Dziewczyna z Summit Lake - Charlie Donlea

Reflow text when sidebars are open.
1
BECCA ECKERSLEY
SUMMIT LAKE
15 LUTEGO 2013
WIECZÓR JEJ ŚMIERCI
Wyszła z kawiarni, a wczesny zimowy wieczór zdążył już oblać niebo czernią. Szła ciemnymi ulicami Summit Lake, opatulona ciasno szalikiem. Dobrze było wreszcie komuś o tym opowiedzieć. Dzięki temu stało się prawdziwe. Wyjawiając tajemnicę, Becca Eckersley zrzuciła długo dźwigane brzemię i nieco się rozluźniła. Nareszcie uwierzyła, że da radę.
Dotarła nad jezioro, a pomost okalający dom na palach należący do jej rodziców skrzypiał pod stopami. Beztroska i nieskrępowana po spotkaniu w kawiarni Millie's, Becca nie zdawała sobie sprawy z jego obecności. Nie dostrzegła go wśród cieni, skrytego w ciemności. Otworzyła kluczem boczne drzwi do wiatrołapu i zamknęła je za sobą, a potem odwiązała szalik i zrzuciła ciężką kurtkę. Włączyła alarm i poszła do łazienki, gdzie pod strumieniem gorącej wody spłukała z siebie cały stres. Ta jej spowiedź w kawiarni była próbą. Ćwiczeniem. W ostatnim roku skrywała zbyt wiele tajemnic, ta zaś była największa i najgłupsza z nich wszystkich. Za pozostałe można winić młodość, przypisać je brakowi doświadczenia. Jednak ukrywanie tego ostatniego aspektu życia było zwykłą niedojrzałością, którą mogła wytłumaczyć tylko strachem i naiwnością. Ulga, jaką poczuła, kiedy wreszcie komuś o tym powiedziała, upewniła ją w decyzji. Rodzice muszą się dowiedzieć. Najwyższa pora.
Wykończona prawniczymi studiami i szalonym tempem życia, myślała o tym, jak przyjemnie byłoby otulić się kołdrą i spać aż do rana. Ale do Summit Lake przyjechała, żeby coś załatwić. Powrócić na właściwą drogę. Nie ma mowy o spaniu. Poświęciła dziesięć minut na suszenie włosów, założyła wygodny dres i grube wełniane skarpety. Usiadła przy kuchennej wyspie, włączyła iPoda, wyjęła podręcznik, notatki oraz laptop i zabrała się do pracy.
Wcześniej hałas prysznica i suszarki zagłuszyły dźwięk szarpanej od zewnątrz klamki oraz dwa silne pchnięcia ramieniem sprawdzające wytrzymałość zasuwki. Teraz jednak, po godzinie nauki prawa konstytucyjnego, Becca coś usłyszała. Stukot lub jakieś drżenie przy drzwiach. Wyłączyła iPoda i zaczęła nasłuchiwać. Po trzydziestu sekundach ciszy rozległo się donośne stukanie w drzwi. Zaskoczyły ją trzy głośne uderzenia knykci o drewno. Zerknęła na zegarek i zastygła w oczekiwaniu, pewna, że miał przyjechać dopiero jutro. A może chce jej sprawić niespodziankę? Robił tak czasem.
Becca podbiegła do drzwi wiatrołapu i rozsunęła zasłonki. Widok ją zaskoczył i z tego wszystkiego jej myśli rozpierzchły się. Ciało było pobudzone, sercem targały emocje, a ponieważ tyle bodźców przyćmiewało umysł, ani jedna myśl nie wybrzmiała dość wyraźnie, by pozwolić jej na zastanowienie się. Oczy zaszły łzami, na twarz wypłynął uśmiech. Wstukała kod do alarmu, światełko zmieniło się z czerwonego na zielone, po czym odsunęła zasuwkę i nacisnęła klamkę. Zdziwiło ją, że otworzył drzwi siłą - niczym woda napierająca na zaporę popchnął je i wtargnął do wiatrołapu. Jeszcze bardziej zaskoczyła ją jego agresja. Nie była przygotowana na szturm, który przypuścił. Jej pięty ślizgały się i wlekły po wykafelkowanej podłodze, aż w końcu rzucił nią o ścianę. Ściskając jej ramiona i garść włosów u podstawy czaszki, wypchnął Beccę z wiatrołapu do kuchni. W panice straciła głowę - wszystkie pomysły i obrazy, które miała przed chwilą, teraz zniknęły - i zawładnęły nią pierwotne instynkty. Becca Eckersley walczyła o życie.
