Dziewczyna, którą kochały pioruny - Jennifer Bosworth

Reflow text when sidebars are open.
Prolog
Kiedy człowiek został trafiony piorunem tyle razy, co ja, zaczyna się spodziewać najgorszego - właściwie przez cały czas. Nigdy nie wiesz, kiedy ten zygzak białego ognia naładowany stu milionami woltów wystrzeli z nieba i uzna cię za cel. Wypali w tobie dziurę jak po kuli albo zmieni twoje włosy w popiół; może zwęgli ci skórę albo zatrzyma serce, sprawi, że stracisz wzrok albo słuch, albo jedno i drugie.
Czasami pioruny trochę się z tobą bawią - unoszą w powietrze i rzucają dwadzieścia metrów dalej, zrywają ci buty albo w mgnieniu oka spopielają ciuchy na twoim ciele, a ty zostajesz nagi i parujący na deszczu. Piorun potrafi wymazać kilka ostatnich godzin albo dni z twojej pamięci, przeładować mózg impulsami, wywołując zwarcie w twojej osobowości i zmieniając cię w kogoś zupełnie innego. Słyszałam o kobiecie, którą uderzenie pioruna wyleczyło z terminalnego stadium raka. O paraplegiku, który odzyskał władzę w nogach.
Czasami piorun trafia w ciebie, ale to ten, kto stoi obok, ląduje w szpitalu. Albo w kostnicy.
Może wydarzyć się wszystko z wyżej wymienionych, albo nic, albo coś innego, o czym jeszcze nikt nie słyszał. Rzecz w tym, że nigdy nie wiesz, co zrobi ci piorun. Może cię zmienić w jakiś niesamowity żywy akumulator, magazynujący energię, z nieustającym poczuciem, że lada dzień staniesz w ogniu. Jakby w twoim wnętrzu miała wybuchnąć bomba i zrobić... cóż, to, co bomby potrafią najlepiej.
A może tak jest tylko ze mną.
Nazywam się Mia Price i jestem żywym piorunochronem. Są jakieś grupy wsparcia dla takich jak ja? Powinny być, i zaraz wam wyjaśnię, dlaczego.
Nazywam się Mia Price i jestem piorunoholiczką.
No. Powiedziałam to. Ja chcę, żeby pioruny we mnie trafiały. Potrzebuję tego, jak płuca potrzebują powietrza. Nic innego na świecie nie daje ci tak potężnego poczucia, że żyjesz. No chyba że cię zabije, oczywiście. Od czasu do czasu pioruny mnie zabijają i dlatego przeprowadziłam się do Los Angeles. A jak mówi piosenka, nigdy nie pada w południowej Kalifornii. Ale mówi też, że jak już leje, to leje.
Piosenka nie kłamie.
Nazywam się Mia Price i minął już rok od mojego ostatniego trafienia, ale to nie znaczy, że przestałam się spodziewać najgorszego. W L.A. pioruny biją ledwie parę razy w roku. Problem w tym, że zamieniłam pioruny na trzęsienia ziemi, czy raczej jedno konkretne trzęsienie. Trzęsienie, które odmieniło miasto, i moje życie, na zawsze.
Tego dnia, kiedy wydarzyła się najgorsza katastrofa naturalna w historii Stanów Zjednoczonych... padało.
A właściwie lało.
1
Niewiele sypiam. Tu godzinka, tam dwie godzinki. Chroniczna bezsenność to jeden ze znośniejszych skutków trafienia piorunem. Nie tak uciążliwy, jak rozgałęzione, czerwone blizny, które pokrywają moje ciało od szyi po palce stóp, czy uczucie palenia w piersi, które nasila się, kiedy trochę poniosą mnie emocje. Bezsenność? Co tam. Mogło być gorzej (i zwykle bywa). Większość ludzi chciałaby mieć do dyspozycji więcej godzin w ciągu doby. Ja mam prawie kompletne dwadzieścia cztery.
Kiedy kładę się wieczorem do łóżka, to nie z zamiarem spania. Jeśli sen mi się przytrafi, świetnie. Jeśli nie - cóż, przyzwyczaiłam się do tego.
Więc kiedy otworzyłam oczy i zobaczyłam faceta stojącego nad łóżkiem, musiałam założyć, że wreszcie zasnęłam. A kiedy zauważyłam srebrzysty, błyszczący nóż, który ściskał w dłoni - takie ładne, ozdobne ostrze, które nie ma żadnego praktycznego zastosowania prócz morderstwa - uznałam, że nie jest to sen, który chciałabym oglądać do końca. Miło byłoby pospać jeszcze chwilę, ale teraz musiałam się obudzić, zanim Chłopak z Koszmaru użyje tego noża, żeby mnie wypatroszyć.
- Obudź się, Mia - powiedziałam do siebie głosem, który zabrzmiał szorstko i ochryple, jakbym naprawdę dopiero co się obudziła.
Chłopak, przestraszony, odskoczył od łóżka. Upuścił nóż, który poleciał prosto w dół i wbił się w drewnianą podłogę z głuchym łup. Musiał być ostry. Chłopak rzucił się, żeby wyrwać go z desek, ale potem jakby nie bardzo wiedział, co z nim zrobić. Jego twarz była w cieniu, ale szeroko otwarte, połyskujące bielą oczy i niepewne ruchy powiedziały mi, że jest równie przerażony, jak ja powinnam być. Jak na koszmar nie był najgorszy. Postanowiłam jednak się nie budzić.
Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że otworzę je w nowym śnie.
Ale tej nocy nie było już innych snów, tylko ciche, oddalające się kroki Chłopaka z Koszmaru.
Gdy wreszcie znów uniosłam powieki, tak zmęczona, jakbym wcale nie spała, był ranek, którego bałam się od dawna. Ranek, kiedy mój brat Parker i ja mieliśmy pójść do szkoły po raz pierwszy od trzęsienia ziemi.
Gdzieś po domu walał się sennik. Byłam pewna, że gdybym do niego zajrzała, potwierdziłby moje podejrzenia, że nóż widziany we śnie to zły omen. Choć i tak nie potrzebowałam żadnego omenu, który uprzedzałby mnie z góry, że ten dzień będzie do bani.
Kiedy wywlokłam się z łóżka, zauważyłam niewielkie pęknięcie w podłodze, mniej więcej tam, gdzie wbił się nóż Chłopaka z Koszmaru. Dziwne. Ale z drugiej strony w starej podłodze mojej sypialni na odnowionym strychu było całe mnóstwo drobnych pęknięć i szpar.
Odsunęłam od siebie myśli o tym śnie. Miałam większe problemy - prawdziwe problemy. Nie wiedziałam, czego spodziewać się po powrocie do szkoły, ale sądząc po zmianach, które zaszły w całej reszcie miasta, powinnam spodziewać się najgorszego, jak zwykle.
Dzięki za ostrzeżenie, Chłopcze z Koszmaru. Choć i tak nic mi z niego nie przyjdzie.
2
Stałam pod drzwiami pokoju mamy i słuchałam stłumionego głosu Proroka. Nie byłam w stanie wychwycić, co mówił, ale po miesiącu obsesji mamy na punkcie jego telewizyjnych kazań mogłam zgadnąć, o czym jest mowa.
Koniec świata jest tuż.
Ci, którzy powierzą dusze Prorokowi, będą zbawieni.
Ci, którzy tego nie zrobią, będą cierpieć i zginą, a potem znów będą cierpieć.
Tia, tia, tia. Słyszeliśmy cię za pierwszym razem.
- Mamo? - Zapukałam w drzwi i przekręciłam gałkę. Była siódma rano i na dworze słońce robiło co do niego należy, ale pokój mamy wyglądał jak jaskinia. Siedziała przy oknie w tym swoim niechlujnym szlafroku, którego nie zdejmowała od wielu dni, i wyglądała przez szpary w żaluzjach. Jej oczy biegały w tę i z powrotem między oknem i telewizorem, w którym leciała Godzina Światła, poranna audycja Rance'a Ridleya Proroka. Puszczał trzy programy dziennie: poranny, południowy i wieczorny. Od kiedy przywieźliśmy mamę ze szpitala, miała obsesję na punkcie Proroka. Przegapiała jego audycje, tylko jeśli wysiadał prąd albo kablówka. Teraz już niemal nie mogłam się doczekać tych przerw.
- Bracia i siostry - intonował Prorok. - Bóg wkrótce dokona Sądu Ostatecznego. Musicie już teraz zdecydować, po której stronie staniecie. Po stronie nieba, czy po stronie ziemi, z jej nikczemnymi, światowymi przyjemnościami. Czy zostaniecie uniesieni, porwani w zachwycie do raju, czy poniżeni przez straszliwą zemstę Boga?
Głos Proroka zagłuszył moje wejście do pokoju. Czasami zastanawiałam się, czy słuch mamy nie został uszkodzony podczas trzęsienia ziemi. Wydawała się nieświadoma wszystkiego, co dzieje się wokół niej. Lekarz, który oglądał ją przez całe pięć minut, zanim oddał jej łóżko komuś bardziej potrzebującemu, orzekł, że wszystko z nią w porządku. Że jest wygłodzona i odwodniona, ale przeżyje. Po trzech dniach uwięzienia pod ruinami zawalonego budynku miała parę paskudnych siniaków, kilka złamanych żeber i z tuzin ran na twarzy i ramionach, zadanych przez odłamki szklanej ściany, która eksplodowała tuż przy niej, kiedy budynek zaczął się zapadać - większość z nich już się prawie zagoiła. Fizycznie była na tyle zdrowa, na ile można się było spodziewać. Ale psychika to była już zupełnie inna historia.
Internet - podobnie jak pozostałe media i kablówka - pojawiał się i znikał od czasu trzęsienia ziemi, ale kiedy łącze działało, sprawdzałam objawy mamy, aż ustaliłam, co jej jest: zespół ostrego stresu, zły bliźniak zespołu stresu pourazowego, spowodowany traumatycznym przeżyciem, objawiający się natręctwem wspomnień, napadami lęku, urojeniami, emocjonalną izolacją, a nawet amnezją.
Mama miała wszystkie objawy i jeszcze parę na dokładkę. Powinna być w szpitalu, pod opieką psychiatry i ekipy pielęgniarek, które zajmowałyby się nią dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ale szpitale wciąż były pełne pacjentów z prawdziwymi, zagrażającymi życiu urazami - ludzi z połamanymi kręgosłupami, zmiażdżonymi kończynami, zainfekowanymi poparzeniami. Ludzi cierpiących na "gorączkę potrzęsienną" - zaburzenie działania układu odpornościowego z winy pleśni uwolnionej z ziemi w czasie wstrząsów. Ludzi tak niedożywionych i odwodnionych z powodu braku jedzenia i wody w mieście, że ich ciała przyjmowały substancje odżywcze tylko przez sondę. Nie było łóżek dla ludzi z działającymi ciałami i uszkodzonymi umysłami.
Dobre wieści były takie, że zespół ostrego stresu trwał zwykle najwyżej cztery tygodnie, a dziś mijały dokładnie cztery tygodnie od trzęsienia ziemi. Trzy tygodnie i cztery dni od chwili, kiedy ratownicy wyciągnęli nieprzytomne, odwodnione ciało mamy spod ton gruzu. To był cud, że w ogóle jeszcze oddychała. Ludzie, których znaleziono razem z nią, nie mieli tyle szczęścia. Niektórzy zostali zmiażdżeni natychmiast. Inni udusili się i ich śmierć uratowała życie mamie. W małej jamie pod rumowiskiem nie było dość tlenu, żeby starczyło go dla wszystkich.
Cztery tygodnie od trzęsienia... a miałam wrażenie, że cztery tysiące.
- Mamo? - powtórzyłam. Starałam się mówić cicho, łagodnie, jakby moje słowa mogły zrobić jej krzywdę, gdyby zabrzmiały zbyt twardo. Zesztywniała i przygarbiła się, odwracając głowę. Tak dawno nie myła włosów, że od tłuszczu wyglądały jak mokre. Blizny na jej twarzy odcinały się woskowymi, łososiowymi krechami na skórze, która od tygodni nie oglądała słońca. Z trudem powstrzymywałam wzdrygnięcie za każdym razem, kiedy na nią patrzyłam. Przynajmniej moja twarz uchroniła się przed bliznami od piorunów, które pokrywały resztę mojego ciała. Ale mama... będzie potrzebowała operacji plastycznej usuwającej te szramy. Inaczej każde spojrzenie w lustro będzie przypominało jej o trzęsieniu ziemi.
- Już teraz jesteśmy świadkami bożego gniewu - ciągnął Prorok. - Pan szepnął mi, że uderzy w Los Angeles, zanim jego pięść spadnie na cały świat. Koniec wszystkiego jest tuż, bracia i siostry, i zacznie się tutaj, w Los Angeles. Bo to nie jest miasto aniołów, ale miasto, którym rządzą diabły ze swoich rezydencji na wzgórzach i ze swoich wielkich apartamentów, siejąc zepsucie jak zarazę przez ekrany waszych telewizorów, przez kina i Internet. Czy to kogokolwiek dziwi, że w mieście tak amoralnym nasza młodzież, ci, którzy nazywają siebie "roversami", tańczy, pije i hasa po masowym grobie, jakim jest Rumowisko?
Przyciszyłam dźwięk, odwracając spojrzenie od mlecznych kulek oczu Proroka. Śnieżnobiałe włosy spływały mu kaskadą na barki, gęste i mroźne jak futro niedźwiedzia polarnego, chociaż mógł mieć najwyżej trzydzieści pięć lat z tą swoją gładką jak masło orzechowe opaloną twarzą. Z tym białym jak śnieg półksiężycem uśmiechu. Ale kiedy na niego patrzyłam, widziałam przede wszystkim oczy, puste i zmętniałe, zasnute kataraktą.
- Mamo, musimy już iść z Parkerem - powiedziałam.
- Co? - odpowiedziała w końcu. - Dokąd... dokąd idziecie? - Jej słowa były rozlazłe, ciężkie od leków przeciwurojeniowych i przeciwlękowych, które zdobywałam dla niej absolutnie nielegalnymi sposobami. Nawet gdybym zdołała umówić mamę na wizytę u któregoś z przepracowanych lekarzy w mieście, i tak dostałabym tylko recepty, których nie mogłabym wykupić. Apteki zostały złupione w ciągu pierwszych dni po trzęsieniu. Mizerne ilości wody, pożywienia i leków docierały do miasta powietrzem, większość dróg była zamknięta, a te ciężarówki, którym udało się przedrzeć, były rabowane, więc zaopatrzenia nie wystarczało dla wszystkich.
Kiedy nastąpiło trzęsienie ziemi, w mieście i na przedmieściach mieszkało dziewiętnaście milionów ludzi. Od tamtej pory populacja zmalała. Ci, którzy byli w stanie, opuścili miasto jak przysłowiowy tonący statek. Ale wciąż zostało zbyt wielu, którym trzeba było zapewnić wyżywienie i opiekę medyczną. Nawet wliczając prywatne odrzutowce, które celebryci wypożyczyli organizacjom pomocowym, samolotów i helikopterów, którymi można było przywozić towary, było de facto niewiele. Dary były dzielone między miejscowe szpitale i przychodnie i zużywane natychmiast po rozładowaniu z ciężarówek. Jeśli ciężarówki jakimś cudem dotarły z lotniska do miejsca przeznaczenia.
Jedyną możliwością zdobycia leków dla mamy był czarny rynek. Wiedziałam, że kupuję pigułki, które kradziono z dostaw, ale nie mogłam sobie pozwolić na skrupuły. Mój moralny kompas nie wskazywał już tego samego kierunku, co kiedyś.
- Mamo - powiedziałam znów. Widziałam, że trudno jej się na mnie skupić. Pół jej uwagi pochłaniało okno, drugie pół, Prorok. - Parker i ja musimy dzisiaj pójść do szkoły. Ale wrócimy do domu zaraz po lekcjach. Będziesz sama tylko przez parę godzin.
Na twarz mamy zaczął wypływać dobrze mi znany wyraz. Przerażenie na myśl, że zostanie sama w domu, kiedy w całym mieście wciąż trwały zamieszki i kradzieże, kiedy nie można było być pewnym zasięgu komórek, dostaw wody i elektryczności.
Mama zaczęła wykręcać dłonie na kolanach, jakby próbowała nadać im jakiś zupełnie inny kształt.
- A jeśli ktoś spróbuje się dostać do domu, kiedy was nie będzie?
- Sprawdziłam drzwi i okna. Wszystko jest szczelnie pozamykane. Nikt tu nie wejdzie. - Całe szczęście, że dziś rano znów skontrolowałam okna. Garażowe było niezamknięte. To było małe okienko, ale ktoś mógł się przez nie przecisnąć, gdyby bardzo chciał.
Mama rozplotła palce i znów rozsunęła listwy żaluzji.
- Chwilę wcześniej jakiś chłopak obserwował dom. W twoim wieku, w okularach. Widziałam go już przedtem. Tylko... tylko nie pamiętam gdzie. Zobaczył, że patrzę, i odszedł. Ja go skądś znam, Mia. Znam go, tylko nie pamiętam. - Uderzyła pięściami w skronie tak mocno, że aż podskoczyłam. - Dlaczego oboje musicie iść? Któreś z was nie może zostać ze mną? Nie chcę być sama w tym domu, kiedy on tam stoi i patrzy.
Nie chciałam jej mówić, dlaczego Parker i ja musimy oboje wrócić do szkoły. Dlaczego to takie ważne i nie może poczekać kolejny tydzień. Zostały nam ostatnie puszki jedzenia, a te nieliczne szkoły, które zaczęły funkcjonować po trzęsieniu, nie tylko wydawały darmowe obiady, ale na dodatek uczniowie, którzy chodzili na lekcje, mieli pierwszeństwo przy rozdziale darów. Wiedziałam, że Parker i ja codziennie dostaniemy po racji żywnościowej za każdy dzień, kiedy zjawimy się w szkole. Po porcji jedzenia, które będziemy mogli zabrać do domu.
Tu nie chodziło o edukację. Chodziło o przetrwanie.
Mama trzymała zwinięte pięści przy skroniach, była skulona, jakby przygotowywała się na uderzenie. Czy naprawdę ktoś obserwował dom, czy znowu miała urojenia?
- Mamo... mamo, musisz wziąć pigułki, zanim wyjdziemy. - Xanax na lęki. Thorazine na halucynacje i nawroty wspomnień.
Przyciągnęła podbródek do piersi.
- Już wzięłam.
- Na pewno? - Zabrzmiało to protekcjonalnie, ale mama prawie nigdy nie pamiętała, żeby łyknąć leki. Przez większość czasu sprawiła wrażenie, że nie pamięta własnego nazwiska.
Posłała mi ostre spojrzenie.
- Na pewno.
Ciche pukanie w otwarte drzwi. Parker zajrzał do pokoju; słomiane włosy, jeszcze mokre po prysznicu, zwisały mu na oczy. Dziś była woda. Przyjęłam to z ulgą. Od trzęsienia ziemi brałam prysznic ledwie parę razy, a nie chciałam wracać do domu, śmierdząc jak Wysiedlona.
Parker podszedł do mamy i objął ją.
- Kocham cię - powiedział. - Wrócimy, zanim się obejrzysz, okej?
Mama zesztywniała, czując jego dotyk. Parker puścił ją, starając się nie pokazać, że zranił go ten chłód, ale wiedziałam, że zranił. Z naszej dwójki to Parker zawsze był tym wrażliwszym. "Empatia", mówiła na to mama, ale to było coś więcej. Parker nie tylko był empatyczny. Był "naprawiaczem". Kiedy ktoś cierpiał, starał się znaleźć sposób na poprawienie mu samopoczucia.
Niestety nie potrafił przebić muru, którym otoczyła się mama, i to go dobijało. W chłodzie mamy nie było nic osobistego. Przynajmniej tak sobie wmawiałam. Ale nie lubiła już, by ludzie zbliżali się do niej zanadto. Z każdym dniem coraz bardziej kuliła się w sobie, była coraz mniejsza i mniejsza, jakby wciąż miażdżył ją ciężar tego zawalonego budynku.
- Poczekam w samochodzie. - Parker ominął mnie wzrokiem, kiedy przechodził obok mnie, ale zauważyłam, że ma mokre oczy i emocje ścisnęły mi gardło.
Kiedy zniknął, podeszłam do mamy. Ja też chciałam ją uściskać, chociaż wiedziałam, że będzie sztywna i nieczuła jak kawał drewna. Tak naprawdę miałam ochotę złapać ją za ramiona, potrząsnąć i zażądać, żeby do nas wróciła. Potrzebowaliśmy jej.
Mój wzrok zabłądził na ekran telewizora. Kamera cofnęła się, ukazując całą scenę. Kilkoro identycznie ubranych nastolatków - chłopaków w śnieżnych koszulach i białych spodniach, dziewczyn w długich białych sukienkach - stało po obu stronach Proroka. Dwoje z nich było bliźniętami, chłopak i dziewczyna o bardzo jasnych włosach, o odcieniu odrobinę bardziej kremowym niż włosy Proroka. Oboje byli tak wysocy i szczupli, że wyglądali jak rozciągnięci. Świta adoptowanych dzieci Proroka. Nazywał ich swoimi Dwunastoma Apostołami, choć na scenie naliczyłam tylko jedenaścioro.
Biorąc pod uwagę, że Prorok zdołał wyprać mózgi milionom ludzi i wmówić im, że nie jest tylko człowiekiem o nazwisku Prorok, nie jest tylko jednym z wielu proroków, ale Prorokiem, którego Bóg wybrał do przekazania wieści, że świat zaraz się skończy, wolałam sobie nie wyobrażać tresury, jaką ten facet musiał stosować pod własnym dachem.
- On znowu tam jest... znowu patrzy na dom - powiedziała mama z niepokojem. - Ten chłopak. Popatrz.
Schyliłam się, żeby spojrzeć przez szparę w żaluzjach w jaskrawe słońce. Ludzie przechodzili chodnikiem, snuli się bez celu. Wysiedleni. Ci, których domy zniszczyło trzęsienie ziemi. Ale nie zauważyłam żadnego chłopaka, który obserwowałby dom.
- Czego on chce? - spytała mama. Uniosła niepewną dłoń do twarzy, jej palce przebiegły po gruzłowatej, różowej linii blizny na żuchwie.
- Nie wiem - odparłam; we własnym tonie usłyszałam desperację, wyraźną jak obcy akcent.
Głos jej się trząsł.
- Wszystko się rozpada, a Prorok mówi, że będzie tylko gorzej. On wie, co nas czeka, Mia. Bóg do niego przemawia.
Bóg. O Boże, Bóg. Bóg. Miałam dość słuchania o Bogu, może dlatego, że niewiele o nim (czy o niej, czy kimkolwiek był) słyszałam, od kiedy mama mamy - nasza fanatyczna, bogobojna, wymachująca Biblią babcia - zmarła dwa lata temu. Po jej śmierci mama mogła wreszcie przestać udawać, że kupuję tę jej teologię spod znaku ognia piekielnego. Babcia poszła na tamten świat przekonana, że córka kiedyś dołączy do niej w niebie pełnym puchatych chmurek, a nie spadnie na łeb, na szyję prosto do piekła, gdzie ojciec już piekł się na rożnie razem z resztą niedowiarków.
Mama, mimo surowego, religijnego wychowania zawsze twierdziła stanowczo, że jest agnostyczką. Nie wierzyła w nic konkretnego i zupełnie jej nie przeszkadzało, że dopiero po śmierci dowie się, jak jest naprawdę. Byłam przekonana, że jej obsesja na punkcie Proroka to tylko faza zrodzona z rozpaczy i lęku, jak u ludzi w samolocie, którzy zaczynają się modlić, gdy przytrafią im się wyjątkowo paskudne turbulencje.
Dotknęłam jej ramienia. Było jak twardy, sterczący kątownik. Pod szlafrokiem były same kości.
- Wszystko będzie dobrze - zapewniłam ją, choć te słowa straciły już znaczenie od zbyt częstego użycia. Ostatnio wiecznie je komuś powtarzałam. Mamie, Parkerowi, sobie.
- Uważaj na siebie - poprosiła mama, przelotnie dotykając mojej dłoni w rękawiczce i szybko cofając rękę. - Opiekuj się bratem.
- Jasne. - Odwróciłam się, żeby odejść, a Prorok szepnął mi przez ramię, jakby stał tuż za mną:
- "I ujrzałem: gdy otworzył pieczęć szóstą, stało się wielkie trzęsienie ziemi i słońce stało się czarne jak włosienny wór, a cały księżyc stał się jak krew1".
- Ten czas nadchodzi - obwieścił Prorok. - Nadchodzi koniec.
Koniec wersji demonstracyjnej