Dziewczyna w mundurze - Agata Sawicka

Kup ebooka

46.95 zł
38.97 zł (38,50 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Dziew­czy­na wpa­try­wa­ła się w kra­jo­braz jesz­cze względ­nie spo­koj­ne­go mia­sta. Chod­ni­kiem prze­chadzali się lu­dzie, a uli­cą prze­je­cha­ła z war­ko­tem nie­miec­ka woj­sko­wa ci­ęża­rów­ka. Nie mo­gła ode­rwać oczu od bez­kre­su za­bu­do­wań i ma­ja­czące­go w oddali nur­tu rze­ki. Za­wsze, ile­kroć tu przy­cho­dzi­ła, za­chwy­ca­ła ją po­tęga tego mia­sta i świa­ta, któ­ry roz­ci­ągał się po­nad ho­ry­zont.

- Ci­sza przed bu­rzą - szep­ce mężczy­zna, a ona spo­gląda mu w oczy. Od­bi­ja­ją się w nich pro­mie­nie sło­ńca.

- My­ślisz, że nam się uda? - pyta, opie­ra­jąc się o ba­lu­stra­dę. - Jesz­cze tym ra­zem? - Uśmie­cha się do nie­go zna­cząco.

- Nie wiem - od­po­wia­da. - Ale chcę wie­rzyć, że tak. Po­cze­kaj, nie ru­szaj się. - Oży­wia się i wy­ci­ąga z ple­ca­ka apa­rat fo­to­gra­ficz­ny. - Dali mi go na prze­cho­wa­nie, więc po­zwo­lę so­bie zro­bić pierw­sze zdjęcie. Go­dzi­na szes­na­sta pi­ęćdzie­si­ąt osiem. Pierw­szy sierp­nia - mówi i pstry­ka zdjęcie za­sko­czo­nej dziew­czy­nie.

- Głu­pek. - Śmie­je się tam­ta po chwili. - Są inne rze­czy, któ­re trze­ba po­ka­zać, nie mnie.

- Dla­cze­go? Ja wła­śnie uwa­żam, że trze­ba uwiecz­nić ta­kie zwy­czaj­ne chwi­le, żeby ci, któ­rzy przyj­dą po nas, wie­dzieli, że my też by­li­śmy tacy jak oni. Nor­mal­ni.

- Ja nie je­stem nor­mal­na. - Dziew­czy­na zno­wu się śmie­je. - Ty o tym wiesz naj­le­piej. Ale... - na­gle po­wa­żnie­je - my­ślisz, że kie­dyś wró­ci jesz­cze taki nor­mal­ny świat, któ­ry zna­my daw­nych lat? Że jeżeli nie my, to cho­ciaż ci, któ­rzy przyj­dą po nas, będą mogli cie­szyć się tym, co nam za­bra­no?

- Sta­ram się w to wie­rzyć - od­po­wia­da mężczy­zna, a po­tem zer­ka na ze­ga­rek. - Nie wiem tyl­ko, czy będą po­trafili to do­ce­nić, bo ja też kie­dyś nie­spe­cjal­nie za­sta­na­wia­łem się nad tym, co mam, do­pó­ki tego nie stra­ci­łem.

Na­gle roz­le­ga się gło­śne bi­cie ze­ga­ra. Pięć razy.

- Sie­dem­na­sta - oznaj­mia mężczy­zna. - Mu­si­my iść.

Po chwili ra­zem zbie­ga­ją po ka­mien­nych scho­dach.

ROZDZIAŁ 1

So­nia - cza­sy wspó­łcze­sne

Za­sta­na­wiam się, co wła­ści­wie tu­taj ro­bię, a ra­czej - co mnie pod­ku­si­ło, żeby wpro­wa­dzić w ży­cie tę sza­lo­ną myśl, któ­ra po­ja­wi­ła się kie­dyś w mo­jej gło­wie.

Sto­ję wła­śnie przed bra­mą ko­szar woj­sko­wych, z dużą tor­bą na ra­mie­niu, i cze­kam wśród in­nych ochot­ni­ków, aż na­dej­dzie moja ko­lej i zo­sta­nę wpusz­czo­na do środ­ka. Po dru­giej stro­nie wszyst­ko będzie ina­czej. z pra­cow­ni­cy miej­skie­go przed­szko­la za­mie­nię się w żo­łnie­rza, a za­miast plu­szo­we­go mi­sia, do­sta­nę do ręki ka­ra­bin.

Mój świat wy­wra­ca się wła­śnie do góry no­ga­mi. i to na moje wła­sne ży­cze­nie.

Ktoś sztur­cha mnie w ra­mię. Ru­do­wło­sa ko­bie­ta, na oko spo­ro ode mnie star­sza, uśmie­cha się po­god­nie.

- Je­stem Ma­ria. - Wy­ci­ąga do mnie dłoń. - Dla zna­jo­mych Ma­nia. Cie­szę się, że nie je­stem tu je­dy­ną ko­bie­tą. - Zer­ka wy­mow­nie na ota­cza­jących nas mężczyzn.

Uśmie­cham się.

- So­nia. - Ści­skam jej dłoń. - Wła­śnie za­sta­na­wiam się, co mnie pod­ku­si­ło...

Ma­nia robi za­baw­ną minę, a ja już wiem, że się po­lu­bi­my. Robi mi się lżej na ser­cu, bo na­gle czu­ję, że nie je­stem w tym wszyst­kim sama.

- My­ślę, że przy­naj­mniej po­ło­wa osób się nad tym za­sta­na­wia - mówi. - Wszy­scy się stre­su­ją, bo woj­sko to coś zu­pe­łnie in­ne­go od na­sze­go do­tych­cza­so­we­go ży­cia.

- Tak... - przy­zna­ję, my­śląc o mo­ich ma­łych pod­opiecz­nych, któ­ry­mi opie­ku­ję się na co dzień. Przez dwa ty­go­dnie, bo tyle cza­su trwa szko­le­nie woj­sko­we, będą musieli po­ra­dzić so­bie beze mnie. Po­tem do nich wró­cę, będę przed­szko­lan­ką-żo­łnier­ką, jak­kol­wiek to brzmi. Oczy­wi­ście, o ile zdo­łam uko­ńczyć szko­le­nie, w co te­raz szcze­rze wąt­pię.

Ko­lej­ka mo­zol­nie po­ru­sza się do przo­du. Lu­dzie w ró­żnym wie­ku tło­czą się przy we­jściu do ko­szar. Wi­dzę głów­nie mężczyzn, cho­ciaż gdzie­nie­gdzie mi­gnie mi też ja­kaś ko­bie­ca syl­wet­ka. Wów­czas czu­ję ulgę.

Od­dy­cham głębo­ko i moc­niej za­ci­skam dłoń na ksi­ążecz­ce woj­sko­wej i kar­cie po­wo­ła­nia, we­dług któ­rej mam się tu­taj dzi­siaj sta­wić. So­nia Dąbrow­ska, cór­ka Kon­stan­te­go, za­miesz­ka­ła przy uli­cy Zło­tych Ła­nów i tak da­lej...

- No więc, co cię pod­ku­si­ło, żeby wstąpić do ar­mii? - pyta Ma­nia, od­gar­nia­jąc z oczu ko­smyk far­bo­wa­nych na rudo wło­sów. Jest śro­dek lata i pie­kiel­ny upał. Obie za­le­wa­my się po­tem, a to do­pie­ro po­czątek.

Wzru­szam ra­mio­na­mi i za­sta­na­wiam się chwi­lę, jak jej to wy­tłu­ma­czyć. w ko­ńcu wy­ci­ągam z kie­sze­ni czar­no-bia­łe zdjęcie i po­ka­zu­ję je no­wej zna­jo­mej.

- To moja pra­bab­cia - wy­ja­śniam, spo­gląda­jąc na uro­czą ko­bie­tę o szla­chet­nych ry­sach twa­rzy i pi­ęk­nych oczach w kszta­łcie mig­da­łów. Ma na so­bie woj­sko­wą kurt­kę, za dużą o kil­ka roz­mia­rów, a na ra­mie­niu dwu­ko­lo­ro­wą opa­skę z dwie­ma litera­mi "W" i "P" - Woj­sko Pol­skie. - Zma­rła w ze­szłym roku, a ja do­pie­ro po jej śmier­ci po­zna­łam całą jej hi­sto­rię. Je­stem tu­taj ze względu na nią. Chcę zo­stać żo­łnie­rzem, żeby od­dać jej cze­ść. I... - wzdy­cham, cho­wa­jąc do kie­sze­ni zdjęcie - i udo­wod­nić so­bie, że też po­tra­fię.

Ma­nia kiwa gło­wą ze zro­zu­mie­niem.

- Szla­chet­ne po­bud­ki, od­wa­żna de­cy­zja - mówi.

- A ty? - do­py­tu­ję, gdy milk­nie.

Uśmie­cha się sze­ro­ko.

- A ja chcę prze­żyć przy­go­dę. Po­znać no­wych lu­dzi. Udo­wod­nić so­bie i in­nym, że mimo czter­dziest­ki na kar­ku mogę jesz­cze do­ko­nać cze­goś nie­zwy­kłe­go.

Na­gle gdzieś nie­opo­dal nas gru­pa mężczyzn wy­bu­cha grom­kim śmie­chem. Zer­kam w ich stro­nę i po raz ko­lej­ny tego dnia za­sta­na­wiam się, na co się po­rwa­łam. Oni, wy­so­cy i do­brze zbu­do­wa­ni, sil­ni i za­pew­ne rów­nież do­sko­na­le wy­spor­to­wa­ni, a ja... Ni­ska, drob­na blon­dyn­ka, któ­rą po­mi­mo dwu­dzie­stu sied­miu lat wszy­scy bio­rą za ma­ło­la­tę. Nie lu­bię bie­gać, a no­sze­nie dzie­si­ęcio­ki­lo­gra­mo­we­go dziec­ka w przed­szko­lu spra­wia mi nie lada pro­blem. Nie na­da­ję się na żo­łnie­rza. Wiem o tym, a jed­nak tu­taj je­stem...

- A ty, czym zaj­mu­jesz się na co dzień? - za­ga­du­ję Ma­nię, żeby ode­rwać się od po­nu­rych myśli.

- Je­stem fizjo­te­ra­peut­ką - od­po­wia­da. - a po go­dzi­nach tre­nu­ję bie­ga­nie. Je­żdżę na ma­ra­to­ny.

No tak... Żo­łądek bo­le­śnie za­ci­ska mi się w su­peł.

- To su­per! - Silę się na uśmiech. - Ja pra­cu­ję z dzie­ćmi. Je­stem przed­szko­lan­ką.

- A co ro­bisz w cza­sie wol­nym? - do­py­tu­je Ma­nia, za­pew­ne spo­dzie­wa­jąc się od­po­wie­dzi typu: bie­gam, pod­no­szę ci­ęża­ry, pły­wam w za­wo­dach. Za­miast tego od­po­wia­dam zgod­nie z praw­dą:

- Pi­szę wier­sze i ukła­dam pio­sen­ki.

Ma­nia się uśmie­cha i kle­pie mnie po ra­mie­niu.

- Ar­tyst­ka - pod­su­mo­wu­je, a ja, za­wsty­dzo­na, ki­wam gło­wą. - Może wy­my­ślisz ja­kąś pio­sen­kę o nas - wa­riat­kach, któ­re po­szły za mun­du­rem.

Roz­ma­wia­my jesz­cze przez ja­kiś czas, aż orien­tu­ję się, że je­stem na­stęp­ną oso­bą w ko­lej­ce, któ­ra za chwi­lę prze­kro­czy bra­mę ko­szar. Po­mi­mo upa­łu prze­szy­wa mnie zim­ny dreszcz. z tru­dem pod­no­szę swo­ją tor­bę na ra­mię. Jest ci­ężka, a mi jest okrop­nie go­rąco i strasz­nie chce mi się pić.

- Na­stęp­ny. - Żo­łnierz kiwa ręką w moją stro­nę. Po­da­ję mu do­ku­men­ty. Zer­ka na mnie prze­lot­nie i wzdy­cha zna­cząco. Nie musi nic mó­wić, że­bym zo­rien­to­wa­ła się, o co mu cho­dzi. To nie jest miej­sce dla filigra­no­wych blon­dy­nek. - Na lewo - in­for­mu­je, od­da­jąc mi do­ku­men­ty. Przez chwi­lę nie ru­szam się z miej­sca, cze­ka­jąc, aż wy­ja­śni coś wi­ęcej. Czu­ję się za­gu­bio­na. - Na lewo - po­wta­rza ze znie­cier­pli­wie­niem. - Mam pani wy­słać spe­cjal­ne za­pro­sze­nie?

- Nie... ja... - jąkam się, ale nic sen­sow­ne­go nie przy­cho­dzi mi do gło­wy. Prze­cho­dzę więc bra­mę ko­szar i kie­ru­ję się we wska­za­nym kie­run­ku.

Po chwili od­wra­cam się za sie­bie. Wi­dzę bra­mę, a za nią drze­wa, blo­ki miesz­kal­ne i uli­cę, po któ­rej je­żdżą sa­mo­cho­dy. Zo­sta­wiam za sobą swój do­tych­cza­so­wy i do­brze mi zna­ny świat.

***

Czu­ję się na­praw­dę za­gu­bio­na. Idę przed sie­bie, nie wie­dząc do­kąd. Na szczęście w pew­nym mo­men­cie do­strze­gam sto­jącą przy jed­nym z bu­dyn­ków grup­kę mężczyzn. Pod­cho­dzę do nich i usta­wiam się w ko­lej­ce.

- Nie wie­dzia­łem, że dzie­ci też bio­rą do woja - mówi je­den z mężczyzn i pa­trzy zna­cząco w moją stro­nę. Nie­któ­rzy wy­bu­cha­ją śmie­chem, a ja mam ocho­tę za­pa­ść się pod zie­mię. Za­miast tego, od­dy­cham głębo­ko i od­po­wia­dam:

- Dzi­ęku­ję za kom­ple­ment.

Zno­wu się śmie­ją, a ja na­gle sta­ję w cen­trum ich za­in­te­re­so­wa­nia. Nie lu­bię tego.

- Je­stem Pa­weł. - Nie­spo­dzie­wa­nie mężczy­zna, któ­ry jesz­cze przed chwi­lą do­sko­na­le ba­wił się moim kosz­tem, wy­ci­ąga do mnie rękę.

- So­nia - od­po­wia­dam i od­wza­jem­niam ten gest. Pierw­sze koty za pło­ty.

Po chwili wi­ta­ją się ze mną rów­nież po­zostali. Pa­trzą na mnie z góry, wi­dzę w ich oczach, że nie trak­tu­ją mnie zbyt po­wa­żnie. Ko­bie­ta, a do tego drob­na blon­dyn­ka nie jest dla nich god­nym sza­cun­ku kom­pa­nem. w su­mie im się nie dzi­wię. Sama wiem, że nie na­da­ję się do ar­mii, ale sko­ro tu jed­nak tra­fi­łam, to mu­szę so­bie ja­koś po­ra­dzić.

- A tak na po­wa­żnie, to co cię pod­ku­si­ło, żeby wstąpić do woj­ska? - pyta Mar­cin, wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny blon­dyn.

- Moja pra­bab­cia - od­po­wia­dam, za­ci­ska­jąc rękę na scho­wa­nym w kie­sze­ni zdjęciu. - i chcę po pro­stu spró­bo­wać.

- Chło­pak czy tam mąż się za tobą za­pła­cze - mówi Pa­weł, przy­pa­tru­jąc mi się uwa­żnie. Czu­ję się jak na prze­słu­cha­niu.

- Dwa ty­go­dnie to wca­le nie tak dłu­go - od­po­wia­dam, bo nie mam ocho­ty zwie­rzać się ob­cym fa­ce­tom z tego, że nikt na mnie nie cze­ka. Nie je­stem oso­bą, któ­ra ła­two na­wi­ązu­je kon­tak­ty z mężczy­zna­mi.

Pa­weł wzdy­cha wy­mow­nie.

- Ja bym ta­kiej ślicz­not­ki nie pu­ścił. - Śmie­je się fry­wol­nie i tak­su­je mnie spoj­rze­niem.

W nor­mal­nej sy­tu­acji obu­rzy­ła­by mnie jego po­sta­wa, pew­nie wy­sła­ła­bym go do cho­le­ry, a może na­wet się ob­ra­zi­ła, ale to nie jest nor­mal­na sy­tu­acja i do­sko­na­le zda­ję so­bie z tego spra­wę. Je­stem w woj­sku, gdzie do­mi­nu­ją mężczy­źni, z któ­ry­mi na do­da­tek będę przez naj­bli­ższy czas mu­sia­ła bli­sko wspó­łpra­co­wać. Nie chcę mieć w nich wro­gów, a sko­ro świa­do­mie we­szłam do ich świa­ta, mu­szę się nie­co do­sto­so­wać.

Zdo­by­wam się więc na uśmiech.

- To miłe - mó­wię. - Ale sko­ro tu­taj je­steś, to zna­czy, że też zo­sta­wi­łeś gdzieś ja­kąś ślicz­not­kę. Oby na cie­bie cze­ka­ła.

Roz­le­ga się śmiech. Tym ra­zem czu­ję, że na­wet ja za­czy­nam się wy­lu­zo­wy­wać, i też się śmie­ję. Tym­cza­sem Pa­weł zni­ka w bu­dyn­ku, któ­ry co chwi­lę opusz­cza­ją oso­by nio­sące wiel­kie woj­sko­we ple­ca­ki z żo­łnier­skim ekwi­pun­kiem. Gdy przy­cho­dzi ko­lej na mnie, wkra­czam nie­śmia­ło do środ­ka. Ja­kiś żo­łnierz z ma­ga­zy­nu pyta mnie o roz­miar ubra­nia i bu­tów, a po chwili wręcza mi po­szcze­gól­ne ele­men­ty umun­du­ro­wa­nia. Po­spiesz­nie ła­du­ję je do ple­ca­ka. Gdy w moje ręce tra­fia­ją oliw­ko­we bok­ser­ki, nie­mal wy­bu­cham śmie­chem. No tak... Ide­al­ne dla mnie.

- Szyb­ciej - upo­mi­na mnie woj­sko­wy. - Nie mam ca­łe­go dnia.

Upy­cham ubra­nia w ple­ca­ku i nie­zdar­nie go za­pi­nam. Stre­su­ję się. Po chwili sta­ram się go pod­nie­ść, żeby wło­żyć so­bie na ra­mio­na, ale jest zbyt ci­ężki. Jak się oka­zu­je, kom­plet woj­sko­wych ubrań, śpi­wór, ka­ri­ma­ta i dwie pary bu­tów ważą wi­ęcej, niż mo­żna by przy­pusz­czać.

Za­le­wa mnie pot.

- Prze­pra­szam - du­kam. - Czy mó­głby pan po­móc mi wło­żyć ten ple­cak?

Żo­łnierz śmie­je się pod no­sem i kręci z dez­apro­ba­tą gło­wą.

- Ład­nie pani za­czy­na - mam­ro­cze. - Sko­ro nie potrafi pani na­wet unie­ść za­sob­ni­ka, to po jaką cho­le­rę pcha się pani do woj­ska? - Pod­no­si ple­cak i wkła­da mi go na ra­mio­na. Ugi­nam się pod jego ci­ęża­rem. - Pew­nie szyb­ko się zo­ba­czy­my, bo nie sądzę, żeby dłu­go tu pani za­ba­wi­ła - do­da­je na po­że­gna­nie.

Moc­no przy­gry­zam war­gę. Nic nie od­po­wia­dam, bo sku­piam całą swo­ją uwa­gę na tym, żeby pod­nie­ść jesz­cze tor­bę ze swo­imi cy­wil­ny­mi rze­cza­mi. Obła­do­wa­na, wy­cho­dzę na ze­wnątrz i zmie­rzam w stro­nę sto­jącej nie­opo­dal grup­ki osób, któ­re tak jak ja do­sta­ły już umun­du­ro­wa­nie. Cie­ka­we, jaki będzie ko­lej­ny punkt pro­gra­mu. Po­twor­nie bolą mnie ple­cy, a uchwyt tor­by wrzy­na się mi się w dłoń. Ka­żdy krok spra­wia mi trud­no­ść. Mam wra­że­nie, że prze­wró­cę się za­raz pod ci­ęża­rem wła­snych to­bo­łków.

Cho­le­ra. Cho­le­ra. Cho­le­ra.

Pra­wie ni­g­dy nie prze­kli­nam, ale te­raz do­da­je mi to sił. w ko­ńcu uda­je mi się do­trzeć do po­zo­sta­łych osób, ale boję się zdjąć ple­cak, bo zno­wu sama go nie za­ło­żę. Przy­sia­dam więc z nim na kra­wężni­ku. Do­pie­ro wów­czas uświa­da­miam so­bie, jak wiel­ki po­pe­łni­łam błąd. Cie­ka­we, jak się pod­nio­sę...

***

Po wy­pe­łnie­niu sto­sow­nych do­ku­men­tów zo­sta­je­my za­pro­wa­dze­ni do bu­dyn­ku, w któ­rym będzie­my miesz­kać. Opie­ku­jący się nami żo­łnierz każe usta­wić się w sze­re­gu. Na szczęście mo­że­my zo­sta­wić to­bo­łki pod ścia­ną. Od no­sze­nia woj­sko­we­go za­sob­ni­ka mam na ra­mio­nach pie­kące prze­tar­cia i je­stem prze­ko­na­na, że wkrót­ce po­ja­wią się rów­nież si­nia­ki.

- Star­szy ka­pral Woj­ciech Wąs - przed­sta­wia się nasz opie­kun. - Będę was szko­lił i za was od­po­wia­dał. Za­nim po­bie­gnie­cie na skar­gę do po­rucz­ni­ka, naj­pierw ze wszyst­kim przy­cho­dzi­cie do mnie. Ja­ki­kol­wiek pro­blem by się po­ja­wił, chcę o tym wie­dzieć. Je­stem tu­taj po to, żeby was wy­szko­lić, ale rów­nież, aby wam po­móc. Zro­zu­mia­no?

- Tak - od­po­wia­da­ją nie­któ­rzy, inni ki­wa­ją gło­wa­mi. Ka­pral na­bie­ra do płuc po­wie­trza i krzy­czy:

- Tak jest! Tak wła­śnie się od­po­wia­da w woj­sku, dzie­cia­ki. Ja­sne?!

- Tak jest! - od­krzy­ku­je­my.

- Otóż to. - Uśmie­cha się z sa­tys­fak­cją, a wów­czas wy­da­je mi się bar­dziej przy­ja­zny. - a te­raz po­słu­chaj­cie mnie uwa­żnie. Wa­sza słu­żba jest inna niż moja czy po­rucz­ni­ka, bo w prze­ci­wie­ństwie do nas wy nie je­ste­ście żo­łnie­rza­mi za­wo­do­wy­mi. Wa­sze szko­le­nie tu­taj po­trwa po­nad dwa ty­go­dnie, pó­źniej zło­ży­cie uro­czy­stą przy­si­ęgę i wró­ci­cie do cy­wil­ne­go ży­cia. Na­dal jed­nak będzie­cie żo­łnie­rza­mi. Obo­wi­ązu­ją was szko­le­nia w je­den week­end w mie­si­ącu i dwu­ty­go­dnio­wy po­li­gon raz do roku. i to jest wer­sja opty­mi­stycz­na. Na­to­miast, jeżeli coś się po dro­dze wy­sy­pie, ja­kaś po­wó­dź, tra­ge­dia, woj­na, zo­sta­nie­cie we­zwa­ni do jed­nost­ki w try­bie na­tych­mia­sto­wym. Mi­sją na­szej for­ma­cji jest po­moc oj­czy­źnie i jej oby­wa­te­lom. Na co dzień będzie­cie żyć w cy­wi­lu, uczyć się i pra­co­wać, czy co­kol­wiek tam ro­bi­cie, ale gdy coś się wy­da­rzy, zo­sta­wi­cie wszyst­ko, za­ło­ży­cie mun­dur i będzie­cie dzia­łać we­dle roz­ka­zu. Za­kła­dam, że sko­ro się tu dzi­siaj po­ja­wi­li­ście, to zda­je­cie so­bie z tego spra­wę. - Pa­trzy na nas wy­cze­ku­jąco.

- Tak jest! - roz­le­ga się krzyk. Ja mam­ro­czę od­po­wie­dź pod no­sem, bo nie przy­wy­kłam do krzy­ku.

- Chy­ba nie mu­szę do­da­wać, że słu­żba w woj­sku to za­szczyt, od­po­wie­dzial­no­ść i po­świ­ęce­nie. No­sząc mun­dur, god­nie się za­cho­wu­je­cie. Ja­sne?

- Tak jest!

- Do­bra. - Po­cie­ra ręce. - Za chwi­lę po­dej­dzie do nas po­rucz­nik, bo chce za­mie­nić z wami jesz­cze kil­ka słów, a na­stęp­nie przy­dzie­lę wam izby.

Na­sta­je ci­sza. Cze­ka­my w sze­re­gu. Mija pięć, po­tem dzie­si­ęć mi­nut. Bur­czy mi w brzu­chu, bo od rana ni­cze­go nie zja­dłam. Ma­rzę o tym, żeby wzi­ąć prysz­nic i po­sma­ro­wać ma­ścią obo­la­łe ra­mio­na. w ko­ńcu roz­le­ga się krzyk ka­pra­la:

- Bacz­no­ść!

Nie­ru­cho­mie­ję z ręka­mi wzdłuż tu­ło­wia i na chwi­lę za­po­mi­nam o tym, by od­dy­chać. Przy­glądam się nad­cho­dzące­mu żo­łnie­rzo­wi. Spo­dzie­wa­łam się ra­czej, że po­rucz­nik będzie ły­sie­jącym czter­dzie­sto­lat­kiem ze sta­ran­nie przy­strzy­żo­nym wąsem i twa­rzą po­ora­ną zmarszcz­ka­mi. Tym­cza­sem stoi przede mną wy­so­ki i za­pew­ne tyl­ko kil­ka lat star­szy ode mnie mężczy­zna o czar­nych jak węgiel wło­sach i brązo­wych oczach. Przez chwi­lę lu­stru­je nas bacz­nym spoj­rze­niem, a gdy jego wzrok pada na mnie, prze­cho­dzi mnie dziw­ny dreszcz.

- Spo­cznij - grzmi, a po­tem cho­wa ręce za ple­ca­mi. Stoi przed nami dum­nie wy­pro­sto­wa­ny, a po­mi­mo mło­de­go wie­ku bije od nie­go do­stoj­no­ść i po­wa­ga. - Wi­tam was w na­szej jed­no­st­ce. Na­zy­wam się Alek­san­der Ol­sza­ński. Je­stem żo­łnie­rzem za­wo­do­wym w stop­niu po­rucz­ni­ka i będę miał przy­jem­no­ść wami do­wo­dzić i was szko­lić - mówi, bacz­nie się nam przy­gląda­jąc. - Przed wami bar­dzo in­ten­syw­ne i pra­co­wi­te dwa ty­go­dnie, ale wie­rzę, że wszy­scy da­cie radę uko­ńczyć szko­le­nie, zło­ży­cie przy­si­ęgę woj­sko­wą i sta­nie­cie się pe­łno­praw­ny­mi żo­łnie­rza­mi. Będę wam w tym ki­bi­co­wał i wspie­rał was, ale też od was wy­ma­gał. Ka­pral Wąs - wska­zu­je ręką na swo­je­go pod­wład­ne­go - będzie wa­szym opie­ku­nem i in­struk­to­rem. Ze wszyst­kim przy­cho­dzi­cie w pierw­szej ko­lej­no­ści wła­śnie do nie­go. Ja­sne?

- Tak jest! - od­po­wia­da­my.

- W ta­kim ra­zie ka­pral Wąs przy­dzieli wam izby. a pó­źniej wi­dzi­my się na te­ście spraw­no­ścio­wym. - Przy­gła­dza mun­dur i od­cho­dzi.

Tym­cza­sem ka­pral wy­wo­łu­je nas po na­zwi­skach. Mężczy­źni zo­sta­ją roz­dzie­le­ni na czte­ry izby po le­wej stro­nie ko­ry­ta­rza, a ko­bie­ty do­sta­ją wspól­ną izbę po pra­wej stro­nie. Jest nas tyl­ko szóst­ka. To ja­kieś dzie­wi­ęć razy mniej niż mężczyzn.

Na­sza izba jest nie­wiel­ka i bar­dzo cia­sna. Sto­ją tu czte­ry łó­żka pi­ętro­we, o ile tak mo­żna na­zwać me­ta­lo­we pry­cze z cien­ki­mi ma­te­ra­ca­mi. Jest też kil­ka ma­łych sza­fe­czek. i nic wi­ęcej. Nie ma żad­nej sza­fy ani po­du­szek i po­ścieli. Je­stem zszo­ko­wa­na. Czu­ję się, jak­by ktoś za­mknął mnie w wi­ęzie­niu.

- Chy­ba na­wet w aresz­cie są lep­sze wa­run­ki - stwier­dza gło­śno ciem­no­wło­sa dziew­czy­na. Wy­gląda na za­gu­bio­ną i znie­sma­czo­ną.

- Daj spo­kój. To woj­sko, a nie pi­ęcio­gwiazd­ko­wy ho­tel. - Ma­nia zaj­mu­je jed­ną z gór­nych pry­czy, a ja na­tych­miast kła­dę tor­bę na tej po­ni­żej. Nie chcę się do tego przy­znać, ale mam lęk wy­so­ko­ści. i boję się spać na gór­nym łó­żku bez żad­nej ba­rier­ki za­bez­pie­cza­jącej przed upad­kiem.

- Cie­ka­we, gdzie mamy trzy­mać swo­je rze­czy - na­rze­ka da­lej tam­ta, ale już nikt jej nie od­po­wia­da. Ka­żda z nas za­jęta jest po­rząd­ko­wa­niem swo­ich rze­czy.

Zaj­mu­ję jed­ną z ma­łych sza­fek i wkła­dam do środ­ka naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy: bie­li­znę, ja­kieś leki, pla­stry, ku­bek na her­ba­tę. Roz­pa­ko­wu­ję też woj­sko­wy za­sob­nik i część umun­du­ro­wa­nia wkła­dam po pro­stu pod łó­żko. Na sta­rym, po­prze­cie­ra­nym ma­te­ra­cu roz­kła­dam ka­ri­ma­tę i śpi­wór, któ­re do­sta­łam wraz z po­zo­sta­ły­mi ele­men­ta­mi woj­sko­we­go wy­po­sa­że­nia. Do­bre cho­ciaż to.

- A tak w ogó­le, to czas się za­zna­jo­mić, dziew­czy­ny - od­zy­wa się krót­ko­wło­sa dziew­czy­na na oko w moim wie­ku. Pod­cho­dzi do ka­żdej z nas i wita się z uśmie­chem. - Mag­da.

- So­nia. - Ści­skam jej dłoń i rów­nież się uśmie­cham. - Cie­szę się, że nie je­stem tu­taj je­dy­ną dziew­czy­ną.

- Damy radę - mówi mło­da ko­bie­ta o krępej bu­do­wie cia­ła. - Wa­żne, że­by­śmy trzy­ma­ły się ra­zem. Je­stem Do­mi­ni­ka. Domi. - Śmie­je się.

W ko­ńcu po­zna­ję wszyst­kie swo­je to­wa­rzysz­ki. Oprócz Mani, Mag­dy i Do­mi­ni­ki jest też naj­star­sza z nas wszyst­kich Go­sia i ja­sno­wło­sa na­bur­mu­szo­na Ala.

Prze­bie­ra­my się w mun­du­ry. Na nogi wkła­dam ci­ężkie woj­sko­we buty, a na gło­wę be­ret z orze­łkiem. Przy­glądam się so­bie i czu­ję się na­praw­dę dziw­nie. Zu­pe­łnie ginę w bez­kszta­łt­nym i nie­co za du­żym mun­du­rze. Gła­dzę ja­sny ku­cyk, któ­ry opa­da mi na ra­mio­na. Nie mogę uwie­rzyć w to, że wstąpi­łam do ar­mii. Ja, taka so­bie ni­ska i nie­po­zor­na dziew­czy­na, przed­szko­lan­ka, ama­tor­ka kom­po­zy­tor­ka ckli­wych pio­se­nek.

Si­ęgam po dżin­sy i wy­ci­ągam z kie­sze­ni fo­to­gra­fię pra­bab­ki, a po­tem wkła­dam ją do kie­sze­ni mun­du­ru. Czu­ję na so­bie po­wa­gę i od­po­wie­dzial­no­ść, jaką na sie­bie wzi­ęłam. i wy­zwa­nie. Czy uda mi się prze­jść szko­le­nie i do­trwać do przy­si­ęgi? i co będzie da­lej?

Tego nie wiem, ale po­sta­na­wiam się sku­pić na tym, co jest tu i te­raz. Od­dy­cham głębo­ko i przy­gła­dzam mun­dur. Dam z sie­bie wszyst­ko.

***

Na­sze cy­wil­ne rze­czy zda­je­my do ma­ga­zy­nu, a po­tem całą kom­pa­nią uda­je­my się do sto­łów­ki woj­sko­wej na obiad.

- Ma­cie tyle cza­su, ile zaj­mie mi je­dze­nie - oświad­cza ka­pral, któ­re­go za­częli­śmy na­zy­wać mi­ędzy sobą Wąsu. - Bio­rę po­si­łek jako ostat­ni, ale gdy wyj­dę, chcę mieć was już wszyst­kich usta­wio­nych w dwu­sze­re­gu przed bu­dyn­kiem.

Ko­lej­ka do okien­ka wy­da­jące­go po­si­łek ci­ągnie się nie­mi­ło­sier­nie. Oprócz na­szej kom­pa­ni są tu rów­nież żo­łnie­rze z in­nych jed­no­stek. Pa­trzą na nas z góry, jak na żó­łto­dzio­bów, któ­ry­mi zresz­tą je­ste­śmy. w pew­nym mo­men­cie do­strze­gam Pa­wła sto­jące­go kil­ka osób przede mną. Gdy na­sze oczy się spo­ty­ka­ją, ma­cha do mnie i woła mnie do sie­bie.

- So­nia. Cho­dź, trzy­mam ci ko­lej­kę.

To ku­sząca pro­po­zy­cja. Prze­cho­dzi mi przez myśl, żeby z niej sko­rzy­stać, ale wte­dy od­wra­cam się i wi­dzę Ma­nię. Prze­sko­cze­nie ko­lej­ki by­ło­by nie w po­rząd­ku za­rów­no wo­bec niej, jak i po­zo­sta­łych to­wa­rzy­szy.

- Dzi­ęku­ję, ale zo­sta­nę - od­po­wia­dam Pa­wło­wi z uśmie­chem. Chy­ba mnie po­lu­bił, co nie­co mnie dzi­wi.

