Dziewczyna z Neapolu - Lucinda Riley

Kup ebooka

42.00 zł
33.60 zł (24,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Metropolitan Opera

Nowy Jork

Najdroższy Nico!

Zaczynam tę dziwną opowieść ze świadomością, że być może nigdy jej nie przeczytasz. Dziwne to uczucie. Nie wiem nawet, czy wspomnienia z minionych lat okażą się katharsis dla mnie, czy też pomogą Tobie, ale głęboko w mojej duszy tkwi coś, co zmusza mnie do pisania.

Siedzę w swojej garderobie i zastanawiam się, od czego zacząć. Wiele z tych wydarzeń, o których będzie mowa, miało miejsce, zanim pojawiłeś się na świecie. Nastąpił splot okoliczności, których początek sięga czasów, kiedy byłam młodsza niż Ty teraz. Tak więc może zacznę od nich. I od Neapolu, miasta, w którym się urodziłam...

Pamiętam, jak mama rozwieszała pranie na sznurze do bielizny przeciągniętym aż do mieszkania po drugiej stronie ulicy. Kiedy chodziło się po wąskich alejkach dzielnicy Piedigrotta, człowiek miał wrażenie, że tamtejsi mieszkańcy bezustannie świętują. Wysoko nad głowami, na napiętych sznurach, wesoło powiewały różnobarwne ubrania. No i panował hałas - bezustanny hałas, który kojarzy mi się z tymi czasami; nawet w nocy nigdy nie było tam cicho. Śpiew, śmiechy, płacz niemowląt... jak wiesz, Włosi to naród, który głośno wyraża swoje emocje. W Piedigrotcie całe rodziny dzień w dzień siadywały na progach swoich domów i dzieliły się smutkami i radościami, prażąc się w ostrym słońcu, które opalało ich na brązowo. Upał był niemiłosierny, zwłaszcza w środku lata. Chodniki paliły bose stopy, a komary znienacka atakowały odkryte ciało. Nadal czuję zapachy wpadające przez otwarte okno mojej sypialni. Czasem czuć było rynsztoki, a wtedy robiło mi się niedobrze, ale przeważnie z kuchni taty dolatywały ponętne aromaty świeżo pieczonej pizzy.

Kiedy byłam mała, cierpieliśmy biedę, ale zanim poszłam do pierwszej komunii, tata i mama dorobili się już świetnie prosperującej knajpki o nazwie U Marca. Dzień i noc podawali ostro przyprawioną pizzę w kawałkach, upieczoną według tajemnego przepisu taty. Z czasem jego pizza zyskała w Piedigrotcie prawdziwą sławę. Latem w restauracyjce rodziców robiło się jeszcze tłoczniej z powodu zalewu turystów. Niewielkie wnętrze było zastawione drewnianymi stołami tak ciasno, że prawie nie dawało się między nimi przecisnąć.

Nasza rodzina mieszkała nad knajpką. Mieliśmy własną łazienkę, nie brakowało nam jedzenia i stać nas było na buty. Tata z dumą myślał o tym, że choć zaczynał od niczego, udało mu się zapewnić rodzinie dostatni byt. Ja też czułam się szczęśliwa. Wyobraźnią nie sięgałam dalej niż następny zachód słońca.

Aż do pewnego upalnego wieczoru w sierpniu. Miałam jedenaście lat, gdy wydarzyło się coś, co zmieniło moje życie. Trudno uwierzyć, że tak mała dziewczynka może się zakochać, ale jak dziś pamiętam chwilę, kiedy po raz pierwszy go ujrzałam.

1

Neapol, Włochy, sierpień 1966

Rosanna Antonia Menici przytrzymała się umywalki i stanęła na palcach, aby spojrzeć w lustro. Musiała przechylić się trochę na lewo, bo było w nim pęknięcie zniekształcające jej rysy. I tak widziała tylko połowę swego prawego oka i kości policzkowej i ani kawałka brody; nadal była za niska, żeby ją zobaczyć, nawet kiedy stała na palcach.

- Rosanno! Wyłaź wreszcie z łazienki!

Z westchnieniem puściła umywalkę, przeszła po czarnym linoleum do drzwi i przekręciła klucz. Klamka natychmiast się poruszyła, drzwi stanęły otworem i do środka niecierpliwie wcisnęła się Carlotta.

- Po co zamykasz drzwi na klucz, głuptasie? Co takiego masz do ukrycia? - Carlotta odkręciła krany przy wannie, a potem wprawnym ruchem upięła na czubku głowy długie kręcone włosy.

Rosanna z zakłopotaniem wzruszyła ramionami. Szkoda, że Bóg nie uczynił jej tak piękną jak jej starsza siostra. Mama twierdziła, że Bóg każdego czymś obdarza, a Carlotcie dał urodę. Rosanna przyglądała się, jak siostra zdejmuje szlafrok, odsłaniając idealnie zgrabne ciało; podziwiała jej jedwabistą skórę, pełne piersi i smukłe nogi. Każdy, kto przychodził do knajpki, chwalił przed mamą i tatą urodę ich córki i mówił, że będzie z niej dobra partia dla jakiegoś bogacza.

Malutka łazienka wypełniła się parą. Carlotta zakręciła krany i weszła do wody.

Rosanna przycupnęła na krawędzi wanny.

- Będzie dzisiaj Giulio? - zapytała siostrę.

- Tak. Będzie.

- I co, wyjdziesz za niego?

Carlotta zaczęła się namydlać.

- Nie, Rosanno, nie wyjdę.

- Myślałam, że go lubisz?

- Lubię go, ale nie... Ojej, jesteś za mała, żeby to zrozumieć.

- Tata go lubi.

- Wiem. Giulio pochodzi z bogatej rodziny. - Carlotta uniosła brew i westchnęła teatralnie. - Ale on mnie nudzi. Tata choćby jutro wysłałby mnie z nim do ołtarza, ale ja najpierw chcę coś przeżyć, trochę się zabawić.

- A małżeństwo nie jest fajną zabawą? - drążyła Rosanna. - Paraduje się w sukni ślubnej, dostaje mnóstwo prezentów, a potem ma się własne mieszkanie, no i...

- ...kupę wrzeszczących dzieciaków i gruby brzuch - dokończyła Carlotta, leniwie obrysowując mydłem kontury swego szczupłego ciała. Jej brązowe oczy skierowały się na Rosannę. - Na co się tak gapisz? Idź już sobie i daj mi z dziesięć minut spokoju. Mama cię szuka. Chce, żebyś jej pomogła. Ale zamknij za sobą drzwi!

Rosanna bez słowa opuściła łazienkę i zeszła po stromych drewnianych schodach. Otworzyła drzwi i znalazła się w restauracji. Niedawno pobielono tam ściany, a z tyłu sali, nad barem, powieszono obraz Madonny, tuż obok plakatu z Frankiem Sinatrą. Stoły z ciemnego drewna były wypolerowane, aż błyszczały, a na każdym stała w butelce po winie świeczka.

- Jesteś wreszcie! Gdzie się podziewałaś? Wołam cię i wołam. Chodź, pomożesz mi zawiesić transparent. - Antonia Menici stała na krześle, przytrzymując koniec jaskrawego materiału. Krzesło niebezpiecznie chwiało się pod jej znacznym ciężarem.

- Dobrze, mamo. - Rosanna podeszła do jednego ze stołów, wzięła krzesło i przeciągnęła je pod łukowe sklepienie pośrodku knajpki.

- Pośpiesz się, dziecko! Bóg dał ci nogi, żebyś na nich biegała, a nie wlokła się jak ślimak.

Rosanna chwyciła drugi koniec transparentu i stanęła na krześle.

- Zahacz tę pętlę o gwóźdź - poinstruowała ją Antonia.

Córka zrobiła to, co matka jej kazała.

- A teraz pomóż mamie zejść z krzesła i zobaczymy, czy wisi prosto.

Rosanna zeskoczyła na podłogę, a potem podbiegła, by pomóc matce bezpiecznie zejść z krzesła. Mama miała wilgotne dłonie, a na jej czole widać było kropelki potu.

- Bene, bene. - Antonia z zadowoleniem podniosła wzrok na transparent.

Dziewczynka głośno odczytała znajdujące się na nim słowa: "Najlepsze życzenia z okazji trzydziestej rocznicy ślubu dla Marii i Massima!".

Antonia objęła ją i mocno uścisnęła, co zdarzało się rzadko.

- Ale będą mieli niespodziankę! Myślą, że przychodzą na kolację tylko ze mną i z tatą. Nie mogę się doczekać ich min, kiedy zobaczą wszystkich swoich przyjaciół i krewnych. - Jej okrągła twarz promieniała radością. Puściła Rosannę, usiadła na krześle i otarła czoło chusteczką. Potem nachyliła się do przodu i gestem przywołała córkę. - Rosanno, wyjawię ci pewną tajemnicę. Napisałam do Roberta. Przyjeżdża na przyjęcie aż z Mediolanu. Zaśpiewa swoim rodzicom, i to tu, u nas, w restauracji U Marca! Jutro będzie o nas głośno w całej Piedigrotcie!

- Ojej, mamo! On jest piosenkarzem?

- Piosenkarzem? A to ci dopiero obraza! Roberto Rossini nie jest żadnym piosenkarzem! To student scuola di musica przy mediolańskiej La Scali. Kiedyś zostanie wielkim śpiewakiem operowym i będzie występował na deskach samej La Scali!

Antonia złożyła dłonie na piersiach. W oczach córki wyglądała dokładnie tak samo jak wtedy, gdy modliła się podczas mszy w kościele.

- A teraz idź pomóc tacie i Luce w kuchni. Przed przyjęciem jest jeszcze mnóstwo roboty... A ja idę do salonu signory Barezi, żeby się uczesać.

- W co mam się ubrać, mamo?

- Przecież masz tę różową sukienkę do kościoła.

- Ale jest już na mnie za mała. Będę głupio wyglądać.

- Gdzież tam! Próżność jest grzechem, Rosanno. Jeśli Bóg usłyszy twoje nieskromne myśli, przyjdzie w nocy i powyrywa ci włosy. Rano obudzisz się łysa, jak signora Verni, kiedy odeszła od męża z młodszym. No już, biegnij do kuchni.

