Dziewczyna z warkoczami - Anna H. Niemczynow

Kup ebooka

39.90 zł
32.32 zł (31,02 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Obu­dziła się wcze­śnie, lecz po­sta­no­wiła jesz­cze nie wsta­wać. Le­żała i ro­biła "nic". Słod­kie bło­gie "nic", na które nie­wielu miało od­wagę so­bie po­zwo­lić. Ce­le­bro­wała chwilę, czu­jąc w niej swoją obec­ność. Każdy dzień za­czy­nała tak samo. Ska­no­wała ciało, sku­pia­jąc całą uwagę na po­szcze­gól­nych jego czę­ściach.

Dziś za­częła od stóp, po­tem łydki, ko­lana, uda, dłoń po­ło­żona na brzu­chu, drugą dłoń luźno uło­żyła wzdłuż ciała, ra­miona, barki, szyja, twarz. Trwało to za­le­d­wie kilka chwil, a zna­cząco pod­no­siło jej po­ziom ży­cio­wej ener­gii. Z za­mknię­tymi po­wie­kami wzięła głę­boki wdech, de­lek­tu­jąc się za­pa­chem bzu kwit­ną­cego w ogro­dzie jej ro­dzin­nego domu. Ktoś mu­siał otwo­rzyć okno w cza­sie, kiedy jesz­cze spała.

Wstała, wzięła orzeź­wia­jący prysz­nic i jak zwy­kle ubrała się z wy­szu­kaną fan­ta­zją. Splo­tła swoje gę­ste ja­sne włosy w dwa war­ko­cze, zro­biła de­li­katny ma­ki­jaż i zbie­gła szybko na dół.

W kuchni cze­kał na nią przy­go­to­wany przez matkę kok­tajl z ba­na­nów i mro­żo­nych tru­ska­wek. Upiła kilka ły­ków, za­krę­ciła bu­telkę i resztę wrzu­ciła do torby. We­szła do sa­lonu, aby tak jak zwy­kle uca­ło­wać tatę. Sie­dział w bu­ja­nym wi­kli­no­wym fo­telu i z nie­zmien­nym od lat za­cie­ka­wie­niem czy­tał co­dzienną prasę.

- Ład­nie wy­glą­dam? - za­py­tała.

- Wy­glą­dasz pięk­nie, có­reczko. Kwie­ci­sta spód­niczka ide­al­nie kom­po­nuje się z zie­lo­nymi pa­skami na two­jej bluzce. - Uśmiech­nął się.

- Trzeba mieć wła­sny styl, prawda?

- Na­tu­ral­nie, ni­gdy z niego nie re­zy­gnuj. Całe ży­cie ci po­wta­rza­łem...

- Wiem, wiem, trzeba po­zo­stać sobą, bez względu na to, co mó­wią inni - do­koń­czyła.

- No wła­śnie!

- Już bar­dziej nie można być osa­dzo­nym w so­bie, tatku.

- Osa­dzo­nym w so­bie? Coś ty znowu czy­tała?

- Sama to wy­my­śli­łam, do­bre, co? - Okrę­ciła się przed oj­cem, wi­ru­jąc mu przed oczami spód­nicą.

- O któ­rej wró­cisz?

- Tato, nie mam pięt­na­stu lat. Pro­szę cię, wy­lu­zuj tro­chę. Lada chwila skoń­czę stu­dia i ru­szę na pod­bój szcze­ciń­skich przed­szkoli. Będę miała pod sobą dzie­siątki dzieci, za które to JA będę od­po­wie­dzialna. JA we wła­snej oso­bie! Sły­szysz to? - Wska­zała pal­cami na sie­bie. - Chyba już pora, że­byś prze­stał mnie co­dzien­nie py­tać, o któ­rej wrócę, co? Może po­win­nam po­my­śleć o tym, aby się wresz­cie wy­pro­wa­dzić? Tylko że mi tak z wami cu­dow­nie. - Uśmiech­nęła się pod no­sem.

- Dla mnie za­wsze bę­dziesz małą dziew­czynką i obyś miesz­kała tu jak naj­dłu­żej. Mama przy­go­to­wała dla cie­bie ryż z wa­rzy­wami. Jest w ter­mo­sie. Weź, bę­dziesz miała na obiad. Po co masz jeść ja­kieś śmieci na mie­ście.

- Przy ma­mie nie da się jeść śmieci na mie­ście. Prze­cież wiesz. - Mru­gnęła. - Ko­chana ma­mu­nia wie, co jej có­reczka lubi naj­bar­dziej. No wła­śnie, a o któ­rej dziś wróci?

- Mó­wiła, że do­piero na ko­la­cję. Obie­cała upiec mi in­dyka.

- Jak obie­cała upiec in­dyka, to i ja się wpra­szam na ucztę.

- Na pewno się ucie­szy.

- Lecę, tatku, ko­cham cię, pa.

- Pa, cór­ciu. Uwa­żaj na sie­bie.

Edward Le­oń­ski był po­czci­wym męż­czy­zną w doj­rza­łym wieku. Do­cze­kał się przej­ścia na za­słu­żoną eme­ry­turę. Całe ży­cie po­świę­cił edu­ka­cji mło­dych le­ka­rzy. Wy­kła­dał ana­to­mię, był za­fa­scy­no­wany tą dzie­dziną. Przy każ­dej oka­zji po­wta­rzał, że ana­to­mia jest na­uką nie­zmienną. Nie ma moż­li­wo­ści, aby czło­wie­kowi na­gle ni stąd, ni zo­wąd uro­sło trze­cie ucho czy po­ja­wiły się dru­gie usta. Nie od­zy­wał się nie­py­tany, wo­lał słu­chać tego, co mó­wią inni, i ob­ser­wo­wać, w jaki spo­sób się za­cho­wują.

Je­dyną osobą, która z in­tro­wer­tycz­nego milczka zmie­niała go w de­mona dia­logu, była jego żona Laura. Po­znał ją w cza­sach, gdy sam był mło­dym dok­to­ran­tem. Stu­dio­wała sto­ma­to­lo­gię i pech chciał, że przez pe­wien czas była jego stu­dentką. Na po­czątku więc, z wia­do­mych przy­czyn, zmu­szeni byli ukry­wać swoje uczu­cie. Kiedy tylko świat udzie­lił im nie­pi­sa­nego przy­zwo­le­nia na za­le­ga­li­zo­wa­nie związku, bar­dzo szybko się po­brali. Nie za­le­żało im na ślu­bie z pompą. Nie było ważne, aby jedna czy druga ciotka zja­dła na ich we­selu ro­sół i ko­tleta scha­bo­wego tylko po to, aby po opusz­cze­niu im­prezy móc wszem wo­bec gło­sić, że da­nia były za słone. Lau­rze nie za­le­żało na bia­łej sukni z we­lo­nem i bu­kie­cie kwia­tów, który mia­łaby rzu­cić w roz­wrzesz­czany tłum po­ten­cjal­nych pa­nien mło­dych.

