Teczka KIEDYŚ
Przy odrobinie szczęścia podróż z Holandii do Rembrandtów w Warszawie zajmuje tylko parę godzin. Wystarczy wsiąść do samolotu, potem wcisnąć się do zatłoczonego autobusu miejskiego, wysiąść przed Zamkiem Królewskim, przemierzyć dziedziniec, wejść do holu, a dalej po prostu kierować się wskazówkami. Idzie się po dywanach i podłodze wyłożonej parkietem. Potem człowiek zostaje sam na sam z dziełami malarza. Po lewej Dziewczyna w ramie obrazu - oczy jak dwa guziki patrzące spod osobliwego beretu. Po prawej Uczony przy pulpicie - nieobecny wzrok skierowany w dal, gęsie pióro w pogotowiu. Postaci, które chciałoby się obudzić pocałunkiem, nawet jeśli zostały uwięzione za kilkucentymetrowej grubości szybą.
Jeszcze jedno, tym razem uważniejsze spojrzenie. Bo Dziewczyna przygląda ci się spod beretu szczerym wzrokiem. Ma prosty nos, pełne usta, delikatny dołeczek na brodzie. Rozpuszczone włosy opadają na suknię, wykończoną pod szyją futerkiem. Nosi na niej aż cztery złote sznureczki - lśniące pasemka światła. Została namalowana na desce, a Rembrandt przedstawił na niej nie tylko ją, lecz także ramę obrazu, na której spoczywają ręce dziewczyny. Ciemne drewno i połyskujące na nim światło stwarzają złudzenie, że rama jest prawdziwa - Rembrandt serwuje nam wspaniałe trompe l'?il, mistrzowską ręką zwodzi nasze oko. Widzimy nawet cienie czubków palców poruszające się po ramie obrazu. Wydaje się, że dziewczynę wystarczyłoby lekko trącić, by przeskoczyła ramę i stanęła przed nami we własnej osobie.
Uczonego o wiele trudniej obudzić pocałunkiem. Pogrążony w zadumie wpatruje się przed siebie, jakby rozważał słowa, które przed chwilą napisał. Czy leży przed nim książka, czy luźne kartki papieru, na których zanotuje myśli, wpierw zanurzywszy gęsie pióro w atramencie? Leciutki powiew wiatru porusza stronicami, co umożliwiło Rembrandtowi dodanie światła między nimi. Wydaje się, jakby biło ono właśnie z papieru: odbija się na dłoni mężczyzny i gęsim piórze, oświetla jego twarz i brodę, muska złoty łańcuch i kołnierz z sobolego futra. Uczony oparł prawą rękę na kunsztownie rzeźbionym pulpicie z lwią głową, lewa zaś jest przykryta szerokim rękawem, a dłoń wręcz niknie w cieniu.
Na obu obrazach mistrz pozostawił swoją sygnaturę: REMBRANDT F. 1641. Wykonał Rembrandt w 1641 roku[1].
Pierwszy raz zobaczyłam te obrazy w gazecie. Był rok 1994, a ja od paru lat mieszkałam wtedy w Warszawie. W tamtych czasach, tuż po upadku muru berlińskiego, w prasie codziennie ukazywały się ciekawe doniesienia, bo wszystko zmieniało się w błyskawicznym tempie. Kiedy jednak 27 października otworzyłam gazetę, nie wierzyłam własnym oczom. Dar prof. Lanckorońskiej - głosił nagłówek w "Gazecie Wyborczej". Pod nim wydrukowano czarno-białe zdjęcie obrazu. Tani papier wchłonął czarny tusz, ale mimo złej jakości fotografii od razu dostrzegłam, że chodzi o wspaniałe dzieło. Prosto w oczy patrzyła mi dziewczyna o delikatnych rysach twarzy, w rozłożystym nakryciu głowy na długich włosach. Jej prawe ucho zdobił kolczyk z lśniącą perłą, a ręce spoczywały na ramie obrazu, wewnątrz którego się znajdowała. Pod zdjęciem krótki tekst: "Portret młodej kobiety jest jednym z dwóch obrazów Rembrandta przekazanych wczoraj warszawskiemu Zamkowi Królewskiemu przez mieszkającą w Rzymie 96-letnią Karolinę Lanckorońską. Pani Lanckorońska przekazała Zamkowi Królewskiemu i Wawelowi około 150 niezwykle cennych dzieł sztuki z kolekcji Rzewuskich i Lanckorońskich. Część z nich należała niegdyś do króla Stanisława Augusta"[2].
Ponownie z uwagą przyjrzałam się zdjęciu. Tyle lat studiowałam historię sztuki, tyle muzeów zwiedziłam, ale nie mogłam sobie przypomnieć, bym kiedykolwiek gdzieś ten obraz widziała.
Inny dziennik, "Rzeczpospolita", poświęcał tym doniesieniom jeszcze więcej uwagi w artykule zatytułowanym Obrazy Rembrandta wróciły do Polski. "Po dwustu latach na Zamek Królewski w Warszawie powróciło 18 obrazów z kolekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego, w tym dwa płótna Rembrandta, obydwa z 1641 roku"[3]. Również tutaj zdjęcie słabej jakości. Starzec z siwą brodą w zamyśleniu patrzy przed siebie. Jego czapka, ręka - i to światło. A przecież to zaledwie niewyraźna fotka. Jakże więc musi wyglądać oryginał?
Podniosłam wzrok znad biurka i spojrzałam na niewielki park za oknem, przy ulicy Żelaznej. Drzewa powoli traciły liście. Żółtawy blask słońca padał na mój stolik, czule muskając czarno-białych Rembrandtów, które niemal zdawały się nabierać kolorów.
Szybko powróciłam do lektury. Autor tekstu wielkimi krokami przemierzył historię kolekcji. Ostatni król Polski, Stanisław August Poniatowski, w spadku przekazał obrazy swojemu kuzynowi, później zaś kupił je prapradziadek leciwej Karoliny. Karolina była jedyną żyjącą spadkobierczynią Lanckorońskich, arystokratycznej rodziny, która w czasie rozbiorów osiadła w Wiedniu. Część kolekcji, zrabowana przez nazistów i ukryta w kopalni soli pod Salzburgiem, wróciła do rodziny - do austriackiego pałacu, w którym na skutek pożaru uległo zniszczeniu ponad dwieście obrazów; pozostałe na lata zamknięto w szwajcarskim sejfie. Rembrandty zniknęły z pola widzenia. W artykule przelotnie wspomniano jeszcze, że Karolina Lanckorońska w czasie wojny była więźniarką obozu koncentracyjnego.
Zamknęłam gazetę i ponownie wyjrzałam przez okno. Od akacji po drugiej stronie ulicy znów oderwało się parę liści, wolno opadły na jezdnię, gdzie od razu najechał na nie samochód. W oddali zadźwięczał tramwaj. Moje myśli krążyły wokół wozów, powozów i pociągów, jakimi transportowano Rembrandty po Europie. Wokół samego malarza, który swoimi obrazami zachwycił kupców, królów i Karolinę Lanckorońską. Wokół pałaców, bunkrów pełnych sztuki, szwajcarskiej skrytki. Zastanawiałam się, jak hrabianka może przeżyć obóz koncentracyjny.
Karolina Lanckorońska jest starsza niż to stulecie, pomyślałam.
To musiało się zacząć w domach nad amsterdamskimi kanałami, pomyślałam.
Wycięłam artykuły i wsadziłam do pękatej teczki, którą trzymałam w szufladzie biurka. Do teczki z napisem KIEDYŚ.
Kilka lat później opuściłam Polskę, lecz nadal ją odwiedzałam. Dziewczyna i Uczony otrzymali stałe miejsce na Zamku Królewskim, a ja regularnie przychodziłam ich oglądać. Zazwyczaj byłam sama z obrazami, które robiły wrażenie dobrze strzeżonej tajemnicy. Tłumów zwiedzających w każdym razie nie przyciągały. Przez przypadek natknęłam się w jakiejś księgarni na Wspomnienia wojenne Karoliny Lanckorońskiej, które wywarły na mnie ogromne wrażenie. Z pewnością siebie, ze szczegółami i niezwykłym talentem opisywała w tej książce swoją przeszłość w ruchu oporu i lata spędzone w obozie Ravensbrück. Dopiero po tej lekturze zdałam sobie sprawę, jakie znaczenie mogą mieć Szekspir, Michał Anioł i Rembrandt, kiedy człowiek boi się, że zwariuje z samotności i wyczerpania. Dziwnym trafem nigdy nie przyszło mi na myśl, aby pojechać do Rzymu i odwiedzić Karolinę Lanckorońską - po prostu nie nasunęły mi się jeszcze te wszystkie pytania, które kilka lat później nagromadziły się w mojej głowie.
W roku 2006, roku Rembrandta, w którym obchodzono czterechsetną rocznicę urodzin mistrza, Dziewczyna i Uczony przeżyli swój międzynarodowy coming out. Można ich było oglądać na wystawie w Berlinie, na pewien czas wrócili też do miejsca, w którym ich namalowano: do domu Rembrandta w Amsterdamie. Tam skrzyli się do mnie i lśnili pewnego deszczowego popołudnia, wyczyszczeni i wspaniale odrestaurowani. Dziewczyna była gwiazdą przedstawienia, zdobiła afisze oraz okładkę katalogu. Znawcy Rembrandta prześcigali się nawzajem, byle tylko wypowiedzieć się na temat tych dzieł.
Karolina Lanckorońska tego wszystkiego nie dożyła. Zmarła w 2002 roku, mając sto cztery lata, a za sobą życie, które obejmowało cały XX wiek.
Podobno odwiedzający muzeum zatrzymują się przed obrazem przeciętnie na dziewięć sekund. To jednak o wiele za krótko, jeśli chce się namalowane postaci obudzić pocałunkiem. Dlatego stale wracałam do Dziewczyny i Uczonego. Jak długo trzeba patrzeć, by dostrzec, że jej suknia zaczyna się żarzyć, że dziewczyna unosi prawą rękę, że perła w kolczyku się porusza? Ile czasu potrzeba, żeby policzyć włoski w futrzanym kołnierzu, pomyśleć, skąd się bierze delikatny powiew unoszący kartki na pulpicie? Czy w ciągu dziewięciu sekund da się odkryć te dziwne czerwone cyfry, zapisane przez kogoś w lewym górnym rogu obrazów: 207 przy dziewczynie, 208 przy uczonym? Czy w ciągu dziewięciu sekund można oddać się podróży w czasie?
Tymczasem teczka KIEDYŚ zapodziała się gdzieś w trakcie jednej z moich wielu przeprowadzek, a może zwyczajnie przestała mi być potrzebna. Bo i bez niej wiedziałam, że kiedyś napiszę o Dziewczynie i Uczonym. Uświadomiłam też już sobie, że mój tekst nie będzie dotyczył wyłącznie obrazów. Będzie opowiadał o podróży, która została w nich ukryta. O tym, jak dotarły tutaj, do dalekiej Warszawy. Jak przeżyły rozbiory Polski, dwie wojny światowe, wzloty i upadki arystokratycznych rodów. I co skłoniło Karolinę Lanckorońską do oddania Rembrandtów. Im dłużej przyglądałam się obu dziełom, tym silniejsze miałam wrażenie, że za ich sprawą cofam się w czasie i trafiam między tych, którzy - podobnie jak ja teraz - oglądali kiedyś te same obrazy. W jakim otoczeniu widzieli Dziewczynę i Uczonego? Jak na nie patrzyli? Jak wyglądało ich życie i jaką rolę odegrały w nim te dwa Rembrandty? Kim byli ci ludzie z przeszłości, którzy zachowali je dla potomnych?
Spotyka się ich, kiedy człowiek oderwie oczy od obrazów Rembrandta i wejdzie do następnych sal Zamku Królewskiego. Portret króla Stanisława Augusta o rozmarzonym spojrzeniu jasnoorzechowych oczu. Uwodziciel Kazimierz Rzewuski, który w mig skradnie ci serce. Antoni Lanckoroński, o długiej pociągłej twarzy, którą odziedziczą jego potomkowie. Karol Lanckoroński, łysy i brodaty Kunstgraf, oddany sztuce hrabia, o stanowczym spojrzeniu. No i wysoka jak brzoza Karolina, uwieczniona na niemal przezroczystym zdjęciu naturalnej wielkości. W garsonce, mocno trzymając w ręku torebkę, w wygodnych butach wychodzi za mną z pałacu, a ja przez wszystkie lata pracy nad książką nie mogę się pozbyć wrażenia, że ogląda to, co ja, patrząc mi przez ramię. Jej niski głos, którym od czasu do czasu, niepytana, służy mi radą, niesie się daleko poza mój pokój do pracy.
Kopuły Rzymu
Widok na Rzym: wieże i kopuły, miodowożółte dachy, gąszcz połyskujących anten. Odgłosy ruchu ulicznego, pomruk wszechobecnych skuterów, gdzieś daleko wycie karetki. Z ogrodów przy Via Virginio Orsini unosi się zapach sosen - zrzucają już szyszki, a kiedy przypadkowo się na nie nastąpi, trzeszczą pod butami. Pochylić się, żeby podnieść te sosnowe owoce i wsadzić je do kieszeni - tego leciwa Karolina Lanckorońska od dawna już nie może.
Stoi przy oknie swojego mieszkania, skupiając wzrok na jednym punkcie w oddali: na kopule bazyliki Świętego Piotra. Nie chodzi o to, że tam może znaleźć odpowiedź na nurtujące ją od miesięcy pytanie, ale skupienie wzroku na pięknych rzeczach pomaga uporządkować myśli; tak było przez całe jej życie. Kopuła bazyliki, zaprojektowana przez jej ulubionego Michała Anioła: pilastry, zdobne ramy okien, podwójne kolumny, które zdają się dźwigać ciężar, a wszystko w idealnych proporcjach - arcydzieło. Karolina wie, że gdzieś z tyłu, w Kaplicy Sykstyńskiej, znajduje się Sąd Ostateczny Michała Anioła. Jeszcze kilka lat temu - dobiegała już wtedy dziewięćdziesiątki - stojąc na rusztowaniu, obserwowała specjalistów restaurujących te monumentalne freski. Bardzo się zdziwili, kiedy położyła się na plecach, żeby przyjrzeć się kolorom, które wyczarowywano spod wielowiekowych warstw sadzy. Nie mogła uwierzyć własnym oczom, ona, która sądziła, że zna Sąd Ostateczny jak nikt inny, została zaskoczona wspaniałością powoli wyłaniających się przed nią barw. W czasie wojny wystarczyło, by zamknęła oczy, żeby ujrzeć muskularnego Chrystusa, Charona, który bierze zamach wiosłem, dusze zmarłych - wznoszące się do nieba, opadające do piekła. Być może to dzięki Michałowi Aniołowi nie straciła rozumu, gdy w samotności trwała w mrocznej celi karnej więzienia w Stanisławowie, mogła zachować swoją godność w Ravensbrück. Sama stała się źródłem siły dla współwięźniarek, jak później wiele razy słyszała.
Czy to właściwy moment?
Bez sztuki, bez historii sztuki nie mogłaby przeżyć swojego życia. Widok na Rzym niknie, ustępując miejsca widokom lasów i łanów zboża w dawnej Galicji, ziem należących do korony imperium Habsburgów. Trawertynową kopułę Michała Anioła zastępuje pałac w Rozdole, letnia rezydencja z dzieciństwa leżąca gdzieś w magicznym trójkącie między Wiedniem, Krakowem a Lwowem. Karolina czuje w rękach ciężar płaskich pudeł, jakby to było wczoraj, stawia je na stole roboczym ojca, wyjmuje jedną reprodukcję po drugiej. Michał Anioł, Rafael, Leonardo. Azjatyckie posągi Buddy, wykopaliska w Azji Mniejszej, greckie świątynie. Nieba van Ruisdaela, kobiety Vermeera, charakterystyczne głowy Rembrandta. Ile reprodukcji zebrał ojciec? Nikt tego nie wie, zbyt wiele ich zaginęło w czasie wojny, tej pierwszej wojny. Sto tysięcy ilustracji, z grubsza licząc, sto tysięcy obrazków, dzięki którym dowiedziała się, jak patrzeć na sztukę.
Patrzeć - nauczyła się tego w ich własnym pałacu Lanckorońskich w Wiedniu, zbudowanym przez ojca na potrzeby ogromnego zbioru dzieł sztuki. Kolekcji, która pojawiła się w nim, po czym zniknęła, podobnie jak sam pałac, który po wojnie znalazł się w ruinie, po tej drugiej wojnie. Zstąpienie kolekcji do piekła. Sto trzydzieści obrazów, które udało im się uratować i które od ponad pięćdziesięciu lat przechowywali w szwajcarskim sejfie, to ciężar, od jakiego teraz będzie się mogła w końcu uwolnić, wystarczy, że powie tak. Wystarczy, że się zgodzi w sobie właściwy sposób, słowami Juliusza Cezara, które od miesięcy kołaczą jej w głowie - Alea iacta est - kości zostały rzucone, decyzja została podjęta.
Ale czy to właściwy moment?
Jest rok 1994, ona sama ma dziewięćdziesiąt sześć lat - nieprawdopodobny wiek, przeżyła niemal stulecie. W ciągu ostatnich pięciu lat wydarzyły się rzeczy, o jakich nie śmiała marzyć, że ich jeszcze dożyje. Wybuchła Solidarność w Polsce, upadł mur berliński, w całej Europie Środkowej odbyły się wolne wybory, w jej ojczyźnie prezydentem został przywódca związków zawodowych Lech Wałęsa. Ostatnie wojska radzieckie się wycofują. Polska bierze oddech. Jest nadzieja, wszędzie słychać opowieści, które tak długo były przemilczane, nareszcie znowu jest przestrzeń dla swobodnych myśli. Zakazane książki mogą się ukazywać, zakazane piosenki mogą być śpiewane, zakazane dzieła sztuki mogą zyskiwać publiczność. Swój własny plan dawno już ułożyła, wymyśliła nawet dla niego nazwę: Operacja Nemezis. List do polskiego prezydenta tak często pisała w głowie, że znała go na pamięć[1].
"Panie Prezydencie - tak zacznie - mam zaszczyt zwrócić się do Pana Prezydenta w następującej sprawie. Jestem ostatnią z rodu, brat mój i siostra zmarli, wszyscy byliśmy bezdzietni. Skończyłam 96 lat i wiek mój nie pozwala mi zgłosić się do Pana Prezydenta osobiście, dlatego piszę ten list. Chcę przedłożyć sprawę daru dzieł sztuki, pochodzących ze zbiorów mojej rodziny. Dzieła te są moją prywatną, wyłączną własnością; nie zebrałam ich ja, zebrali ci, od których pochodzę.
Rzeczy te przeznaczam na dwa dostojne miejsca" - napisze: na zamki królewskie w Krakowie i Warszawie. "Na Wawel idzie namiot turecki, który tradycja rodzinna łączy z Odsieczą Wiedeńską, oraz obrazy. Z nich 76 to dzieła powstałe we Włoszech, w okresie od XIV do XVI wieku. Pochodzą więc z tego samego kraju, którego architekci tworzyli w tym czasie dziedziniec i komnaty wawelskie. Wszystkie dzieła sztuki, które idą na Wawel, zebrał mój Ojciec Karol Lanckoroński".
Obrazy z galerii ostatniego polskiego króla, Stanisława Augusta, wyśle do Warszawy. "Kupił je po katastrofie I Rzeczpospolitej Kazimierz Rzewuski, pisarz polny koronny, pradziad mojego ojca, i zawiózł do Wiednia, gdzie osiadł po rozbiorach. W tej grupie są dwa portrety Rembrandta". Najważniejsze dzieła z kolekcji, o nieprawdopodobnej historii, bez trudu przywołuje w pamięci.
"Nie śniło mi się w najśmielszych marzeniach mojego długiego życia, że mi jeszcze będzie danym napisać ten list" - zakończy tymi słowami. "Składam dar w hołdzie Rzeczpospolitej Wolnej i Niepodległej, na ręce Jej Prezydenta". Wielkie litery, trzeba je będzie dobrze podyktować. I podpis musi się dokładnie zgadzać:
Karolina z Brzezia Lanckorońska
Dr fil., doc. Uniw. Jana Kazimierza we Lwowie
por. Armii Krajowej
1976-1993 Kierownik Polskiego Instytutu Historycznego w Rzymie.
Mogłaby dodać o wiele więcej:
1917-1918 pielęgniarka w Faniteum
1940-1942 kurier w Generalnej Guberni
1943-1945 więźniarka numer 16076 w Ravensbrück
Nie lubi jednak przesady.
Odrywa oczy od panoramy Rzymu. Opierając się na lasce, idzie do biurka. Po drodze dotyka róż, które ktoś tam postawił, to jej ulubione kwiaty. Bierze do ręki niewielki portret ojca, namalowany ponad sto lat wcześniej przez Jacka Malczewskiego[2]. Jej ojciec - ruda broda stanowi jasny akcent kolorystyczny na ciemnym poza tym obrazie - siedzi przy francuskim rokokowym biurku, zagłębiony w papierach. Za oknem niewyraźnie rysują się kontury parku w Rozdole. Nie musi go o nic pytać, jest pewna, że ojciec pochwala jej decyzję. Odstawia obrazek na biurko i siada. Przeciera chusteczką szkła okularów. Następnie sięga po telefon. Numer swojej sekretarki zna na pamięć.
1. Narodziny olbrzymki
Niemowlę dla muzeum
W średniowiecznym zamku, ukrytym głęboko pośród wzgórz Austro-Węgier, latem 1898 roku przyszło na świat dziecko. Niezwykle duże niemowlę miało główkę pokrytą całą masą ciemnych włosów i apetyt tak wielki, że po dziesięciu dniach ledwo już się mieściło w kołysce. To podsunęło ojcu genialny pomysł. Sięgnął po pióro i skreślił list do dobrego przyjaciela, Adolpha Bayersdorfera. Czy Bayersdorfer nie zechciałby może w przyszłości wystawiać na pokaz za opłatą jego córki jako olbrzymki? I czy Stara Pinakoteka w Monachium, w której Bayersdorfer był kustoszem, nie byłaby idealnym miejscem po temu[1]?
Niemowlę - Karolina Maria Adelajda Franciszka Ksawera Małgorzata Edina hrabianka Lanckorońska z Brzezia herbu Zadora - urodzone 11 sierpnia 1898 roku było drugim dzieckiem Karola Lanckorońskiego, lecz pierwszym z jego małżeństwa z Margarethe von Lichnowsky. Margarethe wniosła w posagu interesujące drzewo rodowe. Jej ojciec, Karl Fürst von Lichnowsky, był potomkiem pruskiej rodziny arystokratycznej. Matka, Marie Fürstin von Cro?, pochodziła z austriackiej gałęzi książąt von Cro?, dumnych posiadaczy pałacu Schloss Buchberg pod Wiedniem. Karolina - nazywana Karlą - dzięki genom ojca była chyba największym dzieckiem, jakie kiedykolwiek przyszło na świat w tej rodzinie.
Przed zawarciem związku z Margarethe Karol nie zaznał zbyt wiele szczęścia w miłości. Jego pierwsze małżeństwo z księżniczką Marią Salm-Reifferscheidt-Raitz okazało się bezdzietne i po paru latach zostało rozwiązane. Hrabina Franziska "Fanny" Xaviera von Attems-Heiligenkreutz, druga żona i wielka miłość Karola, zmarła w 1893 roku w połogu, podczas narodzin ich pierwszego potomka, Antoniego. Karol nigdy nie pogodził się z utratą Fanny, lecz po jej śmierci mimo wszystko szybko zaczął szukać matki dla synka - i małżonki, z którą w końcu mógłby założyć dużą rodzinę, jakiej tak bardzo pragnął. To, że również jego trzecia żona musiała być damą o arystokratycznym rodowodzie, nie ulegało najmniejszej wątpliwości. Na szczęście w Wiedniu i szerokiej okolicy nie brakowało wysoko urodzonych panien dla bajecznie bogatego Kunstgrafa. Rok po ślubie Karola i Margarethe na świat przyszła Karolina, oczko w głowie ojca od chwili, gdy ujrzał ją w kołysce: dar Boży spowity koronkami i białymi kokardami.
Pałac, w którym urodziła się Karolina, nadal skrywa się wśród drzew na zboczu pagórka nad rzeczką, lecz bez trudu można do niego dojść od strony spokojnej drogi, wijącej się przez Buchberg. Wąska ścieżka wiedzie wzdłuż starych kasztanowców, przez ogród i dziedziniec otoczony grubym murem, wznoszonym i tynkowanym przez wiele pokoleń rzemieślników. W pałacu człowiek od razu gubi się w gąszczu długich korytarzy z licznymi schodami, prowadzącymi to w górę, to w dół, przez pokoje o małych oknach, wpuszczających do środka wąskie snopy światła słonecznego, z tarasami, z których roztacza się piękny widok na okoliczne wzgórza. Gdzieś w tym zamku znajduje się również kaplica, w której prawdopodobnie ochrzczono Karolinę - pozostałości pierwotnego ołtarza zostały przez współczesnych artystów pokryte płatkami złota.
Rodzinny dom małej Karli we wszystkim przypominał zamek z bajki. A wraz z jej narodzinami miała się też rozpocząć nowa baśń - o ojcu mającym nową żonę i nowe dziecko, dorastające w nowej epoce. Nikt nie mógł przypuszczać, że świat stanie w płomieniach, jeszcze zanim to dziecko przemieni się w dorosłą kobietę.
To były szczęśliwe lata: świadczą o tym fotografie w przebogatym albumie rodzinnym[2]. Na czarnych kartach przyklejono zdjęcia nowo narodzonej Karli, mocno zawiniętej w białe pieluchy, słodko śpiącej w kołysce. Przyrodni brat Tonio z ciekawością zagląda, żeby obejrzeć siostrę. To ona jest owiniętym pakunkiem w ramionach niani na schodach letniej rezydencji w Rozdole, otoczona rodziną i zastępem stojących w rzędzie służących. To ona jest maluchem z lokami, siedzącym na stoliku przykrytym aksamitną materią. Tonio, w białym marynarskich ubranku i krótkich spodenkach, opiekuńczo objął siostrę ramieniem i razem, trochę zakłopotani, patrzą w obiektyw.
Pięć lat po Karolinie urodziło się trzecie dziecko. I choć Karol pragnął dużej rodziny, Adelajda, czyli Adelheid, Heidi, miała zostać najmłodszym, a zarazem ostatnim potomkiem, który przyszedł na świat w wielowiekowym rodzie Lanckorońskich.
Rozdół, idylla
Najszczęśliwsze młodzieńcze wspomnienia Karoliny nie wiązały się ani pałacem jak z bajki, w którym się urodziła, ani z miejskim pałacem w Wiedniu, w którym dorastała, lecz z letnią rezydencją rodzinną w Rozdole, na wschodzie imperium Habsburgów. W posępnym i sztywnym Wiedniu Karolina co roku z niecierpliwością wyglądała wiosny, kiedy to pokojówki zaczynały przygotowywać garderobę na wielomiesięczny pobyt w wiejskiej posiadłości. Gdy sezon kulturalny w Wiedniu dobiegał końca, gdy Lanckoroński senior mógł zwolnić tempo, a kasztanowce przy Ringu były w rozkwicie, wtedy nadchodził ten czas. Pakowano skrzynie, kufry oraz pudła na kapelusze i rodzina rozpoczynała wielogodzinną podróż pociągiem do maleńkiej stacji Mikołajów. Tam czekał na nich woźnica, który powozem wiózł całe towarzystwo przez lasy i pola do pałacu, gdzie pokojówki, służący oraz kucharki przygotowali trzydzieści pokoi, kuchnie i piwniczne spiżarnie na długi letni pobyt.
Jeden z dalekich przodków Karoliny w 1740 roku zlecił budowę uroczej wiejskiej rezydencji na ziemiach, które od ponad stu lat należały do rodziny. Rozdół znajdował się w granicach Polski, a po pierwszym rozbiorze w 1772 roku stał się częścią Królestwa Galicji, kraju koronnego w habsburskim imperium. Zgodnie z panującą w epoce modą pałacyk przebudowano później w subtelnym stylu empire: światło, symetria, wejścia otaczane kolumnami. Styl ten charakteryzował wiejskie posiadłości wznoszone w tym okresie w Polsce, lecz najwyraźniej okazał się zbyt frywolny dla Karola, który w Wiedniu obserwował zabudowywanie Wiener Ringu jednym bombastycznym miejskim pałacem po drugim. Odziedziczywszy po ojcu Rozdół, szybko zlecił przebudowę domu do postaci porządnej wiejskiej rezydencji, której piękno miało się równać pięknu zamków wznoszonych niegdyś nad Loarą. Elegancki rząd kolumn ustąpił miejsca wystawnym schodom, różnorodne dobudówki przełamały pierwotną symetrię, a domowi przydano fantazyjną werandę. Karolina, dorósłszy, uznała, że pałac jest pretensjonalny i pseudomonumentalny, ciało obce w urokliwym krajobrazie dokoła[3].
Rezydencja była przeznaczona na pobyt letni, a ponieważ nie pełniła funkcji reprezentacyjnej, Lanckorońscy urządzili ją dość "skromnie". Kiedy wchodziło się szerokimi schodami od frontu do pałacowego holu, wrażenie robiły gustowne dywany oraz wspaniałe schody z balustradą z kutego żelaza. Ściany wszystkich pomieszczeń pomalowano na ciepłe kolory, wszędzie też wisiały obrazy, zwłaszcza portrety rodzinne, które zdaniem Karoliny były "strasznymi bohomazami"[4]. W szafach i kredensach przechowywano obrusy, srebra stołowe z rodzinnym herbem oraz liczne porcelanowe serwisy, takie jak składający się z kilkudziesięciu części błękitny zestaw ozdobiony rodzinnymi portrecikami. W specjalnym pomieszczeniu urządzono rodzinne archiwum, zawierające tysiące dokumentów, między innymi średniowieczne archiwalia i listy ostatniego króla Polski. Pewien szczególny detal pozostawał jednak przez większość gości niezauważony, a była nim podkowa przybita przez cieślę do framugi głównych drzwi: na szczęście.
W roku narodzin Karoliny Rozdół liczył ponad cztery tysiące mieszkańców. Polacy, Ukraińcy i Żydzi mieli tam własne domy modlitwy. Kościoły i synagogi sąsiadowały ze sobą, krypta ze szczątkami przodków Karoliny i żydowski cmentarz znajdowały się od siebie o rzut kamieniem. Rozdół stanowił część rozległego majątku Lanckorońskich, obejmującego dwa tysiące hektarów pól uprawnych, łąk i lasów. Można tam było znaleźć browar, dwa młyny, cegielnię, kamieniołom oraz tartak. Dobra nieprawdopodobnie bogatej rodziny? Owszem, zwłaszcza gdy człowiek sobie uświadomi, że Lanckorońscy oprócz Rozdołu, miejskiego pałacu w Wiedniu i włości w Austrii mieli jeszcze dwie posiadłości na dzisiejszej Ukrainie (Jagielnicę i Komarno) oraz w Polsce (Wodzisław). Bogactwo nie zawsze jednak idzie w parze z dobrym smakiem, o czym aż nazbyt dobrze wiedział Karol Lanckoroński. Bo pałac w Rozdole... nie, piękny nie był - taką opinię wyrażał nawet człowiek, który obmyślił jego gruntowną przebudowę, czyli sam hrabia, na starość wzdychający jeszcze: "To ja zepsułem Rozdół!"[5].
I choć Karolina całkowicie się z opinią ojca zgadzała, Rozdół na zawsze pozostał dla niej scenerią rajskich letnich miesięcy z dzieciństwa. Ze swojego narożnego pokoju miała od zachodu widok na wielobarwny horyzont. W oddali można było dojrzeć Karpaty, które zwłaszcza na krótko przed deszczem ostro rysowały się na tle nieba. Drugie okno pokoju wychodziło na północ i również stamtąd roztaczał się widok na park, pola aż po wzgórza i skraj lasu ciągnącego się niemal do Lwowa. Z tarasu przy oranżerii na południe rozciągał się sad, za nim zaś słoneczna równina Dniestru, rzeki spokojnie toczącej swe wody przez majątek. Spacerując parkiem w dół, ku zachodowi, dochodziło się do małej stróżówki w stylu empire. Przy drodze do miasta stał młyn, którego koła obracały się dzięki wodzie z Kołodnicy, strugi płynącej z pobliskiego Stulska na północy w kierunku południowym, do Dniestru. Nad miasteczkiem górował stary zamek, kiedyś stanowiący własność przodków Karoliny, a później funkcjonujący jako klasztor karmelitów.
Wszystkie te widoki i zachody słońca, te strumyki i rzeki były Karolinie bardzo drogie. Chyba najbardziej lubiła jednak prastare drzewa w parku, gdzie rosły nie tylko kasztanowce, dęby i akacje, lecz także zaimportowane egzotyczne okazy, takie jak lipy chińskie i australijskie sosny. Niektóre drzewa doskonale nadawały się do tego, by ukrywać się w ich konarach przed guwernantką i w spokoju oddawać się lekturze. Kasztanowce sięgały swoimi szerokimi gałęźmi aż do ziemi, więc kiedy kwitły, nieprawdopodobnie obficie, trzeba było uważać, żeby nie podeptać białych kwiatów. Tajemnicze łaskotanie pod stopami, gdy próbowało się na bosaka omijać te kasztanowe kwiatostany, cienie listowia jak motyle trzepoczące się po stronicach książki podczas czytania, półcienie i gałęzie, wśród których można było stać się niewidzialnym dla nudnych guwernantek: dzieciństwo niczym raj.
Pan Jacek
W Rozdole wiele się działo, ciągle przyjeżdżali i wyjeżdżali goście, krócej lub dłużej nocujący w pałacu. Stałym bywalcem był "pan Jacek" - Jacek Malczewski, specjalny protegowany ojca Karoliny. Towarzyszył Karolowi podczas jego ekspedycji do egzotycznych krajów i na jego zlecenie sporządzał setki szkiców krajobrazów, ludzi i znalezisk archeologicznych. Karol regularnie wspomagał artystę, kiedy u tego krucho było z pieniędzmi. Malczewski zasłynie przede wszystkim z bogactwa symbolistycznych obrazów, zaludnianych przez anioły, skrzydlate konie i mitologiczne postaci, których znaczenie często trudno zrozumieć niewtajemniczonym. Karol doceniał jednak specyficzną osobowość Malczewskiego oraz jego dziwaczne dzieła, a z biegiem czasu ich relacje biznesowe przerodziły się w wyjątkową przyjaźń.
Wiele lat po wojnie Karolina odnalazła w szufladzie starej szafy piękny dowód tej przyjaźni: dwieście szkiców Malczewskiego, często nie większych niż pocztówka, które ilustrowały codzienne życie w Rozdole. Z szuflady wyłoniły się nianie i guwernantka, pięć kucharek w rzędzie zajętych gotowaniem, żydowski ramiarz oraz bibliotekarz z długą brodą. Także ojciec sportretowany we wszelkich możliwych sytuacjach: spacerujący z laską po majątku, zawieszający obrazy, chory w łóżku, pijący kawę z jej matką, otoczony książkami i reprodukcjami w bibliotece. A także ona sama, Karolina, uczepiona nogi ojca albo bawiąca się lalkami. Pozowania panu Jackowi - nienawidziła. Gdy tylko słyszała, że nadchodzi, zaczynała narzekać, że trzeba godzinami siedzieć bez ruchu, do tego zaś - w przeciwieństwie do brata i siostry - zdecydowanie nie miała drygu[6].
Malczewski nie tylko tworzył rysunki rodziny ołówkiem, lecz także portrety każdej z osób farbą olejną. Dwa piękne, trochę niedbałe szkice farbą znajdują się w muzeum miejskim w Drohobyczu na Ukrainie, niedaleko Rozdołu. Na jednym z nich mała Karla siedzi na kolanach matki sztywna jak lalka, w tle różowoczerwone wzgórza posiadłości, zaakcentowane pospiesznymi ruchami pędzla. Inny obraz przedstawia troje Lanckorońskich: matkę Margarethe z Karoliną patrzącą wprost przed siebie i ojca, Karola, pochylającego się nad obiema, z czerwonym goździkiem w ręce, jakby chciał go wręczyć żonie[7]. Czy na podstawie tych szkiców Malczewski namalował prawdziwe obrazy, które zaginęły? Czy może uznał te kompozycje za mniej udane i już się nie trudził, by stworzyć z nich lepsze dzieła?
Zupełnie inaczej wyglądają dopracowane portrety małżonków Lanckorońskich oraz dzieci, stanowiące pełnowartościowe obrazy, takie jak portret Tonia w marynarskim ubranku, z nastroszoną czupryną. W tle przechadzają się po galicyjskich polach dwie typowe dla Malczewskiego figury: Tobiasz i anioł, należące do ulubionych postaci malarza z deuterokanonicznych opowieści biblijnych. W tej historii Tobiasz zostaje wysłany przez swojego ojca, Tobita, na poszukiwanie zaginionego skarbu. Wkrótce spotyka archanioła Rafała, który towarzyszy mu w dalszej drodze. Po długiej podróży Tobiasz wraca do domu, gdzie żółcią złowionej razem z Rafałem ryby uzdrawia ojca ze ślepoty. Jest to przejmująca opowieść o miłości syna do ojca: hołd Malczewskiego dla jego ukochanego mecenasa[8].
Ściany letniej rezydencji zdobił też wspaniały podwójny portret państwa Lanckorońskich. Zniknął w zawierusze wojennej, w latach siedemdziesiątych XX wieku pojawił się w Ukraińskiej Republice Ludowej u prywatnego właściciela, który sprzedał go Lwowskiej Galerii Sztuki[9]. Hrabia został namalowany w trzyczęściowym szarym garniturze i stosownym kapeluszu, długi podbródek Lanckorońskich ukryty za rudym bujnym zarostem. Obok niego hrabina w łososioworóżowych obłokach - kwiat we włosach, ogromny kapelusz na głowie, niezgłębione oczy, a nad nimi brwi niczym surowe kreski. Również tutaj tło posłużyło Malczewskiemu do niezwykłego przekazu. Skrzydlatego konia, który, jak się zdaje, właśnie sfrunął z nieba, trzyma za lejce maleńka wersja samego pana Jacka - w ten sposób malarz zastosował sprytną sztuczkę dla zaznaczenia swojej obecności na obrazie.
I w końcu podwójny portret sióstr Lanckorońskich: młodsza, blond Adelajda po lewej, ciemnowłosa Karolina po prawej. Adelajda patrzy jasnoszarymi oczami gdzieś poza widza, poza obraz. Jej bujne loki spięte niebieską kokardą nie opadają na twarz. Karolina stoi tuż za nią, zdaje się patrzeć siostrze przez ramię, skierowawszy wzrok gdzieś w dół. Ma włosy splecione w dwa grube warkocze, a speszone spojrzenie jej brązowych oczu nie zdradza sprzeciwu, jaki czuła podczas niekończącego się pozowania[10].
Sto tysięcy reprodukcji
W Rozdole znajdowała się nie tylko część kolekcji dzieł sztuki Karola, lecz także jego gigantyczny zbiór reprodukcji. Wynalezienie fotografii w XIX wieku i szybki rozwój technik sporządzania reprodukcji sprawiły, że kolekcjonerzy i koneserzy po raz pierwszy w historii mogli oglądać dzieła sztuki, nie ruszając się zza biurka. Wielbiciele nabywali całe serie reprodukcji, sporządzane i sprzedawane przez duże muzea, takie jak Luwr, albo zabierali ze sobą zdjęcia w dalekie podróże i niekiedy też się nimi wymieniali. Karol z lubością oddawał się temu nowoczesnemu sposobowi zdobywania wiedzy. Zamawiał reprodukcje w muzeach, a podróżując po świecie, zlecał wykonywanie zdjęć i rysunków ludzi, krajobrazów oraz dzieł sztuki. Na jego polecenie sporządzano także reprodukcje dzieł z jego własnej kolekcji, gromadzone następnie w postaci pocztówek w ładnie zaprojektowanych pudełkach. Pieniądze nie grały roli, dlatego w krótkim czasie Karolowi udało się stworzyć kolekcję około stu tysięcy zdjęć, która tym samym należała do największych w Europie.
Dla tej kolekcji zlecił urządzić w Rozdole specjalne pomieszczenie, zwane "pokojem fotograficznym", i zatrudnił bibliotekarza. Pan Chotyniecki, który chodząc po parku, zawsze śpiewał, a podczas mrozów chował swoją długą brodę pod futrem, zarządzał dagerotypami, układając je starannie w specjalnie w tym celu nabytych pudełkach. Kiedy nocowało się w posiadłości Lanckorońskich, nie dało się tego uniknąć (oczywiście pod warunkiem, że się było mężczyzną): rozkoszując się mocnym cygarem i kieliszkiem dobrego wina, prowadzono - z dagerotypami na stole - niekończące się rozmowy o dalekich podróżach Karola, jego egzotycznych ekspedycjach i zamiłowaniu do sztuk pięknych.
Lecz kiedy ojciec ze swoimi gośćmi siedział w salonie, pijąc kawę lub gdy udawał się w interesach do Lwowa albo wyruszał na polowanie na niedźwiedzia, Karolina miała cały pokój fotograficzny dla siebie i mogła przesiadywać w nim godzinami. Na jej prośbę pan Chotyniecki wyciągał jedno pudełko po drugim - niektóre wykonane z zielonego kartonu w marmurkowy wzór, inne z kolei jasnoczerwone albo czarne, część z nich była opatrzona napisami tłoczonymi złotem. Każde pudełko stanowiło machinę czasu, pachnącą dalekimi stronami i minionymi epokami. Godzinami można było zagłębiać się w pudełku AZJA MNIEJSZA, pełnym zdjęć drewnianych rzeźb, tajemniczych mieszkań i kobiet w egzotycznych strojach. W innym Karolina znajdowała fotografie świętych drzew z Anuradhapury, posągów Buddy, zarośniętych bujną zielenią świątyń. Oglądała góry lodowe, słonie, wodospady. Statki parowe, wiadukty kolejowe, pałace upiorów. Najbardziej jednak lubiła pudełka z reprodukcjami dzieł sztuki, które pan Chotyniecki starannie uporządkował według kraju, szkoły i epoki. Przez jej ręce przechodziły ołtarze, gobeliny, miniatury. Studiowała obrazy i rzeźby, a także kolekcje muzealne. Błądziła po Luwrze i Prado, przechadzała się przed freskami Michała Anioła w Kaplicy Sykstyńskiej i spacerowała po barokowych kościołach Rzymu. A niekiedy z pudełek wyłaniały się Rembrandty, obrazy, które wisiały na ścianie wiedeńskiego domu, lecz tutaj, w Rozdole, odbito je w sepii i naklejono na szary karton: Dziewczyna w ramie obrazu oraz Uczony przy pulpicie.
Przypisy
Teczka KIEDYŚ
[1] Rembrandt van Rijn (1606-1669), Dziewczyna w ramie obrazu, 1641, olej na desce topolowej, 105,5 × 76,3 cm, nr inw. ZKW/3906, Zamek Królewski w Warszawie; Uczony przy pulpicie, 1641, olej na desce topolowej, 105,7 × 76,3 cm, nr inw. ZKW/3905, Zamek Królewski w Warszawie.
[2] Dar prof. Lanckorońskiej, [w:] "Gazeta Wyborcza", 27 października 1994.
[3] Łukasz Gołębiewski, Obrazy Rembrandta wróciły do Polski, [w:] "Rzeczpospolita", 27 października 1994.
Kopuły Rzymu
[1] Lanckorońska do Wałęsy, 8 września 1994, AL RXIX/5D.
[2] Jacek Malczewski (1854-1929), Karol Lanckoroński (1854-1933) w gabinecie w Rozdole, 1892, olej na desce, 24 × 32,2 cm, Zamek Królewski na Wawelu, Kraków, nr inw. 8628.
1. Narodziny olbrzymki
Informacje o życiu Karola Lanckorońskiego w dużej mierze bazują na Winiewicz-Wolskiej 2010. Opisy Rozdołu - na Lanckorońskiej 2005, materiale zdjęciowym z Fototeki Lanckorońskich i moich wizytach w Rozdole w 2015 i 2017 roku. Dieter i Gertraud Bognerowie, obecni mieszkańcy Schloss Buchberg, oprowadzili mnie po pałacu latem 2017 roku.
[1] Winiewicz-Wolska 2010, 217.
[2] www.pauart.pl: Fototeka Lanckorońskich.
[3] Lanckorońska 2005, 12.
[6] Tamże, 40. Rysunki Jacka Malczewskiego znajdują się w Zamku Królewskim na Wawelu w Krakowie.
[7] Jacek Malczewski (1854-1929), Margarethe z Lichnowskich Lanckorońska (1863-1954) z córką Karoliną (1898-2002), około 1900, olej na płótnie, 69,8 x 53,3 cm, nr inw. KB-3406/ZN-72; Karol Lanckoroński (1843-1933) z małżonką Margarethe z Lichnowskich Lanckorońską (1863-1954) i córką Karoliną (1898-2002), olej na płótnie, wymiary nieznane, Muzeum Miasta Drohobycz.
[8] Jacek Malczewski (1854-1929), Tonio Lanckoroński, 1905, olej na płótnie, wymiary nieznane, kolekcja Narodowego Banku Polskiego w Warszawie.
[9] Jacek Malczewski (1854-1929), Karol Lanckoroński (1848-1933) z żoną Margarethe z Lichnowskich (1863-1954), 1905, olej na płótnie, 60 × 100 cm, Lwowska Galeria Sztuki, nr inw. ZH 5312.
[10] Jacek Malczewski (1854-1929), Karolina (1898-2002) i Adelajda (1905-1980) Lanckorońskie, 1905, olej na płótnie, 45 × 54 cm, własność Fundacji Pinińskich, Liechtenstein.