Rosanna skinęła głową i wyszła. Po drodze zastanawiała się, dlaczego w takim razie Carlotta nie straciła jeszcze włosów. Kiedy otworzyła drzwi, buchnęła na nią fala gorąca. Jej ojciec, Marco, przygotowywał ciasto na pizzę i układał placki na długim drewnianym stole. Chudy, żylasty Marco był dokładnym przeciwieństwem żony. Gdy pracował, łysina błyszczała mu od potu. Jej wysoki ciemnooki starszy brat, Luca, mieszał coś w ogromnym parującym garnku, który stał na kuchni. Rosanna przez chwilę, zafascynowana, przyglądała się ojcu, który czubkami palców wprawnie obracał ciasto nad głową, a potem z plaśnięciem rzucał je na stół, uformowane w idealne koło.

- Mama przysłała mnie do pomocy.

- Powycieraj talerze z suszarki i ustaw je w stos na stole - zakomenderował Marco, ani na chwilę nie przerywając pracy.

Spojrzała na górę talerzy, z rezygnacją pokiwała głową i wyjęła z szuflady czystą ściereczkę.

*

- Jak wyglądam?

Carlotta w teatralnej pozie znieruchomiała przy drzwiach, a reszta rodziny przyglądała jej się z podziwem. Miała na sobie nową sukienkę z miękkiej cytrynowożółtej satyny, z głębokim dekoltem i obcisłą spódniczką tuż przed kolano. Gęste czarne włosy fryzjerka ułożyła jej w puszyste błyszczące loki, które sięgały do ramion.

- Bella, bella! - Marco wyciągnął rękę i przez całą restaurację ruszył w stronę córki.

Chwyciła jego dłoń i weszła do sali.

- Giulio, prawda, że moja córka wygląda przepięknie?

Młody człowiek wstał od stołu, nieśmiało się uśmiechając. Jego chłopięce rysy nie bardzo pasowały do muskularnego ciała.

- Tak - przyznał Giulio. - Jest równie piękna jak Sophia Loren w Arabesce.

Carlotta podeszła do swojego chłopaka i leciutko pocałowała go w opalony policzek.

- Dziękuję ci, Giulio.

- Rosanna też ślicznie wygląda, prawda? - Luca uśmiechnął się do młodszej siostry.

- Oczywiście - podchwyciła natychmiast Antonia.

Rosanna wiedziała, że mama kłamie. Różowa sukienka, która kiedyś tak pięknie wyglądała na Carlotcie, nadawała jej cerze ziemistą barwę. Ciasno zaplecione warkoczyki jeszcze bardziej uwydatniały odstające uszy.

- Napijmy się przed nadejściem gości - powiedział Marco, wywijając butelką jaskraworóżowego likieru Aperol.

Otworzył ją z rozmachem i nalał po małej porcji do sześciu kieliszeczków.

- Nawet ja, tato? - spytała Rosanna.

- Tak. - Marco podał każdemu kieliszek. - Niech Bóg sprawi, żebyśmy trzymali się razem, niech nas chroni przed urokami i pozwoli naszym przyjaciołom, Marii i Massimowi, pięknie uczcić ten dzień. - Podniósł kieliszek i opróżnił go jednym haustem.

Rosanna upiła maleńki łyczek i prawie się zakrztusiła, kiedy do jej gardła popłynął palący jak ogień płyn o smaku gorzkiej pomarańczy.

- Nic ci nie jest, piccolina? - spytał Luca i poklepał ją po plecach.

Uśmiechnęła się, podnosząc na niego wzrok.

- Nie, Luca.

Brat ujął jej drobną dłoń i nachylił się, by szepnąć jej do ucha:

- Kiedyś będziesz znacznie piękniejsza od siostry.

Rosanna gwałtownie pokręciła głową.

- Nie, Luca, nie będę. Ale nic nie szkodzi. Mama mówi, że mam inne zalety.

- Jasne, że tak. - Luca objął siostrę i mocno przytulił.

- Mamma mia! Idą pierwsi goście. Marco, przynieś prosecco. Luca, sprawdź, co z jedzeniem, ale migiem! - Antonia poprawiła na sobie sukienkę i skierowała się ku drzwiom.

*

Rosanna siedziała przy narożnym stoliku i przyglądała się, jak knajpka wypełnia się przyjaciółmi i rodziną honorowych gości. Carlotta z zalotnym uśmiechem odrzucała do tyłu włosy, otoczona wianuszkiem młodych mężczyzn. Giulio zazdrośnie popatrywał na nią ze swojego miejsca w kącie.

Nagle w knajpce zapadła cisza i wszystkie głowy zwróciły się w stronę postaci, która stanęła w drzwiach.

To był on. Górował wzrostem nad Antonią, ale schylił się, by pocałować ją w policzki. Rosanna wbiła w niego wzrok. Nigdy przedtem nie przyszło jej do głowy, że mężczyznę można nazwać pięknym, jednak nie znajdowała innego słowa, aby go opisać. Był bardzo wysoki i barczysty. Spod koszuli z krótkimi rękawami widać było mięśnie, które świadczyły o jego sile. Zaczesane do tyłu błyszczące kruczoczarne włosy odsłaniały czoło, podkreślając regularne, delikatnie rzeźbione rysy twarzy. Rosanna nie mogła dojrzeć koloru jego oczu, ale były duże, przepastne... Usta miał pełne, choć zdecydowane i męskie. Wyraźnie odcinały się barwą od jasnej jak na neapolitańczyka cery.

Rosanna poczuła w dole brzucha coś dziwnego: trzepotanie, całkiem jak w szkole przed dyktandem. Zerknęła na Carlottę. Ona także utkwiła spojrzenie w mężczyźnie stojącym w drzwiach.

- Witaj, Roberto. - Marco dał znak Carlotcie, aby za nim poszła, i zaczął przepychać się przez tłum w stronę gościa. Pocałował Roberta w oba policzki. - Tak się cieszę, że zaszczyciłeś nas dzisiaj swoją obecnością. A to jest moja córka, Carlotta. Prawda, że urosła od czasu, kiedy ostatni raz ją widziałeś?

Roberto zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów.

- Tak, Carlotto, jesteś już dorosła - potwierdził.

Głos miał tak głęboki i melodyjny, że Rosanna znowu poczuła trzepotanie w brzuchu.

- A jak tam Luca i... no...

- Rosanna? - podpowiedział mu Marco.

- No tak, Rosanna. Ostatnio widziałem ją, kiedy miała kilka miesięcy.

- Dobrze, no i... - Marco przerwał, bo za plecami Roberta dostrzegł dwie osoby, zmierzające w ich stronę po brukowanej ulicy. - Cicho sza, bo już idą Maria i Massimo.

Zebrani natychmiast umilkli, a kilka sekund później otworzyły się drzwi. Na progu knajpki stanęli Maria i Massimo. Ze zdziwieniem przyglądali się znajomym twarzom.

- Mamo! Tato! - Roberto podszedł i uściskał rodziców. - Wszystkiego najlepszego!

- Roberto! - Maria z oczami pełnymi łez przytuliła syna. - Nie do wiary! Po prostu nie do wiary! - powtarzała w kółko.

- Prosecco dla wszystkich! - krzyknął Marco, uśmiechając się od ucha do ucha z radości, że udało im się wykręcić taki numer.

Rosanna pomogła Luce i Carlotcie roznieść wszystkim musujące wino.

- A teraz proszę o chwilę ciszy. - Marco klasnął w ręce. - Roberto chce coś powiedzieć.

Roberto wszedł na krzesło i obdarzył zebranych promiennym uśmiechem.

- Spotkaliśmy się dzisiaj z niezwykłej okazji. Moi ukochani rodzice obchodzą trzydziestą rocznicę ślubu. Jak wszyscy wiecie, mieszkali tu, w Piedigrotcie, przez całe życie. Założyli świetnie prosperującą piekarnię i zdobyli wielu przyjaciół. Ich dobre serca są równie słynne jak przepyszny chleb, który pieką. Każdy, kto ma jakieś zmartwienie, wie, że za ladą Massima zawsze znajdzie współczującego słuchacza, który udzieli mu mądrej rady. Nie mógłbym sobie wymarzyć bardziej kochających rodziców... - Roberto spostrzegł, że jego mama ociera kolejną łzę, ale sam też miał wilgotne oczy. - Wiele poświęcili, żeby wysłać mnie do najlepszej szkoły muzycznej w Mediolanie, abym mógł się uczyć na śpiewaka operowego. Moje marzenie powoli się spełnia. Mam nadzieję, że niedługo będę śpiewał w samej La Scali. A to wszystko dzięki nim. Wznieśmy toast za to, by nadal byli szczęśliwi i cieszyli się dobrym zdrowiem. - Roberto podniósł kieliszek. - Za mamę i tatę... za Marię i Massima!

- Za Marię i Massima! - zawtórowali chórem goście.

Roberto zszedł z krzesła i wśród okrzyków radości wpadł wprost w objęcia swojej mamy.

- Chodź, Rosanno. Musimy pomóc tacie roznosić jedzenie. - Antonia poprowadziła młodszą córkę przez salę w stronę kuchni.

*

Potem Rosanna przyglądała się, jak Roberto rozmawia z Carlottą, a kiedy Marco włączył przyniesiony z mieszkania gramofon i zaczął puszczać płyty, zauważyła, jak naturalnie Roberto objął w tańcu jej szczupłą talię.

- Przystojna z nich para - szepnął Luca, odzwierciedlając jej myśli. - Giulio nie wydaje się zadowolony, prawda?

Rosanna podążyła za wzrokiem brata. Zobaczyła, że Giulio nadal siedzi w kącie i posępnie patrzy, jak radośnie jego dziewczyna śmieje się w ramionach Roberta.

- Chciałabyś zatańczyć, piccolina? - spytał Luca.

Rosanna pokręciła głową.

- Nie, dziękuję. Nie umiem tańczyć.

- Ależ umiesz. - Luca ściągnął ją z krzesła i poprowadził w tłum tańczących gości.

- Zaśpiewaj dla mnie, Roberto. Proszę - usłyszała skierowaną do syna prośbę Marii, kiedy skończyła się płyta.

- Tak, zaśpiewaj dla nas, zaśpiewaj - skandowali goście.

Roberto otarł czoło i wzruszył ramionami.

- Postaram się, ale bez akompaniamentu jest to trudne. Zaśpiewam Nessun dorma.

Zapanowała cisza, a on zaczął.

Rosanna stała jak zaczarowana, słuchając magicznego głosu Roberta. Kiedy osiągnął kulminacyjny punkt utworu, wyciągnął przed siebie ręce, a ona miała wrażenie, że wyciąga je do niej.

W tej chwili zrozumiała, że go kocha.

Rozległa się burza oklasków, ale Rosanna nie mogła do nich dołączyć. Była zbyt zajęta szukaniem chusteczki, aby wytrzeć łzy, które mimo woli potoczyły jej się po twarzy.

