ROZDZIAŁ 2
Awanse twojego ojca zaczęły się od codziennej dostawy świeżych kwiatów z oranżerii, począwszy od poranka nazajutrz po tym, jak zostaliśmy sobie przedstawieni.
Pewnego dnia nauczę cię języka kwiatów, mój kochany. Pokażę ci, jak już jako dżentelmen będziesz mógł zainicjować swoje zaloty kwiatową wiadomością subtelnie nieoczywistą, nieoznaczającą nic poza sugestią: tak, dostrzegłem cię. Może żółte róże w paprociach lub obfity bukiet fiołków. Prosty korsaż, coś skromnego i łatwego do wpięcia, jeśli młoda dama sobie tego zażyczy. Na tym etapie zawsze wybieraj kwiaty zarówno słodkie, jak i nieprzesadne - takie, za które żadna porządna matka nie mogłaby się obrazić.
Dopiero później (po upływie nie mniej niż czterech tygodni herbat, pikników i kotylionów, i zanim jękniesz, uwierz mi, że wiem, jak bardzo jest to uciążliwe) możesz przejść do kwiatów bardziej okazałych. Gardenie - perłowe i odurzające. Goździki - brzoskwiniowe, cytrynowe i wiśniowe. Zbyt wielu ludzi (zwłaszcza Europejczyków) uważa goździki za nic innego, jak tylko wulgarną amerykańską słabość, ale moim zdaniem nie ma kwiatu bardziej złożonego, pysznego, wyszukanego i wykwintnie pachnącego niż goździk.
Zatem. Po miesiącach zalotów w końcu możesz rozważyć wysłanie czerwonych róż, ale tylko jeśli twoje intencje będą prawdziwie szczere. Czerwone róże niosą ze sobą tylko jeden komunikat. Nie zostanie ci wybaczone, jeśli wyślesz je do nieodpowiedniej kobiety.
Po różach - po zdobyciu serca - co pozostanie? Orchidee.
A kiedy czas się dopełni, ufam, że kobieta, którą pokochasz, opowie ci o nich.
Lipiec 1910
Bar Harbor, Maine
Ceglano-cedrowe więzienie, które było letnią rezydencją Force'ów, mogło uchodzić za metaforę całego życia Madeleine: ciasne, eleganckie, szczelnie zamknięte. Chociaż posiadłość nie przypominała słynnych rozległych "domów letniskowych" znajdujących się przy Alei Milionerów, nie było ani jednego aspektu tego domu, który nie byłby doskonale odpowiedni i doskonale przewidywalny: kilka obrazów Starych Mistrzów na ścianach, fresk trompe l'oeil w jadalni (Persefona trzymająca w dłoni owoc granatu), dywany Aubusson, nieskazitelny połysk tekowej poręczy wieńczącej balustradę, która osłaniała schody. Niewielkie wychodzące na ocean okna nigdy nie wpuszczały do środka zbyt wiele światła ani wiatru.
Wszystko w domu Force'ów i w świecie Madeleine Force było dokładnie takie, jakie powinno być, i dokładnie takie, jakie zawsze będzie. Odkąd sięgała pamięcią, nie dokonano ani jednego ulepszenia, z wyjątkiem krzeseł z epoki Ludwika XVI złoconych techniką ormolu, które jej matka przywiozła z Paryża trzy lata temu, ponieważ ich satynowe siedziska w kolorze żurawiny pasowały do bieżnika w foyer.
Aż dziw brał, że Madeleine zdołała się w tych murach zmienić, rozwinąć - od niemowlęcia, przez dziecko, do młodej kobiety. Zdawało się jej, że jest dorosła; mimo tego, co widziała w lustrze, niekiedy przychodziło jej to do głowy. Pokoje i korytarze wydawały się bardziej klaustrofobiczne niż przed laty, ale poza tym świat w jej oczach zawsze wyglądał tak samo.
Tymczasem kula ziemska obracała się wokół własnej osi, a pory roku płynnie przechodziły jedna w drugą jak woda sunąca po gładkim, stabilnym dnie strumienia.
