go Jef­freya. - Wy­trzy­mała go­dzinę. Była to ra­czej... hm... pulch­na pani, a Tam­my z upo­rem bok­so­wała jej pier­si. Bez żad­ne­go ostrzeżenia pod­bie­gała, by ją ude­rzyć. Una była prze­rażona.

- Za­po­mniałaś o Ruth - po­wie­działa Tush. - Dzie­ci ciągle na nią wy­mio­to­wały.

- Wy­mio­to­wały? - za­py­tałem, za­sko­czo­ny.

- Wy­mio­to­wa­liśmy na nią - po­wie­dział Gus, naśla­dując za­cho­wa­nie oso­by mającej mdłości.

- Nie wiem, jak to zro­biły, ale wy­mio­to­wały na tę dziew­czynę na zmianę - po­wie­działa Tush, kręcąc głową z obrzy­dze­niem. - W każdym ra­zie pod ko­niec dnia była po­kry­ta wy­mio­ci­na­mi od stóp do głów. Daliśmy jej ubra­nie na zmianę, ale dru­gie­go już nie mie­liśmy.

- Jak wi­dzisz - po­wie­działa Su­san do Ru­fu­sa - próbo­wa­liśmy z wie­lo­ma oso­ba­mi. Nie chciały tu pra­co­wać, po­nie­waż wszy­scy za­cho­wy­wa­liście się wo­bec nich na­prawdę wstrętnie. I Sha­ne również może jesz­cze zre­zy­gno­wać. Na­prawdę, po­win­niście dać mu szansę.

- Jest słodki - za­gru­chała Mit­zi. - Słodki jak dziec­ko.

- Gdzie na­sze rze­czy? - za­py­tał Ross, ugnia­tając z tostów kul­ki, które układał w rzędzie na sto­le przed sobą. - Po co nam te wszyst­kie far­by?

- Chcie­li­byśmy, żebyście po­mo­gli nam po­ma­lo­wać salę tak, jak się wam po­do­ba - wyjaśniłem.

- On ma­larz? - za­in­te­re­so­wała się Mi­lan­dra.

- Może jego po­win­naś o to spy­tać? - po­wie­działa Tush.

- Hej, kudłaczu - warknęła Mi­lan­dra i w tym mo­men­cie obe­rwała w czoło jedną z to­sto­wych ku­lek, które z nie­zwykłą wprost pre­cyzją wy­strze­lił Ross.

- Zakładam, że zwra­casz się do mnie - od­parłem, próbując za­cho­wać po­wagę.

- Ta... Do cie­bie. Je­steś ma­larz? - za­py­tała Mi­lan­dra, roz­cie­rając czer­woną plamkę na twa­rzy i rzu­cając Gu­so­wi nie­na­wist­ne spoj­rze­nie.

- Nie - przy­znałem. - Ma­lo­wa­nie idzie mi bez­na­dziej­nie. Ale założę się, że niektórzy z was po­tra­fią świet­nie ma­lo­wać.

- Ja umiem - po­wie­dział Jef­frey.

- Ja do­brze ma­luję - po­wie­dział Gil­bert drżącym głosem. - Ma­mu­sia mówi, że bar­dzo do­brze ma­luję.

- On się pra­wie nig­dy nie od­zy­wa - szepnęła mi Tush do ucha.

Kiwnąłem głową, nie prze­ry­wając jed­nak roz­mo­wy z dziećmi, które na chwilę ogłosiły za­wie­sze­nie bro­ni.

- Wi­dzi­cie? - po­wie­działem. - Założę się, że każde z was mogłoby jakoś upiększyć waszą salę. Jeślibyśmy się wszy­scy przyłączy­li i bar­dzo po­sta­ra­li, mo­gli­byśmy zro­bić to na­prawdę pięknie.

Dzie­ci zaczęły mru­czeć z apro­batą. Wstrzy­małem od­dech. Nikt nie cisnął kub­kiem, nikt nie zaczął prze­kli­nać.

- Czy możemy już zacząć ma­lo­wać? - za­py­tał Ross.

- Cóż... tak, możecie - od­po­wie­działem.

I zaczęliśmy.

Roz­dział dru­gi

Pierw­sze­go dnia pra­cy po let­niej prze­rwie Tri­stan we­zwał mnie do swo­je­go biu­ra. Prze­czu­wałem, że za­raz się do­wiem, na ile praw­dzi­we (lub nie) były prze­wi­dy­wa­nia Lon­nie­go do­tyczące przyszłości Drum­lin.

O wpół do dzie­siątej pod­opiecz­ni prze­by­wa­li w głównej sali ośrod­ka, po­pi­jając her­batę i gawędząc o tym, co ro­bi­li w cza­sie wa­ka­cji. Usta­wiałem właśnie krzesła na po­ranną sesję - pierw­szy punkt co­dzien­ne­go pla­nu zajęć. Pod­czas niej każdy miał okazję po­dzie­lić się z in­ny­mi tym, co wy­da­rzyło się w jego życiu. Se­sja mogła prze­kształcić się w roz­mowę na te­mat emi­to­wa­ne­go po­przed­nie­go dnia wie­czo­rem od­cin­ka se­ria­lu EastEn­ders, dys­kusję o wy­ni­kach lo­kal­nych wy­borów albo na­wet płynące z głębi ser­ca wy­zna­nie kogoś, kto ostat­nio padł ofiarą dys­kry­mi­na­cji czy gru­biaństwa - co dla na­szych pod­opiecz­nych sta­no­wiło chleb po­wsze­dni.

Li­czyłem krzesła, aby się upew­nić, że każdy będzie miał na czym usiąść, kie­dy Tri­stan wy­sta­wił głowę przez drzwi swo­je­go biu­ra i kiwnął na mnie.

Tri­stan był wy­so­kim, do­brze zbu­do­wa­nym mężczyzną po pięćdzie­siątce, z szopą si­wych włosów. W jego nie­wiel­kim biu­rze pa­no­wał nie­ska­zi­tel­ny porządek: każde zdjęcie było równo po­wie­szo­ne, wszyst­kie tecz­ki z do­ku­men­ta­mi uporządko­wa­ne al­fa­be­tycz­nie, wszyst­kie ołówki czy długo­pi­sy ułożone według ko­lo­ru i za­sto­so­wa­nia. Tri­stan przez wie­le lat służył w woj­sku, stąd jego upodo­ba­nie do porządku. Nie miał też zwy­cza­ju owi­jać w bawełnę.

- Od na­sze­go ostat­nie­go spo­tka­nia zaszła w Drum­lin poważna zmia­na.

- Na­prawdę? - po­wie­działem. - A jaka to zmia­na?

- Po­zy­ska­liśmy nowy od­dział.

Nic nie od­po­wie­działem. Wie­działem, że cza­sem naj­le­piej trzy­mać język za zębami.

Tri­stan kon­ty­nu­ował.

- Po­trze­bo­wałem pie­niędzy - co nie jest ni­czym dziw­nym, uwzględniw­szy moją de­ter­mi­nację w kwe­stii za­cho­wa­nia na­szej nie­za­leżności. Agen­cja, która ze­chciała nam pomóc, po­pro­siła, abym... abyśmy przejęli pro­wa­dze­nie małego ośrod­ka w wio­sce Bro­ny. Prze­by­wają w nim dzie­ci opóźnio­ne w roz­wo­ju oraz spra­wiające pro­ble­my wy­cho­waw­cze.

Za­mru­gałem ocza­mi.

- Ośro­dek dla dzie­ci? Masz na myśli małe dzie­ci?

- Właśnie tak.

- A masz - hmm... - ja­kie­kol­wiek doświad­cze­nie w pro­wa­dze­niu ta­kiej placówki?

Pokręcił głową.

- Przez całe życie pra­co­wałem wyłącznie z do­rosłymi.

- Co za­mie­rzasz zro­bić?

Uśmiechnął się.

- Ty pra­co­wałeś trochę z małymi dziećmi, praw­da?

Otwo­rzyłem usta ze zdzi­wie­nia.

- To było wie­le lat temu...

- Przy­po­mnisz so­bie - prze­rwał mi. - Ośro­dek ma poważne pro­ble­my, wy­ma­ga na­tych­mia­sto­we­go wspar­cia. Moim zda­niem to coś w sam raz dla cie­bie.

- A co z Beth? - za­py­tałem. Była zastępcą Tri­sta­na. - Pew­nie chętnie sko­rzy­stałaby z ta­kiej oka­zji.

- Po­trze­buję jej na miej­scu. W tej chwi­li na­wet od­de­le­go­wa­nie cie­bie na kil­ka mie­sięcy spo­wo­du­je spo­ro za­mie­sza­nia. Jeśli wyślę ją, za chwilę będę miał bunt na pokładzie.

Uznałem, że zo­stałem wro­bio­ny.

- Na czym po­le­gają pro­ble­my ośrod­ka?

