Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii - Arkadij Babczenko

-
Proszę czekać

przedmowa

Błę­dem by­ło­by uwa­żać, że woj­na w Cze­cze­nii za­czę­ła się w mo­men­cie wkro­cze­nia wojsk fe­de­ral­nych. I że spo­wo­do­wa­ła ją ja­kaś jed­na przy­czy­na. Cze­cze­nia to wie­le czyn­ni­ków i zbie­gów oko­licz­no­ści, ko­ło­wrót zda­rzeń, w któ­rym hi­sto­ry­kom bę­dzie bar­dzo trud­no się po­ła­pać.

Wszyst­ko za­czę­ło się na po­cząt­ku lat dzie­więć­dzie­sią­tych, kie­dy do wła­dzy do­szedł Dżo­char Du­da­jew, były pi­lot woj­sko­wy Ar­mii Czer­wo­nej, uczest­nik woj­ny w Afga­ni­sta­nie. Dą­żył do nie­pod­le­gło­ści Cze­cze­nii, ogło­sił jej su­we­ren­ność i wyj­ście z Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej.

Od tej chwi­li w Cze­cze­nii za­pa­no­wał cha­os. Du­da­jew wy­rzu­cił ro­syj­skie jed­nost­ki woj­sko­we z te­ry­to­rium re­pu­bli­ki. Opusz­cza­jąc Cze­cze­nię, po­zo­sta­wi­ły ogrom­ne ilo­ści bro­ni; sa­mych sa­mo­lo­tów na lot­ni­sku w Gro­znym po­rzu­co­no po­nad dwie­ście. Po nie­wiel­kiej mo­der­ni­za­cji przy­sto­so­wa­no je do wal­ki w po­wie­trzu i pro­wa­dze­nia bom­bar­do­wań. Po­zo­sta­wio­no rów­nież cięż­ką broń pan­cer­ną - czoł­gi, trans­por­te­ry opan­ce­rzo­ne, ar­ty­le­rię i na­wet kil­ka ze­sta­wów wy­rzut­ni ra­kie­to­wych po­ci­sków ar­ty­le­ryj­skich Grad. Po­rzu­co­nej bro­ni pal­nej nie da się zli­czyć, były to całe ma­ga­zy­ny, dzie­siąt­ki ty­się­cy sztuk.

W re­pu­bli­ce kwi­tło bez­pra­wie. Du­da­jew ogło­sił po­wszech­ną amne­stię dla wszyst­kich prze­stęp­ców bez wy­jąt­ku, wsku­tek cze­go do Cze­cze­nii ma­so­wo za­czę­li ścią­gać lu­dzie ukry­wa­ją­cy się przed pra­wem, za­pa­no­wał bez­li­to­sny ban­dy­tyzm. Mor­der­stwa i roz­bo­je sta­ły się co­dzien­no­ścią. Do Ro­sji nie­ustan­nie pły­nę­ła rze­ka ro­syj­sko­ję­zycz­nych uchodź­ców. Nie moż­na po­wie­dzieć, że lu­do­bój­stwo lud­no­ści nie­cze­czeń­skiej było po­li­ty­ką pań­stwa - to nie­praw­da. Trze­ba zro­zu­mieć, że spo­łe­czeń­stwo cze­czeń­skie, któ­re­go pod­sta­wę nadal sta­no­wią sto­sun­ki ro­do­wo-ple­mien­ne, skła­da się z tej­pów - ro­dów. Na przy­kład obec­ny pre­zy­dent Cze­cze­nii Ram­zan Ka­dy­row na­le­ży do tej­pu Be­noj.

Lud­ność ro­syj­sko­ję­zycz­na nie zna­ła wię­zi ple­mien­nych ani za­sa­dy krwa­wej ze­msty ro­do­wej, była więc naj­bar­dziej bez­bron­ną ka­te­go­rią miesz­kań­ców.

Za­le­wa­ją­ce re­pu­bli­kę ban­dy­tyzm i bez­ro­bo­cie moc­no nad­szarp­nę­ły au­to­ry­tet Du­da­je­wa i po­dzie­li­ły spo­łe­czeń­stwo. Trwa­ła już w naj­lep­sze woj­na do­mo­wa - tej­po­wa. Pro­mo­skiew­ska opo­zy­cja do­wo­dzo­na przez Uma­ra Aw­tur­cha­no­wa stwo­rzy­ła swo­ją bazę na pół­no­cy, w re­jo­nie nad­te­recz­nym. Aw­tur­cha­now nie­jed­no­krot­nie ata­ko­wał stam­tąd Gro­zny, uży­wa­jąc lot­nic­twa i cięż­kie­go sprzę­tu.

Za bez­po­śred­ni po­czą­tek woj­ny moż­na uznać ostat­ni marsz tej opo­zy­cji na Gro­zny w li­sto­pa­dzie 1994 roku. Szturm z oko­ło dwu­dzie­sto­ma czoł­ga­mi otrzy­ma­ny­mi od Mo­skwy wraz z za­ło­ga­mi, któ­re re­kru­to­wa­ły się spo­śród ro­syj­skich ofi­ce­rów, za­koń­czył się cał­ko­wi­tą klę­ską, wszyst­kie czoł­gi znisz­czo­no, więk­szość za­łóg po­le­gła. Tych, co prze­ży­li, wzię­to do nie­wo­li. Mo­skwa wy­rze­kła się swo­ich żoł­nie­rzy.

Swo­ją dro­gą wszyst­kie te wy­da­rze­nia nie bar­dzo ob­cho­dzi­ły ów­cze­sne­go pre­zy­den­ta Ro­sji Bo­ry­sa Jel­cy­na. Lu­dzie byli mu zu­peł­nie obo­jęt­ni. Nie­wia­ry­god­nie żąd­ny wła­dzy, dla któ­rej zde­cy­do­wał się strze­lać do par­la­men­tu w 1993 roku, nie mógł znieść jed­ne­go - że nie pod­po­rząd­ko­wał mu się ja­kiś ge­ne­rał. Wy­da­je mi się, że to była praw­dzi­wa przy­czy­na pod­ję­cia de­cy­zji o wy­sła­niu wojsk do Cze­cze­nii.

Ope­ra­cja woj­sko­wa w celu oba­le­nia "re­żi­mu Du­da­je­wa" roz­po­czę­ła się 11 grud­nia 1994 roku. Była to ra­czej ope­ra­cja po­li­tycz­na niż woj­sko­wa, kom­plet­nie nie­przy­go­to­wa­na i nie­prze­my­śla­na. Świad­czy o tym jed­no zda­nie mi­ni­stra obro­ny Fe­de­ra­cji Ro­syj­skiej Paw­ła Gra­czo­wa, któ­ry za­po­wie­dział, że "zaj­mie Gro­zny dwo­ma puł­ka­mi w cią­gu dwóch go­dzin". Do­wód­cy już na po­cząt­ku zdra­dzi­li swo­ją ar­mię. Żoł­nie­rze nie po­tra­fi­li na­wet strze­lać, byli za­szczu­ci i zde­mo­ra­li­zo­wa­ni, nie ro­zu­mie­li ce­lów ani za­dań tej woj­ny do­mo­wej, któ­rej nie na­zy­wa­no na­wet woj­ną - byli zwy­kłym mię­sem ar­mat­nim.

W re­zul­ta­cie ar­mia ro­syj­ska, któ­ra we­szła do Gro­zne­go 31 grud­nia 1994 roku, po­nio­sła ogrom­ne stra­ty. w noc syl­we­stro­wą prze­sta­ła prak­tycz­nie ist­nieć 131. Bry­ga­da Maj­kop­ska, za­blo­ko­wa­no i czę­ścio­wo roz­bi­to inne od­dzia­ły, wkra­cza­ją­ce do mia­sta z róż­nych kie­run­ków. Po­le­głych li­czo­no w ty­sią­cach. Do dziś brak ofi­cjal­nych da­nych o stra­tach w Cze­cze­nii - za tej wła­dzy ich się nie do­cze­ka­my, po­nie­waż są ol­brzy­mie. We­dług nie­ofi­cjal­nych do­nie­sień tyl­ko w stycz­niu w trak­cie walk o Gro­zny zgi­nę­ło oko­ło pię­ciu ty­się­cy ro­syj­skich żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów.

Stra­ty po stro­nie cze­czeń­skiej, przede wszyst­kim licz­ba ofiar wśród lud­no­ści cy­wil­nej, nie są zna­ne i praw­do­po­dob­nie nig­dy nie będą - ich po pro­stu nikt nie li­czył.

Do­sta­łem we­zwa­nie do woj­ska rok po roz­po­czę­ciu woj­ny, w li­sto­pa­dzie 1995 roku, kie­dy by­łem na dru­gim roku stu­diów. Pół roku spę­dzi­łem w jed­no­st­ce szko­le­nio­wej na Ura­lu, po czym wy­sła­li nas, pół­to­ra ty­sią­ca lu­dzi, na Kau­kaz w 1996 roku w maju. Naj­pierw słu­ży­łem w przy­fron­to­wym Moz­do­ku, póź­niej w Cze­cze­nii. Wów­czas w re­pu­bli­ce ofi­cjal­nie obo­wią­zy­wa­ło za­wie­sze­nie bro­ni, ale wciąż trwa­ła wy­mia­na ognia.

W lip­cu do­sta­łem prze­pust­kę ze wzglę­du na cho­ro­bę ojca. Po­je­cha­łem do domu na dwa ty­go­dnie. Wró­ci­łem.

Szó­ste­go sierp­nia bo­jow­ni­cy za­ję­li Gro­zny i utrzy­my­wa­li mia­sto przez dwa ty­go­dnie. Była to dru­ga bi­twa pod wzglę­dem na­tę­że­nia ognia i in­ten­syw­no­ści walk, któ­ra za­koń­czy­ła się ko­lej­nym za­wie­sze­niem bro­ni i w re­zul­ta­cie pod­pi­sa­niem ro­zej­mu w Cha­saw-jur­cie, któ­ry uzna­wał nie­pod­le­głość Cze­cze­nii.

W sierp­niu zmarł mój oj­ciec i do­sta­łem ko­lej­ną prze­pust­kę. Zdą­ży­łem aku­rat na po­grzeb. Tego sa­me­go dnia za­cho­ro­wa­łem, po­go­to­wie za­bra­ło mnie do szpi­ta­la, skoń­czy­ła mi się prze­pust­ka, zo­sta­łem za­trzy­ma­ny. Wsa­dzi­li mnie do aresz­tu i wy­to­czy­li spra­wę o de­zer­cję. Sie­dzia­łem trzy mie­sią­ce. w koń­cu po­stę­po­wa­nie umo­rzo­no ze wzglę­du na brak zna­mion prze­stęp­stwa - jak­by nie było to oczy­wi­ste od po­cząt­ku.

Do tego cza­su wy­pro­wa­dzo­no już woj­ska z Cze­cze­nii, woj­na się skoń­czy­ła, nie mia­łem ocho­ty wra­cać do Moz­do­ku i uda­ło mi się do­stać prze­nie­sie­nie do Twe­ru, od­le­głe­go od Mo­skwy o sto osiem­dzie­siąt ki­lo­me­trów, gdzie od­słu­ży­łem po­zo­sta­łe dzie­sięć mie­się­cy.

Po śmier­ci Du­da­je­wa na pre­zy­den­ta Cze­czeń­skiej Re­pu­bli­ki Icz­ke­rii wy­bra­no sze­fa szta­bu sił zbroj­nych Asła­na Ma­scha­do­wa, czło­wie­ka zrów­no­wa­żo­ne­go, roz­sąd­ne­go, ob­li­czal­ne­go. Jego sy­tu­acja była jed­nak bar­dzo nie­sta­bil­na, bez­po­śred­nio do­wo­dził za­le­d­wie oko­ło dwo­ma ty­sią­ca­mi lu­dzi i oka­zał się "pre­zy­den­tem w pod­zie­miu". Praw­dzi­wa wła­dza w Cze­cze­nii na­le­ża­ła do ban­dyc­kich grup Ge­ła­je­wa, Ba­sa­je­wa, Ba­ra­je­wa, Jor­dań­czy­ka Chat­ta­ba i im po­dob­nych. Znów za­czął się cha­os, ban­dy­tyzm, po­rwa­nia - w cen­trum Gro­zne­go, na pla­cu Przy­jaź­ni Na­ro­dów, dzia­łał naj­praw­dziw­szy targ nie­wol­ni­ków. We­dług ofi­cjal­nych da­nych w cią­gu trzech lat cze­czeń­skiej nie­pod­le­gło­ści po­rwa­no, sprze­da­no do nie­wo­li albo za­mor­do­wa­no oko­ło trzy­dzie­stu ty­się­cy lu­dzi.

Po de­mo­bi­li­za­cji wró­ci­łem na uczel­nię, za­li­czy­łem po­zo­sta­łe dwa lata i otrzy­ma­łem ty­tuł ma­gi­stra nauk praw­nych. Sta­ło się to je­sie­nią 1999 roku, aku­rat wte­dy, kie­dy wy­bu­chła dru­ga woj­na cze­czeń­ska.

Po­sze­dłem na nią na ochot­ni­ka. Ty­sią­ce ta­kich jak ja po pierw­szej woj­nie wró­ci­ło do Cze­cze­nii. Nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, cze­mu po­je­cha­łem tam zno­wu. Nie wiem. Po pro­stu nie mo­głem nie po­je­chać, cią­gnę­ło mnie z po­wro­tem z nie­wia­ry­god­ną siłą. Może dla­te­go, że tam zo­sta­ła moja prze­szłość, całe moje ży­cie - z tam­tej woj­ny wró­ci­ło tyl­ko cia­ło, ale nie du­sza. Woj­na to naj­sil­niej­szy nar­ko­tyk na świe­cie.

W każ­dym ra­zie nie sta­łem z boku, przy­najm­niej tyle mo­głem zro­bić. Na moim su­mie­niu nie cią­ży krew - wiem to pra­wie na pew­no.

Dru­ga woj­na róż­ni­ła się od pierw­szej. Tam­ta była dla Cze­cze­nów woj­ną wy­zwo­leń­czą, woj­ną o nie­pod­le­głość, to­wa­rzy­szył jej po­wszech­ny en­tu­zjazm i zjed­no­cze­nie na­ro­du. Na dru­giej woj­nie nie wal­czy­li­śmy już z Cze­cze­na­mi, któ­rzy mie­li dość bez­ho­ło­wia i bez­pra­wia. Wal­czy­li­śmy z ugru­po­wa­nia­mi prze­stęp­czy­mi. Ta woj­na była jesz­cze bar­dziej brud­na i nie­zro­zu­mia­ła.

Moim zda­niem tę "małą zwy­cię­ską wo­jen­kę" wy­my­ślo­no wy­łącz­nie w ra­mach ope­ra­cji "Na­stęp­ca" i jej głów­nym ce­lem wca­le nie było po­wstrzy­ma­nie ban­dy­ty­zmu czy wal­ka z ter­ro­ry­zmem, lecz wy­nie­sie­nie Wła­di­mi­ra Pu­ti­na, wów­czas pre­mie­ra, na pre­zy­denc­ki tron. Tak się sta­ło - 31 grud­nia Bo­rys Jel­cyn zrzekł się wła­dzy i prze­ka­zał urząd Wła­di­mi­ro­wi Pu­ti­no­wi.

Za dru­gim ra­zem spę­dzi­łem na woj­nie mniej wię­cej pół roku, prze­sze­dłem do re­zer­wy i wró­ci­łem do domu w kwiet­niu roku 2000, po czym na­pi­sa­łem ar­ty­kuł o tym, co tam wi­dzia­łem, i za­nio­słem go do re­dak­cji jed­nej z ga­zet. Za­dzwo­ni­li i za­pro­po­no­wa­li mi pra­cę. Tak za­czę­ła się moja dzia­łal­ność dzien­ni­kar­ska, któ­rą zaj­mu­ję się do tej pory.

Nie za­mie­rza­łem na­pi­sać książ­ki, nie my­śla­łem na­wet o tym, co pi­szę - opo­wia­da­nia, no­we­le czy po pro­stu tek­sty. Nie trak­to­wa­łem tego jak pra­cy, po pro­stu nie mo­głem już dłu­żej no­sić w so­bie woj­ny, mu­sia­łem się wy­ga­dać, wy­rzu­cić ją z sie­bie, prze­lać na pa­pier. Pi­sa­łem w me­trze, w po­dró­żach służ­bo­wych, w pra­cy, w domu po no­cach. Wszyst­ko oczy­wi­ście w brud­no­pi­sie.

Nie­któ­re opo­wia­da­nia przy­cho­dzi­ły mi z ła­two­ścią, na przy­kład Dzie­sięć ka­wał­ków o woj­nie na­pi­sa­łem w cią­gu dwóch go­dzin w po­cią­gu pod­miej­skim, kie­dy je­cha­łem na wy­wiad z chło­pa­kiem, któ­ry był jeń­cem. Inne - jak krew z nosa. Nie pra­co­wa­łem nad książ­ką - pro­wa­dzi­łem nie­koń­czą­ce się roz­mo­wy z chło­pa­ka­mi. Wszy­scy byli wów­czas obok mnie, po pro­stu nie mo­głem dać im odejść. To też była ja­kaś for­ma sza­leń­stwa.

Nie na­le­ży trak­to­wać tej książ­ki jako au­to­bio­gra­fii czy szcze­gó­ło­we­go opi­su woj­ny, choć wszyst­ko w niej opi­sa­ne jest praw­dą. Nie­któ­re frag­men­ty są w peł­ni au­to­bio­gra­ficz­ne, inne to kom­pi­la­cja, ze­bra­ne w jed­no wy­da­rze­nia z róż­nych miejsc i cza­su, tak­że te, w któ­rych nie uczest­ni­czy­łem bez­po­śred­nio, ale któ­rych praw­dzi­wo­ści je­stem pe­wien.

Bo­ha­te­ro­wie mają praw­dzi­we pier­wo­wzo­ry, ale i oni skła­da­ją się z kil­ku ży­wych lu­dzi, choć z ja­kiejś przy­czy­ny zo­sta­wi­łem im praw­dzi­we imio­na. Dla­cze­go - nie wiem. Pew­nie tak mi było ła­twiej pi­sać.

Nie my­śla­łem na­wet, że zo­sta­nie to kie­dyś opu­bli­ko­wa­ne. Sam nie zro­bi­łem żad­ne­go ru­chu w tej spra­wie, to za­słu­ga wy­łącz­nie Na­ta­szy Pie­ro­wej, hu­ma­nist­ki o świa­to­wej sła­wie i cu­dow­ne­go czło­wie­ka, któ­ra wzię­ła mnie pod swo­je skrzy­dła. I cho­ciaż pew­nie wo­lał­bym, żeby moje szki­ce po­zo­sta­ły szki­ca­mi, to je­stem bar­dzo wdzięcz­ny Na­ta­szy. Niech wszyst­ko, co tam się dzia­ło, po­zo­sta­nie w ludz­kiej pa­mię­ci. Nie wol­no o tym za­po­mnieć.

Sko­ro tak wy­szło - czy­taj­cie.

 

kwie­cień 2007

1. Acz­choj-Mar­tan, 2. Ał­chan-kała, 3. Ał­chan-jurt, 4. Urus-Mar­tan, 5. Czier­no­riecz, 6. Goj­ty, 7. Chan­ka­ła, 8. Sta­re Ata­gi, 9. Ar­gun, 10. Sza­li

dziesięć kawałków o wojnie

bry­ga­da gór­ska

W gó­rach masz prze­sra­ne. Dźwi­gasz na so­bie wszyst­ko, co po­trzeb­ne do ży­cia. Po­trze­bu­jesz je­dze­nia, więc na­py­chasz ple­cak po brze­gi su­chym pro­wian­tem na pięć dni, wy­rzu­ca­jąc z nie­go rze­czy zbęd­ne. Po­trze­bu­jesz amu­ni­cji, więc fa­sze­ru­jesz kie­sze­nie pacz­ką na­bo­jów i po­ło­wą skrzyn­ki gra­na­tów, wci­skasz je do schow­ków w ple­ca­ku, do chle­ba­ka, wie­szasz na pa­sie. Strasz­nie prze­szka­dza­ją w cza­sie mar­szu, ob­cie­ra­ją pa­chwi­ny i bio­dra, ich cię­żar wrzy­na się w kark.

Swój gra­nat­nik au­to­ma­tycz­ny za­rzu­casz na pra­we ra­mię, a broń ran­ne­go An­driu­chy Wo­ło­ża­ni­na na lewe. Dwie ta­śmy na­bo­jo­we krzy­żu­jesz na pier­si ni­czym ma­ry­narz Że­le­zniak z fil­mu o re­wo­lu­cji i je­śli zo­sta­nie ci jesz­cze wol­na ręka, to bie­rzesz śli­ma­ka - skrzyn­kę z ta­śmą.

Do tego na­miot, koł­ki, to­po­ry, piła, ło­pa­ty i inne rze­czy, bez któ­rych plu­ton nie może się obejść. Jesz­cze to, bez cze­go ty sam nie mo­żesz się obejść - au­to­mat, kurt­ka, koc, śpi­wór, me­naż­ka, trzy­dzie­ści pa­czek pa­pie­ro­sów, zmia­na bie­li­zny, za­pa­so­we onu­ce itd., itp. Wszyst­kie­go ra­zem wyj­dzie ja­kieś sie­dem­dzie­siąt kilo. Już przy pierw­szym kro­ku wiesz, że za nic nie wdra­piesz się na szczyt, choć­by mie­li cię roz­strze­lać. Po­tem ro­bisz dru­gi krok, trze­ci, le­ziesz, gra­mo­lisz się, peł­zniesz w górę, śli­zgasz się, pa­dasz, znów le­ziesz, wy­pru­wasz fla­ki, chwy­tasz się krzacz­ków i ga­łą­zek. Za­mro­czo­ny, wciąż idziesz i idziesz, nie my­śląc o ni­czym - jesz­cze je­den krok, jesz­cze tyl­ko je­den krok...

Ra­zem z nami wspi­na się plu­ton prze­ciw­pan­cer­ny. Mają go­rzej, mój gra­nat­nik waży osiem­na­ście ki­lo­gra­mów, ich ra­kie­ta prze­ciw­pan­cer­na - czter­dzie­ści dwa. Gru­bas An­driu­cha, prze­zy­wa­ny z po­wo­du swo­jej tu­szy i we­so­łe­go uspo­so­bie­nia Tłu­ścio­chem, pła­cze: "Po­rucz­ni­ku, może zo­sta­wi­my cho­ciaż jed­ną ra­kie­tę, co?" Do­wód­ca rów­nież ze łza­mi w oczach bła­ga: "An­driu­cha, Tłu­ścio­chu, no a co tam po nas bez ra­kiet prze­ciw­pan­cer­nych? No, no co? Tam gi­nie na­sza pie­cho­ta..." Tak, tam gi­nie na­sza pie­cho­ta. Peł­znie­my pod górę. Czoł­ga­my się, wy­jąc.

Zmie­nia­li­śmy chło­pa­ków z gór­skiej bry­ga­dy sztur­mo­wej z Buj­na­ku. Miesz­ka­li w sa­kli pa­stu­chów, cia­snej cha­cie z gli­ny.

Po luk­su­sach miesz­ka­nia w Gro­znym, skó­rza­nych ka­na­pach i ży­ran­do­lach na su­fi­cie, ta wa­lą­ca się le­pian­ka wy­da­ła się nam kom­plet­ną nę­dzą. Gli­nia­ne ścia­ny, kle­pi­sko, męt­ne okien­ko pra­wie nie­da­ją­ce świa­tła...

Dla nich to był pa­łac, pierw­szy dach nad gło­wą po mie­sią­cach no­co­wa­nia w no­rach i ja­mach. Dzień po dniu przez sie­dem mie­się­cy włó­czy­li się po gó­rach, wy­pie­ra­jąc Cze­cza­ków ze szczy­tów; no­co­wa­li tam, gdzie pa­dli bez siły, bu­dzi­li się i na nowo par­li w górę. Sami upodob­ni­li się już do Cze­cza­ków - za­ro­śnię­ci, w lep­kich od bru­du kurt­kach czoł­gi­stów, nie­my­ci, ze­zwie­rzę­ce­ni, nie­na­wi­dzą­cy wszyst­kie­go i wszyst­kich. Przy­glą­da­li się nam ze zło­ścią, na­sze przy­by­cie ozna­cza­ło bo­wiem ko­niec ich skrom­ne­go raju - trze­ba było po­rzu­cić swój pa­łac i znów ru­szać w góry. Cze­kał ich dzie­wię­cio­go­dzin­ny marsz i szturm na ja­kieś wzgó­rze o stra­te­gicz­nym zna­cze­niu. Wspo­mi­na­li o tym z ra­do­ścią, taki marsz to dla nich pest­ka, re­lo­ka­cja za­zwy­czaj trwa dobę lub dwie.

Do­tar­ło do nas wte­dy, że na­sze męki są ni­czym w po­rów­na­niu z tym, co prze­ży­li oni.

Pa­trzy­li­śmy na nich, kie­dy od­cho­dzi­li, i ogar­nął nas lęk. Wie­dzie­li­śmy już, że nie­dłu­go ru­szy­my za nimi. Cze­ka­ły na nas na­sze szczy­ty.

rze­ka Ar­gun

Pierw­sze­go mar­ca mój plu­ton prze­rzu­co­no pod Sza­toj. Mie­li­śmy utrzy­mać most na rze­ce Ar­gun.

Nie mie­li­śmy wody, więc bra­li­śmy ją z rze­ki. Śmier­dzia­ła zgni­łym ja­jem i mia­ła ko­lor ce­men­tu, ale pi­li­śmy ją, po­cie­sza­jąc się, że siar­ko­wo­dór jest do­bry na ner­ki.

Rze­ka była dla nas rów­nie waż­na jak stud­nia na pu­sty­ni dla Be­du­ina. My­li­śmy się w niej, pi­li­śmy, czer­pa­li­śmy wodę do go­to­wa­nia. w tym re­jo­nie nie było bo­jow­ni­ków, na­sze ży­cie to­czy­ło się więc spo­koj­nie.

Każ­de­go ran­ka scho­dzi­li­śmy nad rze­kę niby wcza­so­wi­cze w sa­na­to­rium, z na­gi­mi tor­sa­mi i kwie­ci­sty­mi zdo­bycz­ny­mi ręcz­ni­ka­mi na ra­mie­niu. My­li­śmy się, chla­piąc jak dzie­ci, roz­sia­da­li­śmy się na ka­mie­niach i opa­la­li, wy­sta­wia­jąc bia­łe brzu­chy na ostre zi­mo­we słoń­ce.

Po­tem rze­ką Ar­gun po­pły­nę­ły tru­py. Gdzieś wy­żej ze stro­me­go brze­gu sto­czy­ły się do niej dwie niwy z bo­jow­ni­ka­mi, woda wy­my­wa­ła ich z po­jaz­dów i uno­si­ła w dół. Pierw­szy przy­pły­nął prze­trzy­my­wa­ny przez par­ty­zan­tów żoł­nierz wojsk de­san­to­wych. Jego kurt­ka ma­sku­ją­ca ko­lo­ru "bia­łe noce" wy­raź­nie od­zna­cza­ła się na tle męt­nej wody. Wy­ło­wi­li­śmy go, póź­niej przy­je­cha­li po nie­go z do­wódz­twa, za­ła­do­wa­li na pakę cię­ża­rów­ki i za­bra­li.

Rze­ka nie zdo­ła­ła wy­płu­kać wszyst­kich, kil­ka tru­pów utknę­ło w rdze­wie­ją­cych sa­mo­cho­dach. Było cie­pło, cia­ła za­czę­ły się roz­kła­dać. Chcie­li­śmy je wy­cią­gnąć, bo psu­ły nam wodę, ale wą­wóz był w tym miej­scu zbyt głę­bo­ki i stro­my, więc się pod­da­li­śmy.

Na­za­jutrz, po prze­bu­dze­niu pod­sze­dłem do zbior­ni­ka z wodą, któ­ry co­dzien­nie dźwi­ga­li­śmy do kuch­ni. Za­zwy­czaj pręd­ko się opróż­niał, tym ra­zem jed­nak był pe­łen. Wzią­łem ku­bek, łyk­ną­łem i do­pie­ro wte­dy uświa­do­mi­łem so­bie, że to woda z pa­dli­ną i dla­te­go nikt jej nie pije. Splu­ną­łem, od­sta­wi­łem ku­bek. Sie­dzą­cy obok Ar­ka­sza snaj­per spoj­rzał na mnie, wziął ku­bek, na­brał wody, wy­pił i wy­cią­gnął w moją stro­nę:

- Masz, pij, o co cho­dzi...

Pi­li­śmy za­tem da­lej tę mar­twą, siar­ko­wą wodę, prze­sta­li­śmy się tyl­ko po­cie­szać, że jest do­bra na ner­ki.

Cze­cza­ki

Po po­wro­cie ze szpi­cy Szy­szy­gin trą­cił mnie:

- Pierw­sze pię­tro, pierw­sze okno od pra­wej?

- Tak. Też wi­dzia­łeś?

- Wi­dzia­łem - pa­trzył na mnie wy­cze­ku­ją­co. - To Cze­cza­ki.

Zlo­ka­li­zo­wa­li­śmy ich po zie­lo­nej po­świa­cie lam­py noc­nej.

Na­sza szpi­ca znaj­du­je się w są­sied­nim domu, ja­kieś pięć­dzie­siąt me­trów od cze­czeń­skiej - na­sza na dru­gim pię­trze, tam­ta na pierw­szym. Oni ob­ser­wo­wa­li nas przez swój nok­to­wi­zor, nas o ich ru­chach in­for­mo­wał chrzęst szkła.

Ani oni, ani my nie strze­la­li­śmy. Zdą­ży­li­śmy już do­brze po­znać tak­ty­kę Cze­cza­ków - pro­wa­dzi­li ob­ser­wa­cję do świ­tu, po czym od­da­wa­li je­den lub dwa wy­strza­ły z gra­nat­ni­ka i od­cho­dzi­li. Nie mo­gli­śmy ich wy­pło­szyć - kom­for­to­we miesz­ka­nie z ogrom­nym łóż­kiem, pie­rzy­ną i cie­pły­mi koł­dra­mi, któ­re wy­bra­li­śmy na kwa­te­rę wbrew wszel­kim za­sa­dom bez­pie­czeń­stwa, bo sku­sił nas luk­sus i mach­nę­li­śmy ręką na woj­nę, sta­ło się pu­łap­ką. Nie było dro­gi od­wro­tu, w ra­zie wal­ki wy­star­czył­by je­den gra­nat w luf­cik. Nie mie­li­śmy więc wy­bo­ru, mu­sie­li­śmy cze­kać - za­czną strze­lać czy nie, a je­śli za­czną, to gdzie - w po­kój, w któ­rym śpi czte­rech żoł­nie­rzy, czy w bal­kon, na któ­rym sta­le trzy­mał war­tę je­den z nas.

Gra­li­śmy w ro­syj­ską ru­let­kę, bę­ben­kiem krę­cił cze­czeń­ski snaj­per, szan­se czte­ry do jed­ne­go - czte­ry dla śmier­ci.

Tam­ci nie strze­li­li. Szy­szy­gin, któ­ry stał na czuj­ce nad ra­nem, opo­wie­dział, że sły­szał dwa krót­kie gwiz­dy, po czym Cze­cza­ki opu­ści­li po­ste­ru­nek.

Rano, kie­dy było już zu­peł­nie ja­sno, po­gna­li­śmy tam z Szy­szy­gi­nem z cie­ka­wo­ści. w gru­bej war­stwie ku­rzu po­kry­wa­ją­cej miesz­ka­nie wy­raź­nie od­ci­snę­ły się dwa śla­dy - woj­sko­wych bu­cio­rów i te­ni­só­wek. Woj­sko­wy but - snaj­per - przez cały czas sie­dział przy oknie i pil­no­wał na­sze­go miesz­ka­nia, ten dru­gi go osła­niał.

Nie strze­li­li do nas, bo mie­li nie­spraw­ny gra­nat­nik. Cza­sem tak się zda­rza. Za­ła­do­wa­li go, wy­ce­lo­wa­li, na­ci­snę­li na spust, ale ten nie za­dzia­łał. Rzu­ci­li go, wciąż wa­lał się w kuch­ni. Na­sza ru­ska nie­do­rób­ka, błąd ślu­sa­rza Wani przy pro­duk­cji gra­nat­ni­ka, ura­to­wa­ła nam ży­cie.

Oprócz gra­nat­ni­ka w kuch­ni był też pie­cyk. Nie mie­li­śmy pie­cy­ka u sie­bie, więc po­sta­no­wi­li­śmy zgar­nąć to tro­feum. Kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy już z klat­ki scho­do­wej, za­dzia­łał alarm Cze­cza­ków. Na­mie­rzy­li dwóch cie­kaw­skich ru­skich kre­ty­nów i chcie­li nas do­paść w bra­mie. Po­pę­dzi­li­śmy jak an­ty­lo­py, w dwóch pod­sko­kach po­ko­na­li­śmy pięć­dzie­siąt me­trów, nie po­rzu­ca­jąc przy tym pie­cy­ka. Wbie­gli­śmy do na­szej klat­ki scho­do­wej i za­czę­li­śmy rżeć jak sza­le­ni; re­cho­ta­li­śmy tak pra­wie pół go­dzi­ny, nie mo­gąc się uspo­ko­ić. w tej chwi­li na ca­łym świe­cie nie było bliż­sze­go mi czło­wie­ka od Szy­szy­gi­na.

Cze­cza­ki-2

Le­d­wie zdą­ży­łem zdjąć buty, roz­legł się wy­strzał. Ska­czę na rów­ne nogi, chwy­tam au­to­mat i w sa­mych skar­pe­tach bie­gnę do wyj­ścia z po­ko­ju, bła­ga­jąc Boga, żeby nie prze­strze­li­li drzwi. Ser­ce wali jak osza­la­łe, w uszach szum. Do­bie­gam, przy­wie­ram ple­ca­mi do ścia­ny. Nie otwie­ram, cze­kam. Ci­sza. Na­gle zdu­szo­ny głos Szy­szy­gi­na:

- Chło­pa­ki, niech no się któ­ry ru­szy!

Ska­cząc na jed­nej no­dze, go­rącz­ko­wo pró­bu­ję wło­żyć buty. Jak na złość wy­gi­na­ją się, nie wła­żą na nogę.

- Już, Wa­nia, już...

Mija nie­zno­śnie dużo cza­su. Ze trzy se­kun­dy. w koń­cu uda­je mi się ja­koś wcią­gnąć buty. Jesz­cze nie otwie­ram, bio­rę kil­ka głę­bo­kich wde­chów, jak przed sko­kiem do lo­do­wa­tej wody. Po­tem walę ostro nogą w drzwi, wpa­dam do są­sied­nie­go po­ko­ju.

Ni­ko­go, pu­sto.

- Wa­nia, gdzie je­steś?

- Tu je­stem, tu­taj. - Szy­szy­gin bla­dy wy­ta­cza się z to­a­le­ty, w bie­gu za­pi­na spodnie, dy­szy ochry­ple, na jed­nym od­de­chu: - Cze­cza­ki. Pod nami. Ci sami. Sie­dzia­łem na czuj­ce, kie­dy usły­sza­łem ich świst.

- Kur­wa, mo­głeś gra­nat rzu­cić! - wście­kam się na nie­go, bo te­raz trze­ba iść tam, na dół, gdzie sie­dzą Cze­cza­ki, i strach ści­ska za gar­dło.

- Sie­dzia­łem na czuj­ce - po­wta­rza Szy­szy­gin i pa­trzy na mnie lę­kli­wie jak zbi­ty psiak.

Po­wo­li i jak naj­ci­szej, by nie za­chrzę­ści­ło szkło pod no­ga­mi, wy­cho­dzi­my na ko­ry­tarz. Każ­dy krok jest jak wiecz­ność i kie­dy prze­mie­rza­my trzy­me­tro­wy wszech­świat ko­ry­ta­rza, ty­sią­ce po­ko­leń po­ja­wia się i od­cho­dzi, a Słoń­ce umie­ra i ro­dzi się na nowo.

W koń­cu scho­dy. Przy­ku­cam. Wy­glą­dam zza rogu i bły­ska­wicz­nie cho­wam gło­wę. Na scho­dach chy­ba ni­ko­go nie ma. Wy­glą­dam zno­wu, pa­trzę do­kład­niej. Ni­ko­go.

Drut, któ­ry prze­cią­gną­łem wczo­raj mię­dzy trze­cim i czwar­tym stop­niem, jest cały. Czy­li nie wcho­dzi­li, są na dole. Trze­ba iść.

Po­ka­zu­ję Szy­szy­gi­no­wi, że ma sta­nąć po prze­ciw­nej stro­nie scho­dów i trzy­mać klat­kę scho­do­wą. Prze­bie­ga, za­rzu­ca au­to­mat, krzy­czy szep­tem:

- Ar­kasz, nie idź!

Kie­dy ostroż­nie, trzy­ma­jąc klat­kę scho­do­wą na musz­ce, idę w stro­nę scho­dów, w gło­wie tłu­cze się tyl­ko ta myśl: "Ar­kasz, nie idź". "Ar­kasz, nie idź" - prze­ko­nu­ję sam sie­bie i wcho­dzę na pierw­szy sto­pień. "Nie idź!" - uważ­nie prze­ska­ku­ję drut. "Nie idź!" - scho­dzę jesz­cze parę stop­ni ni­żej. Za­kręt. Od­dy­cham płyt­ko, skro­nie pul­su­ją, je­stem prze­ra­żo­ny. "Nie idź! Nie idź! Nie..." Wpa­dam do miesz­ka­nia, wy­wa­żam drzwi do po­ko­ju - pu­sto, do kuch­ni - pu­sto, wra­cam bie­giem, wiem, że tra­ci­łem czas i już nie zdą­żę, rzu­cam gra­nat w roz­war­tą pasz­czę miesz­ka­nia na­prze­ciw, bły­ska­wicz­nie pa­dam, cze­kam na krzy­ki, jęki, bez­ład­ną strze­la­ni­nę...

Wy­buch. Ci­sza. Ni­ko­go. Ucie­kli...

Przy­ku­cam, wy­cią­gam pacz­kę pri­my, ugnia­tam pa­pie­ro­sa. Przy­pa­lam. Rzu­cam pu­stą pacz­kę. Strasz­nie się zma­cha­łem.

Spod czap­ki ska­pu­je kro­pla potu, spły­wa po no­sie, na mgnie­nie za­wi­sa na ko­niusz­ku nosa i spa­da na pa­pie­ro­sa. Tępo pa­trzę na zga­szo­ną pri­mę, ręce mi drżą. Idio­tyzm oczy­wi­ście, nie na­le­ża­ło pchać się tu sa­me­mu. Wy­rzu­cam pa­pie­ro­sa, wsta­ję.

- Szy­szy­gin! Daj za­pa­lić... Ucie­kli...

Ja­kow­lew

Ja­kow­lew zwiał pod wie­czór.

Nie on pierw­szy od­szedł. Ja­kieś dwa ty­go­dnie wcze­śniej dwóch żoł­nie­rzy z ósmej kom­pa­nii zgar­nę­ło ka­ra­bin ma­szy­no­wy i czmych­nę­ło do domu. Nikt by ich na­wet nie szu­kał, ale stra­ta ka­ra­bi­nu to dla ba­ta­lio­nu po­waż­na spra­wa i do­wód­ca przez parę dni tu­łał się po po­lach, szu­ka­jąc tych dwóch. Ale zna­leź­li ich ci z mi­li­cji spe­cjal­nej, omo­now­cy - sami do nich przy­szli na po­ste­ru­nek i po­pro­si­li o je­dze­nie.

Ja­kow­le­wa nikt nie szu­kał. Już od trzech dni trwał szturm do Gro­zne­go, są­sied­ni ba­ta­lion od trzech dni bez­sku­tecz­nie zdo­by­wał szpi­tal, po­no­sząc przy tym ogrom­ne stra­ty, a my od trzech dni drep­ta­li­śmy na pierw­szej li­nii osie­dla dom­ków jed­no­ro­dzin­nych i nie mo­gli­śmy po­su­nąć się do przo­du. Szturm się prze­cią­gał i nikt nie my­ślał o Ja­kow­le­wie. Wpi­sa­no go na li­stę tych, któ­rzy sa­mo­wol­nie opu­ści­li od­dział, au­to­mat wli­czo­no do strat bo­jo­wych i za­mknię­to spra­wę.

Zna­leź­li go znów omo­now­cy, dwa dni póź­niej. Oczysz­cza­li piw­ni­cę jed­nej z wil­li i na­tknę­li się na oka­le­czo­ne cia­ło. To był Ja­kow­lew.

Cze­cza­ki otwo­rzy­li go jak kon­ser­wę, wy­cią­gnę­li wnętrz­no­ści i udu­si­li, wciąż ży­we­go, wła­sny­mi je­li­ta­mi. Na pie­czo­ło­wi­cie po­bie­lo­nej ścia­nie, pod któ­rą le­żał, na­pi­sa­li jego krwią Al­lah ak­bar, na nogi wło­ży­li bia­łe skar­pe­ty - bia­łych kap­ci nie mie­li.

Kro­wa

Kro­wę do­sta­li­śmy w spad­ku po bry­ga­dzie z Buj­na­ku, któ­rą zmie­nia­li­śmy w gó­rach.

Nie­moż­li­wie chu­da, wy­glą­da­ła jak więź­nio­wie na­zi­stow­skich obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych i le­d­wo cią­gnę­ła, le­ża­ła ca­ły­mi dnia­mi, ga­piąc się w je­den punkt na ho­ry­zon­cie, nie li­za­ła na­wet boku ra­nio­ne­go odłam­kiem ra­kie­ty prze­ciw­pan­cer­nej.

Pierw­sze­go wie­czo­ru przy­tar­ga­li­śmy dla niej ogrom­ną kupę sia­na. Roz­dę­ła noz­drza, po­li­za­ła sia­no dłu­gim ję­zo­rem, pa­trząc na nas z uko­sa, chrup­nę­ła nie­uf­nie, nie wie­rząc jesz­cze w swo­je szczę­ście.

Żuła dwa dni bez prze­rwy, za­po­mi­na­jąc na­wet o śnie - de­san­tow­cy jej nie kar­mi­li. Naj­pierw ja­dła na le­żą­co, po­tem wsta­ła.

Po trzech dniach mo­gła już cho­dzić i Mut­ny wy­do­ił z niej ku­bek mle­ka. Choć nie mia­ło ani gra­ma tłusz­czu i było nie­do­bre, wy­pi­li­śmy je jak bo­ski nek­tar. Pi­li­śmy po ko­lei - każ­dy po łyku - i cie­szy­li­śmy się ze zmar­twych­wsta­nia kro­wy.

A na­stęp­ne­go dnia po­szła jej krew z nosa. Umie­ra­ła.

Nie pa­trząc jej w oczy, za­pro­wa­dzi­li­śmy ją do wą­wo­zu na rzeź. Le­d­wo szła, sła­be nogi ugi­na­ły się pod nią, klę­li­śmy, bo od­wle­ka­ła eg­ze­ku­cję.

Od­ie­gow pod­pro­wa­dził ją na skraj wą­wo­zu, ob­ró­cił się i ja­koś tak po­spiesz­nie, źle ce­lu­jąc, strze­lił.

Kula prze­szła przez prze­gro­dę no­so­wą kro­wy - sły­sza­łem trzask ła­ma­nych ko­ści, tępe ude­rze­nie i chrzęst, zu­peł­nie jak pla­śnię­cie ło­pa­tą w świe­że mię­so - kro­wa szarp­nę­ła się, spoj­rza­ła na nas, zro­zu­mia­ła, że ją mor­du­je­my, i po­kor­nie spu­ści­ła gło­wę.

Z jej nosa ob­fi­cie po­cie­kła czar­na ju­cha ze skrze­pa­mi. Od­ie­gow, go­tu­ją­cy się już do dru­gie­go strza­łu, na­gle opu­ścił au­to­mat, za­wró­cił i ru­szył szyb­ko w górę po sto­ku. Do­go­ni­łem go, za­bra­łem au­to­mat, wró­ci­łem i strze­li­łem kro­wie mię­dzy uszy. Spoj­rza­ła do góry, wo­dząc wzro­kiem za śmier­tel­ną kulą, wy­wró­ci­ła oczy i zsu­nę­ła się po ścia­nie wą­wo­zu.

Dłu­go sta­li­śmy nad urwi­skiem i pa­trzy­li­śmy na mar­twą kro­wę. Krew na noz­drzach skrze­pła, mu­chy wła­zi­ły jej do nosa i wy­ła­zi­ły z dziu­ry w gło­wie.

Po­cią­gną­łem Od­ie­go­wa za rę­kaw:

- To w koń­cu tyl­ko kro­wa.

- No.

- Idzie­my.

- No.

do Moz­do­ku

Od ty­go­dnia lało. Sza­re nie­bo cały czas za­snu­wa­ły ni­skie chmu­ry, deszcz nie prze­sta­wał pa­dać ani na chwi­lę, co naj­wy­żej zmie­niał na­tę­że­nie.

Już od daw­na nie mie­li­śmy na so­bie nic su­che­go - wszyst­ko prze­mo­kło, od śpi­wo­rów po onu­ce. Przez cały czas mar­z­li­śmy, wraz z na­dej­ściem desz­czów czter­dzie­sto­stop­nio­wy upał za­stą­pi­ła ob­le­śna plu­cha, tem­pe­ra­tu­ra spa­dła do plus pięt­na­stu.

Na­sza zie­mian­ka była co chwi­la za­le­wa­na. Nie mie­li­śmy łó­żek po­lo­wych i po po­wro­cie z pa­tro­lu pa­da­li­śmy w lo­do­wa­tą, chlu­po­cą­cą bre­ję i całą noc spa­li­śmy w jed­nej po­zy­cji - na ple­cach, sta­ra­jąc się trzy­mać nos i usta nad po­zio­mem wody.

Rano wy­ła­zi­li­śmy z zie­mian­ki jak z za­nu­rzo­nej ło­dzi pod­wod­nej, nie cho­wa­li­śmy się już przed desz­czem, czła­pa­li­śmy po ka­łu­żach w prze­mo­czo­nych bu­tach, do któ­rych na­tych­miast przy­le­pia­ło się kilo gli­ny.

Na­sze mo­ra­le sła­bło. Nie­my­te od ty­go­dnia ręce pę­ka­ły i cią­gle krwa­wi­ły, od zim­na po­kry­ły się eg­ze­mą. Prze­sta­li­śmy się myć, go­lić, myć zęby. Od ty­go­dnia nie grza­li­śmy się przy ogni­sku - wil­got­na trzci­na nie chcia­ła się pa­lić, a drew­na na ste­pie nie uświad­czysz. Za­czę­li­śmy zmie­niać się w zwie­rzę­ta. Zim­no, wil­goć, bło­to za­bi­ja­ły w nas wszyst­kie uczu­cia poza nie­na­wi­ścią, nie­na­wi­dzi­li­śmy wszyst­kie­go na świe­cie, łącz­nie z nami sa­my­mi. Kłót­nie wy­bu­cha­ły co chwi­la i bły­ska­wicz­nie osią­ga­ły naj­wyż­szą tem­pe­ra­tu­rę.

Pra­wie cał­kiem zmie­ni­łem się już w zwie­rzę, kie­dy na­gle we­zwał mnie do sie­bie do­wód­ca.

- Zbie­raj się. Mat­ka do cie­bie przy­je­cha­ła. Ju­tro po­je­dziesz z ko­lum­ną do Moz­do­ku.

Te sło­wa na­tych­miast od­se­pa­ro­wa­ły mnie od resz­ty. Oni zo­sta­wa­li tu­taj, w desz­czu, a moja męka się koń­czy­ła, je­cha­łem do mat­ki, tam gdzie cie­pło, su­cho, czy­sto. Od­tąd nic mi już nie prze­szka­dza­ło w ży­ciu mo­je­go od­dzia­łu - w ich ży­ciu. Je­dy­ne, o czym my­śla­łem, to za­sły­sza­ne gdzieś wie­ści, że po krót­kim za­wie­sze­niu bro­ni zno­wu za­czę­li ostrzał ko­lumn. Sto­jąc ostat­nią noc na war­cie, wpy­cha­jąc w sie­bie rano zupę mlecz­ną bez sma­ku, obie­cu­jąc An­driu­sze, że wró­cę, my­śla­łem tyl­ko o tym - że za­czę­li zno­wu ostrze­li­wać ko­lum­ny.

dzie­wią­ty mi­kro­ra­jon

Przed świ­tem, oko­ło szó­stej, Cze­cza­ki jak zwy­kle ostrze­la­li po­zy­cje z gra­nat­ni­ków.

Sta­cjo­no­wa­li­śmy na osie­dlu do­mów jed­no­ro­dzin­nych, przed nami, w ośmio­pię­tro­wych blo­kach zbu­do­wa­ne­go przez Ro­sjan dzie­wią­te­go mi­kro­ra­jo­nu, od­dział Gan­ta­mi­ro­wa. Nie mają lek­ko: czte­rech ran­nych, w tym je­den cięż­ko.

Przy­le­cie­li do nas, walą w bra­mę.

- Ej, Ru­scy, wsta­wać! Ej, Ru­scy! Daj­cie wóz, mamy ran­nych!

Ran­ni leżą na no­szach, na śnie­gu, po szy­ję owi­nię­ci ko­ca­mi. Boli. Twa­rze bia­łe, krew od­pły­nę­ła, usta za­ci­śnię­te, za­dar­te pod­bród­ki. Wszy­scy mil­czą, ża­den nie jęk­nie. Od tej ci­szy robi się nie­swo­jo, trą­ca­my ich lek­ko w ra­mię: "Ży­jesz?" Otwie­ra oczy, źre­ni­ce peł­ne bólu... Żyje.

Szpry­cu­je­my ich pro­me­do­lem i ła­du­je­my na trans­por­ter, naj­cięż­sze­go do środ­ka, po­zo­sta­łych na pan­cerz. Dwóch bo­jow­ni­ków Gan­ta­mi­ro­wa wska­ku­je na po­jazd: "Szyb­ko, szyb­ko! Wiesz, gdzie jest szpi­tal w Char­ka­li? Po­ka­żę", i trans­por­ter opan­ce­rzo­ny, be­te­er, zni­ka w ciem­no­ściach, klu­cząc mię­dzy kra­te­ra­mi po roz­bi­tej, opu­sto­sza­łej dro­dze. Przez awa­ryj­ny tryb, przez to, że trans­por­ter je­dzie sam, bez eskor­ty, z ogrom­ną pręd­ko­ścią, nie mar­twiąc się o ran­nych, wy­da­je mi się, że cięż­kie­go nie do­wio­zą, umrze po dro­dze.

Rano, le­d­wo za­czy­na świ­tać, zaj­mu­je­my blo­ki. Zaj­mu­je­my je bez pro­ble­mu, bez wal­ki - są pu­ste. Sto­ją na pla­nie czwo­ro­bo­ku i two­rzą za­mknię­te, osło­nię­te po­dwó­rze. Tyl­ko w jed­nym miej­scu ostrze­li­wu­ją je snaj­pe­rzy - kula prze­la­tu­je mi przed no­sem i robi dziu­rę w be­to­no­wej ścia­nie. Resz­ta po­dwór­ka jest do­sko­na­le osło­nię­ta, moż­na po nim cho­dzić, nie ku­ląc się i nie kry­jąc. Cie­szy­my się z tego, cie­szy­my się wy­god­ny­mi miesz­ka­nia­mi peł­ny­mi ma­ho­nio­wych me­bli, mięk­kich ka­nap i ży­ran­do­li na su­fi­cie, cie­szy­my się, że tak ła­two za­ję­li­śmy to wszyst­ko. Pie­cho­ta roz­sy­pu­je się po miesz­ka­niach, szu­ka­my naj­lep­szych na noc­leg.

A pół go­dzi­ny póź­niej ostrze­li­wu­je nas ar­ty­le­ria sa­mo­bież­na. Sto­ję na ze­wnątrz z do­wód­cą kom­pa­nii i na­gle są­sied­ni bu­dy­nek drży, wali się, na ósmym pię­trze po­ja­wia się ogrom­ny kłąb dymu, wy­rwa­ne przez wy­buch bal­ko­ny, bel­ki, pły­ty lecą po­wo­li do góry, za­wi­sa­ją, prze­krę­ca­ją się i cięż­ko pa­da­ją na zie­mię. w ślad za cięż­ki­mi blo­ka­mi na po­dwór­ko sy­pią się lżej­sze ka­wał­ki, od­pry­ski.

Nie ro­zu­mie­my, o co cho­dzi, in­stynk­tow­nie przy­sia­da­my, czoł­ga­my się za wy­pa­tro­szo­ny przez odłam­ki za­rdze­wia­ły ga­raż, krę­ci­my gło­wa­mi.

Po­tem do nas do­cho­dzi: to nasi! Prze­cież to na­sze dzia­ła!

Do­wód­ca po­spiesz­nie chwy­ta słu­chaw­ki ra­dio­sta­cji, któ­rą dźwi­gam na ple­cach, wy­wo­łu­je do­wód­cę ba­ta­lio­nu. Czoł­gam się do sto­ją­cej na go­łej zie­mi za­pa­so­wej ra­dio­sta­cji, wle­kę za sobą do­wód­cę na słu­chaw­kach, na zmia­nę - on nad moim uchem, ja na boku mię­dzy jego no­ga­mi - wrzesz­czy­my do mi­kro­fo­nu, że mają prze­rwać ogień, plą­cze­my się w ka­blach, w słu­chaw­kach, nie pa­mię­ta­my o odłam­kach, my­śli­my tyl­ko o jed­nym - jak naj­szyb­ciej za­mel­do­wać, że je­ste­śmy swoi, jak naj­szyb­ciej prze­rwać ostrzał, jak naj­szyb­ciej, by­le­by nikt nie do­stał!

Pie­cho­ta wy­sy­pu­je się z klat­ki scho­do­wej, w osłu­pie­niu za­trzy­mu­je się pod dasz­kiem, nie wie, do­kąd ucie­kać. Do­wód­ca prze­ry­wa po­tok prze­kleństw, wrzesz­czy do nich:

- Bez pa­ni­ki! Tyl­ko bez pa­ni­ki, chło­pa­ki! Tyl­ko nie pę­kać!

Ostat­ni z ciem­no­ści klat­ki wy­ła­nia się Gil­man, spo­koj­ny jak słoń.

- No prze­cież nikt nie pa­ni­ku­je. Trze­ba stąd za­bie­rać lu­dzi, to­wa­rzy­szu do­wód­co.

Do­wód­ca roz­ka­zu­je wszyst­kim biec z po­wro­tem do ni­skich do­mów, trą­ca mnie w ra­mię. Ro­bię dzie­sięć kro­ków, ob­ra­cam się, do­wód­ca stoi w miej­scu. Za­wra­cam - je­stem łącz­no­ściow­cem, mu­szę być cały czas przy nim.

Ogrom­ne po­ci­ski ka­li­bru 152 mi­li­me­try, trzy­dzie­ści dwa kilo wagi każ­dy, prze­ci­na­ją po­wie­trze nad na­szy­mi gło­wa­mi, tra­fia­ją w wyż­sze pię­tra. Wy­buch - i nie ma po­ło­wy miesz­kań, tyl­ko rdza­we fla­ki ar­ma­tu­ry ster­czą z wy­krzy­wio­nych ścian. Je­den po­cisk prze­la­tu­je przez po­dwór­ko, ude­rza w dom po pra­wej, wy­bu­cha. Pa­da­my na zie­mię, znów czoł­ga­my się za ga­raż. Pali się kil­ka miesz­kań, ogień trza­ska, robi się go­rą­co, gę­sty żrą­cy dym dusi, dra­pie w gar­dle...

Czas tra­ci zna­cze­nie. Le­ży­my za ga­ra­żem, wtu­le­ni w śnieg. Nie mam po­ję­cia, jak dłu­go to trwa­ło.

Wresz­cie ostrzał słab­nie. Na de­ser na­sze domy wy­kań­cza­ją śmi­głow­ce, ale to już nie te wra­że­nia, mały ka­li­ber, lot­ni­cze po­ci­ski ra­kie­to­we nie prze­bi­ja­ją się przez ścia­ny, wy­bu­cha­ją na po­dwór­ku. Śmi­głow­ce po­zby­wa­ją się za­pa­sów i od­la­tu­ją. Ko­niec.

Pie­cho­ta wra­ca. o dzi­wo nie mamy żad­nych strat - nikt na­wet nie zo­stał ran­ny. Sto­ją­ce pod do­ma­mi be­te­ery też oca­la­ły. Tam pra­ło naj­bar­dziej, ale po­jaz­dy le­d­wo przy­sy­pał gruz.

Znów naj­bar­dziej się do­sta­ło gan­ta­mi­row­com. Mają dwóch cięż­ko ran­nych. Po­cisk, któ­ry prze­le­ciał przez śro­dek po­dwór­ka, tra­fił pro­sto w ich sztab, w któ­rym było wte­dy dwóch lu­dzi. Jed­ne­mu ro­ze­rwa­ło nogę i bok, dru­gie­mu ode­rwa­ło obie nogi po pas.

Ich tak­że bie­giem nie­sie­my na no­szach do be­te­erów, ła­du­je­my. Oni też mil­czą przez całą dro­gę, znów za­dar­te pod­bród­ki. Jed­no­no­gi otwie­ra na chwi­lę oczy, mówi ci­cho: "Weź­cie nogę". Si­gaj bie­rze nogę, idzie z nią obok no­szy. Nio­są go tak w pię­ciu, w ka­wał­kach - czte­rech tu­łów, Si­gaj nogę. Ła­du­ją go do be­te­era, Si­gaj kła­dzie nogę przy nim.

Dru­gi ran­ny umie­ra.

Kie­dy chło­pa­ki wra­ca­ją, Si­gaj pod­cho­dzi do mnie, od­pa­la pa­pie­ro­sa. Pa­li­my.

Pa­trzę na jego ręce, kie­dy ugnia­ta ty­toń w pri­mie, po czym bie­rze pa­pie­ro­sa do ust, za­cią­ga się. Wy­da­je mi się, że do jego rąk, ust, pa­pie­ro­sa przy­war­ły ka­wał­ki ludz­kie­go mię­sa. Ale to tyl­ko wra­że­nie, ręce ma czy­ste, bez śla­du krwi.

Sto­imy, pa­li­my. Po­tem Si­gaj mówi:

- Dziw­ne... Kie­dy je­cha­łem na woj­nę, ba­łem się tego wszyst­kie­go - ode­rwa­nych nóg, ludz­kie­go mię­sa... My­śla­łem, że to bę­dzie strasz­ne... Oka­zu­je się, że wca­le nie jest.

Sza­rik

Przy­szedł do nas, kie­dy mie­li­śmy żar­cia na dwa dni. Ład­na, mą­dra mor­da, pu­szy­sta sierść, za­dar­ty ogon. Nie­sa­mo­wi­te oczy - jed­no po­ma­rań­czo­we, dru­gie zie­lo­ne. Do­brze od­ży­wio­ny, ale nie tak, jak psy w Gro­znym - kar­mią­ce się pa­dli­ną w ru­inach, osza­la­łe, ich psy­chi­ka nie wy­trzy­my­wa­ła. Ten był do­bro­dusz­ny.

Ostrze­ga­li­śmy go. Roz­ma­wia­li­śmy z nim jak z czło­wie­kiem i wszyst­ko ro­zu­miał. Tu­taj, na woj­nie, w ogó­le wszy­scy ła­two ła­pią - czło­wiek, pies, drze­wo, ka­mień, rze­ka. Ma się wra­że­nie, że wszyst­ko ma du­szę. Kie­dy ko­piesz sa­per­ką ka­mie­ni­stą gli­nę, roz­ma­wiasz z nią, jak z kimś bli­skim: "No, mała, jesz­cze raz, jesz­cze ciut-ciut..." I ona daje się na­mó­wić, od­da­je jesz­cze ka­wa­łek zie­mi, kry­je two­je cia­ło w so­bie. Wszy­scy wszyst­ko ro­zu­mie­ją, wie­dzą, jaki bę­dzie ich los i co się z nimi sta­nie. I mają pra­wo sami wy­brać - gdzie ro­snąć, do­kąd pły­nąć, jak umrzeć.

Nie prze­ko­ny­wa­li­śmy go - wy­star­czy jed­no sło­wo i wszyst­ko ja­sne. Ostrze­gli­śmy go. Zro­zu­miał i od­szedł. Ale po­tem wró­cił. Chciał być z nami. Sam wy­brał. Nikt go nie prze­ga­niał.

Żar­cie skoń­czy­ło się pią­te­go dnia. Jesz­cze dobę prze­trzy­ma­li­śmy na ka­wa­le kro­wy, któ­ry do­sta­li­śmy jako po­moc hu­ma­ni­tar­ną od sta­cjo­nu­ją­ce­go nie­da­le­ko pięt­na­ste­go puł­ku. Po­tem nie zo­sta­ło już nic.

- Mogę go opra­wić, je­śli ktoś go za­bi­je - po­wie­dział nasz ku­charz An­driu­cha, gła­dząc Sza­ri­ka za uchem. - Za­bić go nie mogę, lu­bię psy. I w ogó­le zwie­rza­ki.

Nikt się nie zgło­sił. Ła­ma­li­śmy się jesz­cze pół dnia. Przez cały ten czas Sza­rik sie­dział przy na­szych no­gach, słu­chał roz­mów o tym, kto ma go za­bić.

W koń­cu zde­cy­do­wał się An­driu­cha. Za­pro­wa­dził Sza­ri­ka do rze­ki i strze­lił za ucho. Za­bił od razu, pierw­szym wy­strza­łem, pies na­wet nie pi­snął. Opra­wio­ną tu­szę An­driu­cha po­wie­sił na ga­łę­zi.

Sza­rik był od­pa­sio­ny, po bo­kach lśnił tłuszcz.

- Tłuszcz trze­ba od­ciąć - po­wie­dział An­driu­cha. - Psi tłuszcz jest gorz­ka­wy.

Od­cią­łem tłuszcz, po­kro­iłem cie­płe jesz­cze mię­so. Go­to­wa­li­śmy je przez dwie go­dzi­ny w ko­tle, udu­si­li­śmy z ke­czu­pem - zo­sta­ło nam jesz­cze tro­chę ke­czu­pu z su­che­go pro­wian­tu. Mię­so wy­szło cał­kiem nie­złe.

Na­stęp­ne­go dnia rano przy­wieź­li nam pa­szę.

miesz­ka­nie

W Gro­znym mia­łem miesz­ka­nie. Wła­ści­wie mia­łem wie­le miesz­kań w Gro­znym, z bo­ga­tym i ubo­gim wy­po­sa­że­niem, z ma­ho­nio­wy­mi me­bla­mi i w ru­inie, du­żych i ma­łych - róż­nych. Ale to było szcze­gól­ne.

Zna­la­złem je w pierw­szym mi­kro­ra­jo­nie, w żół­tym blo­ku. w obi­tych ta­nim ska­jem drzwiach ster­cza­ły klu­cze - wła­ści­cie­le po­sta­no­wi­li nie za­my­kać: "Miesz­kaj­cie tu, ale się nie wła­muj­cie".

Miesz­ka­nie nie było bo­ga­te, ale całe. Ni­cze­go nie bra­ko­wa­ło, wi­dać było, że go­spo­da­rze do­pie­ro co wy­je­cha­li, przed sztur­mem. Było ci­cho, nie jak na woj­nie. Skrom­ne me­ble, książ­ki, sta­re ta­pe­ty, pa­łas - dwu­stron­ny dy­wan. Wszyst­ko sta­ran­nie po­sprzą­ta­ne, nie roz­kra­dzio­ne. Na­wet okna nie wy­bi­te.

Po­sta­no­wi­łem nie zaj­mo­wać od razu miesz­ka­nia. Wró­ci­łem do od­dzia­łu i ni­ko­mu o nim nie po­wie­dzia­łem. Nie chcia­łem, żeby ktoś obcy pchał łap­ska do tego ka­wa­łecz­ka spo­koj­ne­go ży­cia, wy­wra­cał do­by­tek w sza­fach, ga­pił się na zdję­cia i grze­bał w pu­dłach. Nie chcia­łem, żeby obce bu­cio­ry dep­ta­ły po rze­czach, obce ręce roz­pa­la­ły w pie­cu i rą­ba­ły par­kiet na opał.

Tam był po­kój, inny świat, po­kój, ka­wa­łek bez­tro­skie­go ży­cia, za któ­rym nie­wia­ry­god­nie się stę­sk­ni­łem, ży­cia jak w prze­szło­ści, w któ­rym nie było woj­ny - z ro­dzi­ną, z uko­cha­ną ko­bie­tą, roz­mo­wa­mi przy ko­la­cji i pla­na­mi na przy­szłość.

To było moje miesz­ka­nie. Moje wła­sne. Mój dom. I wy­my­śli­łem za­ba­wę.

Wie­czo­rem, po zmro­ku, wró­ci­łem z pra­cy do domu, otwo­rzy­łem swo­imi klu­cza­mi swo­je drzwi. Boże, gdy­by­ście wie­dzie­li, co to za szczę­ście móc otwo­rzyć swo­imi klu­cza­mi swo­je drzwi! Wsze­dłem do swo­je­go miesz­ka­nia, znu­żo­ny usia­dłem w fo­te­lu. Opar­łem gło­wę, za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa, za­mkną­łem oczy...

Po­de­szła do mnie, przy­sia­dła na mo­ich ko­la­nach, de­li­kat­nie po­ło­ży­ła głów­kę na mo­jej pier­si. "Boże, ko­cha­nie, gdzie by­łeś tak dłu­go? Cze­ka­łam na cie­bie..." "Prze­pra­szam, sie­dzia­łem w pra­cy". "Jak mi­nął dzień?" "W po­rząd­ku. Za­bi­łem dwóch". "Bra­wo! Je­stem z cie­bie dum­na. - Cmok­nę­ła mnie w po­li­czek, po­gła­ska­ła po ręce. - Bra­wo... Jezu, two­je ręce! Co ci się sta­ło, to od mro­zu?" Spoj­rza­łem na swo­je ręce. Jej ma­leń­ka, wą­ska dłoń o de­li­kat­nej, pach­ną­cej do­bry­mi ko­sme­ty­ka­mi, gład­kiej skó­rze le­ża­ła na mo­ich zgru­bia­łych łap­skach, uwa­la­nych, po­pę­ka­nych, krwa­wią­cych... "Tak, to od mro­zu. Od bru­du... Eg­ze­ma. Nic ta­kie­go, przej­dzie". "Masz kiep­ską pra­cę. Boję się. Wy­jedź­my stąd". "Wy­je­dzie­my na pew­no, ko­cha­na. Wy­trzy­maj jesz­cze trosz­kę. Za pierw­szym mi­kro­ra­jo­nem cze­ka de­mo­bi­li­za­cja i po­kój. I ty... Na pew­no wy­je­dzie­my, tyl­ko po­cze­kaj".

Wsta­ła, prze­szła do kuch­ni, stą­pa­jąc lek­ko po dy­wa­nie. "Idź myć ręce! Sia­da­my do ko­la­cji, zro­bi­łam barszcz. Praw­dzi­wy, nie to co u was w pra­cy - nie­do­go­to­wa­na bre­ja. w ła­zien­ce jest woda, przy­nio­słam z boj­le­ra. Tyl­ko że już za­mar­z­ła, ale lód moż­na prze­cież roz­to­pić, praw­da?" Na­la­ła barszcz do ta­le­rza, po­da­ła mi. Sia­dła na­prze­ciw­ko. "A ty?" "Jedz, ja już ja­dłam... Zdej­mij to z sie­bie, wa­ria­cie! - za­śmia­ła się dźwięcz­nie. - Po co mo­czysz gra­na­ty w barsz­czu! Daj, po­ło­żę je na pa­ra­pe­cie. Boże, ja­kie brud­ne, nie wstyd ci? - Wzię­ła szmat­kę, prze­tar­ła gra­na­ty, odło­ży­ła na pa­ra­pet. - Przy oka­zji, mój dro­gi, twój gra­nat­nik, ten, któ­ry stoi koło sza­fy, też dzi­siaj wy­czy­ści­łam, cały był za­ku­rzo­ny. Nie gnie­wasz się? Ba­łam się, że bę­dziesz zły... Taki strasz­ny, cały czas się go ba­łam, jesz­cze wy­strze­li... Weź­miesz go do pra­cy? To może odło­ży­my go na an­tre­so­lę?" "Nie, nie trze­ba, we­zmę go ze sobą. Mu­szę wyjść dzi­siaj w nocy, wiesz, do tych ośmio­pię­tró­wek, gdzie mogą się tra­fić snaj­pe­rzy..." "Tak, wiem. Tam jest jesz­cze ta Ro­sjan­ka z ser­cem... Już idziesz?" "Tak, już idę, wpa­dłem tyl­ko na mi­nut­kę". Po­de­szła do mnie, za­rzu­ci­ła mi ręce na szy­ję, przy­tu­li­ła się. "Wra­caj jak naj­szyb­ciej, będę cze­kać na cie­bie. I bądź ostroż­ny, uwa­żaj, nie właź pod kule. - Za­pię­ła gór­ną sprzącz­kę pasa z amu­ni­cją, do­strze­gła dziur­kę w rę­ka­wie - za­ce­ru­ję, jak wró­cisz - po­ca­ło­wa­ła. - No, już, idź, bo się spóź­nisz. Uwa­żaj na sie­bie... Ko­cham cię".

Otwie­ram oczy. Sie­dzę przez chwi­lę bez ru­chu. Czu­ję pust­kę. Po­piół z pa­pie­ro­sa spadł na dy­wan. Smut­no. Ale do­brze mi, jak­by to wszyst­ko wy­da­rzy­ło się na­praw­dę - dom, ro­dzi­na, po­kój, przy­cho­dzę z pra­cy zmę­czo­ny, ktoś na mnie cze­ka.

Jesz­cze wie­le razy przy­cho­dzi­łem do tego miesz­ka­nia, co­dzien­nie, za każ­dym ra­zem ba­wi­łem się w tę za­ba­wę - w po­kój. Co praw­da po­kój za­wsze wy­cho­dził mi ja­koś po­kracz­nie, z gra­na­ta­mi na an­tre­so­lach, ale za­wsze...

Kie­dy mie­li­śmy ru­szyć da­lej, po raz ostat­ni wpa­dłem do swo­je­go miesz­ka­nia, po­sta­łem na pro­gu. Sta­ran­nie za­mkną­łem drzwi.

Klu­cze zo­sta­wi­łem w zam­ku.

lotnisko

Le­ży­my na skra­ju pasa star­to­we­go - Ki­siel, Wow­ka Ta­ta­rin­cew i ja - i wy­sta­wia­my gołe brzu­chy do nie­ba. Na­sze buty sto­ją obok, onu­ce schną na cho­le­wach. Chło­nie­my cie­pło. Tyle cie­pła nie za­zna­li­śmy chy­ba jesz­cze nig­dy w ży­ciu.

Kil­ka go­dzin wcze­śniej przy­gna­li nas tu ze sta­cji i te­raz cze­ka­my, co z nami bę­dzie.

Po­żół­kłe ostrza su­chej tra­wy kłu­ją w ple­cy. Ki­siel zry­wa jed­no źdźbło pal­ca­mi sto­py, prze­wra­ca się na brzuch i kru­szy je w dło­niach:

- Patrz, cał­kiem su­cha. A w Swier­dłow­sku jesz­cze za­spy wyż­sze od czło­wie­ka.

- Cie­pło - po­ta­ku­je Wow­ka.

Wow­ka wy­glą­da jak su­szo­na mo­re­la - sma­gły, ży­la­sty, wy­so­ki. Oczy czar­ne, a brwi ja­sne, spło­wia­łe. Po­cho­dzi z po­łu­dnia, spod Ana­py, i zgło­sił się na ochot­ni­ka do Cze­cze­nii. Wy­da­wa­ło mu się, że bę­dzie tu bli­żej domu.

Ja i Wow­ka mamy po osiem­na­ście lat.

Ki­siel ma dwa­dzie­ścia dwa, wzię­li go do woj­ska na rok, po stu­diach. Ma w ma­łym pal­cu fi­zy­kę i ma­te­ma­ty­kę i umie kre­ślić wszyst­kie te si­nu­so­idy. Tyle że co mu te­raz z tego. By­ło­by o wie­le le­piej, gdy­by na­uczył się za­wi­jać onu­ce. Ma bia­łą, mięk­ką skó­rę i do tej pory ocie­ra so­bie nogi do krwi. Za sześć mie­się­cy ma de­mo­bi­li­za­cję i wca­le nie chciał je­chać do Cze­cze­nii, za­mie­rzał spo­koj­nie do­słu­żyć gdzieś w środ­ko­wym pa­sie, bli­żej ro­dzin­ne­go Ja­ro­sła­wia. Ale nic mu z tego nie wy­szło.

Sie­dzą z nami jesz­cze An­driu­cha Żiż o mię­si­stych war­gach, naj­mniej­szy żoł­nierz w na­szym od­dzia­le, prze­zy­wa­ny przez to Szluf­ka. Ma nie wię­cej niż pół­to­ra me­tra, za to wtran­ża­la za czte­rech. Nie wia­do­mo, gdzie się po­dzie­wa wszyst­ko to, co zja­da - i tak wciąż jest mały i chu­dy jak su­szo­ny ka­ra­luch. Naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ne są jego wiel­kie war­gi-pie­ro­gi, któ­ry­mi po­tra­fi po­chło­nąć pół pusz­ki skon­den­so­wa­ne­go mle­ka za jed­nym za­ma­chem i któ­re na­da­ją jego kra­sno­dar­skiej gwa­rze beł­ko­tli­we brzmie­nie, oraz jego żo­łą­dek, któ­ry roz­dy­ma się kil­ka­krot­nie, kie­dy Szluf­ka żre.

Na pra­wo od nie­go sie­dzi mały Ży­dek Wit­ka Ze­lik­man, któ­ry naj­bar­dziej na świe­cie boi się bi­cia. Wszy­scy bo­imy się ło­mo­tu, ale Ziu­zik to in­te­li­gent i szcze­gól­nie cięż­ko zno­si baty. Przez pół roku w ar­mii nie zdo­łał przy­wyk­nąć do tego, że jest tę­pym dup­kiem, par­szy­wą gni­dą, psem, i każ­dy ło­mot po­grą­żał go w de­pre­sji.

Te­raz też sie­dzi i my­śli, jak tu­taj do­sta­nie­my w dupę - tak jak na szko­le­niu czy sła­biej.

Ostat­ni z na­szej gru­py to na­ćpa­ny Ryży, wiel­ki mil­czą­cy ko­leś z ogrom­ny­mi łap­ska­mi i ogni­stą czu­pry­ną. A do­kład­niej kie­dyś miał ogni­stą czu­pry­nę. Te­raz ma łysą żoł­nier­ską cza­chę, przy­sy­pa­ną czymś w ro­dza­ju mie­dzia­ne­go pyłu, jak­by ktoś pi­ło­wał nad nim mie­dzia­ną rurę. Ryży my­śli tyl­ko o tym, jak stąd naj­szyb­ciej zwiać.

Dziś po raz pierw­szy uda­ło się nam po­jeść jak na­le­ży. Nasz obec­ny do­wód­ca, czar­nia­wy ma­jor, któ­ry darł się na nas przez całą dro­gę, sie­dzi te­raz na środ­ku pola, dość da­le­ko od nas, a my ko­rzy­sta­my z sy­tu­acji i pa­tro­szy­my na­sze za­pa­sy.

W po­cią­gu ma­jor wy­dzie­lał nam pa­szę we­dług za­sa­dy jed­na pusz­ka mie­lon­ki na dobę, więc po dwóch dniach po­dró­ży do­słow­nie za­pa­dły nam się brzu­chy. Pod­czas krót­kich po­sto­jów, kie­dy nasz skład prze­pusz­czał ja­dą­ce z na­prze­ciw­ka po­cią­gi, sto­jąc na bocz­nym to­rze - jak naj­da­lej od ludz­kich oczu - nie na­dą­ża­no z roz­no­sze­niem chle­ba, któ­ry je­chał w od­dziel­nym wa­go­nie, i przez cały czas by­li­śmy głod­ni.

Żeby nie spuch­nąć z gło­du, wy­mie­nia­li­śmy żoł­nier­skie buty za żar­cie. Przed od­jaz­dem każ­dy z nas do­stał parę zwią­za­nych sznu­rów­ka­mi ga­lo­wych bu­tów. "Cie­ka­we, gdzie tam bę­dzie­my pa­ra­do­wać?" - po­wie­dział Szluf­ka i pierw­szy od­dał je za dzie­sięć bu­łek z ka­pu­stą.

Han­dlar­ki ze sta­cji bra­ły od nas buty z li­to­ści. Wi­dząc nasz skład, rzu­ca­ły się w jego stro­nę z buł­ka­mi i pie­czo­ny­mi kur­cza­ka­mi, ale kie­dy do­cie­ra­ło do nich, co to za po­ciąg stoi na bocz­nym to­rze, za­czy­na­ły bia­do­lić. Cho­dzi­ły wzdłuż wa­go­nów, za­wo­dzi­ły, ro­bi­ły znak krzy­ża i bra­ły od nas nie­po­trzeb­ne im buty i ka­le­so­ny w za­mian za je­dze­nie. Jed­na ko­bie­ta po­de­szła do na­sze­go okna i bez sło­wa po­da­ła nam bu­tel­kę oran­ża­dy i pół­to­ra kilo cze­ko­la­dek. Obie­ca­ła, że przy­nie­sie jesz­cze pa­pie­ro­sy, ale ma­jor prze­go­nił nas od okna i za­bro­nił się wy­chy­lać.

Chle­ba nie uda­ło się w koń­cu roz­dać i sple­śniał. Kie­dy wy­sie­dli­śmy z po­cią­gu w Moz­do­ku i prze­cho­dzi­li­śmy obok ostat­nie­go wa­go­nu z chle­bem, wy­rzu­ca­li z nie­go całe wor­ki zie­lo­ne­go ze­psu­te­go chle­ba wprost pod na­sze nogi. Kto zdą­żył, zła­pał bo­che­nek.

By­li­śmy naj­szyb­si. Te­raz na­pcha­li­śmy żo­łąd­ki wie­przo­wą mie­lon­ką, w któ­rej wię­cej było tłusz­czu niż mię­sa (Ryży upie­ra się, że to wca­le nie tłuszcz, tyl­ko to­pio­ny so­li­dol wy­mie­sza­ny z gu­ta­li­ną), i ka­szą jęcz­mien­ną; poza tym każ­dy wsu­nął cały bo­che­nek chle­ba i moż­na stwier­dzić, że by­li­śmy za­do­wo­le­ni z ży­cia. Przy­najm­niej na ja­kieś pół go­dzi­ny zy­ska­ło ono pew­ną for­mę okre­ślo­no­ści, a nikt nie za­mie­rzał zga­dy­wać, co bę­dzie po­tem. Ży­je­my chwi­lą.

- Cie­ka­we, czy się dzi­siaj za­ła­pie­my na apro­wi­za­cję - za­beł­ko­tał swo­imi pie­ro­ga­mi Szluf­ka i wsu­nął wy­li­za­ną na błysk łyż­kę za cho­le­wę. Skoń­czył obiad i za­raz za­czął my­śleć o ko­la­cji.

- A ty co, bar­dzo się tam spie­szysz? - od­po­wie­dział Wow­ka, wska­zu­jąc na pa­smo gór­skie, za któ­rym za­czy­na się Cze­cze­nia. - Jak dla mnie, le­piej wca­le nic nie żreć, by­le­by sie­dzieć na tym polu jak naj­dłu­żej.

- A naj­le­piej na za­wsze - po­ta­ku­je Ryży.

- A może my na­praw­dę bę­dzie­my tam piec buł­ki, co, chło­pa­ki? - zno­wu pyta Szluf­ka.

- Ja­sne, chciał­byś - od­po­wia­da Ki­siel. - Do­pu­ścić cię tyl­ko do mły­na, to we­pchniesz po bo­chen­ku chle­ba za każ­dy swój pie­róg i na­wet się nie za­krztu­sisz.

- Nie za­szko­dzi­ło­by mieć chleb, to ra­cja - szcze­rzy się Żiż.

Na szko­le­niu czar­nia­wy ma­jor mó­wił nam, że zbie­ra lu­dzi do pie­cze­nia chle­ba w Bie­sła­nie. Wie­dział, jak nas ku­pić. Być ro­bot­ni­kiem w pie­kar­ni - se­kret­ne ma­rze­nie każ­de­go żoł­nie­rza. Tym bar­dziej du­cha, czy­li żoł­nie­rza, któ­ry od­słu­żył mniej niż pół roku. My je­ste­śmy du­chy. Na­zy­wa­ją nas też nie­do­bo­ry, gło­du­chy, żo­łąd­ki, go­bli­ny itd. Głód mę­czy szcze­gól­nie sil­nie przez pierw­sze mie­sią­ce, te ka­lo­rie, któ­re przyj­mo­wa­li­śmy ra­zem z sza­rą masą o na­zwie "ka­sza jęcz­mien­na ła­ma­na", bły­ska­wicz­nie wy­wie­wał z nas wiatr na pla­cu, kie­dy sier­żan­ci urzą­dza­li nam po­obied­ni spa­ce­rek. Na­szym ro­sną­cym or­ga­ni­zmom wciąż bra­ko­wa­ło je­dze­nia, no­ca­mi po­ta­jem­nie żar­li­śmy w ki­blu pa­stę do zę­bów Ja­gód­ka, któ­ra tak ape­tycz­nie pach­nia­ła po­ziom­ka­mi.

Dwa dni temu usta­wi­li nas w sze­re­gu i czar­nia­wy ma­jor ogło­sił, że zbie­ra eki­pę do pie­kar­ni. Ale kie­dy pa­trzył w oczy, żoł­nie­rzy co­fa­ło. w jego źre­ni­cach cza­iło się prze­ra­że­nie, a jego mun­dur trą­cił śmier­cią. Śmier­cią i stra­chem. Wy­pa­cał je i kie­dy cho­dził po ko­sza­rach, cią­gnął za sobą nie­zno­śny, du­szą­cy tren.

- Chcesz słu­żyć na Kau­ka­zie? - py­tał ma­jor. - Jedź, no co? Tam jest cie­pło, jabł­ka są.

Ja i Wow­ka po­wie­dzie­li­śmy "tak", Ki­siel po­wie­dział "nie" i po­słał ma­jo­ra ra­zem z Kau­ka­zem do dia­bła.

I oto le­ży­my we trój­kę na pa­sie star­to­wym w Moz­do­ku i cze­ka­my, co bę­dzie da­lej. Wszy­scy, któ­rzy sta­li z nami wte­dy w sze­re­gu, leżą te­raz na pa­sie star­to­wym i cze­ka­ją.

Jest nas tu pół­to­ra ty­sią­ca. Wszy­scy mamy po osiem­na­ście lat.

 

Ki­siel wciąż się dzi­wi, jak mo­gli nas tak wy­ki­wać.

- Prze­cież po­wi­nien być ra­port - tłu­ma­czy. - Ra­port to taki pa­pie­rek, na któ­rym pi­szę: "Uprzej­mie pro­szę o wy­sła­nie mnie do ma­szyn­ki do mię­sa w celu od­by­cia resz­ty służ­by woj­sko­wej". Nic ta­kie­go nie pi­sa­łem.

- Jak to - na­krę­ca go Wow­ka - a li­sta na tech­ni­kach bez­pie­czeń­stwa, któ­rą ma­jor ka­zał pod­pi­sać? Pa­mię­tasz? Czy­ta­łeś cho­ciaż, co pod­pi­su­jesz? Ty co, cią­gle nic nie ro­zu­miesz? Pół­to­ra ty­sią­ca lu­dzi jak je­den mąż wy­ra­zi­ło chęć chro­nie­nia wła­sną pier­sią kon­sty­tu­cyj­ne­go po­rząd­ku swo­jej oj­czy­zny. A żeby oj­czyź­nie, i bez tego wzru­szo­nej na­szym po­ry­wem, było cał­kiem miło, po­wie­dzie­li­śmy jej: "Oj­czy­zno! Nie war­to tra­cić pa­pie­ru na oso­bi­stą zgo­dę każ­de­go. Po­je­dzie­my wal­czyć z li­sty. Niech z za­osz­czę­dzo­ne­go w ten spo­sób drew­na zro­bią me­ble dla domu dziec­ka, w któ­rym miesz­kać będą cze­czeń­skie dzie­ci, ofia­ry na­sze­go udzia­łu w tej woj­nie".

- Wiesz, Ki­siel - mó­wię z roz­draż­nie­niem - mógł­byś wca­le ni­cze­go nie pod­pi­sy­wać, a i tak byś tu był. Jest roz­kaz je­chać i zdy­chać, to je­dziesz, co się rzu­casz z tym swo­im ra­por­tem. Daj le­piej za­ku­rzyć.

Po­da­je mi pa­pie­ro­sa, od­pa­la­my.

 

Na pa­sie star­to­wym trwa cią­gły ruch. Ktoś przy­la­tu­je, ktoś od­la­tu­je, ran­ni cze­ka­ją na trans­port, lu­dzie tło­czą się wo­kół uję­cia wody. Po­obwie­sza­ne do gra­nic moż­li­wo­ści uzbro­je­niem sztur­mow­ce star­tu­ją co dzie­sięć mi­nut w stro­nę Cze­cze­nii i wra­ca­ją pu­ste. Śmi­głow­ce grze­ją sil­ni­ki, go­rą­cy po­dmuch wzbi­ja pył na pa­sie star­to­wym, a my mamy cy­ko­ra.

Robi się to­tal­ny baj­zel. Peł­no uchodź­ców, łażą po polu ze swo­im ba­ra­chłem i opo­wia­da­ją strasz­ne rze­czy. To fuk­sia­rze, któ­rym uda­ło się wy­rwać spod ostrza­łu; cy­wi­lów nie bio­rą do śmi­głow­ców, ale oni chwy­ta­ją się burt i lecą na sto­ją­co, jak w tram­wa­ju. Je­den dzia­dek przy­le­ciał na pod­wo­ziu - przy­wią­zał się do go­le­ni pod­wo­zia i wi­siał tak przez czter­dzie­ści mi­nut od Chan­ka­ły do Moz­do­ku. I jesz­cze przy­tasz­czył dwie wa­li­zy.

Zmę­cze­ni pi­lo­ci nie ro­bią żad­nych wy­jąt­ków. Obo­jęt­nie wy­krzy­ku­ją na­zwi­ska z li­sty pa­sa­że­rów i wpusz­cza­ją tyl­ko tych ze spi­su. Mają wszyst­ko gdzieś. Te­raz trwa­ją za­pi­sy na trans­port, któ­ry bę­dzie - może - po­ju­trze, je­śli go nie od­wo­ła­ją.

Na po­zo­sta­łych miej­scach upy­cha­ją ran­nych. Każ­dy śmi­gło­wiec oprócz ła­dun­ku może zmie­ścić góra dzie­się­ciu lu­dzi i jako pierw­si lecą naj­cię­żej ran­ni. Wci­ska­ją ich pod skrzy­nie, kła­dą na wor­kach, rzu­ca­ją wprost na pod­ło­gę - gdzie­kol­wiek, by­le­by upchnąć, by­le­by od­le­cie­li. Po­ty­ka­ją się o nich, strą­ca­ją z no­szy. Ktoś za­ha­czył nogą o ran­ne­go w brzuch ka­pi­ta­na i wy­rwał mu dre­ny, krew i śluz ciek­nie po pod­ło­dze ka­bi­ny i ka­pie na be­ton. Ka­pi­tan krzy­czy. Ka­łu­żę ob­le­pia­ją mu­chy.

Nie star­cza rów­nież sa­mo­lo­tów do Cze­cze­nii. Ja­cyś dzien­ni­ka­rze cze­ka­ją już pra­wie ty­dzień. Bu­dow­lań­cy też opa­la­ją się od trzech dni. My jed­nak prze­czu­wa­my, że nas wy­ślą jesz­cze dzi­siaj, przed za­cho­dem słoń­ca. Nie je­ste­śmy ro­bot­ni­ka­mi ani dzien­ni­ka­rza­mi, je­ste­śmy mię­sem, świe­żym mię­sem ar­mat­nim, dłu­go nas tu nie po­trzy­ma­ją.

- Cie­ka­we to ży­cie - roz­wa­ża Ki­siel. - Je­stem pe­wien, że dzien­ni­ka­rze go­to­wi są za­pła­cić każ­de pie­nią­dze, żeby do­stać się na po­kład na­stęp­ne­go trans­por­tu do Cze­cze­nii, ale nikt ich nie bie­rze. Ja też go­to­wy je­stem dać każ­de pie­nią­dze, żeby zo­stać tu­taj, naj­le­piej na za­wsze, a jesz­cze le­piej zna­leźć się jak naj­da­lej stąd, ale mnie wy­ślą naj­bliż­szym rej­sem. Dla­cze­go tak jest?

 

Przy­le­ciał śmi­gło­wiec trans­por­to­wy, kro­wa. Dzi­siaj rano nasi sztur­mo­wa­li ja­kąś wio­skę i przez cały dzień z Cze­cze­nii wio­zą ran­nych i za­bi­tych. Te­raz też na pa­sie star­to­wym ukła­da­ją pięć sre­brzy­stych wor­ków w rzę­dzie, je­den za dru­gim. Ład­ne, błysz­czą­ce pa­kun­ki ośle­pia­ją­co lśnią w słoń­cu, jak cu­kier­ki, są ta­kie ja­sne, aż nie chce się wie­rzyć, że w te od­święt­ne sre­ber­ka za­wi­nię­ci są ro­ze­rwa­ni na strzę­py lu­dzie.

Nie mo­gli­śmy z po­cząt­ku po­jąć, co to ta­kie­go. "To na pew­no po­moc hu­ma­ni­tar­na" - rzu­cił Wow­ka, ale Ki­siel po­wie­dział, że po­moc hu­ma­ni­tar­ną to wio­zą tam, a nie stam­tąd.

Zro­zu­mie­li­śmy do­pie­ro, kie­dy na pas star­to­wy wy­je­chał kry­ty bre­zen­tem ural. Wy­sko­czy­ło z nie­go dwóch żoł­nie­rzy i za­czę­li ła­do­wać wor­ki na pakę. Chwy­ta­li je za koń­ce, wor­ki ugi­na­ły się po­środ­ku i zro­zu­mie­li­śmy, że w tych ład­nych sre­ber­kach leżą mar­twi lu­dzie.

Tym ra­zem ural nie przy­jeż­dża. Za­bi­ci zo­sta­ją na be­to­nie. Nikt nie zwra­ca na nich uwa­gi, jak­by ich miej­sce było wła­śnie na pa­sie star­to­wym, jak­by tak wła­śnie mia­ło być - w ob­cym po­łu­dnio­wym mie­ście w su­chym ste­pie leżą mar­twi ro­syj­scy chłop­cy.

Zja­wia­ją się dwaj żoł­nie­rze w ucię­tych nad ko­la­nem ka­le­so­nach. Je­den nie­sie wia­dro wody. Prze­cie­ra­ją szma­ta­mi pod­ło­gę w kro­wie i pół go­dzi­ny póź­niej śmi­gło­wiec, za­ła­do­wa­ny po brze­gi, za­bie­ra ko­lej­ną par­tię do Cze­cze­nii. Tu­taj nikt nam już nie opo­wia­da ba­jek o buł­kach w Bie­sła­nie.

 

Nikt o tym nie mówi, ale za każ­dym ra­zem, kie­dy znad gór do­bie­ga ni­skie bu­cze­nie trzmie­la, każ­dy z nas my­śli - czyż­by już? Te­raz ja? w ta­kich chwi­lach wszy­scy je­ste­śmy w po­je­dyn­kę, każ­dy jest sam. Ci, któ­rzy zo­sta­ją, wzdy­cha­ją z ulgą, kie­dy kro­wa za­bie­ra ko­lej­ną par­tię, w któ­rej ich nie ma. Zna­czy - jesz­cze pół go­dzi­ny ży­cia...

 

Ki­siel ma na ple­cach wy­cię­ty wiel­ki na­pis "KO­CHAM CIĘ". Każ­da li­te­ra wiel­ko­ści pię­ści. Bia­łe bli­zny są cien­kie i pro­ste, ale mimo to wi­dać, że ostrze wcho­dzi­ło głę­bo­ko pod skó­rę. Już od pół roku pró­bu­je­my go wy­py­tać, skąd ma ten na­pis, ale Ki­siel nic nie chce po­wie­dzieć.

Te­raz czu­ję, że po­wie. Wow­ka wi­dać też to czu­je. Pierw­szy pyta:

- Ki­siel, no skąd to masz?

- No, wy­lu­zuj - wspie­ram Wow­kę - zdradź se­kret, nie za­bie­raj go ze sobą do gro­bu.

- Kre­tyn - mówi Ki­siel - żeby ci mowę od­ję­ło.

Prze­wra­ca się zno­wu na ple­cy i za­my­ka oczy. Nie chce po­wie­dzieć. Jego twarz po­ciem­nia­ła. Chy­ba na­praw­dę my­śli, że mogą nas za­bić.

- To Na­tasz­ka - wciąż nie­chęt­nie mówi po ja­kimś cza­sie - jesz­cze na sa­mym po­cząt­ku na­szej zna­jo­mo­ści, jesz­cze nie by­li­śmy mał­żeń­stwem. Po­szli­śmy ra­zem na im­pre­zę, tań­ce i ta­kie tam. No, wy­pi­li­śmy oczy­wi­ście. Ja się wte­dy po­rząd­nie wsta­wi­łem, spru­łem się jak mes­ser­sch­mitt. Bu­dzę się rano, a prze­ście­ra­dło jest całe we krwi... My­śla­łem, że ją za­bi­ję. Ale za­miast tego, wi­dzisz, oże­ni­łem się.

- Nie­złą masz żon­kę - mówi Wow­ka. Wow­ka ma już dziew­czy­nę, młod­szą od nie­go o trzy lata. Oni tam, na po­łu­dniu, szyb­ko doj­rze­wa­ją, jak owo­ce. - Trze­ba by ją do nas, do sta­ni­cy, my już by­śmy ją wy­le­czy­li. Pa­sa­mi. Spró­bo­wa­ła­by moja coś ta­kie­go wy­wi­nąć. Ty pew­nie nie mo­żesz przyjść do domu pi­ja­ny, bo od razu do­sta­niesz wał­kiem po łbie?

- Nie, moja żona jest spo­koj­na, do­bra - od­po­wia­da Ki­siel. - Nie wiem, co ją wte­dy na­szło. Po­tem już nic ta­kie­go nie od­sta­wi­ła. Mówi, że za­ko­cha­ła się we mnie od pierw­sze­go wej­rze­nia, więc chcia­ła mnie do sie­bie przy­wią­zać. Na co ty, mówi, komu po­trzeb­ny z tą moją pie­cząt­ką... - Zry­wa jesz­cze jed­no źdźbło tra­wy, żuje ją w za­my­śle­niu. - Bę­dzie­my mieć czwo­ro dzie­ci - mówi Ki­siel - tak. Jak wró­cę, to na pew­no zmaj­stru­ję czwór­kę.

Ki­siel milk­nie. Pa­trzę na jego ple­cy. My­ślę so­bie, że on przy­najm­niej zo­sta­nie zi­den­ty­fi­ko­wa­ny i nie bę­dzie le­żeć w tych lo­dów­kach, któ­re wi­dzie­li­śmy dziś rano na sta­cji. Je­śli, rzecz ja­sna, bę­dzie miał ple­cy.

- Ki­siel - py­tam - a ty bo­isz się umrzeć?

- Tak - od­po­wia­da. Ki­siel jest z nas naj­star­szy i naj­mą­drzej­szy.

 

Słoń­ce prze­świe­ca przez po­wie­ki, świat robi się po­ma­rań­czo­wy.

Od cie­pła czu­ję mro­wie­nie na skó­rze. w ogó­le nie mogę się do tego przy­zwy­cza­ić. Jesz­cze przed­wczo­raj by­li­śmy w za­śnie­żo­nym Swier­dłow­sku, a tu­taj upał. z zimy przy­wieź­li nas pro­sto w lato. Wio­sny nie było, zgu­bi­ła się po dro­dze.

Wci­ska­li nas po trzy­na­stu na boks w płac­kar­cie - wa­go­nie, w któ­rym wpraw­dzie są bok­sy z le­żan­ka­mi, ale nie ma prze­dzia­łów, dusz­no i smród, z gór­nych pół­ek zwi­sa­ją bose, nie­my­te sto­py. Dzień i noc dwóch chło­pa­ków kuli się na pod­ło­dze pod sto­li­kiem - nie dla wszyst­kich star­cza miej­sca i zmie­nia­my się po ko­lei. Gdzie tyl­ko spoj­rzysz, wszę­dzie buty, wor­ki, płasz­cze. Na­wet le­piej, że ma­jor nie da­wał nam żar­cia, pół­to­rej doby je­cha­li­śmy na sie­dzą­co, zgię­ci w po­zy­cji em­brio­nal­nej, gdy­by­śmy choć raz się na­je­dli, nie­droż­ność je­lit zro­bi­ła­by swo­je.

W Ro­sto­wie nad Do­nem nasz po­ciąg za­trzy­mał się na­prze­ciw­ko dwor­ca. Sta­li­śmy na pierw­szym pe­ro­nie, wprost przy głów­nym wej­ściu, lu­dzie mi­ja­li go i od­wra­ca­li oczy.

 

Pod to­po­lą lek­ko ran­ni piją wód­kę. Wy­mie­nia­ją się na wód­kę w ko­tłow­ni, pró­bu­ją za­lać al­ko­ho­lem strach, któ­ry prze­ży­li tam, za gó­ra­mi. Mają bez­ro­zum­ne oczy, po­czer­nia­łe twa­rze. Go­dzi­nę wcze­śniej strze­la­no do nich i za­bi­ja­no ich, a te­raz piją wód­kę i mogą prze­stać się ku­lić. Do nich to zu­peł­nie nie do­cie­ra. Krzy­czą, pła­czą i chle­ją wia­dra wód­ki. Nie spo­sób na nich pa­trzeć.

 

Nie my pierw­si sie­dzi­my na tym polu. Były tu dzie­siąt­ki ty­się­cy ta­kich jak my, cze­ka­ją­cych na swój los, a step wchło­nął nasz strach ni­czym pot.

Te­raz strach tych, któ­rzy le­że­li tu przed nami, wy­cho­dzi z za­tru­tej zie­mi. Wy­peł­nia na­sze cia­ła i wije się jak śli­ska gli­sta gdzieś pod żo­łąd­kiem, robi się od tego zim­no po­mi­mo pa­lą­ce­go słoń­ca. Po woj­nie to pole trze­ba bę­dzie oczysz­czać ze stra­chu jak z pro­mie­nio­wa­nia; strach wisi nad nim jak mgła.

 

Ra­zem z nami w ma­łych gru­pach leżą cy­wil­ni bu­dow­lań­cy. To­wa­rzy­stwo obok nas pije nie­roz­ro­bio­ny spi­ry­tus i za­gry­za lśnią­cą, prze­zro­czy­stą sło­ni­ną. Jest wśród nich ko­bie­ta, dzie­wu­cha z czer­wo­ną na­la­ną twa­rzą i gru­by­mi war­ga­mi, wie­my już, że ma na imię Ma­ri­na. Zu­peł­nie od­zwy­cza­ili­śmy się od ży­cia w cy­wi­lu, od ko­biet, ga­pi­my się na nią po kry­jo­mu.

Ma­ri­na ma wiel­ki biust i tłu­sty ty­łek. Ta oko­licz­ność bar­dzo za­chwy­ca An­driu­chę Żiża, cały czas stę­ka i mla­ska swo­imi ogrom­ny­mi war­ga­mi. Kto nie świn­tu­szy, ża­den z nie­go żoł­nierz, więc wszy­scy uda­je­my do­świad­czo­nych lo­we­la­sów, ale tak na­praw­dę mało któ­ry z nas ca­ło­wał się przed pój­ściem do woj­ska. A jak trze­ba z ko­bie­tą był tyl­ko Ki­siel.

Ma­ri­na pro­po­nu­je Szluf­ce ko­lej­kę. On przyj­mu­je, łyka jed­nym hau­stem ku­bek spi­ry­tu­su dla fa­so­nu i po pię­ciu mi­nu­tach wali się na tra­wę bez przy­tom­no­ści. Od­cią­ga­my go w cień.

Ma­ri­na za­pra­sza tak­że nas, ale od­ma­wia­my.

- Cie­ka­we, po co oni tu są - za­sta­na­wia się Wow­ka.

- Lecą Gro­zny od­bu­do­wy­wać - mówi Ki­siel. - Woj­na się koń­czy, za­wie­sze­nie bro­ni tuż-tuż.

- Prze­cież tam bom­bar­du­ją, wi­dzisz sztur­mow­ce? - mówi Ryży, ki­wa­jąc na ko­lej­ną parę Su-25 ko­łu­ją­cą na pa­sie.

Sa­mo­lo­ty przy­go­to­wu­ją się do star­tu, koń­ce ich dysz zwie­ra­ją się i roz­wie­ra­ją. Wow­ka twier­dzi, że w tym mo­men­cie wy­glą­da­ją jak dupa sra­ją­ce­go ro­ba­ka. Nie wiem, gdzie oglą­dał sra­ją­ce ro­ba­ki, ale po­rów­na­nie jest bar­dzo prze­ko­nu­ją­ce.

- Dla­cze­go są­dzisz, że one lecą na Gro­zny? - roz­trop­nie za­uwa­ża Ki­siel. - A zresz­tą dla bu­dow­lań­ców to żad­na róż­ni­ca. Im bar­dziej zbom­bar­du­ją, tym wię­cej od­bu­du­ją za po­trój­ne wy­na­gro­dze­nie. Te­raz jest za­wie­sze­nie bro­ni, nie pro­wa­dzi się dzia­łań mi­li­tar­nych, no to ich wio­zą, żeby przez ten czas bu­do­wa­li.

- A skąd wiesz o za­wie­sze­niu bro­ni?

- W te­le­wi­zji po­ka­zy­wa­li.

- W te­le­wi­zji to dużo po­ka­zu­ją.

- Nie bę­dzie już woj­ny - Ki­siel nie daje za wy­gra­ną, ale te­raz mówi z iro­nią. - Po­szcze­gól­ne ban­dy zo­sta­ły roz­bi­te, kon­sty­tu­cyj­ny po­rzą­dek przy­wró­co­ny, bło­go­sła­wio­ny po­kój zstą­pił na cięż­ko do­świad­czo­ną kau­ka­ską zie­mię.