Dziewczyna o smutnych oczach - Dominika Lewkowicz
10.50 zł

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 1
"Zakład"
Damon
Obudził mnie ten nieznośny budzik, która godzina? 6:30 ja pierniczę. Dziś poniedziałek, nienawidzę Obudził mnie ten nieznośny budzik, która godzina? 6:30 ja pierniczę. Dziś poniedziałek, nienawidzę poniedziałków. Muszę wstać, szkoła czeka, pewnie bym nie poszedł gdyby nie to, że jestem zagrożony z chemii. Dobra wstaję na 3. 1... 2... 3? Jest! Już jeden brzuszek z głowy. Spojrzałem w lustro, przeczesałem włosy ręką, jestem przystojny. Ubrałem się w czarne jeansy i koszulkę z napisem "I'm perfect", do tego trampki i gotowe. Wziąłem plecak i zszedłem na dół do kuchni. Jestem w domu sam jak zwykle. Zabrałem telefon i poszedłem do szkoły. Po 15 minutach byłem na miejscu. Przywitałem się z moją ekipą: John'em - brunetem o brązowych oczach, Michaelem - czarnowłosy z niebieskimi oczyma i Vincentem blondynem z zielonymi oczami. Zadzwonił dzwonek, co pierwsze? Chemia. Za jakie grzechy!? Szykowałem się na nudną 45 minutową katorgę, gdy nagle ktoś zapukał do drzwi.
- Proszę - powiedziała chemica.
A przez nie weszła...
Lika
Zadzwonił budzik, co oznacza, że to dziś idę do szkoły. Chcę przez ten czas, który mi pozostał żyć choć trochę normalnie. Odsuwam od siebie ludzi by nie zranić ich gdy odejdę. Rodzice sami się ode mnie odsunęli, zwiali gdzie pieprz rośnie, bo kto chce wychowywać chorą nastolatkę a raczej przeżyć z nią jej ostatnie dni? Nie mam nikogo. Mieszkam sama w piętrowym domu który kupili mi rodzice. Nie mam im tego za złe. Przerosło ich to wszystko. No dobra, czas wstawać. Powoli podniosłam się z łóżka, znów te cholerne mroczki przed oczami. Spokojnie Lika... zaraz znikną. Ok, teraz do szafy, wyjęłam z niej czarne jeansy i białą bluzkę z długim rękawem. Wzięłam jeszcze sweter z wełny. Na zewnątrz jest 22°C ale mi jest zimno, osłabiona odporność. Bransoletki na lewy nadgarstek. Nie chcę mówić dlaczego je noszę. Wzięłam plecak i ruszyłam do szkoły. Gdy weszłam do budynku poszłam w stronę sekretariatu po plan lekcji. Miałam teraz chemię sala 202. Ruszyłam na pierwsze piętro, ze zmęczenia oparłam się o ścianę i oddychałam głęboko. Dobra trzeba ruszać dalej. Poszłam prosto czytając numery sal, 200... 201... 205... wróć, 202! Jest! Zapukałam do drzwi i weszłam gdy usłyszałam głos nauczycielki mówiącej "proszę".
Rozdział 2
"Nie oceniaj dopóki nie poznasz... "
Damon
Weszła przez nie dziewczyna z czarnymi włosami do pasa w białej koszulce i... swetrze? Kto przy takiej temperaturze nosi sweter? Gapiłem się na nią jak na okaz w muzeum i było to chyba widać bo poczułem jak ktoś uderza mnie z łokcia w żebro. Natychmiast odwróciłem się w stronę winowajcy z mordem w oczach.
- Co chcesz!? - syknąłem przez zęby
- Patrz bo ci ślinka cieknie - śmiał się John.
- A może tak mały zakładzik? - szepnął Vincent
- Jaki znowu zakład? - spytałem.
- Masz dwa miesiące by ją w sobie rozkochać i zostawić.
- Mnie w to nie mieszajcie - powiedział Michael
- Hmm... a co z tego będę miał? - jak grać to o coś wartego, pomyślałem.
- Jak tak patrzę na tą nową to łatwa nie będzie, więc zapewne odpuścisz dlatego zakładam się o moje porsche - powiedział Vincent.
Jeszcze się zdziwi.
- Zgoda. Porsche Vincenta to niezłe cacko.
Naszą wymianę zdań przerwała chemica.
- Poznajcie nową uczennicę, przedstaw się proszę.
Dziewczyna nic nie powiedziała, tylko podała nauczycielce jakiś folder... nie, nie folder, to jej dokumenty. Chemica zlustrowała je wzrokiem, po czym spojrzała na nową i... OMG! Czy ona miała łzy w oczach? O co chodzi? Co jest w tych dokumentach? Muszę je zobaczyć. Jeszcze nie wiem jak ale je zdobędę.
Lika
Chemica spojrzała na mnie ze łzami w oczach. Nie chcę litości. W tych dokumentach jest moje oświadczenie, że nie jestem typową uczennicą a bardziej wolnym słuchaczem. Według lekarzy powinnam przebywać w szpitalu i tak jak mi to powiedzieli "w spokoju dożywać swoich ostatnich dni". Nie dziękuję. Dlatego ja nie muszę odrabiać zadań domowych jeżeli nie mam siły. Reszta kart jest o mojej chorobie między innymi rokowanie - "U panny Lice Shadow wykryto rzadką wadę serca, nie da się jej leczyć. Według wszelkich badań które zrobiono Pannie Shadow, stwierdziliśmy że zostały jej maksymalnie dwa lata życia [...]"
Czytałam to tyle razy, że znam już to na pamięć. Rodzice nie mogą być dawcami i myślę że to ich jeszcze bardziej dobiło, uczucie bezsilności. Ich dziecko umiera a oni nic nie mogą zrobić. Jestem na liście dawców ale przede mną jest tyle osób, że czas oczekiwania jest dłuższy niż ten który mi pozostał. Nauczycielka pokazała dłonią bym usiadła. Jedyne wolne miejsce było przed chłopakiem który patrzył się na mnie odkąd weszłam do klasy. Usiadłam w ławce i słuchałam chemicy która mówiła zdławionym od emocji głosem. Czułam na sobie spojrzenia innych uczniów. Było to krępujące. Czekałam w napięciu na dzwonek i uciec tam gdzie nikt nie będzie na mnie patrzył. Jesteś aspołeczna - jak zwykle głos mądrości musiał się wtrącić. Ale może to i prawda. Nie odezwałam się do nikogo od ponad roku czyli odkąd wykryto u mnie wadę serca i rodzice mnie opuścili
- Pamiętaj zawsze będziemy cię kochać, niedługo cię odwiedzimy, obiecuję.
Obiecanki cacanki, od tamtej pory ich nie widziałam. Mogli choć zadzwonić... żadnego telefonu ani głupiego SMS 'a. Nic. Mogli przecież szczerze powiedzieć że już mnie nie chcą, że dla nich to za wiele ale oni woleli pocieszyć mnie kłamstwem.
Zamknęłam za nimi drzwi po czym zjechałam po nich plecami w dół, podwijając nogi do klatki piersiowej oparłam na nich brodę, szczelnie opatulając nogi ramionami i wybuchając wstrzymywanym płaczem. Dlaczego mnie opuściliście w takim momencie? Momencie w którym najbardziej potrzebuję czyjegoś wsparcia? Dlaczego? Nie mam nikogo...
Od tamtej pory się nie odezwałam. Robię zakupy w sklepach samoobsługowych by nie musieć rozmawiać. Nauczyłam się języka migowego by rozmawiać nie rozmawiając.
Widziałam ból w oczach rodziców gdy mnie opuszczali, nie rozumiałam wtedy dlaczego. Przecież obiecali że mnie jeszcze odwiedzą. Dopiero później zdałam sobie sprawę, że to było pożegnanie.
Otrząsnęłam się gdy zadzwonił dzwonek. Poczułam że mam mokre policzki, dotknęłam ich. Cholera! Jak mogłam dopuścić by płakać w miejscu publicznym!? Wybiegłam szybko z klasy na zewnątrz i zaczęłam rozglądać się dookoła. Boisko, ławki, wierzba płacząca! Uwielbiam wierzby płaczące. Poszłam w jej kierunku.
Rozdział 3
"Punkt widzenia zależy od sytuacji"
Damon
Gdy tylko rozbrzmiał dzwonek, ta nowa od razu wybiegła z klasy, jakby się paliło. Nawet nie znam jej imienia. Postanowiłem jej poszukać. W końcu mam tylko dwa miesiące. Przeszukałem całą szkołę i co? Nic. Walę to. Idę zajarać. Wyszedłem na zewnątrz, co za skwar. Rozejrzałem się dookoła, cisza i spokój. Niestety tą cudowną chwilę musiał ktoś przerwać. Usłyszałem głośny pisk, o nie... tylko nie ona.
- Misiaczku! - rzuciła się na mnie jakaś tleniona blondi. Kto to jest? A no przecież, dziewczyna z imprezy. Muszę się jej pozbyć.
- Puść mnie, to po pierwsze a po drugie, nie jestem twoim misiaczkiem! - krzyknąłem.
Blondi odskoczyła ode mnie jak oparzona z zaszklonymi oczami. Ja nie mogę czy ja jej obiecywałem związek? Nie! Ja nie bawię się w te bzdety. Miłość nie istnieje. Ludzie są ze sobą z dwóch powodów, pierwszy to zauroczenie a drugi to przyzwyczajenie i tyle.
- A... ale jak to? A to co było na imprezie? Nic nie znaczyło? - krzyczała płacząc.
- To tyko zabawa a teraz nie zawracaj mi głowy i spadaj.
Traciłem już cierpliwość do tej laski.
- Jesteś świnią! - krzyknęła i pobiegła w stronę szkoły.
- Wiem - mruknąłem sam do siebie. Myślałem że nikt tego nie słyszał naszej rozmowy. Myliłem się. Pod wierzbą płaczącą siedziała jakaś dziewczyna. Czekaj, czekaj, ja ją skądś znam... Momentalnie przybiłem sobie z otwartej dłoni w czoło, przecież to ta nowa! Patrzyła na mnie ze smutkiem w oczach. Nastawiałem się bardziej na obrzydzenie lub wstręt, że traktuję tak dziewczyny. Zdaję sobie sprawę, że nie jest to dla nich przyjemne, no ale ja niczego nie obiecywałem a one nie pytały. Dlaczego więc patrzy na mnie ze smutkiem? Nie rozumiem. Nim się spostrzegłem dziewczyny już nie było.
Lika
Siedziałam pod wierzbą z zamkniętymi oczami, próbując odnaleźć wewnętrzny spokój, ciesząc się promieniami słońca które padały na mą twarz. Gdy zdaje się sobie sprawę z tego, że twoje dni są policzone, cieszysz się najdrobniejszymi rzeczami, bo tak naprawdę te najdrobniejsze rzeczy, cieszą najbardziej. Szkoda, że zdajemy sobie z tego sprawę wtedy gdy umieramy. Moje rozmyślania przerwał czyjś płaczliwy krzyk. Spojrzałam w tamtą stronę robiąc daszek z dłoni nad oczami i kogo ujrzałam? TEGO chłopaka, który patrzył się na mnie na chemii jak tylko otworzyłam drzwi. Kłócił się z jakąś dziewczyną. Pewnie ją wykorzystał a ta liczyła na coś więcej. Nie rozumiem jak można szukać czegoś trwałego w ten sposób. Szkoda, że ci ludzie... ludzie z mojego wieku, nie wiedzą jakie mają szczęście. Mogą robić co chcą, świat stoi przed nimi otworem, ale oni tego nie widzą. Nie muszą się martwić o to czy następny dzień nie będzie tym ostatnim. Mają rodziców a przynajmniej ich nie zostawili. Nie są sami...
Muszę iść, zaraz dzwonek a ja prawie płaczę. Przecież przyszłam tu by się uspokoić ale widocznie się nie udało. Spojrzałam na plan lekcji, teraz WF. Nie ćwiczę. Nauczyciel wie. Ruszyłam w stronę szkoły, cel: sala sportowa. Gdy dotarłam na miejsce, byłam tak zmęczona że chętnie poszłabym spać. Było to chyba widać bo nauczyciel patrzył na mnie jakbym miała zaraz umrzeć. Muszę go zmartwić jeszcze trochę pożyję, choć szczerze nie wiem po co. Nie mam dla kogo bo nie mam nikogo. Idę na trybuny. Nim się na nie wdrapałam wszyscy uczniowie już byli na sali. Gdybym tylko wiedziała co się stanie, nigdy nie usiadłabym na trybunach...
Rozdział 4
"Niektóre błędy są nam z góry pisane... "
Damon
Lekko zdezorientowany pobiegłem na WF. Wszyscy już byli. Szukałem wzrokiem TEJ dziewczyny ale nie mogłem jej znaleźć wśród uczniów obecnych na sali. Rozejrzałem się po trybunach i co? Była tam! Spoglądała na naszą klasę z zaciekawieniem i smutkiem jednocześnie. Czemu ona zawsze ma smutek w tych swoich ślicznych oczach? Stop! Czy ja powiedziałem ślicznych? Nie... to niemożliwe. WFista krzyknął, że gramy w siatkówkę, drużyny mieszane. Super, jak trafi się w mojej drużynie lalusia co piłki nie dotknie bo "a moje tipsy", to się załamię. Na moje szczęście w mojej drużynie takich nie było. Nadeszła moja kolej na serwowanie, nareszcie. Grupa przeciwnych ją odebrała i zaczęła się walka. Na chwilę straciłem piłkę z wzroku a po chwili usłyszałem przeraźliwy krzyk, który dobiegał z... trybun! Spojrzałem w tamtą stronę i zobaczyłem dziewczynę o smutnych oczach. Trzymała się za lewy nadgarstek. Co się stało? Już miałem do niej biec, gdy usłyszałem czyjś śmiech. Kto normalny śmieje się w takiej chwili? Obróciłem głowę w tamtą stronę i kogo ujrzały moje oczy? Tą dziewczynę która zakłóciła swoim piskiem mój spokój gdy paliłem papierosa.
- Widziałam jak patrzysz na tą zdzirę! Ona mi cię nie odbierze! - krzyczała.
- Ty jesteś chora! - wydarłem się na nią. Jak ktokolwiek mógłby skrzywdzić tą dziewczynę. Ona i tak jest krucha. Kurde stary, co ty gadasz! Pamiętaj masz zakład! Ocknąłem się i ruszyłem w stronę dziewczyny na trybunach.