W ko­ńcu przy­cho­dzi ko­lej na mnie. Bio­rę tacę z obia­dem i powoli kie­ru­ję się w stro­nę naj­bli­ższe­go wol­ne­go miej­sca. Całą swo­ją uwa­gę sku­piam na tym, aby nie roz­lać kom­po­tu. Kła­dę tacę na sto­le i wów­czas orien­tu­ję się, że do­sia­dłam się do sto­li­ka, przy któ­rym sie­dzi po­rucz­nik. Zer­ka na mnie, a ja nie po­tra­fię od­gad­nąć, co so­bie myśli. Mam ocho­tę za­brać swo­ją tacę i zna­le­źć so­bie ja­kie­kol­wiek inne miej­sce, ale to mo­gło­by być nie­uprzej­me. w ko­ńcu uda­je mi się prze­móc i ode­zwać:

- Prze­pra­szam, czy to miej­sce jest wol­ne?

Kiwa gło­wą.

Sia­dam obok nie­go i wbi­jam wzrok w zupę po­mi­do­ro­wą i dziw­nie wy­gląda­jące pul­pe­ty z ka­szą. Nie prze­pa­dam za mi­ęsem, a mie­lo­ne wy­wo­łu­ją u mnie od­ruch wy­miot­ny. Czu­ję, że to będą bar­dzo ci­ężkie dwa ty­go­dnie.

Gdy pod­no­szę wzrok znad ta­le­rza, wi­dzę Ma­nię, któ­ra sie­dzi dwa sto­li­ki da­lej i uśmie­cha się zna­cząco. Mnie nie jest do śmie­chu. Wbrew temu, co za­pew­ne so­bie myśli, wca­le nie do­sia­dłam się do po­rucz­ni­ka spe­cjal­nie.

Mimo że od daw­na męczył mnie głód, je­dze­nie idzie mi opor­nie. z tru­dem po­ły­kam ko­lej­ne ły­żki zupy. Tym­cza­sem do sto­li­ka, przy któ­rym sie­dzę, do­sia­da­ją się ka­pral Wąs i je­den wy­ższy stop­niem żo­łnierz. Wy­wo­łu­je to u mnie jesz­cze wi­ęk­sze zmie­sza­nie. Gdy pod­no­szę wzrok znad ta­le­rza, na­po­ty­kam spoj­rze­nie ka­pra­la.

- Sze­re­go­wej chy­ba się sto­li­ki po­my­li­ły - mówi i śmie­je się zgry­źli­wie, a ja czu­ję, jak na moje po­licz­ki wy­pły­wa ru­mie­niec. Mam ocho­tę za­pa­ść się pod zie­mię. Wte­dy nie­spo­dzie­wa­nie przy­cho­dzi mi na po­moc po­rucz­nik.

- Krze­sła i sto­li­ki nie mają stop­ni - rzu­ca znad ta­le­rza. - Dla wszyst­kich są ta­kie same.

Tym ra­zem to ka­pral czer­wie­nie­je. Spusz­cza wzrok i za­czy­na jeść w ci­szy, a ja czu­ję, że będę mia­ła prze­rąba­ne.

Gdy pró­bu­ję prze­łk­nąć ka­szę z mało smacz­nym so­sem, dru­gi żo­łnierz za­ga­du­je po­rucz­ni­ka. Mi­mo­wol­nie przy­słu­chu­ję się ich roz­mo­wie.

- Alek, by­łeś na tym filmie w ko­ńcu?

- Daj spo­kój, nie mam te­raz na to cza­su. Dzi­siaj za­czy­nam szko­le­nie no­wych.

- Wła­śnie wi­dzę. - Śmie­je się.

- A two­jej się po­do­ba­ło? - do­py­tu­je po­rucz­nik.

- Film jak film, ale była za­do­wo­lo­na, że wresz­cie uda­ło nam się wy­sko­czyć gdzieś ra­zem. i bez dzie­ci - do­da­je ze śmie­chem. Wy­gląda na bar­dzo sym­pa­tycz­ne­go. - Swo­ją dro­gą, jeśli ci­ągle będziesz sie­dział w ro­bo­cie, to ni­g­dy nie po­znasz ja­kie­jś faj­nej dziew­czy­ny.

- A kto po­wie­dział, że tego chcę - rzu­ca obo­jęt­nie po­rucz­nik. Spra­wia wra­że­nie skry­te­go i nie­co wy­co­fa­ne­go.

- Bo faj­ny fa­cet je­steś - ci­ągnie te­mat tam­ten. - Ale tro­chę dzi­cze­jesz wśród tych chło­pów.

Czu­ję się zi­gno­ro­wa­na. Ra­czej nie wy­ro­sły mi jesz­cze wąsy. Przy­po­mi­na mi się stwier­dze­nie, któ­re usły­sza­łam na ko­mi­sji woj­sko­wej. Żo­łnierz to żo­łnierz, nie ma w woj­sku ko­biet i mężczyzn. Może fak­tycz­nie coś w tym jest.

Po­rucz­nik pod­no­si gło­wę znad ta­le­rza i rzu­ca ko­le­dze zi­ry­to­wa­ne spoj­rze­nie.

- Do­brze mi, jak jest - od­bur­ku­je. - a jak dzie­cia­ki? - tym ra­zem to on za­ga­du­je, za­pew­ne chcąc od­wró­cić od sie­bie uwa­gę ko­le­gi.

Tam­ten zno­wu się uśmie­cha i pro­stu­je się z dumą.

- Łu­ka­szek sta­wia pierw­sze krocz­ki, a Na­tal­ka za­czy­na powoli czy­tać.

- Zdol­ne bąbel­ki - od­po­wia­da po­rucz­nik.

W tym sa­mym mo­men­cie ka­pral Wąs pod­no­si się z miej­sca, co ozna­cza, że trze­ba się zbie­rać. Zo­sta­wiam le­d­wo dziób­ni­ęte dru­gie da­nie, do­pi­jam mdły kom­pot i za­bie­ram swo­ją tacę.

- Do wi­dze­nia - że­gnam się uprzej­mie z po­rucz­ni­kiem i jego ko­le­gą, ale od­po­wia­da mi tyl­ko mój do­wód­ca.

- Do wi­dze­nia.

Sto­ję w ma­łej ko­lej­ce, żeby zwró­cić tacę z na­czy­nia­mi, a po­tem wy­bie­gam na ze­wnątrz. Wi­ęk­szo­ść żo­łnie­rzy stoi już w dwu­sze­re­gu, ale na szczęście nie je­stem ostat­nia. Ka­pral Wąs pali nie­opo­dal pa­pie­ro­sa i co chwi­lę zer­ka na nas z iry­ta­cją. Po chwili pod­cho­dzi do nas i każe nam od­li­czać, żeby spraw­dzić, czy wszy­scy już wyszli.

- Nie tak się uma­wia­li­śmy - mówi. - Kie­dy ja wy­cho­dzę, wy ma­cie już na mnie tu­taj cze­kać. Guz­dra­cie się jak mu­chy w smo­le.

Do­praw­dy nie wiem, jak mamy prze­wi­dzieć, kie­dy sko­ńczy jeść. Zresz­tą nie je­ste­śmy w sto­łów­ce sami, obo­wi­ązu­ją ko­lej­ki. Mimo po­nu­rych myśli od­po­wia­dam ze wszyst­ki­mi "tak jest". Na­gle ka­pral pod­cho­dzi do mnie i krzy­czy.

- A ty co, śpi­ąca kró­lew­no, gdzie masz be­ret?!

Prze­ra­żo­na orien­tu­ję się, że wy­cho­dząc ze sto­łów­ki, za­po­mnia­łam go wło­żyć.

- Prze­pra­szam... - mam­ro­tam za­wsty­dzo­na. - Za­po­mnia­łam. - Po­spiesz­nie na­kła­dam be­ret.

- Nie tak! - krzy­czy. - Wy­glądasz jak trak­to­rzy­sta, a nie żo­łnierz, do cho­le­ry! - Ner­wo­wo po­pra­wia mój be­ret, a ja czu­ję, że za­raz spa­lę się ze wsty­du. Oczy wszyst­kich zwró­co­ne są na mnie. - a to co?! - Ka­pral wska­zu­je na ja­sny ku­cyk, któ­ry opa­da na moje pra­we ra­mię.

- Nie... nie ro­zu­miem... - jąkam się. - Co jest nie tak z mo­imi wło­sa­mi? - Do­py­tu­ję, gdy wbi­ja we mnie na­tar­czy­we spoj­rze­nie.

Mężczy­zna kiwa z dez­apro­ba­tą gło­wą, a ja sta­ję się kłęb­kiem ner­wów.

- To, że tu są! - krzy­czy. - Woj­sko to nie wy­bieg dla mo­de­lek, kró­lew­no! Re­gu­la­min każe upi­nać wło­sy tak, aby nie do­ty­ka­ły ko­łnie­rza. Jesz­cze raz zo­ba­czę u cie­bie albo któ­re­jś z two­ich ko­le­ża­nek wy­sta­jące wło­sy, to będzie­cie pom­po­wać, aż pad­nie­cie ze zmęcze­nia. Zro­zu­mia­no?!

Ki­wam gło­wą. Czu­ję się wdep­ta­na w zie­mię i chce mi się pła­kać. Jed­nak ka­pral nie od­cho­dzi i wci­ąż prze­szy­wa mnie spoj­rze­niem.

- Py­tam, czy zro­zu­mia­no! - krzy­czy i wów­czas orien­tu­ję się, o co mu cho­dzi.

- Tak jest - od­po­wia­dam i moc­no za­ci­skam pi­ęści, sku­pia­jąc się na tej czyn­no­ści, żeby tyl­ko się nie roz­pła­kać.

W ko­ńcu daje mi spo­kój. Wiem, że ze­mścił się na mnie za sy­tu­ację na sto­łów­ce. Mam na­dzie­ję, że już mu wy­star­czy.

Od­dy­cham głębo­ko, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. Wte­dy ktoś kła­dzie dłoń na moim ra­mie­niu. Od­wra­cam się i wi­dzę Pa­wła.

- Nie przej­muj się - mówi. - Ale jeśli chcesz tu­taj prze­trwać, mu­sisz uod­por­nić się na ta­kie sy­tu­acje i pod­cho­dzić do wszyst­kie­go z dy­stan­sem.

I to jest naj­wa­żniej­sza lek­cja, jaką za­pa­mi­ętam z dzi­siej­sze­go dnia.

***

Po po­łud­niu gro­ma­dzi­my się na bie­żni, żeby prze­jść test spraw­no­ścio­wy. Na szczęście nie ma wy­mo­gu, aby go dzi­siaj za­li­czyć. Mamy się po pro­stu spraw­dzić i zo­rien­to­wać, nad czym mu­si­my po­pra­co­wać w ci­ągu ko­lej­nych dni szko­le­nia.

Dzie­li­my się na czte­ry gru­py, bo tyle jest kon­ku­ren­cji. Ja je­stem w tej, któ­ra za­czy­na od mar­szo­bie­gu na trzy ki­lo­me­try. Star­tu­ję rów­no ze wszyst­ki­mi i bie­gnę z ca­łych sił. Jed­nak już po pierw­szym okrąże­niu za­czy­nam zo­sta­wać w tyle. Trzy­mam się bli­sko Gosi, któ­ra rów­nież nie naj­le­piej ra­dzi so­bie z bie­ga­niem.

Daję z sie­bie wszyst­ko, ale po ko­lej­nych dwóch okrąże­niach prze­cho­dzę do mar­szu. Gło­śno dy­szę, bolą mnie płu­ca, a nogi są ci­ężkie, jak­by ktoś za­nu­rzył mi je w oło­wiu.

- Szyb­ciej, kró­lew­no! - krzy­czy mie­rzący nam czas ka­pral, gdy go mi­jam. Nie po­do­ba mi się to okre­śle­nie. Mam ocho­tę po­de­jść do nie­go i zma­zać mu z twa­rzy ten za­dzior­ny uśmie­szek. Chy­ba to wy­si­łek fizycz­ny i moje nie­po­wo­dze­nie wy­wo­łu­ją we mnie tę dziw­ną skłon­no­ść do agre­sji.

Zbie­ram w so­bie reszt­kę sił i pod­bie­gam do przo­du. Po­now­nie zrów­nu­ję się z Go­sią. Wy­mie­nia­my zmęczo­ne spoj­rze­nia i przez chwi­lę czu­ję się ra­źniej. Tym­cza­sem pierw­sze oso­by już ko­ńczą bieg. Jest wśród nich Ma­nia, ale to nie­spe­cjal­nie mnie dzi­wi, sko­ro bie­ga w ma­ra­to­nach.

Ko­lej­ne okrąże­nia są dla mnie udręką. Mimo po­po­łu­dnio­wej go­dzi­ny sło­ńce grze­je nie­mi­ło­sier­nie. Jest mi dusz­no, w płu­cach bra­ku­je po­wie­trza. Trzy­ma­my się z Go­sią ra­zem, na zmia­nę idzie­my i pod­bie­ga­my, aż w ko­ńcu za­czy­na­my ostat­nie okrąże­nie. Mo­ty­wu­je­my się na­wza­jem. Jesz­cze tro­chę. Ostat­nie mi­nu­ty wy­si­łku. w ko­ńcu prze­kra­cza­my metę i obie pa­da­my wy­ko­ńczo­ne na bie­żnię. Je­stem cała mo­kra, a wło­sy, któ­re pod­czas bie­gu uwol­ni­ły się z za­ple­cio­ne­go koka, kle­ją mi się do twa­rzy.

- Gdy­by eg­za­min był dzi­siaj, obie pa­nie by nie zda­ły - po­wie­dział ka­pral, nie kry­jąc sa­tys­fak­cji. - Wnio­ski wy­ci­ągnij­cie same - do­dał, od­cho­dząc.

Gdy pod­no­szę się z zie­mi, przez chwi­lę kręci mi się w gło­wie.

- Wszyst­ko w po­rząd­ku? - Na­gle po­ja­wia się obok mnie Pa­weł.

Ki­wam gło­wą twier­dząco.

- Po­trze­bu­ję chwili, żeby do­jść do sie­bie - od­po­wia­dam.

- Na­pij się. - Po­da­je mi bu­tel­kę z wodą, a ja piję za­chłan­nie. Nie wie­dzia­łam, że zwy­kła woda mi­ne­ral­na może tak wy­śmie­ni­cie sma­ko­wać.

Ko­lej­ną kon­ku­ren­cją jest bieg wa­ha­dło­wy, któ­ry rów­nież ob­le­wam, a na­stęp­nie prze­cho­dzę wraz z resz­tą mo­jej gru­py do ko­lej­ne­go eta­pu - ćwi­cze­nia brzusz­ków na czas. Gdy przy­cho­dzi ko­lej na mnie, ser­ce wali mi jak osza­la­łe. Ma­nia trzy­ma mi nogi, ka­pral woła "start", a ja za­czy­nam jak naj­szyb­ciej pod­no­sić się i opa­dać. Ko­lej­ny raz daję z sie­bie wszyst­ko, ale ostat­nie kil­ka brzusz­ków wy­ko­nu­ję w żó­łwim tem­pie. Bolą mnie wszyst­kie mi­ęśnie, a ze zmęcze­nia le­d­wo po­tra­fię zła­pać od­dech. Gdy ko­ńczy się mój czas, je­stem prze­ko­na­na, że zno­wu nie za­li­czy­łam ćwi­cze­nia. Opa­dam na zie­mię, za­my­kam oczy i pró­bu­ję uspo­ko­ić od­dech. Wte­dy sły­szę oschły głos żo­łnie­rza:

- Za­li­czo­ne na czte­ry.

Czu­ję, jak mo­men­tal­nie wstępu­ją we mnie nowe siły. Może jed­nak uda mi się uko­ńczyć szko­le­nie...

Ostat­nim ele­men­tem te­stu spraw­no­ścio­we­go jest wy­ko­na­nie jak naj­wi­ęk­szej liczby pom­pek. z uwa­gą ob­ser­wu­ję, jak po­rucz­nik tłu­ma­czy pra­wi­dło­wą tech­ni­kę tego ćwi­cze­nia, i już wiem, że to mi się nie uda. Mężczy­źni za­li­cza­ją tę kon­ku­ren­cję z ca­łkiem do­bry­mi wy­ni­ka­mi, a tym­cza­sem Ma­nia ob­le­wa ją spek­ta­ku­lar­nie. Cóż, ka­żdy z nas ma ja­kiś sła­by punkt, nad któ­rym musi jesz­cze spo­ro po­pra­co­wać. Na­gle z za­my­śle­nia wy­ry­wa mnie głos po­rucz­ni­ka.

- Na­zwi­sko. - Pa­trzy na mnie wy­cze­ku­jąco.

- Dąbrow­ska - od­po­wia­dam. - So­nia Dąbrow­ska.

- Mo­żesz za­czy­nać ćwi­cze­nie. - No­tu­je coś w swo­im ze­szy­cie.

Bio­rę głębo­ki od­dech i wy­ko­nu­ję pierw­szą pomp­kę.

- Mu­sisz ugi­ąć ręce ni­żej - in­stru­uje mnie po­rucz­nik. - Ina­czej nie za­li­czę ci ani jed­nej pomp­ki.

Za­my­kam oczy i sku­piam reszt­kę swo­ich sił (na­praw­dę nie wiem, skąd je jesz­cze czer­pię) i kil­ka razy uda­je mi się wy­ko­nać po­praw­ną pomp­kę. Ra­mio­na drżą z wy­si­łku, a pot ciek­nie mi do oczu, któ­re nie­mi­ło­sier­nie za­czy­na­ją piec.

- No, da­waj - mówi do mnie po­rucz­nik. - Jesz­cze kil­ka i będziesz mia­ła tróję.

Sta­ram się, na­praw­dę daję z sie­bie wszyst­ko, ale przy ko­lej­nym ugi­ęciu bez­sil­nie opa­dam na zie­mię.

Mój prze­ło­żo­ny kręci gło­wą i za­pi­su­je wy­nik w ze­szy­cie.

- Przy­kro mi, ale nie za­li­czasz tego ćwi­cze­nia. Mu­sisz po­pra­co­wać nad siłą swo­ich ra­mion.

Pod­no­szę się z zie­mi i przy­ta­ku­ję.

- Prze­pra­szam, ja... Ni­g­dy nie na­le­ża­łam do sil­nych osób. - Czu­ję po­trze­bę wy­tłu­ma­cze­nia się.

Po­rucz­nik wbi­ja we mnie spoj­rze­nie.

- Nie prze­pra­szaj mnie. Sko­ro zde­cy­do­wa­łaś się wstąpić do woj­ska, mu­sisz te­raz po­pra­co­wać nad swo­imi sła­bo­ścia­mi i je wy­eli­mi­no­wać.

Ki­wam gło­wą i ocie­ram pot z czo­ła. Czu­ję się tak bar­dzo brud­na i śmier­dząca... i na­gle robi mi się nie­swo­jo, że on wi­dzi mnie w ta­kim sta­nie. Szyb­ko kar­cę się za tę myśl. Nie po­win­no mnie ob­cho­dzić to, co po­rucz­nik o mnie myśli ani jak mnie wi­dzi. Je­stem żo­łnie­rzem, a on moim do­wód­cą.

Cie­szę się jed­nak, że za­miast do­wa­lić mi i za­zna­czyć, jak to bar­dzo nie na­da­ję się do woj­ska, on oka­zał mi wy­ro­zu­mia­ło­ść. Bio­rę so­bie jego sło­wa do ser­ca. Nie pod­dam się tak ła­two i będę wal­czyć ze swo­imi sła­bo­ścia­mi. Jeśli nie dla sie­bie sa­mej, to dla mo­jej pra­bab­ci.

ROZDZIAŁ 2

Lu­iza - lato 1938 roku

Sło­ńce powoli chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, zło­cąc pro­mie­nia­mi le­ni­wie pły­nący nurt rze­ki. Lu­iza uwiel­bia­ła pa­trzeć na wi­jące się mi­ędzy łąka­mi za­ko­la Bugu. Wy­ci­ągni­ęta na mi­ęk­kiej tra­wie wpa­try­wa­ła się kra­jo­braz przed sobą i od­da­wa­ła się ma­rze­niom. Wy­my­śla­ła roz­ma­ite hi­sto­rie, za­zwy­czaj mi­ło­sne, i skła­da­ła je w wier­sze, któ­re za­pi­sy­wa­ła w no­tat­ni­ku. Cza­sa­mi kom­po­no­wa­ła do nich pó­źniej me­lo­die. Do­sko­na­le gra­ła na skrzyp­cach i na pia­ni­nie. Oj­ciec gor­li­wie za­trosz­czył się o jej wszech­stron­ne wy­kszta­łce­nie.

Dziew­czy­na wes­tchnęła i przy­mknęła oczy. Let­ni wia­te­rek de­li­kat­nie pie­ścił jej twarz. Nie mia­ła jesz­cze ocho­ty wra­cać do domu, ale mat­ka wy­ma­ga­ła, by wszy­scy do­mow­ni­cy gro­madzili się na wspól­nych po­si­łkach. Jeżeli mia­ła zdążyć na ko­la­cję, mu­sia­ła już te­raz opu­ścić uko­cha­ne miej­sce. Szcze­gól­nie dzi­siaj nie mo­gła się spó­źnić, bo do dwo­ru miał za­wi­tać wy­jąt­ko­wy gość. Ro­dzi­ce zgodzili się przy­jąć pod swój dach mło­de­go na­uczy­cie­la z War­sza­wy, któ­ry przy­je­żdżał do Wisz­no­wej, aby ob­jąć po­sa­dę w miej­sco­wej szko­le pod­sta­wo­wej.

Lu­iza pod­nio­sła się z tra­wy, po­pra­wi­ła su­kien­kę i na­ło­ży­ła na gło­wę ka­pe­lusz. Mat­ka za­wsze pil­no­wa­ła, aby dziew­czy­na chro­ni­ła się przed sło­ńcem, bo - jak ma­wia­ła - pa­nien­ki z do­bre­go domu nie po­win­ny do­pu­ścić do tego, by ich ob­li­cze po­kry­ło się prze­bar­wie­nia­mi. Jed­nak Lu­iza ko­cha­ła go­rące pro­mie­nie sło­ńca i gdy ro­dzi­ciel­ka nie wi­dzia­ła, chęt­nie wy­sta­wia­ła do nie­go twarz.

Powoli ru­szy­ła wąską wy­dep­ta­ną ście­żką w stro­nę domu. Jej si­ęga­jąca ko­stek kre­mo­wa su­kien­ka po­wie­wa­ła na wie­trze, któ­ry na­gle przy­brał na sile. Ze wscho­du nad­ci­ąga­ły bu­rzo­we chmu­ry. Przy­spie­szy­ła więc kro­ku. Jesz­cze tego bra­ko­wa­ło, aby po­wi­ta­ła go­ścia prze­mo­czo­na jak wiej­ska gęś.

Tym­cza­sem pra­cu­jący w polu lu­dzie rów­nież zaczęli wra­cać do swo­ich do­mów. Lu­iza zna­ła ich wszyst­kich. Byli w ko­ńcu sąsia­da­mi. Uprzej­mie wi­ta­ła się z nimi. Ro­dzi­ce na­uczyli ją sza­cun­ku do ka­żde­go czło­wie­ka, bez względu na jego stan, ma­jątek czy po­cho­dze­nie. Sami dzielili się swo­imi do­bra­mi z bied­niej­szy­mi i po­magali lo­kal­nej spo­łecz­no­ści na ró­żne spo­so­by. Ufun­dowali też we wsi dwie ka­plicz­ki - ka­to­lic­ką dla miej­sco­wych Po­la­ków i pra­wo­sław­ną dla bia­ło­ru­skiej lud­no­ści. Ostat­nio przy­czynili się rów­nież do wy­bu­do­wa­nia w Wisz­no­wej szko­ły pod­sta­wo­wej, żeby miej­sco­we dzie­cia­ki nie mu­sia­ły co­dzien­nie cho­dzić do sąsied­niej miej­sco­wo­ści. Oj­ciec uru­cho­mił swo­je zna­jo­mo­ści i zna­la­zł na­uczy­cie­la, któ­ry zgo­dził się ob­jąć tu­taj po­sa­dę. We wsi wszy­scy po­ważali ro­dzi­nę Lu­izy i pod­chodzili do niej z życz­li­wo­ścią.

Dziew­czy­na mi­nęła za­gaj­nik le­śny i jej oczom uka­zał się oka­za­ły dwo­rek. Wy­bu­do­wał go dzia­dek Lu­izy, a oj­ciec prze­pro­wa­dził po woj­nie grun­tow­ny re­mont. Po­ma­lo­wa­ny na bia­ło pi­ętro­wy bu­dy­nek wzno­sił się w oto­cze­niu pi­ęk­ne­go ogro­du i owo­co­we­go sadu. Do we­jścia pro­wa­dzi­ły kil­ku­stop­nio­we scho­dy i umiej­sco­wio­ny po­mi­ędzy wąski­mi ko­lum­na­mi ga­nek, a otwar­te na oścież okien­ni­ce za­pra­sza­ły, aby sko­rzy­stać z go­ścin­no­ści go­spo­da­rzy. z ko­mi­na uno­sił się dym, a gdy dziew­czy­na po­de­szła bli­żej, do jej noz­drzy do­ta­rł za­pach ulu­bio­nej pie­cze­ni. Da­sza, za­trud­nio­na we dwo­rze bia­ło­ru­ska ku­char­ka, mia­ła praw­dzi­wy ta­lent.

Nim Lu­iza zdąży­ła wspi­ąć się na ostat­ni scho­dek, drzwi otwo­rzy­ły się i sta­nęła w nich mat­ka. Była pi­ęk­ną ko­bie­tą o bla­dej ce­rze, de­li­kat­nych ry­sach twa­rzy i ja­snych jak kło­sy zbóż wło­sach. Wszy­scy po­wtarzali Lu­izie, że odzie­dzi­czy­ła po niej uro­dę, z cze­go dziew­czy­na bar­dzo się cie­szy­ła.

- Je­steś wresz­cie, có­recz­ko. - Mama po­spie­szy­ła ją ge­stem ręki. - Pan Fe­liks już daw­no do nas za­wi­tał i bie­da­czy­sko cze­ka na ko­la­cję, bo ty błąkasz się gdzieś po wsi. Przy­go­tuj się i zej­dź jak naj­szyb­ciej do ja­dal­ni. Po­le­cę już Da­szy po­da­wać do sto­łu.

Lu­iza prze­my­ła twarz i prze­cze­sa­ła ja­sne wło­sy. Przyj­rza­ła się swo­je­mu od­bi­ciu w lu­strze. Mia­ła sie­dem­na­ście lat, ale wy­gląda­ła na znacz­nie młod­szą. Często bra­no ją za dziec­ko, co zde­cy­do­wa­nie jej się nie po­do­ba­ło. Wes­tchnęła i po­pra­wi­ła ko­łnie­rzyk kre­mo­wej su­kien­ki. Przy­wo­ła­ła na twarz uśmiech, bo ro­dzi­ce ocze­kiwali, że życz­li­wie przy­wi­ta go­ścia. Cza­sa­mi czu­ła się, jak­by była tyl­ko ozdo­bą. Wy­ma­ga­no od niej po­słu­sze­ństwa i od­po­wied­nie­go za­cho­wa­nia, za nic ma­jąc jej wolę i ma­rze­nia. Oj­ciec ci­ągle ło­żył na jej edu­ka­cję, a i tak było ja­sne, że Lu­iza sko­ńczy w ja­ki­mś ob­cym dwo­rze jako przy­kład­na żona i mat­ka gro­mad­ki dzie­ci. Zo­sta­nie ozdo­bą swo­je­go męża, a nie pie­lęgniar­ką, jak za­wsze ma­rzy­ła.

Powoli po­ko­na­ła scho­dy i we­szła do prze­stron­nej, ozdo­bio­nej pi­ęk­ny­mi ma­lo­wi­dła­mi ja­dal­ni. Wszy­scy sie­dzieli już przy sto­le i te­raz zwrócili swo­je spoj­rze­nia na nią. Lu­iza się spe­szy­ła, szcze­gól­nie gdy po­chwy­ci­ła na so­bie wzrok nie­zna­jo­me­go go­ścia.

- Je­steś wresz­cie, có­recz­ko. - Uśmiech­nęła się prze­mi­ło mama, cho­ciaż dziew­czy­na wie­dzia­ła, że naj­chęt­niej spu­ści­ła­by jej burę za spó­źnie­nie. - Sia­daj już, bo wszyst­ko sty­gnie.

W tym sa­mym mo­men­cie nie­zna­jo­my po­de­rwał się z miej­sca i pod­sze­dł do Lu­izy.

- Fe­liks Ma­łkow­ski. - Skło­nił się uprzej­mie, a gdy po­da­ła mu dłoń, sub­tel­nie ją uca­ło­wał. - Bar­dzo mi miło po­znać pa­nien­kę.

- Lu­iza Gro­dzie­ńska. - Gdy spoj­rza­ła mężczy­źnie w oczy, na chwi­lę ją za­mro­czy­ło. Był wy­so­ki i szczu­pły, miał ja­sne, gład­ko przy­cze­sa­ne wło­sy i pi­ęk­ne nie­bie­skie oczy.

- Do­brze się pa­nien­ka czu­je? - za­py­tał Fe­liks. - Strasz­nie pa­nien­ka zbla­dła. - Pod­pro­wa­dził ją do naj­bli­ższe­go krze­sła, na któ­rym dziew­czy­na z ulgą przy­sia­dła.

- Tak... - wy­mam­ro­ta­ła. - To tyl­ko przez ten upał. - Zer­k­nęła nie­pew­nie na ro­dzi­ców, któ­rzy przy­słu­chiwali się ca­łej roz­mo­wie. - Na­pi­ję się wody i od razu będzie mi le­piej.

- Lu­iza uwiel­bia przy­ro­dę - wtrąci­ła mama, upi­ja­jąc łyka wi­śnio­we­go kom­po­tu. - Ci­ągle prze­cha­dza się po na­szej pi­ęk­nej oko­li­cy. Za­pew­ne zbyt dłu­go prze­sie­dzia­ła dzi­siaj na sło­ńcu. Sier­pień, co praw­da, powoli zmie­rza ku ko­ńco­wi, ale sło­ńce w tym roku grze­je jak­by moc­niej.

- O tak - przy­tak­nął oj­ciec. - Po­go­da w tym roku wy­śmie­ni­ta. Zbio­ry nam się bar­dzo uda­ły, a sad ob­ro­dził jak ni­g­dy. Na­sze ku­char­ki pra­cu­ją od świ­tu do zmierz­chu, żeby przy­go­to­wać prze­two­ry. Nic nie może się prze­cież zmar­no­wać.

Lu­iza szyb­ko od­zy­ska­ła siły i za­bra­ła się za pa­ła­szo­wa­nie spo­re­go ka­wa­łka pie­cze­ni. Jed­nak ta dzi­siaj sma­ko­wa­ła nie­co ina­czej. Dziew­czy­na skub­nęła kil­ka kęsów, ale wi­ęcej nie po­tra­fi­ła zje­ść. Co rusz zer­ka­ła na po­chło­ni­ętych je­dze­niem i roz­mo­wą ro­dzi­ców oraz go­ścia. Fe­liks - to imię ci­ągle prze­wi­ja­ło się w jej gło­wie, a ona mia­ła ocho­tę uto­nąć w nie­bie­skich oczach mężczy­zny.

Co się z nią dzia­ło?

- Dzi­ęku­ję, że przyjęli mnie pa­ństwo do sie­bie. - Lu­iza sku­pi­ła uwa­gę na sło­wach mężczy­zny. - Cie­szę się, że będę mógł za­cząć moją na­uczy­ciel­ską ka­rie­rę od szko­ły w Wisz­no­wej.

- To my je­ste­śmy panu ogrom­nie wdzi­ęcz­ni, że przy­jął pan pro­po­zy­cję tej pra­cy. - Oj­ciec na­lał wód­ki do dwóch kie­lisz­ków i je­den z nich po­dał Fe­lik­so­wi. - Zda­ję so­bie spra­wę z tego, że war­szaw­skie szko­ły zde­cy­do­wa­nie ró­żnią się od tej w na­szej ma­łej wsi, a jed­nak pan zgo­dził się tu­taj pra­co­wać.

Fe­liks uśmiech­nął się i Lu­iza za­uwa­ży­ła, że wów­czas po­ja­wił się w jego bro­dzie uro­czy do­łek. Zro­bi­ło jej się go­rąco. Nie­znacz­nie po­lu­zo­wa­ła ko­łnie­rzyk su­kien­ki i upi­ła kil­ka ły­ków chłod­ne­go kom­po­tu.

- Wisz­no­wa to, jak już zdąży­łem za­uwa­żyć, pi­ęk­na miej­sco­wo­ść, a ja za­wsze ma­rzy­łem o ży­ciu na wsi - od­pa­rł. - Mam na­dzie­ję, że tu­taj czas pły­nie nie­co wol­niej niż w mie­ście.

- Czy wol­niej, tego nie wiem. - Oj­ciec pod­nió­sł kie­li­szek do góry. - Ale ży­cie tu­taj jest z pew­no­ścią bar­dziej spo­koj­ne i uro­kli­we. No, a te­raz wy­pij­my pa­ńskie zdro­wie. Może tak bar­dzo spodo­ba się panu w na­szej oko­li­cy, że ze­chce pan za­do­mo­wić się tu­taj na dłu­żej.

***

Od razu po ko­la­cji Lu­iza wy­mó­wi­ła się bó­lem gło­wy i za­szy­ła się w swo­im po­ko­ju.

Co się z nią, u licha, dzia­ło? Nie po­tra­fi­ła zro­zu­mieć swo­je­go dzi­siej­sze­go roz­ko­ja­rze­nia i dziw­ne­go sa­mo­po­czu­cia. Wie­dzia­ła jed­nak na pew­no, że mia­ło to zwi­ązek z po­ja­wie­niem się we dwo­rze go­ścia.

Otwo­rzy­ła na oścież okno. Na szczęście sierp­nio­we wie­czo­ry były chłod­ne i do po­ko­ju wda­rło się przy­jem­ne rze­śkie po­wie­trze. Lu­iza okry­ła ra­mio­na chu­s­tą i przy­sia­dła na sze­ro­kim pa­ra­pe­cie. Za­pa­trzy­ła się w mi­go­cące na nie­bie gwiaz­dy i bla­dy ksi­ężyc. Ko­cha­ła Wisz­no­wą i swój ro­dzin­ny dom, ale no­si­ła też w ser­cu pra­gnie­nie po­zna­nia świa­ta i ru­sze­nia wła­sną dro­gą.

- A pa­nien­ka, to nie za­zi­ębi się, jak będzie tak sie­dzia­ła w oknie? - Na­gle do uszu Lu­izy do­ta­rł we­so­ły głos Fe­lik­sa. Spoj­rza­ła w dół i zo­ba­czy­ła wpa­tru­jące­go się w nią mężczy­znę. Jej ser­ce za­bi­ło moc­niej i mo­men­tal­nie za­la­ła ją fala go­rąca.

- O to nie musi się pan kło­po­tać - od­po­wie­dzia­ła nie­co zmie­sza­na. - Ja je­stem przy­zwy­cza­jo­na do tu­tej­sze­go kli­ma­tu. Wie­czo­rem chłód ci­ągnie od rze­ki, ale ju­tro po­go­da będzie pi­ęk­na - od­pa­rła nie do ko­ńca na te­mat, co za­wsty­dzi­ło ją jesz­cze bar­dziej. Ten mężczy­zna spra­wiał, że wszyst­ko jej się mie­sza­ło w gło­wie. Lu­iza ze­sko­czy­ła z pa­ra­pe­tu.

- Do­bra­noc - do­da­ła, za­my­ka­jąc okno.

Opa­dła na łó­żko, jed­nak jej ser­ce nie mo­gło się uspo­ko­ić. Biło w pier­si jak sza­lo­ne. Przy­mknęła oczy, a wów­czas uj­rza­ła jak żywą twarz Fe­lik­sa.

- Mój Boże... - wy­szep­ta­ła. - Urok ja­kiś na mnie rzu­cił czy co...

Po­sta­no­wi­ła, że na wszel­ki wy­pa­dek będzie się trzy­ma­ła od nie­go z da­le­ka.

***

Dziew­czy­na dłu­go nie mo­gła za­snąć. Kręci­ła się na swo­im po­sła­niu z boku na bok, od­kry­wa­ła się, to zno­wu na­ci­ąga­ła ko­łdrę pod sam nos. w ko­ńcu, umęczo­na do gra­nic mo­żli­wo­ści, chwy­ci­ła do ręki ró­ża­niec i spró­bo­wa­ła sku­pić się na mo­dli­twie. Do­pie­ro wów­czas za­snęła, a gdy się obu­dzi­ła, do­cho­dzi­ła już dzie­wi­ąta.

Po­spiesz­nie wy­ko­na­ła po­ran­ną to­a­le­tę, ubra­ła zwiew­ną nie­bie­ską su­kien­kę i ze­szła do ja­dal­ni. Ro­dzi­ce ko­ńczyli już po­si­łek, a Fe­liks, na któ­re­go mi­mo­wol­nie spoj­rza­ła, na­kła­dał so­bie wła­śnie por­cję pa­ru­jącej ja­jecz­ni­cy.

- Je­steś wresz­cie. - Mama rzu­ci­ła Lu­izie kar­cące spoj­rze­nie. - Jedz, póki cie­płe. Roz­ma­wia­li­śmy wła­śnie o tym, że pan Fe­liks po­wi­nien za­zna­jo­mić się z oko­li­cą. Oj­ciec po­ka­że mu dzi­siaj szko­łę, a ty mo­gła­byś opro­wa­dzić go po wio­sce.

Lu­iza, któ­ra wła­śnie usia­dła na krze­śle, znie­ru­cho­mia­ła. Fe­liks naj­wy­ra­źniej za­uwa­żył jej dziw­ną re­ak­cję, bo na­tych­miast po­spie­szył z wy­ja­śnie­nia­mi:

- Oczy­wi­ście nie musi pa­nien­ka tego ro­bić. Tak tyl­ko roz­ma­wia­li­śmy. Jeżeli ma pa­nien­ka inne pla­ny, sam przej­dę się na spa­cer.

- Nie - od­pa­rła Lu­iza i zno­wu zro­bi­ło jej się go­rąco. - Chęt­nie pana opro­wa­dzę.

- W ta­kim ra­zie je­stem pa­nien­ce bar­dzo wdzi­ęcz­ny. - Uśmiech­nął się, a dziew­czy­na po­czu­ła, że jej po­licz­ki pło­ną.

Ewi­dent­nie dzia­ło się z nią coś nie­do­bre­go. Bała się po­wie­dzieć o tym mat­ce, ale przy­szła jej na myśl inna oso­ba, któ­rej mo­gła­by zwie­rzyć się ze swo­ich kło­po­tów. Lu­iza nie wie­rzy­ła w cza­ry i uro­ki aż do wczo­raj, gdy do ich domu za­wi­tał Fe­liks. Po­sta­no­wi­ła, że od razu po śnia­da­niu uda się do miej­sco­wej szep­tu­chy Jew­gie­ni­ji. Ko­bie­ty we wsi ją za­chwa­la­ły, po­noć zna­ła się na wie­lu spra­wach, więc dziew­czy­na mia­ła na­dzie­ję, że jej rów­nież po­mo­że.

Z tru­dem prze­łk­nęła krom­kę z wi­śnio­wym dże­mem. Przy­słu­chi­wa­ła się przy tym roz­mo­wie ro­dzi­ców z Fe­lik­sem. Mężczy­zna opo­wia­dał nie­co o swo­im ży­ciu w War­sza­wie. Jego oj­ciec wy­kła­dał na uni­wer­sy­te­cie, a mat­ka zaj­mo­wa­ła się do­mem. Miał rów­nież młod­szą sio­strę Zo­fię. Mieszkali w ka­mie­ni­cy na war­szaw­skiej Woli.

- Lu­izo, a cóż ty taka mil­cząca? - zdzi­wi­ła się w ko­ńcu El­wi­ra Gro­dzie­ńska, któ­ra już od dłu­ższe­go cza­su przy­gląda­ła się cór­ce.

- Ja... - dziew­czy­na się zmie­sza­ła. - Nie naj­le­piej zno­szę ostat­nie upa­ły.

- Dziw­ne. w lipcu było zde­cy­do­wa­nie go­ręcej, a ja­koś ci to nie prze­szka­dza­ło. Może je­steś cho­ra? - El­wi­ra po­de­rwa­ła się z miej­sca i do­tknęła czo­ła cór­ki.

- Mamo... - Lu­iza jęk­nęła bła­gal­nie. - Nic mi nie jest. Za po­zwo­le­niem, chcia­ła­bym pó­jść się prze­jść.

Ro­dzi­ciel­ka, nie­co oszo­ło­mio­na, ski­nęła twier­dząco gło­wą, więc Lu­iza wsta­ła od sto­łu, i po­ży­czyw­szy wszyst­kim mi­łe­go dnia, nie­mal wy­bie­gła ze dwo­ru.

Przez całą dro­gę za­sta­na­wia­ła się, jak wy­tłu­ma­czyć Jew­gie­ni­ji swo­je dziw­ne do­le­gli­wo­ści. Była prze­ko­na­na, że ktoś rzu­cił na nią urok, ale dla­cze­go? Jesz­cze wczo­raj czu­ła się nor­mal­nie, a po­tem po­ja­wił się ten cały Fe­liks i wszyst­ko się za­częło.

Mi­nęła sta­ry młyn i na roz­wi­dle­niu dróg skręci­ła w pra­wo. Szep­tu­cha miesz­ka­ła w cha­cie pod sa­mym la­sem. Wo­kół jej domu ro­sły prze­ró­żne zio­ła i kwia­ty, a tuż przy we­jściu sta­ła drew­nia­na ław­ka. Lu­iza ode­tchnęła głębo­ko i za­pu­ka­ła do drzwi. Te szyb­ko się otwo­rzy­ły i sta­nęła w nich Jew­gie­ni­ja. Na wi­dok pa­nien­ki ze dwo­ru zro­bi­ła za­sko­czo­ną minę.

- Wszel­ki duch Pana Boga chwali. - Złączy­ła ręce jak do mo­dli­twy. - Pa­nien­ka Lu­iza. Sta­ło się co?

- Dzień do­bry - przy­wi­ta­ła się prze­jęta dziew­czy­na. - Czy... czy ja mo­gła­bym we­jść na chwi­lę.

- A pro­szę. - Ko­bie­ta otwo­rzy­ła sze­rzej drzwi. - Ale u mnie skrom­ne pro­gi... Niech pa­nien­ka sia­da. - Wska­za­ła ręką ta­bo­ret. - i opo­wia­da za­raz, w czym ja do­po­móc mogę pa­nien­ce.

Lu­iza czu­ła, że drży na ca­łym cie­le. Ner­wo­wo za­częła ba­wić się pal­ca­mi i powoli opo­wie­dzia­ła sta­rusz­ce o swo­im zmar­twie­niu. Gdy już sko­ńczy­ła, ta po­pa­trzy­ła na dziew­czy­nę z roz­ba­wio­ną miną i rze­kła:

- Czyli mówi pa­nien­ka, że te dziw­ne ob­ja­wy zbie­gły się ze wczo­raj­szym przy­jaz­dem do dwo­ru mło­de­go na­uczy­cie­la?

Lu­iza po­twier­dzi­ła ski­ni­ęciem gło­wą.

- Myśli pani, że to on rzu­cił na mnie urok?

Jew­gie­ni­ja wy­bu­chła śmie­chem. Lu­iza jesz­cze ni­g­dy nie wi­dzia­ła jej w tak do­brym hu­mo­rze. Czu­ła się co­raz bar­dziej za­gu­bio­na i za­wsty­dzo­na dziw­ną rek­cją ko­bie­ty.

- Mój Boże... - Szep­tu­cha ota­rła z po­marsz­czo­nych po­licz­ków łzy. - Prze­pra­szam cię, dziec­ko, ale... - Mach­nęła nie­dba­le ręką i ode­tchnęła głębo­ko, pró­bu­jąc się uspo­ko­ić. - Cho­dzi o to, że pa­nien­ka Lu­iza wy­kszta­łco­na jest jak mało kto, zna obce mowy i ra­chun­ki, ale o ży­ciu i tym, co naj­bar­dziej ludz­kie, nie ma pa­nien­ka po­jęcia.

Dziew­czy­na ner­wo­wo po­ru­szy­ła się na ta­bo­re­cie i wbi­ła w sta­rusz­kę za­sko­czo­ne spoj­rze­nie.

- Co też pani Jew­gie­ni­ja mówi?

- Za­ko­cha­łaś się, moja dro­ga - od­pa­rła tam­ta już ca­łko­wi­cie po­wa­żna.

- Ja? w Fe­lik­sie? - Lu­iza nie wie­rzy­ła w to, co usły­sza­ła. - Ale ja go pra­wie w ogó­le nie znam...

- No wła­śnie, pa­nien­ko Lu­izo. To jest wła­śnie za­ko­cha­nie. a od za­ko­cha­nia do mi­ło­wa­nia jesz­cze da­le­ka dro­ga. Kie­dyś to pa­nien­ka zro­zu­mie.

- I stąd te na­pa­dy go­rąca, pal­pi­ta­cje ser­ca i... roz­ko­ja­rze­nie? - do­py­ty­wa­ła dziew­czy­na.

- Tak - po­twier­dzi­ła Jew­gie­ni­ja.

Lu­iza wes­tchnęła. Nie wie­dzia­ła, co o tym wszyst­kim my­śleć. Nie tego się spo­dzie­wa­ła, cho­ciaż ulży­ło jej, że to nie ża­den urok. Za­ko­cha­nie ko­ja­rzy­ło jej się za­wsze z czy­mś bar­dzo mi­łym, a to, cze­go do­świad­cza­ła, nie do ko­ńca ta­kie było. Czu­ła się też za­wsty­dzo­na swo­ją nie­wie­dzą i tym, że się zbła­źni­ła.

- Czy pani Jew­gie­ni­ja... - Spoj­rza­ła nie­pew­nie na sta­rusz­kę. - Czy mo­gła­by pani nie mó­wić o tym ni­ko­mu?

Ko­bie­ta uśmiech­nęła się.

- Wszy­scy we wsi do­brze wie­dzą, że mo­żna mnie ufać. Ja o cu­dzych do­le­gli­wo­ściach in­nym nie roz­pra­wiam.

- Dzi­ęku­ję. - Lu­izie spa­dł ka­mień z ser­ca. - Ja... ja ni­g­dy nie czu­łam cze­goś po­dob­ne­go ani nikt ze mną na te te­ma­ty nie roz­ma­wiał - sta­ra­ła się uspra­wie­dli­wić.

- Pa­nien­ka nie ma się cze­go wsty­dzić - od­pa­rła szep­tu­cha i otwo­rzyw­szy szu­fla­dę kre­den­su, za­częła w niej cze­goś szu­kać.

- Tak... - burk­nęła Lu­iza. - a pani Jew­gie­ni­ja to zry­wa­ła ze mnie boki jak nie wiem.

- E tam... - Ko­bie­ta mach­nęła nie­dba­le ręką. - Bo ja my­śla­ła, że nie wia­do­mo co się zda­rzy­ło, że pa­nien­ka ze dwo­ru do mnie za­wi­ta­ła, a ona po pro­stu... za­ko­cha­na. - Zno­wu się za­śmia­ła.

- Pój­dę już. - Lu­iza pod­nio­sła się z miej­sca. - Dzi­ęku­ję, pani, Jew­gie­ni­jo.

- Za­cze­kaj - po­wstrzy­ma­ła ją sta­rusz­ka, po czym po­da­ła jej za­wi­ni­ąt­ko. - Mie­szan­ka ziół na uspo­ko­je­nie. Za­pa­rzaj dwa razy dzien­nie.

- Dzi­ęku­ję. - Lu­iza scho­wa­ła zio­ła do kie­sze­ni su­kien­ki. - Do wi­dze­nia, pani Jew­gie­ni­jo.

Gdy wra­ca­ła przez łąkę do dwo­ru, jej myśli ci­ągle krąży­ły wo­kół tego, co się z nią dzia­ło. a więc była za­ko­cha­na w Fe­lik­sie. To dla­te­go jej ser­ce biło szyb­ciej w jego obec­no­ści, a wy­obra­źnia ci­ągle pod­su­wa­ła jej wspo­mnie­nie nie­bie­skich oczu mężczy­zny. Lu­iza ci­ężko wes­tchnęła. Nie wie­dzia­ła, co da­lej będzie, ale nie­śmia­ło za­czy­na­ła się cie­szyć na dzi­siej­szy spa­cer z obiek­tem swo­ich wes­tchnień.

***

Fe­liks za­pro­po­no­wał spa­cer od razu po obie­dzie, na co Lu­iza przy­sta­ła. Tuż przed po­si­łkiem za­pa­rzy­ła so­bie zió­łek od szep­tu­chy, ale nie­wie­le jej po­mo­gły. Ser­ce wa­li­ło w pier­si jak osza­la­łe, a z po­li­czek nie scho­dził zdra­dziec­ki ru­mie­niec.

- Naj­pierw pój­dzie­my do cen­tral­nej części wio­ski - ode­zwa­ła się z nie­ma­łym tru­dem dziew­czy­na i wska­za­ła to­wa­rzy­szo­wi pro­wa­dzącą po­mi­ędzy po­la­mi dró­żkę. - a na ko­ńcu po­ka­żę panu swo­je ulu­bio­ne miej­sce.

Fe­liks kro­czył dum­nie wy­pro­sto­wa­ny u jej boku. Lu­iza nie na­le­ża­ła do wy­so­kich ko­biet i si­ęga­ła mu po­ni­żej ra­mie­nia. Czu­ła się przez to jesz­cze bar­dziej dzie­cin­nie w sto­sun­ku do star­sze­go o kil­ka lat Fe­lik­sa.

- Pa­nien­ko... - Spoj­rzał na nią ła­god­nym wzro­kiem. - Wczo­raj nie śmia­łem o to pro­sić, ale wo­la­łbym, żeby zwra­ca­ła się do mnie pa­nien­ka po imie­niu.

- Z przy­jem­no­ścią - od­po­wie­dzia­ła. - Ja rów­nież wolę, gdy mówi się do mnie po imie­niu, a nie przez te wszyst­kie grzecz­no­ścio­we pan­ny i pa­nien­ki.

Obo­je się za­śmiali, a Lu­iza po­czu­ła, że po­łączy­ła ich wła­śnie ja­kaś nie­wi­dzial­na więź.

- Boi się pan? To zna­czy bo­isz się - po­pra­wi­ła się - no­wej pra­cy w nie­zna­nym miej­scu, z dala od ro­dzi­ny?

Fe­liks swo­bod­nie wzru­szył ra­mio­na­mi i zer­k­nął na dziew­czy­nę z uko­sa.

- Nie­spe­cjal­nie. Lu­bię wy­zwa­nia. Cie­szę się, że będę pra­co­wać w tak pi­ęk­nej oko­li­cy. i że będę mógł co dzień wi­dy­wać cie­bie, Lu­izo.

Sło­wa mężczy­zny kom­plet­nie ją za­sko­czy­ły. Po­czu­ła zna­jo­me ude­rze­nie go­rąca. Owład­ni­ęta emo­cja­mi na chwi­lę stra­ci­ła rów­no­wa­gę, i aby nie upa­ść, chwy­ci­ła dłoń Fe­lik­sa.

- Prze­pra­szam... - wy­szep­ta­ła za­kło­po­ta­na, gdy do­szła już do sie­bie. - Ja...

- Nie masz za co - od­po­wie­dział. - Ale nie będę ukry­wał, że spra­wi­ło mi to ogrom­ną przy­jem­no­ść. Chcia­łbym, abyś częściej była tak bli­sko mnie.

Za­sko­czo­na Lu­iza wbi­ła spoj­rze­nie w zie­mię.

- Je­steś bar­dzo... śmia­ły - od­po­wie­dzia­ła. - Ale mam na­dzie­ję, że to, co mó­wisz, jest szcze­re.

- Za­pew­niam, że tak. I...

- Nie­ste­ty od wrze­śnia wy­je­żdżam do szko­ły do Brze­ścia, ale na ka­żdą nie­dzie­lę będę wra­ca­ła do domu.

- Będę więc z nie­cier­pli­wo­ścią wy­cze­ki­wał ka­żdej nie­dzieli.

Lu­iza uśmiech­nęła się sze­ro­ko, bo na­gle zro­bi­ło jej się na ser­cu tak ja­koś lek­ko, że mo­gła­by wzbić się w nie­bo jak mały mo­ty­lek. Po chwili jed­nak przy­wo­ła­ła się do po­rząd­ku i wska­za­ła Fe­lik­so­wi drew­nia­ny ko­śció­łek po pra­wej stro­nie.

- To nasz ko­ściół pod we­zwa­niem Trój­cy Świ­ętej - wy­ja­śni­ła. - w nie­dzie­lę suma jest o je­de­na­stej. a tam... - Wska­za­ła ręką w lewo, gdzie w oddali wi­dać było nie­bie­ską ko­pu­łę cer­kwi. - Tam jest cer­kiew Świ­ęte­go Mi­cha­ła Ar­cha­nio­ła.

- Jesz­cze ni­g­dy nie by­łem w cer­kwi - od­pa­rł za­pa­trzo­ny w dal Fe­liks.

- Mo­że­my się tam kie­dyś wy­brać - za­pro­po­no­wa­ła na­tych­miast.

- Z przy­jem­no­ścią. - Uśmiech­nął się.

Spa­cer upły­wał im w mi­łej at­mos­fe­rze. Lu­iza po­ka­za­ła mło­de­mu na­uczy­cie­lo­wi, gdzie jest je­dy­ny we wsi ma­lut­ki sklep i gdzie miesz­ka­ją Kra­sie­wi­czo­wie, u któ­rych raz w mie­si­ącu w sta­rej sto­do­le od­by­wa­ją się po­ta­ńców­ki. Pó­źniej dotarli na roz­wi­dle­nie dróg, gdzie po pra­wej stro­nie sta­ła ka­to­lic­ka, a po le­wej pra­wo­sław­na ka­plicz­ka.

- Ufun­dowali je moi ro­dzi­ce - wy­ja­śni­ła. - Są życz­li­wi dla ka­żde­go.

- To wi­dać. Gdy­by tak nie było, nie przy­jęli­by pod swój dach ob­ce­go na­uczy­cie­la z War­sza­wy.

- Nie je­steś obcy - wy­rwa­ło się Lu­izie. - Od­kąd przy­je­cha­łeś do Wisz­no­wej, wszy­scy będą trak­to­wać cię jak swo­je­go.

- Mam na­dzie­ję, że po­ra­dzę so­bie z na­ucza­niem tu­tej­szych dzie­ci.

- Je­stem o tym prze­ko­na­na - sta­ra­ła się wes­przeć Fe­lik­sa. - Kie­dy szko­ła znaj­do­wa­ła się w sąsied­niej miej­sco­wo­ści, nie wszyst­kie dzie­ci re­gu­lar­nie do niej cho­dzi­ły. Te­raz będzie dużo ła­twiej.

Po­pro­wa­dzi­ła mężczy­znę wąską le­śną dró­żką. Drze­wa szu­mia­ły nad ich gło­wa­mi, a cień da­wał przy­jem­ne wy­tchnie­nie. Lu­iza cie­szy­ła się ostat­ni­mi upal­ny­mi dnia­mi, bo chłod­ne po­ran­ki i wie­czo­ry zwia­sto­wa­ły ry­chłe na­de­jście je­sie­ni. Szli powoli, Fe­liks opo­wia­dał jej o swo­jej ro­dzi­nie w War­sza­wie. Gdy nie­dłu­go po­tem wyszli z lasu, ich oczom uka­za­ła się błysz­cząca w pro­mie­niach sło­ńca ta­fla rze­ki.

- Mój uko­cha­ny Bug... - Lu­iza nie mo­gła po­wstrzy­mać wzru­sze­nia. Ko­cha­ła tę rze­kę, a jej bli­sko­ść za­wsze do­da­wa­ła jej sił. - Przy­ro­da dzieli się ener­gią z tymi, któ­rzy ją sza­nu­ją.

Fe­liks zmru­żył oczy i spoj­rzał w dal.

- Do tej pory sądzi­łem, że Wi­sła jest naj­pi­ęk­niej­sza, ale te­raz... Te­raz wi­dzę, że pi­ęk­no ma wie­le ob­licz.

- Cho­dź, po­dej­dzie­my bli­żej. - Lu­iza po­ci­ągnęła Fe­lik­sa w stro­nę dzi­kie­go brze­gu. Wiatr, któ­ry tu­taj był znacz­nie bar­dziej od­czu­wal­ny, przy­jem­nie mu­skał ich twa­rze, a szum rze­ki wy­ci­szał ser­ca. Przy­siedli na tra­wie i obo­je wpa­trywali się w za­ko­le rze­ki.

- Jest taka dzi­ka i nie­win­na za­ra­zem - wy­szep­tał Fe­liks. - i pi­ęk­na jak ty. - Na­gle spoj­rzał na Lu­izę i nie­śmia­ło od­gar­nął z jej czo­ła ko­smyk wło­sów, mu­ska­jąc przy tym opusz­kiem pal­ca jej twarz.

Dziew­czy­na za­drża­ła, a w gło­wie na chwi­lę jej za­wi­ro­wa­ło. Pa­trzy­ła w nie­bie­skie oczy Fe­lik­sa i mia­ła wra­że­nie, że w nich to­nie. Do tej pory sądzi­ła, że to wody Bugu mają naj­pi­ęk­niej­szy od­cień na świe­cie, ale dzi­siaj zro­zu­mia­ła, że było ina­czej.