Nastała pełnia lata, tygodnie się dłużyły i mieniły w upale, gdy mieszkańcy domów letniskowych zjechali do Bar Harbor, a w okolicy zrobiło się gęsto od jachtów, słomkowych kapeluszy i zwiewnych białych lnów. Senne sklepiki, wyczekujące klientów przez całą zimę, nagle zapełniły się gośćmi; wzdłuż całej Main Street wesołe banery łopotały na wietrze, zawiadamiając o dostawie świeżych małż, importowanych cygar lub ekskluzywnych paryskich sukien - w sam raz na popołudniową herbatkę. Rzecz jasna, w Newport mieszkały matrony zabarykadowane w swoich marmurowych pałacach, ale w Bar Harbor w ciepłych miesiącach można było spotkać nieco bardziej otwarte i śmiałe towarzystwo.
I, jak to miało miejsce od czasu debiutu Katherine, śniadanie w domu Force'ów (czy to w Bar Harbor, czy w Nowym Jorku) regularnie przerywały dostawy kwiatów, które ich lokaj rozmieszczał strategicznie, niczym klejnoty, w różnych punktach jadalni.
Różowy groszek przy naczyniu do gotowania jajek z masłem. Rubinowe dalie na drugim końcu kredensu. Cynie, nagietki i hiacynty rozmieszczone równo między perłowymi figurkami na półce kominka. Bliźniacze bukiety róż (jeden kremowych, drugi kanarkowych) w kryształowych misach przy solniczkach.
Do każdego bukietu był dołączony liścik, który ostrożnie wyjmowano i przekazywano siostrze Madeleine, a ta przez cały czas trwania posiłku trzymała je wszystkie na stosiku przy swoim pucharku z wodą. I chociaż żaden z jej adoratorów nie dzwonił przed południem - Madeleine domyślała się, że zapewne o tej porze jeszcze śpią - Katherine ubierała się tak, jakby w każdej chwili ktoś mógł wyłonić się niespodziewanie z bocznego holu lub salonu, żarliwie domagając się następnego tańca.
Katherine już przy śniadaniu spowijały koronki i szyfony, twarz miała upudrowaną i doskonałą. Katherine na lunchu wyglądała zniewalająco, a na kolacji oszałamiająco. Krótko mówiąc, zawsze prezentowała się zjawiskowo i nie było zaskoczeniem dla Madeleine, że kwiaciarnie w mieście miały tyle zleceń z jej powodu.
Choć Madeleine cieszyła się z naręczy świeżych kwiatów, które rozjaśniały pogrążony w ołowianym półcieniu pokój, zdążyła już do nich przywyknąć. Właściwie już nie podnosiła wzroku, gdy w pobliżu pojawiała się kolejna pomysłowa kwiatowa aranżacja.
Tymczasem przy jej talerzu leżała pojedyncza karteczka w kolorze kości słoniowej. Jej talerzu.
Patrzyła na nią, pochylając głowę, a jej filiżanka café au lait zatrzymała się w połowie drogi do ust.
- Panienko - wybąkał lokaj i wycofał się w mrok.
Madeleine odstawiła filiżankę na spodek.
- Od kogo? - zapytała Katherine i wzięła łyk kawy.
Odręcznym pismem w kolorze indygo napisano:
Bratki, by karmiły myśli[3].
- JJA
Przez moment nie mogła się poruszyć. Doznała upojnego uczucia bezwładnego spadania z dużej wysokości. Po chwili zamrugała i rozejrzała się, a jej wzrok przykuł mały wazonik na kredensie, stojący akurat w jednym z nielicznych promieni słońca wpadających do jadalni. Fioletowe krawędzie płatków lśniły tak subtelnie i zarazem wyraziście, jakby ktoś zanurzył je w cukrze.
- Maddy, od kogo to jest? - ponowiła pytanie Katherine, skupiając się na swoich jajkach.
- Od pułkownika Astora - odpowiedziała Madeleine.
Katherine uniosła brwi. Ojciec opuścił gazetę. Matka wzięła głęboki wdech. Bez słowa wyciągnęła rękę po kartkę. Z poczuciem zerwania się z niewidzialnych łańcuchów, jakby wskutek działania samej grawitacji, Madeleine wstała, obeszła stół i podała jej arkusik.
