Jeden. Pomodoro Medyceuszy
Jeden
Pomodoro Medyceuszy
Dziwne, obce warzywo zostaje wpierw nazwane, potem zapomniane
Piza, Włochy. Wigilia Wszystkich Świętych, 1548.
Wielki książę Toskanii Kosma I Medyceusz schodził po długich schodach
Palazzo Vecchio, bo dowiedział się właśnie od zarządcy dworu, że z jego
wiejskiej posiadłości pod Florencją przywieziono do pałacu kosz. Cały
dwór zebrał się, by przyjrzeć się dziwnemu warzywu, które dopiero co
przybyło z Nowego Świata. Wydawało się, że pomidory zostaną Włochom
przedstawione właśnie przez słynnego i wpływowego Kosmę I Medyceusza.
Czy ktokolwiek byłby lepszy w tej roli? Hojny mecenas sztuki i nauki,
który właśnie sfinansował pierwszy ogród botaniczny w Pizie, książę
obecny w życiu publicznym, odkąd miał siedemnaście lat, i botanik-amator, szczególnie zainteresowany roślinami z Nowego Świata -
czego dowodziły całe rzędy grządek kukurydzy witające zdziwionych gości
w jednym z jego licznych toskańskich majątków, Villa di Castello. Co
więcej, był mężem Hiszpanki, Eleonory di Toledo, której rodzina miała
dostęp do wielu gatunków roślin docierających z obu Ameryk.
Tym razem do Kosmy trafiły pomidory, które nie tylko miały się stać
niemal synonimiczne z Włochami, ale które wpłynąć miały na kuchnie
całego świata, od amerykańskiego ketchupu po indyjskie tikka masala.
Prawdziwie doniosła chwila! Co miało nastąpić później? Narodziny pizzy i spaghetti? Zaproszenie na kolację skierowane do Michała Anioła? Zarządca
pisze o tej dramatycznej chwili uniżonym, niemal biblijnym tonem: "I otwarto kosz, i wszyscy popatrzyli na siebie, głęboko zamyśleni".
To, co powiedzieli wówczas zgromadzeni, nie zostało zanotowane, ale
podejrzewam, że wznieśli wzrok do nieba i pomyśleli: "Co to, do cholery,
jest?".
Biorąc pod uwagę, że następnego dnia przypadał Dzień Wszystkich Świętych
- a więc tradycyjne święto - moglibyśmy się zastanawiać, czy pomidorów
nie przeznaczono specjalnie na tę okazję. Nie podano ich jednak na
kolację ani tego dnia, ani następnego. Ani w kolejnym roku i dziesięcioleciu, ani nawet sto lat później. W rzeczywistości warzywo to
- tak blisko związane z włoską kuchnią, że można by wybaczyć każdemu,
kto (podobnie jak ja) był przekonany o jego włoskim rodowodzie - nie
zagrzało miejsca na tamtejszych stołach przez trzysta kolejnych lat.
Mimo to mówimy o wydarzeniu historycznym, jako że mamy do czynienia z pierwszym udokumentowanym pojawieniem się pomidora we Włoszech. A uprzejmy zarządca, wysyłając do wiejskiej rezydencji bilecik z informacją, że kosz bezpiecznie dotarł do pałacu, po raz pierwszy w Europie nadaje nazwę tej dziwnej, importowanej z Nowego Świata roślinie
- pomodoro.
Jeśli zaś chodzi o ostatni towar importowy, jaki z Nowego Świata przybył
do Palazzo Vecchio, współcześni jego rezydenci również nie wiedzą, co ze
mną zrobić ani czemu przyjechałem aż z Ameryki, żeby odwiedzić miejsce,
które służy dziś za prefettura, czyli siedzibę samorządu prowincji
Pizy. Pałac, w którym zbierali się niegdyś książęta i księżne (i, przy
co najmniej tamtej jednej okazji, pomidory), jest dzisiaj urzędem, gdzie
płaci się podatki albo wyrabia licencję na łowienie ryb. Wspaniałe
komnaty Kosmy Medyceusza przekształcone zostały w stanowiska pracy i wyposażone w metalowe biurka i szafki na dokumenty, kryształowe
żyrandole zastąpiono ostrym, fluorescencyjnym światłem lamp, a co
najbardziej rozczarowujące, nikt z tu obecnych nie ma najmniejszego
pojęcia, jak doniosłą botaniczną rolę odegrało dawne palazzo (chociaż
wszyscy z uśmiechem biorą mnie za słowo).
Rzecz jasna, nie spodziewałem się pamiątkowej tablicy na cześć pomidorów
- może zasłużyłyby na nią, gdyby Kosma coś z nimi zrobił! - a w Pizie
można znaleźć parę obiektów o większym znaczeniu historycznym, w tym
pewną pochyloną wieżę, ale i tak czułem się nieco zawiedziony.
Sekretarka służąca mi za przewodniczkę musiała zauważyć moje
rozczarowanie na widok biurowych dekoracji.
- Gdybyśmy zostawili wszystkie zabytkowe budynki w ich pierwotnym
stanie, nie mielibyśmy gdzie mieszkać ani pracować. Jesteśmy we
Włoszech.
Trudno się z tym nie zgodzić. Sytuację równoważy fakt, że we Florencji
Kosma zbudował Uffizi, dziś jedną z najwspanialszych galerii sztuki na
świecie, jako - nie uwierzycie - budynek administracyjny. A więc zasada
działa w obie strony. Marne to jednak pocieszenie, bo kiedy po
miesiącach zmagań z włoską biurokracją, barierą językową i, co dość
istotne, globalną pandemią udało mi się wreszcie zorganizować tę
pielgrzymkę (z perspektywy czasu myślę, że powinienem był udawać, że
wybieram się na ryby), wygląda na to, że pokonałem sześć tysięcy
kilometrów, żeby zobaczyć salę pełną kserokopiarek.
Sekretarka wychodzi z ponurych biur i prowadzi mnie przez dziedziniec
do, jak mówi, niewyremontowanego skrzydła pałacu, gdzie na drugim i trzecim piętrze mieszka prefetto - regionalny przedstawiciel
administracji państwowej. Klatki schodowej strzeże wyrzeźbiona na
balustradzie imponująca głowa lwa. Przechodzę przez drzwi i... co do
fanculo???
Jesteśmy w dawnej kuchni Kosmy, gdzie wzdłuż niemal całej ściany ciągnie
się długi, drewniany stół. Zamontowano tu instalację hydrauliczną i zakupiono nowe sprzęty (prefetto ma na górze własną kuchnię, ale tej
używa się podczas przyjęć i podobnych okazji), ale dowiaduję się, że
poza tym od czasów Medyceuszy niewiele się tu zmieniło. W przestronnym i jasnym pomieszczeniu zmieściłoby się bez trudu pół tuzina kucharzy, lecz
mój wzrok szczególnie przyciąga przepiękna szesnastowieczna posadzka z kafli, które zachodzą też wyżej, na ściany, a to oznacza - co zauważam z nutą zazdrości - że zabrudzoną po wielkim gotowaniu kuchnię można po
prostu umyć od góry do dołu.
Dwa okna otoczone grubymi, drewnianymi okiennicami wpuszczają dużo
naturalnego światła, a z sali wychodzi się prosto na główną ulicę, z której widać pobliską rzekę Arno. Sekretarka mówi, że bezpośredni dostęp
do drogi i wody był kluczowy, bo to właśnie w kuchni odbierano wszystkie
dostawy, zarówno te przybywające drogą lądową, jak i morską.
- Zaraz, a zatem to tu...
- Tak - potwierdza z uśmiechem.
To właśnie tutaj Medyceusze zebrali się, żeby powitać tajemniczy kosz z owocami przybyłymi z odległej cywilizacji.
Tyle że ich nie gotowali.
Co możemy powiedzieć o pomidorach Kosmy? Jego zarządca niestety nie
pozostawił nam żadnego opisu, ale mam nadzieję, że dowiem się czegoś
więcej, gdy udam się do katedry. W tym celu muszę minąć niemal
nienaturalnie białą wieżę, która wydaje się pochylać tak wyraźnie, jakby
miała runąć na ziemię niczym talia kart, gdyby tylko jakaś grupa
turystów postanowiła wdrapać się na górę i stanąć po jej jednej stronie.
To na krzywą wieżę w Pizie można wejść?. Jestem w szoku - można by
sądzić, że ten bezcenny zabytek, który istniał już (i pochylał się na
południe) sto czterdzieści dziewięć lat przed tym, jak Kosma wzruszył
ramionami na widok swoich pomidorów, jest niedostępny dla gości, oprócz
może Quasimoda. A skoro już przy tym jesteśmy, uwaga do przyszłych
budowniczych wież: "pisa" to greckie słowo oznaczające "bagno". Może
gdy następnym razem postanowicie zbudować wielką wieżę, wybierzcie
miasto z "podłożem skalnym" w nazwie.
Chociaż dzisiaj wieża jest największą okoliczną atrakcją, powstała jako
dodatek - dzwonnica mająca towarzyszyć katedrze, która po ukończeniu
budowy w 1118 roku była największa i najwspanialsza w Europie. Obecne
drzwi powstały "niedawno", to znaczy w 1600 roku, po tym jak te
oryginalne strawił pożar. Trzy pary ogromnych, bogato dekorowanych wrót
wejściowych z brązu składają się z płyt, na których widnieją sceny ze
Starego i Nowego Testamentu, oprawione we fryzy przestawiające lokalną i egzotyczną florę i faunę; są tam ogórki, strączki groszku, jabłka,
orzechy, wiewiórki i żółwie. Jest nawet nosorożec, który był emblematem
kuzyna i poprzednika Kosmy na stanowisku księcia Florencji, Aleksandra
Medyceusza - jego śmierć z ręki najbliższego przyjaciela w 1537 roku
wprowadziła nastoletniego Kosmę na to stanowisko.
Jeśli zaś przyjrzeć się dokładnie, w lewym dolnym rogu prawego skrzydła
bez wahania rozpozna się pomidora. Nie jest to jednak pomidor, jakiego
najczęściej widujemy dzisiaj. Jest podzielony na sześć "cząstek",
żebrowany niczym dynia piżmowa. Gładki pomidor miał zadebiutować dopiero
dwieście lat później - a tego karbowanego wciąż da się znaleźć na
pizańskich targach.
Drzwi katedry powstały w warsztacie flamandzkiego rzeźbiarza
Giambologni, członka założyciela Accademia delle Arti del Disegno -
prestiżowej akademii sztuk pięknych ufundowanej przez Kosmę Medyceusza w 1563 roku. Znów ten Kosma! Faktycznie, dobrze znał Giambolognę, chociaż
intrygująca koncepcja o związku między pomidorami Kosmy a rzeźbiarzem
zostaje podważona przez fakt, że wielki książę zmarł w wieku
pięćdziesięciu czterech lat na ćwierć wieku przed powstaniem drzwi. Mimo
to wizerunek pomidora (a właściwie dwóch) podpowiada nam, że pomodoro
był w siedemnastowiecznej Italii dobrze znany. Po prostu go nie jedzono.
Fryz na drzwiach katedry w Pizie ukazujący szesnastowiecznego pomidora.
(Zdjęcie autora).
Tymczasem inne jadalne rośliny przybyłe z Nowego Świata przyjęto z otwartymi ramionami; kukurydzę mielono na polentę, fasolę dodawano do
potrawek i zup, całą Europę miała zaraz spowić chmura tytoniowego dymu,
a ziemniak miał nawet dotrzeć do odległej Irlandii, gdzie stanie się
niezbędny dla rzesz chłopów - nie bez katastrofalnych konsekwencji. Tyle
zdążyło się wydarzyć, zanim Włosi zaczęli jeść pomidory. Czemu zajęło im
to tyle czasu?
Zadaję to pytanie Giulii Marinelli, przewodniczce w Museo del Pomodoro,
jedynym na świecie muzeum poświęconym pomidorom, leżącym w oddalonym o parę godzin drogi od Pizy regionie Emilia-Romania.
- Przez wiele lat uważano go za roślinę dekoracyjną - mówi Gulia i dodaje, że pomidory hodowano w ogrodach botanicznych. - Chociaż był
pewien franciszkanin, który już w XVI wieku wiedział, że Meksykanie
jadali te owoce, zarówno ugotowane w postaci sosów, jak i surowe.
Mowa o Hiszpanie Bernardinie de Sahagún, który udał się do Meksyku jako
misjonarz w 1529 roku. Nie wiem, jak długo zamierzał tam zostać, ale
prawdopodobnie krócej niż sześćdziesiąt jeden lat, a więc resztę swojego
życia. Bernardina ciekawiła kultura Azteków, nawet ruiny Tenochtitlán,
które Cortés swego czasu uznał za "tak cudowne, że wręcz niewiarygodne".
Zanim konkwistador obrócił je w proch, wyspiarskie miasto, poprzecinane
kanałami, po których pływały łódki i kanoe, połączone było ze stałym
lądem pięcioma groblami i mogło się poszczycić parkami, ogrodami,
wielkimi placami, a nawet ogrodami zoologicznymi - na długo przed tym,
jak na pomysł ich zakładania wpadli Europejczycy. Całkiem możliwe, że
Tenochtitlán (położone na terenie współczesnego Mexico City) było
największym, najczystszym i najlepiej prosperującym miastem na świecie,
a pracujący tam jubilerzy tworzyli finezyjne, kunsztowne dzieła, które
mogłyby rywalizować z najpiękniejszymi pracami renesansowych artystów
europejskich.
Zaawansowana aztecka cywilizacja obejmowała także rolnictwo, którego
duża część realizowała się na pływających farmach chinampas. Na
płyciznach jezior wbijano w dno paliki wzdłuż krzyżujących się linii i na stworzonej w ten sposób kratownicy zaplatano trzciny; powstawało coś
w rodzaju podwodnych skrzynek, które wypełniano materią organiczną (w tym ludzkimi odchodami). Te tak zwane farmy akwaponiczne wykorzystywano
do uprawy kukurydzy, papryczek chili, dyni, fasoli i okrągłych
czerwonych lub żółtych warzyw, które Aztekowie nazywali xitomatl.
Pomidory to gatunek endemiczny dla górzystych wybrzeży Peru i Ekwadoru,
gdzie jednak ich owoce wielkości groszku najwyraźniej nie były
szczególnie doceniane ani zbyt często uprawiane. W Meksyku zagościły zaś
już co najmniej tysiąc lat przed przybyciem Hiszpanów. Aztekowie używali
ich do zup i potrawek, smażyli je z papryką albo siekali surowe razem z papryczkami chili i ziołami, przygotowując coś, co Hiszpanie nazwali
"salsą" (a oznacza po prostu "sos"), która towarzyszyła rybom i mięsom -
w tym mięsu ludzkiemu, jako że na azteckich bankietach z okazji
zwycięstwa nierzadko serwowano potrawy z ciał pokonanych. Pewien
konkwistador donosił, że kiedy w przeddzień bitwy poczuł dobiegający z obozu wroga aromat gotujących się pomidorów, zaczął się obawiać, że to
on jest brakującym składnikiem. W pewnym sensie był to pierwszy przepis
na coś w rodzaju hiszpańskiej potrawki pomidorowej.
W Tenochtitlán Bernardino de Sahagún znalazł taką obfitość różnorodnych
pomidorów, że współczesne amerykańskie targi warzywne mogłyby się przy
tym schować:
Sprzedawca pomidorów ma do wyboru duże pomidory, małe pomidory, zielone
pomidory, pomidory na gałązkach, podłużne pomidory, słodkie pomidory,
wielkie pomidory w kształcie węży i pomidory w kształcie sutków.
Sprzedaje również pomidory dzikie, pomidory rosnące na piasku i pomidory
żółte, bardzo żółte, dosyć żółte, czerwone, bardzo czerwone, dość
rumiane, rumiane, jasnoczerwone, czerwonawe, barwy różowego świtu.
Trzeba było jednak uważać, od kogo się kupuje, bo "zły handlarz
sprzedaje popsute pomidory, obite pomidory i pomidory, co spowodują
biegunkę". (Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają).
Franciszkanina nazywa się czasem "pierwszym antropologiem", jako że w swoich oryginalnych pracach wprowadził pionierskie strategie
metodologiczne, które pozwoliły mu zbadać aztecką kulturę: uważał
kobiety i starców za źródła informacji, nauczył się języka nahuatl, a historię pisał z perspektywy rdzennych mieszkańców. Kulminacją jego
badań była licząca sobie 2400 stron, przełomowa praca pod tytułem
Historia general de las cosas de Nueva Espa?a (Ogólna historia spraw
Nowej Hiszpanii).
Bernardino okresowo wysyłał szkice swoich szczegółowych badań na temat
azteckiej kultury (i diety) do Hiszpanii i Watykanu, a prowadził je aż
do śmierci w 1590 roku. Jego opisy dawały jasną odpowiedź na pytanie o jadalność pomidorów.
- Tyle tylko - wyjaśnia mi Giulia - że rękopisu nie publikowano aż do
1829 roku. - Dla kościoła okazał się zbyt "empatyczny" wobec pogan,
których Bernardino przekonywać miał do zachodniej kultury i religii, a nie odwrotnie. Ostatnim, co chciała widzieć hiszpańska monarchia, była
historia konkwisty z punktu widzenia rdzennych mieszkańców. - Czekał
trzysta lat. - Giulia lekko wzdycha.
Nie wiadomo, czy wcześniejsza publikacja książki cokolwiek by zmieniła,
jeśli chodzi o losy pomidorów. Inni hiszpańscy misjonarze i botanicy
również dokumentowali wykorzystanie pomidorów w Meksyku, ale rośliny te
okazały się zbyt dużym wyzwaniem; póki mają zielony kolor, są
niejadalne, potem przez chwilę są dojrzałe, ale zaraz gniją, a po
ugotowaniu się rozpadają i zyskują konsystencję i smak nieprzypominające
niczego, co było już obecne w europejskiej diecie. Nie wspominając o tym, że z Ameryk przybyły całe tuziny interesujących przysmaków - w sumie sto dwadzieścia siedem różnych odmian roślin - a pomidory,
jakkolwiek wspaniałe, to jednak nie czekolada.
Kiedy dokładnie pomidory przybyły do Europy? Wiele wydarzeń okresu
konkwisty możemy umieścić w czasie niemal co do minuty, ale historykom
nie udało się przekonująco ustalić nawet dekady, w której pomidory
wylądowały na Starym Kontynencie. Kastylijscy poborcy podatkowi, którzy
w porcie w Sewilli zbierali quinto real - "królewską jedną piątą" -
rejestrowali każdą monetę, każdy wisior i srebrny półmisek przybyłe na
pokładach galeonów, ale nie byli ani trochę zainteresowani roślinami, a tym bardziej nasionami. (Przyszli historycy naszego stulecia będą mieli
łatwiejsze zadanie, jako że będą mogli zbadać na przykład sprawę
udaremnionego przemytu do Stanów Zjednoczonych jednego plastra pomidora
w kanapce w maju 2018 roku, przez co zostałem oznaczony przez
amerykańskich celników jako "osoba naruszająca przepisy rolne",
prawdopodobnie dożywotnio. Co najgorsze, był to pomidor paskudny).
- Kiedy pomidory zaczęły krążyć po Włoszech - opowiada Giulia - były dla
mieszkańców tak zaskakujące, że ci nie wiedzieli nawet, która ich część
nadaje się do spożycia. Niektórzy smakosze określili je jako niejadalne
po spróbowaniu liści.
Giulia dodaje, że "wielu uznawało roślinę za trującą" (jej liście,
zjedzone w dużych ilościach, faktycznie takie są). Fakt, że pomidor
należy do roślin psiankowatych, z pewnością nie poprawiał jego
reputacji, jako że pochodząca z tej samej rodziny wilcza jagoda, inaczej
belladonna, to jedna z najbardziej trujących roślin na świecie: zabiła
więcej papieży, kardynałów i rzymskich cesarzy niż syfilis. Toksyczność
belladonny skrywa się pod niegroźną nazwą (po włosku "piękna kobieta"),
która pochodzi od jej dawnego użycia. Włoskie kobiety stosowały tę
roślinę, by powiększyć sobie źrenice do kuszących rozmiarów, ale gdy
robiły to zbyt często, ślepły zamiast zyskiwać na urodzie.
Mimo to nie sposób się nie zastanawiać, dlaczego pomidora uznano za
roślinę trującą, podczas gdy inni przedstawiciele psiankowatych, w tym
ci przypominający pomidora znacznie bardziej niż wilcza jagoda, jak
bakłażan czy papryka, szybko weszli do włoskiej diety. Co więcej,
szesnastowieczni botanicy czasem błędnie uznawali pomidora za nowy
rodzaj bakłażana, a zatem wiedzieli, że nie jest trujący.
Dopiero na początku XVII wieku zaczęto jeść pomidory, które
najprawdopodobniej z początku zyskały akceptację w Andaluzji,
hiszpańskiej prowincji, na której terenie leży portowe miasto Sewilla. W archiwach tamtejszego Hospital de la Sangre znajdujemy zapis z 1608 roku
o zakupie pomidorów - ale tylko jeden, co sugeruje, że pacjenci nie
domagali się dokładek. Nie jest zaskoczeniem, że pierwsze hiszpańskie
pomidory przygotowywano w stylu azteckim, duszone na oliwie z chili.
Dopiero w XIX wieku - trzysta lat po ich europejskim debiucie -
Hiszpanie zaczęli dodawać je do tradycyjnych już dań takich jak gazpacho
czy paella.
Tak naprawdę najważniejszy szesnastowieczny wkład Hiszpanii w historię
pomidorów - nie licząc ich "odkrycia" - to pomylenie ich z tomatillos,
czyli miechunką pomidorową. Aztekowie nazywali pomidory xitomatl, a ich dalekich krewnych, tomatillos - mitomatl. Źródłem obu tych nazw
jest słowo tomatl, oznaczające "okrągły owoc", do którego dodawano
przedrostki, by rozróżnić poszczególne gatunki. Niestety
szesnastowieczni hiszpańscy uczeni, w tym najsłynniejszy botanik epoki
Francisco Hernández, wzięli z tego słowa tylko rdzeń i oba owoce nazwali
tomate.
Hernándeza do Meksyku wysłał w 1571 roku król Filip II, by studiował
florę i faunę Nowego Świata. Pięć lat później uczony ukończył pracę nad
szesnastoma tomami pełnymi opisów znalezionych przez siebie roślin i zwierząt. Dzieło to było godne podziwu, chociaż za sprawą swobodnego
podejścia do nazewnictwa opisowi pomidora towarzyszyła ilustracja
niewłaściwego tomate. Co gorsza, błąd towarzyszył tym gatunkom aż do
Włoch, gdzie oba nazwano pomodoro, co do dzisiaj nęka kronikarzy
jednego i drugiego.
Kiedy we Włoszech zaczęto jeść pomidory, trafiły one na stoły bogaczy
jako egzotyczna ciekawostka - jak dzisiaj potencjalnie trująca ryba fugu
z rodziny rozdymkowatych, której odważni smakosze próbują w Japonii. Dla
zdecydowanej większości Europejczyków jednak pomidory, nawet kiedy
rozpoznano w nich jadalne owoce, pozostawały rzadkością przez cały okres
renesansu - a główną przyczyną był, no właśnie, renesans.
O dziwo, okres bezprecedensowego rozwoju kultury i nauki, który
wyciągnął Europę z mroków średniowiecza, mógł przyczynić się do
nadejścia trwających trzysta lat "wieków ciemnych" dla pomidora.
Dlaczego? Iskrą, która rozpaliła renesans, było ponowne odkrycie i docenienie klasycznego antyku, czyli kultury starożytnego Rzymu i Grecji. Wszystko, co stare, znów było nowe, czasem dosłownie: jedną z pierwszych prac zamówionych u młodego Michała Anioła po okresie
terminowania na dworze Wawrzyńca Wspaniałego (dalekiego kuzyna naszego
znajomego Kosmy) była replika rzymskiego Kupidyna, która okazała się tak
przekonująca, że pozbawiony skrupułów handlarz lekko ją podniszczył i sprzedał jako świeżo odkryty artefakt. Oszustwo zostało ujawnione (z powodu błędów w postarzaniu dzieła, nie samym wykonaniu), ale nie
zakończyło to kariery Michała Anioła w skandalicznych okolicznościach,
wręcz przeciwnie; jego zdolność odtwarzania antycznych dzieł dowiodła,
jak utalentowanym jest rzeźbiarzem. Oszukany klient, pewien rzymski
kardynał, był pod tak wielkim wrażeniem, że chociaż samo fałszerstwo
potępił, fałszerza zaprosił do Rzymu. Reszta, jak mawiają, jest
historią. Intrygującą kwestią sporną pozostaje to, czy Michał Anioł na
początku kariery świadomie wziął udział w fałszerstwie.
Pod koniec życia twórczego Michał Anioł otrzymał zlecenie
przeprojektowania Placu Kapitolińskiego w Rzymie, aby stworzyć godną
oprawę dla jedynego zachowanego rzymskiego pomnika konnego -
wspaniałego, nadnaturalnej wielkości posągu z brązu przedstawiającego
Marka Aureliusza, który rządził Imperium Rzymskim w latach 161-180 n.e.
A to właśnie jego osobisty lekarz, Galen z Pergamonu, mógł być
odpowiedzialny za nędzny los renesansowego pomidora.
Charakterystyczne dla renesansu uwielbienie klasycyzmu nie ograniczało
się bynajmniej do sztuki i architektury. Antyczna literatura, nauka i medycyna również stały się obiektem zainteresowania i poszukiwania
wskazówek, jak lepiej żyć. Renesansowi Włosi uważali, że od Galena można
się wiele nauczyć.
Galen z Pergamonu, z urodzenia Grek, był jak Juggernaut z Marvela:
łączył w sobie cechy znanych lekarzy: dr. Spocka, dr. Salka i dr. Oza. W wieku trzydziestu trzech lat zamieszkał w Rzymie i szybko wdrapywał się
po szczeblach kariery, służąc kilku cesarzom i wzbudzając tak wielką
zazdrość wśród kolegów po fachu (sam zresztą twierdził, że wcale ich nie
ma), że żył w ciągłym lęku przed otruciem.
Galen był jednak nie tylko ambitnym mistrzem autopromocji. Był lekarzem,
naukowcem, filozofem i jako pierwszy zademonstrował (przecinając
odpowiednie nerwy kwiczącej świni), że krtań generuje głos. Jako
pierwszy zauważył różnice między krwią tętniczą a żylną; odróżnił też
nerwy czuciowe od ruchowych, a nawet przeprowadził pierwsze udane
operacje katarakty.
Pisał książki o farmakologii i praktykował wczesną formę czegoś, co dziś
nazwalibyśmy "psychoanalizą". Jego badania anatomiczne - prowadzone na
małpach i świniach, bo w starożytnym Rzymie sekcja ludzkich zwłok była
nielegalna - pozostały w Europie głównymi źródłami wiedzy w tej
dziedzinie na kolejnych tysiąc pięćset lat. Galen był bez wątpienia
jednym z najwspanialszych umysłów swoich czasów. Być może jedyną jego
wadą (obok przerośniętego ego) było jego beznadziejne oddanie
Hipokratesowi i stworzonej przez tego greckiego medyka w IV wieku p.n.e.
teorii humoralnej.
Teoria humoralna nie dotyczy dowcipów, ale "humorów" - substancji, które
miały regulować ludzkie zdrowie i zachowanie. Hipokrates twierdził, że
są to: krew, flegma, żółć i czarna żółć. Pisał: "Zdowie to stan, w którym te substancje składowe znajdują się w odpowiednich proporcjach".
Nie brzmi to szczególnie rewolucyjnie, póki nie zdamy sobie sprawy, że
przed Hipokratesem wszystkie choroby przypisywano woli bogów. To jeden z powodów, dla których Hipokratesa uznaje się za "ojca medycyny".
W II wieku n.e. Galen rozwinął teorie Hipokratesa, zarysowując związek
między humorami a konkretnymi rodzajami pokarmu i typami osobowości.
Jeśli byłeś melancholikiem, to dlatego, że w twoim organizmie znajdował
się nadmiar czarnej żółci, optymiści z kolei zawdzięczali swoją pogodną
osobowość obfitości krwi. Jako wczesny propagator idei "jesteś tym, co
jesz", Galen, którego można by uznać za pierwszego słynnego dietetyka,
uważał, że zmiana jadłospisu może pozytywnie wpływać na zdrowie i nastrój.
Bez względu na to, czy mówimy o diecie South Beach, Atkinsa czy Galena,
każda teoria dietetyczna wymaga wprowadzenia klasyfikacji pokarmów, a Galen stworzył prosty schemat: gorące albo zimne i mokre albo suche.
Podczas gdy jedne pokarmy mogły być, na przykład, gorące i suche, inne
były zimne i mokre albo zimne i suche. W gorącej wodzie kąpany Rzymianin
mógł usłyszeć, że powinien jeść pokarmy "zimne", by skorygować swój brak
równowagi. Masz katar? Jedz to, co gorące i suche, by zawalczyć z flegmą. Istniały także produkty, których w ogóle należało unikać.
W epoce renesansu liczące sobie tysiąc czterysta lat zapiski Galena -
oparte na teoriach opracowanych kolejnych pięćset lat wcześniej -
zostały odkryte na nowo. Działo się to mniej więcej w tym samym czasie,
kiedy z Nowego Świata napłynęła obfitość nieznajomych warzyw: wszystkie
je należało wpisać w galeniczny schemat pokarmów gorących, zimnych,
mokrych, suchych, zdrowych i niezdrowych.
Pomidory nie wyszły na tym najlepiej. Przypisano je do najmniej cenionej
kombinacji i uznano za "mokre i zimne" niczym wilgotna piwnica. Były
według botaników "niebezpieczne i szkodliwe" i "o najwyższym stopniu
chłodności". W 1585 roku napisano, że "są zimne, ale nie aż tak jak
mandragora", dając im nieznaczną przewagę nad tym halucynogennym
korzeniem. Ich chłodna, wilgotna natura miała szkodzić trawieniu -
kwasowość pomidora tylko wzmacniała to przekonanie.
Galeniczna klasyfikacja pomidora była nieprzychylna, ale słuszna:
pomidory naprawdę są zimne i mokre. Zawsze zaskakuje mnie, że nawet
dojrzały pomidor, zerwany w słonecznym ogrodzie w ciepły dzień, w ustach
wydaje się chłodny, co nie zawsze jest przyjemne. Podejrzewam, że
odpowiada za to wysoka zawartość wody; pomidory składają się z niej w dziewięćdziesięciu pięciu procentach, co stanowi jeden z najwyższych
wyników wśród owoców i warzyw.
Łatwo było zaklasyfikować pomidory jako niezdrowe również dlatego, że
niewielu chciało je jeść. Owoce smakowały dość kwaśno, a liście, jak
twierdzili niektórzy botanicy, "cuchnęły". Zawsze zwracałem uwagę na to,
że liście pomidora naprawdę pachną jak owoce, nawet u kilkucentymetrowej
sadzonki. Nie przychodzi mi do głowy żadna inna roślina, która miałaby
tę właściwość - szefowie kuchni czasem wykorzystują ją, wrzucając parę
liści do sosu. Podczas gdy jednak współcześni wielbiciele pomidorów
uwielbiają ten zapach, będący zwiastunem jadanej latem kanapki z boczkiem, sałatą i pomidorem właśnie, silna woń liści (być może wtedy
jeszcze silniejsza niż dzisiaj) raziła renesansowych wrażliwców.
Flamandzki zielarz Matthias de l'Obel ostrzegał w 1581 roku, że "silna,
cuchnąca woń wyraźnie wskazuje, jak bardzo są niezdrowe i niezdatne do
jedzenia", podczas gdy szesnastowieczny angielski botanik John Gerard
twierdził, że pomidory są "zgniłe i cuchnące". Jeszcze w 1731 roku w angielskim Gardeners Dictionary czytamy: "Rośliny roztaczają tak silną
woń, że nie powinno się ich sadzić w pobliżu ludzkich siedzib ani w żadnym innym uczęszczanym miejscu".
W Galenicznym schemacie, do którego powrócono w czasach renesansu,
pomidory uznawane były za tak zimne i mokre, że ledwie mieściły się na
skali.(ilustracja autora).
Pojedyncze ówczesne recenzje smaku pomidora są niewiele bardziej
przychylne. (Ludzie rzadko pisują o smaku rzeczy, których nie jadają).
Pochodzący z Padwy lekarz Giovanni Domenico Sala w 1628 roku opisywał
odpychający zwyczaj jedzenia szarańczy, pająków i świerszczy przez ludzi
innych kultur, a do "dziwnych i wstrętnych rzeczy" zaliczył pomidory,
które jadali tylko "nieliczni głupcy". Hernández z kolei zamieścił
pomidory w rozdziale o "kwaśnych roślinach", a pewna "niemądra osoba",
której zdarzyło się je jadać, poradziła, by gotowane pomidory posłodzić...
kwaśnymi winogronami.
Bez wątpienia siedemnastowieczne pomidory nie były równie smaczne co
dzisiejsze odmiany, które w toku wieloletniej hodowli stały się znacznie
słodsze. Sami Aztekowie woleli tomatillos (co wiele nam mówi) i rzadko
jadali pomidory same w sobie. Zazwyczaj dodawali do nich papryczki
chili, przyprawy i - raz na jakiś czas - pojmanego jeńca.
Niezdrowe, cuchnące i dziwne; nic dziwnego, że niełatwo było przekonać
do pomidorów renesansową Europę. A to jeszcze nie koniec. Jakby nie dość
szkód wyrządził powrót do koncepcji Galena, reputacja warzywa z Nowego
Świata ucierpiała jeszcze bardziej za sprawą innego skojarzenia z tym
starożytnym lekarzem. Wielu uznało pomidora za "wilczą brzoskwinię
Galena": zaginiony, trujący owoc, o którym napisał on, że ma cuchnący,
żółty sok i że dzieli się na segmenty, co wydaje się całkiem trafnym
opisem żółtych pomidorów, jakie pojawiały się w szesnastowiecznych
Włoszech. Chociaż przypuszczenie to zostało obalone przez botaników,
łącznie z Hernándezem, który zwrócił uwagę, że pomidory nie mogły być
wilczą brzoskwinią, skoro pojawiły się we Włoszech dopiero w XVI wieku,
to jednak skojarzenie przetrwało do dziś w naukowej, łacińskiej nazwie
pomidora, Solanum lycopersicum. Lycopersicum oznacza bowiem ni
mniej, ni więcej, tylko "wilczą brzoskwinię".
Zarówno skojarzenie z wilczą brzoskwinią Galena, jak i toskańska nazwa -
pomodoro - sugerują, że wczesne pomidory we Włoszech niekoniecznie
musiały być czerwone. Pomodoro (pierwotnie zapisywane jako pomo
d'oro) oznacza "złote jabłko" lub - precyzyjniej - "owoc przypominający
złote jabłko". Dziwna to nazwa na coś, co niewątpliwie nie rosło na
drzewach, ale historyk David Gentilcore zwraca uwagę, że używano jej do
opisu wielu różnych owoców: fig i melonów, a nawet cytrusów. Istniał też
antyczny, mitologiczny owoc pomo d'oro, który pojawia się w opowieści
o greckich nimfach i mitycznych złotych jabłkach, zamiast więc dodawać
do słownika nowe słowo, Toskańczycy sięgnęli do starożytności - a pamiętajmy, że w tamtym czasie często wracano do antyku - by nazwać nowy
owoc.
Warto docenić Toskańczyków za to, że poprawnie rozpoznali w pomidorze
owoc. I tak, wiem, że dotąd najczęściej pisałem o nim "warzywo". W następnym rozdziale zwrócimy się do amerykańskiego Sądu Najwyższego w celu rozwiązania tej spornej kwestii, ale póki co będę określał go
warzywem, ponieważ jem sałatkę z pomidorów, a nie lody pomidorowe.
Czasem jednak nazwę pomidora "owocem", kiedy ta terminologia wyda mi się
właściwa. Capisci?
Dla większości szesnastowiecznych Włochów pomodoro nie był ani owocem,
ani warzywem. W ogóle nie był jedzeniem. A chociaż skupiamy się na
Włoszech, bo to one ostatecznie rozsławią pomidora, w pozostałych
krajach Europy też nie zyskał on popularności. Do Anglii dotrze dopiero
w latach dziewięćdziesiątych XVI wieku i z początku nazywany będzie
jabłkiem miłości. Francuzi również określali go mianem pomme d'amour
("jabłko" było wówczas ogólnym terminem stosowanym do wszystkich
owoców).
Skojarzenie pomidorów z miłością przez Anglików i Francuzów pozostaje
tematem dyskusji. Być może chodziło o to, że owoc uznawano za
afrodyzjak, że przypominał ludzkie serce albo że należał do tej samej
botanicznej kategorii co wspomniana wcześniej mandragora (po hebrajsku
"roślina miłości"), którą kojarzono z płodnością już od czasów
biblijnych. Gentilcore uważa, że powiązanie pomidora z miłością to
kolejna konsekwencja pomylenia go z tomatillo, jako że skórka tego
drugiego po wyschnięciu pęka, ukazując znajdujący się w środku owoc,
którego barwa przechodzi od bladej zieleni aż do fioletu. Hiszpański
botanik Francisco Hernández uważał tę "wulgarną i lubieżną" właściwość,
przywołującą na myśl kobiece narządy płciowe, za "obsceniczną i obrzydliwą". Być może na nazwę "jabłko miłości" wpadli ci, których ten
widok mniej raził.
Jako człowiek, któremu nauka języków obcych sprawia tak dużą trudność,
że kiedyś zwróciłem się po francusku do kelnera trzygwiazdkowej
paryskiej restauracji słowami: "Ja poproszę szynkę w gazecie, a mój syn
poprosi córkę", myślę, że prawdziwe wyjaśnienie jest znacznie prostsze:
"pomodoro" pomyliło się obcokrajowcom z "pom'amoro" - jabłkiem
miłości. I tyle. Niezależnie od źródła, określenie to miało przetrwać aż
do XIX wieku, kiedy zarówno Anglia, jak i Francja porzuciły miłość i przejęły termin hiszpański zamiast włoskiego. Tak powstały, kolejno,
tomato i tomate, chociaż rodzaj męski el tomate z Hiszpanii we
Francji zmienił się w żeński la tomate. Pod względem językowym świat
dzieli się na dwie części: cała zachodnia Europa (oprócz Włoch) i Afryka
Północna używają hiszpańskiej wariacji tomate, podczas gdy różne
wersje pomodoro przekroczyły Adriatyk i Bałkany i wylądowały w Polsce,
Ukrainie, Rosji i innych krajach wschodniej Europy.
Niezależnie od nazwy, pomidory pozostaną niepopularne, niekochane i niejedzone jeszcze przez dużą część XVII wieku. Oczywiście dowody (w tym
dwa moje ostatnie posiłki) wskazują na to, że w pewnym momencie sytuacja
ulegnie zmianie. Gdy zawitałem do Muzeum Pomidora, spytałem Giulię
Marinelli, czemu Włosi przez długie wieki nie jadali tych warzyw.
Wychodząc, zadałem jej odwrotne pytanie: co skłoniło ich, by jednak się
do nich przekonać? Czy była to zmiana kulturowa, czy może zmieniła się
sama roślina?
Moja rozmówczyni chwilę się zastanawiała.
- Przyczyn było wiele. Ale, jak pewnie wiesz, na początku XIX wieku w Ameryce organizowano specjalne pokazy, by przekonać ludzi, że pomidory
nie są trujące.
Nie, nie wiedziałem.
Dwa. Kubełek pułkownika Johnsona
Dwa
Kubełek pułkownika Johnsona
"Owoc ohydny i cuchnący" staje się ulubionym warzywem Ameryki
Z początku w Ameryce pomidory również nie cieszyły się powodzeniem.
Chociaż nie szkodziło im dziedzictwo Hipokratesa ani Galena, część
społeczeństwa uważała je za trujące, reszta - po prostu za niesmaczne. W magazynie "Horticulturist" można było przeczytać, że to "owoc ohydny i cuchnący". "Istne hochsztaplerstwo" - orzekł w 1836 roku "Florida
Agriculturist". W "American Farmer" skonstatowano, że choć z początku
smak wydawać się może nieprzyjemny, nie należy się tym przejmować, bo
człowiek przyzwyczai się do każdej okropności. Ralph Waldo Emerson
wypowiadał się pewnie w imieniu wielu swych towarzyszy z Nowej Anglii,
gdy twierdził, że do smaku pomidorów trzeba przywyknąć, ale ostatnie
słowo należało do redaktora "Boston Courier" Josepha T. Buckinghama,
który w 1834 roku napisał o nich:
To nędzny grzyb paskudnej rośliny, której nie wolno tykać, jeśli nie ma
się pod ręką mydła i wody aromatyzowanej eau de cologne, by osłodzić
dłoń - pomidory, te bliźnięta skwaśniałych, gnijących ziemniaczanych kul
- wybawcie nas, o wy, dostarczyciele luksusów, o bogowie i boginie
kulinarnej sztuki, wybawcie nas od pomidorów!
Co dość zaskakujące, po tej diatrybie następują dwa przepisy na dania z pomidorów.
Mimo bliskości Meksyku, prawdopodobnie pierwsze pomidory dotarły do
kolonii okrężną drogą obejmującą dwa transatlantyckie szlaki: z Meksyku
do Hiszpanii i z powrotem do Ameryki, gdzie hodowano je w hiszpańskich
koloniach na terenach dzisiejszej Georgii, Karoliny Północnej i Karoliny
Południowej. Pomidory mogły tu również dotrzeć z hiszpańskich
posiadłości na Karaibach i w bagażu angielskich kolonizatorów, którzy
wciąż nazywali je jabłkami miłości. W Anglii pomidory zyskiwały jednak
akceptację wolniej nawet niż we Włoszech i Hiszpanii - nie cieszyły się
powodzeniem jeszcze w pierwszych dekadach XVIII wieku - można więc się
zastanawiać, czemu angielscy osadnicy mieliby wśród swoich cennych
skarbów zabrać w podróż nasiona pomidorów. Tak czy inaczej zła sława
tych roślin ciągnęła się za nimi aż do Nowej Anglii, gdzie wraz z moją
żoną Anne przyjechaliśmy zobaczyć obiekt drwiny: pierwszy znany
wizerunek pomidora w sztuce amerykańskiej.
Raphaelle Peale, najstarszy syn słynnego portrecisty Charlesa Willsona
Peale'a (bracia Raphaelle'a, przysposobieni do zawodu malarza, nosili
imiona Rembrandt, Titian i Rubens) był jednym z pierwszych amerykańskich
artystów tworzących martwe natury, więc jego obraz Martwa natura z owocami i warzywami, który wisi skromnie w Wadsworth Atheneum Museum of
Art w Hartford w stanie Connecticut, to jednocześnie jedna z pierwszych
martwych natur w całych USA. Na obrazie widnieje dojrzały, czerwony
pomidor.
Martwa natura z owocami i warzywami, Raphaelle Peale, ok. 1795-1810 r.
(Wadsworth Atheneum Museum of Art, Hartford, Connecticut).
- Wygląda jak odmiana Brandywine - stwierdza Anne.
Już mam zaprotestować, mówiąc, że ten pękaty, bulwiasty owoc w niczym
jej nie przypomina, kiedy zdaję sobie sprawę, że chodzi jej o jeden z moich zdeformowanych egzemplarzy pomidorów Brandywine. Zanotowane.
- Albo jak czerwona papryka - dodaje, zauważając okrągłe żebra, które
wystają daleko ponad szypułkę. Ma to sens: nawet niektórzy historycy
sztuki dostrzegali w nim nie tę roślinę psiankowatą, co trzeba.
Przede wszystkim jednak bardzo przypomina pomidora na fryzie
obramowującym drzwi katedry w Pizie, co oznacza, że dwieście lat po
przybyciu do Europy pomidor wciąż jest żebrowanym, podzielonym na
segmenty owocem, który wcale nie wygląda jak jego współczesna wersja.
Nie tylko to jednak zwraca moją uwagę. Czemu pomidor dzieli płótno z winogronami, brzoskwinią i trzema marchewkami, czyli owocami i warzywami
powszechnie lubianymi? Postanawiam zapytać o to kuratorkę Erin Monroe.
Peale pochodził z Filadelfii i to bardzo mało prawdopodobne, żeby jadł
pomidory w 1795 roku, kiedy to, zgodnie z podaną informacją, obraz miał
zostać namalowany.
- To ciekawe - mówi Erin, przeglądając notatki. - Odkąd mamy ten obraz w kolekcji (czyli od 1942 roku), nieco zmieniliśmy jego datowanie.
Wydawało nam się, że pochodzi najwcześniej z 1810 roku. Widzę jednak, że
jeden z moich poprzedników zmienił datę na 1795.
Słucham? Serce bije mi szybciej na myśl o tym, że moje nazwisko mogłoby
znaleźć się na muzealnej tabliczce ("William Alexander datuje obraz na
rok 1810 lub później"). Domyślam się, że istniało jakieś uzasadnienie -
biograficzne lub inne - dlaczego umiejscowiono obraz w XVIII wieku
(chociaż jest starszy o prawie dwadzieścia lat od kolejnej zachowanej
martwej natury), ale z botanicznego punktu widzenia rok 1810 wydaje się
bardziej uzasadniony, ponieważ wcześniej najbardziej entuzjastycznym
konsumentem pomidorów na północnym wschodzie była larwa szkodnika z gatunku Manduca quinquemaculata.
Manduca quinquemaculata, według Ralpha Waldo Emersona "obiekt
wielkiego strachu".
(Zdjęcie Daniela Schwena na licencji Creative Commons).
To prawdziwie przerażające stworzenie pożera zarówno owoce, jak i liście
pomidora. Gąsienica wielkości palca (jedna z największych w Ameryce
Północnej) ma na końcu odwłoka groźnie wyglądający róg i cętkowany,
zielonkawy odcień, dzięki któremu potrafi się zaszyć w roślinności. Ze
względu na budzący grozę wygląd zyskała reputację istoty niebezpiecznej.
W 1838 roku Ralph Waldo Emerson opisał tego owada jako "obiekt wielkiego
strachu, powszechnie uważany za trujący i nadający trujące właściwości
owocom, jeśli zdarzy mu się po nich pełzać". Toksyczna reputacja
szkodnika utrzymywała się aż do lat sześćdziesiątych XIX wieku - "Ohio
Farmer" donosił, że pewna dziewczyna "zmarła w straszliwych męczarniach"
po tym, jak została przez niego użądlona. Z kolei w "The Syracuse
Standard" pisano, że był "jadowity jak grzechotnik" i potrafił pluć
trującą śliną na odległość dwóch stóp. W rzeczywistości to małe
stworzenie jest równie paskudne, co nieszkodliwe.
Południowcy, którzy znali jego uzależnionego od nikotyny kuzyna -
żerującego na tytoniu Manducta sexta - nie dali się tak łatwo
zniesmaczyć i już w połowie XVIII wieku pomidory znaleźć można było na
południu; do Wirginii dotarły na początku kolejnego stulecia. Thomas
Jefferson zaczął je hodować i jeść w Monticello1 w 1809
roku. Wczesne zaadaptowanie pomidorów na południu przypisuje się często
wpływowi niewolników (w tym domowych kucharzy), którzy jadali je na
karaibskich wyspach, gdzie handlowano niewolnikami. Erin Monroe mówi, że
Raphaelle Peale był zapalonym podróżnikiem, mógł więc jadać pomidory na
południu (albo nawet w Meksyku czy Ameryce Południowej, które również
odwiedził), co wyjaśniałoby, jak znalazły się na obrazie obok marchewki
i winogron.
W jaki sposób jednak pomidory przeniosły się z płótna Peale'a na
amerykańskie podniebienia? Jak to się stało, że "owoc ohydny i cuchnący"
zaczęto hodować przez cały rok? Jedna z wersji (która najwyraźniej
dotarła do Museo del Pomodoro) celebruje konkretny dzień, 26 września
1820, jako ten, kiedy ponoć pomidor zeskoczył z doniczki na talerz. To
wtedy pułkownik Robert Gibbon Johnson z Salem w stanie New Jersey
wdrapał się na schody ratusza, gdzie ku przerażeniu zebranego w dole
tłumu pochłonął cały kosz pomidorów - jak sądzę, odmiany Jersey - by
dowieść, że są one nie tylko jadalne, ale po prostu pyszne.
Chcąc zajrzeć głęboko na dno kosza - to znaczy dowiedzieć się więcej o dzielnym pułkowniku - udałem się do Salem w dwusetną rocznicę słynnej
demonstracji, by spotkać się z członkami tamtejszego Towarzystwa
Historycznego. Gromadzimy się w nieprzypadkowym miejscu: przy krypcie
Johnsona na cmentarzu sąsiadującym z kościołem episkopalnym świętego
Jana, tuż obok ratusza, w cieniu ogromnej kościelnej wieży, która wydaje
się równie wysoka, jak szerokie jest miasto. Imponująca iglica należy
jednak nie do świętego Jana, lecz przylegającego doń kościoła
prezbiteriańskiego, w którym wisi portret Johnsona. Wygląda na nim jak
mężczyzna u kresu cierpliwości; a kiedy podczas sporu z episkopalianami
ta faktycznie się wyczerpała, ufundował prezbiterianom kościelny gmach
na przyległej posiadłości, oferując dodatkowo tyle dolarów, o ile stóp
wieża nowego kościoła przewyższy wieżę starego.
To były dobrze wydane pieniądze.
Johnson, który odziedziczył bogactwo i wżenił się w jeszcze większy
majątek, miał ogromne połacie ziemi i był gorliwym wielbicielem
ogrodnictwa; założył New Jersey Horticultural Society (Towarzystwo
Ogrodnicze z New Jersey). Był również właścicielem niewolników - stan
New Jersey zniósł niewolnictwo jako ostatni na północy.
Salem od dawna celebruje popisy pułkownika na schodach ratusza; w latach
osiemdziesiątych XX wieku ustanowiono Robert Gibbon Johnson Day, podczas
którego aktorzy występowali w strojach z epoki, organizowano konkursy na
najlepsze pomidory, podawano placki z pomidorami i sprzedawano koszulki,
na których Johnson pozował na tle ratusza z głową w kształcie pomidora i w stroju z epoki kolonialnej, uśmiechając się od szypułki do szypułki. W 1988 roku obchody pokazano w programie śniadaniowym Good Morning
America na kanale CBS; gospodarz programu, improwizując na żywo, jego
gospodarz ujawnił nieznany dotąd detal, jakoby Johnson był pierwszym
człowiekiem w Ameryce, który zjadł pomidora. Informacja ta z pewnością
zaskoczyłaby Jeffersona.
Robert Gibbon Johnson (1771-1850), który miał ponoć wprowadzić pomidory
do Ameryki; legenda równie upiększana, co krytycznie analizowana.
Portret autorstwa George'a W. Conarroe'a, ok. 1840 r. (Dzięki
uprzejmości Salem County Historical Society, Salem, New Jersey).
Coroczny festiwal po kilku latach zawieszono, ale dziś spodziewam się
hucznych obchodów z okazji dwusetnej rocznicy - albo przynajmniej
spotkam paru miłośników pomidorów cykających zdjęcia. Jeśli tak się nie
stanie, gotów jestem osobiście dokonać rekonstrukcji przed drugim
najstarszym działającym ratuszem w Stanach Zjednoczonych i ze smakiem
zjeść pomidory na oczach zszokowanych mieszkańców Salem przybyłych tu w sprawach urzędowych.
Tyle że nigdzie nie widać schodów. Po lekturze szeregu poruszających
relacji z wystąpienia Johnsona, naiwnie wyobrażałem sobie zastać tu
mniejszą wersję schodów jak sprzed budynku amerykańskiego Sądu
Najwyższego, Johnsona stojącego na najwyższym stopniu i zebrany na dole
tłum. Tak naprawdę jednak, aby wejść do ratusza, wystarczy pokonać cały
jeden stopień, do którego prowadzi ceglana ścieżka. Co więcej, ratusz
jest zamknięty: otwiera się tylko dwa razy w tygodniu, by zająć się
mandatami za złe parkowanie i naruszeniem obowiązku trzymania psów na
smyczy. Oznacza to, że nie ma tu przechodniów, których mógłbym nawrócić
na pomidory i nikt nie zobaczyłby mojego hołdu dla Johnsona.
Nie ma schodów, nie ma widzów, nie ma żadnych rocznicowych obchodów. A czy Robert Gibbon Johnson w ogóle istniał?
Istniał bez wątpienia - zapewniają mnie przewodniczący Salem County
Historical Society, obecny, Curt Harker, i były, Ron Magill, kiedy
idziemy spacerem z ratusza do dawnego domu Johnsona, w którym dzisiaj
mieści się lokalna siedziba organizacji Meals on Wheels. Pułkownik był
zresztą pierwszym wiceprzewodniczącym założonego w 1845 roku
towarzystwa. A ponieważ był bogaty, wiemy o nim całkiem sporo. Tyle że
nie o pomidorach. Johnson i pomidory pojawiają się w tym samym zdaniu
dopiero pięćdziesiąt osiem lat po jego śmierci, w wydanej w 1908 roku
Salem County Handbook autorstwa Williama Chew. Czytamy tam, że w 1820
roku "pułkownik Robert G. Johnson przywiózł do Salem pierwsze pomidory
(...). W tamtym czasie powszechnie uważano je za niejadalne".
Potem rozpoczęło się upiększanie legendy. W historii miasta Salem,
wydanej w 1937 roku, naczelnik poczty i historyk-amator Joseph S.
Sickler powtórzył tezę Chew, dodając, że "Johnson cierpliwie przekonywał
lokalnych mieszkańców do wartości pomidora, zwracając uwagę, że jest on
nie tylko smaczny, ale i zdrowy".
Trzy lata później Harry Emerson Wildes opublikował swoją wersję tej
historii w książce The Delaware, dodając do wersji Sicklera ratusz.
Napisał, że póki Johnson "nie odważył się publicznie zjeść pomidora na
schodach ratusza, ostrożni mieszkańcy South Jersey nie byli skłonni
uznać za jadalne warzywa, które jest dzisiaj najpopularniejszą z uprawianych tu roślin". (Warto zauważyć, że ten ratusz, w odróżnieniu od
mojego, ma "schody" w liczbie mnogiej).
Dziewięć lat później Stewart Holbrook ożywił całą scenę w książce Lost
Men of American History, pisząc tak:
Johnson stanął na schodach ratusza w Salem i oznajmił tubalnym głosem,
że zje ów trujący owoc tu i teraz. I tak właśnie z rozkoszą uczynił na
oczach tłumu gapiów, którzy spodziewali się, że zacznie wić się w konwulsjach, po czym martwy padnie na ziemię.
Inni autorzy jeszcze bardziej puszczali wodze fantazji, dodając tysiące
widzów, mdlejące kobiety i konkretną datę. Co zaskakujące, jednym z tych
"innych autorów" był sam Joseph Sickler, który w 1948 roku dokonał
rewizji oryginalnej wersji opowieści, by włączyć do niej barwne wymysły
swoich następców, zbudowane na fundamencie jego pierwszej relacji - i jeszcze bardziej ją ozdobić.
Sickler mieszkał teraz w Nowym Jorku: wydalono go z Salem za jakieś
podejrzane interesy przy funduszach pocztowych. Nie zdążył jeszcze
wyschnąć tusz, którym spisał swoją nową, bogato urozmaiconą wersję
historii, kiedy zaproszono go jako płatnego konsultanta do współpracy
przy rekonstrukcji historycznego wydarzenia przygotowywanego przez radio
CBS na potrzeby programu You Are There z 30 stycznia 1949 roku. Nie
wiemy, czy to on zgłosił się do CBS, czy na odwrót, ale program był bez
wątpienia dla Sicklera wielkim przełomem; chwalił się, że zapewnił mu
"powszechne uznanie jako kustosza tej historii". Warto zaznaczyć, że
You Are There nie był ówczesnym odpowiednikiem żartobliwych audycji w rodzaju Drunk History. Transmisje - przeniesione później do telewizji,
gdzie prowadził je Walter Cronkite - uznawano za godne zaufania źródło
historyczne, a następnego dnia często opisywano je w gazetach.
Prawdopodobnie więc producenci przyjrzeli się materiałowi, nim wstąpili
na, hmm, "schodek" ratusza.
Sickler twierdził, że pierwotnie historię opowiedział mu pewien
mężczyzna (co wygodne, już nieżyjący), którego dziadek, Charles J.
Casper, był naocznym świadkiem wydarzenia. Jeśli Sickler szukał
wiarygodnego źródła, źle trafił, jako że syn Caspera był prominentnym
producentem konserw i autorem krótkiej historii tej branży w Salem, a napisał w niej, że "pomidora przywiozły do Salem w stanie New Jersey
jakieś panie z Filadelfii w 1829 roku". Trudno uwierzyć, że Casper nie
wspomniał swojemu synowi, potentatowi pomidorowych konserw, że
uczestniczył w tak pamiętnym wydarzeniu jak popis Johnsona, ale za to
opowiedział to wnukowi, który ponoć przekazał historię Sicklerowi.
Nie jest to bynajmniej ostatnia pomidorowa legenda, jaką tu napotkamy,
ale ta należy do najbardziej "upartych": pojawi się w tak godnych
zaufania publikacjach jak "Scientific American" czy "New York Times" - a nawet w artykule opublikowanym w 1993 roku na łamach "New Yorkera"
słynącego przecież z pieczołowitego fact-checkingu. Opowieść, wspierana
przez nowe światowe medium do szybkiego rozsiewania dezinformacji (znane
jako Internet), zaczyna krążyć z coraz to nowszymi ozdobnikami. W jednej
z wersji na miejsce przybywa orkiestra strażacka, która gra akurat na
pogrzebie, w innej miejsce ratusza zajmuje budynek sądu, gdzie niejako
odbywa się proces nieszczęsnego warzywa; wyrok na korzyść pomidora
zapada dopiero wtedy, kiedy pułkownik... zjada pozwanego!
W dwusetną rocznicę wydarzenia, które nigdy nie miało miejsca, pytam
więc historyków z Salem, czy w całej tej legendzie tkwi choćby ziarnko
prawdy. W gazetach nic nie przeczytamy o demonstracji, opublikowana
przez samego Johnsona w 1838 roku historia hrabstwa Salem pozbawiona
jest jakiejkolwiek wzmianki o pomidorach, i chociaż prawdą jest, że
pułkownik sponsorował targi rolnicze, w ich protokołach pomidorów wśród
ocenianych plonów nie znajdziemy.
- Czy Johnson hodował pomidory? - pytam. - Czy o nich w ogóle wiedział?
Jakby spodziewając się tego wyzwania, Ron Magill wyciąga z teczki
pochodzącą z 1812 roku książkę z biblioteki Johnsona, Archives of
Useful Knowledge: A Work Devoted to Commerce, Manufacturers, Rural and
Domestic Economy, Agriculture, and the Useful Arts (Archiwum wiedzy
praktycznej: kompendium handlu, przemysłu, gospodarstwa, rolnictwa i sztuk użytecznych), na ostatnich stronach podpisaną przez pułkownika, na
wypadek gdyby pożyczający zapomniał, do kogo należy to dzieło. Magille
otwiera książkę na stronie 306., gdzie znajduje się przepis na "Tomatoe
albo catsup z jabłka miłości". Fakt, że Johnson posiadał książkę
zawierającą przepis z pomidorami, sugeruje, iż wiedział (podobnie jak
inni), że są one jadalne. To samo w sobie niczego jednak nie dowodzi,
chyba że odegrał dziewiętnastowieczną wersję filmu Julie & Julia i przygotował wszystkie przepisy po kolei. Obaj lokalni historycy są
jednak święcie przekonani, że Johnson istotnie wprowadził pomidory do
uprawy w południowym New Jersey - tyle że nie w sposób tak dramatyczny i z pewnością nie w budynku sądu. Według nich pierwsza wersja Sicklera,
mówiąca, że Johnson przekonał współobywateli do konsumpcji tych
"zgniłych jagód", jest słuszna i prawdopodobnie opiera się na historii
mówionej i/lub doniesieniach z gazet. Przy czym do tych drugich jak
dotąd nikt nie dotarł. Historii przekazywanej z ust do ust nie wolno
jednak lekceważyć, jako że często okazuje się zaskakująco rzetelna.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki