Bledsoe, Georgia
Bledsoe, Georgia
Pierwsza warstwa wody wydaje się tak gorąca jak w wannie. Jest ciężka, chociaż znajduje się na
powierzchni. Z wodą jest jak z powietrzem: ciepło utrzymuje się na
górze, a chłód na dole. Ale na mokradłach wszędzie jest płytko. I wszędzie gorąco. Jest jak w furii, pasji, gorączce.
W wodzie pełno jest tego, co do niej wpadło, i tego, co z niej wyrasta.
Dno w dotyku przypomina stary chleb - taki, który leżał pod cieknącym
szlauchem. Wszystko tu pulsuje życiem, a żar można dostrzec gołym okiem.
Wydobywają się z niego swoiste wibracje, jak z bębna położonego na
kuchence. Można by gotować i grać jednocześnie. Natomiast muchy tego nie
czują, mogłyby deptać po ogniu.
Stało się to dwa razy - odkrycie czyjegoś sekretu. Najpierw był
mężczyzna i kobieta, dawno temu. To na nich pierwszych się tu natknięto.
On położył ją na mokradłach, wolno, jakby ją im przedstawiał - swój
skarb. Jej włosy opadły na powierzchnię wody i wystraszyły owady, które
rozbiegły się w panice w stu różnych kierunkach. Kiedy skończyli,
kobieta była mokra od stóp do głów. On także, z tym że nie miał, jak
ona, długich włosów, które rozpływałyby się na wodzie jak plama oleju.
Ale to i tak nie miało znaczenia - bo w Bledsoe powietrze było tak gęste
od wilgoci, że nikt nie rozpoznałby, czy człowiek jest mokry, czy tylko
się spocił. Więc kto miałby zwrócić uwagę na to, że oni byli mokrzy?
Ludzie tutaj spędzają pół życia jak ryby. Miasto w zasadzie stoi na
wodzie.
Obserwowano ich. Dwie kobiety: jedna, którą to obchodziło, i druga,
której było obojętne. Ta druga wyjrzała przez okno w domu, któremu
opadła szczęka - bo jego taras był na wpół zsunięty do wody - a potem
zaciągnęła zasłony. Jeśli mieszkasz tak daleko od innych, zazwyczaj
pilnujesz własnego nosa. A jeśli nie jesteś wystarczająco ostrożny,
upomną się o ciebie kłopoty. A znajdą cię z łatwością.
Jednak był tam też ktoś inny. Gdyby nie drzewa, kłoć, grube trzciny i patykowate rośliny kołyszące się w wilgotnym powietrzu, zauważyliby ją,
stojącą samotnie we mgle. Tę, którą obchodziło. Obserwowała ich jak
światło w ciemnym pokoju. Wyglądała jak czapla, z nieruchomą twarzą,
skierowaną na mężczyznę i kobietę o długich czarnych włosach. Twarz
obserwatorki nawet drgała jak u ptaka. A ona była mokra tylko do kolan;
nikt nie położył jej w wodzie dla ochłody. Nie było tam nikogo. Gdyby
się zanurzyła, mogłaby skwierczeć z gorąca. A nawet pęknąć.
Podmuch wiatru poruszył trawami i wszystko nagle zaczęło śpiewać i tańczyć, ale zaraz powróciło do bezruchu, jakby to była tylko próba
przedstawienia. Wzięły w niej udział te rzeczy, które mają korzenie,
oraz gorące powietrze, prosto z ust Boga, który potem nagle przestał
dmuchać na ziemię. Znów wszystko ucichło, choć nie całkiem. Woda
potknęła się o samą siebie i wpadała na wszystko wokół. Ptaki nurkowały
i śpiewały, podskakiwały i dziobały, unosząc się na wodzie wraz z owadami - całe ich mnóstwo. Przy nieodpowiednim świetle ktoś mógłby
pomyśleć, że patrzy przez moskitierę. Bo w powietrzu unosiło się niemal
tyle samo wody, co na mokradłach; ledwo można było coś przez nią
dojrzeć, nawet jeśli mocno zmrużyło się oczy. Była jak gruby opatrunek
na ranie, której jeszcze nie było czuć, ale która już zaczynała się
goić.
To było dawno temu. Teraz wirują tu inne wody, inne owady, inne ptaki,
inni chłopcy i dziewczęta, ale to samo światło świeci w ciemności -
stojąca w oddali kobieta-czapla, która natknęła się znów na coś, czego
nie chciała widzieć. I znów oglądała.
On jednak nie zanurzył swojej pani w wodzie, jakby nakładał śmietankę na
jedwab. Nie pociągnął jej w górę, owijając sobie w pasie jej nogi, jak
tamta dwójka. Kiedy włożył ją do wody, ona już się nie ruszała. Trwała w zawieszeniu. Dryfowała na wodzie.
Rozdział 1
Rozdział 1
Byłam malutka, kiedy wprowadziliśmy się na Hack Road. Nie pamiętam nic z czasu, kiedy byłam niemowlęciem, ani z przeprowadzki, tylko to, że
mieszkam tutaj od zawsze. Tata zbudował nasz dom sam i to "bez niczyjej
pomocy!". A nie była to prawda, bo miał mnóstwo pomocy, ale mówił tak,
bo to było dokładnie w stylu Whitakerów. Także ja przypisywałam sobie
nieraz czyjeś zasługi, chociaż nie ruszyłam w ich kierunku nawet palcem.
Kiedyś oznajmiłam, że cięłam stal na most Walton Waterway, dzięki
któremu zwiększyła się gęstość zaludnienia w zatoce. A nie było mnie
wtedy nawet na świecie.
Mieszkaliśmy daleko od głównej drogi, ale ponieważ w Bledsoe trudno było
zdobyć adres, więc po prostu mówiliśmy, że mieszkamy przy niej.
Wymyśliliśmy sobie nawet adres: 1234 Hack Road. Nic nas nie ograniczało.
Chociaż o wyobraźnię tutaj też było trudno.
Byliśmy daleko w tyle, ukrywaliśmy się pod dużym dębem, który mama
nazywała oplątwą. Była kruchą kobietą, którą niezbyt chętnie
wyprowadzano z błędu. Nikt nie kwapił się, żeby powiedzieć jej: "To
przecież dąb". Milczeliśmy, kiedy się myliła, bo mogłaby rozpaść się na
kawałki.
Nasza rodzina była raczej samotna. Nie było wokół nas zbyt wielu osób,
które mówiłyby nam, jakie są właściwe nazwy drzew czy inne przydatne
rzeczy. Mama była najcichszą kobietą ze wszystkich, jakie znał ojciec,
ciągle o tym mówił.
- Sue-Bess, jesteś najcichszą kobietą, jaką znam.
A ona kiwała w milczeniu głową z nadzieją, że utrzyma ten tytuł.
Nie daje się już dzieciom takich imion jak Sue-Bess. Kiedyś było
prościej, ale potem wszystko skomplikowały myślniki i niezręczne
połączenia. Teraz jesteśmy ludźmi o jednym imieniu, z wyjątkiem mojej
siostry Sarah-Anne, która dostała dodatkowe imię z powodu swoich włosów.
Blond zawsze robił pozytywne wrażenie na mamie. A dla takich włosów
jedno imię to za mało. Ja nazywam się Kay - kolor mysi dostał tylko trzy
litery.
Moi bracia to Peter i Freddy. A siostra, która zmarła, miała na imię
Elizabeth. Miałam wtedy prawie dwa lata. Sarah-Anne prawie cztery. A Elizabeth zmarła, bo urodziła się za wcześnie. Ja urodziłam się
dokładnie w dniu, w którym powinnam była. Gdybym tylko wiedziała, co się
stanie z Elizabeth, gdy wyskoczy przed swoim czasem, kazałabym jej
zostać w środku. Elizabeth była ostatnią szansą rodziców. Whitakerowie
nie mieli już więcej dzieci po tym, jak zebraliśmy się na jej pogrzebie
na podwórku pod dębem. Pod oplątwą.
Mieszkaliśmy w Bledsoe w stanie Georgia. To jednocześnie miejsce i sprawca. Wiem, że są cztery pory roku, ale pamiętam tylko ten upał i zepsucie oraz ludzi siedzących bez celu. Wewnątrz, na zewnątrz, pod
drzewem, na drzewie, z zimnymi napojami w szklankach, które pociły im
się w dłoniach, z mokrymi szmatkami na spoconych głowach, ze stopami w wiadrach z wodą i lodem (faworyt taty) albo leżących i na wpół żywych,
smażących się jak prosiak na ruszcie. Błagających Boga o chociaż jedną
chmurę.
Dorośli uwielbiają rozmawiać o pogodzie, ale w Bledsoe robiły to też
dzieci. Przez upał nauczyliśmy się wielu nowych słów, których z pasją
używaliśmy. Kiedy słyszałam, jak dorośli mówią, że jest ciepło oraz że
potrzeba deszczu albo "roztopimy się" czy "drzewa się poprzewracają",
albo "korzenie wyschną" lub "ten pył zadusi nas na śmierć", albo jeszcze
inne takie rzeczy, czułam się w obowiązku dołączyć do nich. Mówiłam na
przykład: "O rety! Gorąco, jak diabli!", "Cała płonę!", "Podeszwy mi się
dziś topią jak masło!", "Więcej potu niż rozumu!". Raz też powiedziałam,
że "jest kurewsko gorąco", ale dostałam za to w twarz. Długo potem
jeszcze bolała mnie szczęka. Ale dzięki temu stałam się przykładna.
Przykładnie milcząca. W domu to tata zajmował się razami, a mama dawała
dobry przykład.
Bieg z Hack Road do domu zajmował dobre sześć minut. Raz zmierzyłam
sobie czas stoperem w zegarku, który mój najstarszy brat Peter dostał na
Gwiazdkę. Przez pewien czas mierzył wtedy wszystko - nawet ile czasu
szedł do łazienki i to w obie strony, ale tata położył temu kres i zmiótł zegarek mokrą szmatą. Miałam osiem lat, kiedy brat dostał ten
zegarek, dziesięć, kiedy zmierzyłam sobie czas biegu z Hack Road do
domu, a dwanaście, kiedy zmierzyłam czas z naszego domu do innego, o którym nawet nie wiedziałam, że istnieje, i co zajęło dokładnie
dziewiętnaście minut z Hack Road i trzynaście z naszego domu.
- Sprawdzę, jak daleko dam radę biec bez zatrzymywania! - krzyknęłam
któregoś popołudnia do Petera.
- Jak se chcesz, tylko nie umrzyj z przegrzania.
To było w sierpniu. Wtedy właśnie robi się nieco poważniej. Normalnie da
się przetrwać lipiec, udając, że lubi się upał, i brodząc w słonej
wodzie na mokradłach, z ich śliskim dnem.
- Miło jest! - powiedziałam sama nie wiem do kogo. - Rześko! Ciepło
dobrze robi na duszę!
Czasami siadałam w potoku, który prowadzi aż do rzeki Dune, i pozwalałam
wodzie płynąć po częściach intymnych, które są zdecydowanie najgorętszą
częścią ciała, poza głową. Ale od sierpnia żadna z powyższych metod nie
działała. Człowiek był wtedy tak gorący jak fajerwerk i nawet noc już
nie chłodziła. Mieszkaliśmy na ciągnącej się całe kilometry linii
brzegowej, ale bez żadnych plaż - była tylko ziemia, która znikała w cieczy. W Bledsoe nie było białego piasku i nikt tam nie przyjeżdżał na
wakacje. Ocean służył tylko do wędkowania i samotności.
Freddy był ode mnie półtora roku starszy, więc byliśmy zbyt zbliżeni
wiekiem, żeby się lubić. Peter był starszy o prawie cztery lata i miał
na mnie dobry wpływ. Sarah-Anne była pośrodku między chłopcami. Rodzice
z pewnością nie próżnowali. Bo wszyscy byliśmy zbliżeni wiekiem i na tej
gołej ziemi nie mieliśmy zbyt dużo do roboty. Często zachowywaliśmy się
jak hałastra. I za każdym razem tata kazał nam "ostudzić silniki" i wyganiał na dwór, żebyśmy nie przeszkadzali mamie, która prawie zawsze
była w pewnym delikatnym stanie. Sarah-Anne nie dotyczyły zbiorowe kary
- pewnie ze względu na włosy.
- W następnym roku pobiegnę w wyścigach - powiedziałam, rozciągając
mięśnie w ramach rozgrzewki przed biegiem na czas.
- Biegi w podstawówce to żart - odpowiedział Peter. Sam grał w koszykówkę w szkolnej drużynie, co z kolei nie było żartem. Film
Mistrzowski rzut oglądaliśmy przynajmniej cztery razy w tygodniu.
Peter powiedział kiedyś, że jak będzie brał ślub, to chciałby iść do
ołtarza przy wtórze piosenki z tego filmu.
- Ale tatowie to pijacy! - spierałam się wtedy.
- Dużo ludzi to pijacy, Kay - odpowiedział Freddy.
Freddy czytał więcej niż większość ludzi i z tego powodu, a także przez
inne wady charakteru, był mądralą. Potrafił człowieka rozdrażnić albo
uspokoić swoją wiedzą. Nie, nie można umrzeć od wstrzymywania siusiu;
tak, wielu ludzi boi się, że kopnie ich koń; nie, wada zgryzu to nie
poważny przypadek medyczny; tak, alkohol może zabić, jeśli się go żłopie
jak świnia; nie, Sarah-Anne nie była niema.
Strach i wstręt do alkoholizmu były popularnymi tematami rozmów w naszym
domu. Mama wychowywała się z "bandą pijaków", więc w tych niewielu
słowach kierowanych do nas często opowiadała o tym, co z człowiekiem
może zrobić butelka. Byłam tak bardzo przekonana, że alkohol jest
źródłem wszelkich kłopotów, że nawet opowiadałam ludziom, że pies
sąsiadów był pijakiem.
- Pies pijak! - krzyczałam, kiedy ten wstrętny kundel zaczynał szczekać
na cały regulator o szóstej rano.
Tata kazał mi ściszyć głos. Sąsiedzi mieszkali niemal dwa kilometry od
nas, ale ich pies lubił sikać na nasze chwasty. Często widywaliśmy go z nogą podniesioną do góry i otwartym pyskiem, jakby się czymś dusił. Mimo
tego, że był totalnym wrzodem na dupie, tata nie pozwalał, żebym na
niego wrzeszczała. Jeden z braci, którzy mieszkali po sąsiedzku, miał
karabin AK. Tata mówił, że słyszał, jak z niego strzelali, kiedy
myśleli, że nie ma nas w domu.
- Nigdy się nie upiję - obiecywałam często i głośno. Kiedy zarzekaliśmy
się, że będziemy unikać zła, mama miała zadowoloną minę, która pasowała
do jej letniej sukienki.
Ruszyłam na sygnał zegarka. Peter powiedział: "leć!" i przyglądał mi się
w dużym skupieniu.
Biegłam szybko, ale nie z całych sił. Wiedziałam, że muszę utrzymywać
odpowiednie tempo, bo planowałam biec przynajmniej przez pół godziny.
Bledsoe jest położone na terenie płaskim jak stół. Ciągnie się i ciągnie, ale nie ma żadnych widoków. Człowiek może zobaczyć przed sobą
co najwyżej niskie krzaki. Większość naszej działki to piasek. Kiedyś na
lewo od domu był kawałek z dobrą glebą, taką, na której mogłyby rosnąć
brzoskwinie i borówki. Im bardziej człowiek oddalał się od naszej
posesji, tym bliżej znajdował się mokradeł. Tam właśnie bieg zaczynał
robić się nieco problematyczny. Kiedy byłam w trzeciej klasie, mój
kolega - Martin Brown - miał łóżko wodne, na którym turlaliśmy się na
zmianę, kiedy go odwiedzaliśmy. Zapraszał wszystkie dzieciaki z klasy i rozdawał mrożone batony Butterfinger z lodówki rodziców, jakby nam
płacił za czas, jaki z nim spędzamy. Kiedy już wylizaliśmy dłonie i nie
było już więcej batonów, szliśmy się bawić na tym łóżku. Miałam ogromne
kłopoty ze wstawaniem z tego cholerstwa. Jakkolwiek bym się starała, to
i tak za każdym razem wpadałam jeszcze głębiej. Tak właśnie czułam się,
kiedy biegałam po mokradłach. Wieczność zajmowało mi znalezienie
twardego podłoża, gdzie można by postawić stopę, ale im głębiej się
zapadła, tym trudniej było ją wyciągnąć i dalej szukać miejsca na
kolejny krok. Miałam wrażenie, że Bledsoe przypomina ruchome piaski.
Kiedyś próbowałam przebiec po łóżku Martina. Uczucie miałam takie,
jakbym przejeżdżała po nim ciężarówką z przebitą dętką, w której prawie
nie ma powietrza. Było to, cholera, niemal niemożliwe. I miałam rację -
uczucie było identyczne jak podczas biegu po mokradłach za domem.
Latem rzadko nosiliśmy buty, przede wszystkim z powodu upału oraz
dlatego, że jak odeszło się od domu, kończyło się w wodzie. Kiedy
byliśmy mali, śmiertelnie baliśmy się aligatorów (według Freddy'ego
powszechny jest strach przed nimi, a nie przed ich atakiem), jednak z wiekiem zrozumieliśmy, że nic nam nie zrobią, jeśli będziemy biegli. Bo
dopiero kiedy się zatrzymasz i gapisz, ujawniasz swoją słabość - a jest
nią ciało i kości. I krew.
Zawsze nosiłam sukienki. Sarah-Anne też. Szyła je dla nas mama. I dla
siebie też. Potrafiła uszyć tylko jedną rzecz, dlatego miałyśmy
kilkadziesiąt sukienek o identycznym kroju, tylko z różnych tkanin.
Oczywiście te mamy były większe od moich, ale Sarah-Anne nosiła ten sam
rozmiar. Nie rosła tak szybko jak ja. Raczej jak przestraszony ziemniak
- chowający się w ziemi razem z innymi ziemniakami, bojącymi się pokazać
twarz. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego jemy brudne korzenie. Sarah-Anne
była jak małe krecie dziecko.
Wydawało mi się, że biegnę już godzinę, a potem zaczęłam się
zastanawiać, skąd Peter będzie wiedział, kiedy ma zatrzymać stoper,
jeśli dotrę do miejsca, gdzie już nie da się biec. Pod stopami miałam
same mokradła. Mama i tata mówią, że nie powinniśmy włóczyć się po nich,
bo są tam węże i wielkie jak dłoń owady, których nazw nikt nie zna, oraz
rośliny tak ostre, że można stracić palec, jeśli źle się postawi stopę,
oraz dlatego, że nie wiadomo, kto tam mieszka. Podkreślali zwłaszcza tę
drugą część. Według nich obcy byli gorsi od dziczy. Tak już mieli
zakodowane.
Robiło się coraz głębiej i miałam już przemoczony dół sukienki.
Zatrzymałam się, żeby złapać oddech, uznając, że kilka sekund na
poprawienie ubrań i podciągnięcie majtek to nie oszustwo. Usłyszałam,
jakby ktoś grał na zepsutych skrzypcach, gdzieś niedaleko. Zamarłam.
- Peter! - krzyknęłam. Muzyka natychmiast ucichła. A ja pozostawałam bez
ruchu, uświadomiwszy sobie, że coś usłyszałam oraz że już tego nie
słyszę.
- Peter! - zawołałam znowu. Pojawił się jakiś szelest, a potem dźwięk
chlapania, niecałe dwadzieścia metrów przede mną. Z początku nic nie
widziałam poza rozległymi trawami morskimi. Ale potem dojrzałam chłopca
mniej więcej w moim wieku. Na początku wtopił się w tło, ale kiedy
zwolnił mi oddech, byłam w stanie dojrzeć jego sylwetkę. Patrzył na mnie
z durnym uśmieszkiem na twarzy. Gdybym nie wiedziała, że to nieprawda,
pomyślałabym, że na mnie czekał, ale jego uśmiech nieco zbladł, kiedy mi
się przyjrzał. Nie chciałam zawieść kogoś, kto tak lubi stać w wodzie,
więc pomachałam do niego. Chłopak zrobił parę kroków w tył i usiadł na
nierównym pniu, a potem z ociąganiem podniósł rękę z wymuszonym
przywitaniem. W drugiej dłoni trzymał gitarę, stopy zaś trzymał w wodzie. Pomachałam znowu, nie wiedząc, co powinnam zrobić dalej. Chłopak
nie wyglądał ani trochę znajomo. W Bledsoe znaliśmy wszystkich mniej lub
bardziej, więc była to dla mnie ciekawostka.
- Co to? - zapytałam, wskazując na gitarę. Dobrze wiedziałam, że to
gitara, ale chciałam zapytać, co z nią robił pośród mokradeł.
- Gitara - odpowiedział, wzruszając ramionami. Przez sekundę spojrzał na
coś za mną.
- Tak, ale co z nią tutaj robisz? Chyba nie grasz na niej jak trzeba.
Brzmi marnie - chłopak znów spojrzał za mnie. - Jestem sama -
zapewniłam. - Nikogo tam nie ma.
Chłopak potrząsnął lekko głową, jakby chciał się otrząsnąć.
- Brakuje paru strun - odpowiedział, podnosząc gitarę, po czym,
wskazując palcem w lewo, dodał: - tam mieszkam.
Odwróciłam się i zobaczyłam mały domek na palach przypominający damę w szpilkach siedzącą ot tak, pośród trzcin. A za nią gęstwinę namorzynów,
których moja mama szczerze nienawidziła. Mówiła, że to wbrew naturze,
żeby drzewo rosło na wodzie. Sama zazwyczaj wzdrygałam się na ich widok,
naśladując mamę. Ona potrafi robić to tak dobrze, że umiałaby strząsnąć
skrzydełka z biedronki. Nie wyglądało na to, że chłopak powie jeszcze
cokolwiek, co przy tej pogodzie nie było niczym niezwykłym. Pod koniec
sierpnia słowa padały bardzo rzadko bez klimatyzacji czy chociaż
nadziei.
- To dziwny dom - zwróciłam się do jego palca wskazującego.
- Strasznie jesteś spocona - odpowiedział z uśmiechem.
Pomyślałam, że może ludzie, którzy żyją tak głęboko na mokradłach, nie
mają manier. Wiem, że ja ich nie mam, a mieszkam przy drodze.
- Biegłam jak szalona - wytłumaczyłam. - Przebiegłam przynajmniej osiem
kilometrów.
Tak po prawdzie, to nie miałam pojęcia, ile przebiegłam, ale osiem
kilometrów wydawało się odpowiednim wytłumaczeniem potu.
- Tak czy siak, tutaj jest prawie sama woda. Mieszkasz na kupie wody.
- No i co z tego? - znów wzruszył ramionami. Był błyszczący jak ładna
muszelka. Włosy miał tego samego koloru co skóra, jasnobrązowe.
Zauważyłam, że jego brwi były niemal białe. Wiedziałam od małego, że
kiedy owłosienie twarzy jest jaśniejsze od skóry, oznacza to, że ktoś
spędza za dużo czasu na słońcu.
- Nie ma tu cienia - mówiłam dalej, nie odnosząc się bezpośrednio do
jego brwi. - Znaczy tam, w drzewach jest, ale tam może być głęboko albo...
- No i?
- Co z tego? To twoje ulubione pytanie? - położyłam dłonie na biodrach,
zwinąwszy je w piąstki, dociskając je do kości. Freddy mówi na mnie
"koścista dziewucha", nawiązując do mojej szczupłości. A ja nazywam
Freddy'ego "pierdolonym wiadrem", kiedy mam pewność, że nie słyszy. Mam
coś z tym przeklinaniem, jakbym się urodziła z przekleństwem na ustach,
które nie mogło się doczekać, żeby wyjść na świat wraz z moim pierwszym
oddechem.
- Nie, ale mówisz mi o rzeczach, które wiem. Nieważne...
- Nie chodzisz ze mną do szkoły, prawda? - zapytałam.
- Nie chodzę do szkoły. Już.
- Dlaczego?
- Wyprowadziliśmy się, ale potem tu wróciliśmy, i po prostu nie zacząłem
znowu chodzić do szkoły - wzruszył ramionami i ponownie posłał mi
uginający kolana uśmiech.
- Moja siostra też już nie chodzi do szkoły - stwierdziłam.
- OK.
- Ale ona nie gra na gitarze.
- Nie - powiedział, jakby miał jakiekolwiek pojęcie na ten temat.
- A gdzie byłeś? Kiedy się wyprowadziłeś?
- W Kalifornii.
- Kalifornii? - niemal krzyknęłam. - To po drugiej stronie Ameryki!
- No - kiwnął głową.
- I pojechałeś do Kalifornii, a kiedy wróciłeś, nie chodziłeś już do
szkoły?
- Na to wygląda.
Wstał, kiedy zadawałam mu ostatnie pytanie, i teraz przeniósł ciężar na
drugą nogę. Staliśmy w wodzie, która unosiła się i opadała przy wtórze
szemrzącego wiatru, który potrząsał trzcinami. Za lewym ramieniem
chłopaka dojrzałam ibisa. Ptak przechylił głowę, zaciekawiony. Na
mokradłach żyły miliony ptaków, a mnie nigdy nie nudziło obserwowanie
ich śmiesznych ruchów.
- Muszę iść do domu - poinformował mnie.
- A gdzie mieszkasz? - zapytałam z nadzieją, że opóźnię ten moment.
- Tam - wskazał niecierpliwie. - Przecież już mówiłem.
- A z kim mieszkasz? Kto nie zmusza cię do chodzenia do szkoły?
- Z tatą.
- A gdzie twoja mama?
- Zmarła, kiedy byłem mały. Słuchaj, muszę już iść - odwrócił się i ruszył szybko, ściskając w dłoni swoją gitarę.
- Jak masz na imię? - zawołałam za nim.
- Andy! - odpowiedział, biegnąc i rozchlapując wodę, tak że
rozpryskiwała mu się wokół talii, a potem zniknął za gęstwiną pałek
wodnych. Żeby dostać się do czegoś, co na moje oko wyglądało jak weranda
(nie większa od papierka po cukierku), musiał się wspiąć po drabinie.
Dom miał kształt kwadratu. Nie widziałam tam nikogo więcej, a jedynie
małą łódkę z wiatrakiem w roli silnika - taką, jakiej używa policja,
kiedy szuka kogoś, kto mógł się utopić, albo czegoś, co ktoś ukrył.
Wygląda na to, że na wewnętrznej przybrzeżnej drodze wodnej ludzie co
drugi miesiąc wrzucali do wody narkotyki. To jedyne, co działo się tu w promieniu stu kilometrów.
- Andy - powtórzyłam sama do siebie, patrząc, jak znika w tym pudełeczku
na obcasach. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że czekał tam na mnie. Albo
na kogoś innego.
Rozdział 2
Rozdział 2
Byłam tak zmęczona, że mogłam się położyć i po prostu zasnąć, ale
odwróciłam się i zaczęłam biec z powrotem do Hack Road, zdeterminowana,
żeby udowodnić, że nadaję się do drużyny lekkoatletycznej, oraz żeby
opowiedzieć braciom o nowym sąsiedzie i jego śmiesznym domu. Parłam do
przodu z urywanym oddechem i dudnieniem w klatce piersiowej, jakby ktoś
uderzał młotem w rozgrzany beton. Wreszcie woda zaczęła ustępować i wkrótce znów byłam na piasku, który wolno zmienił się w trawę, a potem w chwasty i wreszcie w dzikie kwiaty i ostre łodyżki kociej trawy. Z radości uniosłam w górę ramiona i biegłam dalej, a w płucach czułam
palenie, jakby ktoś siekierą usiłował rozłupać żelazo. O tej porze roku
dziewczęce głowy pełne były łomotu i żaru.
- Cholera! - wrzasnął na mnie Peter, kiedy wyszłam zza rogu domu. - Jak
daleko pobiegłaś?
- Poznałam chłopca, który tam mieszka, jakieś sto kilometrów mokradłami
stąd - zaskrzeczałam, łapiąc oddech.
Peter się skrzywił.
- Kogo? - zapytał po dłuższym zastanowieniu.
- Ma na imię Andy - odpowiedziałam. - Ich dom jest tamój!
- Przestań się drzeć, Kay - burknął, po czym zamilkł; jakoś dużo dzisiaj
rozmyślał. - I tak nie powinnaś tam chodzić. Trzymaj się z dala od
obcych.
- Za cholerę! Jak długo biegłam?
- Naprawdę długo - odparł Peter. - W naszym wieku?
- Raczej w moim.
- Aha.
- Mieszka z tatą.
Peter zmarszczył brwi, jakby zastanawiał się nad kwadratowymi korzeniami
albo nazwą stolicy Rosji, czy czymś innym, równie zagadkowym.
- Taaak.
- Nie kłamałabym. Nie biegłam przez cały ten czas, bo spotkałam Andy'ego
i rozmawialiśmy, a gatki wcięły mi się w tyłek. Grał na gitarze, a mieszka z tatą, bo mama mu zmarła. Są z Kalifornii - mówiłam na jednym
wydechu.
Peter wyglądał na rozzłoszczonego albo zmartwionego. Nie potrafiłam
rozpoznać, bo w naszej rodzinie zawsze chodziło o jedno lub drugie i na
twarzach w obu przypadkach mieliśmy ten sam wyraz.
Sarah-Anne stała na podwórku niedaleko nas jak mała sadzonka, usiłująca
złapać trochę słońca pod grubym baldachimem większych drzew z dłuższymi
gałęziami. Patrzyła na mnie, milcząc, co było dla niej typowe. Była
podobna do mamy, ale nie do końca. Odwróciłam się, nigdy nie lubiłam,
jak ktoś tak mi się przypatrywał. Jej blond włosy pulsowały w słońcu,
ale brwi miała ciemne. To kolejny dziwny szczegół - miała ich mnóstwo.
Sarah-Anne zawsze pozostawała blisko domu i w cieniu. Powiedziała coś
pod nosem. Ale nie zawracałam sobie tym głowy.
- Nie rozmawiaj z obcymi - powiedział Peter, spoglądając na zegarek i wciskając guziki, które ustawiał, żeby pikał krótko albo krótkimi
seriami bądź tymi długimi, denerwującymi.
- On nie jest obcy. To nasz sąsiad.
- My nie mamy sąsiadów - Peter pokręcił głową, po czym wszedł na werandę
i do domu.
Poszłam za nim do środka i natychmiast wybiegłam co sił przez tylną
werandę. Nieważne, że już dziś tyle przebiegłam, mój bak był nadal pełen
paliwa. Stopy i dolne części nóg miałam mokre i całe w trawie, gałązkach
i błocie.
- Jesteś brudna! - Peter wrzasnął za mną.
- Tam mieszka Andy - powiedziałam, wskazując na tył naszej posesji.
Docisnęłam dłoń do moskitiery, która odbiła mi na palcach jasnoczerwone
i perłowobiałe kwadraciki.
- Powiedziałem, że jesteś brudna - zbeształ mnie Peter.
- Nie obchodzi mnie to - wskazałam znów na tył działki.
- Nikt tam nie mieszka, Kay - odezwał się ojciec z salonu, w którym
siedział przyczajony jak jaszczurka z robakiem na języku. - Nikt.
Zajrzałam z werandy, żeby przyjrzeć się jego gniewnej sylwetce. Ramiona
miał zwrócone do przodu, jak człowiek, który całe życie ciężko pracował.
A tak naprawdę, to jego złe nastawienie do życia zmieniło go w takiego
garbusa - nie miało to nic wspólnego z harówką. Freddy przysiadł w fotelu naprzeciwko niego, jak wkurzający ptak, który tylko czeka, aż
stanie się coś ważnego, na przykład odkrycie gigantycznej kolonii
dżdżownic.
- A właśnie, że tak. Widziałam ich dom na wodzie. Andy. Tak ma na imię.
I mieszka z tatą.
Ojciec spojrzał na Petera z ustami zaciśniętymi w dziób. Jego mina
przypominała rączki reklamówki z warzywniaka zawiązane w supeł.
- Trzymaj się od nich z daleka - powiedział, pochylając się do przodu.
Wyglądał bardziej na zmęczonego niż złego.
- Dlaczego? - zapytałam. - Przecież... jest on i tamten z AK. To z kim, do
diabła, mam się tu bawić?
- Nie mówi "do diabła", Kay! - odezwał się Freddy w poczuciu obowiązku i oddania rodzinnym zasadom dotyczącym przekleństw. Przewróciłam oczami i pomyślałam, że powinien sobie wsadzić grabie w dupę. Freddy załaził mi
za skórę częściej niż ktokolwiek inny. Miałam w związku z tym mieszane
uczucia. Czułam się okropnie, z tym że przeważnie miałam ochotę go
zamordować. Więc czasami obejmowałam go ramieniem, jak prawdziwa
kochająca siostra. Potrzebował tego, bo nosił okulary, miał brzydką
fryzurę i nie radził sobie ze sportem. Ale czasami byłam całkiem pewna,
że wolałabym, żeby to on leżał pod tamtym drzewem, a nie Elizabeth. Nie
potrafiłam nazwać wszystkiego, co odczuwałam na 1234 Hack Road. Słowa
czasami zawodzą - nawet mnie, to najszczersza prawda pod Bogiem.
- "Piekło" to też przekleństwo, nawet jeśli jest w Biblii - mówił dalej.
- Zachowaj dla siebie te swoje fakty i liczby! - krzyknęłam.
Freddy miał osobowość podobną do wysypki na tyłku i zastanawiałam się,
czy to dlatego, że jako dziecko dużo chorował. Spędził u lekarza więcej
czasu niż przy piersi, a Sue-Bess była przekonana, że coś jest z nim nie
tak, coś poważnego. Mama zawsze gdzieś go zabierała, żeby ktoś go
obejrzał, dotknął, zbadał, powiedział coś o nim. Freddy był cenną
własnością, którą można było się pochwalić. Jego chorowitość sprawiała,
że był wyjątkowy i ważny. W tamtym czasie mama jeszcze prowadziła
samochód, obejmując szeroko kierownicę drobnymi, ptasimi dłońmi i trzęsąc się, kiedy odjeżdżała spod domu. Prawie codziennie jeździła z Freddym do lekarza, wmawiając pielęgniarkom, że on chyba umiera. Często
musiałam jeździć z nimi. Nie znosiłam tego. Już wtedy widziałam, że
wszyscy myśleli, że jest tak popierdolona, jak dzień jest długi.
Wszystko skończyło się tylko dzięki temu, że zaczęli do nas przychodzić
ludzie ze skargami na nią. Oskarżali mamę o posiadanie syndromu
Münchhausena. Pamiętam, jak podpisywała jakieś dokumenty i że ojciec
przytrzymywał wtedy jej łokieć. Musiała obiecać, że przestanie wozić
Freddy'ego do szpitala za każdym razem, kiedy dopadną ją te jej humory.
Policja powiedziała, że jeśli będzie to robiła dalej, to spotkają się z nią w szpitalu i zabiorą gdzieś i ją, i Freddy'ego. Wtedy zaczęła się
jej głęboka cisza.
Dla mnie to Sarah-Anne wydawała się najbardziej chorowita, ale jej nikt
nie woził do lekarzy, nawet matka z jej syndromem. Mogę tylko założyć,
że jej zdaniem z Sarah-Anne było już zbyt źle, żeby mogła jej pomóc
współczesna medycyna. A poza tym, po Elizabeth, nie ufała już nikomu ze
stetoskopem. Kiedy ja czułam się źle, leczono mnie wazeliną i tabletkami
z sieciowej apteki Walgreens - motto naszej rodziny to "nie ma takiej
rzeczy, której nie da się wyleczyć band-aid".
Z powodu osobowości podobnej do wysypki na tyłku Freddy bywał okrutny.
Często załaził wszystkim za skórę tylko po to, żeby mieć więcej powodów
do wyjaśniania różnych rzeczy. Za domem mieliśmy zamrażarkę
przypominającą trumnę, podłączoną do gniazdka, które wyglądało, jakby
walczyło o życie, zwisając wzdłuż miętowozielonych desek szalunkowych.
Raz, kiedy tata ją opróżnił, żeby pozbyć się jedzenia, które już się do
niczego nie nadawało, weszłam do środka i zamknęłam wieko. Wewnątrz było
mi bardzo dobrze, zważywszy, że był to początek września i na podwórku
było jak w piekarniku, jednak uszczelka w klapie się zassała i trudno
było mi ją otworzyć od środka. I wtedy Freddy, myśląc, że to fajne,
usiadł na klapie, więc waliłam i pchałam, aż w końcu zaczęłam płakać.
Wreszcie zeskoczył i ją otworzył. Zobaczył, jaka byłam zdenerwowana, i powiedział, że w tak krótkim czasie nie mogłam umrzeć.
- Żeby umrzeć z braku tlenu, musiałabyś siedzieć tam znacznie dłużej -
wytłumaczył.
Chyba pokazałam mu środkowy palec i po cichu przyrzekłam, że po kryjomu
umoczę jego szczoteczkę w toalecie. Być może i nie przejął od mamy jej
syndromu, kiedy był w jej łonie, ale jeśli chodzi o mnie, uważam, że
było w nim coś zepsutego. Trucizny nie wychodzą same z ciała - a na
pewno nie całkowicie.
- Dlaczego, kurna, nie mogę się zadawać z Andym? - zapytałam tatę. - Z jakiego, kurna, powodu? Nie zamierzam się, kurna, z nim zadawać, tylko
przyjaźnić - wysunęłam dolną wargę i zmrużyłam oczy.
- Bo ja tak mówię - tata też zmrużył oczy na jedną irytującą sekundę, a potem celowo powoli je otworzył. Jego niezadowolenie było tak ciężkie,
że sofa prawie ugięła się pod jego ciężarem albo po prostu miała się
zaraz rozpaść, jak wszystko w naszym domu.
- Gdzie Sarah-Anne? - zapytał.
Ona była dobrym obiektem do zmiany tematu i wszyscy z tego
korzystaliśmy.
- Stoi na podwórzu jak gałązka w błocie - odpowiedziałam. - Jak zwykle.
- Nie była tam z tobą, co? - pytał dalej, odrobinę zbyt natarczywie.
- A od kiedy ona chodzi gdziekolwiek? Jak powiedziałam... udaje gałązkę na
podwórku.
- OK - odparł, wracając do swojej gazety.
Poszłam za Peterem do kuchni, gdzie mama piła mrożoną herbatę, siedząc
przy stole i patrząc. Mama robiła niewiele poza gapieniem się i chowaniem. Freddy powiedział, że zrobiło się jej tak, kiedy Elizabeth
zmarła w szpitalu, ale Peter mówił, że miała tak już wcześniej. A on
może to pamiętać, bo miał prawie siedem lat, kiedy to się stało. Śmierć
z powodu złego wyczucia czasu może naprawdę dać się we znaki rodzinie.
- O co mu chodzi? - zapytałam Petera, depcząc mu po piętach.
- Nikt już nie mieszka w tamtym domu - powiedziała ostro mama.
- A właśnie, że tak! - krzyknęłam. - Andy!
Twarz jej drgnęła, po czym nas przeprosiła i wyszła z kuchni do
sypialni, która znajdowała się w bocznej części domu. Uznałam, że idzie
patrzeć przez okno. Czasami lubiła to robić sama, a innym razem chciała
patrzeć przy nas. Muszę jej to przyznać - naprawdę wiedziała, jak zabić
czas.
- Czy ty mówisz o małpim domu? - zawołał Freddy z drugiego pokoju.
- Jakim małpim domu? - zapytałam, podekscytowana każdą nową drobinką
informacji. To popołudnie było niemal, cholera, porywające.
- Nie - odpowiedział tata.
- Nie co? - dopytywał Freddy.
- Boże, jakbym gadała z bandą kurczaków, które mówią innym językiem -
powiedziałam, potrząsając z konsternacją głową.
Poszłam do swojego pokoju, bo miałam już dość wyjaśniania powodu swojego
podekscytowania oraz tego, że moje nadzieje na nową przyjaźń zawsze były
niweczone przez idiotów. Usiadłam na łóżku, zerkając na drzewo
Elizabeth. Była to jedyna rzecz, na którą mogłam patrzeć i się nie
denerwować. Czasami nawet poszukiwałam miejsca, w którym Elizabeth
została pogrzebana, chociaż mama mówiła, że nie należy tego robić.
- Daj jej spokój - powiedziała kiedyś. - Niech odpoczywa w cieniu.
Usłyszałam kroki na korytarzu, ciężkie i złe. To tata.
- Czyli wrócili? - powiedział, wszedłszy do sypialni rodziców. -
Sarah-Anne coś mówiła parę dni temu... czy to oni?
Mama odpowiedziała:
- Ach, takie to już moje szczęście - a jej głos załamał się gdzieś
pomiędzy "moje" i "szczęście".
Sue-Bess nigdy nie podnosiła głosu ponad pewien poziom, na emocje
wskazywał natomiast pośpiech w jej głosie.
- Lepiej trzymaj kciuki, że ona mówi nie o nich.
- O kim? - zawołałam od siebie, przekrzykując głośne brzęczenie lodówki.
W naszym domu było wszystko słychać przez ściany, ale lodówka potrafiła
to zagłuszyć. - O kim wy mówicie? I co to małpi dom?
- Nic, Kay - odpowiedział tata, na tyle głośno, żebym zrozumiała, o co
mu chodzi. Na swoich ciężkich jak ołów stopach przeszedł przez kuchnię
do salonu. Był po drugiej stronie domu, a ja nadal patrzyłam na drzewo
Elizabeth. Usłyszałam, jak drzwi do sypialni rodziców się zamykają.
Tamtego dnia mamy już nie zobaczyłam.
Rozdział 3
Rozdział 3
Następnego ranka obudziłam się pełna nadziei i buntu - czyli w najidealniejszym dla mnie połączeniu nastrojów. Ojciec natychmiast
wyczuł mój entuzjazm i kiedy weszłam do kuchni, warknął:
- Jedz.
Zajęłam miejsce, na którym lepiej mogłabym się wiercić; według taty
ciągły ruch był najbardziej denerwującą z moich cech.
- Jedz teraz. Żadnego podjadania przed obiadem.
- Nienawidzę podjadania - zachmurzyłam się. - Dopiero co się obudziłam.
Jeszcze nie jestem głodna - przesunęłam się z krzesłem, które zaszurało
o podłogę.
- Jedz śniadanie! - rozkazał, nie odrywając wzroku od gazety,
przerzucając jej strony i marszcząc brwi na nagłówki artykułów.
Codziennie chodził piechotą do miasta, żeby ją kupić, nie zgadzając się
na opłatę za dostawę w wysokości dolara tygodniowo.
Cykliczne opłaty były wbrew rodzinnej religii.
Lato dobiegało końca, a za rogiem już czekała obietnica i zarazem klątwa
w postaci szkoły. Czasami lubiłam chodzić na lekcje, bo mam skłonność do
nieuleczalnej nudy. Jednak od czasu do czasu myśl o chodzeniu codziennie
w tę i z powrotem z książkami, drugim śniadaniem i lekcjami w głowie
psuła mi humor. A jeszcze bardziej uderzało to we mnie, kiedy pomyślałam
o Andym, który nie musiał chodzić do szkoły. Zastanawiałam się, co on
robi całe dnie.
Sarah-Anne miała nie pójść w tym roku do szkoły - kilka tygodni temu
zakomunikowano nam to przy stole podczas kolacji. Ojciec ogłosił tę
nowinę, jakby informował nas, że startuje na burmistrza. Było to
zdecydowanie ogłoszenie, po którym należało wiwatować, a nie dyskutować,
kwestionować, omawiać czy rozmawiać o tym przy innych. Nie żeby tu byli
jacyś inni.
To nie pierwszy raz, kiedy zabierali ją z publicznego systemu edukacji -
już wcześniej siedziała w domu, mama płakała, a ojciec gadał o władzach
i złych ludziach. Wydaje mi się, że gdyby ktoś z władz przyszedł
kiedykolwiek po mnie, też musiałabym zostać w domu. Wyglądało to zarówno
na gównianą karę, jak i wyjątkowe traktowanie. Z tym że ludzie z władz
mną nie interesowali się nic a nic, ani Peterem czy Freddym; ledwo na
nas spoglądali, kiedy się pojawiali. Wydawało mi się, że wizyty ludzi
pytających o Sarah-Anne trwały od dawna, ale w tym temacie w głowie
miałam tylko zamglone wspomnienia, jakbym założyła okulary z bawełnianych wacików. Gdybym miała kiedykolwiek zostać kryminalistką,
zdecydowanie zrobiłabym to w obecności małych dzieci, bo nie pamiętam,
kurna, nic z czasu, zanim skończyłam pięć lat, nic, co mogłoby mi
uratować życie.
- Chcę gitarę - oznajmiłam, rozsmarowując dżem na toście z masłem. -
Taką dużą.
- A po co? - spytał tata, nie odrywając oczu od gazety.
- Chcę na niej grać.
- To wstąp do szkolnego zespołu.
- Oni nie grają na gitarze.
- To będziesz pierwsza, Kay. Przetrzesz szlak.
- Taa - podniosłam się z krzesła i wrzuciłam do kosza resztę tostu,
licząc na to, że tata nie zauważył, ile go zostało. Zjadłam tylko dwa
gryzy. Nie znosił marnotrawstwa i płacenia za dostawy gazet, oprócz
innych okropnych rzeczy, jak praca albo żona, która się do człowieka
odzywa. Gazeta "Bledsoe Local" i tak była żartem - niewartym papieru, na
którym ją wydrukowano. W całym Bledsoe nie było ani jednej osoby, o której warto by pisać. Nawet jeśli zdarzyło się jakieś morderstwo,
większość ludzi mówiła: "krzyżyk na drogę", zasłużył sobie, kimkolwiek
był... pewnie z chowu wsobnego.
Cały ranek bawiliśmy się z chłopcami przed domem. Tam był cień. W powietrzu czuć było nadchodzący deszcz, a nisko nad głowami wisiał koc z mokrych chmur. Wiedzieliśmy, że po obiedzie możemy utknąć w domu, więc
korzystaliśmy w najlepsze, póki mogliśmy. Jeśli rzeczywiście nadeszłaby
burza, wiedziałam, co na mnie czekało - całe popołudnie nudy oraz
Sarah-Anne obserwująca mnie i drżąca w rogu.
Jednak tymczasem pochłonięta byłam grą w kickballa. Był u nas chłopak ze
szkoły, Cort Hat. Matka podrzuciła go po drodze do warzywniaka. Ciągle
tam jeździła i przesiadywała godzinami. Kiedy wracała, była zazwyczaj
zarumieniona i nie miała ze sobą nic, co powinna mieć, po tak długim
czasie spędzonym na zakupach, oprócz na wpół zjedzonego bochenka chleba
i mleka w czerwonym kubku jednorazowym, jakby je ukradła, nie chcąc
płacić za całą butelkę. Ubrania miała poskręcane, a twarz i nasadę
włosów zlane potem. A raz widziałam stanik Celii Hat na tylnym
siedzeniu, ale tata odgonił mnie zaraz, zanim zdążyłam zapytać, o co tu,
do cholery, chodzi. Myślałam, że może chciała sprzedać stanik za
jedzenie. Ludzie muszą sobie radzić.
Chociaż chyba nie było jej aż tak źle. Pewnego popołudnia złapałam mamę
Corta, jak dawała mojemu tacie jakieś banknoty, kiedy przyjechała zabrać
syna; jej kucyk zsunął się na policzek, a szminkę miała rozmazaną aż po
nos. Zrozumiałam, że się nim opiekowaliśmy. Z tego, co zauważyłam, to za
mniej więcej pięć dolarów za godzinę. I tak Cort był jedynym kolegą,
którego mogliśmy zapraszać. Nie wydawało mi się dziwne, że to dlatego,
że jego mama płaciła nam za opiekę nad nim, podczas gdy sama mordowała
się w sklepie - rodzice zawsze potrzebowali pieniędzy. Mimo to
szczególnie żal mi było Freddy'ego, który o niczym nie wiedział. Lubił
się chwalić mnie oraz wszystkim, którzy w ogóle chcieli go słuchać, że
Cort Hat to jego przyjaciel.
- Hej, a znacie Andy'ego? - spytałam, niosąc piłkę z powrotem na boisko,
które wyznaczyliśmy śmieciami znalezionymi na podwórku.
Tata też był na dworze, gmerał coś przy kosiarce i palił papierosy.
Podniósł wzrok i głośno mnie uciszył:
- Dość, Kay. Jezu, daj już spokój.
Obok niego stała Sarah-Anne, trzymając klucz francuski i zapalniczkę.
- No co? - powiedziałam, robiąc niewinną minkę. Odbiłam piłkę o ziemię i czekałam na odpowiedź.
Sarah-Anne powstrzymywała się od śmiechu w ten jej zabawny sposób, kiedy
zamykała usta i naprawdę mocno zaciskała oczy. Sporo było naprawdę
śmiesznych rzeczy, z których nie wolno było nam się śmiać przy tacie,
więc musieliśmy znaleźć sposób, żeby wyglądać poważnie, nawet jeśli nie
byliśmy poważni. Sarah-Anne lubiła, kiedy męczyłam tatę; trzeba jej
przyznać, że chociaż była dziwna, miała dobre poczucie humoru.
- Andy - powiedziała do taty, który udawał, że ją ignoruje.
- Co? - krzyknęłam znowu.
- Daj spokój, Kay! - wtrącił się niecierpliwie Peter.
- Po prostu przestań - odezwał się ojciec. Wydmuchał dym papierosowy
cienkim strumieniem.
- On mieszka tam - wskazałam znowu. - Andy - nie mogłam się powstrzymać.
- A co ci do tego?
Chłopcy patrzyli na mnie i ojca, kiedy krzyczeliśmy do siebie z dużej
odległości. Sarah-Anne podała mu kolejnego papierosa, mimo że nie
skończył jeszcze palić tego, który zwisał mu z ust. Przyjrzała mi się.
Uśmiechnęłam się do niej, ale tylko trochę, bo nie chciałam, żeby znów
na mnie patrzyła. To jedno robiła. Przyglądała się.
- Możesz wrócić, żebyśmy mogli dalej grać? Potem będzie padało! -
zawołał Peter.
Rzuciłam piłkę do Freddy'ego, który nie trafił w nią stopą i tylko ją
popchnął. Nie było to do końca kopnięcie, ale piłka mimo wszystko
potoczyła się do Petera. Zajęliśmy więc wszyscy pozycje obronne, a Freddy ruszył do pierwszej bazy. Peter chwycił piłkę w dłoń. Był bez
koszulki; miał teraz włosy pod pachami i klatkę piersiową jak mężczyzna,
jakby miał płaskie cycki. Wiele dziewczyn za nim latało, co tata uważał
za stratę czasu. Tylko czyjego, bo nie byłam pewna?
Planowałam, że jak tylko będę wystarczająco duża, też będę ganiała za
chłopakami. Dla mnie to wcale nie była strata czasu. Lubiłam chłopców i kiedy leżałam w łóżku, udawałam, że ich całuję. Chciałam wyjść za mąż
przynajmniej sześć razy, żebym miała za męża sześciu różnych mężczyzn.
Trzech pierwszych miałam już wybranych. Jeden to kolega Petera, Duke.
Myślałam, czy nie dodać do listy Andy'ego, bo podobało mi się, że cały
jest w jednym kolorze, ale musieliśmy przedtem więcej porozmawiać, żebym
się przekonała, czy podoba mi się też jego osobowość. Nie mogłam
dokonywać życiowych wyborów wyłącznie na podstawie wyglądu.
Po kolejnej godzinie, mniej więcej, niebo zaczęło pluć, a potem
przetoczył się grzmot. Mama Corta nie wróciła jeszcze ze sklepu, więc
poszedł z nami do domu.
Dom na Hack Road był gigantycznym pudłem ustawionym na klockach, z drewnianą płytą, która służyła za frontową werandę. Wewnątrz, wokół
kuchni i salonu, znajdowały się nieskładnie poustawiane pokoje.
Ja miałam własny pokój, w zasadzie najmniejszy, bo byłam najmłodsza - a przynajmniej najmłodsza z żyjących - natomiast Peter i Freddy mieli
wspólny pokój. Sarah-Anne mieszkała w korytarzu, gdzie spała na leżance.
Ta przestrzeń była z boku domu, jakby pomiędzy, tak jak Sarah-Anne była
osobą żyjącą pomiędzy - trochę "w" i trochę "poza". Zastanawiałam się,
czy nie była kosmitą żyjącym wśród nas w celach badawczych. Z tym że
wybrała słabe miejsce na szpiegowanie, bo nie mogło być mniej
interesującego miejsca niż Bledsoe.
Peter lubił narzekać, że Freddy i ja jesteśmy właściwie niemal
bliźniętami, dlatego powinniśmy mieć wspólny pokój. Sam chciał mieć
własny tylko dla siebie. Tak czy siak, to Sarah-Anne i Freddy byli
niemal w tym samym wieku. Nie umiałam tego policzyć, ale wydawało mi
się, że musieli dzielić łożysko. Peter wywyższał się za każdym razem,
kiedy wspominałam o tych dziwacznych obliczeniach.
- Tak - mówił. - Bóg to ma wyczucie czasu.
Dziwaczne obliczenia były kolejnym dowodem na to, że moja teoria o pochodzeniu Sarah-Anne z kosmosu była prawdziwa. Nie wydawało mi się
wówczas dziwne, że w ogóle jej nie pilnowaliśmy - bo nie sądziliśmy, że
trzeba. Wyobraźcie sobie, jak się potem zdziwiliśmy.
Tamtego dnia była potworna burza. Popołudnie ciągnęło się w rytmie
bębnienia deszczu o dach pod dryfującymi chmurami, grzmotami i błyskawicami nad mokradłami. Chłopcy oglądali film Mistrzowski rzut i przybijali piątki podczas najlepszych scen. Weszłam do pokoju na samą
końcówkę, podczas finałowego meczu, i siadłam na rozkładanym łóżku,
które stało pod lewą ścianą zabudowanej werandy. Nasza rodzina nie miała
płatnych kanałów telewizyjnych, mieliśmy tylko odtwarzacz wideo. Nasze
filmy musiały być ostatnimi takimi nagraniami na ziemi. Kiedyś
wspomniałam coś koledze w szkole o przewijaniu taśmy, a on zaczął się
śmiać, stwierdzając, że nikt już nie zwija filmów.
- Przewija - poprawiłam go.
Później zapytałam Petera, dlaczego ludzie już nie przewijają filmów.
- Bo mają odtwarzacze DVD. Teraz już nawet nie produkują kaset wideo.
Nigdy więcej nie wspomniałam już o naszym odtwarzaczu ani starych
taśmach, najwyraźniej nie należało się tym chwalić. Później dowiedziałam
się, że tata przywiózł kiedyś do domu karton kaset, które ktoś wystawił
przy śmietniku na Miller Highway. To była właśnie całość naszej
kolekcji. Według Petera tata usunął wcześniej z tego pudła pornosy.
- Uwielbiam ten moment - powiedziałam.
- Cicho - skarcił mnie Peter.
- Jeeezu - jęknęłam jeszcze głośniej.
- Idź sobie, Kay. Zawsze wchodzisz na końcówce filmu. To wkurzające -
dodał Freddy.
- Ale z ciebie zrzęda - odpowiedziałam, podnosząc stopy w górę i machając nimi jak flagami na wietrze. Zauważyłam, że Cort na mnie
patrzy, ale nic nie powiedział. Zawsze odnosiłam wrażenie, że tak
naprawdę chciał tylko już stąd pójść.
- To wkurzające - warknął Peter.
- Nienawidzę braci! - krzyknęłam. Chciałam dodać, że to dotyczy też
przyjaciół braci, ale zrobiło mi się trochę żal Corta, który siedział
jak w więzieniu. Jeśli jego mama potrzebowała pomocy od Whitakerów, to w ich domu musiało być źle jak w czarnej dupie. Podniosłam się z leżanki i poszłam do kuchni, w której przy stole siedzieli rodzice i rozmawiali
cicho, ale z zajadłością i przymrużonymi oczami. Przed mamą leżała
książka, którą trzymała w gotowości, żeby któregoś z nas uciszyć
trafieniem w plecy, kiedy miała już dość, czegokolwiek tam miewała dość.
- Nudzi mi się - powiedziałam, wchodząc do kuchni. Żadne z nich nie
zareagowało. Jakby mnie nie usłyszeli. - Bardzo się nudzę!
Nadal zero reakcji.
Ludzie w tym domu nie słyszą za wiele, jeśli nie chcą. Poza tym nie
dostrzegamy rzeczy, których nie powinniśmy widzieć. Wiedziałam, że ktoś
z władz był u nas dzień wcześniej, ale kiedy ta pani sobie poszła, nikt
o niej nie rozmawiał. Ludzie ciągle do nas przychodzili w sprawie
Sarah-Anne. Wiedziałam, że przychodzili do niej i tylko do niej, bo
tylko ona musiała się wtedy chować. Peter, Freddy i ja mogliśmy kręcić
się jak bażanty na polu z ziemniakami, ale Sarah-Anne musiała znikać. Za
domem. Z pola widzenia.
Widziałam samochód i jakąś panią z dokumentami, miała włosy związane w kok. Widziałam, że mama poszła do sypialni, a tata wybiegł na szutrową
drogę, żeby porozmawiać z tą panią, zanim zbytnio zbliży się do drzwi
wejściowych. Sarah-Anne kazał zamknąć się z Peterem w łazience.
Sarah-Anne nie potrzebowała pomocy w chowaniu się. Peter zabrał ją do
tej łazienki na korytarzu, bo tylko w niej nie było okien. Naprawdę
chciałam komuś opowiedzieć o tych wszystkich dziwactwach, które zaczęłam
dostrzegać w naszym domu; z tym że razem z Freddym mieliśmy jedno, za to
bardzo ważne zadanie: udawać, że nie widzieliśmy ani tych rzeczy, ani
ludzi. Kiedy byliśmy młodsi, bawiliśmy się w szpiegowanie, ale tata nam
tego zakazał, bo bawiliśmy się przy ludziach z władz, którzy czaili się
przy frontowej werandzie z notatnikami i ołówkami za uchem.
- Szpiegowanie to bardzo zła cecha i można sobie przez nią napytać biedy
- powiedział tym swoim głosem złego ogra z bajki. Potrafił robić się
mały, garbaty i wredny, jak fajerwerk tuż przed wystrzeleniem, szukając
pretekstu z przebiegłym uśmieszkiem. - Żadnego szpiegowania - dodał z dłonią uniesioną w górę. W naszym domu można było dostać w głowę za
wiele rzeczy, nawet za złe cechy. Od tamtego czasu stałam się
specjalistką od pozostawania poza zasięgiem słuchu. Kiedy od tak dawna
ignorujesz ważne szczegóły dotyczące swojego życia, tak naprawdę trudno
jest je zacząć z powrotem zauważać. Udawanie głupka jest jak kaszel,
którego nie możesz się pozbyć po tym, jak od miesiąca grzechotał ci w piersi.
Nie lubiłam rozmyślać o tych rzeczach, nawet kiedy złościłam się na
tatę, że nie pozwalał mi zaprzyjaźnić się z Andym i wieść tajemnicze
życie w domu na obcasach. Starałam się zamknąć te myśli w szczelnym
pudełku, ale miałam w głowie wyciek. Kiedy ktoś się u nas zjawiał i od
nagłego poruszenia odzywały się dzwonki wiatrowe, nagle miałam znowu
pięć lat i byłam w samochodzie, którym mama wywoziła mnie i Freddy'ego,
a tata z Sarah-Anne na plecach brodził przez mokradła za domem, podczas
gdy Peter siedział na werandzie przed domem w samych tylko podartych
dżinsowych szortach, udając starszego niż był. Czasami to Peter musiał
rozmawiać z ludźmi ubranymi po miastowemu. Ja tylko patrzyłam na nich
przez tylną szybę, kiedy odjeżdżaliśmy spod domu. Mama raz za razem
zerkała w tylne lusterko. Freddy pociągał nosem, bo często bardzo
chorował, kiedy ktoś się u nas zjawiał. Zwijaliśmy się więc do kliniki,
a Sarah-Anne uśmiechała się w ramionach taty, z głową wiszącą w dół, jak
u żołnierza, który oberwał w dupsko, kiedy znikali za domem. Czasami
musiałam wziąć aż trzy głębokie oddechy i naprawdę długo zaciskać oczy,
żeby pozbyć się z głowy tych obrazów, a czasami nawet i to nie
wystarczało.
- Nudzę się - powiedziałam jeszcze głośniej, usiłując zmusić ich do
odnotowania mojej obecności, i lekko potrzasnęłam głową. Kuchnia okazała
się prawie tak samo mało inspirująca jak Mistrzowski rzut oglądany sto
siódmy raz w tym roku. - Jeeezu - dodałam, aby się upewnić, że
zrozumieją, o co mi chodzi.
- Ty zawsze się nudzisz - odparła mama. Wzięła do ręki książkę. Po tym
jak ktoś z władz pojawił się u nas w domu, mama jeszcze więcej czytała i patrzyła. A ja wiedziałam, że będą kłopoty, kiedy jednocześnie patrzyła
w przestrzeń i czytała, co jest niezłym wyczynem. Sue-Bess trochę
przypominała Andy'ego. Też była w jednym kolorze. Blada z jasnymi
oczami, zawsze wyglądała, jakby została złapana gdzieś pomiędzy snem i jawą; większość ludzi zastanawiała się, czy w ogóle jest obecna. Może
dlatego rana po śmierci Elizabeth nie chciała się zagoić; każde
skaleczenie jest zbyt duże dla osób takich jak moja mama.
- Wiem - mruknęłam. - Ale nie wiem, co mam z tym zrobić. Wiesz, że w tamtym tygodniu wyszłam na dwór i siadłam na trawie, żeby wypić szklankę
wody? Nie przychodziło mi do głowy żadne zajęcie, całkowicie żadne, więc
wzięłam szklankę wody i usiadłam, żeby ją wypić. Zajęło to cztery
minuty. A potem zostało mi jeszcze całe popołudnie. Nie mogłam wymyślić
nic innego. Naprawdę - podkreśliłam swój ciężki los.
- Mogłabyś poczytać książki z biblioteki - zasugerowała mama, co
oznaczało koniec rozmowy.
Raz w tygodniu tata woził nas do biblioteki, gdzie mogliśmy albo, jak w moim przypadku, musieliśmy wypożyczyć po dziesięć książek. Freddy miał
za zadanie wybrać także książki dla mamy. Lubiła czytać o rozpruwaniu i Kubach Rozpruwaczach, nic innego.
Mama czytała Sarah-Anne, ale nikomu poza nią. Chociaż sądziłam, że tylko
ja nadal chciałabym siadać jej na kolanach. Kiedy narzekałam na to
nierówne traktowanie, mama odpowiadała:
- Lubię to... czytać jej.
- Ja też bym lubiła, gdybyś mi czytała - odpowiadałam, ale znów było
tak, jakby mnie nikt nie słyszał. Mój głos nie przedostawał się przez
bębenki słuchowe Whitakerów. Najwyraźniej nie byłam córką, o jakiej
marzyła mama. Myślałam, że pewnie Elizabeth byłaby jej przyjaciółką.
Łatwo być martwą siostrą; wszyscy myślą, że byłabyś idealna, gdybyś
tylko żyła.
- Jeśli przestanie padać, pójdę później do Andy'ego - powiedziałam,
bardziej grożąc tacie. - Taaa, pójdę do Andy'ego się z nim pobawić... -
oparłam się na fotelu, rozkładając szeroko nogi. Mama przyglądała się
tacie, jakby spodziewała się, że zaraz powie, że wie, jak rozszczepić
atom.
- Nie będziesz tam chodziła - powiedział tata po chwili gęstej ciszy. -
Zrozumiałaś?
- Tak, ale dlaczego?
- Bo tego zabraniam. Trzymaj się od tego dzieciaka z daleka i nie wchodź
na ich ziemię.
- Ale ich dom stoi na palach, nie na ziemi, wiesz? - pochłonął mnie ten
szczegół.
- Cisza - mama powiedziała nade mną. - Proszę - nadal patrzyła na tatę i mocno ściskała książkę.
- Nie mają ziemi - powtórzyłam, podkreślając ostateczny argument. - Nie
stoi na ziemi ani...
Tata przewrócił oczami, a mama trzymała książkę przed twarzą lewą ręką.
Prawa leżała na stole. Zwinęła ją w pięść i ściskała. Patrzyłam, jak
zmienia kolor z białego na czerwony na zgięciach.
- Proszę - powiedziała znowu.
- Jestem tak cholernie niespokojna! - odparłam. - Mam to po was!
Żadne z nich się nie odezwało ani nawet nie podniosło wzroku. Książka
mamy miała tytuł Grzechy cielesne. Wyobraźcie sobie, że ktoś woli
czytać ten syf bardziej, niż rozmawiać z własnym dzieckiem.
Z braku opcji wyszłam na zewnątrz i stanęłam na betonowej płycie przy
schodkach na tyłach domu. Nadal lało jak z cebra, ale burza już
przeszła, ominęła nasz dom, zmęczona narzekaniami i naszym prostym
wyglądem. Czułam, jak jej miejsce zajmowało chłodne powietrze.
Obejrzałam się w stronę domu i zobaczyłam, że tata rozmawia z chłopcami,
którzy nadal siedzieli na zabudowanej werandzie. Powiedział coś o coli z automatu. Czasami, kiedy tata miał gest, woził nas na stację Texaco,
gdzie mogliśmy wybrać sobie lody, napój z kruszonym lodem albo zwykły z nalewaka, czasami też batona albo paczkę skittlesów. To musiał być jeden
z takich dni, ale byłam zbyt napalona na spotkanie z Andym, żeby dać się
rozproszyć. Dla dziewczyny takiej jak ja nakaz trzymania się z daleka od
Andy'ego był jak zaproszenie.
Krzyknęłam przez na wpół otwarte drzwi do taty coś o bólu gardła.
Pomachał do mnie ręką, jakby się cieszył, że tym razem sobie odpuszczam.
Zazwyczaj strasznie marudzę w samochodzie, bo ze wszystkich stron
otaczają mnie dupska i nogi, a to wystarczy, żebym podnosiła głos do
przenikliwego pisku. Na pewne rzeczy nie ma rady - tyłki i stopy w bliskiej odległości potrafią dać się dziewczynie we znaki po pięciu
minutach jazdy szutrową drogą. Krzyczałam, żeby przetrwać.
Sarah-Anne nie jeździła na stację benzynową. Była jak mama i absolutnie
nie opuszczała domu. Del Dixon, który był właścicielem Texaco,
zagadywałby ją o wiele rzeczy, o których po prostu nie umiałaby
rozmawiać. Del sprawiał, że się denerwowała - była zbyt nieśmiała, żeby
prowadzić gadki szmatki o chmurach i gospodarce. Ja także, z tym że dla
napoju z kruszonym lodem mogłabym każdego dnia walczyć z własną
nieśmiałością. Kiwałam do niego i mówiłam:
- Mhm, to prawda.
A Sarah-Anne odwracała się i chowała twarz w dłoniach. On zawsze
przyglądał jej się szczególnie ciekawie, trochę zbyt ciekawie, jeśli
wiecie, co mam na myśli.
Nie martwiłam się, że Sarah-Anne zobaczy, jak wymykam się za dom.
Zakładałam, że leżała już na swoim łóżku, przeszukując szufladę. I tak
nigdy nie pytała, gdzie idę. W ogóle prawie nic nie mówiła.
Usłyszałam, jak tata i chłopcy wychodzą przez frontowe drzwi, nadal
rozmawiając o automatach z colą, jakby były zrobione z płynnego złota.
Drzwi trzasnęły, co dla mnie stanowiło jasny sygnał. Zdjęłam buty i wystartowałam przez podwórko, na piasek, a potem dalej, na mokradła.
Deszcz jeszcze nie ustąpił, ale nie rezygnowałam. W Bledsoe niebo pluje
na zdrajców.
Z tym że jeszcze wtedy tego nie wiedziałam.