Lika
Spoglądałam w stronę uczniów ze smutnym uśmiechem. Ty już nigdy nie zagrasz w siatkówkę. Niestety to prawda, nie zrobię tak prostej rzeczy jak odbijanie piłki bo to zawsze jakiś wysiłek, a ja powinnam leżeć na szpitalnym łóżku. Zamyśliłam się i nie zauważyłam piłki lecącej w moją stronę. Poczułam niewyobrażalny ból w lewym nadgarstku i już wiedziałam że szwy puściły. Cholera! Jak boli. Drugą ręką zaczęłam uciskać nadgarstek by zatrzymać krwawienie. Po chwili poczułam czyjąś obecność, ktoś przede mną uklęknął i wciągnął z sykiem powietrze. Super, bo jeszcze potrzebuje kłopotów by ktoś się dowiedział o tym że... nieważne.
Odważyłam się spojrzeć kto przy mnie klęczy. Spojrzałam i... no ja nie mogę czy ON nie może dać mi spokoju? Nic nie mówiłam. Natomiast on zrobił coś, czego po nim bym się nie spodziewała, zwłaszcza po tym, jak potraktował tamtą dziewczynę na przerwie. Myślałam, że zaprowadzi mnie do higienistki ale nie. ON wziął mnie na ręce i zaczął biec. Spojrzałam na niego z pytaniem co ty wyczyniasz? w oczach. Chłopak nic nie odpowiedział, jedynie uśmiechnął się tajemniczo i biegł dalej. Czułam się... niekomfortowo? To mało powiedziane, nikt od ponad roku mnie nie dotknął nawet dłoni na powitanie, unikałam ludzi. A teraz obcy chłopak niesie mnie w stylu panny młodej. Mimo to oparłam głowę na jego klatce piersiowej, zamknęłam oczy i poczułam jego zapach mięta i... papierosy? No tak, przecież palił na przerwie. Czemu ludzie płacą by w przyszłości cierpieć? Ja bym dała wszystko by żyć dłużej niż dwa lata...
Nawet nie wiedziałam gdzie mnie niesie. Szczerze? Nie obchodziło mnie to. Rozejrzałam się dookoła... byliśmy na parkingu. Czekaj... on ma prawko? No tak przecież tylko ja nie mam...
Wsadził mnie do auta, podejrzewam że jego. Zapięłam pasy. Zabawne, pomyślałam. I tak umrę więc po co dbam o swoje bezpieczeństwo? Nagle po drugiej stronie otworzyły się drzwi przez które wsiadł chłopak. Nawet nie wiem jak ma na imię. Ale przecież go nie spytam. Jechaliśmy w ciszy, sięgnęłam zdrową ręką i włączyłam radio. Akurat leciała piosenka The Beatles - Yesterday, która przypominała mi o tym że rodzice mnie opuścili. Nawet nie wiem kiedy zaczęłam płakać, uświadomił mi to jego głos.
- Ej, nie płacz. Będzie dobrze. Najgorsze kłamstwo XXI wieku, będzie dobrze.
Pokręciłam przecząco głową. Bo, po co kłamać? W mojej sytuacji jedynie cud może mnie uratować. Poczułam że auto się zatrzymuje. Czyli jesteśmy na miejscu. Gdzie on mnie wywiózł? Niech da mi apteczkę muszę opatrzyć nadgarstek. Już nie krwawi ale bluzka mi się do niego przylepiła. Rozejrzałam się dookoła, by sprawdzić czy kojarzę tą dzielnicę. Takiego wała, nie wiem gdzie jestem.
- To mój dom - powiedział stojąc przy moich otwartych drzwiach, chłopak. Podskoczyłam w miejscu, wystraszył mnie. Idiota. Czekał na mnie aż wysiądę. Dżentelmen od siedmiu boleści, widziałam jak potraktowałeś tamtą dziewczynę. Nic nie mówiąc wyszłam z samochodu. Dygnęłam na jedno kolano jak dama i ruszyłam w stronę domu. Chłopak zaśmiał się i ruszył wyprzedzając mnie.
Rozdział 5
"Nie mów mu, proszę"
Damon
Wsadziłem ją do swojego auta i ruszyłem w stronę domu. Zauważyłem jak sięga zdrową ręką w stronę radia, które po chwili włączyła. Chyba ta cisza ją krępowała. Nie znam tej piosenki ale dziewczyna chyba tak. Zauważyłem że podczas tej piosenki płakała. Czy jej przydarzyło się coś złego? Była zamyślona a mi zrobiło się jej żal, więc palnąłem pierwsze co mi wpadło do głowy.
- Ej, nie płacz, będzie dobrze. Sam wiedziałem że to nieprawda.
Dziewczyna pokręciła tylko przecząco głową, jakby przekonana że to bujda tak samo jak "żyli długo i szczęśliwie" w zakończeniach bajek dla dzieci. Byliśmy już na miejscu. Spojrzałem na nieznajomą której imienia nie znam i zobaczyłem że się rozgląda. Wyjaśniłem jej że to mój dom. Mój dom jest wielki, moi starzy są bogaci w końcu żyją pracą. Liczyłem z jej strony na gadkę w stylu "ale ładny dom" lub coś podobnego, tymczasem ona milczała. Stałem przy jej drzwiach i czekałem aż wysiądzie,nie jestem dżentelmenem, co to, to nie. Po prostu ona ma skaleczony nadgarstek tak sobie to tłumacz yhym... Oh, zamknij się! W końcu wyszła z tego samochodu dłużej się nie dało... dygnęła na jedno kolano jak jakaś dama i poszła w stronę mojego domu. Rozbawiła mnie. Zamknąłem drzwi i poszedłem za dziewczyną, wyprzedzając ją by móc otworzyć jej drzwi. Weszliśmy do środka, wziąłem ją za zdrową dłoń by poprowadzić ją w stronę łazienki. Tymczasem ona odskoczyła ode mnie wyrywając swą dłoń z mojej. Spojrzałem na nią zdziwiony.
- Chodź do łazienki, chcę opatrzyć ci nadgarstek. - powiedziałem spokojnie jak do dziecka.
Pokręciła głową na 'nie'. Po czym zaczęła pokazywać różne znaki dłońmi. Czekaj... ona miga! No i czego się cieszysz baranie jak i tak jej nie zrozumiesz. Znam kogoś kto ją zrozumie!
- Scarlett! - wydarłem się wołając siostrę.
Po chwili zbiegła do nas do holu. Ups... chyba spała.
- Co!? - syknęła zła przez zęby, przecierając oczy.
- Przetłumaczysz mi co ona mówi? - spytałem z błaganiem w głosie.
- Jasne.
Jak ja mam wygrać zakład skoro ta dziewczyna nie mówi?
Scar odwróciła się w stronę speszonej dziewczyny i zaczęły rozmawiać. Po chwili obydwie poszły w stronę łazienki. Dlaczego ta dziewczyna o smutnych oczach pozwoliła na to mojej siostrze a mi nie? Czekałem i rozmyślałem nad tym dopóki stamtąd nie wyszły. Gdy drzwi się otworzyły dziewczyna miała bandaż na nadgarstku i niezbyt zadowoloną minę.
- Idziemy pogadać do salonu. - powiedziała moja siostra tonem którego zawsze używała gdy sprawa była poważna. O co chodzi? Odpowiedziałem jedynie
- Ok
Ruszyłem za nimi do salonu, sam nie wiem po co. Równie dobrze mogły mówić po chińsku na jedno by wyszło. Nieznajoma usiadła na fotelu a Scar na kanapie. Patrzyłem jak poruszały zwinnie dłońmi komunikując się bezgłośnie. Obserwowałem twarz bezimiennej, jej mimika ukazywała radość ale w oczach nadal miała ten bezbrzeżny smutek. Co stało się w życiu tej dziewczyny że nawet gdy na twarzy ma uśmiech to w oczach widać jedynie żal? Spojrzałem ponownie na jej twarz i tym razem ujrzałem ogromny żal i przerażenie. Spojrzałem na siostrę a ona na mnie.
- Przepraszam - szepnęła Scar nie wiadomo do kogo - Nie chciałam.
Lika
Scarlett to miła dziewczyna dlatego poszłam z nią nie z tym chłopakiem. Opatrzyła mi nadgarstek, niestety zobaczyła moje porozrywane szwy. Spytała mnie czy to jest to, co myśli. Domyśliła się, że jestem po próbie samobójczej. Kiwnęłam głową na tak. Nie było sensu kłamać. Zaraz po tym jak wykryto u mnie wadę serca i równocześnie rodzice mnie opuścili próbowałam się zabić.
Skulona w kulkę szlochałam w kolana. Jak oni mogli mnie zostawić w takim momencie. Rodzice są po to by wspierać. Skoro oni mnie nie chcą, nie mam nikogo. Wstałam i na chwiejnych nogach poszłam do łazienki. Otworzyłam każdą szufladę w łazience dopóki nie znalazłam mojej jedynej przyjaciółki - żyletki. Nie mam po co żyć, przeszczepu i tak nie doczekam a nawet gdyby to nie chciałabym już mieć kontaktu z "rodzicami". Podwinęłam rękaw lewej ręki. Drżącą dłonią chwyciłam żyletkę i przystawiłam do lewego nadgarstka. Pierwsza kreska za fałszywych rodziców, druga za to że jestem sama, trzecia, czwarta, piąta... ostatnie cięcie zrobiłam najmocniejsze, osuwając się na podłodze usłyszałam jak ktoś wchodzi do domu...
Uratował mnie 62 letni sąsiad który codziennie przynosił mi coś ze swojej szklarni. Przez niego żyję. Potem już nie próbowałam się zabić. Rodzice nic o tym nie wiedzą, w szpitalu jako rodzica podałam mojego sąsiada, on sam na to się zgodził pod warunkiem że więcej tego nie zrobię.
- W końcu i tak umrę.
Nawet nie zauważyłam że powiedziałam to na migi. Uświadomił mi to przerażony wzrok Scar.
- Później ci powiem - zamigałam.
- Ok - szepnęła.
Wyszłyśmy z łazienki. Brat Scarlett popatrzył na mój bandaż a potem na siostrę.
- Idziemy pogadać do salonu - powiedziała mu.
- Dobra - odpowiedział i poszedł za nami. Po kiego grzyba nie wiem, przecież nie zna migowego bo prosił siostrę by wszystko tłumaczyła. Usiadłam na fotelu a oni na kanapie. Zagadywałam Scarlett na wszystkie sposoby by nie musieć jej mówić dlaczego umieram. Nałożyłam na twarz sztuczny uśmiech myślałam że podziała. Nie udało mi się. Mina mi zrzędła. Musiałam jej to wytłumaczyć, powiedziałam A trzeba powiedzieć B.
- Bo ja... zostały mi maksymalnie dwa lata życia. Jestem chora na nieuleczalną wadę serca. Uratowałby mnie przeszczep serca, ale czas oczekiwania jest dłuższy niż ten który mi pozostał. Ja umieram Scar. - zamigałam szybko.
Popatrzyłam na dziewczynę. Patrzyła na mnie załzawionymi oczami, po czym podeszła do mnie i przytuliła szlochając. Postanowiłam złamać jedną z moich zasad.
- Nie płacz - szepnęłam ledwo słyszalnie. W końcu nie mówiłam od ponad roku.
Rodzeństwo popatrzyło na mnie jakbym była przybyszem z kosmosu.
- Co? - spytałam na migi.
- Ty mówisz!? - krzyknęli oboje.
Ten widok był tak komiczny że wybuchnęłam śmiechem. Międzyczasie kiwnęłam głową na tak. Scar chyba przypomniała sobie co powiedziałam na początku "ja umieram Scar" ponownie zaczęła szlochać. Nie lubię gdy ktoś płacze bo mnie też to tak jakby boli. Tymczasem o swojej obecności wspomniał swój brat.
- Czemu płaczesz Scarlett?
Nie mogłam pozwolić by się dowiedział. Wystarczy że Scar przeze mnie cierpi. Nie ufam temu chłopakowi, nie chcę by potem wszyscy w szkole wiedzieli i patrzyli na mnie TYM wzrokiem jak chemica.
- Nie mów mu, proszę - szepnęłam.
- OK - powiedziała.
Rozdział 6
"Nie burz mojego muru... "
Damon
Patrzyłem zdezorientowany jak moja siostra płacze w ramionach nieznajomej. Ciekawiła mnie ta krucha istotka siedząca na fotelu w moim salonie. W tej chwili zacząłem żałować że nie znam migowego. Z moich rozmyślań wyrwał mnie cichy szept, myślałem że się przesłyszałem ale zauważyłem że moja siostra też to usłyszała.
- Nie płacz - szepnęła dziewczyna.
Spojrzeliśmy na nieznajomą zszokowani. No, bo ona mówi! Dziwnie to brzmi pomyślałem.
Po chwili dziewczyna spytała coś mojej siostry na migi.
- Ty mówisz! - krzyknąłem razem z siostrą.
Nieznajoma zaczęła się śmiać. To był taki piękny dźwięk. Po raz pierwszy słyszałem jak się śmieje. Pamiętaj Damon masz zakład do wygrania! Moja siostra znów zaczęła płakać. Nie nadążam. Płaczą, śmieją się i znów płaczą. Postanowiłem spytać Scar, dlaczego płacze.
- Czemu płaczesz?
- Nie mów mu, proszę - szepnęła dziewczyna proszącym głosem.
- Ok - zgodziła się moja siostra.
Oczekiwałem że mi powiedzą zwłaszcza po tym, jak ją uratowałem na trybunach. Zabrałem ją Stamtąd by nie widzieli jej nadgarstku który wyglądał jakby był... pocięty? Czy ona... nie, niemożliwe. Jak ja mam wygrać ten zakład skoro nic o niej nie wiem!? Nawet imienia jej nie znam.
Lika
Na moje szczęście Scar nic mu nie powiedziała. W sumie żałuję że jej powiedziałam, bo przeze mnie płakała. Nie chcę by się do mnie przywiązała, nie chcę żadnych przyjaźni. Muszę stąd jak najszybciej wyjść. Nie chcę burzyć mojego muru, który tak długo budowałam. I tak za dużo już widzieli. Wstałam z fotela i dosłownie chwilę potem, obok mnie pojawił się brat Scar. Muszę w końcu się dowiedzieć jak ma na imię.
- Jak on się nazywa - zamigałam
Dziewczyna wybuchła śmiechem i ocierając łzy odpowiedziała
- Nie wiesz?
Pokręciłam przecząco głową. Gdybym wiedziała to bym nie pytała, pomyślałam.
- Damon - powiedziała głośno.
Chłopak automatycznie obrócił głowę w jej stronę, zdezorientowany. Kiwnęłam głową w celu podziękowania i ruszyłam w stronę drzwi z zamiarem wrócenia do domu. Nie znam tej okolicy ale może trafię. "Szukajcie a znajdziecie". Już, już chwytałam za klamkę, gdy odezwał się właściciel tego denerwującego mnie głosu. Jaki właściciel taki głos.
- A gdzie młoda dama się wybiera? - drwił - Nie wiesz gdzie jesteś. Z resztą jest już późno. Dzisiaj śpisz tutaj.
No chyba ci coś dolega chłopczyku. Ja z nim w jednym budynku? Nic z tego. Do jednego się z nim zgodzę, jest późno, nawet nie zauważyłam jak ten czas szybko zleciał. Co się dziwić? Dawno nie spędzałam czasu z ludźmi poza szkołą, w sumie w szkole też jestem sama. Sama wśród ludzi...
- Niech zawiezie mnie do domu - zamigałam do Scar.
- Mówi byś ją odwiózł do domu - przetłumaczyła Scarlett.
- Nie - powiedział z głupim uśmieszkiem na który zapewne leciała większość dziewczyn. Na mnie to nie działa. Szczerze? Ten uśmiech odzwierciedlał jego głupotę. Nie chciał mnie zawieźć do domu? Ok. Nie będę się kłócić. Z głupotą nie wygrasz. Zapewne liczy że wygra swój zakład. Skąd wiem o zakładzie? Słyszałam w szkole jak gadał o tym z kumplami. Smutne, że traktuje mnie jako przeszkodę do osiągnięcia celu. Nie powiem mu że o tym wiem. Będę grać w jego grę. Tylko na moich zasadach. Pokażę mu, jak cieszyć się życiem.
- Gdzie miałabym spać? - zamigałam.
Scar podbiegła do mnie z radosnym piskiem i wzięła mnie w objęcia. Nie podzielałam jej szczęścia. Ostatnim razem przytulali mnie rodzice gdy mnie opuszczali. Nie przytulałam się od tamtej pory. Odsunęłam ją od siebie i zrobiłam kilka kroków w tył, posyłając sztuczny uśmiech. Ze zdenerwowania zaczęłam strzelać palcami.
- Chodź - szepnęła smutna dziewczyna.
Zrobiło mi się jej żal. Nie chcę nikogo ranić ani teraz ani później gdy będę umierać...
Zawieranie znajomości w moim przypadku nie ma sensu. Ruszyłam za dziewczyną, spojrzałam w górę i ujrzałam mój koszmar - schody. Za jakie grzechy ja się pytam? Dobra Lika, dasz radę to tylko... 1... 5... 8... 12 stopni. No dobra wspinaczkę czas zacząć. Ruszyłam przed siebie i nim się spojrzałam byłam w połowie drogi. Niestety moje chore serce dało o sobie znać. Za duży wysiłek. "Proszę unikać niepotrzebnych wysiłków bo to może skrócić pani czas... " - przypomniały mi się słowa mojego lekarza. Nie mam zamiaru się oszczędzać, chcę wykorzystać mój policzony czas tak, jakbym była normalną nastolatką. Skończyło się tak że, stałam oparta ręką o ścianę i oddychałam jak lokomotywa z wiersza Jana Brzechwy. Po chwili poczułam ciepłą dłoń dziewczyny na moim ramieniu i ujrzałam jej zmartwioną twarz naprzeciw mnie.
- Wszystko ok? - spytała mnie zaniepokojona.
Proszę nie przywiązuj się do mnie, nie chcę byś cierpiała. Proszę.
- Tak, zaraz mi przejdzie - uśmiechnęłam się smutno.
Rozdział 7
"Poza maską... "
Damon
Zauważyłem jak dziewczyna wstaje z fotela, ruszyłem w jej ślady. Nieznajoma zamigała coś do Scar a po chwili usłyszałem jak siostra mnie woła. Obróciłem głowę w jej stronę i czekałem na to co ma mi do powiedzenia. Jak się potem domyśliłem, dziewczyna zapewne chciała poznać moje imię. Nieznajoma kiwnęła głową w stronę Scar i ruszyła w stronę korytarza. Już sięgała dłonią za klamkę ale ją zatrzymałem.
- Gdzie ty idziesz? Nawet nie wiesz gdzie jesteś. Jak chcesz trafić do domu? Z resztą jest późno.
Wyrzucałem z siebie wszystkie argumenty jakie przyszły mi do głowy, byle tylko została. Widać, że dziewczyna nie była zadowolona z tego, co powiedziałem. Patrzyłem na jej reakcję, wzruszyła jedynie ramionami po czym znów coś zamigała.
- Mówi, byś ją odwiózł do domu - zwróciła się do mnie Scar.
Po moim trupie i dwóch dniach dla pewności że umarłem. Nigdzie jej nie odwiozę.
- Nie - powiedziałem posyłając jej jeden z moich uśmiechów na które nazbierały się wszystkie dziewczyny. Oczekiwałem od niej podobnej reakcji. Tymczasem ona patrzyła na mnie jak na idiotę. Zdziwiłem się z jej reakcji. Zauważyłem, że dziewczyna się poddała. Bezimienna zamigała coś do Scar. To robi się denerwujące. Może jak zaknebluję jej dłonie, to zacznie normalnie mówić? Nagle moja siostra podbiegła z radosnym piskiem do czarnowłosej i ją przytuliła. Po reakcji mojej siostry domyśliłem się że dziewczyna zostaje u nas na noc. Popatrzyłem na nie i zobaczyłem, że bezimienna nie oddała uścisku Scar. Złapała moją siostrę za ramiona i odsunęła ją od siebie po czym sama zrobiła kilka kroków w tył. Uśmiechnęła się. Poznałem, że był to nieszczery uśmiech. Sam go stosujesz prawie codziennie. Oh ten wnerwiający głos podświadomości. Ale co prawda to prawda. Ta dziewczyna coraz bardziej mnie zadziwia. Przyznaj się, jesteście podobni. To nie prawda! Otrząsnąłem się gdy usłyszałem smutny głos mojej siostry, która zwróciła się do dziewczyny.
- Chodź - szepnęła.
Spojrzałem na nią ostatni raz. Doszedłem do wniosku, że zawsze gdy spoglądam na tę dziewczynę, pierwsze co zauważam to ten bezgraniczny smutek w jej zielonych oczach. Potem zniknęła mi z oczu, ponieważ ruszyła na schody. Spuściłem wzrok na własne stopy i rozmyślałem. Słyszałem, że dziewczyny poszły na piętro, czyli bezimienna będzie spała w moim pokoju. Co oznacza że mi pozostaje niewygodna kanapa w salonie. Sam chciałeś by u ciebie nocowała. Niestety co racja, to racja. Podniosłem głowę w stronę niepokojącego dźwięku, którym okazał się być zmęczony oddech dziewczyny, która stała oparta ręką o ścianę i próbowała unormować świszczący oddech. Miałem już do niej podbiec i spytać czy wszystko w porządku, choć ślepy nie jestem i widzę że tak nie jest. Niestety a dla niej pewnie stety, bo z tego co wywnioskowałem nie ma do mnie zaufania, pierwsza była Scar. Dziwne... kto miałby atak duszności na... 6 schodku? Muszę to wygooglować. Na razie postanowiłem się zrelaksować. Wziąłem z kuchni piwo i poszedłem do salonu pooglądać coś w TV. Nawet nie zauważyłem kiedy zasnąłem.
Lika
Scarlett pokazała mi pokój w którym będę dziś spała. Był to jak się domyśliłam pokój Damona. Pomalowany był na czarno biało. Na środku stało wielkie łóżko. Ale tym co mnie urzekło, to widok z okna który zapierał dech w piersi... A mianowicie za oknem były krzaki czerwonych herbacianych róż. Uwielbiam te kwiaty.
- Tato, tato! Posadźmy je tutaj! - powiedziałam.
- Dobrze. To ty kopiesz dołek a ja zasypuję, dobrze?
- Dobrze, dobrze. - zaśmiał się.
Miałam wtedy dwa warkocze niczym Pippi. Tylko że ja nie jestem ruda. Poczułam jak mój brzuch burczy. Trzeba coś zjeść. Z tą myślą ruszyłam do kuchni. Czemu oni mieszkają sami? Strzelam na to, że ich rodzice są tymi w stylu: żyję dla pracy. Smutne... Otworzyłam lodówkę, co tu zjeść... wyjęłam mleko i szynkę na kanapki. Zrobiłam sobie kanapkę i kakao. Odkąd weszłam do kuchni zaczęłam nucić piosenkę LP - lost on you. Zapewne robiłabym to dalej gdyby nie pewien osobnik, który za cel postanowił mnie denerwować.
- Ładnie nucisz. - powiedział Damon wyciągając dłoń po moją kanapkę.
Trzepnęłam go w dłoń, bo co jak co, ale jedzenia mu nie oddam. Cofnął dłoń udając że go to zabolało. Chwyciłam za moje jedzenie i usiadłam przy stole. Czułam na sobie jego wzrok. Udawaj, że go tu nie ma i nie marnuje tlenu... spokojnie. Gdy skończyłam posiłek, ruszyłam do salonu zostawiając go samego w kuchni. On milczy... dziwne. Usiadłam na kanapie i rozglądałam się po pomieszczeniu, telewizor, kanapa, kominek, fortepian, zegar stojący... Czekaj, fortepian? Uśmiechnęłam się pod nosem, lubię jak ktoś gra na fortepianie. To mnie uspokaja. Nie spodziewałam się dwóch rzeczy: po pierwsze, że ktoś mnie obserwuje a po drugie że ten ktoś tak dobrze czyta z ludzkiej mimiki twarzy. Chyba że to ja jestem aż tak przewidywalna...
Rozdział 8
"Niektóre żarty są prawdziwe... "
Damon
Poszedłem za dziewczyną do salonu. Zatrzymałem się przy futrynie od drzwi i oparłem się o nie ręką. Obserwowałem ją, rozglądała się po salonie. Chyba mnie nie zauważyła. Zobaczyłem że zatrzymała się na dłuższą chwilę wzrokiem na fortepianie. Czyżby umiała na nim grać? Czekałem aż wstanie i ruszy w jego stronę, ale nic takiego się nie wydarzyło. Postanowiłem wyjawić swoją obecność i sam podszedłem do fortepianu. Zdążyłem ujrzeć jej reakcję na moją obecność. Zdziwiła się, że nie była sama. Obserwowała mnie z zainteresowaniem, zapewne zastanawiając się co będę robił. Usiadłem na stołku przy fortepianie, położyłem palce na klawiszach, chwilę myśląc nad tym, co zagrać. Podniosłem głowę i patrząc jej prosto w oczy zacząłem grać piosenkę Labrinth ft. Emeli Sandé - Beneath your beautiful. Nadal patrząc jej prosto w oczy, zauważyłem że pomimo iż nadal ma smutne oczy, uśmiecha się. Nie sztucznie, tak prawdziwie. Położyła głowę na oparciu kanapy i spoglądała to na mnie to na fortepian. Próbowała ukryć przede mną łzy wzruszenia, ale nie udało jej się. Wytarła je dyskretnie po czym podeszła do mnie i mnie... przytuliła. Nim zdążyłem zareagować ona już była za drzwiami. Posiedziałem chwilę rozmyślając nad tym, co się przed chwilą wydarzyło. Postanowiłem do niej zajrzeć i dowiedzieć się dwóch rzeczy: jak ma na imię i dlaczego tak dziwnie się zachowała. Ruszyłem po schodach, otworzyłem drzwi mojego pokoju uprzednio pukając. Nie usłyszałem żadnego "proszę", mimo to postanowiłem wejść. Zastałem tam dziewczynę siedzącą na parapecie i... patrzącą w gwiazdy. Uśmiechała się. Nie spojrzała na mnie, nie zauważyła mnie? Usiadłem obok niej. Była zamyślona. Szturchnąłem ją łokciem w żebro, by dała w ogóle jakikolwiek znak że żyje a nie wegetuje. Obróciła głowę w moją stronę.
- Jak masz na imię? - spytałem.
Zamigała coś do mnie. Możesz mówić i po chińsku i tak nie rozumiem.
- Nie umiem migowego - wytłumaczyłem.
- Lika - szepnęła.
- Co robisz? - spytałem.
Nie doczekałem się odpowiedzi. Chociaż wiem jak ma na imię. Dobre i to.
- Ej, żyjesz czy umierasz - zażartowałem.
Zszedłem z parapetu i ruszyłem w stronę drzwi gdy usłyszałem jak odpowiada na moje pytanie spokojnie ale wyczułem w jej głosie trochę goryczy.
- Umieram, już niedługo - szepnęła.
Chyba miałem tego nie słyszeć. Spojrzałem na nią zszokowany. Po chwili się ogarnąłem. Pewnie żartuje, bo co jej może dolegać? Zlustrowałem ją wzrokiem i nic niepokojącego nie znalazłam, no może jedynie jest za chuda. Wyszedłem z jej pokoju, zostawiając ją samą. Chwilę rozmyślałem nad jej słowami po czym położyłem się na kanapie i nawet nie wiem kiedy zasnąłem...
Lika
Patrzyłem jak Damon gra na fortepianie a ja po raz pierwszy od dłuższego czasu się uspokoiłam. Wsłuchałam się w tekst piosenki i lekko się speszyłam. Dlaczego wybrał tę piosenkę. Nie wiem. Wzruszyłam się bo dużo czasu minęło odkąd ktokolwiek zrobił coś dla mnie. Gdy skończył grać, podeszłam do niego i w wyrazie podziękowania postanowiłam go przytulić. Odsunęłam się nim zdążył zareagować i szybkim krokiem ruszyłam w stronę pokoju. Chyba go trochę zszokowałam... Popatrzyłam na łóżko, nie, nie jestem śpiąca. Postanowiłam usiąść na parapecie. Oparłam się plecami o ścianę i oparłam się policzkiem o szybę. Patrzyłam w gwiazdy, zastanawiając się co spowodowało, że Damon zagrał dla mnie piosenkę. Czyżby mnie polubił? Ponad dwa lata temu bym się ucieszyła z nowego przyjaciela. Teraz, jestem za murem przez który nikogo nie wpuszczam. Usłyszałam jak ktoś wchodzi do pokoju, wiedziałam kto to, bo Scar śpi. Poczułam jak Damon siada obok mnie. Ignorowałam go, bo nie miałam ochoty z nim rozmawiać. Niestety tak jak myślałam, nie wytrzymał w ciszy zbyt długo. Uderzył mnie lekko z łokcia w żebro. Obróciłam głowę w jego stronę nic nie mówiąc. Za to on postanowił mówić za dwóch.
- Jak masz na imię? - spytał.
Wiedziałam że nie zna migowego, postanowiłam go trochę zdenerwować. Zdaję sobie sprawę z tego, że denerwuję go, gdy migam bo wtedy czuje się jak nieuk.
Zamigałam mu swoje imię. Tak jak przewidziałam, powiedział że nic nie rozumie.
Postanowiłam go już nie dręczyć może gdy mu powiem, szybciej zostawi mnie w spokoju.
- Lika - powiedziałam.
Idź sobie...
- Co robisz? - spytał.
Nadzieja matką głupich.
Nie odpowiedziałam mu na to pytanie. Patrzyłam w gwiazdy rozmyślając, czy gdy umrę, na niebie pojawi się o jedna gwiazda więcej. Po chwili powiedział coś na co znałam odpowiedź od dawna.
- Żyjesz czy umierasz - zażartował. Nawet nie wiedział, jakie prawdziwe było to, co powiedział.
Zastanawiałam się chwilę, po czym odpowiedziałam sama do siebie
- Umieram...
Rozdział 9
"Bolesne wspomnienia z przeszłości, ranią także w teraźniejszości... "
Lika
(wspomnienie)
Za to, że jestem słaba. Za to, że jestem sierotą z rodzicami, którzy mnie opuścili. Za to, że jestem chora i czas oczekiwania na nowe serce jest dłuższy niż ten który mi pozostał. Za to, że nikt mnie nie chce - mówiłam, robiąc coraz głębsze cięcia. Jestem beznadziejna - powiedziałam robiąc ostateczne cięcie. Ostatnim co usłyszałam był brzęk otwieranych drzwi a potem pochłonęła mnie wszechogarniająca ciemność. Obudziłam się gdy przez powieki ujrzałam światło. Nareszcie będę miała spokój. Zamrugałam powiekami i zobaczyłam faceta w białym fartuchu który świecił mi latarką po oczach. Odsunęłam ją od siebie i usiadłam.
- Dzień dobry - powiedział ten stary gbur.
Czy on czerpie przyjemność z wnerwiania mnie?
- Bry - burknęłam zła.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Co ja tu robię? - spytałam rzeczowo.
- Znajdujesz się w szpitalu po nieudanej próbie samobójczej - wysyczał przez zęby.
Spojrzałam na niego krzywo.
- Czy możesz powiadomić kogoś bliskiego, by mogli cię zabrać do domu i bym mógł z nimi porozmawiać?
"Rodziców" nie zawiadomię bo mnie się w pewien sposób wyparli. Kogo ja mam powiadomić? Wiem! Sąsiada!
- Jasne. A o czym chce Pan z nimi rozmawiać? - spytałam.
- Muszę ich poinformować o tym, że powinnaś pobyć kilka tygodni w szpitalu psychiatrycznym...
- Aha...
Czekałam aż facet w kitlu opuści moją salę. Nie pójdę do żadnego psychiatryka!
- Dam ci pięć minut na osobności byś powiadomiła kogoś z rodziny - powiedział i wyszedł.
Wzięłam telefon i wybrałam numer sąsiada z którym jako jedynym miałam dobry kontakt.
Wysłałam mu SMS 'a z adresem szpitala, kazałam mu przyjechać i wyjaśniłam mu żeby udawał mojego ojca przed lekarzem. Konwersując z moim 60 letnim sąsiadem ,który o dziwo wie jak obsługiwać telefon, dowiedziałam się, że to on mnie znalazł i powiadomił karetkę po czym pozostał w domu nie jadąc za karetką. Zgodził się udawać przed lekarzem pod jednym warunkiem: więcej tego nie zrobię. Obiecałam mu to.
Po chwili wszedł doktor, coś tam mówił ale miałam go w wysokim poważaniu. Chyba to zauważył bo wyszedł trzaskając drzwiami. Wysłałam wiadomość sąsiadowi że zwijam się do domu. Rozejrzałam się dookoła po czym zwinęłam kiecę i pobiegłam przez białe korytarze do wyjścia na zewnątrz. Oby moje serce wytrzymało. Gdy dotarłam na świeże powietrze, podeszłam do pobliskiego drzewa o które oparłam się plecami i zjechałam na ziemię. Wciągałam głośno powietrze, próbując unormować oddech. Ze zmęczenia i w moim przypadku niedotlenienia organizmu, miałam sine dłonie i usta pewne też. Oparłam głowę na kolanach i przesiedziałam tak kilka minut. Gdy poczułam się na siłach, postanowiłam iść dalej. Wstałam przytrzymując się drzewa, przy okazji spojrzałam w stronę szpitala. Jeszcze nie zauważyli mojej nieobecności, to dobrze, więcej czasu na ucieczkę. Ruszyłam w stronę domu, rozmyślając nad tym, że gdyby nagle zaczęły gonić mnie ludki w białych kitlach - lekarze, stwierdziłam że zapewne by mnie złapali.
Jak na złość, zaczął padać deszcz. Szłam krętymi uliczkami w szpitalnej kiecce, boso. Deszcz padał coraz mocniej a ja, coraz bardziej mokłam. Trzęsłam się z zimna. Jeszcze jeden zakręt i będę w domu. Nagle poczułam mocne szarpnięcie za lewą dłoń. Chciałam krzyknąć ale ten ktoś zasłonił mi usta dłonią i wciągnął do ciemnej uliczki...
- Lika! Obudź się! Słyszysz? Lika, do cholery! - ktoś krzyczał do mnie.
Docierało to do mnie jak przez mgłę. Zaczęłam szybko mrugać oczami, które po chwili otworzyłam. Przed sobą ujrzałam pochylonego Damona, który patrzył na mnie jakby... zmartwiony? Czy on się o mnie martwi? Nie... nie może. Nie zgadzałam się na to by ktokolwiek żywił do mnie jakiekolwiek uczucia. Zgodziłam się na opatrzenie zranionego nadgarstka i zostałam zmuszona do przymusowej nocki w domu Damona i Scar. Spojrzałam na niego i na jego dłonie, które wciąż spoczywały na moich ramionach. Gdy spojrzał na co patrzę, cofnął je w tempie natychmiastowym. Chyba zrobiło mu się głupio, że tak nerwowo zareagował, bo stał tak, że wyglądał jak mały chłopczyk, którego przyłapano na podkradaniu ciastek przed obiadem. Krótko mówiąc, atmosfera była jak ciała w krematorium - sztywna. Postanowiłam się odezwać.
- Przepraszam - szepnęłam - za to, że cię obudziłam.
Miałam nadzieję, że nie będzie mnie wypytywał o to, co mi się śniło. Nie lubię spać, bo to śni mi się co noc. Gdyby nie Damon , musiałabym przeżywać najgorszy moment mojego koszmaru... Najgorsze jest to, że nie znam winowajcy...
Damon
Z mojego snu wybudził mnie głośny krzyk. Wyskoczyłem z pościeli jak oparzony i pobiegłem w stronę źródła dźwięku. O dziwo, wydobywał się on z mojego pokoju. Wbiegłem do niego o mało nie wywarzając drzwi. Ruszyłem w stronę łóżka na którym rzucała się dziewczyna, jakby z kimś walcząc, krzyczała powtarzając dwa słowa jak mantrę "zostaw mnie, zostaw mnie". Złapałem ją mocno za ramiona i zacząłem nią potrząsać, gdy tym nic nie wskórałem, zacząłem robić to nieco mocniej i dodatkowo krzyczałem by się obudziła. Gdybym powiedział, że byłem przerażony, skłamałbym. Ja byłem śmiertelnie przerażony! Jej krzyk rozdzierał nie dość że serce to i bębenki w uszach. Zauważyłem, że nagle ucichła i zaczęła szybko mrugać oczami. Wschodziło słońce. Nagle dziewczyna otworzyła oczy, spojrzała na mnie a potem na moje dłonie, które wciąż spoczywały na jej ramionach. Natychmiast jej zabrałem, bo pamiętam jak uprzednio reagowała na czyjś dotyk. Po chwili zrozumiałem jak to mogło wyglądać. Może zbyt nerwowo zareagowałem? Zrobiło mi się głupio. Atmosfera zrobiła się gęsta że nożem można byłoby ją ciąć.
- Przepraszam - szepnęła - nie chciałam cię obudzić.
Zdziwiłem się, że sama z siebie zaczęła rozmowę.
- Nic się nie stało. Jak się czujesz? - spytałem. Wiedziałem, że nie jest z nią dobrze bo widziałem jak trzęsą jej się ręce. Próbowała to ukryć, na marne. Chciałem podtrzymać rozmowę, zwłaszcza że jest to najdłuższe zdanie jakie kiedykolwiek powiedziała. Nic nie odpowiedziała na moje pytanie. Przeglądałem się jak wstaje z łóżka i siada na parapet po turecku, tym samym uniemożliwiając mi pójścia w jej ślady. Oparła swoją głowę - na której był busz czarnych skołtunionych włosów - o okno i patrzyła zamyślonym wzrokiem na róże. Postanowiłem usunąć się na bok, więc zostawiłem ją samą a sam postanowiłem pójść... właśnie co ja będę robił o... 6 rano? Zrobię to, co umiem najlepiej i co mi nie szkodzi - jeść.
Rozdział 10
"Woda dobra na wszystko"
Lika
Pytanie Damona "jak się czujesz?" odbijało się echem w mojej głowie. Jak się czuję? Jak mogę się czuć, po tym jak co noc przypominają mi się wydarzenia tamtego dnia? Po tym jak wciągnął mnie w tą ciemną uliczkę mocno przyparł mnie muru, przyłożył mi coś zimnego do skroni. Dopiero potem domyśliłam się, że to broń. Zaczął mnie straszyć, że jak choć pisnę słówko to tego pożałuję. On... on... on mnie dotykał i szeptał jakieś obrzydliwie słodkie słówka do mojego ucha. Pamiętam, że pachniał takimi charakterystycznymi perfumami a prócz nich wódką. Pamiętam, że powtarzał co chwilę jedno słowo - skarbie. Zerwał że mnie bluzkę. Próbowałam się wyrwać. Przecież stać nie będę. Uderzył mnie w twarz z prostej dłoni. Bolało. Z bólu po policzku uroniłam kilka łez. Potem nie mogłam ich powstrzymać, co spowodowało mój wybuch szlochu. Zauważył to. Kazał mi się zamknąć. Nie dałam rady, uderzył mnie ponownie, mocniej. Gdy skończył rzucił mną na ziemię jak szmacianą lalką lub szmatą. Zwinęłam się w kulkę i rozpłakałam się na dobre. Myślałam, że już sobie podszedł, tymczasem on, uklęknął obok mnie, nachylił się nade mną i szepnął coś co pamiętam do tej pory
- Nawet do tego się nie nadajesz - splunął i poszedł.
Zrobiło mi się zimno od leżenia na betonie, postanowiłam wstać. Pozbierałam moje porwane ubrania - które nie nadają się już do niczego, podobnie jak ja - i próbowałam się nimi choć trochę zakryć, ruszyłam do domu. Miałam całą twarz we łzach, ręce trzęsły mi się jakbym miała chorobę Parkinsona...
Z transu wybudził mnie dźwięk opróżniania lodówki. Mój brzuch także dał o sobie znać. Wpierw postanowiłam się ogarnąć, w końcu Damon ma mnie dziś odwieźć do domu. Spojrzałam w lustro i szczerze? Wyglądałam jak potwór z Loch Ness. Każdy włos sterczał w swoją stronę, pod oczami wory jakbym piła tydzień czasu. Kości policzkowe uwydatniły się jeszcze bardziej. Po 15 minutach ogarnęłam się na tyle że byłam pewna ze na mój widok ludzie nie będą pokazywać mnie palcami i mówić "potwór z Loch Ness na ulicy!". Zeszłam na dół i weszłam do kuchni. Postanowiłam zrobić sobie kakao, bo nic więcej nie przełknę. Już miałam zamiar sięgnąć do lodówki, gdy zakręciło mi się w głowie...
Damon
Jadłem sobie spokojnie ósmą z rzędu kanapkę. Gdy usłyszałem jak Lika schodzi po schodach. Skąd wiem że to ona? Moja siostra ma twardy sen to po pierwsze, po drugie Scar nie wstaje gdy na zegarze nie wybije 7 rano. Zastanawiałem po co zeszła na dół. Wyjrzałem zza kanapy by spojrzeć gdzie poszła. Kuchnia, czyżby zgłodniała? Wróciłem do oglądania meczu gdy zobaczyłem że skończyło mi się piwo. Muszę przynieść drugie. Mógłbym krzyknąć by Lika je przyniosła ale wątpię że by mi przyniosła. Ruszyłem swój tyłek i powlokłem się po napój bogów. Byłem już w połowie drogi gdy zauważyłem że dziewczyna jakoś dziwnie się porusza. Czy ona... nie raczej się nie upiła. Lika się zachwiała i straciła równowagę. Upadłaby gdybym nie złapał jej w ostatniej chwili, podbiegając do niej. Poklepałem ją lekko po policzku wołając jej imię. Nic, żadnej reakcji. Nie wiedziałem co robić. Po chwili uderzyłem się w czoło otwartą dłonią z mojej głupoty. Przecież uczyli cię tego w szkole! Szybko podniosłem ją w stylu panny młodej i położyłem ją na kanapie w salonie. Pochyliłem się nad nią i przyłożyłem ucho na jej klatce piersiowej, sprawdzając czy oddycha. Na szczęście oddychała. Nagle wpadłem na genialny pomysł. Szybkim krokiem ruszyłem do kuchni, wziąłem szklankę do której nalałem zimnej wody i wróciłem do dziewczyny. Odgarnąłem włosy z twarzy dziewczyny najwyżej jak się obudzi to cię zabije pomyślałem. No dobra na 3. 1... 2... 3... ! Chlusnąłem jej lodowatą wodą prosto w twarz. Dziewczyna zaskoczyła z krzykiem z kanapy, po raz drugi dzisiaj uratowałem ją przed upadkiem. Posadziłem ją na kanapę i powiedziałem patrząc jej w oczy poważnym wzrokiem
- Poczekaj chwilę, nigdzie się nie ruszaj.
Ruszyłem w stronę kuchni po ręcznik dopiero wtedy gdy kiwnęła głową na znak że rozumie. Wróciłem po pięciu minutach. Przemoczona Lika siedziała grzecznie i czekała. Podszedłem do niej i położyłem jej ręcznik na głowie po czym zacząłem szybko szorować rękoma jej włosy przez ręcznik, susząc je w ten sposób.
- Ej, Damon przestań - powiedziała wkurzona
Zaśmiałem się bo gdy zdjąłem ręcznik z jej głowy, widok był przezabawny. Śmiałem się tak mocno, że jedną ręką trzymałem się za brzuch a drugą ocierałem łzy. Nie spodziewałem się jednego reakcji dziewczyny.