Dziesięć dni Europy. Archeologia pamięci - Konstanty Gebert

-
Proszę czekać

Wstęp do drugiego wydania

Churchill powiedział kiedyś o Bałkanach, że produkują więcej historii, niż są w stanie skonsumować. To prawda, ale dziwić to nie powinno: Bałkany w końcu leżą w Europie, a nasz kontynent już od kilkuset lat cierpi na nadprodukcję historii. Jak każdy wytwórca dotknięty klęską urodzaju, Europa eksportuje swój towar na cztery krańce świata, zarzucając nim inne kraje, sprzedając go po dumpingowych cenach i tłumiąc lokalną produkcję. A mimo to wszędzie w Europie zalegają zwały nieprzetrawionej jeszcze historii.

Nie mogąc jej przetrawić, ignorujemy ją. Albo przerabiamy na fast memory, intelektualny odpowiednik fast foodu: Austro­-Węgry były więzieniem narodów, Maj '68 był ruchem politycznym, artyści kolaboranci w stanie wojennym w Polsce tracili talent. Takie danie nie musi być nawet - jak powiedziałaby kiedyś "Prawda" - wypichcone w kuchni poli­tycznych manipulantów. To my tak chcemy pamiętać, bo tak pamiętać jest łatwiej. A jeszcze łatwiej jest nie pamiętać, bo do pamiętania jest za dużo. Leningrad znika w cieniu Stalingradu. Gdyby nie Orwell, kto by pamiętał o Barcelonie? O Lizbonie nie pamięta nikt, bo swego Orwella nie miała. Nawet mieszkańcy tych miast nie orientują się już dobrze, co się gdzie zdarzyło. Pamiętają jedynie uczestnicy, bo to ich osobista część historii. Ale i im pamięć z historią się myli i często pamiętają nie to, co było, ale to, co być powinno.

Najwięcej tej historycznej nadprodukcji europejskiej przypada na wiek XX. Mało kto za nim tęskni; nawet ci, którzy - jak ja - żyli w jego drugiej, mniej niedobrej części. I wydaje się pewne, że w wieku następnym to już nie Europa będzie swą historyczną nadwyżką obrzucać inne kontynenty; raczej będzie na odwrót. To dobry moment, by spojrzeć wstecz na europejski wiek XX.

Ta książka nie jest jego historią. To seria 10 reportaży, po jednym na dekadę. Usiłowałem ukazać wydarzenia, które dla europejskiej historii wydają mi się ważne, miasta, w których się one rozgrywały, i tam, gdzie to możliwe - ludzi, którzy oglądali to na własne oczy. Nie żyje już nikt, kto by pamiętał, jak wiedeńskim Ringiem szedł pochód w 60. rocznicę wstąpienia cesarza na tron ani jak po polach pod Ypres po raz pierwszy płożyły się trujące gazy. Ale kiedy ćwierć wieku temu przygotowywałem pierwsze wydanie tej książki, udawało mi się - ku własnemu zdumieniu - znaleźć jeszcze ludzi pamiętających późniejsze wydarzenia z następnych dekad w miastach, które chciałem opisać, z Berlinem lat 20. włącznie. Czasem to, co pamiętali, niewiele wnosiło do sprawy - "w śródmieściu była ruchawka, więc przez kilka dni nie wychodziłem z domu" - ale takie wspomnienia też są częścią zbiorowej pamięci.

Miasta, o których chciałem pisać, dobierałem tak, by wyłonił się z nich sensowny obraz Europy. Nie mogło zabraknąć jej centrum, z Paryżem, Berlinem i Wiedniem, a jednocześnie chciałem też pokazać południowe, wschodnie i zachodnie peryferia kontynentu. Najgorzej wyszła na tym północ: w książce nie ma Londynu i Wysp Brytyjskich, Skandynawii, Bałtów. Zarazem musiały być i pierwsza, i druga wojna, i wojna hiszpańska, i bośniac­ka, francuski Maj i polska Solidarność. Połowa dekad i jedna trzecia miast była tym samym zadana z góry. Resztę łączyłem w pary zgodnie z tym, co mnie samego interesowało. Nie będę kruszył kopii o to, czy właśnie pierwszy atak gazowy był najważniejszym wydarzeniem drugiej dekady europejskiego XX wieku, ważniejszym niż, powiedzmy, rewolucja październikowa czy traktat wersalski. Ale to właśnie poprzez wojnę gazową wszedł do Europy masowy mord; wszedł i pozostał już w niej na stałe. Chciałem zobaczyć, jak do tego doszło. I pokazać, że historia dzieje się nie tylko w stolicach i metropoliach.

Kiedy przygotowywałem drugie wydanie, powstał pewien problem. Należałoby właściwie dopisać trzy nowe rozdziały - ale zakłóciłoby to przyjęte w książce ramy czasowe. Skoro w drugiej części książki miałbym opisać to, co się wydarzyło ponad 30 lat po zakończeniu "krótkiego XX wieku", to dlaczego miałbym się ograniczyć do tylko jednej dekady poprzedzającej jego rozpoczęcie? Tym bardziej że lata 90. XIX wieku były fascynujące - i dawały szansę opisania pominiętych w pierwszym wydaniu części kontynentu - na przykład Wielkiej Brytanii. Wprawdzie jubileusz 60-lecia królowej Wiktorii na tronie musiałbym pominąć, bo o podobnym jubileuszu piszę w rozdziale pierwszym, ale na przykład zamach na obserwatorium w Greenwich w roku 1894 pozwoliłby i przywołać Josepha Conrada z jego Tajnym agentem, inspirowanym tym wydarzeniem, i zająć się terroryzmem, który odtąd będzie w historii europejskiej systematycznie powracał. Z kolei druga wojna burska, która wybuchła w roku 1899, dałaby powód do zajęcia się europejskim kolonializmem, jaskrawo w książce nieobecnym.

A gdyby tak jeszcze dla równowagi zacząć od lat 80.? Można by wtedy wspomnieć Thorstena Nordenfelta z Uppsa­li, który w 1885 roku wyprodukował pierwszą parową łódź podwodną. Była wprawdzie niemal bezużyteczna w boju i grecka marynarka wojenna zezłomowała ją wkrótce po zakupie, ale nie przeszkodziło to Nordenfeltowi sprzedać kolejnych dwóch jednostek marynarce tureckiej. Można by sobie pofantazjować, jak podczas wojny grecko­-tureckiej pod koniec wieku obie strony uderzają na siebie bezużytecznymi łodziami szwedzkiego wynalazcy. Można by też dzięki tej historii opis Europy zacząć od Szwecji, która ze swych peryferii usiłowała w przeszłości wedrzeć się do Europy siłą i potopem, aż zrozumiała, że technologia otwiera jej skuteczniejszą drogę. No i można by napisać o szale budowy łodzi podwodnych, który w owej dekadzie ogarnął europejskich wynalazców, i przypomnieć przy okazji Stefana Drzewieckiego, powstańca styczniowego, który zbudowawszy dla cara pierwszą w świecie łódź podwodną o napędzie elektrycznym, dorobił się Or­deru Świętego Jerzego.

Dość. Trzymajmy się sztywnych ram chronologicznych, choćby nie pasowały do rzeczywistej dynamiki dziejów, jedyny wyjątek czyniąc dla lat, które upłynęły po ukazaniu się pierwszego wydania książki. O nich piszę w Posłowiu, w którym uzasadniam wybór na miejsca akcji holenderskiego Urk, Mediolanu i Kijowa. Uznałem, że z każdego kraju opisać powinienem tylko jedno miasto - a więc skoro Paryż, to już nie Vichy, ale czy skoro Warszawa, to nie Lwów? Zagłębiałem się w historii jakiegoś okresu lub miasta tak długo, aż znajdowałem coś, o czym chciałem się dowiedzieć więcej - a potem jechałem na miejsce i szukałem. W zaspokajaniu tej ciekawości pomagali mi ludzie, których też to interesowało, dzięki czemu stawali się częścią mojej opowieści. Poniewczasie się zorientowałem, że Mediolan łamie zasadę jednego miasta z każdego kraju. Ale może w Posłowiu, w którym jest mowa nie o jednym mieście, lecz o trzech, takie odstępstwo już nie razi.

