Rozdział 2
W garażu unosił się zapach rozgrzanego metalu. Aleks wciąż pracował palnikiem nad ramą motocykla, który budował na zamówienie. Jego potężne bicepsy połyskiwały od metalicznego pyłu i smaru, kiedy podciągał złom wiszący na łańcuchu, tak by mieć swobodny dostęp do drugiej strony. Przetoczył swój wózek inwalidzki z głuchym zgrzytem roztrącanych na podłodze części i narzędzi. Jego twarz przybrała wyraz, który zdążyłam już doskonale poznać. Miał swoją wizję. W nieforemnej kupie złomu dostrzegł linie przyszłej bestii i nie przerwie pracy, póki nie wydobędzie jej na powierzchnię, żeby mógł zobaczyć ją każdy, a już z pewnością ten, kto wypłaci mu za maszynę tłuściutkie honorarium. Nad każdą maszyną pracował długo, ciężko i każda była absolutnie warta swojej ceny. Oburzyłby się, gdybym nazwała go artystą, ale był nim. Mierzył się z materią i ignorował jej opór. Tak samo jak bagatelizował opór własnego ciała. Nic nie mogło go powstrzymać, nawet roztrzaskany kręgosłup. Nie przerywałam mu pracy - mogłam poczekać, aż metal podda się jego woli, a Aleks z poczuciem dobrze wykonanej roboty zrobi sobie przerwę.
Ustawiłam Ślicznotkę pod ścianą, z dala od pryskających iskier spawarki. Mój motocykl też wyszedł spod rąk Aleksa. Kiedyś był produktem masowym pewnej azjatyckiej firmy motoryzacyjnej. Na długo przed tym, zanim Aleks usłyszał "nierówne stukanie" ("jak możesz tego nie słyszeć, dziewczyno?") i nie zdenerwowała go jakaś linia "nie dość zgrabna" i efektywność "znacznie poniżej możliwości". Zaczął poprawiać moją maszynę - tu coś odjął, tam coś dodał, coś wymienił na lepsze... Trzy lata później ojciec inżynier nie rozpoznałby dziecka, które wypuściła jego fabryka. Usunęłam logo producenta, nieuczciwie byłoby rozbudzać nadzieję potencjalnych klientów. Nie jestem typem gadżeciary z fetyszem motoryzacyjnym - maszyny traktuję jak narzędzia, biorące dość często na siebie trudy mojej roboty - a jednak ze Ślicznotką czułam się związana i jej czarną, agresywną sylwetkę doceniałam na równi z siłą silnika i niezawodnością. I tym, że nie groziło jej żadne nierówne stukanie, którego i tak raczej bym nie rozpoznała.
Wdrapałam się na maskę starego chevroleta - znanego też jako "niekończąca się opowieść", jako że remont tego gruchota pochłaniał niekończące się pokłady czasu i pieniędzy. Po trzech latach wciąż nie udało się nam go uruchomić na dłużej niż kwadrans. Stawiałam na magiczną mutację, Aleks upierał się, że mutacje nie mogą dotyczyć przedmiotów nieożywionych. Zafundowałam mu wieczór z Christine, ale pozostał optymistą. Widział takie auto w jakimś filmie i przez lata marzył, by mieć podobne. Może nie szedł w tych fantazjach aż tak daleko, by oczekiwać od auta tego, by jeździło. A może uznał, że skoro sam nie jest doskonały, zaakceptuje niedoskonałości Chevy'ego. Aleksa łączyło z maszynami ciche porozumienie. Każdy z nas ma jakiś talent. Ja potrafiłam się zakradać, zabijać i zmieniać wygląd lepiej niż gwiazdy modelingu. On rozmawiał ze złomem i skłaniał go do działania.
