Prolog
Posłuchaj, jak było najpierw:
Zanim odkryłam przed policją swoją tożsamość, zima jeszcze się nie skończyła, ale dla zwierząt skończył się sen zimowy.
- Powinieneś tego spróbować! - zawołałam do Jakuba, wchodząc na lód na rzece.
Jeszcze wtedy warstwa lodu była gruba, więc nie myślałam o kilku metrach lodowatej wody pod stopami, o pokrytym kamieniami dnie ani o tym, że nadchodziła odwilż. Rozpędziłam się i pojechałam na butach jak łyżwiarka figurowa.
- Założę się, że wytrzyma jeszcze kilka dni! - krzyknęłam, śmiejąc się.
- No to o ile się założysz? - zapytał Jakub, schylając się po patyk dla Nor.
Przesłałam mu uśmiech, a on odpowiedział tym samym. Myślę, że mój ojciec nie zakładał, iż zrobiwszy w przeszłości coś okropnego, otrzyma tak wiele szczęścia.
Stara wilczyca, którą tropiliśmy od kilku dni, jakby tylko czekała na moment, gdy zapadnie mrok i ukryjemy się w samochodzie. Właśnie usiadłam na tylnej kanapie starego vana i ledwie skończyłam przykręcać obiektyw do aparatu fotograficznego, gdy poczułam na ramieniu dłoń swojego ojca.
- Patrz, Nadia, patrz...
Zwierzę stało po drugiej stronie rzeki, ledwie widoczne z odległości, w jakiej się znajdowaliśmy. Zafascynowana przysunęłam aparat do oczu i aż wstrzymałam oddech, bo dostrzegłam też nieświadomą zagrożenia sarnę przemierzającą polanę.
W obiektywie wszystko wyglądało jak wyreżyserowany film. Na zdjęciu uchwyciłam moment, gdy sarna poderwała się do biegu, wyczuwając drapieżnika.
Spadła migawka. Jedno zdjęcie, drugie, trzecie...
Wilki polują od wieczora do rana, najczęściej w grupach, ponieważ w ten sposób łatwiej im gonić i zmęczyć ofiarę. "Naszą" wilczycą interesowali się naukowcy z ośrodka badawczego. Twierdzili, że przywędrowała z Ukrainy, gdzie porzuciła stado albo została z niego przepędzona; była już stara, rozumiałam więc, że nie będzie mogła długo biec, a skoro przyszła sama, zaatakuje szybko.
Jeszcze nigdy nie byłam tak blisko polowania! Sfotografowałam przerażoną sarnę, kiedy przeskoczyła krzewy i wbiegła na lód na rzece, na wprost nas. Wilczyca też już wypadła zza linii drzew i bardzo szybko pokonała zaspy, znalazła się kilka metrów za sarną, dopadła brzegu rzeki i...
Zapach pojawił się znikąd, jak zawsze: woń upalnej, sierpniowej nocy sprzed wielu, wielu lat.
Podniosłam wzrok na Jakuba, a on spojrzał na mnie. W ciemności samochodu błyszczały mu oczy, długie, ciemne pasma włosów wysypywały się spod wełnianej czapki i spadały na policzek, mieszały się z zarostem.
- Czemu patrzysz? - zapytał.
Przez chwilę nic nie widziałam i nie słyszałam, ponieważ wróciły wspomnienia. Poczułam szarpnięcie, jakby w tej właśnie chwili Jakub złapał mnie za koszulkę i wywrócił na plecy. Zobaczyłam siebie taką, jaką byłam, kiedy mnie porwał: jedenastoletnią dziewczynkę ubraną w dżinsowe spodnie ogrodniczki, białą koszulkę i pobazgrane pisakami tenisówki. W pamięci usłyszałam swój spanikowany oddech, zobaczyłam swoje ręce, próbujące walczyć z tym mężczyzną, pamiętałam, jak się szarpałam z moim ojcem, jak podrapałam go paznokciami po twarzy, chciałam się mu wyrwać i...
