Erna
Breslau, listopad 1944
Wiszę nad blaszaną miską i z całych sił staram się nie płakać. To moje najwyraźniejsze wspomnienie. W zakamarkach pamięci kryją się echa wcześniejszych obrazów i słów, ale to strzępki duchów przeszłości, wyblakłe niczym skrawki dawnych snów, a to nad miską jest zdumiewająco ostre. Gapię się w blizny poobijanego naczynia, siedzę na niewygodnej ławie, z obu stron napierają na mnie inni. Jest nas za dużo przy stole i się nie mieścimy. W ogóle jest nas za dużo w tym domu o rudych ścianach, ale Rzesza prowadzi właśnie zwycięski marsz przez Europę (tak się o tym u nas mówi), dlatego nas tu sporo. Przybywa znajd, podrzutków czy kukułczych jaj, których nikt nie potrzebuje, bo najstarsze z nas ma dziesięć lat, więc to za mało na front, a przecież trzeba nas wykarmić i ubrać, mimo że czasy są trudne. W trudnych czasach ludzie tym bardziej nie szukają kolejnej gęby do miski albo mola na głowę, jak mawia siostra Gertrude, dlatego w przytułkach panuje tłok.
Gnieciemy się na ławie, w takim ścisku trudno jest ruszyć ręką, a co dopiero trafić łyżką do ust. Jeść jednak trzeba, bo "a nuż więcej nie będzie" albo siostra, która nas pilnuje, podniesie głos i krzaczaste brwi. Nie znoszę, jak Gertrude krzyczy, wówczas ze zdenerwowania muszę do ustępu, a najgorsze jest zrobić przy wszystkich w majtki. Zsikanie się w majtki jest nawet gorsze od wyprowadzania któregoś z nas za ucho, choć podobno siostra wykręca je przy tym okropnie silnie. Niemniej ja wiem, że nie istnieje nic straszniejszego niż zasikane majtki, choć mam niecałe pięć lat, co w zupełności starczy, by orientować się w zasadach domu o rudych ścianach.
Siedzimy więc, a siostra Gertrude przechadza się za naszymi plecami ze splecionymi jak do pacierza dłońmi i ocenia nasze postępy. Ma idealnie okrągłą twarz i rozbieżnego zeza, z czego nikt nie odważy się naigrawać, bo dzięki temu siostra widzi znacznie więcej. Dużo później przypomnę sobie o niej, widząc w podręczniku rzymskiego boga Janusa o dwóch obliczach, z których jedno spoglądało na wschód, drugie na zachód i nikt nie mógł być pewien, na kogo akurat patrzy. Dlatego "dla naszego dobra" lepiej wiosłować łyżką, tak nam powtarza. "A nuż więcej nie będzie?" Zbieram się w sobie i podnoszę ostrożnie łyżkę do ust, jakby mnie miała zaraz ukąsić w spierzchnięte od nieustannego oblizywania wargi. Poza siostrą Gertrude zerka na mnie hrabina dobrodziejka, wspierająca bladą i stroskaną twarz na palcu prawej dłoni. Spogląda dobrotliwym wzrokiem, tak jak mogłaby patrzeć na mnie na przykład mama. Dokładnie tak wyobrażam sobie mamę, gdybym ją miała. Hrabina dobrodziejka przygląda się nam znad stołu, uwieczniona na portretowej fotografii w czarnej staroświeckiej sukni, która pewnie szeleściła z każdym jej ruchem, a ja oddałabym wiele, aby taką włożyć. Hrabina dobrodziejka, co jest podobno napisane pod zdjęciem, naprawdę nazywała się Eleonora zu Stolberg i to ona ufundowała Dom Wychowawczy dla Sierot Obojga Płci, Erziehungshaus Mariahilf, w którym tkwimy przy stole oklejonym wytartą ceratą. Dom o rudych ścianach stoi przy Lehmgrubenstrasse in Breslau, jak mówią siostry Gertrude i Liselotte, albo przy ulicy Glinianej we Wrocławiu, jak woli siostra Scholastyka. Ja też mówię Lehmgrubenstrasse, ponieważ słowo "Gliniana" brzmi dziwnie i śmiesznie się je wypowiada, jakby w ustach przesuwało się językiem kluskę.
Wolę patrzeć w oczy hrabiny dobrodziejki niż w zupę przede mną, która dawno przestała być nawet letnia. W moim talerzu lewitują kawałki czegoś burego i oślizgłego, sterczą okrawki kartofli bądź brukwi, są jeszcze szczątki rozgotowanej marchewki. Ale jeść trzeba i nie wolno marudzić, bo nic lepszego nie będzie, czasy są ciężkie, a ciężkie czasy po polsku i po niemiecku brzmią podobnie ponuro. Grzech wybrzydzać.
