Dziewczyna z wieży - Katherine Arden

Kup ebooka

35.90 zł
28.72 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Śmierć Śnieżynki

W Moskwie, tuż po zimowym przesileniu, ku ciężkiemu niebu unosił się dym z dziesięciu tysięcy pieców. Na zachodzie utrzymywała się jeszcze odrobina światła, na wschodzie jednak gromadziły się chmury, sine o zmierzchu i nabrzmiałe od niespadłego śniegu.

Gęstwinę lasu Rusi przecinały dwie rzeki. Moskwa leżała w ich rozwidleniu, na szczycie porośniętego sosnami wzgórza. Chałupy i cerkwie otaczały przysadziste białe mury, oblodzone wieże pałaców na tle nieba wyglądały niczym rozczapierzone palce. W miarę jak gasło światło dnia, na wieżach rozbłyskiwały wąskie okna.

Przy jednym z tych okien stała odziana z przepychem kobieta i patrzyła, jak blask ognia zlewa się z burzowym zmierzchem. Za nią dwie inne kobiety siedziały przy piecu i szyły.

- Olga w ciągu godziny już trzeci raz podeszła do okna - szepnęła jedna z nich. W półmroku błysnęły jej upierścienione dłonie, a olśniewający kokosznik odwracał uwagę od czyraków na jej nosie.

Tuż obok tłoczyły się dwórki, kiwając głowami niczym kwiaty. Pod zimnymi ścianami stały służące w chustkach na wiotkich ulizanych włosach.

- To przecież jasne, Darinko! - odparła druga kobieta. - Czeka na brata, tego szalonego mnicha. Ile czasu minęło, odkąd brat Aleksander wyruszył do Saraju? Mój mąż spodziewa się go od pierwszego śniegu. A teraz biedna Olga usycha z tęsknoty przy oknie. No cóż, powodzenia. Brat Aleksander pewnie leży martwy w zaspie - powiedziała to Jewdokia Dmitrijewa, Wielka Księżna Moskiewska. Suknię miała naszywaną klejnotami, usta niby pączek róży ukrywały kikuty trzech sczerniałych zębów. Podniosła głos, który przeszedł w pisk. - Wykończysz się, stercząc tak na wietrze, Olu. Gdyby brat Aleksander miał przyjechać, już by tu był.

- Zapewne masz rację - odparła Olga chłodno, odwracając się od okna. - Cieszę się, że tu jesteś i uczysz mnie cierpliwości. Może pokażesz mojej córce, jak powinna zachowywać się księżniczka.

Jewdokia zasznurowała usta. Sama nie miała dzieci. Olga urodziła dwoje i spodziewała się trzeciego przed Wielkanocą.

- Cóż to?! - wykrzyknęła nagle Darinka. - Słyszę jakiś hałas. Wy też słyszycie?

Na zewnątrz wzmagała się śnieżyca.

- To wiatr - stwierdziła Jewdokia. - To tylko wiatr. Głuptas z ciebie, Darinko. - Wzdrygnęła się jednak. - Olgo, poślij po więcej miodu, w tej komnacie jest zimno od przeciągów.

Prawdę powiedziawszy, w komnacie do szycia i robótek było ciepło - nie miała okien, nie licząc jednej wąskiej szpary, a ogrzewały ją piec i ciepło kobiecych ciał. Olga skinęła jednak na służącą, a ta zeszła po schodach w mroźną noc.

- Nie znoszę takich nocy - wyznała Darinka. Otuliła się szalem i podrapała czyrak na nosie. Wodziła wzrokiem od świecy do cienia i z powrotem. - W takie noce przychodzi ona.

- Ona? - spytała kwaśno Jewdokia. - Jaka ona?

- Jaka ona? - powtórzyła Darinka. - Czyżbyś nie wiedziała? - Spojrzała na Jewdokię z wyższością. - Ona jest duchem.

Dzieci Olgi, kłócące się przy piecu, przestały piszczeć. Jewdokia prychnęła wzgardliwie. Olga na swoim posterunku przy oknie ściągnęła brwi.

- Tu nie ma żadnego ducha - parsknęła Jewdokia. Sięgnęła po śliwkę w miodzie, ugryzła ją i przeżuła ze smakiem, po czym zlizała słodycz z palców. Ton jej głosu dawał do zrozumienia, że ten pałac raczej nie zasługuje na ducha.

- Ja ją widziałam! - zapewniła Darinka z urazą. - Widziałam ją, kiedy nocowałam tu ostatnio.

Szlachetnie urodzone kobiety, którym przeznaczone było żyć i umrzeć w wieżach, uwielbiały składać sobie wizyty. Od czasu do czasu spędzały noc jedna u drugiej, by mieć towarzystwo pod nieobecność mężów. Szczególnie upodobały sobie pałac Olgi - czysty, porządny, zamożny - zwłaszcza teraz, kiedy Olga była w ósmym miesiącu ciąży i nie opuszczała jego murów.

Olga skrzywiła się jeszcze bardziej, słysząc słowa Darinki, ta jednak, złakniona uwagi, paplała dalej.

- Było tuż po północy. Kilka dni temu. Tuż przed zimowym przesileniem. - Pochyliła się, a jej kokosznik niebezpiecznie się przekrzywił. - Obudziłam się... Już nie pamiętam, co mnie wyrwało ze snu. Jakiś hałas... - Olga prychnęła drwiąco. Darinka przeszyła ją wzrokiem. - Obudziłam się, a wokół panowały cisza i spokój. Przez szpary w okiennicach przenikał zimny blask księżyca. Wydawało mi się, że słyszę coś w kącie. Może chrobotanie szczura? - Darinka mówiła teraz ciszej. - Leżałam bez ruchu otulona kocami, ale nie mogłam już zasnąć. I nagle usłyszałam łkanie. Otworzyłam oczy i potrząsnęłam Nastką, która spała obok mnie. "Nastko, zapal lampę - poleciłam jej. - Ktoś płacze". Ale ona nawet nie drgnęła.

Darinka przerwała. W komnacie zapadła cisza.

- A wtedy - Darinka podjęła opowieść - ujrzałam światło. To była niechrześcijańska łuna, zimniejsza niż blask księżyca, zupełnie inna niż poświata bijąca od ognia. Ta łuna zbliżała się coraz bardziej i bardziej... - Darinka znów zamilkła. - I wtedy ją zobaczyłam - dokończyła szeptem.

- Ją? Kogo? Jak wyglądała? - ozwał się z tuzin głosów.

- Była biała jak kość - wyszeptała. - Miała zapadnięte usta, bez warg, a zamiast oczu czarne dziury gotowe pochłonąć cały świat. Wpatrywała się we mnie, a ja próbowałam krzyczeć, ale nie mogłam.

Jedna ze słuchaczek pisnęła, pozostałe złapały się za ręce.

- Dość - syknęła Olga, odwracając się od okna. To słowo przecięło narastającą histerię, zapadła nieprzyjemna cisza. - Straszysz mi dzieci - dodała.

Nie była to tak do końca prawda. Starsza, Masza, siedziała wyprostowana, a jej oczy błyszczały. Natomiast synek Olgi, Daniła, przywarł do siostry, cały drżący.

- A potem zniknęła - zakończyła Darinka, bezskutecznie siląc się na niefrasobliwość. - Pomodliłam się i znów zasnęłam.

Uniosła do ust kielich z miodem. Dzieci wpatrywały się w nią w milczeniu.

- Dobra opowieść - stwierdziła Olga nieco ostrym tonem. - Ale już dobiegła końca. Posłuchajmy innych bajek.

Podeszła do swojego miejsca przy piecu i usiadła. Blask ognia złocił jej warkocze. Na zewnątrz śnieg sypał gęsto. Olga nie spojrzała już w stronę okna, chociaż kiedy służące zamknęły okiennice, zesztywniała.

Dołożono polan do ognia, w komnacie zrobiło się cieplej i wypełniło ją łagodne światło.

- Może ty opowiesz bajkę, mamo?! - wykrzyknęła córka Olgi, Masza. - Opowiesz bajkę o czarach?

Przez komnatę przeszedł szmer entuzjazmu. Jewdokia zgromiła towarzyszki wzrokiem. Olga się uśmiechnęła. Chociaż była teraz księżną sierpuchowską, dorastała z dala od Moskwy, na skraju dzikiej puszczy. Znała dziwne opowieści z północy. Szlachetnie urodzone kobiety, spędzające życie między cerkwią, kuchnią i wieżą, ceniły wszelką odmianę.

Księżna przyjrzała się swoim słuchaczkom. Na jej twarzy wciąż widoczny był smutek, który czuła, stojąc samotnie przy oknie. Dwórki odłożyły igły i z ochotą usadowiły się wygodnie na poduszkach.

Na zewnątrz syk wiatru mieszał się z ciszą śnieżycy, która sama w sobie jest rodzajem dźwięku.

- Posłuchajcie zatem - zaczęła Olga, układając w głowie opowieść. - W pewnym księstwie, w małej wiosce w środku wielkiego lasu, żył sobie drwal z żoną. Mąż miał na imię Misza, a jego żona Alena, i oboje byli bardzo smutni. Bo chociaż modlili się żarliwie, całowali ikony i zanosili błagania, Bóg nie raczył obdarzyć ich dzieckiem. Czasy były ciężkie, a oni nie mieli potomka, który pomógłby im przetrwać srogie zimy.

Olga położyła dłoń na brzuchu. Jej trzecie dziecko - wciąż bezimienne i nieznajome - właśnie kopnęło.

- Pewnego ranka, po gęstych opadach śniegu, mąż i żona wybrali się do lasu, żeby narąbać drewna na opał. Gdy tak rąbali i układali drwa na stos, rozgarniali śnieg, tworząc zaspy, Alena, ot tak, zaczęła lepić ze śniegu bladą dziewczynę.

- Czy była tak ładna jak ja? - wtrąciła się Masza.

- To była dziewczyna ze śniegu - prychnęła Jewdokia. - Cała zimna, sztywna i biała. Ale - Jewdokia zmierzyła dziewczynkę wzrokiem - z całą pewnością była ładniejsza od ciebie.

Masza zarumieniła się i rozdziawiła buzię.

- No tak - podjęła pospiesznie Olga - to prawda, śnieżna dziewczyna była biała i sztywna. Ale była także wysoka i szczupła. Miała słodkie usteczka i długi warkocz, bo Alena rzeźbiła ją z uczuciem, wkładając w tę pracę całą swoją miłość do dziecka, którego nie mogła mieć. "Widzisz, żono? - odezwał się Misza, oglądając śnieżną dziewczynkę. - A więc jednak sprawiłaś nam córkę. Oto nasza Snieguroczka, Śnieżynka". Alena uśmiechnęła się, chociaż łzy napłynęły jej do oczu. I w tym właśnie momencie nagimi gałęziami zagrzechotał lodowaty podmuch wiatru, bo w pobliżu skrył się Morozko, demon mrozu, i obserwował małżonków i ich śnieżne dziecko. Niektórzy twierdzą, że zlitował się nad kobietą. Inni z kolei, że magia kryła się w jej łzach, którymi zrosiła Śnieżynkę, kiedy mąż nie patrzył. Tak czy owak, gdy Misza i Alena mieli już wracać do domu, twarzyczka śnieżnej dziewczynki zaróżowiła się, jej oczy pociemniały i oto w śniegu stała żywa panienka, goluteńka, jak nowo narodzona! Uśmiechnęła się do małżonków i oznajmiła: "Przybyłam tu, by zostać waszą córką. Jeśli mnie przyjmiecie, będę się o was troszczyć jak o własnych rodziców".

Małżonkowie wpatrywali się w nią najpierw z niedowierzaniem, a po chwili z radością. Alena z płaczem rzuciła się ku dziewczynie, ujęła ją za zimną rękę i poprowadziła do chaty.

Dni mijały w spokoju. Śnieżynka zamiatała, gotowała posiłki i śpiewała. Czasami jej piosenki były dziwne i wprawiały rodziców w zakłopotanie, jednak dziewczyna była miła i zręczna. Kiedy się uśmiechała, wydawało się, że to świeci słońce. Misza z Aleną nie mogli uwierzyć w swoje szczęście.

Księżyca przybywało i ubywało, aż wreszcie nastało zimowe przesilenie. Wioskę wypełniły zapachy i dźwięki: dzwonki sań i złote kołacze. Od czasu do czasu ludzie mijali chatę Miszy i Aleny, przybywając do wsi lub ją opuszczając. Śnieżynka obserwowała ich zza sągu drewna.

Pewnego dnia obok jej kryjówki przechodziła dziewczyna z wysokim chłopakiem. Trzymali się za ręce i uśmiechali do siebie, a Śnieżynkę zdumiał radosny żar bijący z ich twarzy.

Im dłużej się nad tym zastanawiała, tym mniej rozumiała, nie mogła jednak przestać o nich myśleć. Tak jak przedtem była zadowolona, tak teraz ogarniał ją coraz większy niepokój. Chodziła tam i z powrotem po izbie i zostawiała zimne ślady w śniegu pod drzewami.

Wiosna była już blisko, gdy pewnego dnia Śnieżynka usłyszała w lesie piękną muzykę. To młody pasterz grał na fujarce. Zafascynowana podkradła się bliżej i pasterz zobaczył bladą dziewczynę. A kiedy się uśmiechnęła, jego ciepłe serce podskoczyło ku jej zimnemu.

Mijały tygodnie i pasterz się zakochał. Śnieg miękł, niebo błękitniało, a Śnieżynka wciąż się zamartwiała.

"Jesteś ulepiona ze śniegu - upominał ją Morozko, kiedy spotykali się w lesie. - Nie możesz kochać i pozostać nieśmiertelna". W miarę jak zima się kończyła, demon mrozu słabł, aż był widoczny już tylko w najgłębszym leśnym cieniu. Ludziom wydawało się, że to zwykły wiatr w zaroślach. "Jesteś córką zimy i będziesz żyła wiecznie. Lecz jeśli dotkniesz ognia, umrzesz".

Miłość pasterza sprawiła jednak, że śnieżna dziewczyna stała się nieco wyniosła. "Dlaczego miałabym na zawsze pozostać zimna? - odparła. - Ty jesteś stary i nieczuły, ale ja stałam się teraz zwykłą dziewczyną, nauczę się, czym jest ten ogień".

"Lepiej trzymaj się cienia" - przestrzegł ją znowu.

Nadchodziła wiosna. Ludzie częściej opuszczali chaty, by zbierać młode listki w leśnych zakątkach. Pasterz zachodził raz po raz do izby Śnieżynki. "Chodź ze mną do lasu" - zachęcał, a ona wychodziła z cienia przy piecu i szła tańczyć z nim wśród drzew. Lecz chociaż tańczyła, jej serce nadal pozostawało zimne.

Śnieg zaczął topnieć na dobre, Śnieżynka zrobiła się blada i słaba. Zapłakana poszła do najciemniejszego zakątka lasu. "Proszę - powiedziała. - Chcę czuć tak jak ludzie. Błagam cię o to".

"Poproś zatem Wiosnę" - odrzekł niechętnie demon mrozu. Coraz dłuższe dni wycieńczyły go, był bardziej szumem niż głosem. Wiatr musnął policzek śnieżnej dziewczyny współczującym palcem.

Wiosna jest niczym dziewicza panna, stara i wiecznie młoda. Wokół jej silnych członków wiły się kwiaty. "Mogę dać ci to, czego pragniesz - rzekła. - Jednak z pewnością umrzesz".

Śnieżynka nic nie odpowiedziała i zapłakana wróciła do domu. Przez kilka tygodni nie opuszczała chaty, kryjąc się w cieniu.

Pewnego dnia młody pasterz zapukał do jej drzwi. "Proszę, skarbie - przemówił - wyjdź do mnie. Kocham cię całym sercem". Śnieżynka wiedziała, że gdyby chciała, mogłaby żyć wiecznie jako śnieżna dziewczyna w skromnej wiejskiej chacie. Ale... tam była muzyka. I oczy jej ukochanego.

Uśmiechnęła się więc, ubrała na biało-niebiesko i wybiegła z chaty. Kiedy dotknęły jej promienie słońca, z jej płowych włosów zaczęły spływać krople wody.

Poszła z pasterzem na skraj brzozowego gaiku.

"Zagraj mi na fujarce" - poprosiła.

Woda spływała coraz szybciej po jej rękach i dłoniach, po włosach. Choć twarz miała bladą, jej krew i serce były ciepłe. Młodzieniec grał na fujarce, a Śnieżynka kochała go i płakała.

Melodia dobiegła końca. Pasterz podszedł do ukochanej, by wziąć ją w ramiona, lecz kiedy wyciągnął do niej ręce, jej stopy się rozpuściły. Upadła na wilgotną ziemię i zniknęła. W słoneczny błękit nieba uniosła się lodowata mgiełka i chłopak został sam.

Po zniknięciu Śnieżynki Wiosna rozścieliła swój welon na całej ziemi i wszędzie zaczęły rozkwitać polne kwiatki. A pasterz czekał w leśnym mroku, opłakując utraconą miłość.

Misza i Alena także płakali. "To były tylko czary - Misza starał się pocieszyć żonę. - Nie mogły trwać wiecznie, bo ulepiłaś ją ze śniegu".

***

koniec darmowego fragmentuzapraszamy do zakupu pełnej wersji