- Bis! Bis! - krzyczeli wszyscy.

Roberto wzruszył ramionami i uśmiechnął się.

- Wybaczcie mi, panie i panowie, ale muszę oszczędzać głos. - Kiedy wrócił na swoje miejsce u boku Carlotty, po sali przebiegł szmer niezadowolenia.

- W takim razie niech Rosanna zaśpiewa Ave Maria - zaproponował Luca. - Chodź, piccolina.

Rosanna gwałtownie pokręciła głową, a na jej twarzy pojawiło się przerażenie.

- Tak! - Maria klasnęła w dłonie. - Rosanna ma piękny głos. Bardzo chciałabym, żeby zaśpiewała mi moją ulubioną modlitwę.

- Nie, proszę, ja... - Ale Luca porwał ją w ramiona i postawił na krześle.

- Śpiewaj tak, jak zwykle to robisz dla mnie - szepnął jej łagodnie do ucha.

Rosanna popatrzyła na tłum zwróconych ku niej, uśmiechających się z pobłażaniem twarzy. Wzięła głęboki oddech i machinalnie otworzyła usta. Na początku jej głos był cichy, niewiele głośniejszy od szeptu, ale powoli zapominała o nerwach, zatracając się w muzyce, i głos nabierał mocy.

Roberto, skupiony na podziwianiu rowka między obfitymi piersiami Carlotty, usłyszał ten głos i z niedowierzaniem podniósł wzrok. Przecież tak piękny, idealny dźwięk nie może chyba pochodzić od tej chudziutkiej dziewczynki w okropnej różowej sukience? Lecz w miarę jak przyglądał się Rosannie, przestawał zauważać jej bladą cerę i nieproporcjonalnie długie nogi i ręce. Dojrzał natomiast ogromne, brązowe, pełne ekspresji oczy. A kiedy niezwykły głos Rosanny poszybował w górę i osiągnął crescendo, zauważył, że na jej policzkach pojawił się lekki rumieniec.

Zrozumiał, że to nie jest pokazowy występ zwykłej uczennicy. Łatwość, z jaką wydobywała z siebie dźwięki, jej naturalne panowanie nad melodią i oczywista muzykalność to były dary, coś, czego nie można się nauczyć.

- Przepraszam - szepnął do Carlotty wśród gorącego aplauzu gości. Przemierzył całą salę i podszedł do Rosanny, która właśnie wyswobodziła się z entuzjastycznego uścisku Marii. - Rosanno, usiądź tu przy mnie. Chciałbym z tobą porozmawiać. - Poprowadził ją do wolnego krzesła, usiadł naprzeciwko niej i ujął jej drobne rączki. - Bravissima, maleńka. Idealnie zaśpiewałaś tę piękną modlitwę. Bierzesz lekcje?

Rosanna była zbyt oszołomiona, by na niego patrzeć, więc wlepiła wzrok w podłogę i tylko pokręciła głową.

- A powinnaś. Nigdy nie jest za wcześnie, żeby zacząć. Gdybym ja zaczął wcześniej, to... - Wzruszył ramionami. - Porozmawiam z twoim tatą. Tu, w Neapolu, jest nauczyciel, który kiedyś uczył mnie śpiewu. Należy do najlepszych. Musisz natychmiast zacząć do niego chodzić.

Rosanna gwałtownie podniosła wzrok i po raz pierwszy popatrzyła Robertowi w oczy. Stwierdziła, że mają głęboki ciemnoniebieski kolor i bije z nich serdeczność.

- Uważasz, że mam dobry głos? - szepnęła z niedowierzaniem.

- Tak, maleńka, bardziej niż dobry. Lekcje pozwolą ci go rozwinąć i wykształcić. A kiedyś będę mógł z dumą powiedzieć, że to Roberto Rossini cię odkrył. - Uśmiechnął się do niej, a potem pocałował ją w rękę.

Rosanna o mało nie zemdlała z rozkoszy.

- Prawda, że ma słodki głos, Roberto? - odezwała się Maria, która stanęła za plecami Rosanny, kładąc dłoń na jej ramieniu.

- Jest bardziej niż słodki, mamo, jest... - Roberto żywo zamachał rękami - darem od Boga, tak jak mój.

- Dziękuję, signor Rossini - wykrztusiła z trudem Rosanna.

- A teraz - powiedział - odszukam twojego tatę.

Rosanna rozejrzała się i zobaczyła, że kilkoro gości patrzy na nią z przyjaznym podziwem, który zwykle był zarezerwowany dla Carlotty.

Jej ciało ogarnęła fala ciepła. Po raz pierwszy w życiu ktoś powiedział jej, że jest wyjątkowa.

*

O wpół do jedenastej przyjęcie trwało pełną parą.

- Rosanno, czas, żebyś szła spać. - Nagle pojawiła się przy niej mama. - Idź pożegnać się z Marią i z Massimem.

- Dobrze, mamo. - Rosanna ostrożnie przecisnęła się między tancerzami. - Dobranoc, Mario. - Pocałowała ją w oba policzki.

- Dziękuję, że dla mnie zaśpiewałaś, Rosanno. Roberto cały czas mówi o twoim głosie.

- Tak, to prawda - odezwał się Roberto, podchodząc do nich. - Dałem twojemu tacie i Luce nazwisko i adres nauczyciela śpiewu. Luigi Vincenzi był profesorem w La Scali, ale kilka lat temu przeszedł na emeryturę i przeniósł się do Neapolu. Jest jednym z najlepszych nauczycieli we Włoszech i nadal udziela lekcji utalentowanym uczniom. Kiedy się z nim zobaczysz, powołaj się na mnie.

- Dziękuję, Roberto. - Pod jego spojrzeniem Rosanna spłonęła rumieńcem.

- Masz niezwykły dar, Rosanno. Musisz o niego zadbać. Ciao, maleńka. - Roberto podniósł jej dłoń do ust i pocałował. - Jeszcze się kiedyś spotkamy, jestem pewien.

*

Na górze, w sypialni, którą dzieliła z Carlottą, Rosanna wciągnęła przez głowę koszulę nocną, a potem sięgnęła pod materac i wyjęła swój pamiętnik. Odnalazła ołówek, który trzymała w szufladzie z bielizną, wgramoliła się do łóżka i w skupieniu marszcząc czoło, zaczęła pisać.

16 sierpnia. Przyjęcie Massima i Marii.

Gryząc koniec ołówka, usiłowała przypomnieć sobie słowa, które powiedział do niej Roberto. Zapisała je dokładnie, uśmiechnęła się z zadowoleniem i zamknęła pamiętnik. Potem ułożyła się na poduszce i nasłuchiwała dobiegającej z dołu muzyki i śmiechów.

Nie mogła zasnąć, więc kilka minut później usiadła na łóżku. Znów otworzyła pamiętnik, wzięła ołówek i dodała jeszcze jedno zdanie.

Roberto Rossini zostanie kiedyś moim mężem.

 

2

Rosanna obudziła się nagle, otworzyła oczy i zobaczyła, że jest już prawie jasno. Usłyszała turkot zbliżającej się śmieciarki, która jak co dzień o świcie objeżdżała dzielnicę. Odwróciła się na drugi bok i ujrzała siedzącą na brzegu swojego łóżka Carlottę. Siostra nadal miała na sobie cytrynową sukienkę, ale teraz strasznie wymiętą, a opadające na jej ramiona włosy były okropnie rozczochrane.

- Która godzina? - spytała Rosanna.

- Ciii! Śpij jeszcze. Jest bardzo wcześnie. Obudzisz mamę i tatę. - Carlotta zdjęła buty i rozpięła zamek błyskawiczny sukienki.

- Gdzie byłaś?

- Nigdzie. - Wzruszyła ramionami.

- Musiałaś gdzieś być, bo dopiero kładziesz się spać, a jest prawie rano - drążyła Rosanna.

- Cicho bądź! - Carlotta wyglądała na złą i przerażoną. Rzuciła sukienkę na krzesło i włożyła koszulę nocną. - Jeśli powiesz mamie i tacie, że tak późno przyszłam, już nigdy się do ciebie nie odezwę. Obiecaj, że nic im nie piśniesz.

- Pod warunkiem że powiesz mi, gdzie byłaś.

- No dobrze. Byłam z Robertem.

- Ojej. - Rosanna nie kryła zaskoczenia. - Co robiliście?

- Spacerowaliśmy, po prostu spacerowaliśmy.

- Ale po co szłaś na spacer w środku nocy?

- Zrozumiesz to, kiedy będziesz starsza - odburknęła Carlotta, poszła do swojego łóżka i szczelnie przykryła się kołdrą. - Powiedziałam ci, a teraz śpij. I trzymaj język za zębami.

*

W rodzinie Menicich wszyscy zaspali. Kiedy Rosanna zeszła na śniadanie, Marco siedział przy kuchennym stole i leczył okropnego kaca, a Antonia usiłowała sprzątnąć panujący w restauracji bałagan.

- Chodź mi pomóc, Rosanno, bo w ogóle nie damy rady dziś otworzyć - powiedziała matka, kiedy dziewczynka rozglądała się, patrząc na to całe pobojowisko.

- A mogę zjeść śniadanie?

- Najpierw musimy tu posprzątać. Masz, wynieś śmieci.

- Dobrze, mamo. - Rosanna wzięła pudło ze śmieciami i ruszyła do wyjścia. Gdy przechodziła przez kuchnię, poszarzały na twarzy ojciec zaczął właśnie wyrabiać ciasto na pizzę. - Tato, czy Roberto mówił ci o lekcjach śpiewu? - zapytała. - Obiecał, że to zrobi.

- Tak. - Marco niemrawo kiwnął głową. - Wiesz, on po prostu chciał być miły. A jeśli mu się zdaje, że nas stać na to, żeby wysyłać cię na drugi koniec Neapolu do nauczyciela śpiewu, to się grubo myli.

- Ale, tato, on mówił... powiedział, że mam talent.

- Rosanno, jesteś dziewczynką, która wyrośnie na dobrą żonę dla swojego męża. Musisz rozwijać talent do gotowania i prowadzenia domu, a nie marnować czas na mrzonki.

- Ale... - Rosannie zadrżała dolna warga. - Chcę być śpiewaczką, jak Roberto.

- Roberto jest mężczyzną. Musi pracować. A twój piękny głos przyda ci się, żeby śpiewać dzieciom kołysanki. Dosyć tego. Wynieś wreszcie te śmieci, a jak wrócisz, pomóż Luce zmywać kieliszki.