W kuchni dalej toczyła się brutalna szamotanina, Becca kopała i chwytała wszystko, co mogłoby jej pomóc. Widziała, jak jej podręcznik i laptop spadają na podłogę, a sama próbowała zaprzeć się stopami w wełnianych skarpetach o zimne płytki. Kiedy nią szarpał, szaleńczo machała nogami na wszystkie strony. Dzikim kopniakiem trafiła w kuchenny kredens, a naczynia roztrzaskały się o podłogę. W kuchni wciąż jeszcze narastał chaos - miski turlały się, stołki bujały - a ona poczuła już pod stopami dywan leżący w salonie. To dało jej punkt oparcia, więc z całą siłą próbowała wyrwać się z jego uścisku, ale tylko wzmogła wściekłość napastnika. Szarpnął jej głowę do tyłu, wyrywając kępkę włosów, i cisnął nią o pustą ścianę. Gdy upadła, rzucił się na nią, a Becca poczuła, że rozbija głowę o drewnianą ramę kanapy. Pulsujący ból rozszedł się wzdłuż kręgosłupa. Straciła ostrość widzenia, a dźwięki z zewnątrz zaczęły cichnąć, aż nagle wepchnął zimne ręce w jej dresowe spodnie. Wtedy odzyskała świadomość. Przygwoździł ją swoim ciężarem, więc okładała go pięściami i drapała, aż połamała knykcie, a pod paznokciami miała grubą warstwę skóry i krwi.
Kiedy poczuła, że rozrywa jej bieliznę, wydała przeszywający, wysoki krzyk. Trwał on jednak tylko kilka sekund, bo jego ręce zaraz odnalazły jej gardło i zdławiły głos, zamieniając go w charczące dyszenie. Uciszył ją brutalnie, zaciskając dłonie na jej szyi jak opętany, z szaloną wściekłością. Próbowała zaczerpnąć powietrza, ale nie mogła, i wkrótce jej ręce opadły na boki niczym sflaczałe baloniki. A choć ciało nie było już w stanie reagować na polecenia spanikowanego umysłu, nadal stawiała opór, nie tracąc z nim kontaktu wzrokowego. Dopóki jej wzrok nie zgasł tak samo jak głos.
Leżała połamana i krwawiąca, a płytkie oddechy ledwo unosiły jej klatkę piersiową. Traciła i odzyskiwała przytomność, budząc się za każdym razem, kiedy wchodził w nią brutalnie wściekłymi, gwałtownymi pchnięciami. Miała wrażenie, że minęła wieczność, nim dał jej spokój. Zanim uciekł szklanymi rozsuwanymi drzwiami w salonie, zostawiając je szeroko otwarte. Kiedy zimne wieczorne powietrze wypełniło pokój i sięgnęło jej nagiego ciała, powieki dziewczyny uniosły się. Pozostało tylko białe halogenowe światło w drzwiach, rozświetlające ciemność nocy. Becca leżała bez ruchu; nawet gdyby zechciała, nie była w stanie mrugnąć ani odwrócić wzroku. Nie chciała. Była dziwnie zadowolona ze swojego paraliżu. Łzy spływały jej po policzkach i zagłębieniach płatków uszu, po czym cicho kapały na podłogę. Najgorsze ma za sobą. Ból minął. On nie okładał jej już pięściami, a gardło zostało wreszcie uwolnione z miażdżącego uścisku. Nie miała już jego gorącego oddechu na twarzy, przestał ją przygniatać swoim ciężarem do ziemi - jego nieobecność była upragnioną wolnością.
Leżała na podłodze z rozpostartymi nogami i ramionami przypominającymi dwie połamane gałęzie uczepione jej boków, z twarzą skierowaną ku szeroko otwartym drzwiom wiodącym na taras. Widziała tylko latarnię morską w oddali - z jasnym światłem wzywającym zagubione w ciemności nocy łódki - i nic więcej nie było jej potrzebne. Uczepiła się tego rozkołysanego obrazu życia.
Z daleka rozbrzmiał dźwięk syren, najpierw cicho, potem zaczął nabierać mocy. Nadchodziła pomoc, lecz dziewczyna wiedziała, że jest już za późno. Mimo wszystko ucieszyły ją syreny i towarzyszące im wsparcie. To nie siebie chciała ocalić.
2
KELSEY CASTLE
CZASOPISMO "EVENTS"
1 MARCA 2013
DWA TYGODNIE PO ŚMIERCI BEKKI
Powrót Kelsey Castle do pracy odbył się po cichu i bez ceregieli - dokładnie tak, jak chciała. Zaparkowała z tyłu budynku, żeby nikt nie zauważył jej samochodu, a nie chcąc ryzykować przejażdżki windą, zakradła się tylnym wejściem i weszła po schodach. Było jeszcze wcześnie, większość pracowników tkwiła pewnie w porannych korkach albo włączała funkcję drzemki w budziku. Nie może jednak zawsze pozostawać niewidzialna. Będzie musiała w końcu z kimś porozmawiać. Kelsey liczyła, że zdoła przez parę godzin nadrobić zaległości zamknięta w swoim gabinecie, gdzie nie przeszkodzą jej smutne uśmiechy ani nie dosięgną współczujące spojrzenia.
Wyjrzała z klatki schodowej - boksy były puste. Ruszyła korytarzem spokojnym krokiem, ze wzrokiem utkwionym w drzwiach swojego gabinetu niczym koń wyścigowy z klapkami na oczach. Drzwi do biura redaktora naczelnego były otwarte, w środku paliło się światło. Kelsey wiedziała, że nie zdąży przed nim, nigdy nie była w stanie tego zrobić. Po kilku krokach dotarła do siebie, wślizgnęła się do środka i szybko zatrzasnęła drzwi.
- Co ty tu robisz? - spytał z niezadowoleniem Penn Courtney. - Miało cię nie być jeszcze przez dwa tygodnie.
Siedział na jej kanapie z nogami na ławie i wertował szkice artykułów, które magazyn opublikuje w tym tygodniu.
Kelsey odwróciła się od drzwi i wzięła głęboki oddech.
- Dlaczego siedzisz w moim gabinecie? Zawsze czekasz w moim gabinecie, kiedy czegoś potrzebujesz.
- Też się cieszę, że cię widzę.
Kelsey podeszła do swojego biurka i wrzuciła torebkę do dolnej szuflady.
- Przepraszam. - Raz jeszcze westchnęła głęboko i uśmiechnęła się. - Dobrze cię widzieć, Penn. I dziękuję za wszystko, co dla mnie zrobiłeś. Dobry z ciebie przyjaciel.
- Nie ma za co. - Odczekał chwilę z pytaniem. - Jak się czujesz?
- Na Boga, ledwo weszłam i już zaczynasz. Przecież o tym rozmawialiśmy. Nie chcę, żeby co minutę ktoś tu przybiegał i pytał, jak się czuję.
- Dlatego zakradasz się przed zgrupowaniem oddziałów. Niech zgadnę, szłaś schodami?
- Potrzebuję trochę ruchu.
- I zaparkowałaś z tyłu budynku?
Nie odpowiedziała, spojrzała tylko na niego.
- Nie możesz się schować przed wszystkimi. Ludzie się o ciebie troszczą.
- Wiem. Nie życzę sobie tylko tego całego współczucia, rozumiesz?
Penn machnął ręką.
- Więcej nie zapytam. - Ułożył przed sobą dokumenty w schludne pliki, żeby zająć czymś ręce. - Ale serio, co ty tu robisz?
- Świruję w domu, nie wytrzymam sześciu tygodni. Dałam radę miesiąc i więcej tego nie zniosę. Wróćmy więc o podstawowego pytania: dlaczego siedzisz w moim gabinecie?
Penn wstał z kanapy z plikiem papierów w ręce i stanął przed jej biurkiem.
- Chciałem zrobić to za dwa tygodnie, ale w takim razie chyba mogę poprosić cię teraz.
Kelsey usiadła przy biurku. Skoncentrowała już uwagę na ekranie komputera i zaczęła przeglądać pocztę.
- Spójrz na te wszystkie e-maile. Setki. Widzisz? Dlatego chciałam popracować trochę z domu.
- Daj sobie spokój z pocztą. To wszystko bzdury. - Pozwolił jej przez chwilę poczytać, zanim odezwał się znowu. - Słyszałaś kiedyś o Summit Lake?
- Nie. Co to?
- Miasteczko w Paśmie Błękitnym Appalachów. Niezwykłe. Przytulne. Dużo przyjezdnych, którzy wpadają do swoich wakacyjnych domów na weekendy. Latem sporty wodne, zimą szlaki narciarskie i skutery śnieżne.
Kelsey zerknęła na niego, a potem znów na ekran komputera.
- Potrzebujesz czegoś przeciw łysieniu? Mam tu chyba z pięćdziesiąt wiadomości z ofertami.
Penn przejechał dłonią po łysej głowie.
- Chyba już za późno.
- Może viagrę? Czy ci idioci nie wiedzą, że jestem kobietą? No, większość to bzdury.
- Chcę, żebyś tam pojechała - powiedział Penn i rzucił jej na biurko dokumenty.
Kelsey przestała przewijać pocztę. Przeniosła wzrok z ekranu komputera na leżące kartki, a następnie spojrzała na redaktora.
- Dokąd?
- Do Summit Lake.
- Po co?
- Po temat.
- Nie zaczynaj z tym, Penn. Powiedziałam ci przed chwilą.
- Niczego nie zaczynam. Jest tam pewien temat i chcę, żebyś to ty się nim zajęła.
- Jaki temat może skrywać maleńki turystyczny kurort?
- Ważny.
- Beznadziejna odpowiedź. Próbujesz się mnie pozbyć, bo myślisz, że nie jestem gotowa na powrót.
- Nieprawda. - Urwał na chwilę. - Pozbywam się ciebie, ponieważ uważam, że tego potrzebujesz.
- Cholera, Penn! - Kelsey też wstała. - To od teraz już tak będzie? Będziecie chodzić wkoło mnie na paluszkach jak wokół porcelanowej lalki, wciskać mi badziewne tematy i wysyłać na wakacje, bo myślicie, że nie poradzę sobie w pracy?
- Szczerze mówiąc, nie, nie sądzę, że dałabyś sobie teraz radę w pracy. Nie, moim zdaniem nie powinnaś tak szybko wracać. I nie, od teraz tak nie będzie.
Penn ściszył głos, położył dłonie na jej biurku i nachylił się, patrząc jej prosto w oczy. Był od niej dwa razy starszy, miał dwóch synów i przeszedł skuteczną wazektomię - Kelsey Castle była dla niego niczym córka, której nigdy nie miał.
- Ale w tej chwili będzie właśnie tak. W Summit Lake jest pewien temat. Chcę, abyś go namierzyła. Czy to przypadek, że z miasteczka roztacza się wspaniały widok na góry i piękne błękitne jezioro? Nie. Czy normalnie magazyn pokryłby ci wszystkie koszty pobytu w pięciogwiazdkowym hotelu? A skądże. Ale to mój pieprzony magazyn, ty pomogłaś mi go stworzyć i chcę dobrego opracowania tego tematu. Wysyłam cię do Summit Lake i daję ci tyle czasu, ile potrzebujesz, by to załatwić.
Penn usiadł w fotelu naprzeciw biurka Kelsey i wypuścił powietrze, aby się uspokoić.
Kelsey zamknęła oczy i opadła na swój fotel.
- Co załatwić? Co to za temat?
- Martwa dziewczyna.
Kelsey uniosła brwi.
- I co dalej?
- To jedyny odnotowany przypadek zabójstwa w Summit Lake i obecnie jest tam o tym dość głośno. Rzecz wydarzyła się parę tygodni temu, a teraz zaczyna trafiać na nagłówki w całym kraju. Ojciec dziewczyny to wysoko postawiony adwokat. Rodzina jest zamożna. Policja nie ma na razie żadnych tropów. Zero podejrzanych. Zero zamieszanych. Tylko dziewczyna, która jednego dnia żyła, a drugiego była już martwa. Coś tu nie pasuje. Chcę, żebyś potrząsnęła tam nimi i poszperała. Znajdź to, czego nie zauważyła reszta. A potem napisz mi artykuł, który ludzie będą chcieli czytać. Chcę wrzucić zdjęcie tej biednej dziewczyny na pierwszą stronę "Events", ale nie z opowieścią o jej śmierci, tylko z prawdą. A zamierzam to zrobić, zanim zwęszą ją inne sępy i zlecą do Summit Lake. Kiedy miasteczko zaroi się od dziennikarzy i tabloidów, nikt nic nie powie.
Kelsey przyciągnęła do siebie papiery, które Penn rzucił jej na biurko, i przebiegła je wzrokiem.
- Nie takie badziewie, jak sądziłam.
Penn się skrzywił.
- Myślisz, że wysyłałbym moją najlepszą dziennikarkę śledczą, żeby pisała o uroczych sklepikach i galeryjkach? - Wstał. - Daj sobie tu parę dni na przygotowanie, a potem w drogę. Sprawdź, czy jest w tym jakiś temat, a jeśli jest, to mi go zajebiście opisz. I nie oczekuję, że szybko wrócisz. Chcę to wydać w maju. Czyli nawet jeśli zaczniesz od razu po przyjeździe, hotel masz na miesiąc.
Kelsey się uśmiechnęła.
- Dzięki, Penn.
Spis treści
Okładka
Karta tytułowa
CZĘŚĆ I: Poranny wodospad
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
CZĘŚĆ II: Samopomoc
12
13
14
15
16
17
18
19
CZĘŚĆ III: Dzień dobry, tu detektyw
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
CZĘŚĆ IV: Trzy stuknięcia
35
36
37
38
39
40
41
42
43
44
45
46
47
48
49
50
51
Reklama 1
Reklama 2
Reklama 3
Reklama 4
Karta redakcyjna