- Placówka spe­cja­li­zu­je się w opie­ce nad dziećmi z różnymi za­bu­rze­nia­mi i pro­ble­ma­mi wy­cho­waw­czy­mi. Wie­le z nich zna­lazło się tam za pośred­nic­twem opie­ki społecz­nej, w wy­ni­ku kłopotów, ja­kie miały w domu. Kil­ko­ro, ze szczególnie ciężkimi za­bu­rze­nia­mi, tra­fiło tam w gru­pie i to z nimi jest naj­więcej pro­blemów. Ko­bie­ta, która pro­wa­dziła ośro­dek, nie potra­fiła so­bie z nimi po­ra­dzić i zre­zy­gno­wała, ale dwie po­zo­stałe oso­by z per­so­ne­lu, obie z dużym doświad­cze­niem, trwają na po­ste­run­ku. Po­trze­ba tam kogoś, kto spoj­rzałby na sprawę z dy­stan­su i za­pro­po­no­wał ja­kieś po­zy­tyw­ne roz­wiąza­nie.

- Wszyst­kie te dzie­ci są w wie­ku przed­szkol­nym? Po­wiedz­my, od dwóch do pięciu lat?

Tri­stan wy­ko­nał ręką gest ozna­czający "mniej więcej".

- Niektóre są nie­co star­sze. Dzie­ci wy­ma­gające spe­cjal­nej opie­ki często za­czy­nają szkołę później.

- Oczy­wiście.

Mój szef spoj­rzał na mnie prze­ni­kli­wie.

- I co myślisz?

Wzru­szyłem ra­mio­na­mi.

- Może być cie­ka­wie.

- Po­dej­miesz się tego?

- Po­jadę tam, żeby się ro­zej­rzeć.

- Zna­ko­mi­cie.

- Ale robię to tyl­ko dla­te­go, że widzę w tym okazję do po­sze­rze­nia mo­jej wie­dzy na te­mat dzie­ci wy­ma­gających szczególnej opie­ki - po­wie­działem zde­cy­do­wa­nym głosem. - Nie pra­co­wałem z dziećmi od ja­kie­goś cza­su i, jak ci mówiłem, kie­dy za­czy­nałem tu pra­co­wać, nie zaj­muję się już roz­wiązy­wa­niem poważnych pro­blemów.

- Proszę tyl­ko, żebyś się przyj­rzał tej placówce i oce­nił, czy nie mógłbyś pomóc jej pra­cow­ni­kom. - Tri­stan nie po­tra­fił ukryć za­do­wo­le­nia.

- Oba­wiam się, że to ja będę po­trze­bo­wał po­mo­cy pra­cow­ników, za­miast im jej udzie­lać - wes­tchnąłem.

I mówiąc to, miałem rację po raz ostat­ni na bar­dzo długi czas.

Roz­dział piąty

Małe Urwi­sy przy­jeżdżały do ośrod­ka każdego dnia o dzie­wiątej rano. Dru­gie­go dnia mo­jej pra­cy weszły do sali całko­wi­cie po­zba­wio­nej za­ba­wek i me­bli. Su­san, Tush i ja cze­ka­liśmy na nich z ze­sta­wem pu­szek far­by, pędzli i wałków do ma­lo­wa­nia.

Do końca ty­go­dnia mie­liśmy zaj­mo­wać się od­na­wia­niem, wpla­tając w nie stałe ele­men­ty porządku dnia. Było to ry­zy­kow­ne i mogło przy­nieść opłaka­ne skut­ki, jed­nak miałem na­dzieję, że jeśli dzie­ci poświęcą trochę cza­su na upiększa­nie swo­jej sali, to po­czują się z niej dum­ne i dzięki temu za­czną ją sza­no­wać. Do tej pory żadne z nich nie wi­działo nic złego w zdra­py­wa­niu tyn­ku ze ścian za po­mocą nogi od krzesła, ma­za­niu fla­ma­stra­mi po me­blach czy na­wet wy­pru­ciu wnętrzności ja­kie­goś plu­sza­ka.

W skry­tości du­cha li­czyłem też na to, że kie­dy na własne oczy zo­baczą, jak wspólny­mi siłami zmie­niają swo­je oto­cze­nie, zro­dzi się w nich po­czu­cie wspólno­ty - Małe Urwi­sy były naj­wy­raźniej po­zba­wio­ne ja­kie­go­kol­wiek po­czu­cia więzi z grupą.

Kie­dy przed­sta­wiłem po­mysł z ma­lo­wa­niem, Su­san i Tush wy­ka­zały umiar­ko­wa­ny en­tu­zjazm. Za­uważyły, że po­miesz­cze­nie wca­le nie wy­ma­ga re­mon­tu, a jego wy­stro­jo­wi nic nie bra­ku­je: po co two­rzyć mnóstwo nie­po­trzeb­nych pro­blemów związa­nych z od­na­wia­niem? Teo­re­tycz­nie miały rację, ale jeśli mie­liśmy zacząć wszyst­ko od nowa, po­win­niśmy zacząć od zera - dosłownie i w prze­nośni.

Su­san miała wątpli­wości.

- Większość dzie­ci po­trze­bu­je sta­bil­ności i ru­ty­ny - po­wie­działa. - Jeśli wejdą tu i zo­baczą, że zniknęły wszyst­kie za­baw­ki i me­ble, że za­mie­rza­my za­ma­lo­wać wid­niejące na ścia­nach ry­sun­ki, a zna­ne im za­ba­wy i zajęcia zo­stały odwołane na bliżej nie­określony czas, to spo­dzie­wam się, że będzie­my mu­sie­li sta­wić czoło ata­ko­wi nu­kle­ar­ne­mu w wy­da­niu Małych Urwisów!

- Wziąłem to pod uwagę, przy­go­to­wując swój plan - po­wie­działem. - Rze­czy­wiście, Małe Urwi­sy są przy­zwy­cza­jo­ne do określo­ne­go rozkładu dnia. Je­stem prze­ko­na­ny, że działa to na dzie­ci uspo­ka­jająco i daje im po­czu­cie sta­bil­ności. Co nie prze­szka­dza, że za­wsze znajdą sposób na złama­nie ru­ty­ny i prze­kształce­nie każdych zajęć w to­tal­ny cha­os. Zgo­dzisz się ze mną, Su­san?

- To praw­da - od­po­wie­działa.

- Nie pro­po­nuję więc całko­wi­tej re­zy­gna­cji z pla­nu zajęć. Mówię tyl­ko, że po­trze­bu­je­my ja­kiejś zmia­ny. Myślę, że poza od­ma­lo­wa­niem sali po­win­niśmy zacząć kon­se­kwent­nie prze­strze­gać pew­nych reguł. A co do stałych zajęć, to możemy robić prze­rwy na opo­wia­da­nie ba­jek, słucha­nie mu­zy­ki, może na­wet mo­gli­byśmy po­dzie­lić grupę na ze­społy i część dzie­ci mogłaby mieć zajęcia jak po­przed­nio, pod­czas gdy inne mogłyby zaj­mo­wać się ma­lo­wa­niem. Jest mnóstwo możliwości... Możemy prze­cież im­pro­wi­zo­wać. Jed­nak gru­pa musi zro­zu­mieć, że zre­ali­zu­je­my plan od początku do końca, nie­za­leżnie od tego, jaka będzie jej re­ak­cja. Zwy­czaj­ne ak­tyw­ności Małych Urwisów będą prze­bie­gały jak daw­niej, ale nie­za­leżnie od tego będzie­my ma­lo­wa­li salę.

Ko­bie­ty nie wyglądały na prze­ko­na­ne, jed­nak zgo­dziły się spróbować.

Nie miałem za­mia­ru wy­ko­rzy­sty­wać dzie­ci w cha­rak­te­rze ta­niej siły ro­bo­czej, miałem też pełną świa­do­mość, że przed­szko­la­ki po­tra­fią sku­pić się na czymś przez co naj­wyżej trzy kwa­dran­se, a po­tem trze­ba im za­pro­po­no­wać coś zupełnie in­ne­go. W przy­pad­ku dzie­ci z upośle­dze­niem umysłowym ten czas należało skrócić o połowę. Do­sko­na­le zda­wałem so­bie też sprawę z ry­zy­ka, ja­kie dla zdro­wia i bez­pie­czeństwa gru­py małych dzie­ci sta­no­wił ich udział w pra­cach ma­lar­skich.

Istotę pro­ble­mu sta­no­wiła nie­zwy­kle ważna kwe­stia: tu­taj rządziły dzie­ci. Z ich pe­spek­ty­wy dorośli byli tu po to, żeby je kar­mić, sprzątać po nich i za­pew­nić im wa­run­ki do sza­leństw. Trak­to­wały Tush i Su­san z ta­kim sa­mym bra­kiem sza­cun­ku jak sie­bie na­wza­jem i zda­wały się nie uzna­wać żad­nych au­to­ry­tetów. Za­sad­niczą część mo­je­go pla­nu sta­no­wiła na­uka wza­jem­ne­go sza­cun­ku. Za­mie­rzałem prze­ko­nać do nie­go dzie­ci, wy­ko­rzy­stując ich ego­izm: czy nie faj­nie byłoby bawić się w sali, którą po­ma­gało się ma­lo­wać? Robiąc rze­czy przy­noszące ko­rzyść im sa­mym, miały na­uczyć się być miłe dla in­nych. W każdym ra­zie ta­kie były moje założenia.

Dzie­ci za­trzy­mały się przy sa­mych drzwiach, naj­wy­raźniej za­sko­czo­ne wi­do­kiem pu­stej sali. Nikt się nie po­ru­szył. Tak jak po­dej­rze­wałem, po­zba­wio­na zna­jo­me­go śro­do­wi­ska gru­pa wy­da­wała się za­gu­bio­na i nie­pew­na, jak ma się za­cho­wać. Wcześniej­sze doświad­cze­nia z dziećmi na­uczyły mnie, że w każdej gru­pie jest je­den lub dwóch przywódców, których za­cho­waniem kie­rują się w swo­ich działaniach po­zo­sta­li. Nie miałem pew­ności, czy tak jest i w tym wy­pad­ku - sto­pień roz­wo­ju społecz­ne­go dzie­ci upośle­dzo­nych umysłowo jest bar­dzo różny - ale szyb­ko stało się oczy­wi­ste, kto w tej pacz­ce jest sam­cem alfa.

Au­to­ma­tycz­nie spoj­rzałem na Tam­my: była je­dy­nym dziec­kiem, które znałem, i chciałem się o niej do­wie­dzieć cze­goś więcej. Po­przed­nie­go dnia nie udało mi się "wy­czuć" ni­ko­go in­ne­go. Gru­pa jawiła mi się jako zbiór małych, bez­i­mien­nych łobu­ziaków, więc siłą rze­czy naj­większe wrażenie wy­warło na mnie to dziw­ne milczące dziec­ko. Ta sy­tu­acja miała właśnie ulec zmia­nie - i to dia­me­tral­nej. Te­raz na chwilę za­pa­no­wał spokój, przez mo­ment miałem prze­wagę i mogłem się przyj­rzeć dzie­ciom, które tym­cza­so­wo od­da­no mi pod opiekę. Było ich dzie­sięcio­ro, w tym Tam­my i Ross. Z cha­otycz­nej do­ku­men­ta­cji pro­wa­dzo­nej przez Su­san wie­działem, że dwójka dzie­ci z ze­społem Do­wna to Jef­frey, kor­pu­lent­ny czte­ro­la­tek o włosach czar­nych jak smoła, i Ju­lie, ma­lut­ka jak skrzat trzy­lat­ka, która wyglądała jak­by mógł ją przewrócić każdy sil­niej­szy po­dmuch wia­tru. Cho­ro­ba ta mie­wa różne na­si­le­nie, jed­nak wie­le osób z ze­społem Do­wna może pra­co­wać i wie­dzie nor­mal­ne, szczęśliwe życie. Ich główny pro­blem po­le­ga na tym, że pra­co­daw­cy często nie chcą do­strzec ich możliwości. Dzie­ci z ze­społem Do­wna roz­wi­jają się w in­nym tem­pie niż ich rówieśnicy, później za­czy­nają mówić i cho­dzić. Jef­frey po­tra­fił bu­do­wać pro­ste dwu­wy­ra­zo­we zda­nia, ale Ju­lie nadal porozumie­wała się za po­mocą chrząknięć, wska­zując na rze­czy, o które jej cho­dziło.

Ru­fus miał pięć lat i miesz­kał na miej­sco­wym osie­dlu przy­czep miesz­kalnych. Jego ro­dzi­na zo­stała zmu­szo­na do osie­dle­nia się w małym, należącym do lo­kal­nych władz, dom­ku na mocy pa­nującego w Ir­lan­dii pra­wa, które w prak­ty­ce unie­możli­wia pro­wa­dze­nie ko­czow­ni­cze­go try­bu życia. Trud­no było oce­nić, czy Ru­fus jest upośle­dzo­ny umysłowo, ale z pew­nością był poważnie za­nie­dba­ny i opóźnio­ny w roz­wo­ju.

Gil­bert miał trzy lata i pro­blem w po­sta­ci ze­sta­wu tików ner­wo­wych oraz moc­no za­ko­rze­nio­nych za­cho­wań, co su­ge­ro­wało, że cier­pi na au­tyzm lub ciężką po­stać ner­wi­cy lęko­wej. Był ślicz­nym dziec­kiem - miał burzę blond loków i wiel­kie nie­bie­skie oczy - ale łatwo się złościł i sta­wał się agre­syw­ny. Wszyst­kie­go się bał, ale pod­czas gdy większość dzie­ci pod wpływem lęku wy­co­fy­wała się w bez­piecz­ne miej­sce, on za­wsze za­czy­nał wal­czyć, używając w cha­rak­te­rze bro­ni każdego przed­mio­tu, jaki zna­lazł się w zasięgu ręki, pod­czas gdy łzy stru­mie­nia­mi ciekły po jego po­licz­kach.

Mit­zi miała sześć lat i była naj­star­sza w gru­pie. Po­tra­fiła być miła, kie­dy miała od­po­wied­ni nastrój. Była jed­nak cho­ro­bli­wie, prze­rażająco wręcz otyła: cho­dze­nie za­czy­nało spra­wiać jej pro­blem, a ro­dzi­ce, pseu­do­in­te­lek­tu­aliści pro­wadzący, co cie­ka­we, sklep ze zdrową żywnością, nie za­mie­rza­li ogra­ni­czać ilości spożywa­nych przez dziec­ko słody­czy i tłuszczów. Mit­zi sia­dała w ja­kimś miej­scu i po­zo­sta­wała tam przez cały dzień. Wy­da­wała się za­do­wo­lo­na, kie­dy bawiła się za­baw­ka­mi, które miała w zasięgu ręki, ale po­tra­fiła też złapać ja­kieś dziec­ko i siłą ode­brać mu za­bawkę, którą właśnie się bawiło. Mit­zi spra­wiała wrażenie le­ni­wej, jed­nak kie­dy chciała, po­tra­fiła po­ru­szać się nie­zwy­kle szyb­ko.

Pięcio­let­ni Gus był żar­tow­ni­siem. Uro­dził się z umiar­ko­wa­nym porażeniem mózgo­wym i pod­czas cho­dze­nia za­rzu­cał jed­nym bio­drem. Miał słabe po­czu­cie równo­wa­gi i cho­ciaż jego cho­ro­ba nie obej­mo­wała rąk i nóg, utrzy­ma­nie ja­kie­goś przed­mio­tu dłużej niż dwie se­kun­dy sta­no­wiło dla nie­go pro­blem. Za każdym ra­zem, kie­dy spoj­rzałem na Gusa, aku­rat tra­cił równo­wagę, wy­pusz­czając z rąk torbę klocków, roz­le­wał sok (zwy­kle na ko­legów), psuł za­bawkę albo szu­kał cze­goś, co zgu­bił. Su­ge­ro­wa­no, że cier­pi również na dys­praksję, często na­zy­waną chro­niczną nie­zdar­nością, ale przy porażeniu mózgo­wym prak­tycz­nie nie ist­niała możliwość jej zdia­gno­zo­wa­nia. Był jed­nak po­god­nym dziec­kiem i tym spośród Małych Urwisów, który wy­da­wał się w ośrod­ku szczęśliwy i lubił inne dzie­ci. Za­wsze się uśmie­chał, na­wet jeśli zro­bił so­bie jakąś krzywdę. Nie sposób było nie da­rzyć go sym­pa­tią - miał uro­cze usposo­bienie.

Aga była Polką, ad­op­to­wa­nym dziec­kiem dwoj­ga miej­sco­wych na­uczy­cie­li. Miała ty­po­wo słowiańską urodę i wyglądała na czte­ry lub pięć lat, jed­nak nie byliśmy pew­ni, w ja­kim dokład­nie jest wie­ku. Po­rzu­co­na przez ro­dziców, przez jakiś czas była zda­na tyl­ko na sie­bie - nikt nie wie­dział, jak długo żyła w ten sposób, za­nim zajęła się nią opie­ka społecz­na. Pol­skich słów znała nie­wie­le, po an­giel­sku nie mówiła wca­le, cho­ciaż spędziła w Ir­lan­dii już po­nad rok. Nie to­le­ro­wała in­nych dzie­ci poza Gil­ber­tem, wo­bec którego była bar­dzo opie­kuńcza. Jej ad­op­cyj­ni ro­dzice byli zroz­pa­cze­ni i mie­li na­dzieję, że czas spędzo­ny w to­wa­rzy­stwie rówieśników po­zwo­li jej wy­do­stać się z ota­czających ją ciem­ności. Do tej pory nic ta­kie­go się nie wy­da­rzyło - miałem na­dzieję, że być może dla­te­go, że śro­do­wi­sko trud­no było na­zwać "zdro­wym".

Ostat­nim człon­kiem na­szej gro­ma­dy była Mi­lan­dra. Była córką Ir­land­ki i Ni­ge­ryj­czy­ka, miała nie­bie­skie oczy i włosy, wzo­rem afry­kańskich ko­biet, sple­cio­ne w drob­ne war­ko­czy­ki. Mówiła po an­giel­sku, ir­landz­ku (jej mat­ka po­cho­dziła z te­renów Ga­el­tach­tu) i w języku jo­ru­ba, używa­nym przez ro­dzinę ze stro­ny ojca. Mi­lan­dra miała mocną bu­dowę ciała, była ładna - i nie­okiełzna­na. Su­san i Tush po­wie­działy mi, że ro­dzi­ce świa­ta poza nią nie widzą i choć może trochę ją roz­piesz­czają, to nic nie wyjaśnia wściekłości, z jaką dziew­czyn­ka od­no­si się do świa­ta i wszyst­kich ota­czających ją lu­dzi. Nig­dy nie mówiła, tyl­ko krzy­czała, rzu­cając in­wek­ty­wa­mi w języku, którym się ak­tu­al­nie posługi­wała. Była wy­star­czająco roz­wi­nięta in­te­lek­tu­al­nie, żeby pójść do szkoły, ale jej za­cho­wa­nie spra­wiało, że ab­so­lut­nie nie wcho­dziło to w grę. Nie sposób było prze­wi­dzieć, co spo­wo­du­je jej wy­buch - Mi­lan­dra była całko­wi­cie nie­prze­wi­dy­wal­na.

Sta­liśmy tak, patrząc na sie­bie po­nad stojącymi w rzędach po­jem­ni­ka­mi z farbą. Wy­czu­wałem rosnące za mo­imi ple­ca­mi napięcie Tush i Su­san ocze­kujących re­ak­cji dzie­ci. A te miały swo­je własne oba­wy - nie były przy­zwy­cza­jo­ne do nie­spo­dzia­nek. Jak po­radzą so­bie z nową sy­tu­acją? Nie­bez­pie­czeństwo za­grażało mi z obu stron.

- Wi­tam wszyst­kich - po­wie­działem, po­nie­waż nikt inny nie miał ocho­ty zacząć. - Na­zy­wam się Sha­ne i będę tu pra­co­wał przez jakiś czas.

Mi­lan­dra rzu­ciła mi wściekłe spoj­rze­nie, a Mit­zi uśmiechnęła się nie­zbyt mądrze ze swo­je­go miej­sca na li­no­leum. Dla in­nych równie do­brze mogłoby mnie tam nie być. Nie pod­da­wałem się.

- Su­san, Tush i ja pomyśleliśmy, że sko­ro je­stem tu nowy i po­win­niśmy się po­znać, to do­brze by było, żebyśmy zre­ali­zo­wa­li ra­zem pe­wien pro­jekt.

- Co za pro­jekt? - nadąsała się Mi­lan­dra.

- Jak się na­zy­wasz, ko­cha­nie? - za­py­tałem.

- A co ci do tego?

- Ja ci po­wie­działem, jak mam na imię. Grzecz­ność wy­ma­ga, żebyś zdra­dziła mi swo­je.

- Od­pieprz się - od­po­wie­działa Mi­lan­dra. - Gdzie wszyst­kie za­baw­ki? - to było do Su­san. - Chcę się bawić.

Su­san spoj­rzała na mnie, ale nic nie po­wie­działa.

- Później się po­ba­wi­my, Mi­lan­dro. Te­raz Sha­ne wyjaśni, jak możemy pomóc w ma­lo­wa­niu i urządza­niu sali. Faj­nie, praw­da?

Mi­lan­dra wy­darła się, jak uznałem, w języku jo­ru­ba. Su­san się wzdrygnęła, ale szyb­ko za­pa­no­wała nad sobą i od­zy­skała spokój.

- Nie możesz tak krzy­czeć i złościć się na każdego, Mi­lan­dro - po­wie­działa spo­koj­nie. - To ci nic nie da.

Dziew­czyn­ka wstała i po­deszła do naj­bliższej pusz­ki z farbą. Wzięła nogą za­mach i moc­no ją kopnęła. Nie po­tra­fiłem po­wstrzy­mać uśmie­chu. Pusz­ka sięgała Mi­lan­drze do pasa i z pew­nością ważyła więcej od niej. Na­wet nie drgnęła. Jęki i pod­sko­ki wy­ko­na­ne następnie przez Mi­landrę świad­czyły o tym, że je­dy­nym, co udało jej się osiągnąć, było bo­le­sne ude­rze­nie się we własne pal­ce.

Za­padła ciężka ci­sza, prze­ry­wa­na prze­ko­nującymi krzy­ka­mi i prze­kleństwa­mi Mi­lan­dry. Następnie Tam­my, utkwiw­szy we mnie oczy, za­ata­ko­wała puszkę ra­mie­niem. Ta prze­sunęła się kil­ka cen­ty­metrów po podłodze. Dziew­czyn­ka za­trzy­mała się w miej­scu i kopnęła puszkę. Nie sposób było stwier­dzić, czy się zra­niła - nie wydała żad­ne­go dźwięku, za­gryzła tyl­ko dolną wargę.

Każde z dzie­ci ko­lej­no próbowało przewrócić puszkę. W końcu Aga i Gil­bert połączy­li siły i zaczęli z całej mocy ją po­py­chać. Su­san chciała ich po­wstrzy­mać, ale pokręciłem głową. Wiecz­ko pusz­ki było so­lid­nie za­mknięte i ude­rze­nia z zewnątrz nie sta­no­wiły dla jej za­war­tości żad­ne­go za­grożenia.

Mu­sie­li moc­no ude­rzyć trzy razy. Pusz­ka przewróciła się z głuchym odgłosem. Mi­lan­dra wrzasnęła z za­chwy­tem, a Jef­frey zaczął coś krzy­czeć. Oczy dzie­ci z wy­cze­ki­wa­niem zwróciły się w naszą stronę.

Pod­szedłem do pusz­ki, pod­niosłem ją i wróciłem do Su­san i Tush. Dzie­ci pa­trzyły z milczącym nie­do­wie­rza­niem.

- Nig­dy nie wi­działam, żeby tak się za­cho­wy­wa­li - po­wie­działa Tush. - Nie po­do­ba mi się to.

- Nie wiedzą, co po­win­ni zro­bić - po­wie­działem. - Nie są przy­zwy­cza­je­ni do wspólnej pra­cy ani do tego, że ktoś zmu­sza ich do zro­bienia cze­goś, na co nie mają ocho­ty. Chcą się nam po­sta­wić, ale żeby to zro­bić, muszą zjed­no­czyć siły. A właśnie o to nam prze­cież cho­dzi.

- Cóż, wy­da­je mi się, że to właśnie było coś w ro­dza­ju ich wspólne­go wysiłku - po­wie­działa Su­san. - Ale co będzie da­lej?

- Nie mam pojęcia - przy­znałem. - Mam na­dzieję, że prędzej czy później dadzą za wy­graną i uda nam się trochę po­pra­co­wać.

- Myślałam, że masz jakiś plan - po­wie­działa Su­san.

- Nie mówiłem, że mam wszyst­ko za­pla­no­wa­ne.

- Lub cho­ciaż wiesz, jak się to skończy - dodała.

Aga i Gil­bert po­now­nie przewrócili puszkę, a resz­ta dzie­ci rzu­ciła się na po­zo­stałe, bujały je z boku na bok, póki się nie przewróciły. Kie­dy Gus i Ross upo­ra­li się z ostat­nią z nich, dzie­ci zgro­ma­dziły się wokół roz­ciągniętej na podłodze Mit­zi. Wszyst­kie dy­szały z wysiłku i wyglądały na nie­co mniej wściekłe niż po­przed­nio.

- Mam pro­po­zycję - po­wie­działem, kie­dy sza­leństwo prze­wra­ca­nia pu­szek na­prawdę do­biegło końca. - Może pójdzie­my do kuch­ni, żeby coś przekąsić. I będzie­my mo­gli po­roz­ma­wiać o tym, co dziś będzie­my robić. Po­do­ba wam się ten po­mysł?

Dzie­ci zaczęły po­ta­ki­wać i od­po­wia­dać, że tak.

- W ta­kim ra­zie w porządku - po­wie­działem. - Wczo­raj wie­czo­rem upiekłem trochę cia­sta z ba­na­na­mi. - Zo­sta­wi­liśmy pusz­ki z farbą po­roz­rzu­ca­ne po podłodze i ru­szy­liśmy do kuch­ni.