Kiedy Rosanna wynosiła pudło do śmietników na podwórku, po policzku potoczyła jej się łza. Nic się nie zmieniło. Było tak samo jak przedtem. Jakby wczorajszego dnia - najlepszego w jej życiu, bo po raz pierwszy okazała się niezwykła - w ogóle nie było.

- Rosanna! - krzyknął z kuchni Marco. - Pośpiesz się!

Wytarła łzę grzbietem dłoni i wróciła do środka, a swoje marzenie zostawiła na podwórku, razem ze śmieciami.

*

Wieczorem Rosanna noga za nogą wlokła się po schodach na górę. Chciała się położyć, bo była wykończona całodziennym obsługiwaniem gości. Nagle poczuła na ramieniu czyjąś dłoń.

- Dlaczego jesteś dzisiaj taka smutna, piccolina?

Odwróciła się i zobaczyła Lucę.

- Może jestem po prostu zmęczona. - Wzruszyła ramionami.

- Przecież powinnaś być cała w skowronkach, Rosanno. Niecodziennie taka mała dziewczynka sprawia swoim śpiewem, że tylu ludzi ma w oczach łzy wzruszenia.

- Ale, Luca, ja... - Nagle usiadła na szczycie wąskich schodów, a brat wcisnął się koło niej.

- O co chodzi, Rosanno?

- Rano spytałam tatę o lekcje śpiewu. Powiedział, że Roberto tylko chciał być miły, ale tak naprawdę nie wierzy, że mogę zostać śpiewaczką.

- No wiesz! - parsknął Luca. - To nieprawda. Roberto wszystkim mówił, jaki masz piękny głos. Koniecznie musisz chodzić na lekcje śpiewu do tego nauczyciela, którego polecił.

- Nie mogę, Luca. Tata powiedział, że nie ma na to pieniędzy. Lekcje śpiewu na pewno dużo kosztują.

- Och, piccolina. - Luca objął siostrę. - Dlaczego tata jest taki ślepy, kiedy chodzi o ciebie? Gdyby to była Carlotta... - Westchnął. - Posłuchaj mnie, nie trać nadziei. Patrz. - Pogrzebał w kieszeni spodni i wyciągnął z niej karteczkę. - Mnie też Roberto dał nazwisko i adres tego nauczyciela. Nie przejmuj się tym, co mówi tata. Pójdziemy do niego we dwoje, dobrze?

- Ale nie mamy pieniędzy, żeby mu zapłacić, więc to bez sensu.

- Na razie się tym nie martw. Zdaj się na starszego brata. - Luca pocałował ją w czoło. - Śpij dobrze.

- Dobranoc.

Luca ruszył na dół, do restauracji. Westchnął na myśl o czekającej go kolejnej długiej nocy w kuchni. Wiedział, że powinien być wdzięczny za to, że ma pewniejszą przyszłość niż inni młodzi mężczyźni w Neapolu, ale praca kucharza nie sprawiała mu przyjemności. Wszedł do kuchni, stanął przy stole i zabrał się do siekania cebuli. Oczy łzawiły mu od ostrego zapachu. Wrzucając cebulę na patelnię, rozmyślał o odmowie ojca, by sfinansować lekcje śpiewu jego siostrzyczki. Rosanna miała talent i Luca solennie sobie przysiągł, że nie pozwoli, aby go zmarnowała.

*

Kiedy Luca miał następne wolne popołudnie, pojechali z Rosanną autobusem do ekskluzywnej dzielnicy Posillipo, położonej na wzgórzu nad Zatoką Neapolitańską.

- Ale tu pięknie! Ile przestrzeni! A jak chłodno! - zachwycała się Rosanna, kiedy wysiedli z autobusu.

Pełną piersią zaczerpnęła powietrza, a następnie powoli wypuściła je z płuc.

- Rzeczywiście, bardzo tu ładnie - przyznał Luca.

Zatrzymał się, aby objąć wzrokiem zatokę. Migocząca lazurowa woda upstrzona była kropeczkami statków. Niektóre płynęły, inne stały zakotwiczone niedaleko brzegu. Jeśli spojrzało się przed siebie, na horyzoncie majaczyła wyspa Capri. A kiedy popatrzyło się w lewo, w oddali rysował się posępny stok Wezuwiusza.

- I signor Vincenzi naprawdę tu mieszka? - Rosanna odwróciła się w kierunku usadowionych na wzgórzu za nimi eleganckich białych willi. - O mój Boże, na pewno jest bogaty - dodała, kiedy ruszyli wijącą się pod górę drogą.

- Myślę, że jeden z tych domów należy do niego - powiedział Luca, kiedy mijali jedną z okazałych bram. W końcu zatrzymał się przy ostatniej z nich. - Jesteśmy na miejscu. To willa Torini. Chodź, Rosanno.

Wziął siostrę za rękę i poprowadził ją przez podjazd do obrośniętej bugenwillą werandy, za którą widać było drzwi wejściowe. Nieco zdenerwowany, chwilę się wahał, ale wreszcie nacisnął dzwonek.

Po długiej chwili drzwi się otworzyły i wyjrzała zza nich służąca w średnim wieku.

- S?? Cosa vuoi? Czego chcecie?

- Przyszliśmy zobaczyć się z signorem Vincenzim. To Rosanna Menici, a ja jestem jej bratem i mam na imię Luca.

- Jesteście umówieni?

- Nie... ale Roberto Rossini...

- No cóż, signor Vincenzi nie przyjmuje nikogo, kto nie jest z nim umówiony. Do widzenia. - Zdecydowanym ruchem zatrzasnęła im drzwi przed nosem.

- Chodź, Luca. - Rosanna nerwowo pociągnęła brata za rękę. - Nie pasujemy tutaj.

Ze środka willi dobiegły dźwięki fortepianu.

- Nie. Przejechaliśmy szmat drogi i nie wrócimy, dopóki signor Vincenzi nie usłyszy, jak śpiewasz. Chodź za mną. - Luca odciągnął siostrę od drzwi.

- Dokąd idziemy? Chcę do domu - powiedziała błagalnym tonem.

- Nie, Rosanno. Zaufaj mi, proszę. - Chwycił ją mocno za rękę i skierował się tam, skąd dobiegała muzyka.

Wkrótce znaleźli się z boku willi, na rogu eleganckiego tarasu, ozdobionego dużymi donicami lilioworóżowych pelargonii i ciemnofioletowych barwinków.

- Zostań tutaj - rzucił cicho Luca. Ukucnął i ruszył chyłkiem wzdłuż tarasu. Dotarł do przeszklonych drzwi, które otwarto na oścież, by wpuścić popołudniowy wiaterek. Ostrożnie zajrzał do środka i zaraz znowu się schował. - Jest tam - szepnął, kiedy wrócił do Rosanny. - A teraz śpiewaj, Rosanno. No już, śpiewaj!

Spojrzała na niego zdezorientowana.

- O co ci chodzi, Luca?

- Zaśpiewaj Ave Maria, no już!

- Ja...

- Zaczynaj! - nakazał.

Rosanna nigdy przedtem nie widziała, by jej delikatny brat był tak stanowczy. Otworzyła więc usta i tam, gdzie stała, zaczęła śpiewać.

*

Luigi Vincenzi właśnie wziął do ręki fajkę i szykował się, by iść do ogrodu na popołudniowy spacer, kiedy usłyszał głos. Zamknął oczy i przez kilka sekund słuchał. Nie mógł opanować ciekawości, więc powoli wyszedł z pokoju na taras. W jego rogu stała dziesięcio-, może jedenastoletnia dziewczynka w spranej bawełnianej sukience.

Ledwie go zobaczyła, przestała śpiewać, a po jej twarzy przemknął strach. Obok stał młody mężczyzna - sądząc po podobieństwie do małej, zapewne jej krewny.

Luigi Vincenzi złożył dłonie i wolno zaklaskał.

- Dziękuję ci, kochanie, za tak czarującą serenadę. Pozwólcie jednak, że zapytam: kto pozwolił wam wejść na mój taras?

Rosanna ukradkiem schowała się za brata.

- Przepraszam, signor, ale pańska służąca nie chciała nas wpuścić - wyjaśnił Luca. - Próbowałem jej powiedzieć, że to Roberto Rossini skierował moją siostrę do pana, ale zamknęła nam drzwi przed nosem.

- Rozumiem. A jak się nazywacie?

- To Rosanna Menici, a ja jestem jej bratem i mam na imię Luca.

- No to wejdźcie do środka - zaprosił ich Luigi.

- Dziękuję, signor.

Luca i Rosanna weszli za nim przez oszklone drzwi. Znaleźli się w przestronnym pokoju. Głównym meblem był fortepian, stojący pośrodku błyszczącej szarej marmurowej podłogi. Wzdłuż ścian znajdowały się półki, na których bezładnie leżały sterty nut. Nad gzymsem kominka wisiało mnóstwo zdjęć. Widniał na nich ubrany w wieczorowy garnitur Luigi; obejmował ramieniem ludzi o twarzach znanych im obojgu z gazet i czasopism.

Luigi Vincenzi usiadł na stołku przy fortepianie.

- A dlaczego Roberto Rossini przysłał cię do mnie, Rosanno Menici?

- No bo... bo...

- Ponieważ uznał, że moja siostra powinna brać u pana lekcje śpiewu - odpowiedział za nią Luca.

- Jakie jeszcze znasz piosenki, panno Menici? - zapytał Luigi.

- No... nie jest ich dużo. Głównie pieśni, które śpiewam w kościele - wyjąkała Rosanna.

- W takim razie może jeszcze raz spróbujmy zaśpiewać Ave Maria? Odniosłem wrażenie, że ten utwór znasz bardzo dobrze. - Luigi z uśmiechem siadł przy fortepianie. - I podejdź do mnie, dziecko. Obiecuję, że cię nie ugryzę.

Rosanna zbliżyła się do niego. Zauważyła, że choć wąsy i kręcone siwe włosy nadają mu surowy wygląd, jego oczy pod gęstymi brwiami błyszczą przyjaźnie.

- No to śpiewaj. - Luigi zagrał początek utworu.

Dźwięki, jakie wydobyły się z fortepianu, brzmiały całkiem inaczej niż wszystkie inne, które kiedykolwiek słyszała, więc oczarowana, zapomniała w odpowiednim momencie się włączyć.

- Coś nie tak, signorina?

- Nie, signor, zasłuchałam się tylko w piękne brzmienie pańskiego fortepianu.

- Rozumiem. Ale tym razem skup się, proszę.

Zainspirowana fortepianem, Rosanna zaśpiewała tak pięknie jak nigdy dotąd. Stojący obok niej Luca myślał, że pęknie z dumy. Wiedział, że słusznie postąpił, przyprowadzając tu siostrę.

- No dobrze, dobrze, signorina Menici. A teraz spróbujemy gam. Będę grał, a ty śpiewem podążaj za mną.

Palce Luigiego wędrowały po klawiszach w dół i w górę. Nie lubił wpadać w nadmierny zachwyt, ale musiał przyznać, że ze wszystkich dzieci, jakie kiedykolwiek przyszło mu uczyć, ta dziewczynka miała największy talent. Jej głos był niezwykły.

- To mi wystarczy.

- Będzie pan ją uczył, signor Vincenzi? - spytał Luca. - Mam pieniądze, żeby zapłacić za lekcje.

- Tak, mogę uczyć signorinę Menici. Będziesz tu przychodziła co drugi wtorek o czwartej. Wezmę cztery tysiące lirów za godzinę. - Podał stawkę o połowę niższą niż zwykle, ale widział, że choć brat dziewczynki zachowuje się z godnością, najwyraźniej krucho u niego z pieniędzmi.

Rosanna się rozpromieniła.

- Dziękuję, signor Vincenzi, dziękuję.

- Poza tym każdego dnia masz co najmniej przez dwie godziny ćwiczyć. Musisz bardzo się starać i nigdy nie opuszczać lekcji, chyba że ktoś w rodzinie umrze. Rozumiesz?

- Tak, signor Vincenzi.

- To dobrze. W takim razie do zobaczenia we wtorek. A teraz wyjdźcie drzwiami od frontu. - Luigi zaprowadził Lucę i Rosannę do wyjścia. - Ciao, signorina Menici.

Rodzeństwo pożegnało się i spokojnym krokiem poszło do bramy. Gdy znaleźli się na zewnątrz, Luca chwycił siostrę w ramiona, podniósł ją i z radości zakręcił się z nią w kółko.

- Wiedziałem! Wiedziałem! Wystarczyło, że usłyszał twój głos. Jestem z ciebie bardzo dumny, piccolina. Ale wiesz, że to musi pozostać naszą tajemnicą? Mamie i tacie mogłoby się to nie spodobać. Nawet Carlotcie lepiej o niczym nie mów.

- Dobrze, obiecuję. Ale czy stać cię na te lekcje?

- Oczywiście, że tak. - Luca pomyślał o pieniądzach, które od dwóch lat zbierał, żeby kupić sobie skuter. Miał to być jego pierwszy krok do wymarzonej samodzielności. - Oczywiście.

Rosanna zobaczyła nadjeżdżający autobus. Instynktownie uściskała brata.

- Dziękuję ci, Luca. Obiecuję, że będę się starała z całych sił. A kiedyś odwdzięczę ci się za twoją dobroć.

- Wiem, piccolina. Przecież wiem.

3

- Uważaj na siebie, Rosanno. Gdybyś przypadkiem zapomniała, gdzie wysiąść, kierowca autobusu wie, gdzie cię wysadzić.

Rosanna uśmiechnęła się do brata ze schodów autobusu.

- Przecież ze sto razy mówiłeś mi, jak trafić. Nie jestem dzieckiem, a to nie taka znów wielka wyprawa.

- No wiem, wiem. - Luca pocałował siostrę w oba policzki. Kierowca włączył silnik. - Dobrze schowałaś pieniądze?

- Tak, Luca! Nic mi nie będzie. Proszę cię, przestań tak się martwić.

Przeszła na przód autobusu, usiadła i pomachała bratu przez brudne okno, a kierowca ruszył w swoją trasę. Jazda była przyjemna, bo Rosanna opuszczała miejski harmider i jechała w stronę świeżego powiewu od gór. Kiedy wysiadła na właściwym przystanku i skierowała się w stronę willi, poczuła, że szybciej bije jej serce. Niepewnie nacisnęła dzwonek, pamiętając lodowate przyjęcie poprzednim razem. Jednak teraz służąca otworzyła jej drzwi z uśmiechem.

- Proszę wejść, signorina Menici. Jestem signora Rinaldi, gospodyni signora Vincenziego. Czeka na panią w pokoju muzycznym. - Poprowadziła Rosannę korytarzem na tył willi i zapukała do drzwi.

- Witaj, Rosanno. Proszę, usiądź. - Luigi wskazał jej krzesło przy stoliku, na którym stał dzbanek pełny lemoniady z lodem. - Na pewno jesteś spragniona po całej drodze. Chcesz się napić?

- Tak. Dziękuję, signor.

- Jeśli mamy razem pracować, mów do mnie "Luigi". - Nalał im obojgu po szklance lemoniady. Rosanna wypiła swoją duszkiem. - Co za nieprzyjemna pogoda. - Luigi otarł czoło dużą chusteczką w kratę.

- Ale w tym pokoju jest chłodno - ośmieliła się zauważyć Rosanna. - Tata mówił, że wczoraj w kuchni było prawie pięćdziesiąt stopni.

- Naprawdę? Taka temperatura nadaje się tylko dla Beduinów i wielbłądów. A kim jest twój tata?

- Razem z mamą prowadzą maleńką restaurację w Piedigrotcie. Mieszkamy nad nią - wyjaśniła Rosanna.

- Piedigrotta to jedna z najstarszych dzielnic Neapolu. Na pewno o tym wiesz. Twój tata tam się urodził?

- Jak cała nasza rodzina.

- Więc jesteście prawdziwymi neapolitańczykami. Ja pochodzę z Mediolanu. W waszym pięknym mieście jestem tylko gościem.

- Moim zdaniem tutaj jest znacznie ładniej niż u nas, zwłaszcza jak pojawiają się turyści.

- Pracujesz w restauracji?

- Tak. Kiedy nie jestem w szkole. - Rosanna się skrzywiła. - Nie lubię tego.

- No cóż, nawet jeśli tego nie lubisz, wykorzystaj okazję, żeby się czegoś nauczyć. Na pewno latem do restauracji przychodzi dużo Anglików.

- Tak - potwierdziła Rosanna. - Mnóstwo.

- W takim razie słuchaj, jak rozmawiają, i postaraj się nauczyć trochę angielskiego. Przyda ci się w przyszłości. Czy w szkole uczysz się francuskiego?

- Jestem najlepsza w klasie - pochwaliła się.

- Po francusku napisano kilka wielkich oper. Jeśli już teraz zaczniesz się uczyć języków, będzie ci łatwiej w przyszłości. A co twoi rodzice sądzą o głosie swojej córki?

- Nie wiem. Oni... nie wiedzą, że poszłam do pana na lekcję. Roberto Rossini powiedział tacie, że powinnam do pana chodzić, ale tata stwierdził, że nie mamy na to pieniędzy.

- A więc to twój brat płaci?

- Tak. - Rosanna wyjęła z kieszeni sukienki plik banknotów i położyła je na stole. - To za trzy lekcje. Luca chciał zapłacić z góry.

Luigi wziął pieniądze i uprzejmie skinął głową.

- Powiedz mi jeszcze, Rosanno: czy ty lubisz śpiewać?

Przypomniała sobie, jak cudownie poczuła się na przyjęciu, śpiewając dla Marii i Massima.

- Uwielbiam. Przenoszę się wtedy do innego świata.

- No cóż, to przynajmniej dobry początek. A teraz muszę cię ostrzec, że jesteś bardzo młoda, zbyt młoda, abym mógł na pewno stwierdzić, czy twój głos rozwinie się tak, jak chcemy. Nie możemy przeciążać twoich strun głosowych... trzeba je umiejętnie pielęgnować, zaobserwować, jak funkcjonują i jak najlepiej o nie zadbać. Uczę według szkoły zwanej bel canto. Jest to szereg coraz trudniejszych ćwiczeń głosu, z których każde służy rozwijaniu innego aspektu śpiewu. Dzięki nim unikniesz później problemów, z jakimi borykają się solistki. Nawet Callas uczyła się w ten sposób. Kiedy zaczynała, była niewiele starsza od ciebie. Jesteś gotowa do ciężkiej pracy?

- Tak.

- Uprzedzam cię, że na razie nie będzie śpiewania wielkich arii. Do tego musisz być dużo starsza. Najpierw poznamy fabuły wielkich oper i postaramy się zrozumieć ich bohaterów. Najlepsi śpiewacy operowi to ci, którzy nie tylko mają piękne głosy, ale są też znakomitymi aktorami. I niech ci się nie wydaje, że dla kształcenia głosu wystarczą ci dwie godziny miesięcznie ze mną - zaznaczył. - Codziennie, absolutnie bez wyjątku, musisz ćwiczyć to, co ci zadam.

Luigi przerwał, widząc, jak Rosanna szeroko otwiera oczy, i nagle się roześmiał.

- Ale koniecznie przypominaj mi, że jesteś jeszcze dzieckiem. Przepraszam, że tak cię wystraszyłem. Piękno twojej młodości polega na tym, że mamy mnóstwo czasu. A teraz bierzmy się do pracy. - Luigi wstał i podszedł do ustawionej przy fortepianie ławy. Poklepał miejsce koło siebie. - Chodź, będziemy się uczyć, które klawisze odpowiadają którym dźwiękom.

Godzinę później Rosanna opuściła willę Torini z uczuciem przygnębienia: przez całą lekcję nie zaśpiewała ani jednej nuty.

Kiedy dotarła do domu, wyczerpana upałem i napięciem, które towarzyszyło jej przez całe popołudnie, poszła prosto na górę, do swojego pokoju. Natychmiast podążył za nią Luca, z rękami w mące.

- Więc trafiłaś z powrotem?

- Przecież jestem. - Uśmiechnęła się na widok jego zatroskanej twarzy.

- I jak było?

- Wspaniale, Luca. Luigi jest bardzo miły.

- To dobrze. Ja...

- Luca! - gromkim głosem zawołał z dołu Marco.

- Muszę iść. Mamy duży ruch. - Luca pocałował siostrę w policzek i czym prędzej zbiegł do kuchni.

Rosanna położyła się na łóżku, wyjęła spod materaca pamiętnik i zaczęła pisać. Kilka sekund później do pokoju weszła Carlotta.

- Gdzie się podziewałaś? Mama chciała, żebyś jej pomogła, ale nie mogła cię nigdzie znaleźć. Przez całe popołudnie podawałam do stołów.

- Wyszłam... z koleżanką. Umieram z głodu. Jest coś do jedzenia?

- Nie wiem. Idź spytać mamę. Ja wychodzę.

- Z kim?

- Tylko z Giuliem - odparła Carlotta ze znudzoną miną.

- Myślałam, że lubisz Giulia? Że jest twoim chłopakiem?

- Był... to znaczy jest... Przestań tak mnie wypytywać! Idę się wykąpać.

Kiedy wyszła z pokoju, Rosanna skończyła pisać w pamiętniku i schowała go tam gdzie zwykle. Następnie przemknęła do kuchenki na górze i wzięła sobie z lodówki szklankę wody. Wiedziała, że jeżeli pójdzie na dół, by znaleźć coś do jedzenia, mama i tata natychmiast zlecą jej jakąś robotę. A była bardzo zmęczona. Zeszła po cichutku na półpiętro i otworzyła drzwi na żelazne schody przeciwpożarowe, które prowadziły z mieszkania na ulicę. Często tam chodziła, kiedy chciała pobyć sama, mimo że był stamtąd widok tylko na śmietniki za domem. Usiadła na najwyższym schodku i powoli sącząc wodę, wspominała lekcję z Luigim, chwila po chwili. Chociaż całą tę godzinę poświęcili nauce czytania czarnych nut na pięciolinii, a nie śpiewaniu, Rosanna pokochała spokojny dom Luigiego. Poza tym drżała z emocji na myśl o tym, że nareszcie ma własną tajemnicę.

Wróciła do sypialni i przebrała się w koszulę nocną. Carlotta upinała szal wokół ramion. Była prawie gotowa do wyjścia.

- Miłego wieczoru - powiedziała Rosanna.

- Dziękuję.

Wychodząc z pokoju, Carlotta rzuciła jej coś, co bardziej wyglądało na grymas zniecierpliwienia niż na uśmiech. Zostawiła za sobą unoszący się w powietrzu zapach perfum.

Rosanna położyła się do łóżka i zaczęła rozważać, jak zdoła co drugi wtorek chodzić do willi Luigiego, tak żeby nikt jej nie szukał. W końcu postanowiła, że wymyśli sobie przyjaciółkę, o imieniu Isabella, która ma zamożnych rodziców, co zaimponuje tacie. Dzięki temu nikt się nie przyczepi, jeśli co drugi wtorek pójdzie odwiedzić Isabellę. A co do ćwiczeń, to będzie musiała codziennie wstawać o godzinę wcześniej i wymykać się do kościoła, jeszcze przed mszą. Kiedy tylko znalazła rozwiązania tych problemów, natychmiast zasnęła jak kamień.

*

Był późny wrzesień. W restauracji zrobiło się spokojniej, bo turyści wyjechali z miasta; duszący upał złagodniał, zmieniając się w przyjemne ciepło. Luca wyszedł na podwórko zapalić papierosa. W drzwiach kuchni nagle stanęła Carlotta.

- Luca, możesz mi poświęcić parę minut, zanim w restauracji zacznie się ruch? Muszę... z tobą porozmawiać.

Luca spojrzał na jej dziwnie pobladłą twarz.

- Co się stało? Jesteś chora?

Przez chwilę się wahała, ale gdy już otworzyła usta, by mu odpowiedzieć, na schodach rozległy się ciężkie kroki schodzącej Antonii.

- Nie tutaj - szepnęła. - Spotkajmy się o siódmej w kawiarni U Renata na Via Caracciolo. Proszę cię, przyjdź, Luca.

- Dobrze.

Carlotta uśmiechnęła się blado i odeszła.

*

Kilka dni później Rosanna przeszła przez salę restauracyjną i otworzyła drzwi prowadzące do mieszkania na górze. Idąc po schodach, usłyszała z salonu krzyki ojca. Przestraszona, że może odkrył jej tajemnicę, zatrzymała się na szczycie schodów i zaczęła uważnie słuchać.

- Jak mogłaś? Jak mogłaś? - powtarzał w kółko Marco.

Rosannę dobiegł głośny szloch Carlotty.

- Nie rozumiesz, że tylko pogarszasz sytuację, Marco? - Antonia też wydawała się bliska łez. - Na pewno nie pomożesz naszej córce, jeśli będziesz na nią krzyczał i wrzeszczał! Mamma mia, musimy się uspokoić i pomyśleć, co zrobić, żeby było jak najlepiej. Przyniosę nam wszystkim coś do wypicia.

- Mamo, o co chodzi? Czy Carlotta jest chora? - spytała Rosanna, podążając za nią korytarzem do kuchenki.

- Nie, nie jest chora. Idź na dół do brata. Zrobi ci kolację. - Głos matki był zduszony i oddychała ciężko.

- Ale, mamo, proszę, powiedz mi, co się stało.

Antonia wzięła z szafki butelkę brandy, po czym odwróciła się i pocałowała córkę w czubek głowy, co nie zdarzało się często.

- Nikt nie zachorował, wszyscy czują się dobrze. Wyjaśnimy ci, o co chodzi, ale trochę później. A teraz idź i powiedz Luce, że tata zejdzie za parę minut. - Antonia zmusiła się do uśmiechu i znów zniknęła za drzwiami salonu.

Rosanna przecięła pustą restaurację i weszła do kuchni. Przy tylnych drzwiach stał Luca i palił papierosa.

- Luca, co się stało? Tata krzyczy, Carlotta płacze, a mama wygląda, jakby zobaczyła ducha.

Luca zaciągnął się papierosem i wolno wypuścił dym nosem. Potem rzucił niedopałek na ziemię, rozgniótł go butem i wrócił do kuchni.

- Masz ochotę na lasagne? Właśnie się upiekło. - Przemierzył kuchnię i otworzył drzwiczki piekarnika.

- Chcę wiedzieć, co się stało! Tata nigdy nie krzyczy na Carlottę. Musiała zrobić coś okropnego.

Luca w milczeniu nałożył lasagne na dwa talerze, postawił je na kuchennym stole i usiadł, wskazując siostrze, żeby zrobiła to samo.

- Piccolina, są rzeczy, których nie potrafisz jeszcze zrozumieć, bo jesteś za mała. Carlotta popełniła duży błąd i dlatego tata tak się na nią złości. Ale nie martw się. We trójkę sobie z tym poradzą i wszystko będzie dobrze. Możesz mi wierzyć. A teraz zajadaj swoje lasagne i opowiedz mi o lekcji z signorem Vincenzim.

Rosanna zrozumiała, że nic więcej z niego nie wyciśnie, więc z westchnieniem wzięła do ręki widelec.

*

W nocy obudziło Rosannę ciche pochlipywanie. Usiadła na łóżku, mrugając w szarym świetle nadchodzącego świtu.

- Carlotto? Carlotto, co się stało? - szepnęła.

Odpowiedzi nie było. Wstała z łóżka i podeszła do siostry. Carlotta nakryła sobie głowę poduszką, żeby stłumić odgłosy płaczu. Rosanna nieśmiało położyła dłoń na jej ramieniu, a wtedy spod poduszki wyjrzała udręczona twarz siostry.

- Proszę, nie płacz. Nie może być aż tak źle - pocieszyła ją Rosanna.

- Ale... jest, naprawdę jest... - Carlotta grzbietem dłoni wytarła nos. - Muszę wyjść za mąż... Za Giulia!

- Ale dlaczego?

- Przez to, co zrobiłam. Ale... och, Rosanno! Nie kocham go, nie kocham!

- To dlaczego musisz za niego wyjść?

- Tata mówi, że nie ma innej rady. Okłamałam go, że... och... - Carlotta znów zaniosła się płaczem, więc Rosanna mocno ją objęła.

- Nie płacz, proszę. Giulio to miły chłopak. Lubię go. Jest bogaty, będziesz miała duże mieszkanie i przestaniesz wreszcie pracować w restauracji.

Carlotta podniosła wzrok na siostrę i uśmiechnęła się przez łzy.

- Masz dobre serce. Może kiedy wyjdę za mąż, mama i tata bardziej zwrócą uwagę na ciebie.

- I tak jest mi dobrze. Nie wszystkie możemy być piękne, rozumiem to - odparła cicho Rosanna.

- No i popatrz, do czego doprowadziła mnie uroda! Może lepiej jej nie mieć. Och, Rosanno, będę za tobą tęskniła, kiedy odejdę z domu.

- A ja za tobą. Czy ślub już niedługo?

- Tak. Tata jutro idzie porozmawiać z ojcem Giulia. Pewnie za jakiś miesiąc będę już mężatką. Oczywiście wszyscy się domyślą.

- Czego? - spytała Rosanna.

Carlotta pogładziła siostrę po włosach.

- Są rzeczy, które zrozumiesz, dopiero kiedy będziesz starsza. Jak najdłużej bądź dzieckiem, siostrzyczko. Dorosłość nie jest aż tak fajna, jak się wydaje. A teraz wracaj do łóżka i śpij.

- Dobrze.

- I wiesz co, Rosanno?

- Tak?

- Dziękuję ci. Jesteś dobrą siostrą. Mam nadzieję, że zawsze będziemy przyjaciółkami.

Rosanna z westchnieniem wróciła do łóżka. Nadal nic z tego wszystkiego nie rozumiała.

*

Cztery tygodnie później Rosanna stała za Carlottą, ubrana w niebieską satynową suknię druhny, a siostra składała przysięgę małżeńską Giuliowi.

Po ślubie odbyło się przyjęcie w ich restauracji. Choć powinien to być najszczęśliwszy dzień w życiu Carlotty, wyglądała blado i sprawiała wrażenie spiętej, podobnie zresztą jak Antonia. Marco wydawał się zadowolony. Otwierał kolejne butelki prosecco i opowiadał gościom o pięknym mieszkaniu z dwiema sypialniami, do którego wprowadzą się nowożeńcy.

*

Kilka tygodni po ślubie Rosanna poszła odwiedzić Carlottę w jej nowym mieszkaniu niedaleko Via Roma. Z zapartym tchem oglądała stojący w rogu salonu telewizor.

- Giulio pewnie ma mnóstwo pieniędzy, jeśli stać go na coś takiego! - zawołała, kiedy Carlotta przyniosła kawę i razem usiadły na sofie.

- Tak, to prawda. Ma pieniądze - przyznała Carlotta.

Rosanna piła kawę, zastanawiając się, dlaczego siostra jest taka markotna.

- Jaki on jest?

- Prawie go nie widuję. O ósmej rano wychodzi do biura, a do domu wraca około wpół do ósmej wieczorem.

- Pewnie ma odpowiedzialne stanowisko. - Rosanna starała się zachęcić siostrę do zwierzeń.

Carlotta zignorowała jej uwagę.

- Robię kolację i idę spać. Ciągle jestem teraz zmęczona.

- Dlaczego?

- Będę miała dziecko - oznajmiła znużonym głosem Carlotta. - Niedługo zostaniesz zia, ciocią Rosanną.

- Gratulacje. - Rosanna nachyliła się i pocałowała ją w policzek. - Jesteś szczęśliwa?

- Oczywiście, że tak - odpowiedziała ponuro Carlotta.

- Giulio pewnie się cieszy, że zostanie tatą.

- Jasne. A co tam w domu?

Rosanna wzruszyła ramionami.

- Tata pije mnóstwo brandy, ciągle ma humory i krzyczy na mnie i na Lucę. Mama jest cały czas zmęczona i co rusz musi iść się położyć.

- No to niewiele się zmieniło. - Carlotta zdobyła się na uśmiech.

- Tyle że mama i tata chyba za tobą tęsknią.

- A ja za nimi. Ja... - W oczach Carlotty pojawiły się łzy. - Przepraszam, to przez tę ciążę stałam się taka płaczliwa. Luca nadal nie ma dziewczyny?

- Nie. Ale też nie ma na to czasu. Od ósmej rano siedzi w kuchni, a kończy bardzo późno.

- Nie rozumiem, dlaczego się na to zgadza. Tata jest dla niego taki niemiły i strasznie mało mu płaci. Na miejscu Luki wyniosłabym się z domu i ułożyła sobie życie gdzie indziej.

Rosanna była przerażona.

- Ale chyba nie sądzisz, że on to zrobi, co?

- Nie, Rosanno. Na szczęście dla ciebie, a na nieszczęście dla niego - odparła Carlotta. - Mamy niezwykłego brata. Chciałabym, żeby los się kiedyś do niego uśmiechnął, bo on na to zasługuje.

*

Pod koniec maja Carlotta urodziła dziewczynkę. Rosanna poszła do szpitala, żeby zobaczyć swoją małą siostrzenicę.

- Jest prześliczna i taka maleńka. Mogę ją potrzymać? - spytała.

Carlotta kiwnęła głową.

- Oczywiście. Proszę.

Rosanna wzięła dziecko od siostry i przytuliła je. Popatrzyła w ciemne oczy niemowlęcia.

- Nie jest podobna do ciebie.

- Och. A do kogo jest twoim zdaniem podobna? Do Giulia? Do mamy? Do taty?

Rosanna przyjrzała się dziecku.

- Nie wiem. Wymyśliłaś dla niej imię?

- Tak. Będzie Ella Maria.

- Pięknie. Jesteś bardzo mądra, Carlotto.

- Prawda, że jest piękna?

- Tak.

Siostry zwróciły się w stronę drzwi, bo właśnie wszedł Giulio.

- Jak się czujesz, cara? - Pocałował żonę.

- Dobrze.

- To się cieszę. - Usiadł na brzegu łóżka i sięgnął po dłoń żony.

Carlotta szybko odsunęła rękę.

- Lepiej przytul córkę - powiedziała.

- Jasne. - Giulio wstał.

Kiedy Carlotta podawała mu niemowlę, w jego ciemnych oczach Rosanna dojrzała ból.

*

Po wyjściu ich obojga Carlotta położyła się na plecach, wbijając wzrok w sufit. Była pewna, że postąpiła słusznie. Ma dobrze ustawionego męża i piękną córkę i udało jej się nie okryć hańbą siebie i rodziny.

Odwróciła się i spojrzała do kołyski. Ciemne oczy Elli były szeroko otwarte, a jej nieskazitelnie biała cera kontrastowała z ciemnymi włoskami na czubku głowy.

A ona do końca życia będzie musiała żyć w kłamstwie.

4

Neapol, maj 1972

- Dzień dobry, Rosanno. Wejdź, proszę, i usiądź tutaj. - Luigi wskazał krzesło przy ogromnym marmurowym kominku w salonie muzycznym.

Rosanna przycupnęła, gdzie jej kazał, a Luigi usadowił się naprzeciwko niej.

- Od pięciu lat przychodzisz do mnie dwa razy w miesiącu. Chyba nigdy nie opuściłaś lekcji.

- Tak, to prawda.

- Przez te pięć lat nauczyłem cię podstaw bel canto. Ćwiczenia powtarzaliśmy tak często, że byłabyś w stanie zaśpiewać je przez sen. Mam rację?

- Tak.

- Byliśmy na przedstawieniach w Teatro San Carlo, poznałaś wielkie opery, opracowaliśmy ich fabuły i przeanalizowaliśmy osobowości bohaterek, w które być może kiedyś się wcielisz.

- Tak.

- Twój głos przypomina idealnie zagruntowane płótno, gotowe przyjąć kolory i kształty, które uczynią z niego arcydzieło. - Luigi na chwilę zawiesił głos. - Nauczyłem cię wszystkiego, co umiem. Nie mogę cię już dalej uczyć.

- Ale... ale, Luigi... ja...

Pochylił się w jej stronę i ujął jej dłonie.

- Rosanno, czy pamiętasz, jak przyszłaś do mnie z bratem? I jak powiedziałem ci, że jest za wcześnie, żebym mógł orzec, czy twój talent się rozwinie?

Skinęła głową.

- No więc rozwinął się, i to w coś, co jest zbyt rzadkie, żebym mógł to zatrzymać dla siebie. Musisz iść dalej, Rosanno. Masz prawie siedemnaście lat. Powinnaś jechać do porządnej szkoły muzycznej, która zapewni ci to, czego ja dać ci nie mogę.

- Ale...

- Wiem, wiem... - Luigi westchnął. - Mama i tata nadal nie wiedzą, że do mnie przychodzisz. Pewnie mają nadzieję, że kiedy latem skończysz już szkołę, znajdziesz sobie miłego chłopca, wyjdziesz za mąż i dasz im dużo wnuków. Zgadza się?

- Tak. - Aż podskoczyła ze zdziwienia, że tak dobrze zna jej sytuację.

- Coś ci powiem, Rosanno. Bóg dał ci talent, ale wiążą się z nim nie lada wyzwania i trudne decyzje. Tylko ty możesz ocenić, czy masz dość odwagi, aby je podjąć. Wybór należy do ciebie.

- Przez ostatnie pięć lat żyłam dla lekcji z tobą, Luigi. Nie miało znaczenia, że tata na mnie krzyczy, a mama co wieczór każe mi obsługiwać klientów w restauracji, bo zawsze mogłam myśleć o tym, że przyjdę do ciebie. - W oczach Rosanny zaszkliły się łzy. - Śpiewanie jest czymś, czego pragnę najbardziej na świecie. Ale co mogę zrobić? Rodzice nie mają pieniędzy, żeby opłacić mi czesne w szkole muzycznej.

- Tym się, proszę, nie przejmuj. Chciałem tylko wiedzieć, czy do marzenia o przyszłości śpiewaczki podchodzisz z pasją. Oczywiście zdaję sobie sprawę z sytuacji finansowej twoich rodziców, ale akurat w tej kwestii mogę ci pomóc. Za sześć tygodni urządzam u siebie wieczorek muzyczny, soirée. Wystąpią wszyscy moi uczniowie. Zaprosiłem również mojego dobrego przyjaciela, Paola de Vita, który jest dyrektorem muzycznym mediolańskiej La Scali. Paolo jest też dyrektorem należącej do La Scali scuola di musica, a to, jak wiesz, najlepsza szkoła muzyczna we Włoszech. Powiedziałem mu o tobie i zgodził się przyjechać tu aż z Mediolanu, żeby posłuchać, jak śpiewasz. Jeśli uzna, tak jak ja, że masz wyjątkowy głos, być może zechce ci pomóc w uzyskaniu stypendium.

- Naprawdę?

- Naprawdę. I moim zdaniem powinnaś zaprosić mamę i tatę, żeby usłyszeli, jak śpiewasz. Jeśli znajdą się w sali pełnej ludzi doceniających talent ich córki, może przełamie to ich opory.

- Ale będą strasznie źli, że przez tyle lat ich okłamywałam. Zresztą nie sądzę, by zgodzili się przyjść. - Ze smutkiem pokręciła głową.

- Tego się nie dowiesz, dopóki ich nie zaprosisz. Pamiętaj, że masz prawie siedemnaście lat. Niedługo będziesz dorosła. Rozumiem, że nie chcesz martwić rodziców, ale zaufaj Luigiemu i poproś ich, żeby przyszli. Obiecujesz?

Rosanna kiwnęła głową.

- Obiecuję.

- No, dość już czasu zmarnowaliśmy. Zaczniemy się uczyć jednej z moich ulubionych arii. Być może zaśpiewasz ją na wieczorku. To Mi chiamano MimiCyganerii. Jest trudna, ale uważam, że dasz sobie radę. Dzisiaj przestudiujemy do niej muzykę. No chodź... - Luigi wstał z krzesła. - Mamy dużo do zrobienia.

*

Wracając od Luigiego, Rosanna siedziała w autobusie głęboko zamyślona. W domu poszła prosto do kuchni, by odszukać Lucę.

- Ciao, piccolina. Co się stało? Jesteś jakaś zdenerwowana.

- Możemy porozmawiać? - spytała i dorzuciła: - W cztery oczy.

Luca spojrzał na zegarek.

- Nie ma dziś dużego ruchu. Za pół godziny możemy się spotkać tam gdzie zawsze.

Mrugnął do niej, a ona czym prędzej się ulotniła, żeby nie zobaczyło jej któreś z rodziców.

*

Kiedy Luca ruszył w stronę morza, na Via Caracciolo roiło się od samochodów i turystów. Zobaczył, że Rosanna wychyla się przez barierkę, zapatrzona na grzywiaste fale, które w jesiennej szarówce przybrały kolor głębokiego granatu.

Spojrzał na nią z braterską dumą, a kiedy mijało ją dwóch mężczyzn, obudził się w nim odruch, by jej bronić. Potem znów z czułością ogarnął ją wzrokiem. Choć Rosanna nie wierzyła, że kiedykolwiek dorówna urodą siostrze, Luca widział, że wyrasta na piękność. Jej długa i chuda, po dziecięcemu niezdarna sylwetka przekształcała się w naturalnie wysmukłą, elegancką figurę młodej kobiety. Długie ciemne włosy opadały jej na ramiona, okalając twarz w kształcie serca, w której zwracały uwagę brązowe oczy ocienione gęstymi rzęsami. Wystarczyło, że się do niego uśmiechnęła, a nie potrafił jej niczego odmówić. To, że płacił za jej lekcje, było jedynym powodem, dla którego nadal pracował w restauracji, gdzie spadała na niego większość obowiązków, bo ojciec przeważnie siedział przy stoliku w kącie i pił z kumplami.

- Ciao, bella - powiedział, kiedy znalazł się przy niej. - Chodź, zapraszam cię na espresso. Opowiesz mi, co cię gnębi.

Poprowadził ją do stolika na chodniku przed kawiarnią. Zamówił dwie kawy, przyglądając się zmartwionej minie siostry.

- Co się stało, Rosanno?

- Luigi nie chce mnie już dłużej uczyć.

- A myślałem, że jest zadowolony z twoich postępów. - Luca był przerażony.

- Jest, ale mówi, że nie chce mi dalej udzielać lekcji, bo umiem już wszystko, czego on był w stanie mnie nauczyć. Luigi ma przyjaciela, który jest kimś ważnym w La Scali. Za sześć tygodni ten człowiek przyjedzie na wieczorek muzyczny u Luigiego, żeby posłuchać, jak śpiewam. Może załatwi mi stypendium na naukę w mediolańskiej szkole muzycznej.

- Ależ to wspaniała wiadomość, piccolina! Dlaczego jesteś taka smutna?

- Och, Luca, a co ja powiem mamie i tacie? Luigi chce, żeby przyszli na ten wieczorek i posłuchali, jak śpiewam. Ale nawet gdyby przyszli, na pewno nie zgodzą się, żebym opuściła Neapol i wyjechała do Mediolanu. Sam przecież wiesz... - Piękne brązowe oczy Rosanny były pełne łez.

- To nieważne, co oni powiedzą. - Luca pokręcił głową.

- Słucham?

- Jesteś już wystarczająco dorosła, żeby podejmować własne decyzje. Jeśli mamie i tacie się to nie spodoba, jeśli nie potrafią docenić i wesprzeć twojego talentu, to ich zmartwienie, a nie twoje. Skoro signor Vincenzi uważa, że jesteś dość dobra, żeby dostać stypendium na studia w Mediolanie, i sprowadza tu kogoś ważnego, by cię wysłuchał, to nic nie może cię powstrzymać. - Luca ujął jej dłoń. - Przecież oboje o tym marzyliśmy, prawda?

- Tak. - Rosanna poczuła, że powoli opuszcza ją napięcie. - A wszystko zawdzięczam tobie. Przez tyle lat płaciłeś za moje lekcje. Jak zdołam ci się kiedykolwiek odwdzięczyć?

- Zostań wielką śpiewaczką operową. Zawsze wiedziałem, że tego dokonasz.

- Luca, naprawdę myślisz, że to możliwe?

- Tak, Rosanno. Naprawdę.

- A mama i tata? - zapytała.

- Ich zostaw mnie. - Popukał się w nos, co znaczyło, że ma na nich swoje tajemne sposoby. - Przypilnuję, żeby przyszli cię posłuchać.

Rosanna przechyliła się nad stolikiem i pocałowała brata w policzek. W oczach błyszczały jej łzy.

- Co ja bym bez ciebie zrobiła? Dziękuję. A teraz muszę iść do domu. - Wstała od stolika. - Wieczorem obsługuję gości.

Odeszła, a Luca nadal siedział, wpatrując się w wyspę Capri po drugiej stronie zatoki. Od lat nie było mu tak lekko na sercu.

Jeśli Rosanna wyjedzie do Mediolanu, co go tutaj zatrzyma?

Już nic. Absolutnie nic.

5

- Łajdak! - Carlotta, cała we łzach, opadła na sofę. - Jak mogłeś, Giulio?

- Proszę cię, Carlotto... Wybacz mi. - Giulio patrzył na nią z rozpaczą. - Ale jesteśmy małżeństwem od pięciu lat, a od czterech nie pozwalasz mi się dotknąć! Mężczyzna ma swoje potrzeby... fizyczne potrzeby.

- I zaspokajałeś je ze swoją sekretarką! Na pewno wszyscy w firmie o tym wiedzą. Stałam się pośmiewiskiem.

- Nikt nic nie wie. Romans trwał tylko parę tygodni i już się skończył. Przysięgam.

- A z kim byłeś przedtem? Ile kobiet miałeś za moimi plecami?

Giulio podszedł do Carlotty. Osunął się na kolana i ujął jej dłonie.

- Nic nie rozumiesz, cara? Zawsze chciałem ciebie, tylko ciebie. Ale od dnia, kiedy za mnie wyszłaś, nigdy nie czułem, że ty chcesz mnie. Byłaś... - wzdrygnął się - taka zimna. Myślę, że wyszłaś za mnie tylko ze względu na dziecko. Mam rację?

Spojrzała na niego i wyszarpnęła dłonie z jego uścisku. W końcu przepełniła się czara goryczy; Carlotta nie wytrzymała ciężaru odrazy i cierpienia, narastających w niej od pięciu lat.

- Tak, masz rację. Nigdy cię nie kochałam i na pewno nie chciałam za ciebie wychodzić. Mogłam mieć każdego! Kiedy tylko pomyślę, jakie bym mogła wieść życie... A tymczasem marnuję swoje najpiękniejsze lata z mężczyzną, którego nawet nie lubię! A wiesz, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? - Wstała, trzęsąc się z wściekłości. - To dziecko wcale nie jest twoje! Nie jest twoje! - Na chwilę znieruchomiała, a potem szybko zasłoniła dłonią usta, już żałując swoich słów.

Wbił w nią wzrok. Twarz miał śmiertelnie bladą.

- Mówisz prawdę? Ella nie jest moim dzieckiem?

- Ja...

Carlotta nie była w stanie spojrzeć mu w oczy. Z twarzą ukrytą w dłoniach zaczęła szlochać.

Giulio wstał i wyszedł z mieszkania, głośno zatrzaskując drzwi.

Opadła na sofę.

- O mój Boże, mój Boże, co ja najlepszego zrobiłam?! - zawołała do milczących ścian.

Tak bardzo chciała go zranić za to, co jej zrobił, za to, że zabrał jej jedyną rzecz, jaka jej została: godność.

Wrócił po dwóch godzinach, które dla niej były nieznośnym cierpieniem. Kiedy wszedł do salonu, podbiegła do niego, łkając.

- Wybacz mi, wybacz, Giulio. Twój romans sprawił mi ból i chciałam cię zranić. Ale skłamałam. Przysięgam. Ella jest twoja.

Z obrzydzeniem odepchnął ją od siebie. Jego oczy nie wyrażały żadnych emocji.

- Nie, Carlotto, to nie było kłamstwo. Teraz, jak przypominam sobie fakty z przeszłości, wszystko zaczyna mi pasować. Nie mogę tylko uwierzyć, że byłem taki ślepy. Dziecko urodziło się pięć tygodni za wcześnie, a jednak było duże i zdrowe. Kiedy się po raz pierwszy kochaliśmy, widziałem, że nie jesteś dziewicą, ale nigdy o tym nie wspomniałem. Twoja nieszczęśliwa mina w dniu ślubu, to, jak się wzdrygałaś za każdym razem, gdy cię dotykałem... Powiedz mi, czy kochałaś tego mężczyznę?

W końcu, widząc, że nie ma już odwrotu, Carlotta musiała się poddać.

- Nie. To był straszny błąd. Jedna noc głupiego zapomnienia.

- I postanowiłaś, że ja też za to zapłacę? - Giulio ciężko usiadł na sofie. - Mamma mia, Carlotto! Wiedziałem, że jesteś samolubna, ale nie zdawałem sobie sprawy, że całkiem brak ci serca. Czy ktoś oprócz ciebie o tym wie?

- Nie.

- Powiedz mi prawdę. Przynajmniej to jesteś mi winna.

- Luca - wyznała.

- We dwójkę uknuliście spisek, tak? - Splunął na nią.

- Nie, Giulio. To nie tak. Byłam zrozpaczona. No więc pomyślałam, że skoro i tak mam za ciebie wyjść...

Mocno chwycił ją za ramię.

- Tak? Sama chyba powiedziałaś, że mnie nie kochasz, a właściwie nawet nie lubisz?

- Oj! Puść mnie, Giulio. To boli. Już ci mówiłam. To wcale nie była prawda. Ja tylko...

- Owszem, to była prawda! - Nagle puścił jej ramię i ciężko westchnął. - Nie jestem złym człowiekiem. Zawsze chciałem jak najlepiej, i dla ciebie, i dla Elli. Przez te wszystkie lata bardzo starałem się sprawić, żebyś mnie pokochała, tak jak ja kochałem ciebie. A teraz dowiaduję się, że moje małżeństwo było kłamstwem, zanim w ogóle się zaczęło!

- Proszę cię, Giulio! Proszę! Daj mi jeszcze jedną szansę. Wszystko ci wynagrodzę, obiecuję. Skoro wyznałam ci prawdę, możemy zacząć od nowa, bez kłamstw. Wymażemy przeszłość...

- Nie. - Gorzko się roześmiał. - Stąd nie ma już drogi powrotu. Przez te dwie godziny, kiedy mnie nie było, spacerowałem, rozmyślając o wszystkim, i podjąłem decyzję. Skoro wreszcie zdobyłaś się wobec mnie na szczerość, chcę, abyś zabrała swoje rzeczy i odeszła. Możesz wszystkim powiedzieć, że zostawiłaś męża, bo cię zdradzał. Nikt nie musi znać prawdy. Jestem gotów wziąć na siebie winę, ze względu na Ellę. Chociaż nie jest moją córką, kocham ją, jakby nią była. I nie chcę, żeby żyła okryta hańbą.

- Nie, Giulio, proszę! Gdzie ja się podzieję? Co ze sobą zrobię? - jęknęła z rozpaczą.

- To już nie moje zmartwienie. Moja firma ma biura w Rzymie. Poproszę, żeby jak najszybciej mnie tam przeniesiono.

- Ale co będzie z Ellą? Myśli, że jesteś jej ojcem. Kocha cię, Giulio.

- O tym powinnaś była pomyśleć, zanim nas oboje oszukałaś. - Odwrócił się od niej, nadal trzęsąc się ze złości i zdenerwowania. - Teraz idę spać. Jestem zmęczony. Prześpisz się tutaj, a rano, kiedy wyjdę do pracy, spakujesz swoje rzeczy. Jak wrócę do domu, ma cię tu nie być.

Ciąg dalszy dostępny w wersji pełnej