Początek
Nim zrozumiałam, czym jest czas, mieszkałam z ojcem na wyspie na
ogromnym archipelagu wynurzającym się z wody, jakby pragnął zaczerpnąć
powietrza. Dorastałam wśród deszczu, mchów i starych drzew o grubej
korze, nie pamiętając, że większa część wyspy znajduje się pod wodą -
dno oceanu leżało kilkaset metrów niżej. Właściwie nieskończenie daleko,
bo nigdy nie udałoby się wstrzymać tchu tak długo, by tam dotrzeć.
Wyspy były azylem dla uciekinierów, choć wtedy jeszcze tego nie
rozumiałam. Nie miałam przed czym uciekać, czułam się dobrze w miejscu,
gdzie mieszkałam. Ojciec był dla mnie wszystkim. Słyszałam ludzi
mówiących, że coś jest dla nich całym światem - ich oczy lśniły jak
gwiazdy. Dla mnie ojciec naprawdę był całym światem, zupełnie dosłownie:
moje myśli na jego temat przypominają patyki wyrzucone na brzeg w czasie
sztormu.
Nasza chata stała na polanie na środku wyspy. Nie byliśmy pierwszymi
mieszkańcami - na wyspach od dawna pojawiali się przybysze. Prawie sto
lat wcześniej byli to francuscy traperzy polujący na zwierzęta
futerkowe, mówiący dziwnym, śpiewnym językiem. Barczyści drwale i rybacy
łowiący srebrzyste łososie. Później pojawili się ludzie uchylający się
od służby wojskowej, uciekający przed wojną. Hipisi odrzucający
tradycyjne zasady. Wyspy przyjmowały wszystkich - większość znikała w okresie sztormów i długich, ciemnych zim. Piękno wysp było surowe: mogło
olśnić, lecz również zabić.
Naszą chatę zbudował najbardziej uparty uciekinier z własnoręcznie
ściętych drzew. Osiedlił się w miejscu, gdzie nikt nie mógłby go
znaleźć. Spędził na wyspie czterdzieści lat, wykarczował poletko, na
którym posadził warzywa i założył sad. Jednak pewnej jesieni po prostu
zniknął. Mówiono, że utonął. Później chata długo stała pusta, aż
przybyliśmy na wyspę, znaleźliśmy jabłonie i dom, otworzyliśmy drzwi.
Liczba ludności wyspy wzrosła do dwóch osób.
Nie pamiętam chwili naszego przybycia: byłam za mała. Pamiętam tylko
pojedyncze sceny i wrażenia. Ścieżki biegnące między obserwującymi nas
drzewami, zapach ziemi pod stopami, ciemny i zawiły jak baśnie. Pamiętam
chatę z jednym pokojem, duży fotel obok piecyka, zbiór opowiadań i książek o naukach ścisłych. Pamiętam brodę ojca pachnącą dymem i smołą,
gdy wieczorami czytał mi bajki. Pamiętam widmowy aromat dymu z fajki
uciekiniera, wonną pamiątkę, która wsiąkła w ściany i nigdy naprawdę nie
zniknęła. Pamiętam, jak deszcz rozmawiał z dachem, gdy zasypiałam, a także trzask ognia, który zdawał się uciszać plusk wody.
Przede wszystkim pamiętam szufladki. Ojciec zaczął je budować, gdy
wprowadziliśmy się do chaty, aż w końcu pokrywały ściany od podłogi do
sufitu. Były niewielkie - wypolerowane kwadraty miały rozmiar mojej
dłoni. Otaczały nas jak las i wyspy za drzwiami.
Każda szufladka zawierała małą buteleczkę, w której znajdował się
zwinięty papierek niczym ukryty sekret. Szklane korki buteleczek były
zapieczętowane woskiem różnych kolorów - czerwonym na górnych półkach,
zielonym na dolnych. Ojciec prawie nigdy nie otwierał buteleczek.
- Musimy je chronić - mówił.
Ale ja słyszałam papierki szepcące w szufladkach.
"Znajdź mnie".
- Otwórz jedną z nich! - prosiłam ojca wiele razy.
W końcu się zgodził. Wyjął wypełnioną cyframi księgę oprawioną w skórę i starannie wykaligrafował w niej następny numer. Później popatrzył na
ścianę pokrytą szufladkami, zastanawiając się, którą buteleczkę wybrać.
- Tam! - powiedziałam, wskazując najwyższy rząd, gdzie stały buteleczki
zapieczętowane czerwonym woskiem.
Bajki zawsze zaczynają się u góry strony.
Postawił pod ścianą skleconą przez siebie drabinę. Patrzyłam, jak wspina
się prawie pod sufit, sięga do szufladki i wyjmuje buteleczkę.
Po zejściu ostrożnie ją odpieczętował. Usłyszałam chrzęst szkła
ocierającego się o szkło, gdy wyciągnął korek, a później szelest, kiedy
rozwinął papierek. Zobaczyłam czysty, biały kwadracik. Pochylił się,
powąchał go, po czym zapisał w księdze następny numer.
Chciałam pozostać w bezruchu, ale też się pochyliłam. Uniósł oczy i uśmiechnął się, trzymając w ręku papierek.
- Powąchaj, ale niezbyt mocno - powiedział. - Niech zapach sam do ciebie
dotrze.
Posłuchałam jego wskazówki. Nie wciągnęłam głęboko powietrza, moja pierś
prawie się nie poruszyła. Poczułam delikatną woń wypełniającą nos,
wnikającą w moje ciemne włosy. Czułam zapach wysuszonej ziemi, deszczu
gotowego spaść z nieznanego nieba, dymu ogniska, choć nie wiedziałam,
jakie drewno się w nim pali. Woń kojarzyła się z oczekiwaniem.
- A teraz odetchnij głęboko - powiedział ojciec.
Wciągnęłam powietrze i wpadłam w zapach jak Alicja do króliczej nory.
???
Później, gdy mała buteleczka została zakorkowana, zapieczętowana i schowana do szufladki, odwróciłam się w stronę ojca. W dalszym ciągu
czułam aromat unoszący się w powietrzu.
- Opowiedz mi bajkę - poprosiłam.
- Dobrze, skowroneczku - odpowiedział. Usiadł w wielkim fotelu, a ja
przycupnęłam obok niego. W piecu trzaskał ogień, świat na zewnątrz był
pogrążony w ciszy.
- Dawno, dawno temu, Emmeline... - zaczął. Słowa brzmiały miękko,
przypominały płynną czekoladę. - Dawno, dawno temu, Emmeline, w wielkim
białym zamku więziono piękną królową. Nie mógł jej uwolnić żaden silny,
odważny rycerz. "Przynieś mi zapach, który skruszy mury", poprosiła
odważnego chłopca o imieniu Jack...
Słuchałam, a zapachy wnikały w szczeliny między deskami podłogi i w słowa opowieści. Zmieniły całe moje życie.
Tropicielka zapachów
Później pytałam codziennie:
- Możemy otworzyć jeszcze jedną buteleczkę?
W końcu się zgadzał, ale nie tak często, jak chciałam.
- W buteleczkach papierki są bezpieczne - wyjaśniał. - Jeśli będziemy je
zbyt często wyjmować, zapachy znikną.
Nie miało to dla mnie żadnego sensu. Zapachy są jak deszcz albo ptaki.
Znikają i wracają. Opowiadają własne historie, mówią, kiedy jest odpływ,
kiedy ugotowała się owsianka albo zaczynają kwitnąć jabłonie. Nigdy nie
są trwałe.
Ale nawet jako mała dziewczynka rozumiałam, że pachnące papierki są
niezwykłe, magiczne. Zawierają w sobie całe światy. Czasem czułam w nich
piękny zapach słodkiego owocu, którego jeszcze nigdy nie jadłam. Albo
woń leniwego zwierzęcia, jakiego nigdy nie spotkałam. Jednak wiele
zapachów - ostrych i intensywnych, gładkich i niepokojących - z niczym
mi się nie kojarzyło.
Chciałam się zanurzyć w tych aromatach, zrozumieć, skąd pochodzą. Ale
najbardziej pragnęłam być tropicielką zapachów jak Jack, bohater
opowieści ojca: przedzierać się przez wilgotne dżungle i wspinać na
szczyty gór, by schwytać woń maleńkiego kwiatu.
- Jak to robił? - pytałam. - Jak odnajdywał zapachy?
- Kierował się węchem - odpowiadał i dotykał grzbietu nosa.
Milczałam.
- Ale jak?
Uśmiechnął się.
- Nigdy się nie poddawał.
Nie rozumiałam, co ma na myśli, ale od tamtej pory zawsze starałam się
kierować węchem. Czujnie unosiłam nos w czasie każdej zmiany pogody, a później wąchałam ziemię, by sprawdzić, czy jej zapach się zmienił.
Czułam w powietrzu woń morskiej wody, ale gdy fale uderzały w skały,
wydawała się intensywniejsza. Z daglezji spływał jak wodospad piękny
zielony zapach; odkryłam, że jego źródłem jest wiatr poruszający
czubkami drzew i sprawiający, że igły ocierają się o siebie.
Codziennie o świcie schodziłam ze stryszku, by odnaleźć nowe zapachy.
- Jesteś moim budzikiem - mówił ojciec, gdy stąpałam z tupotem po
drabinie. - Skowronkiem śpiewającym o poranku.
???
Spędzaliśmy większość dni na dworze. Hodowaliśmy kury, które znosiły
jajka, pielęgnowaliśmy drzewa owocowe i uprawialiśmy warzywa w ogródku.
Mimo to większość jedzenia zbieraliśmy w różnych miejscach wyspy. Zawsze
w tym uczestniczyłam i w wieku ośmiu lat uważałam się za ważną, a może
nawet równą ojcu jego partnerkę.
- Dziś znajdziemy coś fantastycznego - mówił ojciec. Wyruszaliśmy do
lasu, trzymając w rękach koszyki z kory cedru. W lecie zbieraliśmy
jasnoczerwone borówki i granatowe jagody golterii, które wyglądały jak
noc trzymana w dłoni. Jesienią znajdowaliśmy grzyby kryjące się pod
drzewami - fascynowały mnie kapelusze smardzów, każdy stanowiący
labirynt zakamarków.
- Opowiesz mi bajkę? - spytałam ojca pewnego dnia. Odgarnęłam włosy z twarzy i spojrzałam na niego. - Proszę!
Popatrzył na mnie i zastanawiał się przez chwilę, przyglądając się
smardzowi w mojej dłoni.
- Dawno, dawno temu, Emmeline, Jack znalazł się w zaczarowanym lesie, w którym drzewa sięgały nieba - zaczął. - Żyła tam piękna wróżka
mieszkająca w pałacu zbudowanym z zapachów, a kiedy Jack ją zobaczył,
natychmiast się w niej zakochał. Wróżka zaprowadziła go do wspaniałej
budowli, ale kiedy znalazł się w środku, okazało się, że nie może wyjść.
- O nie! - powiedziałam. Przeszył mnie dreszcz, gdy pomyślałam o grożącym mu niebezpieczeństwie.
- Mam mówić dalej?
- Tak, proszę.
- Nie wypuszczę cię - rzekła wróżka i wprowadziła go do komnaty
wypełnionej tak fascynującym aromatem, że zapomniał o całym świecie.
Kiedy powoli wracał do rzeczywistości, pokazywała mu następną komnatę,
jeszcze bardziej urzekającą. Błąkał się po pałacu wiele lat, aż wreszcie
odkrył komnatę, której nigdy wcześniej nie widział. Gdy do niej wszedł,
poczuł zapach, który przypomniał mu o wszystkim, co chciałby zrobić, i o tym, kim chciałby się stać. Po chwili zauważył klucz wiszący na
niebieskiej wstążce na haczyku obok drzwi.
Nie mogłam się doczekać dalszego ciągu. Uwielbiałam opowieści o magicznych kluczach.
Ojciec powiedział, że Jack wziął klucz, otworzył drzwi i nigdy więcej
nie wrócił. Czekałam na dalszy ciąg bajki, ale ojciec po prostu włożył
grzyb do koszyka.
- To za krótkie, tato - powiedziałam. Nawet jako mała dziewczynka
zdawałam sobie sprawę, że zakończenia bajek są bardziej skomplikowane.
- Och, to naprawdę koniec - odparł i pocałował mnie w czoło. - Zajmijmy
się zbieraniem jedzenia. Koszyki same się nie napełnią.
???
Najlepszym miejscem do poszukiwania jedzenia była laguna, owalna zatoka
otoczona skałami, połączona z morzem wąską cieśniną, w której w czasie
przypływu pieniły się fale. Można było tam spędzić cały dzień. Widziałam
na brzegu dziki czosnek, soliród i wełniste liście babki nadmorskiej;
pod kamieniami kryły się maleńkie czarne kraby nie większe od kciuka.
Kamienie leżące na plaży były pokryte pąklami i muszlami; morze
wyrzucało niezliczone rodzaje wodorostów. Najbardziej lubiłam morszczyn,
z niewielkimi pęcherzykami, które pękały w ustach, pozostawiając smak
soli.
Jednak najciekawsze były polowania na małże królewskie.
- Tam! - wołał ojciec, wskazując niewielką fontannę. Biegłam ku niej po
plaży, by ją chwycić i poczuć wodę przepływającą między palcami. Byłam
mała i szybka, ale po dotarciu na miejsce czułam tylko zapach soli i widziałam niewielkie wgłębienie w piasku obok swoich stóp. Oznaczałam to
miejsce gałązką.
- Jest jeszcze jedna! - krzyczałam i pędziłam po plaży w przeciwnym
kierunku.
- Dobra robota! - mówił ojciec, idąc wzdłuż wetkniętych przeze mnie
patyczków z łopatką w dłoni. Po godzinie biegania i kopania mieliśmy
pełny koszyk małży królewskich.
Zwykle musieliśmy suszyć małże na zimę, kiedy niebo ciemniało i mrok
spowijał nas jak gruby koc. Nie lubiłam zimy, plusk deszczu wydawał się
ponury, jedzenie na talerzach powoli traciło kolory, aż pozostawały
tylko suche potrawy - jabłka, małże, trochę wodorostów. Ojciec również
był coraz bardziej przygaszony i prawie nie opowiadał bajek.
- Czy musimy suszyć małże? - spytałam. Tego dnia uśmiechnął się swoim
letnim uśmiechem i zgodził się na piknik. Rozpaliliśmy ognisko i ugotowaliśmy małże, dodaliśmy trochę dzikiego czosnku i solirodu dla
smaku, po czym zjedliśmy posiłek na muszlach uchowców, posługując się
mniejszymi muszlami jako łyżkami. Deser stanowiły jagody. Później
siedzieliśmy na piasku. Niebo stało się bladoniebieskie, a ojciec
patrzył na wodę kotłującą się w wąskim przesmyku.
Cieśnina zawsze budziła mój niepokój. Woda podnosiła się i opadała
cztery razy dziennie: wpływała do laguny przez kręty, kamienisty kanał
albo z niej wypływała. Cieśnina przypominała rozgniewane, niebezpieczne
zwierzę gotowe połknąć wszystko, co zbliża się do jej wylotu.