W so­bot­nie let­nie po­po­łu­dnie, w obec­no­ści ro­dzi­ców, dziad­ków oraz świad­ków w oso­bach dwójki ich naj­bliż­szych przy­ja­ciół przy­się­gli so­bie mi­łość aż po grób. Matka Laury po­go­dzona z tym, że córka nie chce hucz­nego we­sela, przy­go­to­wała w domu skromny po­czę­stu­nek. Gdy uro­czy­stość do­bie­gła końca i wresz­cie zo­stali sami, przy­tu­leni do sie­bie, roz­pra­wiali o wy­pra­wie do Włoch. Laura chciała sta­nąć bosą stopą na ziemi, która ca­łemu światu znana jest z mi­ło­ści. Nie gdzie in­dziej, jak wła­śnie w We­ne­cji, miał się po­cząć po­to­mek mło­dej pary.

Kiedy kurz opadł i za­częło się zwy­kłe co­dzienne ży­cie, oboje imali się róż­nych prac, które po­zwa­lały na za­osz­czę­dze­nie pie­nię­dzy nie­zbęd­nych do po­kry­cia wy­dat­ków po­dróży. Edward udzie­lał ko­re­pe­ty­cji z an­giel­skiego, a Laura opie­ko­wała się dziećmi są­sia­dów. Miesz­kali wów­czas w ma­łej ka­wa­lerce, którą Edward odzie­dzi­czył po zmar­łej babci. Po do­ko­na­niu opłat byli w sta­nie odło­żyć cał­kiem nie­złą sumę, aby wkrótce speł­nić swoje ma­rze­nie.

Wresz­cie się udało - po­je­chali do Włoch. Laura wie­rzyła w sym­bole, po­zo­stała ich fanką po dziś dzień. Wtedy no­siła na swo­jej szyi fi­gurkę Rei, bo­gini płod­no­ści, która miała jej po­móc w speł­nie­niu naj­więk­szego ży­cio­wego ma­rze­nia.

Z łajby We­ne­cja wy­glą­dała osza­ła­mia­jąco - Ca­nal Grande wcale nie śmier­dział, tak jak to opi­sy­wały prze­wod­niki, a może Laura, prze­siąk­nięta za­pa­chem Edwarda, nie czuła nic, co mo­głoby wpły­nąć ne­ga­tyw­nie na funk­cjo­nal­ność jej noz­drzy. Dzie­siątki róż­nych mo­stów, most­ków i kła­dek łą­czyły la­bi­rynty kli­ma­tycz­nych wą­skich uli­czek, a pod­świe­tlone nocą bu­dynki prze­ka­zy­wały oczom fa­scy­nu­jące ob­razy.

Kiedy wró­cili do ro­dzin­nego Szcze­cina, Laura była prze­ko­nana o tym, że lada chwila oznajmi mę­żowi ra­do­sną no­winę. Cze­kała, aż ich co­dzien­ność wy­pełni ktoś trzeci. Każda młoda matka na po­czątku z prze­ra­że­niem wy­glą­dała tego, jak zmieni się jej upo­rząd­ko­wane ży­cie, jed­nak jej to wcale nie prze­ra­żało. Nie mo­gła się wręcz do­cze­kać dni wy­peł­nio­nych po brzegi obo­wiąz­kami. Ten czas jed­nak nie nad­szedł.

W myśl za­sady, że do trzech razy sztuka, po­je­chali do Włoch jesz­cze dwa razy. Nie­stety ani We­ne­cja, ani Reja no­szona na szyi nie przy­nio­sły ocze­ki­wa­nego skutku. Laura nie mo­gła zajść w ciążę.

Nie chciała się le­czyć. Pod­dała się temu, co ofia­ro­wał jej los. Świa­do­mie do­ko­nała wy­boru o tym, aby wszystko działo się na­tu­ral­nie. Bez przy­mu­sza­nia i wy­mu­sza­nia, bez cią­głego ocze­ki­wa­nia i wy­cze­ki­wa­nia. Po­go­dziła się z fak­tem, że to nie jej czas i nie jej miej­sce na to, aby być matką. Edward za­ak­cep­to­wał de­cy­zję żony.

Wiele lat byli sami, aż wresz­cie w ich ży­ciu po­ja­wiła się Pau­linka. Spa­dła na nich tak nie­spo­dzie­wa­nie, jak bu­rza w cie­pły letni dzień. Nie mieli zbyt wiele czasu na za­sta­na­wia­nie się, czy spro­stają za­da­niu, ja­kie po­sta­wiło przed nimi ży­cie. Trud wy­cho­wa­nia za­wsze jest wy­zwa­niem dla każ­dego bez wy­jątku ro­dzica. Gdy zo­ba­czyli ją pierw­szy raz, za­ko­chali się w niej bez pa­mięci. Przy­się­gli wy­cho­wać ją w mi­ło­ści i spo­koju.

Wsia­dła do au­to­busu nu­mer sześć, który miał ją za­wieźć na uczel­nię. Dziś ostat­nie za­li­cze­nie i wresz­cie bę­dzie mo­gła bez reszty po­świę­cić się przy­go­to­wa­niom do obrony pracy ma­gi­ster­skiej. Stu­dia pe­da­go­giczne nie wy­ma­gały ogrom­nych na­kła­dów pracy, a ona ni­gdy nie na­le­żała do osób, któ­rym na­uka przy­cho­dzi­łaby z wiel­kim tru­dem.

- Dag­mara? Co ty tu ro­bisz? - Paulę za­sko­czył wi­dok przy­ja­ciółki pa­lą­cej pa­pie­rosa przed In­sty­tu­tem Pe­da­go­giki.

- Też się cie­szę, że cię wi­dzę.

- Rzuć wresz­cie to świń­stwo, za­pisz się na jogę, po­od­dy­chaj świe­żym po­wie­trzem. Nie można się truć całe ży­cie - po­uczała ją ni­czym matka. - Słu­chaj, a ty nie po­win­naś być te­raz na uczelni?

- Wy­lu­zuj, Paula. - Dziew­czyna zga­siła pa­pie­rosa stopą odzianą w dro­gie mar­kowe san­dały.

- W tej chwili to pod­nieś i wy­rzuć do śmiet­nika!

- Do­bra, już do­bra. Za ile koń­czysz?

- Do­piero przy­szłam. Mam ostat­nie za­li­cze­nie przed obroną. Nie po­trwa to długo, po­cze­kasz? Je­śli za go­dzinę wyjdę z piątką, to sta­wiam lody. Dziś sza­le­jemy na maksa, nie li­czymy ka­lo­rii. Zmó­wimy tylko wcze­śniej mo­dli­twę, oby nam po­szły w cycki.

- Ty to się chyba przed każ­dymi lo­dami mo­dlisz, co?

- Od przy­bytku głowa nie boli. - Wy­buch­nęły śmie­chem.

