Dziesięć kawałków o wojnie. Rosjanin w Czeczenii - Arkadij Babczenko


Reflow text when sidebars are open.
Błędem byłoby uważać, że wojna w Czeczenii zaczęła się w momencie wkroczenia wojsk federalnych. I że spowodowała ją jakaś jedna przyczyna. Czeczenia to wiele czynników i zbiegów okoliczności, kołowrót zdarzeń, w którym historykom będzie bardzo trudno się połapać.
Wszystko zaczęło się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy do władzy doszedł Dżochar Dudajew, były pilot wojskowy Armii Czerwonej, uczestnik wojny w Afganistanie. Dążył do niepodległości Czeczenii, ogłosił jej suwerenność i wyjście z Federacji Rosyjskiej.
Od tej chwili w Czeczenii zapanował chaos. Dudajew wyrzucił rosyjskie jednostki wojskowe z terytorium republiki. Opuszczając Czeczenię, pozostawiły ogromne ilości broni; samych samolotów na lotnisku w Groznym porzucono ponad dwieście. Po niewielkiej modernizacji przystosowano je do walki w powietrzu i prowadzenia bombardowań. Pozostawiono również ciężką broń pancerną - czołgi, transportery opancerzone, artylerię i nawet kilka zestawów wyrzutni rakietowych pocisków artyleryjskich Grad. Porzuconej broni palnej nie da się zliczyć, były to całe magazyny, dziesiątki tysięcy sztuk.
W republice kwitło bezprawie. Dudajew ogłosił powszechną amnestię dla wszystkich przestępców bez wyjątku, wskutek czego do Czeczenii masowo zaczęli ściągać ludzie ukrywający się przed prawem, zapanował bezlitosny bandytyzm. Morderstwa i rozboje stały się codziennością. Do Rosji nieustannie płynęła rzeka rosyjskojęzycznych uchodźców. Nie można powiedzieć, że ludobójstwo ludności nieczeczeńskiej było polityką państwa - to nieprawda. Trzeba zrozumieć, że społeczeństwo czeczeńskie, którego podstawę nadal stanowią stosunki rodowo-plemienne, składa się z tejpów - rodów. Na przykład obecny prezydent Czeczenii Ramzan Kadyrow należy do tejpu Benoj.
Ludność rosyjskojęzyczna nie znała więzi plemiennych ani zasady krwawej zemsty rodowej, była więc najbardziej bezbronną kategorią mieszkańców.
Zalewające republikę bandytyzm i bezrobocie mocno nadszarpnęły autorytet Dudajewa i podzieliły społeczeństwo. Trwała już w najlepsze wojna domowa - tejpowa. Promoskiewska opozycja dowodzona przez Umara Awturchanowa stworzyła swoją bazę na północy, w rejonie nadterecznym. Awturchanow niejednokrotnie atakował stamtąd Grozny, używając lotnictwa i ciężkiego sprzętu.
Za bezpośredni początek wojny można uznać ostatni marsz tej opozycji na Grozny w listopadzie 1994 roku. Szturm z około dwudziestoma czołgami otrzymanymi od Moskwy wraz z załogami, które rekrutowały się spośród rosyjskich oficerów, zakończył się całkowitą klęską, wszystkie czołgi zniszczono, większość załóg poległa. Tych, co przeżyli, wzięto do niewoli. Moskwa wyrzekła się swoich żołnierzy.
Swoją drogą wszystkie te wydarzenia nie bardzo obchodziły ówczesnego prezydenta Rosji Borysa Jelcyna. Ludzie byli mu zupełnie obojętni. Niewiarygodnie żądny władzy, dla której zdecydował się strzelać do parlamentu w 1993 roku, nie mógł znieść jednego - że nie podporządkował mu się jakiś generał. Wydaje mi się, że to była prawdziwa przyczyna podjęcia decyzji o wysłaniu wojsk do Czeczenii.
Operacja wojskowa w celu obalenia "reżimu Dudajewa" rozpoczęła się 11 grudnia 1994 roku. Była to raczej operacja polityczna niż wojskowa, kompletnie nieprzygotowana i nieprzemyślana. Świadczy o tym jedno zdanie ministra obrony Federacji Rosyjskiej Pawła Graczowa, który zapowiedział, że "zajmie Grozny dwoma pułkami w ciągu dwóch godzin". Dowódcy już na początku zdradzili swoją armię. Żołnierze nie potrafili nawet strzelać, byli zaszczuci i zdemoralizowani, nie rozumieli celów ani zadań tej wojny domowej, której nie nazywano nawet wojną - byli zwykłym mięsem armatnim.
W rezultacie armia rosyjska, która weszła do Groznego 31 grudnia 1994 roku, poniosła ogromne straty. w noc sylwestrową przestała praktycznie istnieć 131. Brygada Majkopska, zablokowano i częściowo rozbito inne oddziały, wkraczające do miasta z różnych kierunków. Poległych liczono w tysiącach. Do dziś brak oficjalnych danych o stratach w Czeczenii - za tej władzy ich się nie doczekamy, ponieważ są olbrzymie. Według nieoficjalnych doniesień tylko w styczniu w trakcie walk o Grozny zginęło około pięciu tysięcy rosyjskich żołnierzy i oficerów.
Straty po stronie czeczeńskiej, przede wszystkim liczba ofiar wśród ludności cywilnej, nie są znane i prawdopodobnie nigdy nie będą - ich po prostu nikt nie liczył.
Dostałem wezwanie do wojska rok po rozpoczęciu wojny, w listopadzie 1995 roku, kiedy byłem na drugim roku studiów. Pół roku spędziłem w jednostce szkoleniowej na Uralu, po czym wysłali nas, półtora tysiąca ludzi, na Kaukaz w 1996 roku w maju. Najpierw służyłem w przyfrontowym Mozdoku, później w Czeczenii. Wówczas w republice oficjalnie obowiązywało zawieszenie broni, ale wciąż trwała wymiana ognia.
W lipcu dostałem przepustkę ze względu na chorobę ojca. Pojechałem do domu na dwa tygodnie. Wróciłem.
Szóstego sierpnia bojownicy zajęli Grozny i utrzymywali miasto przez dwa tygodnie. Była to druga bitwa pod względem natężenia ognia i intensywności walk, która zakończyła się kolejnym zawieszeniem broni i w rezultacie podpisaniem rozejmu w Chasaw-jurcie, który uznawał niepodległość Czeczenii.
W sierpniu zmarł mój ojciec i dostałem kolejną przepustkę. Zdążyłem akurat na pogrzeb. Tego samego dnia zachorowałem, pogotowie zabrało mnie do szpitala, skończyła mi się przepustka, zostałem zatrzymany. Wsadzili mnie do aresztu i wytoczyli sprawę o dezercję. Siedziałem trzy miesiące. w końcu postępowanie umorzono ze względu na brak znamion przestępstwa - jakby nie było to oczywiste od początku.
Do tego czasu wyprowadzono już wojska z Czeczenii, wojna się skończyła, nie miałem ochoty wracać do Mozdoku i udało mi się dostać przeniesienie do Tweru, odległego od Moskwy o sto osiemdziesiąt kilometrów, gdzie odsłużyłem pozostałe dziesięć miesięcy.
Po śmierci Dudajewa na prezydenta Czeczeńskiej Republiki Iczkerii wybrano szefa sztabu sił zbrojnych Asłana Maschadowa, człowieka zrównoważonego, rozsądnego, obliczalnego. Jego sytuacja była jednak bardzo niestabilna, bezpośrednio dowodził zaledwie około dwoma tysiącami ludzi i okazał się "prezydentem w podziemiu". Prawdziwa władza w Czeczenii należała do bandyckich grup Gełajewa, Basajewa, Barajewa, Jordańczyka Chattaba i im podobnych. Znów zaczął się chaos, bandytyzm, porwania - w centrum Groznego, na placu Przyjaźni Narodów, działał najprawdziwszy targ niewolników. Według oficjalnych danych w ciągu trzech lat czeczeńskiej niepodległości porwano, sprzedano do niewoli albo zamordowano około trzydziestu tysięcy ludzi.
Po demobilizacji wróciłem na uczelnię, zaliczyłem pozostałe dwa lata i otrzymałem tytuł magistra nauk prawnych. Stało się to jesienią 1999 roku, akurat wtedy, kiedy wybuchła druga wojna czeczeńska.
Poszedłem na nią na ochotnika. Tysiące takich jak ja po pierwszej wojnie wróciło do Czeczenii. Nie potrafię odpowiedzieć na pytanie, czemu pojechałem tam znowu. Nie wiem. Po prostu nie mogłem nie pojechać, ciągnęło mnie z powrotem z niewiarygodną siłą. Może dlatego, że tam została moja przeszłość, całe moje życie - z tamtej wojny wróciło tylko ciało, ale nie dusza. Wojna to najsilniejszy narkotyk na świecie.
W każdym razie nie stałem z boku, przynajmniej tyle mogłem zrobić. Na moim sumieniu nie ciąży krew - wiem to prawie na pewno.