Wyławiam ziemniaczany kawałek i wsuwam dzielnie do ust. Jest twardy i na szczęście nie smakuje niczym, za to woda, w której pływał, wydaje się słonawa. Prędko przełykam i nabieram to bure oślizgłe na łyżkę.
- Nie jedz tego, Erna - syczy chytrze Ursula, szturchając mnie w bok. - To mamucie gluty.
- Daj jej spokój, Ursula - odzywa się niespodziewanie chłopak siedzący po drugiej stronie stołu. Ma na imię Joachim, pamiętam to, bo jest jedynym Joachimem w naszym sierocińcu.
- A ty co, Stadler, bujasz się w niej?
- Aleś ty głupia, Ursula.
Joachim Stadler jest u nas od niedawna: drobny i szczupły, ma bliznę w kształcie litery L na skroni. Zaraz nad literą L odcina się ciemny pasek zbyt krótko wystrzyżonej szczeciny, jak u innych chłopców. Dziewczynki zresztą też obcina się nietwarzowo: zostawiają nam grzywkę w połowie czoła, a reszta włosów dynda koło uszu, co upodabnia nas wszystkie do małpek. Nikt nie jest przez to bardziej urodziwy, w dodatku głowy sierot są podobnie nieforemne: mają spłaszczony tył od leżenia godzinami plackiem i szukania pociechy w gapieniu się w sufit od małego.
Ursula twierdzi, że gdyby siostry wiedziały cokolwiek o życiu i miały więcej oleju w głowie, zostawiałyby nam te włosy, ponieważ ludzie wolą ładne dzieci z loczkami i wstążkami w warkoczach, a nie takie wysiepane jak my. Moje gęste i kręcone włosy też są obcinane "na garnek". Sterczą więc komicznie i za nic nie dają się gładko przylizać, choć mała Berta pociesza, że zawsze może być gorzej, w jej pierwszym bidulu wszystkich bez wyjątku golono do zera w myśl zasady: nie ma włosów, jest higiena. Długie pukle są zatem dla nas nieosiągalne, takie włosy nosi się w lepszym świecie, w pańskich domach, nie w naszym. Siostry się jednak nie znają i same noszą welony, toteż gdy za parkanem widzimy jakąś dziewczynę w mundurku i z warkoczem spływającym spod beretu, gapimy się w zgodnym wzruszeniu: że też mogą rosnąć ot tak... Na listach marzeń warkocz zajmuje wysoką pozycję i w zabawach często kłócimy się, na którą z nas kolej, by nasunąć na głowę rajtuzy i przez chwilę cieszyć się metamorfozą.
- Sam jesteś głupi, Stadler - odcina się Ursula. - Mówię ci, nie jedz tego. - Łypie znów na mnie. Jest duża, ma prawie dziewięć lat.
- A co to za pogaduszki? - Siostra Gertrude wyrasta błyskawicznie obok. - Mam rozumieć, że już się najadłyście? A nuż więcej nie będzie?!
Pakuję natychmiast do ust mamucie gluty, a wtedy jak na komendę ktoś puka do drzwi jadalni i wywołuje siostrę na zewnątrz.
- Zjadła, zjadła! - triumfuje Ursula i klaszcze w ręce, reszta zaczyna się ze mnie śmiać i wytykać palcami. - Jaka głupia ta mała! Wsunęła mamucie gluty! Bleee!
Ursula dokucza mi od czasu, gdy siostra Liselotte po zajęciach z gospodarstwa domowego powiedziała, że dobrze jest mieć niebieskie oczy.
- Powinnaś się cieszyć, Erno, ludzie lubią dzieci z niebieskimi oczami. Podobają im się takie jasne.
Gdyby siostra Liselotte wiedziała, jakie drzwi otworzyła swoimi słowami... Gdyby była świadoma, co oznacza w wygłodzonym stadzie wilcząt informacja, że ktoś coś posiadł na własność i że to coś jest o niebo lepsze od tego, co dostało się reszcie, pewnie nie odważyłaby się o tych oczach napomknąć.
- Porzyga się! - ogłasza z nieskrywaną satysfakcją Ursula, szczypiąc mnie boleśnie w ramię. - Ona się zaraz porzyga!
Dziewczynka siedząca obok po drugiej stronie, której imienia nie znam, na wszelki wypadek odsuwa się z odrazą najdalej jak może. Reszta stołu kibicuje albo obstawia zakłady.
- Zrzy-ga się! Zrzy-ga się!
Wszyscy krzyczeli, tylko nie ten chłopak z blizną. Zerkał na mnie, ale się nie przyłączył. Dużo później zagadnęłam go o to i wzruszył ramionami, "że to było głupie". Wtedy, gdy tak zgodnie skandowali, w przełyku puchła mi kula, a po policzkach spływały zdradzieckie łzy i już się miałam rozszlochać na dobre, gdy ponownie otworzyły się drzwi i wparowała siostra Gertrude, a wraz z nią cisza i dyscyplina. Sporą ilością słonawej cieczy i jeszcze większym wysiłkiem udało się szczęśliwie przepchnąć dalej to obślizgłe coś, co oklejało moje gardło.
Tamto popołudnie w jadalni było jednym z wielu w domu o ścianach koloru rdzy. Trafiłam tu z miejsca, gdzie kolor ścian nie miał znaczenia, bo panował tam wieczny półmrok, za to z pewnością płakało niemowlę, gdyż w sierocińcach zawsze te nowe lamentują. Te, które przebywały w Domu Niemowląt (Säuglingsheim) Miejskiego Szpitala Dziecięcego przy Schulgasse* dłużej, podobnie jak ja, dobrze wiedziały, że płacz jest na nic. Ot, można się buntować dla zasady choćby podczas koszmaru cotygodniowej kontroli wagi, wierzgając bezradnie na tacce z lodowatej blachy, ale nawet jak się ma kilkanaście dni, szybko się można połapać, że rozdzierającym krzykiem nie przywoła się nikogo. Nie ma wyjątków, jest kolejka, a kołysanie i przytulanie podrzutków nie należy do przysługującego im pakietu.
Nikt nie bierze sierocego nieszczęścia w ramiona, póki nie jest to absolutnie niezbędne. Podrzutków jest zawsze za dużo, a wszystkie są do siebie podobne: sine i nikomu niepotrzebne.
W sierocińcach dla osesków rządzą wespół zegar, grafik i kolumna w tabelce, gdzie zaznacza się pory karmienia i niepokojące sygnały, a także wyniki pomiaru temperatury oraz konieczność podania odżywki. Witaminową odżywkę wymieszaną z mlekiem łykały bowiem wszystkie dzieci, których matką była III Rzesza, a ojcem Führer. Na mocy jego decyzji przytułkowy narybek winien być odkarmiony i właściwie pielęgnowany, ponieważ stanowił cenny zasób: nowe pokolenie wielkich Niemiec.
W moim nowym domu o rudych ścianach, tym na Glinianej, do którego przybyłam, z rzadka płakało się za brakiem matczynego ciepła.
- Pamiętaj, nowa, tutaj nie beczysz. - Nieładna dziewczynka stanęła pierwszego wieczoru przed moim łóżkiem. Miała trójkątną twarz ze zbyt szeroko osadzonymi oczkami i ostrym noskiem. Potem dowiedziałam się, że ma na imię Ursula.
- A jak się zaczniesz mazgaić, to przyjdzie po ciebie upiorzyca.
Otworzyłam buzię i przełknęłam ślinę, wówczas przewróciła oczami, jakby mi to powtarzała wcześniej setki razy.
- Żeby nie było, że nie ostrzegałam. Upiorzyce przechadzają się pod oknami i nasłuchują. Mają szpiczaste uszy, które sterczą im do połowy głowy, i długie szpony, by się drapać po karku albo wydrapywać ludziom oczy.
Rozczapierzyła przed moim nosem palce, a ja siłą powstrzymałam się przed wrzaśnięciem.
- One słyszą kaaażdziutki szelest, nawet tuptanie pająka na ścianie. Spróbuj ryczeć, to się sama przekonasz.
Wzruszyła ramionami i wyszła z sali zastawionej rzędami łóżek o odrapanych stelażach. Po pacierzu, który jak co wieczór zmawialiśmy w intencji wielkich Niemiec i wielkiego Führera, zgasło światło. Żeby nie patrzeć w okno nad sobą, nakryłam głowę kołdrą i starałam się oddychać bezszelestnie, powstrzymać od jakiegokolwiek dźwięku.
Ale mimo że bardzo się starałam, długo tak się nie dało, więc dopóki nie zasnęłam, leżałam jak sparaliżowana, rejestrując najdrobniejszy szelest. Następnej nocy wpadłam na pomysł, że zastygnę z dłońmi złożonymi na kołdrze i będę udawać martwą. Każdy bał się przecież zmarłych i wierzyłam, że upiorzyca też.
* Obecnie ulica J. Hoene-Wrońskiego we Wrocławiu.