Wyciągnęłam z torby teczkę, którą wcisnęła mi w ręce Matka pod koniec odprawy, kilka batonów energetycznych i butelkę koktajlu proteinowego. Energicznie przeżuwając kolejne kęsy o smaku miodu i orzechów, wczytywałam się w dokumenty. I z każdą sekundą byłam bardziej wkurwiona. Wspominałam, że wszyscy mają jakiś talent? Talentem Matki było wyciąganie ze mnie tego, co najgorsze. Całkiem świadomie, bo nic dobrego, co mogło się we mnie kryć, nigdy nie zdobyłoby jej aprobaty, chyba że umiejętność zabijania czy władania jakąś wysoce podłą i śmiercionośną magią. Każda matka nabywa wiedzę o czułych punktach własnej pociechy. Po prostu wie, co powiedzieć i zrobić, by dzieciaka zażenować, zdenerwować czy rozzłościć. Zwykle towarzyszą temu różne miłe rzeczy, jak bezwarunkowa miłość i wsparcie. Irena wznosiła się ponad takie bzdury. Byłam jej małym projektem, a wierzyła w zimny chów, twardą rękę i hartowanie potomstwa w prawdziwych płomieniach.
Z każdą sekundą stawałam się bardziej sfrustrowana, bo zdawałam sobie sprawę, że załatwiła mnie na szaro. Znowu. Owszem, od miesięcy gderała, że powinnam mieć partnera, ale temat, jak mi się zdawało, przysechł. Minęły trzy lata, odkąd wróciłam z roboty, na którą pojechałam z partnerem i pięcioma innymi najemnikami. Wróciłam sama. I do dziś nie śpieszyłam się z dokładnym raportem z akcji, a także nie mówiłam o tym, jak doszło do ich zgonu. Miałam swoje powody. Większość z moich towarzyszy zginęła. Jedyny ocalały, wilczy szczeniak, znalazł sobie znacznie lepsze życie niż to, jakie miał mu do zaoferowania Zakon Cieni, więc nie zamierzałam puścić pary na jego temat. To moja wina, to, że wszyscy nie żyją. Nie zabiłam ich, wbrew temu, co sądzą moi koledzy z pracy, z Ireną na czele. Ale przyjęłam robotę, której nigdy nie powinnam na siebie wziąć. Zgubiłam się wystarczająco, by uczynić swoim wrogiem kogoś, kto był kiedyś moim najlepszym przyjacielem, być może miłością mojego życia. Ona i jej przyjaciele zabili moich ludzi w obronie własnej. Racja była po ich stronie, jednak Zakon widział to inaczej. Gdyby jego członkowie dowiedzieli się, co dokładnie wydarzyło się na wsi trzy lata temu, pomściliby swoich dla zasady, zabijając moją dawną przyjaciółkę tylko po to, by postawić kropkę nad i. Nie zamierzałam do tego dopuścić, dlatego dopilnowałam, by jakikolwiek elektroniczny czy papierowy ślad tamtej akcji przepadł. Nawet Irena nie znała dość szczegółów. Zlecenie zostało opłacone dużą sumką i mogła podejrzewać, że zamieszany był w nie ktoś z Niebieskich lub Piekielników ze względu na wysoki stopień zagrożenia. Tylko tyle. Pytała mnie wiele razy, co się wtedy wydarzyło. Zasłaniałam się klauzulą poufności w umowie z wymagającym klientem. Plotki na korytarzach Zakonu mnożyły się i rosły, po trzech latach osiągając już rozmiar nosorożców. A nosorożce można lekceważyć, jeśli nie zaczynają szarżować.
Od jakiegoś czasu nikt z Zakonu nie garnął się, by iść ze mną na robotę. Nie przeszkadzało mi to, skoro i ja nie garnęłam się, by mieć kogokolwiek za swoimi plecami. Przeszkadzało to Matce i tym, którym z zasady przeszkadzało wszystko, co mogło wkurzyć Irenę. W górnych piętrach piramidy zawsze kręcili się marzyciele pragnący awansiku i dostania się na sam szczyt. Przez lata, spędzone przez Irenę na fotelu szefa, wielu z ochotników na jej stołek skończyło jako aniołek na czubku choinki - nadzianych na pal i robiących za przykład dla kolejnych potencjalnych kandydatów.
Nikt w Zakonie nie wiedział, że Irena jest moją matką. I gdybym kiedyś zwróciła się do niej per mamusiu, nie byłoby to drwienie ze stanowiska. Oczywiście nie byłam tak głupia, by spróbować. Nie zaszkodziłabym Matce, ale sobie na pewno. Irena chlubiła się tym, że nie ma słabych punktów.