- Do­bra, po­cze­kam. Tyle że z lo­dów nici, chyba że ku­pimy je gdzieś po dro­dze. Mu­szę wra­cać do domu. Dziś przy­jeż­dża ja­kiś ko­lega ojca. Roz­wiódł się z żoną i po­trze­buje po­mocy. Bę­dziemy go po­cie­szać. Po­tań­czymy tro­chę na stole i ta­kie tam. - Mru­gnęła do przy­ja­ciółki.

- Niby że my mamy mu po­móc? Do­ro­słemu fa­ce­towi i to jesz­cze po roz­wo­dzie? Jak na­wa­rzył so­bie piwa, to niech te­raz je pije.

- Ty i te twoje ide­ały, Paula. Ży­cie nie za­wsze przy­nosi nam to, czego ocze­ku­jemy. Nie znasz go­ścia i już go oce­niasz. Mó­wiąc cał­kiem po­waż­nie, wpu­ścimy go tylko do domu, zro­bimy kawkę i zo­sta­wimy w spo­koju. Ma u nas po­miesz­kać przez chwilę, do­póki nie ułoży so­bie swo­ich spraw. Oj­ciec po­dobno jest mu wi­nien przy­sługę. Pro­sił, abym była dla niego miła. Gość jest biedny i po­trze­buje po­mocy.

- Dług wdzięcz­no­ści? Ech... ta­kie są naj­gor­sze. No do­bra, to po­cze­kaj tu na mnie. - Paula wy­pięła ty­łek w kie­runku przy­ja­ciółki, a ta kop­nęła ją tak mocno, że kwie­ci­sty ma­te­riał spód­nicy uro­czy­ście za­wi­ro­wał.

- Aua, to bo­lało!

- Nie ma­rudź, po­wo­dze­nia.

Sil­nik jego dro­giego sa­mo­chodu pra­co­wał w rów­no­mier­nym tem­pie. Szkoda było włą­czać ra­dio, któ­rego dźwięk za­kłó­ciłby moż­li­wość od­czu­wa­nia dźwię­ko­wych bodź­ców, pod­nie­ca­ją­cych zwłasz­cza męż­czyzn.

Wiele lat pra­co­wał na ten luk­sus i wresz­cie mógł so­bie na niego po­zwo­lić. Lata spę­dzone na uczelni przy­nio­sły mu upra­gnioną wła­dzę, która jest moż­liwa tylko w wy­padku dys­po­no­wa­nia od­po­wied­nią wie­dzą. "Cze­muś biedny? Boś głupi. Cze­muś głupi? Boś biedny". To przy­sło­wie to­wa­rzy­szyło mu przez całe ży­cie. Nie chciał być ani biedny, ani głupi. Chciał być kimś! Kimś może zo­stać tylko ktoś mą­dry i pra­co­wity. To, że udało mu się skoń­czyć stu­dia praw­ni­cze z wy­róż­nie­niem, nie było za­sługą jego lot­no­ści w przy­swa­ja­niu pa­ra­gra­fów. Był pra­co­wity do bólu. Pod­po­rząd­ko­wał swoje ży­cie temu, aby zy­skać sza­cu­nek i po­wa­ża­nie in­nych lu­dzi.

Po dziś dzień pa­mięta wstyd, jaki od­czu­wał, gdy tasz­czył pi­ja­nego tatę do domu. Rety, jak on wtedy śmier­dział! Fe­tor ojca prze­cho­dził na małe wy­chu­dzone ciało chłopca. Co z tego, że każ­dego wie­czora szo­ro­wał się gąbką za­mo­czoną w zim­nej wo­dzie. Tego odoru nie dało się zmyć sza­rym my­dłem, a na inne w domu nie było pie­nię­dzy. Matka pra­co­wała bar­dzo ciężko, a mimo to le­dwo wią­zali ko­niec z koń­cem. Po opła­ce­niu ra­chun­ków i dłu­gów za­cią­gnię­tych przez ojca nie­wiele zo­sta­wało im na ży­cie. Wresz­cie los się do nich uśmiech­nął i stary za­chlał się na śmierć. Gdy pod­czas po­grzebu otwo­rzono trumnę, a jego oczom uka­zał się trup ko­goś, kto po­wi­nien być dla niego wspar­ciem, nie czuł smutku, lecz ulgę. Miał czter­na­ście lat, a ży­cie roz­po­częło się dla niego wła­śnie wtedy. Od­tąd on był głową ro­dziny i nie za­mie­rzał wy­wią­zy­wać się z tej roli tak, jak jego po­przed­nik.

Dziś był do­ro­słym fa­ce­tem, jeź­dził wo­zem, na który nie­wielu było stać. Jego kan­ce­la­ria pro­spe­ro­wała do­sko­nale.

Wi­dok zza okna dro­giego auta był im­po­nu­jący. Warto prze­je­chać setki ki­lo­me­trów, aby cie­szyć oczy ob­ra­zami do­stęp­nymi z Mo­stu Dłu­giego. Ostatni raz był w Szcze­ci­nie wieki temu. Mimo że uro­dził się w tym mie­ście, zbyt­nio za nim nie tę­sk­nił. War­szawa speł­niła jego sen o wiel­ko­ści, po­chła­nia­jąc go przy tym bez reszty. Na płasz­czyź­nie za­wo­do­wej czuł się i fak­tycz­nie był wielki. Na grun­cie oso­bi­stym zo­stał z niego wrak czło­wieka. Ostatni raz uli­cami Szcze­cina po­ru­szał się tram­wa­jem. Wtedy nikt na niego nie zwra­cał uwagi. Dziś jego żółte lam­bor­ghini aven­ta­dor nie mo­gło prze­mknąć przez mia­sto nie­zau­wa­żone. Kiedy stał na czer­wo­nym świe­tle, stu­denci wy­cią­gali te­le­fony, aby zro­bić zdję­cie ma­szy­nie, któ­rej wła­ści­cie­lem był Mi­ko­łaj.

Pa­tryk to jego przy­ja­ciel z cza­sów szkol­nych i stu­denc­kich. Za­wsze so­bie po­ma­gali. Kiedy dziew­czyna Pa­tryka, Ha­nia, za­szła w ciążę, jego kum­pel był prze­ra­żony. Wszystko jed­nak po­zy­tyw­nie się uło­żyło i do dzi­siaj po­zo­stali w miarę zgod­nym mał­żeń­stwem. Ostatni raz wi­dział Dag­marę jako małą dziew­czynkę. Był nie­mal pe­wien, że jej nie po­zna. Gdyby wcze­śniej się po­sta­rał, dziś mógłby mieć córkę w jej wieku. Może na­wet star­szą?

Bez pro­blemu tra­fił pod wska­zany ad­res. Dom Pa­tryka roz­po­znał z da­leka. Tylko on wy­ło­żony był w ca­ło­ści klin­kie­rem, w któ­rego gład­kiej po­wierzchni od­bi­jały się pro­mie­nie wio­sen­nego słońca. Dach po­kry­wała ce­ra­miczna, po­dwój­nie an­go­bo­wana kar­piówka, a da­chowe okna uło­żone były w kształt wo­lego oka. Za­par­ko­wał przed bramą, wy­siadł z sa­mo­chodu i wci­snął gu­zik do­mo­fonu. Ka­mera w mig zlo­ka­li­zo­wała jego po­ło­że­nie. Uśmiech­nął się pod no­sem. Cały Pa­tryk.

Dag­mara, w ocze­ki­wa­niu na Paulę, uczyła się do ko­lo­kwium z prawa rzym­skiego. Stu­dio­wa­nie prawa przy­po­mi­nało mszę nie­dzielną pro­wa­dzoną przez nie­mego księ­dza. Jed­nak sta­ru­szek uwa­żał, że córka musi mieć do­brze płatny za­wód, który przy­nie­sie jej wol­ność fi­nan­sową i moż­li­wość de­cy­do­wa­nia o so­bie sa­mej.

- Zda­łam! - wrzesz­czała Paula, bie­gnąc do przy­ja­ciółki. Rzu­ciły się so­bie w ra­miona i za­częły pod­ska­ki­wać, pisz­cząc przy tym, jak małe dziew­czynki w pia­skow­nicy.

Wy­cho­dzący z bu­dynku eg­za­mi­na­tor, wi­dząc ra­dość dziew­czyny, zdjął na chwilę ma­skę ka­mien­nej twa­rzy i rzekł:

- Wi­dzimy się na obro­nie, pani Le­oń­ska.

- Oczy­wi­ście, pa­nie dok­to­rze, nie ina­czej. - Paula wy­pro­sto­wała się przed wy­kła­dowcą i za­sa­lu­to­wała.

- Na­wet nie wiesz, jak ci za­zdrosz­czę tego, że koń­czysz stu­dia. Ja jesz­cze cztery lata będę gniła w tych mu­rach na Na­ru­to­wi­cza.

- Nie ma­rudź, świet­nie ci idzie. Jak tam rzym­skie?

- Cał­kiem nie­źle. Mam szansę na zwol­nie­nie z eg­za­minu.

- No wi­dzisz? Bomba!

- Bomba to za­raz wy­buch­nie, jak za­dzwoni do mnie oj­ciec. Już od pół go­dziny po­win­ny­śmy być w domu. Ten bie­da­czek, który po­trze­buje schro­nie­nia, pew­nie sie­dzi pod na­szymi drzwiami i czeka, aż mu otwo­rzymy. Trzeba mieć li­tość dla bez­dom­nego. - Dag­mara otwo­rzyła swoje auto i po­cze­kała, aż Paula wsią­dzie.

Ja­dąc do domu, słu­chały gło­śno mu­zyki. W ra­diu le­ciała aku­rat pio­senka ze­społu Łzy. Wraz z wo­ka­listką śpie­wały na cały głos:

Szczę­ścia złap, ile mo­żesz, wy­peł­nij swoje serce,

wy­peł­nij swoje serce, wy­peł­nij swoje serce.

Po­tem zmie­szaj je z mi­ło­ścią i weź je w swoje ręce.

Daj in­nym jak naj­wię­cej, daj in­nym jak naj­wię­cej.

- Daga? Czym jest dla cie­bie szczę­ście?

- Co to za py­ta­nie? Bra­łaś coś dzi­siaj?

- Co to za py­ta­nie? - po­wtó­rzyła po­iry­to­wana Paula. - No, nor­malne. Py­tam się jak czło­wieka, czym jest dla cie­bie szczę­ście?

- To ja ci, czło­wieku, od­po­wiem, że ni­gdy się nad tym nie za­sta­na­wia­łam.

- Ja wręcz prze­ciw­nie. Bar­dzo czę­sto o tym my­ślę. Szcze­gól­nie wtedy, kiedy pa­trzę na swo­ich ro­dzi­ców. Wiesz, że oni chyba ni­gdy się nie po­kłó­cili? Nie­źle, co? Zo­bacz, ile roz­wo­dów do­okoła, a oni już tyle lat ra­zem. Nie wiem, jak to ro­bią. Może za­py­tam matkę, niech mi zdra­dzi kilka pa­ten­tów na udane mał­żeń­stwo. Wiem. - Unio­sła pa­lec wska­zu­jący. - Na­pi­szę ja­kiś po­rad­nik!

- Jak bę­dziesz miała szczę­ście, to ktoś go wyda i sta­niesz się obrzy­dli­wie bo­gata.

- Ty jak zwy­kle o jed­nym.

- No co? Przy­naj­mniej nie bę­dziesz miała ta­kiego pro­blemu, jak moja matka. Oj­ciec kie­dyś scho­wał jej kartę kre­dy­tową.

- Pie­nią­dze nie są naj­waż­niej­sze.

- Może i nie są, ale zo­bacz na tego bie­daka, przez któ­rego nie mo­żemy iść dzi­siaj na lody. Sie­dzi pew­nie przed do­mem, spa­ko­wany w nie­bie­ski wo­rek na śmieci i czeka, aż ja­kieś stu­dentki mu otwo­rzą. To jest do­piero że­nada. Tylko mi nie mów, że nie chcia­ła­byś być sławną au­torką be­st­sel­le­rów, mó­wią­cych lu­dziom, co ro­bić, aby ich ży­cie oso­bi­ste było udane. Gdyby taki fa­cet wziął twój po­rad­nik do ręki i prze­czy­tał w nim, że o żonę trzeba dbać, ku­po­wać jej kwiaty, pra­wić kom­ple­menty i pod żad­nym po­zo­rem nie za­bie­rać karty kre­dy­to­wej, to wszy­scy mie­liby lżej­sze ży­cie. Na­wet ty i ja.

- Mó­wisz o tym bie­daku? - Paula wska­zała wzro­kiem na męż­czy­znę, który wła­śnie wy­sia­dał z cze­goś, co praw­do­po­dob­nie słu­żyło mu za śro­dek trans­portu. Przy­glą­dał się psom są­sia­dów, ner­wowo bie­ga­ją­cym za me­ta­lo­wym ogro­dze­niem. Ich sierść ja­sno do­wo­dziła, że by­naj­mniej nie są kar­mione od­pa­dami z pań­skiego stołu.

Męż­czy­zna ubrany był w białą, nie­ska­zi­tel­nie wy­pra­so­waną ko­szulę, któ­rej górne gu­ziki po­zo­sta­wił roz­pięte. Je­ansy pod­kre­ślały umię­śnione po­śladki, zdra­dza­jąc, że jego ulu­bioną formą spę­dza­nia wol­nego czasu nie jest le­że­nie na ka­na­pie. Na no­sie miał ciemne oku­lary za­sła­nia­jące szczel­nie to, co dziew­czyna naj­bar­dziej chciała zo­ba­czyć. Cie­pły wiatr wplą­tał się w jego ciemne włosy, które gdzie­nie­gdzie świe­ciły srebr­nymi nit­kami.

- O, w mordę! Jaka ma­szyna.

- Uspo­kój się, bo po­my­śli, że sa­mo­chodu nie wi­dzia­ły­śmy.

- Nie mów, że wi­dzia­łaś kie­dyś taki sprzęt.

- Ochłoń, pro­szę cię. Nie za­uwa­ży­łam wcze­śniej, abyś była fanką mo­to­ry­za­cji.

- Od te­raz je­stem. - Wy­sia­dły z auta, aby przy­wi­tać się z go­ściem.

- Cześć, długo na nas cze­kasz? Prze­pra­szamy za spóź­nie­nie, ale ko­le­żanka zda­wała eg­za­min i tro­chę się to prze­cią­gnęło. Gdy­bym wie­działa, że przy­je­dziesz taką furą, po­cze­ka­ła­bym na cie­bie i ra­zem by­śmy ode­brali Pau­linkę z uczelni. To by do­piero było coś, pod­je­chać czymś ta­kim. Ca­łemu przy­szłemu "ciału pe­da­go­gicz­nemu" ga­cie spa­dłyby do ko­stek na wi­dok ta­kiej ma­szyny. Tak w ogóle, to Dag­mara je­stem. Jak dasz mi się prze­je­chać tym cu­dem, to po­zwolę ci mó­wić do sie­bie Daga. Wiem, że po­dobno kie­dyś już się po­zna­li­śmy, ale ja cię nie pa­mię­tam.

- Mi­ko­łaj. - Wy­cią­gnął rękę w jej stronę. - Ja rów­nież bym cię nie po­znał, Dag­maro. Zdaje się, że kiedy ostatni raz się wi­dzie­li­śmy, Hanka zmie­niała ci pie­lu­chy.

- No, no. Mamy nie ma w domu. Wy­je­chała na te­ra­pię. Ale po­znaj moją przy­ja­ciółkę, to jest Pau­linka.

- Przy­szłe "ciało pe­da­go­giczne"? - za­py­tał.

- Tak, za mie­siąc bro­nię dy­plom. Za­pew­niam pana, że moim ga­ciom trzeba znacz­nie wię­cej, aby opa­dły do ko­stek.

- Mów mi Mi­ko­łaj albo Miki. Jak chcesz i... nie śmiał­bym wąt­pić, że jest ina­czej.

- To co, za­pra­szam do środka. Otwo­rzę ci bramę i wje­dziesz na pod­jazd. Chyba le­piej, abyś nie zo­sta­wiał tu tej ma­szyny.

- Oko­lica wy­gląda na bez­pieczną.

- Strze­żo­nego pan Bóg strzeże, tata tak za­wsze mówi. Pa­kuj się do środka i za­par­kuj za mną. - Gu­zi­kiem pi­lota otwo­rzyła bramę.

Za­par­ko­wał do­kład­nie w tym miej­scu, gdzie mu ka­zała.

- Za­pra­szam do domu. Na­pi­jesz się z nami kawy?

- Chęt­nie. Po­zwo­lisz, że wy­cią­gnę od razu wa­lizkę? Chciał­bym tro­chę po­pra­co­wać, za­nim wróci twój oj­ciec.

- Ja­sne, po­kój dla cie­bie jest przy­go­to­wany. Za­bierz swoje rze­czy i roz­gość się. Czuj się jak u sie­bie w domu.

- Na wi­dok wa­lizki dziew­czyny wy­mie­niły po­ro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia. Per­fek­cyj­nie wy­ko­nany lo­uis vu­it­ton w ni­czym nie przy­po­mi­nał nie­bie­skiego worka na od­pady. Na­stała chwila mil­cze­nia.

- Czy coś nie tak? - za­py­tał.

- Nie, nie. Po pro­stu spo­dzie­wa­ły­śmy się ko­goś in­nego - rzu­ciła Dag­mara.

- Księ­ciem z bajki ra­czej nie je­stem. Je­śli was roz­cza­ro­wa­łem, to bar­dzo prze­pra­szam.

- Za­leży, kogo uznamy za księ­cia - po­wie­działa Pau­lina i chwilę póź­niej po­ża­ło­wała tych słów. Na szczę­ście udał, że ich nie sły­szy, lecz ona była nie­mal pewna, że sły­szał je wy­raź­nie.

Za­pach świeżo za­pa­rzo­nej kawy roz­no­sił się po domu. Mi­ko­łaj po­dzię­ko­wał za przy­ję­cie, po czym za­brał swój ku­bek i znik­nął za drzwiami po­koju, zo­sta­wia­jąc dziew­czyny same.

- Ja­kiś dzi­wak. Przy­je­chał i na­wet z nami nie po­roz­ma­wiał. My­śla­łam, że jak zro­bię tej kawy, to sią­dzie i po­wie o so­bie co­kol­wiek. A on nic! Wi­dzia­łaś to? Wi­dzia­łaś, jaką ma wa­lizkę?

- Wi­dzia­łam, drogą - rze­kła Pau­lina obo­jęt­nie. - Daga, jesz­cze przed chwilą by­łaś zła, że przez niego mu­simy wra­cać, a te­raz je­steś zła, że nie chce z tobą ga­dać. Chyba po­win­naś się cie­szyć, że nie zaj­muje ci cen­nego czasu. Mo­żemy je­chać na lody.

- Tylko krowa zda­nia nie zmie­nia. Te­raz je­stem cie­kawa, kim on jest. Oj­ciec ni­gdy o nim nie opo­wia­dał. Wiem tylko tyle, że ra­zem stu­dio­wali i że te­raz on ma kło­poty, więc po­trze­buje się od nich ode­rwać. Ty, ale przy­stojny co?

- Nie wiem. Nie zdjął na­wet oku­la­rów.

- Ja tam nie pa­trzy­łam na oku­lary. Dupkę ma za­wo­dową. Na pewno ćwi­czy albo biega. Kur­czę, ja też po­win­nam za­cząć się ru­szać. Jesz­cze chwila i moje po­śladki do­pad­nie gra­wi­ta­cja. Le­piej za­po­bie­gać niż le­czyć. Mu­szę się za sie­bie wziąć.

- Wpadł ci w oko?

- No, coś ty! Mógłby być moim oj­cem. Wolę mo­jego Miśka. Nie in­te­re­sują mnie bo­gaci nu­dzia­rze z pro­ble­mami.

- Prze­pra­szam, czy mógł­bym pro­sić o ręcz­nik? Chciał­bym się od­świe­żyć po po­dróży. Nie­stety nie mam wła­snego.

- Długo tu sto­isz? - za­py­tała Dag­mara.

- Nie wiem. - Skie­ro­wał wzrok na nad­gar­stek w po­szu­ki­wa­niu od­po­wie­dzi. - Ja­kieś trzy­dzie­ści se­kund?

- O trzy­dzie­ści za długo. Pro­szę, oto twój ręcz­nik. Rada na przy­szłość. Nie pod­słu­chuj mo­ich roz­mów.

- Prze­pra­szam. - Chwy­cił ręcz­nik prze­wią­zany czer­woną ta­siemką i znik­nął.

- Chyba nie by­łaś dla niego zbyt uprzejma. Nie są­dzę, aby sły­szał na­szą roz­mowę. Wiesz, jak by nie było, jest twoim go­ściem.

- Masz ra­cję. Może tro­chę prze­sa­dzi­łam. Po­sta­ram się być dla niego miła. Okay, skoro mój sza­nowny gość nie ma za­miaru z nami roz­ma­wiać, to może po­je­dziemy po Miśka i sko­czymy jed­nak na te lody?

- Chyba mu­szę już wra­cać. Tro­chę roz­bo­lała mnie głowa. To przez te emo­cje zwią­zane z eg­za­mi­nem. Przy­jadę ju­tro, do­brze? Nie gnie­wasz się na mnie?

- Chcesz mnie zo­sta­wić sam na sam z tym kimś, kto wła­śnie bie­rze prysz­nic? Je­śli okaże się za­wo­do­wym mor­dercą albo ja­kimś świ­rem psy­cho­patą, to bę­dziesz mnie miała na su­mie­niu.

- Je­śli byłby tym, za kogo go bie­rzesz, za­pewne te­raz sie­dzia­ły­by­śmy pod tym prysz­ni­cem ob­wią­zane grubą liną. Zmy­kam, ko­chana. - Przy­ja­ciółki na po­że­gna­nie wy­mie­niły ser­deczny uścisk, obie­cu­jąc so­bie wie­czorną roz­mowę te­le­fo­niczną.

Mi­ko­łaj, który wy­szedł spod prysz­nica, z da­leka przy­glą­dał się tej sce­nie z za­cie­ka­wie­niem. Dziew­czyna z dłu­gimi blond war­ko­czami do złu­dze­nia przy­po­mi­nała ko­goś, kogo kie­dyś znał. Ko­goś, przed czyim bal­ko­nem peł­nym pną­cych róż spę­dził wiele go­dzin swo­jego ży­cia. Nie­czę­sto wra­cał do tych wspo­mnień. Prze­glą­da­nie się w nich spra­wiało, że serce za­le­wała mu krew, a od­dech przy­spie­szał nie­na­tu­ral­nie. Zdą­żył już za­ko­pać w ciem­nym gro­bie uśpione de­mony prze­szło­ści. Przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wało. Jed­nak jedno spoj­rze­nie na tę dziew­czynę zmie­niło wszystko. Ję­zyk uwiązł mu w gar­dle, od­ma­wia­jąc po­słu­szeń­stwa. Był wdzięczny Dag­ma­rze, że jej pa­pla­nina wy­peł­niała nie­zręczną ci­szę.

"Moim ga­ciom trzeba znacz­nie wię­cej, aby opa­dły do ko­stek". "Za­leży, kogo uznamy za księ­cia". Dźwię­czało mu w uszach, nie da­jąc spo­koju. Od dawna nie ana­li­zo­wał słów wy­po­wia­da­nych przez ko­biety. Te­raz za­czął się za­sta­na­wiać. Umie­jęt­ność do­bie­ra­nia traf­nych sko­ja­rzeń była ce­chą, którą ostatni raz za­ob­ser­wo­wał w kimś, kogo ko­chał mi­ło­ścią pierw­szą, bez­gra­niczną i ufną do gra­nic.

Sternę Krze­mia­now­ską po­znał jesz­cze w pod­sta­wówce. Na­prawdę miała na imię Sta­ni­sława, lecz nie bar­dzo je lu­biła. Odzie­dzi­czyła je po swo­jej babci. Dzieci na­śmie­wały się z niej z tego po­wodu. "Sta­sia sra­sia", "Sta­sia kupa pta­sia" - to były naj­de­li­kat­niej­sze z okre­śleń, z któ­rymi spo­ty­kała się na co dzień. Jako dziew­czynka przej­mo­wała się tym ogrom­nie. Pró­bo­wała na­wet ku­pić ak­cep­ta­cję in­nych, przy­no­sząc do szkoły po­ma­rań­cze czy man­da­rynki przy­wie­zione przez jej ojca z da­le­kich po­dróży po świe­cie. Wtedy były ta­kie czasy, że nie można było ot tak, po pro­stu na­być tych owo­ców w skle­pie. Przez chwilę było do­brze, lecz kiedy tylko sma­ko­łyki się koń­czyły, znowu była "Sra­sią".

Ro­zu­miał ją do­sko­nale. Jemu ró­wie­śnicy rów­nież nie szczę­dzili wy­zwisk. Co prawda nie na­śmie­wali się z jego imie­nia, lecz z po­ce­ro­wa­nych ubrań, po­skle­ja­nych kil­ka­na­ście razy te­ni­só­wek, przy­krót­kich spodni i ka­na­pek z dże­mem. Za­ci­skał wtedy mocno pię­ści i przy­się­gał so­bie, że jesz­cze kie­dyś im po­każe, że jesz­cze kie­dyś to on bę­dzie górą.

Wspólna nie­dola po­łą­czyła ich pew­nego po­nie­dział­ko­wego wio­sen­nego po­ranka, kiedy to za­stał Sternę sie­dzącą na szkol­nych scho­dach, za­laną łzami. Pod­szedł i za­py­tał, co się stało. Dum­nie od­po­wie­działa, że nic ta­kiego i że dzię­kuje za tro­skę, ale sama so­bie po­ra­dzi. Już miał odejść, gdy za­uwa­żył, że w jej roz­pusz­czo­nych wło­sach jest coś, co przy­po­mi­nało kłę­bek wełny. Na­chy­lił się i do­strzegł ło­pian, skrzęt­nie wplą­tany w jej blond czu­prynę. "Kto ci to zro­bił"? - za­py­tał. "Ko­le­żanki" - od­po­wie­działa. - "Skoń­czyły mi się po­ma­rań­cze, na­stępne tata przy­wie­zie do­piero za kilka mie­sięcy, jak wróci z mo­rza. Nie mam już nic, czym mo­gła­bym prze­ku­pić dziew­czyny, aby wresz­cie prze­stały mi do­ku­czać" - Roz­pła­kała się jesz­cze bar­dziej. Przy­po­mi­nała małe, bez­bronne zwie­rzątko po­trze­bu­jące opieki. Mi­ko­łaj wy­jął z torby grze­bień, który za­pa­ko­wała mu matka, i po­woli wy­sku­bał dziew­czy­nie dziady z jej pięk­nych wło­sów.

Od tam­tego dnia byli nie­roz­łączni, a Sterna już za­wsze no­siła za­ple­cione war­ko­cze, aby nie ku­sić losu. Te­raz już śmiano się z ich obojga. "Za­ko­chana para Ja­cek i Bar­bara" - sły­szeli za sobą, gdy kro­czyli szkol­nym ko­ry­ta­rzem, trzy­ma­jąc się za ręce.

Mi­ko­ła­jowi po­do­bało się jej imię. Lu­bił zwra­cać się do niej "Sta­siu", lecz ona wo­lała, gdy na­zy­wał ją Sterną. Za­wsze chciała być wol­nym od ludz­kich uprze­dzeń pta­kiem. Od­kąd zo­stali parą, Mi­ko­łaj nie jadł już ka­na­pek z dże­mem. Sterna za­wsze przy­no­siła ja­kieś sma­ko­łyki przy­go­to­wane przez matkę. Suto wy­po­sa­żona śnia­da­niówka wy­star­czała, aby z po­wo­dze­niem naja­dło się z niej dwoje dzieci. Za­ko­chali się w so­bie i po­mimo skraj­nie mło­dego wieku byli prze­ko­nani, że spę­dzą ra­zem całe ży­cie.

Oj­ciec Sterny, do­wie­dziaw­szy się o uczu­ciu, któ­rym jego córka da­rzy ja­kie­goś "przy­błędę", prze­niósł ją do in­nej szkoły. Spo­ty­kali się więc po­ta­jem­nie jesz­cze przez kilka lat. Aż do dnia, gdy wszystko się wy­dało.

Mi­ko­łaj zdo­był się na od­wagę i po­sta­no­wił od­wie­dzić ojca dziew­czyny. Miał na­dzieję, że urlop, na któ­rym prze­by­wał wła­śnie męż­czy­zna, bę­dzie do­sko­na­łym mo­men­tem do roz­mowy. Jakże się my­lił... Trzy­ma­jąc dłoń na sercu, za­pew­niał, że ko­cha jego córkę mi­ło­ścią naj­praw­dziw­szą. Przy­się­gał opie­ko­wać się nią naj­le­piej, jak po­trafi. Obie­cał za­pew­nić jej godne ży­cie, pełne wy­gód i wszyst­kiego, czego tylko Sterna so­bie za­ży­czy. Nie­stety nie wy­padł zbyt prze­ko­nu­jąco. Nie­do­szły teść wy­rzu­cił go z domu, że­gna­jąc sło­wami: "Cóż syn pi­jaka i de­ge­ne­rata mógłby za­ofe­ro­wać mo­jej je­dy­nej córce? Wy­no­cha! I że­bym cię wię­cej tu nie wi­dział!".

Mimo że ich uczu­cie nie zo­stało po­bło­go­sła­wione, Mi­ko­łaj nie prze­sta­wał przy­cho­dzić pod bal­kon dziew­czyny. Ob­raz wy­ma­lo­wany z pną­cych róż i jej cia­sno za­ple­cio­nych war­ko­czy utkwił w jego pod­świa­do­mo­ści na za­wsze. Śnił o nim na ja­wie i za­sy­piał, ma­jąc go przed oczami. Sterna ucie­kała do niego ukrad­kiem, ofia­ru­jąc mu wy­rwane z rze­czy­wi­sto­ści mo­menty. Dzię­ko­wali Bogu, że miesz­kała na par­te­rze.

Pierw­szy raz ko­chali się w jej osiem­na­ste uro­dziny. Li­piec tego lata był wy­jąt­kowo cie­pły. Zro­bili to w domku na działce na­le­żą­cej do ro­dzi­ców Pa­tryka. Gdyby ktoś ka­zał mu wy­mie­nić naj­szczę­śliw­szy dzień z jego ży­cia, to wska­załby wła­śnie ten, w któ­rym po­czuł ją wszyst­kimi moż­li­wymi zmy­słami. Po­tem bu­jali się na ogro­do­wej ławce, je­dli ma­liny i roz­ma­wiali o przy­szło­ści. Świę­to­wali jej wej­ście w peł­no­let­niość oraz to, że Mi­ko­łaj wła­śnie do­stał się na prawo. Chciał zo­stać bar­dzo do­brym praw­ni­kiem. Wy­ko­ny­wa­nie tego za­wodu miało za­pew­nić im do­stat­nie ży­cie. Całe lato spę­dzili na tej działce, od­da­jąc się piesz­czo­tom wła­snych ciał. Uwiel­biał spra­wiać jej przy­jem­ność cie­le­sną i po­mimo braku do­świad­cze­nia sta­rał się być moż­li­wie jak naj­lep­szym ko­chan­kiem.

Cóż mógł jej wtedy ofia­ro­wać oprócz mi­ło­ści i na­pi­sa­nych od­ręcz­nie wier­szy? Je­den z nich cią­gle trzy­mał w ka­len­da­rzu. Nie zdą­żył jej go dać. Wtedy te słowa zna­czyły wszystko. Dziś były je­dy­nie skraw­kiem pa­pieru wy­per­fu­mo­wa­nego do­mieszką wspo­mnień, szczel­nie scho­wa­nych na dnie du­szy. Trzy­mał go w rę­kach i pa­trzył na niego wzro­kiem nie­wy­ra­ża­ją­cym zgody na de­cy­zję, którą pod­jęło za niego ży­cie.

Je­steś piękna!

Jak bar­dzo wio­senny, uśmiech Twój,

My­śli już nie moje - wszyst­kie bie­gną

do Cie­bie

Jak bar­dzo iskierki Twoje ku­szące

Emo­cje w du­szy grają ni­czym or­kie­stra cała,

dla Cie­bie

Jak bar­dzo ko­bie­cość Twoja roz­pala

W gło­wie szumi, serce rytm przy­spie­sza,

dla Cie­bie

Jak bar­dzo pra­gnę od­szu­kać Cię w ma­lin­kach.

By skraść choć jed­nego po­ca­łunku mio­dową sło­dycz

dla sie­bie

Ko­cham Cię, na za­wsze i do końca

Twój Mi­ko­łaj

Gdy skoń­czył czy­tać, wró­cił my­ślami do nowo po­zna­nej dziew­czyny. Ko­lor jej wło­sów sple­cio­nych w war­ko­cze, spo­sób po­ru­sza­nia się i mó­wie­nia do złu­dze­nia przy­po­mi­nał mu jego pierw­szą mi­łość. Tylko te oczy były inne. In­no­ści tej nie po­tra­fił na­zwać sło­wem. Co prawda, było mu dane pa­trzeć w nie tylko przez uła­mek se­kundy, a wy­star­czyło, by do­strzegł ta­jem­nicę, któ­rej po­zna­nie miało stać się ce­lem jego przy­szłego ży­cia.

Ile mógł mieć lat? Wy­glą­dał na za­dba­nego. Nie­prawda! On był za­dbany. Pie­kiel­nie za­dbany. Pau­lina od­na­wiała w my­ślach ob­raz nowo po­zna­nego męż­czy­zny. Jej wy­obraź­nia dzia­łała na naj­wyż­szych ob­ro­tach. Spę­dziła w jego to­wa­rzy­stwie za­le­d­wie pół go­dziny i to wy­star­czyło, aby jej wie­czór stał się nie­spo­koj­nym. Nie miała na­wet ape­tytu na in­dyka, któ­rego upie­kła mama, a prze­cież było to jedno z jej ulu­bio­nych dań. Ro­dzice wy­py­ty­wali, jak mi­nął dzień, co ro­biła i jak po­szło ostat­nie za­li­cze­nie. Ot, zdaw­kowa roz­mowa o wszyst­kim i o ni­czym.

Szczę­śli­wie do­trwała do końca po­siłku i wró­ciła do sie­bie na górę. Chciała za­dzwo­nić do Dag­mary, chciała na­wet do niej po­je­chać, aby jesz­cze przez chwilę móc na niego po­pa­trzeć. Zga­niła sie­bie samą za te my­śli. Pró­bo­wała prze­nieść swoją uwagę na pracę ma­gi­ster­ską, lecz... cią­gle wra­cała do punktu wyj­ścia.

Nie mo­gła so­bie da­ro­wać, że zro­biła z sie­bie taką idiotkę. Ten tekst o ga­ciach, a za­raz po nim ko­lejny, o księ­ciu, były to­tal­nie nie na miej­scu. To wszystko przez Dag­marę. Ona pierw­sza o tych ga­ciach za­częła ga­dać. Mo­gła cho­ciaż po­wie­dzieć, że majtki by dziew­czy­nom spa­dły, a nie ga­cie. Cho­ciaż co to za róż­nica, ga­cie czy majtki, skoro i tak na wy­war­cie pierw­szego wra­że­nia mamy po­dobno tylko je­de­na­ście se­kund. Do­brze, że przy­naj­mniej w ich trak­cie mil­czała jak grób. Może cho­ciaż to ją ura­to­wało?

Nie wie­działa dla­czego, ale za­le­żało jej, aby my­ślał o niej po­zy­tyw­nie.

Szkoda, że był roz­wie­dziony. Cie­kawe dla­czego? Może zdra­dzał żonę? Wcale by to jej nie zdzi­wiło. Wy­glą­dał jak mo­del z okła­dek "Men's He­alth". Nie są­dziła, aby ko­muś ta­kiemu ła­two było się oprzeć.

Kiedy Daga pa­plała trzy po trzy, za­chwy­ca­jąc się sa­mo­cho­dem, Pau­lina ska­no­wała cen­ty­metr po cen­ty­me­trze syl­wetkę nie­zna­jo­mego. Za­le­żało jej, aby za­pa­mię­tać jak naj­wię­cej szcze­gó­łów, cho­ciaż wie­działa, że roz­wie­dziony męż­czy­zna nie jest szczy­tem jej ma­rzeń. Chciała nor­mal­no­ści, a nie te­le­fo­nów od by­łej żony ani wi­zyt dzieci z po­przed­niego mał­żeń­stwa.

Za­wsze po­do­bali jej się starsi męż­czyźni. Ró­wie­śnicy ni­gdy nie byli zbyt in­te­re­su­jący. Bo o czym tu roz­ma­wiać z kimś, kto fa­scy­nuje się naj­now­szą kon­solą do gier? Ich in­fan­tyl­ność spra­wiała, że po dwóch, góra czte­rech rand­kach re­zy­gno­wała z po­głę­bia­nia zna­jo­mo­ści.

W su­mie to miała tylko je­den po­waż­niej­szy zwią­zek - z Wojt­kiem. Było im na­prawdę do­brze do mo­mentu, kiedy żona Wojtka po­sta­no­wiła od­wie­dzić ga­bi­net jej matki. Mama pło­nęła na sto­sie wy­mow­nych spoj­rzeń swo­ich pa­cjen­tów, kiedy ta z dziec­kiem na ręku bła­gała ją, aby prze­mó­wiła do ro­zumu wła­snej córce. Matka z god­no­ścią wy­trzy­mała pu­bliczne po­ni­że­nie, jed­nak kiedy wró­ciła do domu, od­biła so­bie wszystko z na­wiązką. Wrzesz­czała, jakby ktoś ob­le­wał ją go­rą­cym wo­skiem. Pra­wie tak gło­śno, jak wtedy, gdy mała Pau­linka we­szła na nie­za­bez­pie­czony ba­rier­kami ta­ras są­sia­dów, z tą tylko róż­nicą, że tym ra­zem nie prze­bie­rała w sło­wach. Pra­cow­nicy bu­dow­lani z kil­ku­na­sto­let­nim sta­żem mo­gliby się od niej uczyć.

Póź­niej na­stą­piły ci­che dni. Dziew­czyna prze­ko­ny­wała matkę, że o ist­nie­niu żony nie miała po­ję­cia.

Woj­tek na­uczył ją wiele. Udzie­lona przez niego lek­cja ży­cia za­pa­dła jej w pa­mięć już na wieki. Nie chciała męż­czy­zny z prze­szło­ścią. Jed­nak zna­le­zie­nie ko­goś, kto speł­niałby jej wy­ma­ga­nia, było tak samo praw­do­po­dobne, jak kupno trzy­dzie­stego pierw­szego grud­nia sza­ło­wej su­kienki na za­bawę syl­we­strową.

Od dwóch lat była sama. Nie na­rze­kała na brak za­jęć, ale gdzieś tam na dnie serca od­zy­wały się skry­wane pra­gnie­nia o mi­ło­ści. Gdy pa­trzyła na Dagę i Miśka, za­zdro­ściła im ich re­la­cji. Byli jak Fiona i Shrek z ani­mo­wa­nego filmu dla dzieci. Zresztą by­wało, że tak też się do sie­bie zwra­cali.

Włą­czyła kom­pu­ter, aby na­nieść po­prawki do pracy ma­gi­ster­skiej. Ju­tro miała ostat­nie kon­sul­ta­cje ze swoją pa­nią pro­mo­tor. Lada chwila się obroni, prze­żyje ostat­nie bez­tro­skie wa­ka­cje i trzeba bę­dzie po­szu­kać ja­kiejś pracy. Ro­dzice cały czas na­ma­wiali ją, aby roz­po­częła ko­lejne stu­dia, tym ra­zem sto­ma­to­lo­gię. Uwa­żali, że zbyt szybko zre­zy­gno­wała z ma­rzeń o by­ciu le­ka­rzem. Za­bra­kło jej tylko dwóch punk­tów, aby stać się po­sia­daczką in­deksu Po­mor­skiego Uni­wer­sy­tetu Me­dycz­nego w Szcze­ci­nie. Może warto było te ma­rze­nia od­świe­żyć? Może ro­dzice mieli ra­cję?

Stała pod prysz­ni­cem i usi­ło­wała zmyć z sie­bie wra­że­nia prze­ży­tego dnia. Mię­dzy jedną a drugą my­ślą po­ja­wiały się te o do­piero co po­zna­nym męż­czyź­nie.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki