Pośród lesistych dolin Norwegji natrafić można tu i owdzie
na odkryte, odosobnione i z wszystkich stron bezdrzewne wzgórza,
oświecone słońcem od samego wschodu, aż póki nie zajdzie. Ludzie,
przemieszkujący bliżej stoku wysokich gór, siedzib, do których
słońce rzadziej zaziera, zowią one pagórki "słonecznemi wzgórzami"
- Solbakke, na pamiątkę pamiętnego reformatora z lat 1771 do 1824,
twórcy nowej sekty religijnej, Hauge'a, któremu nadano ten
przydomek. Ta, o której opowiadać właśnie zamierzam, mieszkała na
jednem z takich wzgórz słonecznych i osiedle jej rodziców stąd
otrzymało nazwę Solbakken. Tam w jesieni spadał śnieg najpóźniej,
zaś z wiosną topniał najwcześniej. Było to już takie błogosławione
miejsce.
Właściciel osiedla był Haugianinem i zwano go "czytelnikiem", jak
zresztą wszystkich sekciarzy, a to z powodu, że gorliwiej od innych
rozczytywali się w Biblji. Miał on imię Guttorm, żona zaś nosiła
imię Karren. Urodził im się syn, ale zaraz umarł i w ciągu trzech
lat nie zbliżali się do tego kąta kościoła, gdzie stała
chrzcielnica. Po tym czasie przyszła na świat córeczka, której, na
pamiątkę pierworodnego syna, nadali imię podobne. Zwał się on
Sywert, więc otrzymała na chrzcie imię Synnöw. Nie mogli oboje
wymyśleć nic innego. Ale matka zwała córkę - Synnöwe, gdyż w
czasie, kiedy była niemowlęciem, tak do niej przemawiała.
Twierdziła, że łatwiej mówić: - moja Synnöwe, - jak: moja Synnöw.
Ostatecznie, gdy dziecko wyrosło, wszyscy za matką zwali ją -
Synnöwe i ogólnem było przekonaniem, że, jak daleko sięgnąć mogą
pamięcią najstarsi, nie było w całej okolicy piękniejszej
dziewczyny od Synnöwe z Solbakken. Była jeszcze maleńka, a już brali ją rodzice ze sobą do kościoła,
w każdą niedzielę, gdy tylko proboszcz miewał kazanie. Zrazu, co prawda, nie rozumiała nic. Słyszała tylko, że proboszcz
pomstuje na znanego urwipołcia Benta, siedzącego pod samą
kazalnicą. Ale ojciec chciał by się, jak mówił, "przyzwyczajała",
matka zaś życzyła sobie tego samego, aby "jej się wiodło". Ile razy
bowiem zachorzało u nich jagnię, koza, czy prosię, ile razy
zwierzęta nie darzyły się, lub gdy coś stało się krowie - zawsze tę
sztukę bydła dawano małej "na własność" i matka twierdziła
stanowczo, że od tego dnia wszystko się zmieniało na lepsze. Ojciec
nie dawał temu wiary, ale było mu wszystko jedno, czyje były
bydlęta, byle tylko nie chorowały. W drugim końcu doliny, u samego podnóża wysokiej góry, leżało
osiedle, zwane Grunlinden, czyli - ubocz jodłowa - tak nazwane od
sporego lasu jodłowego, które je otaczał. Był to jedyny tego
rodzaju las w całej okolicy. Pradziad obecnych właścicieli był
owego czasu wojakiem i przez czas jakiś przebywał w Holsztynie,
zagrożonym przez Rosjan. Z tej wyprawy przyniósł sobie w tornistrze
różnego rodzaju nasiona zagraniczne i posiał je w pobliżu swej
posiadłości. Z biegiem jednak czasu wszystkie zmarniały, z
wyjątkiem kilku szyszek jedliny, zabranych przypadkowo. Z tych to
właśnie szyszek, które się zakorzeniły, powstał las, który teraz
ocieniał budynki ze wszystkich stron... Wojak ów na pamiątkę dziada otrzymał na chrzcie imię Torbjörn, zaś
najstarszemu swemu synowi dał imię Sämund - jak się zwał ojciec. W
rodzinie panował od niepamiętnych czasów zwyczaj, że najstarsi
synowie zwali się - naprzemian - Torbjörn i Sämund. Taka już była
tradycja. Podobno - jak mówiła o tem legenda, - w Grunlinden
szczęście sprzyjało tylko - każdemu, drugiemu właścicielowi, i
właśnie nie temu, który nosił imię Torbjörna. Gdy się ostatniemu właścicielowi, Sämundowi, narodził syn, zaczął
on głęboko przemyśliwać co uczynić. Ale po długiem dumaniu
przyszedł do przekonania, że nie podobna zrywać z tradycją rodzinną
i dał mu imię Torbjörna. Potem jednak zaczął ponownie dumać, czy
jednakże nie możnaby wychować chłopca - w ten sposób, by go
uchronić od niepowodzenia, które mu niosła tradycja i ludzka
gadanina. Nie był pewny, czy mu się to uda, ale, zauważywszy w
chłopcu skłonność do krnąbrności, powiedział matce: "To muszę zeń
wykorzenić!" Brał tedy od czasu do czasu do ręki potężną rózgę i
zmuszał trzyletniego malca do - układania porozrzucanych ze złości
polan drzewa, podnoszenia naczyń, które cisnął o ziemię, lub
głaskania kota, którego wytargał za ogon. Matka, spostrzegłszy, iż
męża napada taki nastrój, wydalała się zazwyczaj z domu. Dziwiło to niepomału Sämunda, że, w miarę jak chłopcu przybywało
lat, coraz więcej miał w nim wad do wykorzenienia, mimo, iż
postępował z nim coraz to surowiej. Zawczasu zasadził go do
abecadła, a także zabierał go ze sobą w pole, by go nie tracić z
oczu. Matka zajęta gospodarstwem i drobnemi dziećmi, poprzestawała
na gładzeniu syna po policzkach i udzielaniu rad zbawiennych co
rano przy ubieraniu. Pozatem wstawiała się za nim do ojca, ile razy
w niedziele i święta siedzieli oboje w domu na poufnej gawędce. Torbjörn, który za byleco zawsze dostawał w skórę, nawet za to, żea b nie brzmiało, jak mówił, -
ba, ale
ab, lub za to, że chciał wybić małą Ingrid, tak
samo, jak jego bił ojciec - rozmyślał nad dziwną zagadką, dlaczego
jemu jest tak źle, a jego siostrom i braciom tak dobrze na świecie. Obcował ciągle z ojcem, a nie śmiał z nim dużo rozmawiać, przeto
stał się małomówny, ale zato dużo myślał. Pewnego dnia, kiedy byli
zajęci przewracaniem suszącego się siana, wyrwało mu się pytanie: - Cztemuż to w Solbakken siano dawno już suche i zwiezione, a u
nas mokre? - Bo tam więcej słońca, jak u nas! - odparł ojciec, a Torbjörn po
raz pierwszy w życiu uświadomił sobie, że znajduje się poza sferą
słoneczną, poza owem błogosławionem, oblanem jasnością osiedlem,
które tak często pociągało jego oczy. Od tego dnia coraz częściej
spoglądał ku Solbakken. - Czemuż się znowu gapisz? - pytał ojciec,
dając mu szturchańca. Tutaj w Grunlinden musimy pracować wszyscy
jak jesteśmy, by nie zejść na psy. Gdy Torbjörn miał lat siedm, odprawił Sämund parobczaka i przyjął
innego imieniem Aslak, który dużo zwiedził pono świata mimo iż był
zaledwo wyrostkiem. Tego wieczoru, kiedy Aslak przybył, Torbjörn
już leżał w łóżku. Nazajutrz siedział przy stole i uczył się. Nagle
ktoś otwarł drzwi z takim hałasem, jakiego Torbjörn w życiu nie
słyszał i ukazał się w nich Aslak. Niósł olbrzymią naręcz drzewa
opałowego i rzucił ją z taką siłą na podłogę, że polana rozleciały
się na wszystkie strony. Podskakiwał wysoko i tupał, by otrząsnąć
śnieg z obuwia, a przy każdym skoku powtarzał: - Oj zimno! - mówiła narzeczona krasnoludka, siedząc po pas w
lodzie! Ojca nie było w domu. Matka zmiotła śnieg i, nic nie mówiąc,
wyniosła go z izby. - Cóż tak wytrzeszczasz ślepia? - powiedział Aslak... - Nie wytrzeszczam! - odrzekł Torbjörn ze strachem. - Czy widziałeś koguta, którego masz tam wymalowanego w książce? -
spytał Aslak. - Tak! - odparł Torbjörn. - Gdy zamkniesz książkę, zlatuje się do niego mnóstwo kur! Czyś to
widział? - Nie! - To zobacz! Chłopak otwarł książkę. - Osioł jesteś! - krzyknął Aslak z pogardą... Od tej chwili miał nad Torbjörnem wpływ ogromny. - Nic nie wiesz! Nic nie umiesz! - oświadczył raz Torbjörnowi,
który dreptał za nim ciągle, chcąc wiedzieć co robi. - Umiem katechizm, aż do czwartego rozdziału! - odparł dumnie. - Ba! To głupstwo! Ale nie znasz historji o krasnoludku, który
tańczył z dziewczyną od świtu do zachodu słońca, a potem pękł, jak
cielę, które napiło się kwaśnego mleka. Torbjörn w życiu nie słyszał tyle mądrych rzeczy naraz. - Gdzież to było? - spytał. - Gdzie?... Ano... to było... tak... tak to się stało tam,
naprzeciwko, w Solbakken. Torbjörn wytrzeszczył oczy. - A czy słyszałeś o człowieku, który się zaprzedał djabłu za parę
starych butów? Torbjörn zaniemiał ze zdziwienia. - Pewnie chcesz wiedzieć, gdzie się to stało? - pytał Aslak. - Ano
także w Solbakken, ot, tam nad strumieniem, który stąd widać. Boże
bądź miłościw! - dodał po chwili. - Ładny z ciebie widzę
chrześcijanin! Założę się, że nie wiesz nic o Kari, co miała
drewnianą spódnicę? Nie słyszał o niej rzeczywiście nic. Aslak pracował żwawo i rozpowiadał przytem wesoło o Kari z
drewnianą spódnicą, o młynie, mielącym sól na dnie morza, o djable
w sabotach, o krasnoludku, któremu brodę przyciął rozłupany pień
drzewa, o siedmiu zielonych pannach, które wyrywały śpiącemu
Piotrkowi kłusownikowi włosy z łydek, a mimo to nie mogły go
zbudzić... słowem gadał różne cudactwa, a wszystko to miało się
stać tam... w Solbakken. - Cóż się, na miły Bóg, stało chłopcu? - dziwiła się na drugi
dzień matka. - Od samego rana klęczy na ławce i wpatruje się w
Solbakken. - Rzeczywiście gapi się jak cielę na malowane wrota! - powiedział
ojciec. Leżał na łóżku i odpoczywał całe poobiedzie, albowiem była
to niedziela. - Ludzie powiadają, - zauważył od niechcenia Aslak, - że jest
zaręczony z Synnöwe Solbakken! - i dodał: - Ale ludzie gadają
często głupstwa! Torbjörn nie zrozumiał dobrze, co mówi Aslak, ale mimo to
zarumienił się po uszy. Usłyszawszy tę uwagę, zeszedł z ławki, wziął katechizm i zaczął
się uczyć. - Dobrze robisz! - powiedział Aslak. - Pocieszaj się słowem bożem,
bo i tak jej nigdy nie dostaniesz! Minęło z pół tygodnia i Torbjörn sądził, że ta niedzielna sprawa
poszła w zapomnienie. Pewnego dnia spytał matki pocichu - wstydził
się bowiem... - Mamo! Kto to jest ta Synnöwe Solbakken? - To mała dziewczynka, która kiedyś będzie właścicielką Solbakken. - Czy ona ma drewnianą spódnicę? - spytał już śmielej. Matka spojrzała nań zdumiona. - Co to znaczy? - spytała. Uczuł, że powiedział głupstwo i zamilkł. - Niema chyba na świecie, mówiła matka, piękniejszego dziecka. To
jest nagroda Pana Boga za to, że zawsze jest dobra, grzeczna i
pilnie się uczy. Nareszcie dowiedział się. Pewnego dnia pracował Sämund z Aslakiem w polu. Za powrotem do
domu, rzekł do syna: - Zabraniam ci od dnia dzisiejszego wdawać się z Aslakiem. Ale Torbjörn nie zważał na ten zakaz. Po jakimś tedy czasie
odezwał się ojciec: - Jeśli cię kiedy jeszcze zobaczę z tym nicponiem, to popamiętasz! Od tego czasu włóczył się za Aslakiem potajemnie, tak, by ojciec
nie widział. Pewnego jednak dnia przyłapał ich na pogawędce.
Torbjörn dostał w skórę i został odesłany do domu. Odtąd spotykali
się wówczas jeno, kiedy ojca w domu nie było. Pewnej niedzieli, kiedy ojciec był w kościele, dokazywali Torbjörn
z Aslakiem. Rzucali na siebie śniegiem. - Nie... - zaprotestował w końcu Torbjörn, dostawczy parę kul w
twarz i głowę. - Mam tego dosyć! Rzucajmy w coś innego. Aslak się zgodził i zaczęli rzucać w sporą jodłę, stojącą obok
lamusa, potem w drzwi a nakoniec w okno budynku. - Nie rzucaj w szybę! - ostrzegł Aslak - tylko w ramę! Ale Torbjörn rozbił szybę i pobladł. - Ba! Któż się o tem dowie? - pocieszał go przyjaciel. - Rzucaj
dalej! Torbjörn rzucił znów i rozbił drugą. - Nie będę już rzucał! - oświadczył. W tej chwili ukazała się w drzwiach najstarsza siostra Torbjörna,
mała Ingrid. - Rzucaj w nią! - powiedział Aslak. Torbjörn był podniecony i usłuchał. Dziewczynka zaczęła płakać, a
na ten głos wyszła matka i zabroniła mu tej zabawy. - Rzucaj dalej! - podmawiał go Aslak. I Torbjörn rzucił jeszcze raz. - Oszalałeś chłopcze? - zawołała matka i skoczyła ku niemu. Zaczął
uciekać, matka za nim i tak gonili się wokoło podwórza. Aslak śmiał
się, a matka miotała pogróżki. Nakoniec dopadła go w jakiejś zaspie
i zabierała się wyłoić mu skórę. - Niech mnie mama nie bije, - krzyknął - bo oddam! Taki tu jest
zwyczaj! Przerażona matka opuściła rękę i powiedziała: - Tego cię nauczył Aslak! Wzięła go spokojnie za rękę i zaprowadziła do domu. Nie odezwała
się doń ni słowem, zajęła się młodszemi dziećmi i powiedziała im,
że niedługo ojciec wróci z kościoła. W izbie zrobiło się nagle
jakoś gorąco. Aslak poprosił o pozwolenie odwiedzenia krewniaka i
otrzymał je natychmiast. Gdy wyszedł, odwaga do reszty opuściła
Torbjörna. Zaczęło mu burczyć w żołądku i całe ciało oblało się
potem. O, żeby to matka nic nie mówiła ojcu!... myślał, ale nie
mógł się przezwyciężyć, by ją o to poprosić. Kręciło mu się w
głowie wszystko, tańczyło mu przed oczyma a zegar tykał wyraźnie:
Bicie! Bicie! Bicie! Nie mógł wytrzymać, wylazł na ławę i spojrzał
ku Solbakken. Było ciche, przysypane śniegiem, połyskiwało w słońcu
wszystkiemi szybami. O, tam nie brakło napewno ani jednej! Dym
wznosił się raźno w górę. Zapewne gotowano posiłek dla tych, którzy
mieli wrócić z kościoła. A Synnöwe? Czeka zapewne na ojca... ale
nie dostanie w skórę... o nie... gdy wróci do domu. Nie wiedział co ze sobą zrobić i nagle uczuł wielką serdeczność
dla małej Ingrid. Posunął się aż do tego, że podarował jej
najpiękniejszy, połyskujący guzik, otrzymany w podarunku od Aslaka! - Droga Ingrid! - pytał - czy gniewasz się jeszcze na mnie? - Nie, Torbjörnie! - odparła uszczęśliwiona - Pozwalam ci nawet
rzucać śniegiem we mnie, jak długo ci się podoba! Naraz usłyszał tupanie w sieni. Ktoś otrzepywał śnieg z nóg...
Tak, to ojciec. Wszedł. Miał minę łagodną i wesołą... a to było jeszcze gorsze! - No i cóż? - spytał, rozglądając się wokoło. Torbjörn dziwił się
bardzo, że zegar nie spadł w tej chwili ze ściany. Matka zastawiła ojcu jedzenie. - No, cóż słychać w domu? - spytał ojciec, zasiadając przy stole i
biorąc łyżkę. - O o o... wszystko dobrze! - odparła matka, przeciągając to... o
o... niezmiernie długo. Czuł dobrze, że chce powiedzieć coś więcej.
Ale dodała tylko: - Pozwoliłam wyjść Aslakowi. - Teraz się zacznie! - pomyślał Torbjörn i zaczął bawić się z
Ingrid, z takim zapałem, jakby go pozatem nic w świecie nie
obchodziło. Nigdy nie zużył jeszcze ojciec tyle czasu na jedzenie. Torbjörn
rachował kęsy, gdy zaś doszedł do czwartego, zapragnął przekonać
się do ilu doliczyć potrafi pomiędzy czwartym a piątym... i stracił
w ten sposób rachubę. Nakoniec ojciec wstał i wyszedł na dwór. - Szyby... szyby... szyby...! - tętniło w uszach chłopca i
mimowoli rozejrzał się po izbie, czy i tu jakiejś nie brak. Ale
nie, wszystkie były całe. Po chwili wyszła matka. Torbjörn wziął
małą Ingrid na kolana i powiedział do niej tak czule, że aż
zdziwiona, spojrzała mu w oczy: - Chcesz, byśmy zabawili się w królewnę na łące?
RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.