- Wielkie nieba - wykrztusiła matka, oglądając dokładnie bilecik, jakby gdzieś na marginesach pozostawiono ukrytą wiadomość. - Co to ma znaczyć?
- To z Hamleta. To nawiązanie do kwestii, którą wygłasza Ofelia. - Wzięła oddech, zastanawiając się, czy powietrze też nagle zaczęło smakować słodko, czy był to tylko wytwór jej wybujałej wyobraźni. - Mówiłam ci, że zostaliśmy sobie przedstawieni wczoraj wieczorem, pamiętasz?
- Powiedziałaś mi, że po prostu zostałaś mu przedstawiona pośród tłumu za kulisami. Założyłam, że był tam, aby pogratulować występu wszystkim.
Madeleine potrząsnęła głową.
- Prawie nie rozmawialiśmy. Uścisnęliśmy sobie dłonie. To wszystko.
- Coś podobnego - zdumiała się Katherine i wychyliła mocno ponad stołem, by wyciągnąć bilecik z matczynej dłoni. Szyfonowe fałdy jej porannej sukni opadły niebezpiecznie blisko jej talerza z jajkami. - To musiał być porażający uścisk dłoni.
- Przypuszczam, że posłał kwiaty wszystkim dziewczętom z obsady - skwitowała Madeleine. Miała na sobie muślinową suknię w kolorze écru - cienką, powabną, codzienną. Między dwoma palcami potarła plisę sukni. - Prawdopodobnie to tylko uprzejmość.
Katherine stuknęła krawędzią bileciku od pułkownika o połyskujący blat, po czym przesunęła go z powrotem w stronę Madeleine.
- Siostrzyczko, z całą pewnością nie jesteś tak naiwna.
Nie. Nie była.
Sztuka opanowania - ta klasyczna i powściągliwa cecha prawdziwej damy, przynajmniej według matki - nigdy nie była mocną stroną Madeleine. Wydawało się jej, że pozostawanie przez pewien czas w bezruchu, w tym samym miejscu, przystoi jedynie ofiarom polowań. Kiedy pewnego dnia powiedziała to na głos podczas lekcji dobrych manier w szkole panny Ely, jej nauczycielka odparła, że z pewnością nie ma lepszej ofiary polowania od młodej, urodziwej dziedziczki.
Punkt dla niej.
Tak też w głębi serca Madeleine mogła jedynie podziwiać posłuszeństwo swoich rówieśniczek, tych dziewcząt, które potrafiły pozostawać w niezmąconym spokoju, które nigdy nie podnosiły głosu, których spódnice nigdy nie drżały poruszane przez niespokojne stopy, których włosy nigdy nie były potargane, a biżuteria nigdy się w nie zaplątywała. Zastanawiała się, czy zasypiają w taki sam sposób, z opanowanym i przyjemnym wyrazem twarzy, rękami ułożonymi starannie na brzuchu i złączonymi nogami.
Madeleine pragnęła galopować, a nie kłusować. Chciała czuć promienie słońca na twarzy, wiatr mierzwiący jej włosy, nie pragnęła wygodnego, bezpiecznego dostatku salonów, spotkań przy herbacie i wieczornych soirées.
A jednak.
Kolacja na świeżym powietrzu w posiadłości o wdzięcznej nazwie Beau Desert widniała w kalendarzu Force'ów od tygodni. Było to jedno z bardziej pożądanych zaproszeń w sezonie. Madeleine wiedziała, że nie ma żadnej wymówki, dzięki której zdołałaby jej uniknąć. Może z wyjątkiem śmierci. Popołudniowe smugi niskich, połyskujących słonecznym światłem chmur płynęły po niebie, by wreszcie całkiem zniknąć. Im bliżej zachodu słońca, tym horyzont stawał się bardziej pusty, klarowny, świetliste niebo stapiało się z ciemną zatoką. W oddali Porcupine Islands mieniły się zielenią i ochrą oraz tuż nad wodą aksamitną czernią.
Wspaniały ogród Beau Desert ze starannie zaprojektowanymi żwirowymi ścieżkami w kształcie muszli, łagodnie kołyszącymi się kwiatami i aromatycznymi ziołami, wyszykowano specjalnie na ten wieczór. Serwowano na srebrnych tacach kieliszki szampana i zimne przekąski oraz sprowadzono trio koncertujące w altanie położonej wśród sosen. Papierowe lampiony zdobiły niebo nad głowami gości, żarzące się węgliki, niczym kapryśne ogniki, kołysały się delikatnie poruszane wiatrem.
Stoły, przystrojone w adamaszek i delikatną porcelanę, ustawiono na szczytach rozrzuconych po ogrodzie prostokątów, owali i kwadratów trawy otoczonych ścieżkami. (Przewidując gąbczastą strukturę trawnika, matka nalegała, byśmy wszyscy włożyli pantofle na niskim obcasie). Gdy zapadał zmierzch, kobiety w jasnych jedwabnych płaszczach i mężczyźni w białych krawatach sunęli wśród drzew i kwiatów, podchodząc do siebie i rozchodząc się, niczym duchy, pozostawiając po sobie tylko echo ciepłych głosów i przytłumionego śmiechu.
Mimo papierowych lampionów ogród skrywał mnóstwo ciemnych zakamarków. Matka i ojciec stali przy trejażu oplecionym przez wiciokrzew, popijając szampana z gospodarzami, lecz niespełna pięć minut po ich przybyciu Madeleine straciła z oczu siostrę. Kiedy widziała ją po raz ostatni, Katherine zmierzała z dwoma adoratorami pod ramię w stronę różanego labiryntu.
Katherine, niczym pewna siebie królowa, doskonale odnajdująca się zarówno w towarzystwie kawalerów, jak i na wieczornych przyjęciach, wiedziała, że czeka ją jeszcze co najmniej dwadzieścia minut pogawędek, zanim wszyscy zasiądą do posiłku.
Madeleine w zasadzie nie była żadną królową. Stała sama w przerzedzającym się tłumie i czuła się nadzwyczaj niepewnie, mimo że była obyta z takimi przyjęciami i tymi ludźmi przez większość swojego życia. Rozejrzała się w poszukiwaniu (nie jego, na pewno nie jego) kogoś z League - Carol, Nathalie lub Lety - ale albo nie było tu jeszcze żadnej z jej przyjaciółek, albo podobnie jak Katherine szybko skorzystały one z zacienionych miejsc posiadłości.
Stała się jednym z duchów. Upiła łyk szampana z wysokiego kieliszka i powędrowała ścieżką z pokruszonych muszli ostryg, która lśniła przed nią jak popielata wstęga rozwijająca się w świetle zmierzchu.
Powietrze zaczęło się ochładzać. Nie minęło wiele czasu, gdy pożałowała, że nie założyła swojego jedwabnego płaszcza - tych pływających warstw koralu obszytych koronką i w zasadzie niczym więcej. Podała kieliszek przechodzącemu lokajowi i zadrżała tylko na chwilę, gdy wiatr omiótł jej odsłoniętą skórę na piersi, szyi i ramionach. Potargał jej włosy, których niesforne kosmyki już wyplątały się z obfitego koka w stylu edwardiańskim, i sprawił, że perły na jej szyi zamieniły się w zimne kamienie.
Trio smyczkowe rozpoczęło nowy utwór, barkarolę z Opowieści Hoffmanna. Zatrzymała się pod złotym lampionem i zamknęła oczy, by wczuć się w melodię, i wyobraziła sobie, jak można byłoby do niej zatańczyć: ułożenie stóp, mężczyznę, który objąłby ją ramionami...
Gdy podniosła powieki, zobaczyła, wcale się nie dziwiąc, drugi cień nakładający się na jej własny.
- Panna Force - zagadnął pułkownik, stojący tuż za nią. - Proszę mi wybaczyć. Mam nadzieję, że nie przestraszyłem panienki.
Madeleine odwróciła się, by stanąć przed nim.
- Oczywiście, że nie.
Był elegancki, ubrany na czarno i wyższy od niej na tyle, że musiała odchylić głowę do tyłu, by napotkać jego spojrzenie. Madeleine była wysoka jak na dziewczynę, a większość chłopców nie przewyższała jej wzrostem.
Tak właśnie czują się filigranowe dziewczęta, pomyślała.
Przypatrywali się sobie nawzajem, nieruchomi w blasku złotego światła zawieszonych wokół, kołyszących się lampionów. Wyglądał niemal dokładnie tak samo jak poprzedniego wieczoru, włosy miał precyzyjnie przycięte i uczesane; nosił nieskazitelny hebanowy frak; jego wyraz twarzy był połączeniem powagi i absolutnego skupienia, tak jakby nie istniało na świecie nic innego poza nią.
Pamiętała tamten dzień na plaży w Newport; uznała go wtedy za przystojnego. Przystojny to nie było właściwe określenie, pomyślała teraz. Było zbyt oczywiste, zbyt płytkie, by go opisać. To prawda, że nie miał zbyt wiele młodzieńczej charyzmy, jak chłopcy, których widywała w dokach, spaleni słońcem i żartujący, synowie poławiaczy homarów, którzy z czasem także wyrastali na poławiaczy homarów, codziennie wyciągający z wody połów własnymi rękami. Ale nie był też jednym z tych bladych, pulchnych dżentelmenów z kręgów jej ojca, którzy grali w golfa, jadali obfite posiłki i mówili tylko o wahaniach rynkowych, cenach nieruchomości i ogromnej szansie, jaką jest industrializacja.
Kiedy ona jeszcze nosiła dziecięce fartuszki, pułkownik Astor sfinansował cały pułk w wojnie hiszpańsko-amerykańskiej, a potem pojechał walczyć o niepodległość Kuby. Był potomkiem rodziny o najbardziej błękitnej krwi w Ameryce, spadkobiercą ogromnej fortuny i dalekim kuzynem samego prezydenta Roosevelta. Przemierzył świat wyłącznie dlatego, że tego pragnął, odwiedził krainy, których jej wyobraźnia nie była w stanie objąć, a w chwili skupienia Madeleine potrafiła niemal poczuć zapach tych wszystkich dzikich, egzotycznych przygód, który wciąż unosił się nad nim niczym perfumy - proch strzelniczy, pikantne przyprawy i kurz dalekich szlaków.
Delikatne linie biegły od kącików jego oczu, przecinając opaleniznę. Głębsze linie otaczały jego usta i te długie wąsy, przyglądała się im i podziwiała je, myśląc: Jak wspaniale twarz pasuje do osoby.
Diament w jego szpilce zaiskrzył sepiową tęczą.
Pułkownik odchrząknął.
- Właśnie kontemplowałem ten jakże przyjemny wieczór. Jakże piękna jest ta wczesna noc, ten zmierzch, w którym znajduję panienkę tutaj. Nie chciałem przeszkodzić.
Uśmiechnęła się.
- Nie przeszkadza pan, pułkowniku Astor.
- Ach - odpowiedział. - Bardzo dobrze.
Para świerszczy zaczęła wymieniać się śpiewami, na początku niezdecydowanymi, lecz stopniowo nabierającymi siły. Madeleine skrzyżowała ręce, po czym je opuściła, gdy zorientowała się, że marszczy sukienkę.
- Wsłuchiwałam się w muzykę. Chyba nieco się w niej zatraciłam.
Ponownie odchrząknął.
- Czy lubi pani operę?
On jest zdenerwowany, pomyślała zaskoczona.
Odpowiedziała:
- Widzieliśmy Opowieści Hoffmanna w zeszłym roku w Paryżu. Czy pan też to widział?
- Wieki temu. Obawiam się, że niewiele pamiętam.
Przestała się uśmiechać.
- A ja niewiele rozumiałam - przyznała. - Jednak przedstawienie mi się podobało.
Skinął głową, spojrzał w dal. Za nim przeźroczyste duchy zawisły w ciemności, popijając swoje wino musujące i chichocząc. Tuż nad ich głowami zaczęły zapalać się gwiazdy, po garstce naraz.
Pułkownik wydawał się nie spieszyć, aby ponownie zabrać głos, ale też nie odszedł; Madeleine szukała w myślach czegoś, co mogłaby teraz powiedzieć.
- Po raz pierwszy widzę pana w Bar Harbor. Zdaje się, że nieczęsto pan tu bywa, prawda?
- W rzeczy samej, choć byłem tu już wcześniej, naturalnie. Mam tu przyjaciół i dalszą rodzinę, to wszystko. Ale Newport to jest... - Urwał, marszcząc czoło.
- Tak? To jest...
- Zazwyczaj mój letni dom - dokończył, kierując spojrzenie ponownie na nią. - Panienka tu mieszka, prawda?
- Odkąd pamiętam.
- Lubi panienka spędzać tu lato?
- Cóż - rzuciła, unosząc otwartą dłoń. - Tylko to znam.
- Oczywiście.
Znowu zapadła cisza. Pożałowała, że oddała swój kieliszek - miałaby przynajmniej co trzymać w dłoniach, byłoby to coś, co mogłaby robić poza wpatrywaniem się w niego i czuć się przy tym przyzwoicie.
Odezwała się w końcu:
- Jestem pewna, że nie jest tu tak wspaniale jak w Newport. Słyszałam, że tamtejsze domy są całe wyłożone marmurami i złotem, wewnątrz i na zewnątrz, jak świątynie bogów wieńczące górę Olimp.
Skłonił głowę i uśmiechnął się w końcu, przesuwając kciukiem wzdłuż linii swojej szczęki.
- Niektóre z nich są, zapewne. Poniektóre rodziny wydają się czerpać przyjemność z tego typu rzeczy. Ale myślę, że większość domów jest raczej wapienna niż marmurowa. Tynk i cegła. I cuivre doré - obawiam się, że tylko złoto płatkowe.
- Nawet jeśli... to musi być tam jak w niebie: wszystko białe, niebieskie i złote.
- Przypuszczam, że taki był zamysł - odrzekł poważnie.
- Jakże to musi być olśniewające.
- Tak - powiedział, jakby nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiał. - Tak, panno Force, w rzeczy samej.
Za drzewami, krzewami i bujnymi kwiatami rozbrzmiał dzwonek. Oboje spojrzeli w stronę jaśniejszego serca ogrodu, gdzie ustawiono wszystkie stoły, a potem z powrotem na siebie. Bez słowa pułkownik Astor zaoferował jej swoje ramię.
Madeleine wzięła go pod rękę. Jej mała dłoń w rękawiczce spoczywała przekrzywiona na tle czerni rękawa, a głowa ledwie sięgała powyżej jego brody.
- Wracając do przedstawień - zagadnął, idąc powoli obok niej - doceniam występ panienki wczorajszego wieczoru.
- Doprawdy?
- Była panienka taka... entuzjastyczna.
- Doprawdy? - roześmiała się nieco zmartwiona. - Wiem, że nie jestem zbyt uzdolniona, ale wydaje mi się, że nigdy nie brakuje mi entuzjazmu. Wszystko szło dobrze, jak sądzę, dopóki nie zapomniałam swojej kwestii.
- Doprawdy? Zapomniała panienka swojej kwestii?
- Musiał pan zauważyć. Wszyscy zauważyli.
Zatrzymali się. Odwrócił się do niej, nie puszczając jej ramienia.
- To, co zauważyłem, to jak bardzo była panienka zaangażowana w swoją rolę. Jak sprawiła panienka, że uwierzyłem w jej tragedię. Jej wielką stratę. Wydaje mi się, że to najcenniejsza umiejętność, jaką może posiadać aktorka. Umiejętność przekonania publiczności, że przekazuje się prawdę.
Spojrzała na jego twarz w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak droczenia się, lecz patrzył na nią z tym niezachwianym skupieniem, teraz w cieniu, w tym pełnym zachwytu zmierzchu, który niebawem przeszedł w głębszą ciemność nocy.
Wiatr znów mocniej powiał. Skóra Madeleine pokryła się gęsią skórką i dziewczyna bardzo zapragnęła chusty albo powiedzenia czegoś dowcipnego bądź niebywałego opanowania swojej siostry.
- Proszę mi wybaczyć. - Pułkownik pokręcił głową i zapatrzył się w dal. - Ja, ach, nie potrafię wyrazić się właściwie.
- Wręcz przeciwnie. Cieszę się z pana szczerej opinii, dziękuję. I dziękuję za bratki - pamiętała, by dodać. - Są prześliczne.
- Panno Force - powiedział, unosząc rzęsy, w zmierzchu mogła jedynie dostrzec, że jego zacienione oczy są utkwione w niej. - Proszę nigdy nie wątpić, że przedstawię panience szczerą opinię.
- Pułkowniku Astor - odparła - proszę wierzyć, że nigdy nie będę w pana wątpić.
Zdawało się, co zadziwiające, że mimo wszystko udało się jej znaleźć w myślach coś właściwego do powiedzenia, ponieważ jego uśmiech powrócił, lekki i niewymuszony, i wypełnił ją miłym, pulsującym zachwytem.
Dzwonek na obiad zadźwięczał ponownie, trzy melodyjne uderzenia. Żadne z nich się nie poruszyło.
Tak właśnie jest czuć się rozumianą, pomyślała.
Spacerowali dalej, a każdy przejrzysty duch, którego mijali, przestawał rozmawiać, przestawał pić i patrzył na nich pytająco, gdy przechodzili obok.
Nie siedzieli przy tym samym stole. Tak naprawdę nie siedzieli w pobliżu siebie, ale na zupełnie innych wyspach trawy, w zupełnie innych częściach ogrodu, dzieliły ich rabaty ostróżek i maków i samotna płacząca brzoza, która udrapowała swoje długie gałęzie niczym zasłonę.
Wciąż jednak mogła go widzieć. Za brzozą, za innymi gośćmi, przez cienie. Czasem wydawało jej się, że też go słyszy.
Usadzono ją pomiędzy rudowłosym synem nowobogackiego przedsiębiorcy branży transportowo-spedycyjnej - nieprzypadkowo wykonującego ten sam zawód co jej ojciec - a chłopcem o szyi niczym u żyrafy, pochodzącym ze starej i zamożnej rodziny filadelfijskiej. Po drugiej stronie rudowłosego młodzieńca siedziała Leta Wright, śmiała i żywiołowa, i w najmniejszym stopniu nie bała się mówić tego, co myśli, jedna z najbliższych przyjaciółek Madeleine.
- Haroldzie - zwróciła się do rudowłosego chłopca. - Czy nie zapomniałeś czegoś zrobić dziś rano?
Rudy chłopak wyprostował się na krześle, wyglądał na zdenerwowanego.
- Uhm... Czy tak?
Leta zaśmiała się, pochylając się do przodu. Był to słodki i niebezpieczny zarazem uśmiech. Uniosła kieliszek z bordoskim winem.
- Byłeś na widowni wczoraj wieczorem, czyż nie? Widziałeś mnie jako królową Gertrudę?
- Wiesz, że tak, Lettie! Wiesz, że nigdy nie przegapiłbym okazji, aby zobaczyć cię na scenie!
- A czy podziwiałeś mój występ?
- Oczywiście, że tak. Naturalnie!
- Tak właśnie myślałam. - Wzięła łyk i wymierzyła w niego zniewalający uśmiech. - Więc wyobraź sobie moje zaskoczenie dzisiejszego ranka, kiedy otrzymywałam bukiet za bukietem od wszelkich uroczych młodzieńców, którzy chcieli mi pogratulować, i uświadomiłam sobie, mój drogi Haroldzie, że żaden z nich nie jest od ciebie. Ani jednego smutnego płatka.
- Uhm... - odbąknął ponownie Harold.
- Ollie przysłał kwiaty. Morris przysłał kwiaty. Ernest i Walter Owens przysłali kwiaty, a wiesz, że oni prawie w ogóle mnie nie lubią! Valentino Louis przysłał stokrotki, moje ulubione. - Spojrzała mu prosto w oczy. - Ale nic, nic nie dostałam od ciebie.
- Lettie, dobry Boże, tak mi przykro, ja po prostu...
- Maddy - zwróciła się do przyjaciółki, wychylając się przed młodzieńcem - czy nie zgadzasz się, że miło jest dostać kwiaty od chłopców, którzy twierdzą, że cię podziwiają? Czy tego nie oczekujesz?
- Cóż...
- Jestem przekonana, że dziś rano otrzymałaś kwiaty od wielbicieli twojej Ofelii, nieprawdaż?
Madeleine zakłopotana zacisnęła wargi, po czym przyznała:
- Tak.
- Widzisz, Haroldzie? To nie jest aż tak strasznie trudne zadanie. Kto wysłał ci kwiaty, Maddy? Proszę, nie mów mi, że nasz kolega Harold.
Madeleine spojrzała w dół, stuknęła widelcem do ryb o talerz. Ledwie spróbowała bulionu, a teraz tatara z łososia; czuła się jednocześnie pozbawiona oddechu i miejsca w środku, jakby jej gorset był za ciasny.
- Nie, pułkownik Astor.
Leta zamilkła na moment.
- Przepraszam, kto?
- John Jacob Astor.
- Ojej - westchnął Harold po chwili, nie kryjąc zdumienia.
Leta klasnęła w dłonie z zachwytu.
- Jakież to ekscytujące! Jakie to były kwiaty?
- Bratki.
Przyjaciółka natychmiast połączyła fakty; jej brązowe oczy wyraźnie się rozszerzyły.
- Cudownie, doskonale! Czy cię oczarowały?
- Byłam... zaskoczona.
- Czy zatem twoja matka była zachwycona? Co powiedziała?
Madeleine szturchnęła widelcem tatara.
- Nie bardzo. Ale podejrzewam, że już zadręcza się myślami, kto zaprojektuje moją suknię ślubną.
Na te słowa filadelfijczyk wreszcie się poruszył, odwrócił i zlustrował spod opadających powiek.
- Co ty opowiadasz? Ty i pułkownik Astor? Chyba nie mówisz poważnie.
- Dlaczego nie? - Leta rzuciła wyzywająco. - Maddy jest wystarczająco dobra dla króla, więc tym bardziej dla pułkownika.
- Ale nie dla nowojorczyka, zwłaszcza z Manhattanu - rzucił. - Zaufaj mi. Zresztą jest dla niej za stary. I rozwiedziony.
- Nie jest aż tak stary - odgryzła się Leta.
- I wielu ludzi się rozwodzi - dodał Harold. - Mój wuj i ciotka też się rozwiedli i wszystkim wyszło to na dobre.
- Bo nie są nowojorczykami - tłumaczył cierpliwie drugi chłopiec. Przełknął kęs marynowanego łososia. - Nie oczekuję, że to zrozumiesz.
- Myślę, że całkiem dobrze rozumiem snobizm - ripostowała Leta. - Nie ma nic złego w tym, że pułkownik Astor wysyła Maddy kwiaty. Uważam, że to romantyczne.
- A ja myślę, że to kapuściana głowa - odpowiedział chłopiec.
Leta parsknęła z niedowierzaniem.
- A więc to tyle masz do powiedzenia? Nigdy nie zakochasz się w kimś niespodziewanie? Nigdy nie poślubisz nikogo spoza swojego własnego małego świata, nigdy przenigdy?
Młodzieniec wzruszył ramionami, wracając do swojej ryby.
- Tak się po prostu nie robi.
Madeleine wcisnęła plecy w oparcie krzesła, ręce złożyła na kolanach i skrycie zamarzyła, aby ten filadelfijski snob się udławił.
Wokół niej rozwijały się rozmowy, przybierając na sile i opadając nieustannie niczym fale uderzające w nabrzeże. Ponad nimi przez sosnowe igły i liście innych drzew wznosiły się szmery bryzy i kantyczki świerszczy ukrywających się w krzewach oraz ckliwe melodie tria smyczkowego kołyszące się pod kopułą świetlistej, granatowej nocy.
W tej scenerii dobiegał ją śpiewny baryton owego starszego mężczyzny, owego króla Manhattanu, który przysłał jej fioletowe kwiaty i odprowadził do stolika, i który powiedział jej, żeby nie wątpiła.
I zabrakło jej tchu.
[3] Tamże, s. 164; Ofelia ma na myśli kwiat polny, który jest przodkiem kwiatu ogrodowego wyhodowanego w XIX wieku, znanego dzisiaj jako bratek. Kwiat ten miał trzy potoczne nazwy pochodzące od francuskiego słowa pensés - myśli). Wszystkie trzy nazwy kwiatu nawiązują do miłosnych myśli, kwiat był symbolem miłości i zalotów (przyp. tłum.).