Ojciec zauważył, jak starannie unikam patrzenia w stronę przesmyku, i przy kolacji uniósł łyżkę z muszli w geście toastu.
- Za cieśninę, która zapewnia nam bezpieczeństwo! - powiedział.
Była to prawda. Całą wyspę otaczały strome urwiska opadające pionowo do
morza. W szczelinach skał rosły wiecznie zielone drzewa, których
najniższe gałęzie dotykały wody. Do wyspy można było dotrzeć jedynie
przez cieśninę. Widziałam rysunki niezdobytych zamków stojących wysoko
na skałach. Nasza wyspa była zamkiem, a burzliwa cieśnina mostem
zwodzonym.
- Trochę się jej boję - powiedziałam.
- Powstrzymuje piratów i niedźwiedzie - odparł ojciec.
Widziałam w książkach rysunki piratów i niedźwiedzi. Nie miałam ochoty
się z nimi spotkać.
- A zatem za cieśninę! - powiedziałam i również uniosłam łyżkę.
???
Kiedy co pewien czas odwiedzaliśmy lagunę, widzieliśmy, że plaża jest
pokryta wodorostami do wysokości przypływu.
- Syreny zrobiły sobie bal - mówił ojciec. Miało to sens. Piasek
ozdabiały fantastycznie ułożone wodorosty, musiało to być dzieło
magicznych istot.
- Sprawdźmy, czy coś nam zostawiły - dodawał ojciec. Zaglądaliśmy za
kamienie i przeszukiwaliśmy krzaki borówek rosnące wzdłuż plaży. I rzeczywiście znajdowaliśmy skarby: wodoszczelne pojemniki z czarnego
plastiku. W środku były cudowne prezenty - ryż, mąka, czekolada i kawa.
Czasami nawet książki, buty albo ubrania.
Pewnego dnia, gdy miałam dziewięć lat, odkryliśmy szczególnie niezwykły
skarb - dwa czarne pudełka. W jednym była nowa para butów i niebieski
płaszcz od deszczu, idealny dla mnie.
- Skąd syreny wiedzą, czego potrzebujemy? - spytałam.
- To czarodziejki - odparł ojciec. Miał rację, bo tylko czarodziejki
mogły przepłynąć cieśninę.
Wzięliśmy pudełka i triumfalnie zanieśliśmy do chaty. Jack polował na
zapachy kwiatów, ale nasza zdobycz była duża i ciężka. Wieczorem
świętowaliśmy, lecz najpierw zapobiegliwie umieściliśmy większość łupów
w spiżarni. Wiedzieliśmy, że ocean jest kapryśny, nie da się przewidzieć
jego nastrojów. Potrafi dawać, ale również odbierać. Stale przypominał o tym lekki zapach fajki uciekiniera.
Po kolacji ojciec i ja zawsze czytaliśmy na głos książki. Uwielbiał
nauki przyrodnicze, uczył mnie nazw drzew rosnących na wyspie, opowiadał
o pogodzie i gwiazdach. Godzinami oglądaliśmy rysunki dziwnych istot
morskich, kwiatów i zwierząt, które zdawały się pochodzić z innego
świata.
- Co to takiego? - pytałam, wskazując rysunek brązowego zwierzęcia o smukłych nogach, z małą bródką.
- Koza - odpowiadał.
- Kozy naprawdę istnieją?
Kiwał głową.
- Czy syreny dadzą mi kozę? - Koza na rysunku wydawała się sprytna i inteligentna, może obdarzona poczuciem humoru. Pomyślałam, że mogłabym
się z nią zaprzyjaźnić.
Milczał przez chwilę.
- Nigdy nie wiadomo, co zrobią syreny - odpowiedział w końcu.
- Możemy je zapytać? - Zawsze odnosiliśmy puste pudełka na plażę. Ojciec
powtarzał, że trzeba podziękować syrenom, więc pisaliśmy do nich listy i wkładaliśmy do pudełek.
- Zobaczymy - mówił, wzruszając ramionami. - Nigdy nic nie wiadomo.
Temat wydawał się wyczerpany. Ojciec często tak się zachowywał. Czasem
godzinami opowiadał, jak drzewo czerpie soki z głębi ziemi, a kiedy
indziej po prostu milkł.
- Może przeczytasz mi bajkę? - pytałam, wykorzystując chwilę ciszy, by
go skłonić do zamiany książki o przyrodzie na wielki, gruby zbiór baśni.
Na okładce znajdował się tytuł napisany złotymi literami oraz wizerunek
królowej i dziwnego karzełka, który zawsze mnie fascynował. Baśnie były
skomplikowane, przedstawiały fantastyczne światy, opisywały dziewczęta,
które na zawsze zapadły w sen, domy zbudowane z lukru i kłamstw.
Ojciec mówił, że wiele rzeczy opisanych w bajkach to zmyślenia; problem
polegał na tym, że nie wiedziałam, co jest zmyśleniem, a co
rzeczywistością. Oczywiście wiedziałam, że lasy istnieją naprawdę, ale
mieszkałam na wyspie tylko z ojcem, więc wyobrażenie dwojga dzieci
trzymających się za ręce było dla mnie równie niezwykłe jak przemiana
ołowiu w złoto. Zastanawiałam się, jak bym się czuła, trzymając czyjąś
drobną dłoń, znając kogoś, kto wie o świecie mniej niż ja. Zastanawiałam
się nad wieloma rzeczami.
- Dlaczego nie mam matki? - spytałam ojca, patrząc na ilustrację kobiety
o długich jasnych włosach, z dzieckiem na kolanach.
- Bo masz mnie - odpowiedział. Przewrócił stronicę i zobaczyłam
wizerunek złej czarodziejki z bladą cerą i ciemnymi włosami, wpatrzonej
w lustro. Ojciec nie udzielił mi prawdziwej odpowiedzi, ale uznałam, że
sprytnie się wykręcił - w bajkach pojawiały się nie tylko matki, lecz
również czarownice.
Przewracałam kolejne strony, czułam na policzkach podmuchy powietrza, na
chwilę zapomniałam o kobiecie. Mniej więcej w połowie książki była
dziwna luka, wyrwano z niej kilkanaście kartek. Lubiłam przesuwać palcem
w tym miejscu, czuć nierówne krawędzie przy grzbiecie.
- Była tu jakaś bajka? - spytałam ojca.
- Niezbyt dobra - odpowiedział.
Popatrzyłam na niego pytająco, ale jedyną odpowiedzią był pocałunek w czoło.
- Wystarczy na dzisiaj, Emmeline. Pora, by skowronek poszedł spać.
Wspięłam się na stryszek i leżałam przykryta kocami, myśląc o syrenach,
kozach, matkach, brakujących stronach i czarownicach. O ojcach, którzy
nie mówią całej prawdy. Dzień był długi, pudełka ciężkie, a miłość ojca
niezmienna i pewna, więc nie zadawałam dalszych pytań. Gdybym to
zrobiła, wszystko mogłoby wyglądać inaczej.
Maszyna
Maszyna ojca była jeszcze bardziej tajemnicza od syren i kóz. Raz na
jakiś czas, po nadejściu nowej pory roku, tworzył za jej pomocą kolejny
pachnący papierek. Długo czekałam na tę chwilę, czując narastające
podniecenie. W końcu otwierał drzwi spiżarni, zdejmował maszynę z najwyższej półki i odwijał z niej długą, szarą, miękką tkaninę, która ją
osłaniała. Ukazywała się smukła, srebrzysta skrzynka wielkości połowy
bochenka chleba, z wieczkiem na zawiasach. W środku znajdowała się
metalowa płytka z niezliczonymi dziurkami.
Ojciec unosił maszynę, kierował ją w stronę piecyka i naciskał czarny
guzik z boku. Słyszałam szum powietrza w dziurkach, jakby maszyna
oddychała, a później serię cichych szczęknięć. W końcu przy
akompaniamencie delikatnego warczenia z otworu u podstawy maszyny powoli
wysuwał się kwadratowy papierek.
- Daj mi powąchać - mówiłam, nim ojciec zamknął go w buteleczce. Za
każdym razem miałam nadzieję, że przeżyję coś czarodziejskiego - odkryję
nowy świat, zapach, którego jeszcze nie znam, podobny do jednej z woni
ukrytych w papierkach na górnych półkach. Wciągałam powietrze, wierząc,
że poczuję aromat tajemniczego kwiatu, nieznanej przyprawy. Może okaże
się tak dziwny, że zmieni się w kolor albo w uczucie? Szept lazuru.
Pomarańczowy taniec. Gniew. Radość.
Ale za każdym razem byłam rozczarowana. Nowy kwadratowy papierek nie
miał żadnego zapachu.
- Dlaczego nie pachną? - pytałam ojca.
Wydawał się zdziwiony. Mówił tylko: "Pachną", po czym zapisywał ciąg
cyfr na odwrotnej stronie papierka, zwijał go i wkładał do flakonika.
Pieczętował buteleczkę stopionym zielonym woskiem, po czym stawiał w pustej szufladzie w dolnym rzędzie.
Nie była to satysfakcjonująca odpowiedź. Nie wyobrażałam sobie, że
ojciec świadomie tworzy papierki, które nie pachną. W jaki sposób
papierek pozbawiony zapachu zmienia się w jeden z jego fantastycznych
tworów? Czułam wyczekiwanie buteleczek zapieczętowanych czerwonym
woskiem; stały na górnych półkach, lśniące i nieosiągalne. Czy nasycają
magią niższe rzędy, wpływają na pobliskie papierki? Nie wydawało się to
prawdopodobne. Może nowe papierki są podobne do poczwarek, które tkwią w kokonach, a później przybiorą doskonałą postać? A może powoli rosną
niczym kwiaty uwielbiające ciemność? Wszystko było możliwe.
???
W tym roku skończyłam dziesięć lat i koniecznie pragnęłam mieć własny
pachnący papierek, który mogłabym obserwować. Ale ojciec uruchamiał
maszynę rzadko, oszczędzał ją. "Jeden papierek w czasie jednej pory
roku" - mówił. Przestrzegał terminarza, choć wieczorami często zerkałam
ze stryszku i widziałam go pochylonego nad stołem, jak czyścił maszynę i manipulował przy niej. Ktoś inny mógłby uznać jego zachowanie za
obsesyjne, ale dla mieszkańca wyspy - zmuszonego do zbierania
pożywienia, opału i wody w miejscu, gdzie pogoda może być przyjacielem
albo wrogiem - oszczędność i ostrożność stają się drugą naturą.
Nigdy nie kwestionowałam tego, że ojciec ostrożnie obchodzi się z maszyną. Z coraz większą niecierpliwością czekałam na okazję, by
wypowiedzieć swoją prośbę. Powoli mijała jesień i zbliżała się zima.
Czułam, że powietrze staje się coraz zimniejsze. Wyczuwałam, że ojciec
zamyka się w sobie jak wiewiórka skulona w gnieździe. Po kilku dniach
wyjrzałam rankiem przez okno i zobaczyłam świat pokryty szronem.
- Dzisiaj? - spytałam. Ojciec zrozumiał, o co chodzi. Nie było to
trudne. Moją niecierpliwość zwiększyło pięć dni deszczu, który wymywał
światło spośród drzew i zmuszał nas do siedzenia w chacie. Ale tego dnia
niebo było bezchmurne, a szron wypisywał listy na żyłkach opadłych liści
i sterczących źdźbłach trawy. Komunikat był jasny: Już czas.
Ojciec zdjął maszynę z półki w spiżarni.
- Zrobisz dla mnie pachnący papierek? - spytałam.
- To nie zabawa, skowroneczku - odpowiedział.
- To będzie mój prezent urodzinowy.
- Twoje urodziny są dopiero za jakiś czas. - Słyszałam w jego głosie coś
w rodzaju uśmiechu. Wiedziałam, że prawie go przekonałam.
- W takim razie prezent z okazji połowy urodzin. Będę ostrożna,
przyrzekam.
Spojrzał na księgę oprawioną w skórę, w której robił notatki.
Wziął maszynę i zrobił to co zawsze: wcelował ją w koniec pokoju i nacisnął guzik. Wyleciał z niej papierek, a ojciec schował go do
buteleczki. Obserwowałam go, głęboko rozczarowana. Tak długo czekałam...
Ale później znowu uniósł maszynę. Myślałam, że ją schowa, lecz zamiast
tego po raz drugi nacisnął guzik. Dziurki zaczęły wsysać powietrze,
rozległ się znajomy szczęk i warkot, po czym z maszyny wyleciał kolejny
papierek. Delikatnie nim pomachał i podał mi go.
Popatrzyłam na niego zdumiona. Uśmiechał się, a jego błękitne oczy
lśniły.
- Do której szufladki chciałabyś go włożyć? - spytał. - Możemy napisać
na niej twoje imię.
Uniosłam papierek do nosa i powąchałam. Poczułam znajomy zapach dymu,
gasnący aromat owsianki jedzonej rano na śniadanie.
Trzymałam w ręku własny pachnący papierek i byłam gotowa okazać
cierpliwość. Papierki z buteleczek zapieczętowanych czerwonym woskiem
mówiły, co mogłoby się wydarzyć. Drżałam z podniecenia. Ten papierek nie
trafi do buteleczki ani szufladki na ścianie. Będę go nosić w kieszeni
kurtki, głęboko, w ciemnym, bezpiecznym miejscu. Będę go chronić, ale
również czuwać nad tym, co się wydarzy.
W głowie wirowały mi myśli. Jaki nowy świat poznam? Czy pojawi się
przypadkowy obraz? A może papierek wybiera nowy świat specjalnie dla
danej osoby? Za kogo mnie uzna?
- Emmeline? - spytał ojciec.
- Nie wkładajmy go do szufladki - odpowiedziałam.
- Jesteś pewna? - Ręce ojca poruszały się nerwowo, gdy patrzył, jak
wsuwam papierek do kieszeni kurtki. - Dłużej przetrwa w buteleczce.
- Chcę czuć, jak jego zapach się zmienia - wyjaśniłam. Ojciec wydawał
się smutny, ale nie wiedziałam dlaczego. Może nie należy próbować
zrozumieć magii? W bajkach zawsze tak mówiono.
Pomyślałam, że tym razem chodzi o coś innego, o wiedzę. Odkryję
tajemnicę, korzystając z zasad, których nauczył mnie ojciec, gdy
spacerowaliśmy po lesie.
"Oceń sytuację, Emmeline. Rozważ różne możliwości. Podejmij optymalną
decyzję".
Jednak nawet w wieku dziesięciu lat podejrzewałam, że zachowałam
papierek nie tylko ze względu na wiedzę.
???
Tego ranka panował chłód. Może mroźne powietrze uwolni zapach papierka
nieco wcześniej? Nie miałam pojęcia, jak długo może trwać stworzenie
nowego świata. Czy zapachy przybywają na wyspę z daleka? Czy tkwią w papierze, czekając, aż wyzwoli je upływ czasu?
Kiedy wyruszyłam w drogę, pod moimi stopami chrzęścił szron.
Powiedziałam sobie, że chcę zobaczyć, jak wygląda świerk sitkajski,
który przed laty przewrócił się w czasie sztormu. Z czasem wyrosło obok
niego kilka smukłych młodych drzewek: wyglądały jak wykrzykniki
otaczające próchniejący pień. Poszłam pod górę, choć było wilgotno po
deszczu i zamoczyłam sobie spodnie aż do kolan. Pomyślałam, że gdybym
dotarła trochę wyżej, papierek łatwiej chwytałby przelotne zapachy.
Stanęłam na szczycie ze stopami zanurzonymi w grubym mchu, starając się
nie deptać młodych drzewek, i sięgnęłam do kieszeni. Poczułam ostre rogi
papierka. Wiedziałam, że wystawianie go na światło jest ryzykowne, ale
pomyślałam, że w tej części wyspy las jest tak gęsty, że prawie zawsze
panuje w nim półmrok.
Wypuściłam z płuc powietrze wciągnięte w lesie. Ja także stanę się
czystą kartą gotową do przyjęcia nowego aromatu. Ujęłam kwadratową
karteczkę, osłaniając ją dłonią, a później uniosłam do nosa i wciągnęłam
powietrze.
Nic, tylko zapach chaty. Schowałam papierek z powrotem do kieszeni,
rozczarowana.
Później zamarłam. Nie byłam w chacie, ale w lesie. Czułam woń kołnierza
kurtki, włosów, swoich dłoni i ramion. Chciałam sprawdzić, skąd się
wziął ten zapach. W głębi z pewnością krył się szczątkowy aromat - dym
spalonego drewna, kawa - ale słaby, tak związany ze mną, że były to
tylko nuty dodane do mojego własnego zapachu. Aromat papierka był inny,
nowy. Znowu wyjęłam karteczkę. Głęboko wciągnęłam powietrze z zamkniętymi oczami.
Wydawało się, że las znika. Znajdowałam się w chacie, każdy jej zapach
był żywy: suszone jabłka w spiżarni, koszyk z cebulami w kącie, lekka
woń tytoniu fajkowego.
Znowu zaczerpnęłam powietrza i pojawił się zapach starego świerku
sitkajskiego, wilgotnego mchu i zimy. Przyłożyłam nos do karteczki.
Chata. Nowe papierki nie były pozbawione zapachu.
???
Popędziłam na polanę i wyjęłam papierek z kieszeni, ale kiedy weszłam do
chaty, okazała się pusta. Pomyślałam, że ojciec poszedł na poszukiwanie
jedzenia.
Tym lepiej. Mogę sprawdzić swoją teorię, zanim mu powiem. Przyłożyłam do
nosa pachnący papierek. Poczułam woń chaty, dokładnie taką samą jak w lesie. Doskonale. Schowałam papierek z powrotem do kieszeni.
Zaczerpnęłam tchu.
Zdałam sobie sprawę, że obecny zapach chaty jest inny niż utrwalony w papierku. W zeszłym roku straciliśmy jedną z jabłoni i jej drewno
wyschło na tyle, że mogliśmy palić nim w piecyku. Drewno jabłoni ma
szczególny aromat, słodki, pełny, niemożliwy do pomylenia. Nigdy
wcześniej nie używaliśmy drewna jabłoni jako paliwa, ale teraz płonęło w piecyku i jego aromat przypominał pieśń. Odetchnęłam nim, a później
wypuściłam powietrze i uniosłam kwadratowy papierek do nosa. Nie myliłam
się - karteczka i chata pachniały inaczej.
Pochyliłam się nad dolnymi szufladkami i wyciągnęłam pierwszą z brzegu.
Drżącymi palcami złamałam pieczęć z zielonego wosku na jednej z buteleczek.
To dla wiedzy - pomyślałam.
Wyjęłam papierek i umieściłam w złożonych dłoniach, by lepiej poczuć
zapach. Okazał się nieco inny. Otworzyłam następną buteleczkę, później
kolejną. Czułam różne odmiany dymu spalonego drewna, aromaty świeżych i suszonych małży, niedawno zebranych jabłek. Błota na butach i jesiennych
liści w deszczu. Zauważałam różnice, ale byłam wytrącona z równowagi.
Spodziewałam się, że przeniosę się do zupełnie innego świata, nowej
krainy. To, co zawierały papierki, okazało się jednak znacznie bardziej
tajemnicze.
Zawierały wspomnienia.
???
Stopiłam zielony wosk, jak robił to ojciec, i znowu zapieczętowałam
buteleczki. Nie byłam równie zręczna jak on, ale miałam nadzieję, że
nieprędko wyjmie je z szufladek.
Kiedy wrócił, czekałam na niego, siedząc w fotelu koło piecyka.
- Wiem, czym one są! - zawołałam triumfalnie.
- O czym ty mówisz?
- O pachnących papierkach.
Zdejmował płaszcz, więc nie widziałam jego twarzy.
- To wspomnienia - powiedziałam.
Znieruchomiał, wieszając płaszcz na haczyku.
- Dlaczego tak sądzisz? - spytał głosem zaciekawionego naukowca.
- No cóż... - zaczęłam. Słuchał, na jego twarzy malowała się najpierw
obojętność, potem zainteresowanie. Z uwagą kiwał głową, gdy po kolei
opisywałam to, co zrobiłam.
- Dobrze, skowroneczku - powiedział, kiedy umilkłam. - Jestem z ciebie
dumny.
Ukryłam te słowa głęboko w sercu, poczułam wypełniające mnie ciepło. Ale
miałam jeszcze jedno pytanie. Myślałam o nim, odkąd domyśliłam się, czym
są pachnące papierki.
- Więc odkrył je Jack? - Wskazałam dziwne aromaty na górnych półkach.
- Tak - odpowiedział.
- Kiedyś po nie wróci? - spytałam.
Odwrócił się i popatrzył na szufladki.
- Nie - odparł. - Teraz musimy je chronić.
Chronić przed czym? - zastanawiałam się. Byliśmy na wyspie sami.
Chciałam zapytać, co ma na myśli, ale wyszedł na dwór, by narąbać
drewna.
Podarunek
Od tamtej pory marzyłam o tym, by zostać tropicielką zapachów. Jeśli
pachnące papierki z buteleczek zapieczętowanych czerwonym woskiem
zawierały wspomnienia Jacka, oznaczało to, że poza granicami naszej
wyspy istnieją niezwykłe krainy, a tropiciele zapachów mogą je odkryć.
Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek poznam te światy, ale chciałam być
gotowa.
- Chcę być taka jak Jack - poprosiłam ojca. - Naucz mnie.
Milczał i przez chwilę widziałam w jego oczach cichy smutek, ale później
pogłaskał mnie po głowie.
- Dobrze, skowroneczku - powiedział. - Weź kurtkę.
Wyszliśmy na środek polany. Widzieliśmy przed sobą śpiący ogród
warzywny, przygotowany do zimy. W pobliskim kurniku cicho gdakały kury.
Dalej zaczynał się las, tajemniczy i ekscytujący. Ojciec stał przez
chwilę bez ruchu.
- W porządku - rzekł. - Znajdź świeże jajko. Z zamkniętymi oczami.
- W kurniku? - Ciągle spoglądałam z nadzieją na drzewa.
- Właśnie tam są jajka. - Uśmiechnął się.
Kurnik wydawał się zbyt pospolity dla tropicielki zapachów, ale
zamknęłam oczy i wsłuchałam się w otaczające dźwięki. Gdakanie kur, ich
ciche rozmowy. Szelest łapek wiewiórki wspinającej się na drzewo.
Czysty, słodki śpiew strzyżyka w zimie. Później usłyszałam odgłos
unoszonego skobla i ojciec wprowadził mnie do kurnika.
- Powąchaj - powiedział. - Ale pamiętaj, najpierw leciutko.
Ostrożnie pociągnęłam nosem. Poczułam ostry odór kurzych odchodów,
wspomnienie lata spędzonego w suchej trawie.
- A teraz zapomnij o nosie - dodał ojciec. - Uwolnij umysł i posłuchaj
opowieści.
Znowu wciągnęłam powietrze, tym razem głęboko, i moją głowę wypełniły
aromaty, tak pełne i trójwymiarowe, że mogłabym wśród nich spacerować.
Czułam zapach wody w korycie, niezupełnie świeżej, i odór nastroszonych,
kręcących się kur, szukających miejsca, gdzie mogłyby się umościć.
Czekałam, zastanawiając się, jak może pachnieć świeże jajko. Moje myśli
zaczęły błądzić, poczułam zapach mokrej ziemi przed chatą, dymu
sączącego się z komina. Później skupiłam się na czekającym mnie zadaniu.
Jack byłby skoncentrowany. Ja też będę.
Tutaj. Wśród mocnych zapachów stęchlizny pojawiło się coś nowego.
Miękkiego. Cichego. Nie poruszało się jak ciepłe kurczęta, ale trwało w bezruchu jak kamień w słońcu.
Nie otwierając oczu, ostrożnie przeszłam przez kurnik. Woń przypominała
czysty snop światła. Wyciągnęłam dłonie, dotknęłam palcami suchej trawy.
Jedna z kur otarła mi się o kolano i delikatnie ją odsunęłam. Opuściłam
rękę, szukałam. Tutaj.
Wyszłam z kurnika z jajkiem w uniesionej dłoni. Uśmiechałam się wesoło.
Byłam tropicielką zapachów. Tak samo jak Jack.
- Udało ci się! - powiedział z uśmiechem ojciec.
Znalazłam drugie jajko, tym razem szybciej, i ugotowaliśmy oba na
śniadanie.
- Jakie jest następne zadanie? - spytałam ojca. - To było zbyt proste.
Spojrzał na mnie z pochyloną głową.
- Powiedz, kiedy zacznie się wiosna - rzekł.
???
To zadanie wymagało wyjątkowej cierpliwości. Niedawno przyszła zima i wiosna była nieskończenie daleko. Wiedziałam, że znowu nadejdą ciemne,
deszczowe dni, będziemy mokrzy, zziębnięci, popsują nam się humory.
Czekają nas sztormy i wichury, w dach chaty będą uderzać ułamane gałęzie
drzew. Zima nie jest dobrą porą na poszukiwanie zapachów. Zimowe zapachy
mają w sobie coś smutnego, znikają przy ogniu albo kryją się pod
korzeniami drzew. Ale powtarzałam sobie, że Jack by się nie poddał.
Codziennie wkładałam kurtkę i wyruszałam na łowy.
W końcu odkryłam więcej zapachów, niż się spodziewałam. Kryły się w deszczu i mgle, można było je poczuć, jeśli zwracało się uwagę. Na
wyspie prawie nigdy nie padał śnieg, ale kiedy kończyły się chłody i przychodziły deszcze, czułam zapach życia pragnącego się odrodzić. Miało
w sobie coś ze wzbierającego przypływu. Słyszałam szept drzew: "Czy już
czas?".
Dni stawały się coraz krótsze, aż wreszcie wszystko się zmieniło i świat
ruszył w inną stronę. Nadchodziła zmiana - czułam jej aromat. Miałam
wrażenie, że wkrótce się obudzę po długim śnie. Zbliżało się
przesilenie, jak wtedy, gdy woda na chwilę nieruchomieje i przypływ
zmienia się w odpływ.
???
Pewnego ranka po przebudzeniu poczułam znajomy zapach wpadający przez
drzwi. Ojciec zawsze powtarzał, że moje urodziny przypadają pierwszego
dnia wiosny. Nie była to konkretna data, tylko wrażenie, że ciepła
ziemia budzi się do życia. Woń fiołków. Ojciec powtarzał, że w powietrzu
czuć zieleń. To, że czasami powraca zima, nie ma żadnego znaczenia;
tłumaczył, że to bardzo częste zjawisko. Mówił, że możemy obchodzić
początek wiosny wiele razy, ale ja chciałam to robić tylko raz w roku -
liczba kolejnych wiosen oznaczała mój wiek. Miałam jedenaście lat.
Wyczułam, że ojca nie ma w chacie. Po chwili usłyszałam jego kroki na
ścieżce. Towarzyszył im inny dźwięk, weselszy i szybszy. Zeszłam po
drabinie. Dźwięki rozległy się na ganku, a później zobaczyłam ojca
stojącego w drzwiach. Trzymał na sznurku piękną czarną kozę. Jedno
kopytko miała białe.
- Popatrz, kogo przyprowadziłem - powiedział, jakby koza była czymś
zupełnie zwyczajnym. Przebywaliśmy na niewielkiej wyspie otoczonej przez
morze. Nowe rzeczy docierały do nas za sprawą czarów w czarnych
plastikowych pudełkach. Tym razem widziałam przed sobą prawdziwą kozę, a ojciec nonszalancko trzymał ją na sznurku.
- Najlepsze życzenia z okazji urodzin! - rzekł.
Koza obserwowała mnie uważnie. Jej żółte ślepia były jasne, wesołe.
- Mam na imię Emmeline - powiedziałam, wychodząc na ganek. Koza uniosła
białe kopytko, jakby żądała, żebyśmy złożyli na nim pocałunek. Uklękłam
przed nią, ona zaś opuściła kopytko i pochyliła łeb. Musnęła nosem moją
dłoń. Pogłaskałam ją.
- Jest piękna jak Kleopatra - powiedział ojciec. Koza popatrzyła na
niego, przekrzywiając głowę.
- Kleopatra? Kto to? - spytałam, łagodnie gładząc sztywne, krótkie włosy
na szyi kozy.
Później ojciec opowiedział o władczyni dalekiego kraju sprzed wielu
wieków, która pływała statkami wypełnionymi płatkami róż i kąpała się w piżmie.
???
Kleopatra szybko stała się Kleo. Oba imiona pasowały. Była na tyle
młoda, że zdrobnienie nie wydawało się dziwne; ojciec mówił, że
zachowuje się jak królowa. Rządziła nami od samego początku. Ojciec
przygotował dla niej szopę, nazywał ją pałacem.
- Twoje zadanie polega na tym, by pokazać jej wyspę.
- Sama?
- Jesteś już wystarczająco duża. Teraz będziesz miała towarzyszkę,
prawda? - Uśmiechnął się. - Nic ci nie grozi. Tylko obiecaj, że nie
pójdziesz na plażę - dodał poważnie.
- Obiecuję - odpowiedziałam. Zamierzałam dotrzymać słowa. Myśl o tym, że
będę mogła chodzić po wyspie zupełnie sama z Kleo, wydawała się
wspaniała. Nie przejmowałam się zakazem odwiedzania plaży.
Później, kiedy kończyłam zbieranie żywności, pracę w ogrodzie albo
lekcje, wyruszałam na wycieczki z Kleopatrą. Na początku trzymałam ją na
sznurku, ale wkrótce stało się oczywiste, że pójdzie za mną - albo,
ściśle biorąc, ja pójdę za nią. Zawsze szła przodem, nie więcej niż
cztery kroki przede mną, oglądając się za siebie, by sprawdzić, czy jej
towarzyszę.
Starałyśmy się odkryć każdą ścieżkę na wyspie. Niektóre były ledwo
widoczne i nigdy wcześniej ich nie zauważyłam. Myślałam, że odkryłyśmy
wszystkie, ale pewnego dnia znalazłyśmy niewielkie wgłębienie w splątanej masie golterii rosnących między drzewami a morzem. Zwykle
przedostanie się między sztywnymi gałęziami byłoby niemożliwe bez
maczety, ale ktoś kiedyś wytyczył tam ścieżkę, w tej chwili ledwo
widoczną jako mniej zarośnięte miejsce. Kleopatra miała grubą skórę,
niewrażliwą na ostre brzegi liści, i pewnie stąpała między korzeniami.
Szła na przodzie i wydawało się, że ścieżka otwiera się przed nią.
Podążałam za nią, zaniepokojona, że utkniemy w krzakach i nigdy nie
odnajdziemy drogi do domu. Jednak Kleopatra była zdeterminowana i nie
mogłam bez niej zawrócić.
Po pewnym czasie usłyszałam w dali dźwięk fal uderzających w skały.
Wydawał się ostrzejszy, nie przypominał łagodnego plusku wody na piasku
laguny. Kleopatra i ja przedarłyśmy się przez ostatnią zaporę z krzaków
i znalazłyśmy się na nagim, szarym występie skalnym owiewanym przez
wiatr, mającym około trzech metrów szerokości. W górze rozciągało się
ogromne niebo. Ostrożnie zbliżyłyśmy się do krawędzi i popatrzyłyśmy na
horyzont z tysiącami innych wysp, a potem na wodę w dole.
Nigdy nie widziałam takiej panoramy. Nie umiałam sobie poradzić z otaczającą mnie przestrzenią. Miałam wrażenie, że za chwilę mnie
pochwyci, porwie. Cofałam się krok po kroku, aż uderzyłam piętami w szorstkie, wilgotne drewno. Obejrzałam się i zobaczyłam ławkę na skraju
lasu, prawie zwaloną na ziemię, zniszczoną przez deszcze i czas.
Uciekinier - pomyślałam.
Pochyliłam się i dotknęłam spróchniałej powierzchni, zastanawiając się,
co sprowadziło tego człowieka na wyspę, dlaczego tu przesiadywał i patrzył na to, co opuścił. Co widział na horyzoncie?
Kleopatra i ja siedziałyśmy przez długi czas na szczycie urwiska, po
czym wróciłyśmy ścieżką do chaty. Nie powiedziałam ojcu o swoim
odkryciu, bojąc się, że nie pozwoli mi pójść znowu w to miejsce. Nie
wiedziałam, co myśleć o urwisku. Zdawałam sobie sprawę, że ojciec nigdy
mi go nie pokazał, a wydawało się niemożliwe, by nie wiedział o jego
istnieniu. Ojciec wiedział wszystko.
Później ja i Kleopatra chodziłyśmy tam prawie codziennie; z czasem mój
początkowy lęk ustąpił miejsca ciekawości. Zabierałam ze sobą drugie
śniadanie i dzieliłam się nim z Kleopatrą. Siadałyśmy coraz bliżej
krawędzi, patrząc na ogromny ocean. Czasami widziałyśmy wieloryba, stado
lśniących delfinów albo brązowe pnie unoszące się w dali na wodzie -
wyglądały, jakby płynęły. Niekiedy mijała nas warcząca motorówka podobna
do gigantycznego rozgniewanego owada. Znałam te obrazy tylko z ilustracji w książkach ojca o nauce albo w zbiorach bajek. Na szczycie
urwiska granice między nauką i bajką się rozmazywały. Chowałam się przed
łodziami, pewna, że płyną nimi piraci.
Raz zauważyłam rudowłosego chłopaka stojącego na rufie kutra rybackiego.
Wydawał się młody, może w moim wieku. Wracałam na urwisko z Kleopatrą
przez cały następny tydzień, ale nigdy więcej go nie zobaczyłam.
Zastanawiałam się, gdzie mieszka.
Tego wieczoru przy kolacji spytałam ojca:
- Dlaczego mieszkamy na wyspie, tato? Dlaczego nie ma tu nikogo innego?
Odłożył widelec.
- Ludzie kłamią, ale zapachy nigdy, Emmeline - powiedział. Wydawało się,
że uważa to za wystarczające wyjaśnienie.
- Wszyscy kłamią? - dopytywałam się. - A Jack?
- Nawet Jack - odparł. Miał tak ponurą minę, że nie zadawałam następnych
pytań.
Właśnie wtedy zrozumiałam, że nigdy nie powiem ojcu o ścieżce na
urwisko. Miał swoje sekrety, ale ten należał do mnie.
???
Mijał czas. Zbliżała się kolejna wiosna. Skończyłam dwanaście lat, moje
nogi i ramiona stały się mocne i smukłe. Odwiedzaliśmy lagunę,
odkrywałam fontanny wody wyrzucane przez małże, kopałam w piasku i samodzielnie wydobywałam ukryte muszle. Potrafiłam rozpalić ogień za
pomocą wiertła łukowego i wysuszonego mchu, szybko oddzielać ostrym
nożem pąkle od skały. W tej chwili mój koszyk zawierał tyle samo
jedzenia co koszyk ojca. Coraz częściej wypełniałam go samodzielnie,
wracając z Kleopatrą z wypraw do lasu.
Chodziłyśmy po pniach przewróconych drzew. Wyciągałam ramiona w obie
strony, by utrzymać równowagę; Kleopatra stąpała pewnie, stawiając
kopytka blisko siebie. Chciałam dotrzeć jak najwyżej. Wspinałam się na
drzewa, gałąź po gałęzi, udając, że jestem Jackiem, tropicielem
zapachów. Czasami gdy siedziałam wśród konarów i słyszałam delikatny
szum igieł, docierały do mnie dziwne, niepokojące aromaty - ciepła woń
chleba pieczonego gdzieś w dali, lekki ciemny odór pozostawiany przez
kutry. Urywki historii, których ojciec nigdy mi nie opowiedział. Światy,
których nigdy nie zobaczę. Wyciągałam szyję, czując uginające się pode
mną gałęzie. Później byłam bardziej niespokojna, mocniej doskwierała mi
samotność, ale pod drzewem zawsze czekała na mnie Kleopatra.
Ojciec nauczył mnie pielęgnować jej kopytka i szczotkować sierść.
Uwielbiałam miarowo przesuwać dłoń po jej mocnym grzbiecie; w tym czasie
Kleo delikatnie gryzła mnie w rękę. Kończyłyśmy w ten sposób każdy
dzień. W nocy słyszałam w szopie meczenie; ojciec mówił, że kozy lubią
się do siebie przytulać niezależnie od pogody. Czekałam, aż ojciec
zaśnie w chacie, po czym schodziłam po drabinie, szłam do szopy i przytulałam się do Kleopatry, by się uspokoiła. Czasami zasypiałam i budziłam się dopiero o świcie.
Martwiłam się, że mnie i ojca dzieli coraz więcej sekretów. Było coś
wspaniałego w tym, że mogę oprzeć głowę o bok Kleopatry. Jej ciepłe,
jędrne ciało sprawiało, że ogarniało mnie szczęście. Miałam wrażenie, że
świat nie składa się tylko z dwojga ludzi. Więc się nie skarżyłam.
Zapachy
Kiedy skończyłam dwanaście lat i zima była jeszcze daleko, ojciec zrobił
się milczący, przestał opowiadać bajki. Nie pytał już, co ja i Kleopatra
znalazłyśmy w czasie wycieczek, nigdy nie mówił, czym się zajmował pod
moją nieobecność. Pewnego dnia zauważyłam, że po powrocie do chaty już
dawno nie widziałam na stole koszyka z nazbieranymi jagodami.
Byłam szczęśliwa z Kleopatrą i uważałam, że ojciec i tak mi nie powie,
co się dzieje, nawet gdybym zapytała. Aż wreszcie któregoś dnia weszłam
do chaty i zobaczyłam go stojącego przed otwartym piecykiem. Trzymał w ręku jeden z pachnących papierków. Na stole stała pusta buteleczka z czerwonym woskiem przylepionym do korka.
- Co robisz? - spytałam.
Zamknął drzwiczki piecyka i usiadł ciężko na ławie.
- Znikają - odpowiedział.
- Co znika?
- Zapachy.
- Daj mi powąchać. - Pomyślałam, że coś jest nie tak z jego nosem.
Uniósł papierek, ale niczego nie poczułam.
- Jak długo był poza buteleczką? - spytałam, próbując stosować zasady
naukowe, których mnie uczył.
- To bez znaczenia - odpowiedział. - Nic się nie zmieni. Sprawdzam je od
tygodni. Górny rząd prawie wyparował.
Na początku poczułam się oszukana: otwierał buteleczki beze mnie.
Później dotarło do mnie znaczenie jego słów - zapachy naprawdę znikały.
Pomyślałam o buteleczkach na górnych półkach, o ukrytych w nich
światach. Niektóre kojarzyły się z lataniem, inne z pływaniem, a jeszcze
inne przypominały objęcia najdelikatniejszych ramion, jakie byłam w stanie sobie wyobrazić. Zawsze uważałam, że rozmawiają ze sobą szeptem,
gdy śpię. Kiedy je ostatnio słyszałam? W tej chwili spędzałam prawie
każdą noc w szopie Kleo. Może papierki milczą już od długiego czasu?
Może się zastanawiają, gdzie jestem? Może dlatego znikają?
- Co zamierzasz zrobić? - spytałam ojca, wskazując piecyk.
- Spalić je - odpowiedział, w dalszym ciągu trzymając w ręku papierek.
Byłam zaszokowana tym pomysłem. Wydawał mi się barbarzyński.
- Dlaczego?!
- Niektóre z najdawniejszych zapachów stworzonych przez człowieka to
kadzidła - wyjaśnił. - Per fumare, przez dym. Rozmawiano w ten sposób
z bogami. Chcę uwolnić zapach, by wrócił do miejsca, w którym powstał.
- A jeśli uda się nam go odtworzyć? Czy Jack nie chciałby, żebyśmy
spróbowali?
Pokręcił głową.
- To niemożliwe.
Widziałam rezygnację na jego twarzy. Skapitulował przed czymś, choć nie
wiedziałam, co go pokonało. Rozumiałam tylko, że cierpi.
- Więc spalmy go - odezwałam się.
Podeszliśmy do piecyka, otworzyliśmy drzwiczki i staliśmy, patrząc na
ogień. Ojciec milczał, zamknął się na chwilę w sobie. Później wrzucił
papierek do ognia. Patrzyliśmy, jak płomienie obejmują brzegi, papierek
rozjarzył się i sczerniał. Dym, który się uniósł, był błękitny jak
niebo, morze, kolor oczu ojca. A później pojawił się aromat.
Był silny i wyrazisty, emanował energią, której nigdy nie miały w sobie
poprzednie zapachy. Nie przypominał okna pozwalającego na krótko zerknąć
na nowy świat. Widziałam rzeczywistość. Zamknęłam oczy i ściany chaty
znikły. Czułam słodką woń świeżo skoszonej trawy, słyszałam żywą rozmowę
kwiatów - woń była bujna i kremowa, ostra i intensywna, zamglona i miękka jak pamięć. Miałam wrażenie, że słyszę śpiew ptaków. Zapachy
ożywały w świetle słońca. Czułam je na skórze, otaczały mnie inaczej niż
ciepło piecyka. Stałam w środku, wdychając nowe aromaty, i nigdy
wcześniej nie odczuwałam takiego szczęścia.
Nie wiem, jak długo to trwało. Zapach powoli znikał, aż wreszcie znowu
pozostał tylko plusk deszczu i lekka woń tytoniu.
- Och - westchnął ojciec. Miał oczy wypełnione łzami. Sięgnął w stronę
ognia, jakby chciał wyjąć papierek, ale nic z niego nie zostało.
???
Później ojciec się zmienił. Buteleczki zawsze go fascynowały, ale utrata
tego papierka spowodowała, że coś się w nim załamało. W chacie wzrastało
napięcie, wyczuwałam ciężki, gorący zapach niepokoju. Obserwowałam oczy
ojca, gdy stale zerkał na górne półki. Chodziliśmy zbierać jedzenie, ale
wracaliśmy do chaty coraz wcześniej, zostawiając połowę na plaży.
Pewnego popołudnia ojciec zdjął kolejną buteleczkę zapieczętowaną
czerwonym woskiem i otworzył ją.
- W porządku - powiedział i uchylił drzwiczki piecyka.
???
Po spaleniu papierka uspokajał się na kilka dni, ale później wszystko
zaczynało się od początku. Palił papierki coraz częściej; napięcie
pojawiało się szybciej. Nim zdążyłam się zorientować, górny rząd
buteleczek zniknął. Martwiłam się, co się stanie, kiedy skończą się
zapachy przeszłości i pozostaną tylko wonie naszego życia.
- Dlaczego nie stworzymy nowych pachnących papierków? - spytałam. -
Moglibyśmy wynieść maszynę na zewnątrz. Kleo i ja znalazłyśmy ciekawe
miejsca. Pokażemy ci.
Byłam gotowa zdradzić wszystkie swoje sekrety, nawet urwisko z widokiem
na świat. Ojciec pokręcił głową.
- A gdybyśmy wyjęli papierek z jednej z tych buteleczek i stworzyli go
na nowo? - powiedziałam, wskazując trzeci rząd od góry. - Zaczęli
wszystko od początku?
Spojrzał na mnie i w jego oczach pojawiła się nadzieja. Przez chwilę
byłam Jackiem, tropicielem zapachów, odważnym, inteligentnym i przedsiębiorczym. Byłam Emmeline, córką, którą kochał nad życie.
- Dobrze - rzekł. - Spróbujmy.
Zdjął jedną z buteleczek i trzymał ją przez chwilę w dłoni. Później
zerwał pieczęć z czerwonego wosku, wykonując wyćwiczony ruch, który
dobrze znałam, i wyjął papierek znajdujący się w środku. Jak się
spodziewaliśmy, zapach był prawie niewyczuwalny, ale teraz mieliśmy
plan. Podeszliśmy razem do piecyka.
- Potrzymaj go - powiedział ojciec, wręczając mi papierek. Leżał na
mojej dłoni, lekki, skrywający niemą tajemnicę. Pozostała mu ostatnia
szansa, by do nas przemówić, jeśli nie zdołamy go znów schwytać.
Ojciec podszedł do maszyny. Otworzył wieczko, odsłaniając dziurki.
- Teraz - powiedział. Wrzuciłam papierek do ognia. Kiedy brzegi się
zapaliły i żar dotarł do środka, pojawił się zapach: ostra, soczysta
słodycz kwiatów, bogate, wilgotne ciepło. Ojciec nacisnął guzik i czekał
z niepokojem, aż z otworu maszyny wypadł nowy papierek. Potrząsnął nim
jak zawsze i trzymał go w wyciągniętej ręce, po czym dym się rozwiał.
Otworzył okna, by napełnić chatę świeżym powietrzem. W końcu uniósł
papierek i pociągnął nosem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki