ROZDZIAŁ DRUGI
Morderstwo w imieniny
DZIEWCZYNA W ŚLUBNEJ SUKNI JEST SMUKŁA I HOŻA, zwłaszcza przez kontrast z panem młodym.
- Nie był za piękny - przyznaje Matylda, z czułością patrząc na fotografię w srebrnej ramce. - Ale mnie to nie wadziło, chłop byle był ładniejszy od diabła, tak mawiano u nas na wsi. A dziś, Hanuś, sama widzisz: ja też gruba i brzydka. Biedny Geniek, jakby z grobu wstał i mnie zobaczył, to z przerażenia drugi raz by umarł.
Siedzimy we dwie w jej pokoiku za kuchnią, odpoczywamy po przygotowaniu kolacji dla dziesięciu osób. Oczywiście, ja byłam tylko skromną pomocnicą najlepszej w świecie kucharki.
- A te policjanty to przyjdą w mundurach? - Poczciwa Mati płonie z ciekawości. Marzy jej się, żeby w naszym domu jak najprędzej pojawiła się druga ślubna fotografia, a na niej ja z oficerem.
Lecz mnie nieśpieszno za mąż. Najchętniej odwlekłabym to do emerytury i poszła za starszego pana, mojego rówieśnika, by wspólnie parzyć ziółka i o laseczkach spacerować po ogrodzie. A na razie mam dwadzieścia trzy lata i wczoraj zostałam policjantką. Tak jak od dziecka marzyłam.
- Modlę się, żeby panience szczęśliwiej się ułożyło niż mnie. - Dla Matyldy, taki jej nawyk, bywam czasem trzecioosobową panienką, na ogół jednak mówi mi po imieniu. - Zobacz, Hanuś: czworo wydałam na świat i tylko jedna Helka przeżyła. Ta, co potem wyjechała do Brazylii i całkiem zapomniała o matce.
A jeśli, mimo modlitw niani, tak jak ona owdowieję, a moje dzieci poumierają? Jeszcze jeden argument przeciwko małżeństwu.
WYBRALIŚMY SIĘ DO KONSTANCINA STŁOCZENI W DWÓCH TAKSÓWKACH, bo na trzecią pożałowaliśmy grosza. Najpierw w ogóle chcieliśmy skorzystać z kolejki, ale Tadek Samodulski, największe skąpiradło w komendzie, wyliczył, że dziewięć biletów wyniesie nas drożej niż wynajęcie dwóch życzliwych taksówkarzy. Miał na myśli takich, co stoją nocą przed speluną Joska na Gnojnej albo wożą klientelę do ciotki Szpicmacherowej, czyli są naszymi uszami i oczami.
- Ale najgorsze te prezenty dla niej - kwękał. - Mężczyźnie dasz flaszkę skonfiskowaną u bimbrownika, to jeszcze sam się z niej napijesz. A babie, cholera, wypada kupić róże i czekoladki Wedla. Mówię wam, chłopaki, najchętniej zełgałbym, że zachorowałem.
Lecz nie zełgał; wepchnąwszy się przed komendą do taksówki, pierwsza rzecz, pochwalił się torcikiem orzechowym i bukietem tulipanów. Wiedziałem, że tak będzie. Przecież wszystkim nam Hania wpadła w oko, nawet mnie, staremu piernikowi, Tadzio nie stanowił tu wyjątku.
A wszystko zaczęło się wczoraj, czyli siódmego czerwca, we czwartek.
- Jak wiecie, wyjeżdżam wieczorem na miesięczny kurs w Scotland Yardzie - powiedział z napuszoną miną nasz szef, Wacek Dulęba.
Powtarzał to niemal codziennie, jak gdyby odliczał czas do chwalebnego finału. Zaczął od "za pół roku", po czym termin skracał się i skracał, a Wacek coraz wyżej i wyżej zadzierał nosa.
- Boję się, że ci Anglicy nie będą chcieli szefa wypuścić - podlizywał mu się agent Kulesza, który niedawno przeszedł do nas z wywiadu. - I co wtedy? Zostanie szef nad Tamizą łapać Kubę Rozpruwacza?
- Chyba nie - odpowiadał komisarz z całą powagą. - Troszkę jeszcze za słabo znam angielski.
Lecz tego dnia nie tylko o jego wyjeździe była mowa.
- Jutro, kiedy już wsiądę w Gdańsku na statek, zjawi się u was młoda dama, którą zatrudniłem jako stenotypistkę i protokolantkę. Domyślacie się, o kogo chodzi, prawda? Bo ostatnio było o niej głośno. Jak który nie widział, niech sobie popatrzy - powiedział i przypiął do naszej tablicy ogłoszeń artykuł i fotografię wycięte z "Ikaca"[2].
- To ta, co uratowała siostrzenicę szefa? - upewnił się Zenek Miłobędzki zwany Miłym.
- Bratanicę - poprawił go Dulęba. - A oprócz tego ma na koncie kilka innych sukcesów. Tu wszystko jest napisane. - Stuknął palcem w gazetę.
Chłopaki stanęły przed tablicą zaczytane, a jeszcze bardziej zapatrzone.
- Ładne nazwisko: Lubochowska - ocenił Tadek. - Kojarzy się z rosyjskim słowem lubow.
- Albo z lubieżnością. - Miły podniósł temperaturę. - Spójrzcie na te jej oczka. Na kilometr bije z nich erotyczne rozpasanie. Już to zauważyłem, jak była tu pierwszy raz.
- A była?
- No pewnie. Dwa lata temu. Chciała się u nas zatrudnić. Nie pamiętasz, Tadziu?
- A, taka mała blondyneczka jak z gimnazjum! Opowiadała o swoim śledztwie na Ukrainie! A myśmy pomyśleli, że to kłamczucha.
- No proszę, a dzisiaj detektyw Lubochowska.
- Imię też wiele mówi. Hanka-kochanka.
I rozrechotali się jak żaby wiosną.
Mnie, staremu, nie uchodziło się do nich przyłączać, więc tylko rzuciłem szybko okiem: była istotnie zmysłowa i niebrzydka, w typie nimf malowanych przez Paula Chabasa, zapewne nie klasyczna piękność, ale bardzo, bardzo frapująca uroda.
Wacek nie pozwolił mi kontemplować fotografii, odciągnął mnie na bok.
- Słuchaj, Sarna. Będziesz mnie teraz zastępował, więc to spadnie na ciebie. Musisz pilnować, żeby zachowywali umiar w zalotach i nie zadręczali dziewczyny. Po ojcowsku wytłumacz im, że to komenda Policji Państwowej a nie tancbuda. Rozumiemy się?
Łatwo powiedzieć, pomyślałem. I spytałem, czy z takim talentem nie powinna być kimś więcej niż protokolantką.
- To był pomysł ministra na obejście przepisu. Bo, jak wiesz, póki co nie przyjmuje się do policji kobiet. Sam ją kiedyś odprawiłem z kwitkiem.
8 CZERWCA 1923 ROKU TO JEDNA Z WAŻNIEJSZYCH DAT W MOIM ŻYCIU: wtedy pierwszy raz zjawiłam się w Komendzie Miejskiej na Krakowskim Przedmieściu nie w roli żałosnej petentki, tylko jako pracownik policji, cywilny co prawda, ale jednak - policji! Sprawa wlokła się niemiłosiernie, bo już w Trzech Króli Wacek depeszował, że chce mnie zatrudnić, a potem były podania, odwołania, rozmowy w ministerstwie, przypływy i odpływy nadziei, aż wreszcie - przeszczęśliwy finał.
- To kiedy, Haneczko, złapiesz pierwszego bandytę? - spytał w przeddzień dziesięcioletni Tomek, mój przyszywany braciszek. Razem ze mną przeżywał te wszystkie urzędowe korowody, więc gdy mu przez telefon powiedziałam, że jutro zaczynam pracę, w lot przybiegł mnie uściskać.
- Pędziłem jak koń wyścigowy. Trzy kilometry w kwadrans - pochwalił się, dysząc.
Mieszkał nieopodal w Skolimowie, w willi, którą jego papa, słusznie zapomniany młodopolski literat, zamienił w gniazdo bohemy lub raczej w melinę pijaków i narkomanów. Gdyby nie ja i stryj Tomka, dalibóg, nie wiem, jaki los czekałby chłopca.
- To teraz już nie będziesz miała czasu dla swojego asystenta? - Uśmiechem starał się pokryć smutek.
Ostatniej zimy byłam z nim w Zakopanem, gdzie jako prywatny detektyw prowadziłam śledztwo. A on na krok mnie nie odstępował i nawet doradzał, często sensownie, bo był naprawdę bystry. No to mianowałam go asystentem. Niech się, dzieciaczyna, cieszy.
- Wprost przeciwnie, Tomeczku - powiedziałam. - Będziemy się teraz widywali codziennie.
Zrobił oczy tak wielkie, że zebrało mi się na śmiech.
- Skąd ta zdziwiona mina? Przecież co roku w czerwcu mój mały braciszek przeprowadza się na lato gdzie...? - Zawiesiłam głos.
- Do Kogucika! - odpowiedzieliśmy chórem, padając sobie w objęcia, a do mnie dotarło, jak strasznie ostatnio wyrósł; jeszcze rok, jeszcze dwa i przestanie być małym braciszkiem.
Kogucik to była nazwa mojego konstancińskiego domu, a zarazem drugiego domu Tomka, bo nie tylko latem u mnie mieszkał. Miał tu szafę pełną ubrań, regał uginający się od książek i oczywiście zatrzęsienie różnych gier i zabawek. Wszystko to razem ledwie mieściło się w jego pokoiku, sąsiadującym przez ścianę z moją sypialnią, który zawsze na niego czekał.
- W Konstancinie jest niebo, a w Skolimowie piekło - powiedział kiedyś.
Wiele razy zastanawiałam się, czy nie wziąć go do siebie na stałe, bałam się jednak otwartego konfliktu z jego ojcem. Marcin Studniarski, bo tak się ten człowiek nazywał, całymi tygodniami traktował syna jak powietrze, czasem jednak po wyjściu z alkoholowego lub morfinowego ciągu przypominał sobie o nim, a wtedy z obojętnego stawał się kochający i wręcz zaborczy. Mnie zaś potrafił oskarżać, że kradnę mu dziecko.
- Mówi, że zaczął pisać nową powieść. - Tomek od razu pobiegł do siebie robić w swoich rzeczach porządek czy raczej burzyć ład, który pod jego nieobecność zaprowadziła Matylda. - Ale tak naprawdę to pije z kilkoma kolegami. Nawet nie zauważy, że mnie nie ma. Nie musisz do niego dzwonić.
- Nie, nie, Tomeczku, tak nie wolno. Trzeba go zawiadomić.
Przeszłam do holu, gdzie wisiał na ścianie aparat telefoniczny.
Pan Studniarski istotnie był pijany. Chyba jednak poznał mój głos i zrozumiał mniej więcej co mówię.
- Haniu, a jutro po pracy opowiesz mi, jakie śledztwa ci powierzono? - spytał Tomek, kiedy wróciłam. - Chociaż tak ogólnie, bez wymieniania nazwisk i miejsc, bo wiem, że obowiązuje cię tajemnica.
Nim jednak zdążyłam odpowiedzieć, w progu stanęła Matylda. Z naburmuszoną miną i moimi haremkami w ręku. Wypatrzyła je razem z żakietem przygotowane na mój jutrzejszy debiut w roli stróża prawa.
- Znowu chcesz się przebrać za chłopa? - zagderała.
Według niej taki strój to był prosty sposób, by nie spodobać się mężczyznom.
NASZ STOŁECZNY WYDZIAŁ KRYMINALNY MIEŚCIŁ SIĘ NA PIERWSZYM PIĘTRZE w czterech amfiladowo połączonych pokojach, w dwóch skrajnych - gabinet szefa i kartoteka, w środku - załoga. Tego dnia zebraliśmy się pół godziny wcześniej, wiadomo czemu. Zjawili się nawet ci, którzy tylko z nami współpracowali - fotograf Jędrek Kociuba i medyk sądowy Bogusławski, zwany Dokiem. O siódmej pięćdziesiąt pięć odebrałem telefon dyżurnego z dołu.
- Idzie! - powiedziałem, podrywając wszystkich z krzeseł.
I w ciszy, która zapadła, rozległo się po chwili nieśmiałe pukanie do drzwi.
NIE WIEM, CZEMU UWAŻAŁ, ŻE ZAPUKAŁAM NIEŚMIAŁO, według mnie po prostu zrobiłam to jak osoba dobrze wychowana. A co, miałam może tłuc pięścią, jakby się paliło? Ze środka usłyszałam "proszę" na kilka głosów, w których wyczułam napięcie. No tak, to zrozumiałe, pomyślałam, dotąd pracowali w męskim gronie, teraz dołączy do nich koleżanka, więc są zaintrygowani. Podobnie jak zaintrygowana była moja klasa w żeńskim gimnazjum przed pierwszą lekcją z nowym profesorem.
Ale że tak będzie wyglądało moje entrée, dalibóg się nie spodziewałam. I zakrawało na sen, że stoję niby sierotka Marysia pośród wyrośniętych krasnoludów, pożerana przez nich wzrokiem. A najprzystojniejszy, trzydziestolatek o czarnych, płonących oczach, miał banjo i wnet zaczął szarpać struny.
- Przybywa do nas Haneczka, nasza kochana gwiazdeczka! - ryknęli chórem. - Dziewczyna taka nadobna, że oprzeć się niepodobna. Oj fioł, oj fioł, oj fiołku nasz, na sercach nam jak na skrzypkach grasz!
Była to przeróbka frywolnej piosenki o Jadwidze i rydzu[3], tak idiotyczna, tak grafomańska, że popłakałam się ze śmiechu. A gdy ocierałam oczy, któryś wcisnął mi w dłoń kieliszek, strzelił korek, chlusnęła piana. "My tu wszyscy ze sobą po imieniu, rzekł siwy, chyba najwyższy stopniem, więc trzeba wypić brudzia!"
Pewnie w tym celu zawczasu skroplili się wodą kolońską i jeszcze umyli zęby, czułam więc mocny zapach fluoru, gdy niektórzy zamiast policzków usiłowali podsunąć mi usta.
- Na chrzcie dali mi Paweł, a w policji Sarna - jako pierwszy przedstawił mi się siwy - to dlatego, że nazywam się Sarnatowicz.
- Hanka - odpowiedziałam. - Jeszcze bez przezwiska.
Starałam się zapamiętać następnych, lecz tylko dwóch się udało - tego z banjo, bo ładny chłopak, a w dodatku zwany Miłym, i sądowego lekarza, który mnie rozbawił.
- Odkąd skończyłem medycynę, zmieniono mi imię i z Karola Bogusławskiego stałem się doktorem Bogusławskim. Dla przyjaciół Dok - powiedział, po czym przeprosił, że nie zabawi w komendzie dłużej, bo na Oczki czekają dwaj denaci. Wtedy pierwszy raz usłyszałam nazwę ulicy, przy której mieściło się warszawskie prosektorium.
- Jeszcze sekundkę, Dok - poprosiłam - oni nie uciekną. A chciałam wam wszystkim coś obwieścić.
I zaprosiłam ich na jutro na imieniny. Ma się rozumieć z żonami oraz żonami in spe.
- Hanuś, ale ty przecie obchodzisz dopiero na świętej Anny, dwudziestego szóstego lipca - zdziwiła się Matylda, gdy powiedziałam, że trzeba szykować się na gości.
- No to w tym roku obejdę wcześniej. Albo dwa razy. Zresztą nie jestem Anka tylko Hanka. To podobno żydowskie imię. I znaczy "łaska".
Matylda, która akceptowała już nawet mój romans z Abramkiem Rybkinem, teraz jednak się obruszyła.
- A idźże ty! Jakie tam żydowskie? Toć to przecie matka Przenajświętszej Panienki!
I wyjaśniła mi, że imiona Anna i Hanna niczym się nie różnią.
- Zobacz, jedni mówią Ameryka, drudzy Hameryka, a rozchodzi się o ten sam kraj.
MIAŁA DUŻO MŁODSZEGO BRACISZKA, RUDEGO PSA PODOBNEGO DO WILKA, PRĘGOWANEGO KOTA, A PRZEDE WSZYSTKIM - GRUBĄ BABCIĘ, która przygotowała całe mnóstwo frykasów na czele z nieziemskiej pychoty ruskimi.
- A wnuczce dała pani przepis? - spytałem, pochwaliwszy jej kulinarne arcydzieło.
Spojrzała na mnie badawczo. W lot zrozumiałem, jak wytłumaczyła sobie moją ciekawość.
- Ja nie babcia, ino niania - wyjaśniła szeptem. - A z pana przystojny i szykowny mężczyzna, ale boję się, czy dla Haneczki ciut nie za stary.
Siedzieliśmy wszyscy na dużym tarasie, panie wymieniały uwagi o walorach konstancińskiego powietrza, Miły brzdąkał na swoim banjo, jego narzeczona, girlsa z rewiowego teatrzyku, bawiła się z kotem, a Jurek i Tadzio niby dwie sroki w gnat wpatrywali się to w głęboki dekolt i skąpo zakryte kolana Hanki, to w czarnego cadillaca stojącego w ogrodzie. A że byli już po kilku głębszych, przestali się krępować.
- Hania, to ty musisz być z bogatej rodziny - stwierdzili podpitym chórkiem. - No bo willa w Konstancinie i auto jak z bajki. Mało kto może sobie dziś pozwolić na takie luksusy.
Bałem się, że się obrazi, miała prawo, na jej miejscu odparowałbym, że ja im do kieszeni nie zaglądam, lecz zareagowała spokojnie i rzeczowo.
- Dom kupił mi przed śmiercią mój tata. Przez wiele lat był głównym inżynierem u Rudzkiego.
- U Rudzkiego? Nieźle! - Samodulski gwizdnął z uznaniem.
Musiał wiedzieć, że przed rewolucją to była największa w Polsce firma i jedna z większych w Europie, więc na pewno godziwie płaciła inżynierom.
- A cadillac od wielbiciela z milionami? - Kulesza niesmacznie zażartował.
- Jeśli nawet, to panu nic do tego! - wtrąciła się ostrym tonem Małgośka, żona Kociuby, przystojna, dorodna blondyna, dziesięć lat od niego młodsza.
I nastrój imienin siadłby, gdyby nie opanowanie Hanki.
- Rzeczywiście ofiarował mi go wielbiciel: mój brat przyrodni. I wyposażył w radiotelefon, którego niestety nie będę mogła używać w pracy, bo Ministerstwo Spraw Wewnętrznych odrzuciło ofertę braciszka i nie kupiło takich aut, jakich używa policja w Detroit.
Sprawa była głośna, gazety pomstowały na ministra, pomstowała opozycja w sejmie, zorientowaliśmy się więc, że chodzi o polsko-amerykańskie przedsiębiorstwo Pol-Mi-Rad, czyli Polish Military Radio. A zatem jego właściciel jest przyrodnim bratem naszej Hani. Fiu! Fiu!
POTEM PANI MATYLDA PRZYTACHAŁA NA TARAS GRAMOFON, zakręciła korbą i towarzystwo, odsunąwszy na bok stół, zaczęło tańczyć. A z największą werwą doktorowa Bogusławska, której bynajmniej nie przeszkadzało, że niania Hanki zamiast tanga i modnego charlestona co rusz puszcza ludową melodię na dwa akordeony i bęben. Heca-kieca kole pieca - radośnie klaskała do rytmu, porywając z krzeseł kolejnych panów.
Hanka, oparta o barierkę, w zamyśleniu paliła francuskie kaprale. Raz czy drugi pozwoliła się komuś z grzeczności zaprosić, po czym podeszła do mnie.
- Chodź, Sarna, do ogrodu - powiedziała tym swoim tonem, który kilka dni później jak zły szeląg znała już cała komenda, miękkim a zarazem nieznoszącym sprzeciwu. No to podreptałem za nią w towarzystwie psa, którego także zawołała na spacer.
- A ja mogę iść z tobą? - spytał jej braciszek. - Bo chętnie bym się przewietrzył przed snem. Ale jeśli masz omawiać tajne sprawy, to zostanę.
Wyczułem, że nęcą go kryminalne historie i chciałby posłuchać zawodowej rozmowy policjantów. Już podczas kolacji jak urzeczony wpatrywał się w nasze mundury.
- Możesz, możesz - odpowiedziałem za Hankę i spytałem, czy w przyszłości chce zostać detektywem. To przecież marzenie wielu chłopców w jego wieku. Ja akurat chciałem być prokuratorem, ale to prawie to samo.
Zaskoczył mnie.
- Nie, panie komisarzu. Jak dorosnę będę pisarzem. I opiszę wszystkie przygody mojej siostry.
PO BRUDERSZAFTACH UDAŁAM SIĘ DO KARTOTEKI i aż do wieczora przepisywałam protokoły przesłuchań, bo to był najlepszy sposób, by zapoznać się z aktualnymi śledztwami. Nikt przecież nie zarzuci pannie maszynistce, że wtrąca się w nie swoje sprawy.
Trud się opłacił: mogłam teraz w moim konstancińskim ogrodzie podzielić się uwagami i wątpliwościami z wysokim, z lekka przygarbionym szpakowatym panem, który szedł obok mnie po ścieżce.
- Wiesz, Sarna, według mnie te wszystkie wille w Milanówku okradł ten sam człowiek. Ale nie Klusiński, skoro po jego aresztowaniu włamania nie ustały.
- Czy chodzi o tego złodzieja, o którym wszyscy rozmawiali na kinderbalu u Oli? - wtrącił się Tomek z charakterystycznym dla siebie brakiem dystansu wobec dorosłych. Bałam się, że Sarnie to się nie spodoba, lecz tylko uśmiechnął się pod wąsem.
- W ostatki byłam z Tomkiem u jego sympatii, właśnie w Milanówku - wyjaśniłam mu. - I wszystkie mamy, taty, ciocie, wujki i stryjki na okrągło gadały o porannym zatrzymaniu Klusińskiego vel Kluchy.
- Szkoda, Haniu, że to nie my go złapaliśmy - szepnął do mnie Tomek; wciąż przeżywał nasze sylwestrowe zakopiańskie śledztwo.
- Klucha nie działał w pojedynkę. - Sarna wrócił do tematu. - Miał swoich ludzi. I oni po wpadce mistrza kontynuowali jego dzieło.
- Nie nazwałabym tego wpadką. Wpadka to zostać schwytanym na gorącym uczynku albo podczas pościgu. A Kulesza z Miłym aresztowali go, kiedy kupował pączki u Pomianowskich. Za całą podstawę mieli zeznania konduktora, który godzinę po włamaniu widział, jak na przystanku Milanówek Klucha z dużą walizką wskakuje w biegu do pociągu.
- Zgodzisz się, że to dość mocna poszlaka.
- Taka mocna, że sąd Kluchę uniewinnił. I dał mu tylko trzy miesiące za stawianie oporu władzy, bo podczas zatrzymania kopnął któregoś z chłopaków w kostkę.
- Jurka. Podobno zjadł mu pączki i to Kluchę wyprowadziło z równowagi.
Sarna podniósł z ziemi patyk i rzucił Rudemu. Mina, z jaką to zrobił, świadczyła, że lubi psy, toteż z miejsca poczułam do niego sympatię. Mimo że się mądrzył i nie zgadzał z tym, co mówię.
- Myślę, Haniu, że Klucha po prostu miał dobrego adwokata.
- A kto go bronił? - spytałam takim tonem, jakbym miała w małym palcu stołeczny pitaval.
Na twarzy Sarnatowicza dostrzegłam zdziwienie.
- Nie czytujesz gazet? Sam Eustachy Wolfferdorff. Taki przez dwa f w środku i na końcu. Tuz warszawskiej palestry. Wniósł o poddanie konduktora badaniu okulistycznemu, które wykazało poważną wadę wzroku. I w ten sposób utrącił prokuraturze głównego świadka. Cóż, Haniu, c'est la vie. Nie raz i nie dwa słyszałem odzywkę starych złodziei: mam dość floty, żeby wynająć Wolfferdorffa, więc mnie pan władza może cmoknąć.
- A co sądzisz o zaginięciu Teresy Bogatko? - Zmieniłam temat, bo ta sprawa znacznie bardziej mnie interesowała niż okradzione domy w Milanówku.
Miesiąc temu, jak wynikało z notatek, które przepisałam, zniknęła ze szpitala psychiatrycznego w Drewnicy chora na schizofrenię dwudziestopięciolatka. Urodzona i zameldowana w Kołbieli, skąd, jak ustalił miejscowy komisariat, wyniosła się krótko po wojnie. Ponoć z całą rodziną, za chlebem do Ameryki, tak przynajmniej powiedzieli sąsiedzi.
Długo wpatrywałam się w jej podniszczony - niemiecki jeszcze - paszport, który szpital przekazał policji, i w fotografię blondynki o szczupłej, wylęknionej twarzyczce. Tydzień później dyrektor Rychliński otrzymał od niej klasyczny list samobójczy. Ciała jak dotąd nie znaleziono.
- To akurat nic nadzwyczajnego. Wystarczy, że utopiła się w głębokiej wodzie.
- Albo popełniła samobójstwo na drugim końcu Polski. Nikt trupa spod rumuńskiej granicy nie skojarzy z zaginięciem w podwarszawskich Ząbkach.
- A jednak coś mi się tu nie zgadza. Czytałeś, co profesor Rychliński powiedział o jej liście?
- Nie pamiętam dokładnie. Ale zdaje się, grafolog potwierdził, że to jej pismo. Chyba porównał z podpisem w paszporcie.
- Tyle że zdaniem profesora tego nie napisała osoba chora na schizofrenię. Nie wiem, po czym to można poznać, ale widać psychiatrzy mają swoje sposoby. Czyli co, w kilka dni po ucieczce z Drewnicy cudownie ozdrowiała?
Lecz nim Sarna zdążył odpowiedzieć, nad ogrodem rozbrzmiał nagle charakterystyczny mazowiecki zaśpiew Matyldy. Stała na balkonie i przyzywała nas nerwowym ruchem ręki.
- Hanuś! Panie komisarzu! Chodźta szybko! Dzwonią do was z policji! Mówią, że w Warszawie człowieka zabili!
SŁUŻBA NIE DRUŻBA i wyjeżdżając do Konstancina, musieli zostawić na komendzie mój numer telefonu.
- Tłumaczę mu jak krowie na rowie, że są imieniny i wszyscy jesteście po kielichu, więc żaden z was pożytek - szeptała Matylda, podczas gdy Sarna odbierał meldunek dyżurnego. - Co zresztą pomożecie? Nie wskrzesicie biedaka, a zbrodzień na pewno już hen za borem, lasem. A uparciuch swoje, że chce gadać z komisarzem, to się pytam, któren to, dyć na czole nie ma napisane, a na tych gwiazdkach i belkach się nie wyznaję. Ale zaraz się domyśliłam, że to musi być ten siwy, co wygląda jak wasz ojciec.
Siwy, co wyglądał jak nasz ojciec, odwiesił tymczasem słuchawkę.
- Nie uwierzysz, Haneczko. Dopiero co o nim rozmawialiśmy.
- O kim? - W pierwszej chwili przyszedł mi do głowy Klusiński, ale się pomyliłam.
- O świętej pamięci Wolfferdorffie. Zastrzelono go na placu Zbawiciela.
CADILLAC HANKI, CHOCIAŻ WIELKI NICZYM CARSKA KAROCA, z trudem pomieścił nas siedmioro.
"Kociuba lekki jak piórko, może go któryś wziąć na kolana". "Aha, i wyjdzie na jaw, że mnie głodzisz" - przekomarzali się Jędrek z Małgosią.
Pani Matylda trzymała za rękę Tomka, bo rwał się jechać z siostrą, i jednocześnie w rozgorączkowaniu błagała nas, byśmy pilnowali Hanki jak oka w głowie.
- Ja też, kiedy Zenek ma nocny dyżur, nie mogę z nerwów zasnąć - pocieszała ją girlsa Miłego, i wszystkie trzy panie zadeklarowały, że zostaną i będą się nawzajem podtrzymywać na duchu.
Nie miały zresztą wyjścia, bo w nocy kolejka nie kursowała.
- Jeśli poczujecie się senne, służę gościnnymi pokojami na mansardzie - powiedziała Hanka. Jeszcze posłała Tomka do mieszkania po kodaka i lampę błyskową dla Kociuby, bo swoich oczywiście nie zabrał, i dopiero usiadła za kierownicą. Dekolt zakryła garsonką, lecz kolana nadal świeciły w ciemnościach.
- Haniu, a ty aby na pewno umiesz prowadzić? - spytał Miły, kiedy wyjechaliśmy za bramę. Niby żartował, lecz czuć było, że podgryza go niepokój. Innych zresztą też, a mnie najbardziej.
- Jeszcze nie wiem, bo to moja pierwsza jazda bez nauczyciela - odpowiedziała z rozbrajającą szczerością. - Ale nie martwcie się, panowie, dam radę. Tylko to kółko strasznie trudno utrzymać.
Cadillac, jakby na potwierdzenie jej słów, zaczął nagle z rozmachem zygzakować; od drzewa do drzewa nim rzucało, od płotu do płotu, kolizja była o centymetry. Hanka piszczała histerycznie, nam żołądki podeszły do gardeł i dopiero gdy zgrabnie pokonała zakręt w Warszawską, zrozumieliśmy, że z nas zakpiła.
- Widzicie, już umiem! Nie myślałam, że to takie łatwe.
Chłopaki śmiały się i biły jej brawo, a ja zacisnąłem pięści, aż paznokcie weszły mi w skórę, i ledwie się powstrzymałem, by nie wygarnąć im wszystkim, że są zgrają pijanych durniów i jednej kretynki.
Bo zbyt dobrze pamiętałem inną kobietę kierującą autem.
PIERWSZEGO MORDERCĘ WYKRYŁAM, MAJĄC NIESPEŁNA OSIEMNAŚCIE LAT, a potem kilku następnych, w tym tak zwany gang porywaczy uczennic, którego pojmanie przyniosło mi i mojemu wspólnikowi, Abramkowi, pięć minut gazetowej sławy. Jednak dopiero dziś pierwszy raz przybyłam na miejsce zbrodni z policjantami, medykiem sądowym i fotografem, słowem - fachową, choć z lekka nietrzeźwą ekipą.
Plac, na który przyjechaliśmy, wziął nazwę od niedawno zbudowanego kościoła Świętego Zbawiciela; dwie neogotyckie wieże górowały strzeliście nad rozgwiazdą przecinających się ulic i skwerem otoczonym torami tramwaju. Pusto tu było - ani aut, ani powozów, przechodniów też prawie wcale.
Spojrzałam na zegarek, dopiero za kwadrans jedenasta, ale Warszawa w tamtych czasach wcześnie kładła się spać.
Z bezludnym, ciemnym placem kontrastowało ostre światło latarek i tłumek zebrany przed kamienicą na Nowowiejskiej. Już wiedzieliśmy, gdzie to się stało.
Ciąg dalaszy w wersji pełnej
[2] Ikac - Ilustrowany Kurier Codzienny. Ogólnopolski, wysokonakładowy dziennik wydawany w Krakowie w latach 1910-1939.
[3] Tekst oryginalny: Poszła Jadwiga na rydze, stał się przypadek Jadwidze, takiego rydza znalazła, że ledwie spod niego wylazła. Oj ry, oj ry, oj rydzu mój, jaki jest słodki ten korzeń twój!