- Nadia? Czemu tak patrzysz? - powtórzył Jakub teraz, dotykając mojego ramienia.
- Coś mi się przypomniało.
- Co?
Potrząsnęłam głową i znowu sięgnęłam po aparat fotograficzny. Kiedy spojrzałam przez obiektyw, sarna właśnie mijała samochód, nie zauważając naszej obecności, ale wilk pozostał na drugim brzegu. Kiedy zrobiłam zbliżenie, patrzył prosto na nas.
Tamtego ostatniego wieczoru nie było żadnych przeczuć, nic nie wskazywało na to, że wszystko zmierzało ku końcowi.
Koło północy pojechałam jeszcze do wsi.
- Mieszkańcy Bieszczad biją na alarm - opowiadał spiker w radiu samochodowym, podczas gdy wycieraczki zbierały śnieg z szyby, a reflektory vana wyławiały z ciemności nierozjeżdżoną drogę i pnie drzew. - Wilki polują nawet na ich psy. Naukowcy twierdzą, że taka sytuacja ma miejsce z powodu tegorocznej ostrej zimy, jakiej nie było na tych terenach od dawna; zwierzęta są zdesperowane, głodują od wielu dni, ich ekosystem został...
We wsi stary kundel, uwiązany do budy, zaczął głośno ujadać, gdy tylko wysiadłam z samochodu. Przede mną znajdowało się kilka domów. Przełożyłam przez skobel łańcuch bramki jednego z nich i wąską ścieżką przeszłam do sieni, zapukałam do drzwi.
- Późno jesteś! - Sebastian wydawał się senny, kiedy mi otworzył.
- Coś ci przyniosłam, popatrz... - Rozwinęłam kartkę, zerwaną ze słupa ogłoszeniowego poprzedniego dnia. - Trzy pokoje i poddasze, trochę mały, ale ładny, prawda?
Sebastian popatrzył na kartkę. Dosłownie nie odrywał od niej oczu.
- Nieduża działka - dodałam.
- Tutaj mielibyśmy ogródek - podchwycił, szukając mojego spojrzenia. - Moja mama zostałaby z braćmi, więc...
Staliśmy blisko siebie i czułam ciepło bijące z jego ciała. Staliśmy razem, ale Sebastian nie wiedział o dziewczynce, którą kiedyś byłam, o tej porwanej. Znał tylko Martę, za którą się podawałam, pracownicę Bieszczadzkiego Parku Narodowego, angażującą się w pomoc zwierzętom chronionym, opracowującą nową metodę kontaktu z wilkami.
- Zadzwonię do nich - obiecał, kładąc dłoń na moim policzku. - Jeśli spuszczą cenę, to go weźmiemy, tak?
- Tak, wynajmiemy dom. - Naiwnie chciałam wierzyć, że potrafię w ten sposób na kłamstwie zbudować swoje szczęście.
Kilka godzin później zegar w pokoju wybijał czwartą rano, kiedy wysunęłam się z ramion Sebastiana. Mój chłopak spał, gdy wiązałam buty. Śnił, kiedy wkładałam bluzę i na palcach opuszczałam jego dom.
Na niebie księżyc i gwiazdy, cisza, puste drogi. Popatrzyłam za siebie, na okna pokoju, w którym próbowaliśmy coś zbudować.
Łyżki i chochle powieszone na drzewie, w sąsiednim ogrodzie starej bieszczadzkiej szeptuchy klekotały, informując o nadchodzącym wietrze. Drzwi vana głośno trzasnęły, gdy usiadłam za kierownicą, a uruchomione reflektory wydobyły z mroku Cejnową, szeptuchę, która właśnie wyszła z kurnika, zgarbiona, z koszykiem, w którym pewnie niosła ciepłe jajka.
Tak mnie przeraziła, że niemal podskoczyłam, i dopiero po chwili uniosłam dłoń, żeby ją pozdrowić. Niepotrzebnie. I tak pewnie widziała tylko oślepiające światła samochodu.
Ruszyłam zbyt ostro i momentalnie śnieg zachrzęścił pod kołami, van przekroczył linię pobocza; rozległ się głuchy huk, gdy samochód uderzył w zaspę.
Cholera! Głośno łapałam oddech. Kiedy chwilę potem wcisnęłam pedał gazu, koła znowu zamieliły i zaczęły się ślizgać na lodzie, ale nic nie wskazywało na to, że uda mi się odjechać. Docisnęłam gaz mocniej, ale samochód tylko przemieścił się lekko w bok, a potem stanął zupełnie.
Później, już po wszystkim, wiele razy wracałam myślami do tego momentu i wydawało mi się, że może właśnie tak miało być: miałam zostać u Sebastiana i odwrócić czekający na mnie los, a mojemu ojcu podarować kolejny dobry dzień.
Ale ja, głupia, uparcie próbowałam wyprowadzić samochód z zaspy.
Nie zawiedź mnie, staruszku, nie teraz, proszę, proszę! Kiedy za którymś razem docisnęłam gaz, van zawył, obudził kundla w budzie i pies znowu zaczął wściekle ujadać; ale koła złapały przyczepność i mogłam wrócić do domu.
Kilka godzin później wszystko się skończyło...
Ostatnie chwile w górach są dla mnie niejasne, jakby mój umysł bronił się przed zobaczeniem prawdy. Widzę więc tylko oderwane od siebie sceny: ja i Jakub w lesie, ślady butów dwóch ludzi, odbite w śniegu, idziemy po nich, zaniepokojeni... A potem już rzeka.
Lód tego dnia osłabł i nie był w stanie utrzymać ciężaru dorosłego człowieka. Nie utrzymał mojego ojca.
W pamięci mam lukę.
Potem słyszę łomot swojego serca - w tym koszmarnym wspomnieniu jestem już pod lodem, a płuca gwałtownie domagają się powietrza. Widzę swoje pięści, gdy uderzam lodową pokrywę, walczę o życie, duszę się i...
Od tej chwili czas jakby nałożył się na siebie i w głowie zostało mi już tylko kilka wspomnień: to, jak biegłam wzdłuż brzegu, potykając się o ukryte pod śniegiem kamienie, i wołałam Jakuba.
Odnalazłam go za pobliskim zakolem rzeki.
- Pójdziesz do drogi i zatrzymasz samochód - powiedział. - Powiesz, że poniósł mnie nurt...
Pamiętam jego ręce, tak przemarznięte, że aż sine. W góry już przybył wiatr, a zapowiadana w prognozie śnieżna zamieć niebawem miała zaatakować. Wtedy jeszcze było jednak cicho. Pamiętam potężną ciszę tamtego miejsca
- Nadia, Nadia... - Jakub przytulił mnie do siebie i czułam, jak pod kurtką waliło mu serce. Jego ciepły oddech przez chwilę ogrzewał mi skroń. - Biegnij... wracaj do domu!...
Zawahałam się, a potem zrobiłam to, o co poprosił: pobiegłam do drogi, po nowe życie.
To wszystko, co pamiętam.
PAP, 21 lutego 2018 r., godzina 12.57:
Policja w Ustrzykach Dolnych przesłuchała dzisiaj młodą kobietę, która w mokrym ubraniu na leśnej drodze prosiła o pomoc dla siebie i dla swojego ojca. Pod mężczyzną załamał się lód na rzece, jego dalsze losy są nieznane. Jak podają pierwsze komunikaty, kobieta może być zaginioną przed laty Nadią Okołotowicz! (czytaj także: Jedno z najbardziej tajemniczych zaginięć przedostatniej dekady - co się stało z Nadią?...).
Posłuchaj dalej:
Tamtego dnia telefon rozerwał ciszę w domu mojej mamy, Olgi Okołotowicz.
- Dzwonię z komisariatu policji w Ustrzykach Dolnych - wyjaśnił męski głos na linii. - Znaleźliśmy pani córkę, Nadię.
Dzisiaj wiem, że długopis, który mama trzymała w palcach, potoczył się na podłogę.
Przez czternaście lat policja przynosiła jej fragmenty ubrań zamordowanych dzieci, kazała identyfikować ciała już w stanie rozkładu, przedstawiano jej do rozpoznania zdjęcia martwych dziewcząt.
Dzisiaj wiem też, że podczas gdy głos w telefonie wyjaśniał, co się wydarzyło, przez głowę mojej mamy przemknął ciąg obrazów: moje puste łóżko i okruszki pozostawione na prześcieradle, czyli wszystko, co po mnie zostało, kiedy zaginęłam w środku upalnego lata. Na pewno przypomniała też sobie pierwsze dni śledztwa, policjantkę prowadzącą moją sprawę, schylającą się pod praniem rozwieszonym na linkach w ogrodzie. Pamiętała zabezpieczone przez policję rzeczy, niewypowiedziane podejrzenia sąsiadów, recydywistę w przeszłości karanego za czyny lubieżne, przesłuchiwanego w mojej sprawie, psy tropiące szukające mojego ciała w lesie, krzyczące nagłówki gazet, w których uśmiercano mnie na tysiąc sposobów...
Czternaście lat śledztwa, nadziei i godzenia się z możliwością, że nigdy nie pozna prawdy o moim zaginięciu, i nagle słuchawka telefonu została przekazana mnie, więc moja mama usłyszała głos młodej kobiety:
- Mamo...
Tamtego dnia dom, w którym mieszkałam z Jakubem w górach, został zabezpieczony. Ciszę i spokój lasu rozdarły dźwięki radiowozów, na podjeździe zaroiło się od policjantów i techników kryminalistycznych, rozpinano wokół domu policyjne taśmy.
Anna Kamińska, naczelniczka wydziału śledczego w Gdańsku, od lat nie brała czynnego udziału w śledztwach, tylko je nadzorowała, ale kiedy otrzymała telefon z Bieszczad, rzuciła wszystko i pokonała niemal osiemset kilometrów dróg, aby się ze mną spotkać w górach.
Prowadziła tę sprawę od samego początku, od pierwszego telefonu mojej mamy. To ona schylała się pod praniem schnącym na linkach w ogrodzie i pierwsza widziała moje puste łóżko w przyczepie kempingowej oraz ślady wskazujące na uprowadzenie.
Czternaście lat później znalazła się w środku gór, w sercu lasu; wysiadła z samochodu na podjeździe domu, który równie dobrze mógł znajdować się na innej planecie, ponieważ był tak oddalony od cywilizacji, że odnosiło się tam wrażenie, jakby nawet czas miał inny wymiar.
Wyobrażam sobie, że wysiadła z radiowozu i zadarła głowę, mierząc się z widokiem tego domu. Nie różnił się od innych budynków, które mijała po drodze. Ostre bieszczadzkie zimy naruszyły dach i drewno konstrukcji, ale jeśli na chwilę ucichł wiatr i wyjrzało słońce, jeśli położyło długie pasy światła na werandzie, a zwisające z dachu sople lodu zaczęły mienić się jak kryształy, całość musiała wyglądać niemal bajkowo.
Naczelniczka otrzymała od biegłych klucze i mogła sama wejść do środka domu.
Tuż za progiem wisiał mój płaszcz, a pod grzejnikiem stały jeszcze buty Jakuba - wszystko czekało, jakbyśmy mieli tutaj zaraz wrócić, jakby nic złego się nie wydarzyło.
Śledczą na pewno uderzyła panująca tutaj cisza. Nie było słychać dźwięków samochodów, rozmów ludzi, hałasów miasta. Dom znajdował się tak daleko od wsi, że nie docierał do nas nawet listonosz.
Schody skrzypiały, gdy się po nich szło na piętro. Technicy pracowali głównie w sypialniach, więc pościel na łóżkach była rozgrzebana, szuflady w komodach otwarte, a drzwi szaf rozchylone. W tamtym czasie - teraz to wiem - na klamkach i ościeżnicach jeszcze bielały resztki proszku do zabezpieczania śladów linii papilarnych, a przy niektórych przedmiotach znajdowały się karteczki.
Nie było krat w oknach i nic nie wskazywało na to, że doszło tutaj do dramatu. Dom sprawiał wrażenie, jakby oswajał Annę z nowinami.
Podejrzewam, że śledcza zajrzała najpierw do sypialni Jakuba. Technicy skupili się na tym pokoju, więc w środku panował okropny nieporządek i większość rzeczy została wyjęta z szafy i szuflad. Uwagę policjantki na pewno zwróciły malowane akwarelą ilustracje do wznowienia Chaty w lesie braci Grimm, rozwieszone do wyschnięcia na papierowym sznurku. Jakub pracował nad nimi w ostatnich dniach na zlecenie wydawcy, ale nie zdążył ich dokończyć.
Wyobrażam sobie, że Anna zbliżyła się do nich i pewnie się zorientowała, że bohaterka bajki - mała dziewczynka - wzorowana była na mnie.
Prace Jakuba zawsze były pełne mnie.
Uwagę Anny na pewno przyciągnęło też zdjęcie leżące na biurku, a przedstawiające moją osobę z czasu po porwaniu - pierwsze zdjęcie, które dałam sobie zrobić w życiu pod nową tożsamością Marty Lewandowskiej.
Wyobrażam sobie, że śledcza sięgnęła po nie i obróciła je do światła.
Znała mnie sprzed porwania i szukała jasnowłosej, zaginionej dziewczynki. Tymczasem na fotografii duża, puchowa kurtka kryła moje drobne ciało, a uwagę Kamińskiej musiały zwrócić moje zafarbowane na rudo, obcięte na krótko włosy, wysunięte spod wełnianej czapki (- To tylko włosy, nic ci się nie stało - powiedział wcześniej Jakub, gdy płakałam, skulona na podłodze łazienki wokół uciętych, jasnych, latami zapuszczanych pasm). Na zdjęciu uśmiechałam się jak zwyczajna dziewczynka, chociaż wtedy już nie byłam zwyczajną dziewczynką.
Myślę, że jeśli śledcza poszukiwała czegoś niepasującego do sytuacji na zdjęciu, to na pewno zaskoczyła ją ufność w moich oczach. Może wtedy zbliżyła się o krok do poznania prawdy o mnie i Jakubie?
Dzisiaj wiem, że już po kilku godzinach od złożenia przeze mnie zeznań w komisariacie w Sanoku lokalni dziennikarze rozumieli, z jaką historią mają do czynienia, więc gromadzili się pod szpitalem, gdzie byłam poddawana obdukcji.
Moja mama, kiedy tam dotarła, musiała się wylegitymować, żeby wejść do środka.
Alarmy takie jak ten: Odnaleźliśmy Nadię!, zdarzały się już wcześniej i podrywały nadzieję w jej sercu, by potem tej nadziei jej pozbawić.
Teraz wiem, że kiedy dotarła do szpitala, dochodziła północ, a ona podróżowała niemal bez ustanku od wielu godzin i aż miała zawroty głowy, obraz skakał jej przed oczami. Nie była też pewna, na ile starczy jej sił, jeśli ten alarm okaże się kolejną pomyłką...
Podczas drogi w Bieszczady w radiu co kilkanaście minut słyszała powtarzające się informacje o mnie: - Jak podaje rzecznik prasowy policji, dzisiaj rano odnaleziono Nadię Okołotowicz, zaginioną przed laty... - Mówiono też o moim ojcu: - W Bieszczadach trwa akcja poszukiwawcza Jakuba Orsztynowicza, mężczyzny odpowiedzialnego za porwanie swojej córki. W akcji biorą udział policja oraz GOPR. Poszukiwania utrudnia pogarszająca się pogoda...
- Jestem mamą Nadii Okołotowicz! - powiedziała tak podobno ochroniarzowi, który blokował jej przejście do szpitala. Nikogo nie wpuszczano do środka bez zgody policji, więc moja mama musiała poczekać na potwierdzenie od Anny Kamińskiej.
W szpitalu panowało zamieszanie.
- Podobno jest tutaj moja córka - zwróciła się mama do recepcjonistki. Waliło jej serce.
- Pierwsze piętro, pokój sto dwa. - Recepcjonistka wskazała drzwi windy. - To pani szczęśliwy dzień! Córka na panią czeka!
W windzie mama wybrała przycisk.
Półpiętro. Piętro. Półpiętro.
I nagle dźwięki wokół niej stały się niespójne, a kolory zaczęły się zamazywać. Słowa recepcjonistki huczały jej w głowie: - Córka... Córka na panią czeka... szczęśliwy dzień...
Pierwszy raz pozwoliła sobie uwierzyć, że to prawda: po prostu ją odnalazłam! Nie było żadnej pomyłki! Ulga była tak wielka, że mama musiała oprzeć się plecami o ścianę, ukryła twarz w dłoniach.
Wcześniej nie spytała policji o wiele rzeczy, więc dopiero w windzie w jej głowie zaczęły się mnożyć pytania: co właściwie wydarzyło się nad rzeką?, gdzie byłam przez te wszystkie lata?, czemu odnalazłam się dopiero teraz?, w jakim byłam stanie?, czy to prawda, że on...?
O moim ojcu nie chciała myśleć.
Drzwi windy się rozchyliły i zobaczyła długi hol. Zanim nacisnęła klamkę w drzwiach, ostatni raz pomyślała o dziewczynce, tej jedenastoletniej, którą kiedyś byłam i którą mama bezpowrotnie straciła: pomyślała o moich pobazgranych pisakami tenisówkach, które nosiłam przed porwaniem i które zniknęły wraz ze mną. (- Na litość boską, Nadio, coś ty zrobiła ze swoimi butami! - krzyknęła, gdy zobaczyła, jak je ozdobiłam. - Nie wiesz, że to się nie spierze? Pieniądze nie rosną na drzewach!) Tyle razy się modliła o mój powrót i przeklinała Jakuba. Tyle razy życzyła mu śmierci.
Nacisnęła klamkę w drzwiach.
W sali było na tyle ciemno, że potrzebowała chwili, aby zauważyć mnie - młodą kobietę, czekającą przy oknie.
- Nadio?
Odwróciłam się w jej stronę, a mama zaczęła płakać, jeszcze zanim wyciągnęła do mnie ręce.
PAP, 22 lutego 2018 r., godzina 16.11:
Dwudziestopięcioletnia Nadia Okołotowicz powróciła dzisiaj do rodzinnego domu. Powitali ją burmistrz miasteczka, sąsiedzi, a także mieszkańcy i dziennikarze. - Cieszymy się, że ten koszmar wreszcie się skończył! - powiedział dziennikarzom ojczym zaginionej kobiety, Michał Okołotowicz.
Policja ustala, co się działo z Nadią przez ostatnich czternaście lat. W Bieszczadach wciąż trwają poszukiwania ojca młodej kobiety, Jakuba Orsztynowicza, który zaginął po wypadku na rzece. - Po tylu dniach przy tej pogodzie szukamy już raczej ciała - powiedział jeden z ratowników GOPR-u, biorących udział w poszukiwaniach.