Poza mną.
Do dziś wypomina mi, że dałam się porwać, torturować, okaleczyć, a tym samym pozwoliłam, by mój ojciec w dyskusji z nią miał ostatnie słowo. Nie żeby ją poruszyło to, co mi zrobił, czy skłoniło do szukania zemsty - bądźmy poważni: skoro nie zdołałam się ochronić przed moim starszym niż kurz, potężniejszym niż tornado i szalonym bardziej niż Kapelusznik ojcem, to znaczy, że ją zawiodłam i mam szczęście, że sama mnie nie dobiła, kiedy doczołgałam się do jej legowiska. Irena nienawidzi słabości. W jej oczach byłam słaba jak mysz po kąpieli we wrzątku. Gdyby któryś z jej obecnych przeciwników odwalił numer na miarę Ernsta Szalonego, porwał mnie, odkrawał po kawałku i wysyłał jej w małych paczuszkach, wytrąciłoby ją z równowagi nie to, co mnie spotkało, ale to, że znał jej adres domowy. Nawet moja wiedza o tym jest dla niej niczym drzazga pod paznokciem.
Irena miała swoich przeciwników. Takich, którzy dysponowali władzą wystarczającą, by nie zdołała ich zatopić, albo takich, z którymi może i zawarła rozejm, ale ponieważ polityka w Zakonie jest kwestią zmienną jak polska pogoda w marcu, to nie miała pewności, że to rozejm trwały. Nie wiedzieli o moim pokrewieństwie z Ireną, zwaną na korytarzach Zakonu Carycą, ale wiedzieli, że wokół mojego folderu z raportami coś śmierdzi. Za dużo dymu i plotek. Ponieważ Irena nic ze mną nie robiła, sprawa wydawała się jeszcze bardziej podejrzana. I dlatego właśnie coś zrobiła. Dostałam partnera.
Partnerstwo opiera się na zaufaniu. Nawet gdybym potrafiła zaufać komuś, kogo dopiero poznałam, nie potrafiłabym zaufać wybrankowi Matki. Był jej szpiegiem, jej pieszczoszkiem albo miał mnie sprzątnąć. Nie widziałam szans na inne, bardziej pokojowe rozwiązanie. I znów, żadna z tych opcji nie stanowiłaby nowości, miałyśmy to już za sobą. Zabijałam, okaleczałam albo odstręczałam każdego potencjalnego partnera, nim minął miesiąc próby. Ale tym razem przydział nie był na próbę. Puściłam wiązankę przekleństw. Albo dogadam się z moim nowym partnerem, albo "zostanę uznana za niestabilny element niepożądany". Pięknie.
- Co jest, mała? - usłyszałam głos Aleksa.
Przyglądał mi się z ramionami zaplecionymi na piersi. Nozdrza mu drżały, jakby właśnie wywąchiwał kłopoty. Jego twarz wyglądała jak wyciosana z kamienia. Była pobrużdżona i wyrazista, i zacięta. Krótka broda i włosy sięgające ramion, związane rzemykiem w krzywy kucyk, kiedyś prawie czarne, dziś więcej niż przyprószone siwizną - taką, która pojawia się w ciągu jednej nocy. Zawdzięczał ją temu samemu typowi, który i mnie przyprawi któregoś dnia o siwiznę. Właśnie to nas połączyło. Nienawiść. Od tego czasu zbudowaliśmy relację o zdrowszych podstawach.
- Nic, z czym sobie nie poradzę, staruszku. - Uśmiechnęłam się, widząc, że skrzywił się, słysząc to słowo.
Aleks nie był stary. Poznałam go dokładnie dziewięć lat temu, jako krzepkiego czterdziestolatka, proszącego się o guza tak wytrwale, że go znalazł. Kawał chłopa, dobrze ponad metr osiemdziesiąt, napakowany testosteronem i mięśniami, spędzał większość czasu na rozróbach w barach motocyklowych, piciu i zabawie. Brał zlecenia na boku, gdy brakowało mu kasy, ale nie przywiązywał się do miejsca, ludzi czy źródeł dochodu. Dlatego dał się wynająć Dorze Wilk, kiedy szukała sojuszników do odbicia mnie z łap ojca. Zebrała więcej niż dwudziestu zakapiorów, za którymi nikt nie płakałby, gdyby nie wrócili z akcji zapowiadającej się na przegraną. Albo dysponowała darem przekonywania, albo co najmniej paru z nich pozwoliła zajrzeć sobie pod bluzkę, bo kasy z całą pewnością nie miała. Nie miała też planu. Po prostu wpadli jak ogary piekielne do skorupy starej fabryki, w której Ernst Szalony mnie przetrzymywał.
Nie sądziłam, że przyjdzie odsiecz. Byłam poobijana, przywiązana do krzesła, zakrwawiona. Ernst nie próżnował - moje małe palce u obu rąk, gładko odcięte sekatorem, zapakowane w dekoracyjne pudełeczka, w jakich zwykle się wręcza biżuterię, dotarły już do Ireny, ale ona nie zamierzała nic z tym robić. Podobno liczyła, że przy całym swoim szaleństwie Ernst zrozumie okropieństwo swojego postępku i zryje mu to banię. Jakby cokolwiek jeszcze pozostało do zrycia.
Nagle do pomieszczenia wtargnęło stado wrzeszczących samców i rzuciło się na Ernsta i jego ludzi. Mieli przewagę liczebną, ale nie jakościową. Ernst był koszmarem pól bitwy, a jego najemnicy warci wyśrubowanych honorariów, które im płacił, i gotowi umierać dla dziarskich dziewic i wina w Valhalli. Ale nawet oni nie poradzili sobie błyskawicznie z motocyklistami z bronią palną, maczetami i łańcuchami. Zajęło im to dziesięć, może piętnaście minut. W tym czasie Dora dopadła do mnie i odwiązała od krzesła. Nie wiem, jakim cudem udało nam się stamtąd wyjść w jednym kawałku - no, mnie prawie w jednym. Faceci byli zbyt zajęci okładaniem się i wywarkiwaniem do siebie gróźb karalnych i obietnic złamania każdego seksualnego tabu w okolicy, by zauważyć dwie wymykające się dziewczyny.
Byłam w kiepskim stanie. Potem stało się coś jeszcze gorszego i na kilkanaście godzin zupełnie straciłam kontakt z rzeczywistością. A później zawlekłam swój poobijany tyłek do fabryki. Musiałam zobaczyć, jak się to skończyło. Jakaś część mnie naprawdę miała nadzieję, że dopadli Ernsta i jego nadgryzione przez robale ciało czeka na mnie gdzieś w fabrycznych halach. Znalazłam mnóstwo trupów ściełających gęsto podłogę i schody. Niestety żaden z nich nie był Ernstem.
Już wychodziłam, kiedy usłyszałam jęk. Podążając za tym dźwiękiem, dotarłam do okna, za którym dostrzegłam trzymające się na słowo honoru stalowe schody przeciwpożarowe. Metal jęczał, kiedy rosły naprężenia, a wiatr obijał o parapet wyrwanym ze ściany prętem mocującym. Konstrukcja schodów zmieniła się w kłębowisko ostrych krawędzi i skłębionych płaszczyzn. Właśnie stamtąd dochodziły odgłosy. Gdy przyjrzałam się dokładniej, zauważyłam strużki wciąż świeżej krwi i krople spadające na żwirowy podjazd. Zdążyły już zmienić się w sporą kałużę.
Zdołałam go wyciągnąć. Strzęp człowieka, którym kiedyś był. Nawet go nie znałam. Jak przez mgłę przypominałam sobie jego twarz - jednego z wielu, którzy stanęli między Ernstem a mną. Nie mogłam go tu zostawić, z pogruchotanymi nogami, z raną brzucha, ze spojrzeniem zmętniałym z powodu bólu i utraty krwi. Wtedy powiedziałam sobie, że był świadkiem i muszę się dowiedzieć, co się działo między nimi a moim ojcem, po tym jak uciekłam. Dziś musiałam być ze sobą bardziej uczciwa: wyciągnęłam go stamtąd i dopilnowałam, by Jemioła go uleczyła - w takim stopniu, w jakim mogła - ponieważ dokładnie tyle mogłam zrobić dla jedynego ocalałego spośród tych, którzy ocalili mnie. W niewoli u ojca przeżyłam piekło, ale miałam pewność, że była to dopiero przygrywka.
Aleks, bo tak się nazywało to wielkie, połamane chłopisko, nigdy nie będzie chodził. Ernst złamał go na pół o kolano, miażdżąc mu kręgi lędźwiowe, a potem wyrzucił go przez okno. Nie zauważył, że ciało odbiło się o stalową konstrukcję schodów przeciwpożarowych z tak dużą siłą, że wyrwało je ze ściany. To ocaliło Aleksowi życie. Ernst miał zwyczaj podpisywać zwłoki, jakie za sobą zostawiał, miażdżąc im tchawice obcasem.
Od tej pory trzymamy się z Aleksem blisko. Nie powiem, że był dla mnie jak ojciec, bo jedyny ojciec, jakiego znałam, był totalnie szalonym skurwielem. Był przyjacielem. I jako jedyny wiedział prawie wszystko. Nie przesadzaliśmy z nadmiarem słów, ale każde z nas wiedziało, że to drugie stoi za nim murem. Nie roztkliwiał się przesadnie nad tym, że został przykuty do wózka. To jeden z tych facetów o twardym rdzeniu i krystalicznie jasnym światopoglądzie, który potrafił stwierdzić, że gdyby nie połamał nóg, nigdy by na nich nie stanął. I naprawdę w to wierzył.
- Umieram z głodu - oświadczyłam, starając się choć na chwilę odpędzić posępne myśli.
Spojrzał na kilkanaście papierków po batonach energetycznych zaśmiecających klapę Chevy'ego dookoła moich ud.
- Lubię fantazję, w której te wszystkie spożyte kalorie wracają do ciebie jednej nocy i budzisz się jako mały, tłuściutki pączuszek - powiedział z szerokim uśmiechem.
- To się nie zdarzy, staruszku, spalam je wszystkie za dnia. - Wzruszyłam ramionami.
Przed porwaniem potrzebowałam dziennie tyle kalorii, ile powinna spożyć normalna ludzka dziewczyna prowadząca dość aktywny tryb życia - dwa, dwa i pół tysiąca. Po porwaniu okazało się, że już nie jestem normalną ludzką dziewczyną i że potrzebuję ich cztery razy tyle. Ten chory metabolizm był moim niewdzięcznym spadkiem po ojcu.
Wjechaliśmy windą na piętro. Aleks mieszkał nad warsztatem. Cały budynek dostosował do swoich potrzeb. Aż dziw, jaki sprawny mózg kryła ta poobijana w setkach barowych burd głowa. Nie żartowałam, kiedy powiedziałam mu, że chętnie sprawdziłabym jego magiczny skan. Byłam pewna, że mimo solidnego wzrostu nosił geny krasnoluda, goblina czy innego ze stworzeń, które mają władzę nad metalami. Odmówił wykonania skanu. Znał swoją matkę i jej pochodzenie, była w większej części człowiekiem i nie znała magii ziemi czy metali. Ojciec ograniczył się do zostawienia w jej wnętrzu próbki nasienia i odszedł w ciemną noc. Aleks nie chciał wiedzieć, czy zawdzięcza mu cokolwiek. Nie określał tego, co robi z metalem i maszynami, magią, lecz talentem.
Szybko podgrzałam wielką porcję pieczeni zostawioną w lodówce przez panią Mariannę, która raz w tygodniu przychodziła posprzątać, uzupełnić zapasy i ugotować zestaw posiłków na kilka dni. Była aniołem - metaforycznie, bo genetycznie była wiedźmą ziemi. Dopiero gdy zjedliśmy wszystko, do ostatniego okrucha kaszy i marchewki, o pieczeni nie wspominając, przesunęłam po stole teczkę, którą dostałam od Matki. Wyciągnęłam z zamrażarki lody i pochłaniałam półlitrowy kubełek, czekając, aż Aleks wszystko przeczyta. Marszczył się i krzywił, pewnie w tych samych momentach co ja, kiedy zapoznawałam się z rewelacjami Ireny. Poza przydziałem i surowym listem rekomendacyjnym od Matki teczka zawierała życiorys Robina i dość pobieżny opis jego służby w Zakonie. Stanowiło to ze strony Matki niemal znak dobrej woli - mogła przecież wysłać za mną Robina bez ostrzeżenia.
- Można by to czytać szczeniakom do poduszki - oświadczył, dochodząc do ostatniej strony.
Skinęłam głową, bo potwierdził moje podejrzenia. Teczka była sprokurowana, tak idealna, że całkiem niewiarygodna. Było tam sporo luk i półsłówka, które śmierdziały na kilometr, jeśli znało się Zakon naprawdę dobrze.
- Myślisz, że jest automatem? - Zadał pytanie, które niepokoiło mnie najbardziej.
- Nie wiem. Przeszło mi to przez myśl.
Automaty były projektem Ireny - nie całkiem klonami, ale też nie do końca ludźmi. Pozostawały lojalne wyłącznie względem Matki. Nieustraszone nie dlatego, że odważne, ale dlatego, że nie ceniły swojego życia wystarczająco, by się bać śmierci. Znałam moją matkę i jej ego na tyle, by podejrzewać, że mogą być w jakimś stopniu ze mną spokrewnione. Irena wierzyła w swoje geny. To, że ja ją zawiodłam, nie znaczyło, że nie spróbuje raz jeszcze, ale nie było mowy, by zaszła w ciążę - to by ją osłabiło. Dlatego przypuszczałam, że automaty, jak jeden mąż ciemnowłose, wysokie, ciemnookie, powstały z jej jajeczek. Za sprawą połączenia medycyny, magii i technologii przyspieszała ich rozwój. Nie była dość cierpliwa, by czekać dwadzieścia lat, aż jej żołnierze dorosną. Wedle dokumentacji, której nigdy nie powinnam widzieć, wyprodukowanie dorosłego i w pełni sprawnego automatu zajmowało jej pięć lat. Rok z tego poświęcała na morderczy trening i programowanie - wtłaczała swoim "dzieciom" do głowy wszystko to, co jej zdaniem powinny wiedzieć.
Rozpoznanie ich nie było łatwe, nie na pierwszy rzut oka. Krwawili jak ludzie, umierali jak ludzie. Nie byli szczególnie rozmowni - ale kto w Zakonie był? Ich lojalność trwała w stanie nienaruszonym, lecz przecież większość Cieni słuchała poleceń Carycy. Niektórzy twierdzili, że istnienie automatów to kolejny miejski mit, podobnie jak domniemywana słabość Ireny. Czytałam dokumenty, które przechowywała na bardzo dobrze zabezpieczonym i zdecydowanie prywatnym serwerze, więc wiedziałam, że automaty nie są legendą. I trochę świrowałam na myśl, że Robin mógł być jednym z nich. Bałam się ich. Psycholog pewnie dopatrzyłby się w tym typowej dla rodzeństwa zazdrości i skłonności do rywalizacji. W końcu automaty idealnie spełniały oczekiwania naszej Matki.
- Był... dziwny. Uśmiechał się. Nie wiem, czy jest pomylony, czy naprawdę groźny.
- Zamierzasz go zdjąć jak pozostałych?
- Nie wiem. Matka jest dość kategoryczna. Jeśli go zdejmę, będę musiała zwiewać przed nią i przed całym Zakonem. Może sam zrezygnuje. - Uśmiechnęłam się blado.
- Zabierz go na obiad. Jeśli zobaczy, jak jesz, może uznać, że nie jesteś człowiekiem, i jeśli kiedyś wylądujecie na całodobowej izolacji z dala od jadłodajni, zjesz go, gdy skończą ci się batoniki.
Rzuciłam w Aleksa łyżeczką, ale schwycił ją w locie. Muszę zainwestować w plastikowe - metalowe za bardzo próbują mu się przypodobać.
*
Przed budynkiem, który w dokumentach Zakonu figurował jako mój stały adres, stał obcy samochód. Zaparkował akurat w takim miejscu, bym nie zdołała zobaczyć kierowcy bez podchodzenia znacznie bliżej, niż bym chciała. Bywałam tu na tyle często, by w wypadku obserwacji czy przeszukania wydawało się, że faktycznie tu mieszkam. Trzymałam tu trochę moich rzeczy, ale unikałam nocowania w tym domu. Nie tylko dlatego, że ten adres miała Matka i każdy Cień, który potrafi się zalogować na stronę internetową Zakonu. To miejsce miało swój urok, w każdym tego słowa znaczeniu.