Druga wojna różniła się od pierwszej. Tamta była dla Czeczenów wojną wyzwoleńczą, wojną o niepodległość, towarzyszył jej powszechny entuzjazm i zjednoczenie narodu. Na drugiej wojnie nie walczyliśmy już z Czeczenami, którzy mieli dość bezhołowia i bezprawia. Walczyliśmy z ugrupowaniami przestępczymi. Ta wojna była jeszcze bardziej brudna i niezrozumiała.
Moim zdaniem tę "małą zwycięską wojenkę" wymyślono wyłącznie w ramach operacji "Następca" i jej głównym celem wcale nie było powstrzymanie bandytyzmu czy walka z terroryzmem, lecz wyniesienie Władimira Putina, wówczas premiera, na prezydencki tron. Tak się stało - 31 grudnia Borys Jelcyn zrzekł się władzy i przekazał urząd Władimirowi Putinowi.
Za drugim razem spędziłem na wojnie mniej więcej pół roku, przeszedłem do rezerwy i wróciłem do domu w kwietniu roku 2000, po czym napisałem artykuł o tym, co tam widziałem, i zaniosłem go do redakcji jednej z gazet. Zadzwonili i zaproponowali mi pracę. Tak zaczęła się moja działalność dziennikarska, którą zajmuję się do tej pory.
Nie zamierzałem napisać książki, nie myślałem nawet o tym, co piszę - opowiadania, nowele czy po prostu teksty. Nie traktowałem tego jak pracy, po prostu nie mogłem już dłużej nosić w sobie wojny, musiałem się wygadać, wyrzucić ją z siebie, przelać na papier. Pisałem w metrze, w podróżach służbowych, w pracy, w domu po nocach. Wszystko oczywiście w brudnopisie.
Niektóre opowiadania przychodziły mi z łatwością, na przykład Dziesięć kawałków o wojnie napisałem w ciągu dwóch godzin w pociągu podmiejskim, kiedy jechałem na wywiad z chłopakiem, który był jeńcem. Inne - jak krew z nosa. Nie pracowałem nad książką - prowadziłem niekończące się rozmowy z chłopakami. Wszyscy byli wówczas obok mnie, po prostu nie mogłem dać im odejść. To też była jakaś forma szaleństwa.
Nie należy traktować tej książki jako autobiografii czy szczegółowego opisu wojny, choć wszystko w niej opisane jest prawdą. Niektóre fragmenty są w pełni autobiograficzne, inne to kompilacja, zebrane w jedno wydarzenia z różnych miejsc i czasu, także te, w których nie uczestniczyłem bezpośrednio, ale których prawdziwości jestem pewien.
Bohaterowie mają prawdziwe pierwowzory, ale i oni składają się z kilku żywych ludzi, choć z jakiejś przyczyny zostawiłem im prawdziwe imiona. Dlaczego - nie wiem. Pewnie tak mi było łatwiej pisać.
Nie myślałem nawet, że zostanie to kiedyś opublikowane. Sam nie zrobiłem żadnego ruchu w tej sprawie, to zasługa wyłącznie Nataszy Pierowej, humanistki o światowej sławie i cudownego człowieka, która wzięła mnie pod swoje skrzydła. I chociaż pewnie wolałbym, żeby moje szkice pozostały szkicami, to jestem bardzo wdzięczny Nataszy. Niech wszystko, co tam się działo, pozostanie w ludzkiej pamięci. Nie wolno o tym zapomnieć.
Skoro tak wyszło - czytajcie.
kwiecień 2007
1. Aczchoj-Martan, 2. Ałchan-kała, 3. Ałchan-jurt, 4. Urus-Martan, 5. Cziernoriecz, 6. Gojty, 7. Chankała, 8. Stare Atagi, 9. Argun, 10. Szali
brygada górska
W górach masz przesrane. Dźwigasz na sobie wszystko, co potrzebne do życia. Potrzebujesz jedzenia, więc napychasz plecak po brzegi suchym prowiantem na pięć dni, wyrzucając z niego rzeczy zbędne. Potrzebujesz amunicji, więc faszerujesz kieszenie paczką nabojów i połową skrzynki granatów, wciskasz je do schowków w plecaku, do chlebaka, wieszasz na pasie. Strasznie przeszkadzają w czasie marszu, obcierają pachwiny i biodra, ich ciężar wrzyna się w kark.
Swój granatnik automatyczny zarzucasz na prawe ramię, a broń rannego Andriuchy Wołożanina na lewe. Dwie taśmy nabojowe krzyżujesz na piersi niczym marynarz Żelezniak z filmu o rewolucji i jeśli zostanie ci jeszcze wolna ręka, to bierzesz ślimaka - skrzynkę z taśmą.
Do tego namiot, kołki, topory, piła, łopaty i inne rzeczy, bez których pluton nie może się obejść. Jeszcze to, bez czego ty sam nie możesz się obejść - automat, kurtka, koc, śpiwór, menażka, trzydzieści paczek papierosów, zmiana bielizny, zapasowe onuce itd., itp. Wszystkiego razem wyjdzie jakieś siedemdziesiąt kilo. Już przy pierwszym kroku wiesz, że za nic nie wdrapiesz się na szczyt, choćby mieli cię rozstrzelać. Potem robisz drugi krok, trzeci, leziesz, gramolisz się, pełzniesz w górę, ślizgasz się, padasz, znów leziesz, wypruwasz flaki, chwytasz się krzaczków i gałązek. Zamroczony, wciąż idziesz i idziesz, nie myśląc o niczym - jeszcze jeden krok, jeszcze tylko jeden krok...
Razem z nami wspina się pluton przeciwpancerny. Mają gorzej, mój granatnik waży osiemnaście kilogramów, ich rakieta przeciwpancerna - czterdzieści dwa. Grubas Andriucha, przezywany z powodu swojej tuszy i wesołego usposobienia Tłuściochem, płacze: "Poruczniku, może zostawimy chociaż jedną rakietę, co?" Dowódca również ze łzami w oczach błaga: "Andriucha, Tłuściochu, no a co tam po nas bez rakiet przeciwpancernych? No, no co? Tam ginie nasza piechota..." Tak, tam ginie nasza piechota. Pełzniemy pod górę. Czołgamy się, wyjąc.
Zmienialiśmy chłopaków z górskiej brygady szturmowej z Bujnaku. Mieszkali w sakli pastuchów, ciasnej chacie z gliny.
Po luksusach mieszkania w Groznym, skórzanych kanapach i żyrandolach na suficie, ta waląca się lepianka wydała się nam kompletną nędzą. Gliniane ściany, klepisko, mętne okienko prawie niedające światła...
Dla nich to był pałac, pierwszy dach nad głową po miesiącach nocowania w norach i jamach. Dzień po dniu przez siedem miesięcy włóczyli się po górach, wypierając Czeczaków ze szczytów; nocowali tam, gdzie padli bez siły, budzili się i na nowo parli w górę. Sami upodobnili się już do Czeczaków - zarośnięci, w lepkich od brudu kurtkach czołgistów, niemyci, zezwierzęceni, nienawidzący wszystkiego i wszystkich. Przyglądali się nam ze złością, nasze przybycie oznaczało bowiem koniec ich skromnego raju - trzeba było porzucić swój pałac i znów ruszać w góry. Czekał ich dziewięciogodzinny marsz i szturm na jakieś wzgórze o strategicznym znaczeniu. Wspominali o tym z radością, taki marsz to dla nich pestka, relokacja zazwyczaj trwa dobę lub dwie.
Dotarło do nas wtedy, że nasze męki są niczym w porównaniu z tym, co przeżyli oni.
Patrzyliśmy na nich, kiedy odchodzili, i ogarnął nas lęk. Wiedzieliśmy już, że niedługo ruszymy za nimi. Czekały na nas nasze szczyty.
rzeka Argun
Pierwszego marca mój pluton przerzucono pod Szatoj. Mieliśmy utrzymać most na rzece Argun.
Nie mieliśmy wody, więc braliśmy ją z rzeki. Śmierdziała zgniłym jajem i miała kolor cementu, ale piliśmy ją, pocieszając się, że siarkowodór jest dobry na nerki.
Rzeka była dla nas równie ważna jak studnia na pustyni dla Beduina. Myliśmy się w niej, piliśmy, czerpaliśmy wodę do gotowania. w tym rejonie nie było bojowników, nasze życie toczyło się więc spokojnie.
Każdego ranka schodziliśmy nad rzekę niby wczasowicze w sanatorium, z nagimi torsami i kwiecistymi zdobycznymi ręcznikami na ramieniu. Myliśmy się, chlapiąc jak dzieci, rozsiadaliśmy się na kamieniach i opalali, wystawiając białe brzuchy na ostre zimowe słońce.
Potem rzeką Argun popłynęły trupy. Gdzieś wyżej ze stromego brzegu stoczyły się do niej dwie niwy z bojownikami, woda wymywała ich z pojazdów i unosiła w dół. Pierwszy przypłynął przetrzymywany przez partyzantów żołnierz wojsk desantowych. Jego kurtka maskująca koloru "białe noce" wyraźnie odznaczała się na tle mętnej wody. Wyłowiliśmy go, później przyjechali po niego z dowództwa, załadowali na pakę ciężarówki i zabrali.
Rzeka nie zdołała wypłukać wszystkich, kilka trupów utknęło w rdzewiejących samochodach. Było ciepło, ciała zaczęły się rozkładać. Chcieliśmy je wyciągnąć, bo psuły nam wodę, ale wąwóz był w tym miejscu zbyt głęboki i stromy, więc się poddaliśmy.
Nazajutrz, po przebudzeniu podszedłem do zbiornika z wodą, który codziennie dźwigaliśmy do kuchni. Zazwyczaj prędko się opróżniał, tym razem jednak był pełen. Wziąłem kubek, łyknąłem i dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że to woda z padliną i dlatego nikt jej nie pije. Splunąłem, odstawiłem kubek. Siedzący obok Arkasza snajper spojrzał na mnie, wziął kubek, nabrał wody, wypił i wyciągnął w moją stronę:
- Masz, pij, o co chodzi...
Piliśmy zatem dalej tę martwą, siarkową wodę, przestaliśmy się tylko pocieszać, że jest dobra na nerki.
Czeczaki
Po powrocie ze szpicy Szyszygin trącił mnie:
- Pierwsze piętro, pierwsze okno od prawej?
- Tak. Też widziałeś?
- Widziałem - patrzył na mnie wyczekująco. - To Czeczaki.
Zlokalizowaliśmy ich po zielonej poświacie lampy nocnej.
Nasza szpica znajduje się w sąsiednim domu, jakieś pięćdziesiąt metrów od czeczeńskiej - nasza na drugim piętrze, tamta na pierwszym. Oni obserwowali nas przez swój noktowizor, nas o ich ruchach informował chrzęst szkła.
Ani oni, ani my nie strzelaliśmy. Zdążyliśmy już dobrze poznać taktykę Czeczaków - prowadzili obserwację do świtu, po czym oddawali jeden lub dwa wystrzały z granatnika i odchodzili. Nie mogliśmy ich wypłoszyć - komfortowe mieszkanie z ogromnym łóżkiem, pierzyną i ciepłymi kołdrami, które wybraliśmy na kwaterę wbrew wszelkim zasadom bezpieczeństwa, bo skusił nas luksus i machnęliśmy ręką na wojnę, stało się pułapką. Nie było drogi odwrotu, w razie walki wystarczyłby jeden granat w lufcik. Nie mieliśmy więc wyboru, musieliśmy czekać - zaczną strzelać czy nie, a jeśli zaczną, to gdzie - w pokój, w którym śpi czterech żołnierzy, czy w balkon, na którym stale trzymał wartę jeden z nas.
Graliśmy w rosyjską ruletkę, bębenkiem kręcił czeczeński snajper, szanse cztery do jednego - cztery dla śmierci.
Tamci nie strzelili. Szyszygin, który stał na czujce nad ranem, opowiedział, że słyszał dwa krótkie gwizdy, po czym Czeczaki opuścili posterunek.
Rano, kiedy było już zupełnie jasno, pognaliśmy tam z Szyszyginem z ciekawości. w grubej warstwie kurzu pokrywającej mieszkanie wyraźnie odcisnęły się dwa ślady - wojskowych buciorów i tenisówek. Wojskowy but - snajper - przez cały czas siedział przy oknie i pilnował naszego mieszkania, ten drugi go osłaniał.
Nie strzelili do nas, bo mieli niesprawny granatnik. Czasem tak się zdarza. Załadowali go, wycelowali, nacisnęli na spust, ale ten nie zadziałał. Rzucili go, wciąż walał się w kuchni. Nasza ruska niedoróbka, błąd ślusarza Wani przy produkcji granatnika, uratowała nam życie.
Oprócz granatnika w kuchni był też piecyk. Nie mieliśmy piecyka u siebie, więc postanowiliśmy zgarnąć to trofeum. Kiedy wychodziliśmy już z klatki schodowej, zadziałał alarm Czeczaków. Namierzyli dwóch ciekawskich ruskich kretynów i chcieli nas dopaść w bramie. Popędziliśmy jak antylopy, w dwóch podskokach pokonaliśmy pięćdziesiąt metrów, nie porzucając przy tym piecyka. Wbiegliśmy do naszej klatki schodowej i zaczęliśmy rżeć jak szaleni; rechotaliśmy tak prawie pół godziny, nie mogąc się uspokoić. w tej chwili na całym świecie nie było bliższego mi człowieka od Szyszygina.
Czeczaki-2
Ledwie zdążyłem zdjąć buty, rozległ się wystrzał. Skaczę na równe nogi, chwytam automat i w samych skarpetach biegnę do wyjścia z pokoju, błagając Boga, żeby nie przestrzelili drzwi. Serce wali jak oszalałe, w uszach szum. Dobiegam, przywieram plecami do ściany. Nie otwieram, czekam. Cisza. Nagle zduszony głos Szyszygina:
- Chłopaki, niech no się który ruszy!
Skacząc na jednej nodze, gorączkowo próbuję włożyć buty. Jak na złość wyginają się, nie włażą na nogę.
- Już, Wania, już...
Mija nieznośnie dużo czasu. Ze trzy sekundy. w końcu udaje mi się jakoś wciągnąć buty. Jeszcze nie otwieram, biorę kilka głębokich wdechów, jak przed skokiem do lodowatej wody. Potem walę ostro nogą w drzwi, wpadam do sąsiedniego pokoju.
Nikogo, pusto.
- Wania, gdzie jesteś?
- Tu jestem, tutaj. - Szyszygin blady wytacza się z toalety, w biegu zapina spodnie, dyszy ochryple, na jednym oddechu: - Czeczaki. Pod nami. Ci sami. Siedziałem na czujce, kiedy usłyszałem ich świst.
- Kurwa, mogłeś granat rzucić! - wściekam się na niego, bo teraz trzeba iść tam, na dół, gdzie siedzą Czeczaki, i strach ściska za gardło.
- Siedziałem na czujce - powtarza Szyszygin i patrzy na mnie lękliwie jak zbity psiak.
Powoli i jak najciszej, by nie zachrzęściło szkło pod nogami, wychodzimy na korytarz. Każdy krok jest jak wieczność i kiedy przemierzamy trzymetrowy wszechświat korytarza, tysiące pokoleń pojawia się i odchodzi, a Słońce umiera i rodzi się na nowo.
W końcu schody. Przykucam. Wyglądam zza rogu i błyskawicznie chowam głowę. Na schodach chyba nikogo nie ma. Wyglądam znowu, patrzę dokładniej. Nikogo.
Drut, który przeciągnąłem wczoraj między trzecim i czwartym stopniem, jest cały. Czyli nie wchodzili, są na dole. Trzeba iść.
Pokazuję Szyszyginowi, że ma stanąć po przeciwnej stronie schodów i trzymać klatkę schodową. Przebiega, zarzuca automat, krzyczy szeptem:
- Arkasz, nie idź!
Kiedy ostrożnie, trzymając klatkę schodową na muszce, idę w stronę schodów, w głowie tłucze się tylko ta myśl: "Arkasz, nie idź". "Arkasz, nie idź" - przekonuję sam siebie i wchodzę na pierwszy stopień. "Nie idź!" - uważnie przeskakuję drut. "Nie idź!" - schodzę jeszcze parę stopni niżej. Zakręt. Oddycham płytko, skronie pulsują, jestem przerażony. "Nie idź! Nie idź! Nie..." Wpadam do mieszkania, wyważam drzwi do pokoju - pusto, do kuchni - pusto, wracam biegiem, wiem, że traciłem czas i już nie zdążę, rzucam granat w rozwartą paszczę mieszkania naprzeciw, błyskawicznie padam, czekam na krzyki, jęki, bezładną strzelaninę...
Wybuch. Cisza. Nikogo. Uciekli...
Przykucam, wyciągam paczkę primy, ugniatam papierosa. Przypalam. Rzucam pustą paczkę. Strasznie się zmachałem.
Spod czapki skapuje kropla potu, spływa po nosie, na mgnienie zawisa na koniuszku nosa i spada na papierosa. Tępo patrzę na zgaszoną primę, ręce mi drżą. Idiotyzm oczywiście, nie należało pchać się tu samemu. Wyrzucam papierosa, wstaję.
- Szyszygin! Daj zapalić... Uciekli...
Jakowlew
Jakowlew zwiał pod wieczór.
Nie on pierwszy odszedł. Jakieś dwa tygodnie wcześniej dwóch żołnierzy z ósmej kompanii zgarnęło karabin maszynowy i czmychnęło do domu. Nikt by ich nawet nie szukał, ale strata karabinu to dla batalionu poważna sprawa i dowódca przez parę dni tułał się po polach, szukając tych dwóch. Ale znaleźli ich ci z milicji specjalnej, omonowcy - sami do nich przyszli na posterunek i poprosili o jedzenie.
Jakowlewa nikt nie szukał. Już od trzech dni trwał szturm do Groznego, sąsiedni batalion od trzech dni bezskutecznie zdobywał szpital, ponosząc przy tym ogromne straty, a my od trzech dni dreptaliśmy na pierwszej linii osiedla domków jednorodzinnych i nie mogliśmy posunąć się do przodu. Szturm się przeciągał i nikt nie myślał o Jakowlewie. Wpisano go na listę tych, którzy samowolnie opuścili oddział, automat wliczono do strat bojowych i zamknięto sprawę.
Znaleźli go znów omonowcy, dwa dni później. Oczyszczali piwnicę jednej z willi i natknęli się na okaleczone ciało. To był Jakowlew.
Czeczaki otworzyli go jak konserwę, wyciągnęli wnętrzności i udusili, wciąż żywego, własnymi jelitami. Na pieczołowicie pobielonej ścianie, pod którą leżał, napisali jego krwią Allah akbar, na nogi włożyli białe skarpety - białych kapci nie mieli.
Krowa
Krowę dostaliśmy w spadku po brygadzie z Bujnaku, którą zmienialiśmy w górach.
Niemożliwie chuda, wyglądała jak więźniowie nazistowskich obozów koncentracyjnych i ledwo ciągnęła, leżała całymi dniami, gapiąc się w jeden punkt na horyzoncie, nie lizała nawet boku ranionego odłamkiem rakiety przeciwpancernej.
Pierwszego wieczoru przytargaliśmy dla niej ogromną kupę siana. Rozdęła nozdrza, polizała siano długim jęzorem, patrząc na nas z ukosa, chrupnęła nieufnie, nie wierząc jeszcze w swoje szczęście.
Żuła dwa dni bez przerwy, zapominając nawet o śnie - desantowcy jej nie karmili. Najpierw jadła na leżąco, potem wstała.
Po trzech dniach mogła już chodzić i Mutny wydoił z niej kubek mleka. Choć nie miało ani grama tłuszczu i było niedobre, wypiliśmy je jak boski nektar. Piliśmy po kolei - każdy po łyku - i cieszyliśmy się ze zmartwychwstania krowy.
A następnego dnia poszła jej krew z nosa. Umierała.
Nie patrząc jej w oczy, zaprowadziliśmy ją do wąwozu na rzeź. Ledwo szła, słabe nogi uginały się pod nią, klęliśmy, bo odwlekała egzekucję.
Odiegow podprowadził ją na skraj wąwozu, obrócił się i jakoś tak pospiesznie, źle celując, strzelił.
Kula przeszła przez przegrodę nosową krowy - słyszałem trzask łamanych kości, tępe uderzenie i chrzęst, zupełnie jak plaśnięcie łopatą w świeże mięso - krowa szarpnęła się, spojrzała na nas, zrozumiała, że ją mordujemy, i pokornie spuściła głowę.
Z jej nosa obficie pociekła czarna jucha ze skrzepami. Odiegow, gotujący się już do drugiego strzału, nagle opuścił automat, zawrócił i ruszył szybko w górę po stoku. Dogoniłem go, zabrałem automat, wróciłem i strzeliłem krowie między uszy. Spojrzała do góry, wodząc wzrokiem za śmiertelną kulą, wywróciła oczy i zsunęła się po ścianie wąwozu.
Długo staliśmy nad urwiskiem i patrzyliśmy na martwą krowę. Krew na nozdrzach skrzepła, muchy właziły jej do nosa i wyłaziły z dziury w głowie.
Pociągnąłem Odiegowa za rękaw:
- To w końcu tylko krowa.
- No.
- Idziemy.
- No.
do Mozdoku
Od tygodnia lało. Szare niebo cały czas zasnuwały niskie chmury, deszcz nie przestawał padać ani na chwilę, co najwyżej zmieniał natężenie.
Już od dawna nie mieliśmy na sobie nic suchego - wszystko przemokło, od śpiworów po onuce. Przez cały czas marzliśmy, wraz z nadejściem deszczów czterdziestostopniowy upał zastąpiła obleśna plucha, temperatura spadła do plus piętnastu.
Nasza ziemianka była co chwila zalewana. Nie mieliśmy łóżek polowych i po powrocie z patrolu padaliśmy w lodowatą, chlupocącą breję i całą noc spaliśmy w jednej pozycji - na plecach, starając się trzymać nos i usta nad poziomem wody.
Rano wyłaziliśmy z ziemianki jak z zanurzonej łodzi podwodnej, nie chowaliśmy się już przed deszczem, człapaliśmy po kałużach w przemoczonych butach, do których natychmiast przylepiało się kilo gliny.
Nasze morale słabło. Niemyte od tygodnia ręce pękały i ciągle krwawiły, od zimna pokryły się egzemą. Przestaliśmy się myć, golić, myć zęby. Od tygodnia nie grzaliśmy się przy ognisku - wilgotna trzcina nie chciała się palić, a drewna na stepie nie uświadczysz. Zaczęliśmy zmieniać się w zwierzęta. Zimno, wilgoć, błoto zabijały w nas wszystkie uczucia poza nienawiścią, nienawidziliśmy wszystkiego na świecie, łącznie z nami samymi. Kłótnie wybuchały co chwila i błyskawicznie osiągały najwyższą temperaturę.
Prawie całkiem zmieniłem się już w zwierzę, kiedy nagle wezwał mnie do siebie dowódca.
- Zbieraj się. Matka do ciebie przyjechała. Jutro pojedziesz z kolumną do Mozdoku.
Te słowa natychmiast odseparowały mnie od reszty. Oni zostawali tutaj, w deszczu, a moja męka się kończyła, jechałem do matki, tam gdzie ciepło, sucho, czysto. Odtąd nic mi już nie przeszkadzało w życiu mojego oddziału - w ich życiu. Jedyne, o czym myślałem, to zasłyszane gdzieś wieści, że po krótkim zawieszeniu broni znowu zaczęli ostrzał kolumn. Stojąc ostatnią noc na warcie, wpychając w siebie rano zupę mleczną bez smaku, obiecując Andriusze, że wrócę, myślałem tylko o tym - że zaczęli znowu ostrzeliwać kolumny.
dziewiąty mikrorajon
Przed świtem, około szóstej, Czeczaki jak zwykle ostrzelali pozycje z granatników.
Stacjonowaliśmy na osiedlu domów jednorodzinnych, przed nami, w ośmiopiętrowych blokach zbudowanego przez Rosjan dziewiątego mikrorajonu, oddział Gantamirowa. Nie mają lekko: czterech rannych, w tym jeden ciężko.
Przylecieli do nas, walą w bramę.
- Ej, Ruscy, wstawać! Ej, Ruscy! Dajcie wóz, mamy rannych!
Ranni leżą na noszach, na śniegu, po szyję owinięci kocami. Boli. Twarze białe, krew odpłynęła, usta zaciśnięte, zadarte podbródki. Wszyscy milczą, żaden nie jęknie. Od tej ciszy robi się nieswojo, trącamy ich lekko w ramię: "Żyjesz?" Otwiera oczy, źrenice pełne bólu... Żyje.
Szprycujemy ich promedolem i ładujemy na transporter, najcięższego do środka, pozostałych na pancerz. Dwóch bojowników Gantamirowa wskakuje na pojazd: "Szybko, szybko! Wiesz, gdzie jest szpital w Charkali? Pokażę", i transporter opancerzony, beteer, znika w ciemnościach, klucząc między kraterami po rozbitej, opustoszałej drodze. Przez awaryjny tryb, przez to, że transporter jedzie sam, bez eskorty, z ogromną prędkością, nie martwiąc się o rannych, wydaje mi się, że ciężkiego nie dowiozą, umrze po drodze.
Rano, ledwo zaczyna świtać, zajmujemy bloki. Zajmujemy je bez problemu, bez walki - są puste. Stoją na planie czworoboku i tworzą zamknięte, osłonięte podwórze. Tylko w jednym miejscu ostrzeliwują je snajperzy - kula przelatuje mi przed nosem i robi dziurę w betonowej ścianie. Reszta podwórka jest doskonale osłonięta, można po nim chodzić, nie kuląc się i nie kryjąc. Cieszymy się z tego, cieszymy się wygodnymi mieszkaniami pełnymi mahoniowych mebli, miękkich kanap i żyrandoli na suficie, cieszymy się, że tak łatwo zajęliśmy to wszystko. Piechota rozsypuje się po mieszkaniach, szukamy najlepszych na nocleg.
A pół godziny później ostrzeliwuje nas artyleria samobieżna. Stoję na zewnątrz z dowódcą kompanii i nagle sąsiedni budynek drży, wali się, na ósmym piętrze pojawia się ogromny kłąb dymu, wyrwane przez wybuch balkony, belki, płyty lecą powoli do góry, zawisają, przekręcają się i ciężko padają na ziemię. w ślad za ciężkimi blokami na podwórko sypią się lżejsze kawałki, odpryski.
Nie rozumiemy, o co chodzi, instynktownie przysiadamy, czołgamy się za wypatroszony przez odłamki zardzewiały garaż, kręcimy głowami.
Potem do nas dochodzi: to nasi! Przecież to nasze działa!
Dowódca pospiesznie chwyta słuchawki radiostacji, którą dźwigam na plecach, wywołuje dowódcę batalionu. Czołgam się do stojącej na gołej ziemi zapasowej radiostacji, wlekę za sobą dowódcę na słuchawkach, na zmianę - on nad moim uchem, ja na boku między jego nogami - wrzeszczymy do mikrofonu, że mają przerwać ogień, plączemy się w kablach, w słuchawkach, nie pamiętamy o odłamkach, myślimy tylko o jednym - jak najszybciej zameldować, że jesteśmy swoi, jak najszybciej przerwać ostrzał, jak najszybciej, byleby nikt nie dostał!
Piechota wysypuje się z klatki schodowej, w osłupieniu zatrzymuje się pod daszkiem, nie wie, dokąd uciekać. Dowódca przerywa potok przekleństw, wrzeszczy do nich:
- Bez paniki! Tylko bez paniki, chłopaki! Tylko nie pękać!
Ostatni z ciemności klatki wyłania się Gilman, spokojny jak słoń.
- No przecież nikt nie panikuje. Trzeba stąd zabierać ludzi, towarzyszu dowódco.
Dowódca rozkazuje wszystkim biec z powrotem do niskich domów, trąca mnie w ramię. Robię dziesięć kroków, obracam się, dowódca stoi w miejscu. Zawracam - jestem łącznościowcem, muszę być cały czas przy nim.
Ogromne pociski kalibru 152 milimetry, trzydzieści dwa kilo wagi każdy, przecinają powietrze nad naszymi głowami, trafiają w wyższe piętra. Wybuch - i nie ma połowy mieszkań, tylko rdzawe flaki armatury sterczą z wykrzywionych ścian. Jeden pocisk przelatuje przez podwórko, uderza w dom po prawej, wybucha. Padamy na ziemię, znów czołgamy się za garaż. Pali się kilka mieszkań, ogień trzaska, robi się gorąco, gęsty żrący dym dusi, drapie w gardle...
Czas traci znaczenie. Leżymy za garażem, wtuleni w śnieg. Nie mam pojęcia, jak długo to trwało.
Wreszcie ostrzał słabnie. Na deser nasze domy wykańczają śmigłowce, ale to już nie te wrażenia, mały kaliber, lotnicze pociski rakietowe nie przebijają się przez ściany, wybuchają na podwórku. Śmigłowce pozbywają się zapasów i odlatują. Koniec.
Piechota wraca. o dziwo nie mamy żadnych strat - nikt nawet nie został ranny. Stojące pod domami beteery też ocalały. Tam prało najbardziej, ale pojazdy ledwo przysypał gruz.
Znów najbardziej się dostało gantamirowcom. Mają dwóch ciężko rannych. Pocisk, który przeleciał przez środek podwórka, trafił prosto w ich sztab, w którym było wtedy dwóch ludzi. Jednemu rozerwało nogę i bok, drugiemu oderwało obie nogi po pas.
Ich także biegiem niesiemy na noszach do beteerów, ładujemy. Oni też milczą przez całą drogę, znów zadarte podbródki. Jednonogi otwiera na chwilę oczy, mówi cicho: "Weźcie nogę". Sigaj bierze nogę, idzie z nią obok noszy. Niosą go tak w pięciu, w kawałkach - czterech tułów, Sigaj nogę. Ładują go do beteera, Sigaj kładzie nogę przy nim.
Drugi ranny umiera.
Kiedy chłopaki wracają, Sigaj podchodzi do mnie, odpala papierosa. Palimy.
Patrzę na jego ręce, kiedy ugniata tytoń w primie, po czym bierze papierosa do ust, zaciąga się. Wydaje mi się, że do jego rąk, ust, papierosa przywarły kawałki ludzkiego mięsa. Ale to tylko wrażenie, ręce ma czyste, bez śladu krwi.
Stoimy, palimy. Potem Sigaj mówi:
- Dziwne... Kiedy jechałem na wojnę, bałem się tego wszystkiego - oderwanych nóg, ludzkiego mięsa... Myślałem, że to będzie straszne... Okazuje się, że wcale nie jest.
Szarik
Przyszedł do nas, kiedy mieliśmy żarcia na dwa dni. Ładna, mądra morda, puszysta sierść, zadarty ogon. Niesamowite oczy - jedno pomarańczowe, drugie zielone. Dobrze odżywiony, ale nie tak, jak psy w Groznym - karmiące się padliną w ruinach, oszalałe, ich psychika nie wytrzymywała. Ten był dobroduszny.
Ostrzegaliśmy go. Rozmawialiśmy z nim jak z człowiekiem i wszystko rozumiał. Tutaj, na wojnie, w ogóle wszyscy łatwo łapią - człowiek, pies, drzewo, kamień, rzeka. Ma się wrażenie, że wszystko ma duszę. Kiedy kopiesz saperką kamienistą glinę, rozmawiasz z nią, jak z kimś bliskim: "No, mała, jeszcze raz, jeszcze ciut-ciut..." I ona daje się namówić, oddaje jeszcze kawałek ziemi, kryje twoje ciało w sobie. Wszyscy wszystko rozumieją, wiedzą, jaki będzie ich los i co się z nimi stanie. I mają prawo sami wybrać - gdzie rosnąć, dokąd płynąć, jak umrzeć.
Nie przekonywaliśmy go - wystarczy jedno słowo i wszystko jasne. Ostrzegliśmy go. Zrozumiał i odszedł. Ale potem wrócił. Chciał być z nami. Sam wybrał. Nikt go nie przeganiał.
Żarcie skończyło się piątego dnia. Jeszcze dobę przetrzymaliśmy na kawale krowy, który dostaliśmy jako pomoc humanitarną od stacjonującego niedaleko piętnastego pułku. Potem nie zostało już nic.
- Mogę go oprawić, jeśli ktoś go zabije - powiedział nasz kucharz Andriucha, gładząc Szarika za uchem. - Zabić go nie mogę, lubię psy. I w ogóle zwierzaki.
Nikt się nie zgłosił. Łamaliśmy się jeszcze pół dnia. Przez cały ten czas Szarik siedział przy naszych nogach, słuchał rozmów o tym, kto ma go zabić.
W końcu zdecydował się Andriucha. Zaprowadził Szarika do rzeki i strzelił za ucho. Zabił od razu, pierwszym wystrzałem, pies nawet nie pisnął. Oprawioną tuszę Andriucha powiesił na gałęzi.
Szarik był odpasiony, po bokach lśnił tłuszcz.
- Tłuszcz trzeba odciąć - powiedział Andriucha. - Psi tłuszcz jest gorzkawy.
Odciąłem tłuszcz, pokroiłem ciepłe jeszcze mięso. Gotowaliśmy je przez dwie godziny w kotle, udusiliśmy z keczupem - zostało nam jeszcze trochę keczupu z suchego prowiantu. Mięso wyszło całkiem niezłe.
Następnego dnia rano przywieźli nam paszę.
mieszkanie
W Groznym miałem mieszkanie. Właściwie miałem wiele mieszkań w Groznym, z bogatym i ubogim wyposażeniem, z mahoniowymi meblami i w ruinie, dużych i małych - różnych. Ale to było szczególne.
Znalazłem je w pierwszym mikrorajonie, w żółtym bloku. w obitych tanim skajem drzwiach sterczały klucze - właściciele postanowili nie zamykać: "Mieszkajcie tu, ale się nie włamujcie".
Mieszkanie nie było bogate, ale całe. Niczego nie brakowało, widać było, że gospodarze dopiero co wyjechali, przed szturmem. Było cicho, nie jak na wojnie. Skromne meble, książki, stare tapety, pałas - dwustronny dywan. Wszystko starannie posprzątane, nie rozkradzione. Nawet okna nie wybite.
Postanowiłem nie zajmować od razu mieszkania. Wróciłem do oddziału i nikomu o nim nie powiedziałem. Nie chciałem, żeby ktoś obcy pchał łapska do tego kawałeczka spokojnego życia, wywracał dobytek w szafach, gapił się na zdjęcia i grzebał w pudłach. Nie chciałem, żeby obce buciory deptały po rzeczach, obce ręce rozpalały w piecu i rąbały parkiet na opał.
Tam był pokój, inny świat, pokój, kawałek beztroskiego życia, za którym niewiarygodnie się stęskniłem, życia jak w przeszłości, w którym nie było wojny - z rodziną, z ukochaną kobietą, rozmowami przy kolacji i planami na przyszłość.
To było moje mieszkanie. Moje własne. Mój dom. I wymyśliłem zabawę.
Wieczorem, po zmroku, wróciłem z pracy do domu, otworzyłem swoimi kluczami swoje drzwi. Boże, gdybyście wiedzieli, co to za szczęście móc otworzyć swoimi kluczami swoje drzwi! Wszedłem do swojego mieszkania, znużony usiadłem w fotelu. Oparłem głowę, zapaliłem papierosa, zamknąłem oczy...
Podeszła do mnie, przysiadła na moich kolanach, delikatnie położyła główkę na mojej piersi. "Boże, kochanie, gdzie byłeś tak długo? Czekałam na ciebie..." "Przepraszam, siedziałem w pracy". "Jak minął dzień?" "W porządku. Zabiłem dwóch". "Brawo! Jestem z ciebie dumna. - Cmoknęła mnie w policzek, pogłaskała po ręce. - Brawo... Jezu, twoje ręce! Co ci się stało, to od mrozu?" Spojrzałem na swoje ręce. Jej maleńka, wąska dłoń o delikatnej, pachnącej dobrymi kosmetykami, gładkiej skórze leżała na moich zgrubiałych łapskach, uwalanych, popękanych, krwawiących... "Tak, to od mrozu. Od brudu... Egzema. Nic takiego, przejdzie". "Masz kiepską pracę. Boję się. Wyjedźmy stąd". "Wyjedziemy na pewno, kochana. Wytrzymaj jeszcze troszkę. Za pierwszym mikrorajonem czeka demobilizacja i pokój. I ty... Na pewno wyjedziemy, tylko poczekaj".
Wstała, przeszła do kuchni, stąpając lekko po dywanie. "Idź myć ręce! Siadamy do kolacji, zrobiłam barszcz. Prawdziwy, nie to co u was w pracy - niedogotowana breja. w łazience jest woda, przyniosłam z bojlera. Tylko że już zamarzła, ale lód można przecież roztopić, prawda?" Nalała barszcz do talerza, podała mi. Siadła naprzeciwko. "A ty?" "Jedz, ja już jadłam... Zdejmij to z siebie, wariacie! - zaśmiała się dźwięcznie. - Po co moczysz granaty w barszczu! Daj, położę je na parapecie. Boże, jakie brudne, nie wstyd ci? - Wzięła szmatkę, przetarła granaty, odłożyła na parapet. - Przy okazji, mój drogi, twój granatnik, ten, który stoi koło szafy, też dzisiaj wyczyściłam, cały był zakurzony. Nie gniewasz się? Bałam się, że będziesz zły... Taki straszny, cały czas się go bałam, jeszcze wystrzeli... Weźmiesz go do pracy? To może odłożymy go na antresolę?" "Nie, nie trzeba, wezmę go ze sobą. Muszę wyjść dzisiaj w nocy, wiesz, do tych ośmiopiętrówek, gdzie mogą się trafić snajperzy..." "Tak, wiem. Tam jest jeszcze ta Rosjanka z sercem... Już idziesz?" "Tak, już idę, wpadłem tylko na minutkę". Podeszła do mnie, zarzuciła mi ręce na szyję, przytuliła się. "Wracaj jak najszybciej, będę czekać na ciebie. I bądź ostrożny, uważaj, nie właź pod kule. - Zapięła górną sprzączkę pasa z amunicją, dostrzegła dziurkę w rękawie - zaceruję, jak wrócisz - pocałowała. - No, już, idź, bo się spóźnisz. Uważaj na siebie... Kocham cię".
Otwieram oczy. Siedzę przez chwilę bez ruchu. Czuję pustkę. Popiół z papierosa spadł na dywan. Smutno. Ale dobrze mi, jakby to wszystko wydarzyło się naprawdę - dom, rodzina, pokój, przychodzę z pracy zmęczony, ktoś na mnie czeka.
Jeszcze wiele razy przychodziłem do tego mieszkania, codziennie, za każdym razem bawiłem się w tę zabawę - w pokój. Co prawda pokój zawsze wychodził mi jakoś pokracznie, z granatami na antresolach, ale zawsze...
Kiedy mieliśmy ruszyć dalej, po raz ostatni wpadłem do swojego mieszkania, postałem na progu. Starannie zamknąłem drzwi.
Klucze zostawiłem w zamku.
Leżymy na skraju pasa startowego - Kisiel, Wowka Tatarincew i ja - i wystawiamy gołe brzuchy do nieba. Nasze buty stoją obok, onuce schną na cholewach. Chłoniemy ciepło. Tyle ciepła nie zaznaliśmy chyba jeszcze nigdy w życiu.
Kilka godzin wcześniej przygnali nas tu ze stacji i teraz czekamy, co z nami będzie.
Pożółkłe ostrza suchej trawy kłują w plecy. Kisiel zrywa jedno źdźbło palcami stopy, przewraca się na brzuch i kruszy je w dłoniach:
- Patrz, całkiem sucha. A w Swierdłowsku jeszcze zaspy wyższe od człowieka.
- Ciepło - potakuje Wowka.
Wowka wygląda jak suszona morela - smagły, żylasty, wysoki. Oczy czarne, a brwi jasne, spłowiałe. Pochodzi z południa, spod Anapy, i zgłosił się na ochotnika do Czeczenii. Wydawało mu się, że będzie tu bliżej domu.
Ja i Wowka mamy po osiemnaście lat.
Kisiel ma dwadzieścia dwa, wzięli go do wojska na rok, po studiach. Ma w małym palcu fizykę i matematykę i umie kreślić wszystkie te sinusoidy. Tyle że co mu teraz z tego. Byłoby o wiele lepiej, gdyby nauczył się zawijać onuce. Ma białą, miękką skórę i do tej pory ociera sobie nogi do krwi. Za sześć miesięcy ma demobilizację i wcale nie chciał jechać do Czeczenii, zamierzał spokojnie dosłużyć gdzieś w środkowym pasie, bliżej rodzinnego Jarosławia. Ale nic mu z tego nie wyszło.
Siedzą z nami jeszcze Andriucha Żiż o mięsistych wargach, najmniejszy żołnierz w naszym oddziale, przezywany przez to Szlufka. Ma nie więcej niż półtora metra, za to wtranżala za czterech. Nie wiadomo, gdzie się podziewa wszystko to, co zjada - i tak wciąż jest mały i chudy jak suszony karaluch. Najbardziej charakterystyczne są jego wielkie wargi-pierogi, którymi potrafi pochłonąć pół puszki skondensowanego mleka za jednym zamachem i które nadają jego krasnodarskiej gwarze bełkotliwe brzmienie, oraz jego żołądek, który rozdyma się kilkakrotnie, kiedy Szlufka żre.
Na prawo od niego siedzi mały Żydek Witka Zelikman, który najbardziej na świecie boi się bicia. Wszyscy boimy się łomotu, ale Ziuzik to inteligent i szczególnie ciężko znosi baty. Przez pół roku w armii nie zdołał przywyknąć do tego, że jest tępym dupkiem, parszywą gnidą, psem, i każdy łomot pogrążał go w depresji.
Teraz też siedzi i myśli, jak tutaj dostaniemy w dupę - tak jak na szkoleniu czy słabiej.
Ostatni z naszej grupy to naćpany Ryży, wielki milczący koleś z ogromnymi łapskami i ognistą czupryną. A dokładniej kiedyś miał ognistą czuprynę. Teraz ma łysą żołnierską czachę, przysypaną czymś w rodzaju miedzianego pyłu, jakby ktoś piłował nad nim miedzianą rurę. Ryży myśli tylko o tym, jak stąd najszybciej zwiać.
Dziś po raz pierwszy udało się nam pojeść jak należy. Nasz obecny dowódca, czarniawy major, który darł się na nas przez całą drogę, siedzi teraz na środku pola, dość daleko od nas, a my korzystamy z sytuacji i patroszymy nasze zapasy.
W pociągu major wydzielał nam paszę według zasady jedna puszka mielonki na dobę, więc po dwóch dniach podróży dosłownie zapadły nam się brzuchy. Podczas krótkich postojów, kiedy nasz skład przepuszczał jadące z naprzeciwka pociągi, stojąc na bocznym torze - jak najdalej od ludzkich oczu - nie nadążano z roznoszeniem chleba, który jechał w oddzielnym wagonie, i przez cały czas byliśmy głodni.
Żeby nie spuchnąć z głodu, wymienialiśmy żołnierskie buty za żarcie. Przed odjazdem każdy z nas dostał parę związanych sznurówkami galowych butów. "Ciekawe, gdzie tam będziemy paradować?" - powiedział Szlufka i pierwszy oddał je za dziesięć bułek z kapustą.
Handlarki ze stacji brały od nas buty z litości. Widząc nasz skład, rzucały się w jego stronę z bułkami i pieczonymi kurczakami, ale kiedy docierało do nich, co to za pociąg stoi na bocznym torze, zaczynały biadolić. Chodziły wzdłuż wagonów, zawodziły, robiły znak krzyża i brały od nas niepotrzebne im buty i kalesony w zamian za jedzenie. Jedna kobieta podeszła do naszego okna i bez słowa podała nam butelkę oranżady i półtora kilo czekoladek. Obiecała, że przyniesie jeszcze papierosy, ale major przegonił nas od okna i zabronił się wychylać.
Chleba nie udało się w końcu rozdać i spleśniał. Kiedy wysiedliśmy z pociągu w Mozdoku i przechodziliśmy obok ostatniego wagonu z chlebem, wyrzucali z niego całe worki zielonego zepsutego chleba wprost pod nasze nogi. Kto zdążył, złapał bochenek.
Byliśmy najszybsi. Teraz napchaliśmy żołądki wieprzową mielonką, w której więcej było tłuszczu niż mięsa (Ryży upiera się, że to wcale nie tłuszcz, tylko topiony solidol wymieszany z gutaliną), i kaszą jęczmienną; poza tym każdy wsunął cały bochenek chleba i można stwierdzić, że byliśmy zadowoleni z życia. Przynajmniej na jakieś pół godziny zyskało ono pewną formę określoności, a nikt nie zamierzał zgadywać, co będzie potem. Żyjemy chwilą.
- Ciekawe, czy się dzisiaj załapiemy na aprowizację - zabełkotał swoimi pierogami Szlufka i wsunął wylizaną na błysk łyżkę za cholewę. Skończył obiad i zaraz zaczął myśleć o kolacji.
- A ty co, bardzo się tam spieszysz? - odpowiedział Wowka, wskazując na pasmo górskie, za którym zaczyna się Czeczenia. - Jak dla mnie, lepiej wcale nic nie żreć, byleby siedzieć na tym polu jak najdłużej.
- A najlepiej na zawsze - potakuje Ryży.
- A może my naprawdę będziemy tam piec bułki, co, chłopaki? - znowu pyta Szlufka.
- Jasne, chciałbyś - odpowiada Kisiel. - Dopuścić cię tylko do młyna, to wepchniesz po bochenku chleba za każdy swój pieróg i nawet się nie zakrztusisz.
- Nie zaszkodziłoby mieć chleb, to racja - szczerzy się Żiż.
Na szkoleniu czarniawy major mówił nam, że zbiera ludzi do pieczenia chleba w Biesłanie. Wiedział, jak nas kupić. Być robotnikiem w piekarni - sekretne marzenie każdego żołnierza. Tym bardziej ducha, czyli żołnierza, który odsłużył mniej niż pół roku. My jesteśmy duchy. Nazywają nas też niedobory, głoduchy, żołądki, gobliny itd. Głód męczy szczególnie silnie przez pierwsze miesiące, te kalorie, które przyjmowaliśmy razem z szarą masą o nazwie "kasza jęczmienna łamana", błyskawicznie wywiewał z nas wiatr na placu, kiedy sierżanci urządzali nam poobiedni spacerek. Naszym rosnącym organizmom wciąż brakowało jedzenia, nocami potajemnie żarliśmy w kiblu pastę do zębów Jagódka, która tak apetycznie pachniała poziomkami.
Dwa dni temu ustawili nas w szeregu i czarniawy major ogłosił, że zbiera ekipę do piekarni. Ale kiedy patrzył w oczy, żołnierzy cofało. w jego źrenicach czaiło się przerażenie, a jego mundur trącił śmiercią. Śmiercią i strachem. Wypacał je i kiedy chodził po koszarach, ciągnął za sobą nieznośny, duszący tren.
- Chcesz służyć na Kaukazie? - pytał major. - Jedź, no co? Tam jest ciepło, jabłka są.
Ja i Wowka powiedzieliśmy "tak", Kisiel powiedział "nie" i posłał majora razem z Kaukazem do diabła.
I oto leżymy we trójkę na pasie startowym w Mozdoku i czekamy, co będzie dalej. Wszyscy, którzy stali z nami wtedy w szeregu, leżą teraz na pasie startowym i czekają.
Jest nas tu półtora tysiąca. Wszyscy mamy po osiemnaście lat.
Kisiel wciąż się dziwi, jak mogli nas tak wykiwać.
- Przecież powinien być raport - tłumaczy. - Raport to taki papierek, na którym piszę: "Uprzejmie proszę o wysłanie mnie do maszynki do mięsa w celu odbycia reszty służby wojskowej". Nic takiego nie pisałem.
- Jak to - nakręca go Wowka - a lista na technikach bezpieczeństwa, którą major kazał podpisać? Pamiętasz? Czytałeś chociaż, co podpisujesz? Ty co, ciągle nic nie rozumiesz? Półtora tysiąca ludzi jak jeden mąż wyraziło chęć chronienia własną piersią konstytucyjnego porządku swojej ojczyzny. A żeby ojczyźnie, i bez tego wzruszonej naszym porywem, było całkiem miło, powiedzieliśmy jej: "Ojczyzno! Nie warto tracić papieru na osobistą zgodę każdego. Pojedziemy walczyć z listy. Niech z zaoszczędzonego w ten sposób drewna zrobią meble dla domu dziecka, w którym mieszkać będą czeczeńskie dzieci, ofiary naszego udziału w tej wojnie".
- Wiesz, Kisiel - mówię z rozdrażnieniem - mógłbyś wcale niczego nie podpisywać, a i tak byś tu był. Jest rozkaz jechać i zdychać, to jedziesz, co się rzucasz z tym swoim raportem. Daj lepiej zakurzyć.
Podaje mi papierosa, odpalamy.
Na pasie startowym trwa ciągły ruch. Ktoś przylatuje, ktoś odlatuje, ranni czekają na transport, ludzie tłoczą się wokół ujęcia wody. Poobwieszane do granic możliwości uzbrojeniem szturmowce startują co dziesięć minut w stronę Czeczenii i wracają puste. Śmigłowce grzeją silniki, gorący podmuch wzbija pył na pasie startowym, a my mamy cykora.
Robi się totalny bajzel. Pełno uchodźców, łażą po polu ze swoim barachłem i opowiadają straszne rzeczy. To fuksiarze, którym udało się wyrwać spod ostrzału; cywilów nie biorą do śmigłowców, ale oni chwytają się burt i lecą na stojąco, jak w tramwaju. Jeden dziadek przyleciał na podwoziu - przywiązał się do goleni podwozia i wisiał tak przez czterdzieści minut od Chankały do Mozdoku. I jeszcze przytaszczył dwie walizy.
Zmęczeni piloci nie robią żadnych wyjątków. Obojętnie wykrzykują nazwiska z listy pasażerów i wpuszczają tylko tych ze spisu. Mają wszystko gdzieś. Teraz trwają zapisy na transport, który będzie - może - pojutrze, jeśli go nie odwołają.
Na pozostałych miejscach upychają rannych. Każdy śmigłowiec oprócz ładunku może zmieścić góra dziesięciu ludzi i jako pierwsi lecą najciężej ranni. Wciskają ich pod skrzynie, kładą na workach, rzucają wprost na podłogę - gdziekolwiek, byleby upchnąć, byleby odlecieli. Potykają się o nich, strącają z noszy. Ktoś zahaczył nogą o rannego w brzuch kapitana i wyrwał mu dreny, krew i śluz cieknie po podłodze kabiny i kapie na beton. Kapitan krzyczy. Kałużę oblepiają muchy.
Nie starcza również samolotów do Czeczenii. Jacyś dziennikarze czekają już prawie tydzień. Budowlańcy też opalają się od trzech dni. My jednak przeczuwamy, że nas wyślą jeszcze dzisiaj, przed zachodem słońca. Nie jesteśmy robotnikami ani dziennikarzami, jesteśmy mięsem, świeżym mięsem armatnim, długo nas tu nie potrzymają.
- Ciekawe to życie - rozważa Kisiel. - Jestem pewien, że dziennikarze gotowi są zapłacić każde pieniądze, żeby dostać się na pokład następnego transportu do Czeczenii, ale nikt ich nie bierze. Ja też gotowy jestem dać każde pieniądze, żeby zostać tutaj, najlepiej na zawsze, a jeszcze lepiej znaleźć się jak najdalej stąd, ale mnie wyślą najbliższym rejsem. Dlaczego tak jest?
Przyleciał śmigłowiec transportowy, krowa. Dzisiaj rano nasi szturmowali jakąś wioskę i przez cały dzień z Czeczenii wiozą rannych i zabitych. Teraz też na pasie startowym układają pięć srebrzystych worków w rzędzie, jeden za drugim. Ładne, błyszczące pakunki oślepiająco lśnią w słońcu, jak cukierki, są takie jasne, aż nie chce się wierzyć, że w te odświętne sreberka zawinięci są rozerwani na strzępy ludzie.
Nie mogliśmy z początku pojąć, co to takiego. "To na pewno pomoc humanitarna" - rzucił Wowka, ale Kisiel powiedział, że pomoc humanitarną to wiozą tam, a nie stamtąd.
Zrozumieliśmy dopiero, kiedy na pas startowy wyjechał kryty brezentem ural. Wyskoczyło z niego dwóch żołnierzy i zaczęli ładować worki na pakę. Chwytali je za końce, worki uginały się pośrodku i zrozumieliśmy, że w tych ładnych sreberkach leżą martwi ludzie.
Tym razem ural nie przyjeżdża. Zabici zostają na betonie. Nikt nie zwraca na nich uwagi, jakby ich miejsce było właśnie na pasie startowym, jakby tak właśnie miało być - w obcym południowym mieście w suchym stepie leżą martwi rosyjscy chłopcy.
Zjawiają się dwaj żołnierze w uciętych nad kolanem kalesonach. Jeden niesie wiadro wody. Przecierają szmatami podłogę w krowie i pół godziny później śmigłowiec, załadowany po brzegi, zabiera kolejną partię do Czeczenii. Tutaj nikt nam już nie opowiada bajek o bułkach w Biesłanie.
Nikt o tym nie mówi, ale za każdym razem, kiedy znad gór dobiega niskie buczenie trzmiela, każdy z nas myśli - czyżby już? Teraz ja? w takich chwilach wszyscy jesteśmy w pojedynkę, każdy jest sam. Ci, którzy zostają, wzdychają z ulgą, kiedy krowa zabiera kolejną partię, w której ich nie ma. Znaczy - jeszcze pół godziny życia...
Kisiel ma na plecach wycięty wielki napis "KOCHAM CIĘ". Każda litera wielkości pięści. Białe blizny są cienkie i proste, ale mimo to widać, że ostrze wchodziło głęboko pod skórę. Już od pół roku próbujemy go wypytać, skąd ma ten napis, ale Kisiel nic nie chce powiedzieć.
Teraz czuję, że powie. Wowka widać też to czuje. Pierwszy pyta:
- Kisiel, no skąd to masz?
- No, wyluzuj - wspieram Wowkę - zdradź sekret, nie zabieraj go ze sobą do grobu.
- Kretyn - mówi Kisiel - żeby ci mowę odjęło.
Przewraca się znowu na plecy i zamyka oczy. Nie chce powiedzieć. Jego twarz pociemniała. Chyba naprawdę myśli, że mogą nas zabić.
- To Nataszka - wciąż niechętnie mówi po jakimś czasie - jeszcze na samym początku naszej znajomości, jeszcze nie byliśmy małżeństwem. Poszliśmy razem na imprezę, tańce i takie tam. No, wypiliśmy oczywiście. Ja się wtedy porządnie wstawiłem, sprułem się jak messerschmitt. Budzę się rano, a prześcieradło jest całe we krwi... Myślałem, że ją zabiję. Ale zamiast tego, widzisz, ożeniłem się.
- Niezłą masz żonkę - mówi Wowka. Wowka ma już dziewczynę, młodszą od niego o trzy lata. Oni tam, na południu, szybko dojrzewają, jak owoce. - Trzeba by ją do nas, do stanicy, my już byśmy ją wyleczyli. Pasami. Spróbowałaby moja coś takiego wywinąć. Ty pewnie nie możesz przyjść do domu pijany, bo od razu dostaniesz wałkiem po łbie?
- Nie, moja żona jest spokojna, dobra - odpowiada Kisiel. - Nie wiem, co ją wtedy naszło. Potem już nic takiego nie odstawiła. Mówi, że zakochała się we mnie od pierwszego wejrzenia, więc chciała mnie do siebie przywiązać. Na co ty, mówi, komu potrzebny z tą moją pieczątką... - Zrywa jeszcze jedno źdźbło trawy, żuje ją w zamyśleniu. - Będziemy mieć czworo dzieci - mówi Kisiel - tak. Jak wrócę, to na pewno zmajstruję czwórkę.
Kisiel milknie. Patrzę na jego plecy. Myślę sobie, że on przynajmniej zostanie zidentyfikowany i nie będzie leżeć w tych lodówkach, które widzieliśmy dziś rano na stacji. Jeśli, rzecz jasna, będzie miał plecy.
- Kisiel - pytam - a ty boisz się umrzeć?
- Tak - odpowiada. Kisiel jest z nas najstarszy i najmądrzejszy.
Słońce prześwieca przez powieki, świat robi się pomarańczowy.
Od ciepła czuję mrowienie na skórze. w ogóle nie mogę się do tego przyzwyczaić. Jeszcze przedwczoraj byliśmy w zaśnieżonym Swierdłowsku, a tutaj upał. z zimy przywieźli nas prosto w lato. Wiosny nie było, zgubiła się po drodze.
Wciskali nas po trzynastu na boks w płackarcie - wagonie, w którym wprawdzie są boksy z leżankami, ale nie ma przedziałów, duszno i smród, z górnych półek zwisają bose, niemyte stopy. Dzień i noc dwóch chłopaków kuli się na podłodze pod stolikiem - nie dla wszystkich starcza miejsca i zmieniamy się po kolei. Gdzie tylko spojrzysz, wszędzie buty, worki, płaszcze. Nawet lepiej, że major nie dawał nam żarcia, półtorej doby jechaliśmy na siedząco, zgięci w pozycji embrionalnej, gdybyśmy choć raz się najedli, niedrożność jelit zrobiłaby swoje.
W Rostowie nad Donem nasz pociąg zatrzymał się naprzeciwko dworca. Staliśmy na pierwszym peronie, wprost przy głównym wejściu, ludzie mijali go i odwracali oczy.
Pod topolą lekko ranni piją wódkę. Wymieniają się na wódkę w kotłowni, próbują zalać alkoholem strach, który przeżyli tam, za górami. Mają bezrozumne oczy, poczerniałe twarze. Godzinę wcześniej strzelano do nich i zabijano ich, a teraz piją wódkę i mogą przestać się kulić. Do nich to zupełnie nie dociera. Krzyczą, płaczą i chleją wiadra wódki. Nie sposób na nich patrzeć.
Nie my pierwsi siedzimy na tym polu. Były tu dziesiątki tysięcy takich jak my, czekających na swój los, a step wchłonął nasz strach niczym pot.
Teraz strach tych, którzy leżeli tu przed nami, wychodzi z zatrutej ziemi. Wypełnia nasze ciała i wije się jak śliska glista gdzieś pod żołądkiem, robi się od tego zimno pomimo palącego słońca. Po wojnie to pole trzeba będzie oczyszczać ze strachu jak z promieniowania; strach wisi nad nim jak mgła.
Razem z nami w małych grupach leżą cywilni budowlańcy. Towarzystwo obok nas pije nierozrobiony spirytus i zagryza lśniącą, przezroczystą słoniną. Jest wśród nich kobieta, dziewucha z czerwoną nalaną twarzą i grubymi wargami, wiemy już, że ma na imię Marina. Zupełnie odzwyczailiśmy się od życia w cywilu, od kobiet, gapimy się na nią po kryjomu.
Marina ma wielki biust i tłusty tyłek. Ta okoliczność bardzo zachwyca Andriuchę Żiża, cały czas stęka i mlaska swoimi ogromnymi wargami. Kto nie świntuszy, żaden z niego żołnierz, więc wszyscy udajemy doświadczonych lowelasów, ale tak naprawdę mało który z nas całował się przed pójściem do wojska. A jak trzeba z kobietą był tylko Kisiel.
Marina proponuje Szlufce kolejkę. On przyjmuje, łyka jednym haustem kubek spirytusu dla fasonu i po pięciu minutach wali się na trawę bez przytomności. Odciągamy go w cień.
Marina zaprasza także nas, ale odmawiamy.
- Ciekawe, po co oni tu są - zastanawia się Wowka.
- Lecą Grozny odbudowywać - mówi Kisiel. - Wojna się kończy, zawieszenie broni tuż-tuż.
- Przecież tam bombardują, widzisz szturmowce? - mówi Ryży, kiwając na kolejną parę Su-25 kołującą na pasie.
Samoloty przygotowują się do startu, końce ich dysz zwierają się i rozwierają. Wowka twierdzi, że w tym momencie wyglądają jak dupa srającego robaka. Nie wiem, gdzie oglądał srające robaki, ale porównanie jest bardzo przekonujące.
- Dlaczego sądzisz, że one lecą na Grozny? - roztropnie zauważa Kisiel. - A zresztą dla budowlańców to żadna różnica. Im bardziej zbombardują, tym więcej odbudują za potrójne wynagrodzenie. Teraz jest zawieszenie broni, nie prowadzi się działań militarnych, no to ich wiozą, żeby przez ten czas budowali.
- A skąd wiesz o zawieszeniu broni?
- W telewizji pokazywali.
- W telewizji to dużo pokazują.
- Nie będzie już wojny - Kisiel nie daje za wygraną, ale teraz mówi z ironią. - Poszczególne bandy zostały rozbite, konstytucyjny porządek przywrócony, błogosławiony pokój zstąpił na ciężko doświadczoną kaukaską ziemię.