Jakieś trzydzieści lat temu cały budynek był fabryką rowerów. Na parterze wciąż stał park maszyn, obecnie pokrytych rdzą, kurzem i pajęczynami. Przez okna wychodzące na podwórze do wielkiej hali wpełzał bluszcz, który rósł szybciej, niż powinno to być możliwe. Któregoś dnia zejdę po schodkach z mojego piętra mieszkalnego i zamiast hali wypełnionej złomem i grubymi rurami tworzącymi dziwaczny układ krwionośny starej maszynowni zastanę dżunglę. Nie będzie to pierwszy budynek pochłonięty w ten sposób - magia lubiła takie małe pokazówki, a w tym rewirze była szczególnie silna. Tuż pod fundamentami budynku przebiegała spora linia magiczna. Zwykle bezpośrednio nad liniami, gdzie magia jest najłatwiej dostępna, budowano świątynie czy domy tych, którym stały dostęp do źródeł magii był potrzebny niczym w realnym świecie niektórym silne i stałe łącze internetowe o doskonałej przepustowości. Ale czasami ktoś po prostu chciał produkować rowery, ignorując linię, która biegła pod jego fabryką. Technika nie przetrwała zbyt długo, magia została. Na liniach także czkawkę czuło się znacznie silniej. Tak określaliśmy skoki napięcia w liniach magicznych, na skutek których organizmy żywe ulegały często nieodwracalnym zmianom, ale mogły też stać się potężniejsze niż kiedykolwiek. Niemal wszędzie dało się bronić przed nimi za pomocą kręgów ochronnych wokół domu czy łóżka, jednak nie tutaj - na linii napięcie po prostu przepali okrąg.
Podanie tego adresu w papierach Zakonu było pokazówką, deklaracją siły. Na wyrost, bo bałam się czkawki, jak każdy rozsądny obywatel Warsa - może nawet bardziej, skoro już wiedziałam, co mnie może czekać. Albo moje zabezpieczenia nie wytrzymają, albo nie zauważę sygnałów i czkawka zastanie mnie w łóżku, śpiącą, i obudzę się kimś lub czymś innym, przerażającym i niekoniecznie myślącym. Nie będzie to pierwszy raz... Choć wtedy to nie czkawka wyciągnęła na powierzchnię to, co we mnie siedzi, a Ernst Szalony.
Nie musiałam tam wchodzić. Miałam inny dom. Mogłam zostawić mojego niezapowiedzianego gościa tutaj, niechby sobie doczekał czkawki. Zakładałam, że to Robin. A to oznaczało, że Matka dała mu dostęp do moich akt. Ciekawe, czy prawdziwych, czy równie absurdalnie sprokurowanych jak te, które dała mnie.
Nie wiedziałam, w co Matka grała. Dając mu mój adres, wystawiała mnie lub jego. Nie założyłabym się o to, czyja śmierć lepiej wpasowałaby się w jej plan. Zajrzałam w papiery Robina raz jeszcze. W rubryce "adres domowy" wpisano adres siedziby Zakonu.
Jeśli wysłała go za mną, po co mi się przedstawiał i informował o partnerstwie? Chyba że to psychopata, który chciał, bym wiedziała, że zabawa się rozpoczęła, a pościg za świadomą ofiarą dawał mu więcej satysfakcji. Nie wyglądał co prawda na psychopatę, ale może naprawdę dobrze się maskował.
Albo Matka chciała, bym go zabiła, ale nieoficjalnie, więc nie dała mi na niego zlecenia, tylko wysłała z lewymi papierami i partnerstwem w zębach, wiedząc, jak działają moje odruchy. Jeśli tak... Kim, u diaska, jest ten facet? I czemu ona chce, by był martwy? Musiałam to wiedzieć, zanim zdecyduję się na konfrontację.
Wycofałam się do zaułka między budynkami i odjechałam. Potrzebowałam kilku odpowiedzi. Tylko jedna osoba mogła mi ich udzielić.