Tak powstał bardzo subiektywny, bo według moich własnych gustów przyrządzony, koktajl miejsc i zdarzeń. W moim europejskim XX wieku więcej jest lewicy niż prawicy i więcej feministek niż Kościoła, więcej artystów niż polityków i więcej paradoksów niż rzeczy pewnych. To jednak znaczy ni mniej, ni więcej, że takie są moje zainteresowania, a niekoniecznie, że najlepiej charakteryzuje to ten czas; sam wiem dobrze, ile ważnych rzeczy pominąłem. Kto inny, nawet wędrując tymi samymi ścieżkami, napisałby zupełnie inny dziennik podróży.

Jedna nieobecność jest mimo wszystko szczególnie dojmująca: nie piszę o Zagładzie, choć była ona niewątpliwie najważniejszym wydarzeniem nie tylko europejskiego XX wieku, lecz także całej historii kontynentu; wydarzeniem, które mnie dotyczy w sposób bezpośredni i osobisty. Może właśnie dlatego nie potrafię o nim opowiedzieć - a "o czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć", jak twierdził Wittgenstein.

Szczególnie fascynujące było obserwowanie, jak wątki różnych opowieści splatają się ze sobą: bezrobotny malarz Hitler szlifujący bruki w Wiedniu walczyć będzie potem pod Ypres i organizować burdy w Berlinie; pośle korpus ekspedycyjny pod Barcelonę i wymorduje Leningrad. Były jednak inne związki, bardziej nieoczekiwane: tęsknota za Wiedniem z początku wieku ujawniona w Sarajewie pod jego koniec czy spajający Rzym, Paryż i Warszawę rok 1968. Podczas pisania widziałem wyraźnie, jak bardzo historia naszego kontynentu, choćby i podzielonego frontami wojen gorących czy zimnych, jest jednak wspólna. Nawet jeśli wyciągamy z niej odmienne wnioski: to doświadczenie drugiej wojny światowej między innymi sprawiło, że Polacy w latach 80. nie sięgnęli po broń, a Serbowie w latach 90. wręcz przeciwnie. I to pamięć o braterstwie broni z Serbami podczas pierwszej wojny światowej była jednym z czynników, które sprawiły, że Francja nie przeciwstawiła im się podczas wojny bośniackiej. Takich wątków, idących w poprzek czasów i miejsc, które w książce nie znalazły odbicia, jest więcej: to właśnie dlatego zawsze pisze się następne książki.

Najwięcej trudności sprawił mi rozdział polski, właśnie dlatego, że byłem bezpośrednim uczestnikiem przedstawionych w nim wydarzeń. W Sarajewie czasu wojny byłem za to jedynie bezpośrednim obserwatorem, lizbońską rewolucję goździków i paryski Maj obserwowałem z oddali, a resztę przedstawionych historii znałem już tylko z relacji. Ale tam ciekawiło mnie wszystko - a polskie podziemie znałem aż nazbyt dobrze. Gdyby nie przyjaciółka, która przypomniała mi sprawę Dwurnika, tkwiłbym pewnie w impasie do dziś.

Dopiero gdy skończyłem książkę, zobaczyłem, że układa się ona jednak w pewną całość. Jest to historia niszczenia i budowania. Przez pierwsze pół wieku Europa eksperymentowała z różnymi sposobami samozagłady, przez drugie pół próbowała się odbudować. Te próby się raczej powiodły: nie ma już dyktatur z lewa i z prawa, integracja europejska stała się faktem, a demokracje nauczyły się bunt wchłaniać, zamiast go miażdżyć. Ostatni rozdział książki znów jednak przypomina o krwawych korzeniach tej historii. Optymista powie, że to jedynie atawistyczne wierzgnięcie przeszłości. Pesymisty ten jeden raz nie dopuścimy tu do głosu.

Podziękowania

Ta książka nie mogłaby powstać bez wsparcia ogromnej rzeszy ludzi, którzy bezinteresownie i cierpliwie pomagali mi karmić moją ciekawość. Nie mogę wymienić tu ich wszystkich; tych, których pominąłem, proszę o wybaczenie. Szczególną wdzięczność chcę wyrazić następującym osobom i instytucjom:

Rozdział 1. Wiedeń - dr Erich Fröschl z Instytutu Karla Rennera; moja córka Zofia Gebert, autorka kwerendy archiwal­nej; prof. Brigitte Hamann; dyrektor Österreich Institut w Warszawie Andreas Stadler.

Rozdział 2. Ypres - David Beauchard, autor komiksów z Paryża; dr Dominiek Dendooven z In Flanders Fields Museum; Małgorzata Łukomska z Brukseli; dr Roger Verbeke z In Flanders Fields Museum; prof. Luc de Vos z Królewskiej Akademii Wojskowej w Brukseli.

Rozdział 3. Berlin - radca Stefan Bredohl z Ambasady Niemiec w Warszawie; dr Klaus Dettmer z Archiwum Landu Berlin; Inge Deutschkron; prof. Diethart Kerbs z Berlińskiego Uniwersytetu Sztuk Pięknych; dr Beate Kosmala z Ośrodka Badań nad Antysemityzmem Uniwersytetu Technicznego w Berlinie; Gabriele Lesser, korespondentka prasy niemieckiej w Polsce; dr Claudia Schoppmann z Ośrodka Badań nad Antysemityzmem Uniwersytetu Technicznego w Berlinie; Ute Scheub z "Die Tageszeitung"; Jizchak Schwersenz.

Rozdział 4. Barcelona - pisarz Josep Benet; dr Mois?s Broggi, weteran Brygad Międzynarodowych; dr Carmen Claudín z Instytutu CIDOB; grafik Carles Fontser?; architekt Carlos Gomis; prof. Adriano Moreira z Lizbony; dr Juan Villarroya z Uniwersytetu w Barcelonie.

Rozdział 5. Leningrad - prof. Svetlana Boym z Uniwersytetu Harvarda; Galina Fanienko z Biblioteki Petersburskiego Instytutu Historii Rosyjskiej Akademii Nauk; Zoja Fiodorowa z "Petersburskich Wiadomości"; prof. Rafał Ganelin z Petersburskiego Instytutu Historii Rosyjskiej Akademii Nauk; prof. płk Walentyn Kowalczuk z Petersburskiego Instytutu Historii Rosyjskiej Akademii Nauk; dr Andrej Łomagin z Uniwersytetu Petersburskiego; prof. Jerzy Pomianowski z Krakowa; Ewa Zarzycka­-Berard z Paryża.

Rozdział 6. Rzym - prof. Guido Crainz, historyk; moja siostra Lucyna Gebert i jej mąż Rudi Assuntino; Lisa Foa; Ga­briele Panizzi; prof. Marta Petrusewicz; Oliviero Spinelli.

Rozdział 7. Paryż - Danielle Bloch; Monique Jean; Phi­lippe Longchamp; prof. Dominique Mehl z Maison des Sciences de l'Homme.

Rozdział 8. Lizbona - ppłk Vítor Alves, były prezydent gen. Ramalho Eanes, ppłk Vasco Lourenço z Fundacji 25 kwietnia; przemysłowiec Abel Pinheiro; ppłk Rodrigo de Sousa e Castro; Rui Gonçalves z Fundacji Calouste'a Gulbenkiana.

Rozdział 9. Warszawa - Beata Chmiel; Edward Dwurnik; Magdalena Hniedziewicz; Andrzej Osęka; Jerzy Puciata; Maryla Sitkowska; Aleksander i Barbara Wojciechowscy.

Rozdział 10. Sarajewo - Ferida Duraković z PEN Clubu; architekt Hasan Ibrahimpašić; Nermin Ibrulj z Narodowej i Uniwersyteckiej Biblioteki Bośni i Hercegowi­ny; komendant Mesud Jusufović ze Straży Pożarnej w Sarajewie; dyrektor Enes Kujundžić z Narodowej i Uniwersyteckiej Biblioteki Bośni i Hercegowi­ny; dr Sonja Moser­-Starrach, szefowa misji Rady Europy w Sarajewie; Kadira Mujanović z Narodowej i Uniwersyteckiej Biblioteki Bośni i Hercegowi­ny; prof. Slavko Šantić z Uniwersytetu w Sarajewie.

Posłowie - Hendrik z Urku, który nie upoważnił mnie do podania jego nazwiska, członkowie Comunita di Sant'Egidio oraz Maria Górska i Ałła Karpowa.

Skrócone wersje niektórych rozdziałów ukazywały się w "Gazecie Wyborczej", "Rzeczpospolitej", "Polityce". Dziękuję Hotelowi Klezmer-Hois w Krakowie za stworzenie warunków do pracy nad pierwszym wydaniem książki. I dziękuję pani redaktor Elizie Kasprzak­-Kozikowskiej z Wydawnictwa Znak, że przekonała mnie do sensowności wznowienia książki, a następnie twórczymi pomysłami i cierpliwym wysiłkiem do tego wznowienia doprowadziła.

Zostały tylko kapelusze

Czarny kask z opadającym czubem białego końskiego włosia nosiła lejbgwardia. Czarny zamszowy kapelusz z szerokim rondem i kogucimi piórami - żandarmeria. Czarną czapę z rzucającym się w oczy z daleka pękiem zielonych piór wkładali generałowie armii. Snajperzy musieli mieć używanie. Ale zaraz - snajperów jeszcze wtedy nie było. Generał mógł sobie siedzieć na wzgórzu na koniu, pod pysznym zielonym pióropuszem, i obejmować wzrokiem całe pole bitwy, nie bojąc się snajperskiej kuli. Takie wówczas było wojowanie.

A jeszcze cylindry rozmaitych kształtów, rozmiarów i barw. Oficerskie czapki z lśniącym sztywnym daszkiem i złotym sznurem. Trójkątne pierogi z burzą białych piór. Na regałach w piwnicy dawnego klasztoru ojców pijarów leży ponad 400 tych nakryć głowy. Większość to współczesne kopie, ale są też wyciągnięte ze strychów czy kupione na aukcjach auten­tyki. Goście renomowanej Restauracji Piaristenkeller zakładają je podczas bankietów czy uczt weselnych. A potem młodą parę zamyka się w ogromnej dębowej beczce, zdolnej pomieścić 10 tysięcy litrów wina. Goście wspinają się na beczkę i zjeżdżają z niej na pupie. Dostojni profesorowie tracą kontenans, damom zadzierają się balowe suknie. Wreszcie, gdy już wszyscy się zmęczą zabawą, wali się w ścianki beczki specjalnymi dębowymi kołatkami, aż ogłuszona młoda para wystawi głowy w okienku i zaspokoi oczekiwania rozbawionego towarzystwa namiętnym pocałunkiem. Nie inaczej zapewne bawiono się tu, gdy obok stacjonował regiment c.k. kawalerii ze swymi stajniami na 2,5 tysiąca koni.

Obecny właściciel, Erich Emberger, dokonał gruntownych restauracji i renowacji dostojnych wnętrz piwnic, gdzie motywy biskupie krzyżują się dziś z nostalgicznymi austro­-węgierskimi obrazami i bibelotami. W sejfach zamkniętych na dwa zamki troskliwie zachował butelki XVIII­-wiecznego - jak twierdzi Egipcjanin Sammy Gadalla - wina. Gadalla powinien wiedzieć: pracuje w Piaristenkeller już 14 lat i zdążył awansować na szefa kelnerów. Nawet w toaletach towarzyszą nam na portretach wzburzone bokobrody Franciszka Józefa i melancholijne spojrzenie jego nieodżałowanej cesarzowej Sissi. Ale w męskiej toalecie jedna z gablot stoi pusta.

- Tu była statuetka Najjaśniejszego Pana na koniu - mówi smętnie Gadalla. - Znowu ukradli.

Wychodzimy korytarzem wśród niekończących się regałów z kapeluszami. "Głowa nie służy tylko do noszenia czapki" - powtarzali pewnie 100 lat temu przy piwnicznych stołach, nad kuflami, godni obywatele cesarskiej stolicy. Ale jeżeli po tych głowach pozostały jedynie czapki właśnie?

Wiedeń pełen jest Habsburgów. W każdej restauracji, w każdym kiosku te same obrazy, portrety, bibeloty co w Piari­stenkeller. Ar­chi­tektura miasta przepojona jest imperialną chwałą. Wystarczy przymknąć oczy, by wyobrazić sobie, jak po Ringu, przed Hofburgiem, przesuwa się pochód ku czci cesarza. I wystarczy je otworzyć, by z tego złudzenia nic nie zostało. A przecież niby jest jak dawniej. Węgierscy panowie jak wówczas rozbija­ją się po mieście drogimi wozami, choć teraz są to Mercedesy, nie powozy. Polscy robotnicy pracują na budowie, a polscy studenci tłoczą się w cesarskich muzeach. Chłopi z Bośni handlują po bazarach.

Pocztówka promocyjna z Restauracji Piaristenkeller

Pytam w Muzeum Wiednia, dlaczego nie ma tam żadnego eksponatu związanego z paradą w 60. rocznicę wstąpienia Franciszka Józefa na tron. Nie wiedzą, o czym mówię ani czy ktokolwiek w muzeum w ogóle się tym zajmuje. Odsyłają do informacji turystycznej. W apartamentach cesarskich na Hofburgu natrafiam na pierwszy ślad: ozdobną pieczęć wręczoną cesarzowi z owej okazji przez armię. Jak na ogromną ekspozycję poświęconą głównie jemu właśnie to jednak raczej niewiele. Podobno w Ministerstwie Rolnictwa są jakieś na ten temat archiwa. Pytam profesor Brigitte Hamann, austriac­ką historyczkę niemieckiego pochodzenia, dlaczego tak spektakularne wydarzenie odeszło w niepamięć.

- Może dlatego - zastanawia się Hamann - że Austriacy nie bardzo chcą pamiętać o tej Austrii, w której Niemcy byli tylko mniejszością?

Brigitte Hamann

Dwie trzecie poddanych cesarza nie mówiło przecież po niemiecku. Podczas gdy austriaccy Niemcy coraz bardziej ciążyli ku rosnącej w potęgę wilhelmińskiej Rzeszy, słowiańska większość, wraz z Węgrami i Rumunami, bała się takiego scenariusza jak ognia. Jedni, jak Czesi, spoglądali z nadzieją ku Moskwie, inni, jak Chorwaci, marzyli o powstaniu nowego państwa Słowian południowych. Węgrzy umacniali swą niezależność od Wiednia, przy którym trzymała ich głównie obawa przed utratą kontroli nad niewęgierskimi mniejszościami. Przy tronie stali i stać chcieli głównie Polacy - czekając na historyczny cud, który obali trony trzech zaborców. Na początku wieku Austria stała się czymś w rodzaju laboratorium Europy, rozdzieranej coraz bardziej etnicznymi i społecz­nymi konfliktami. Tradycyjna władza cesarstwa i jego elit nie umiała już sobie z nimi radzić, nowe eksperymenty liberalne przeprowadzano na tyle niekonsekwentnie, by udaremnić szansę przekształcenia kraju w demokratyczną monarchię, lecz zarazem wystarczająco głęboko, by mogła się ujawnić niszczycielska siła buntu mas.

Siedzimy w heuriger, wiedeńskiej winiarni. Chyba każdy Wiedeńczyk ma swoją. Ta, do której chadza pani profesor, ma ponad 100 lat. Była czynna już 12 czerwca 1908 roku, gdy cesarz świętował swój największy tryumf.

Pogoda wówczas, wbrew obawom, dopisała. "O godzinie 7 rano trybuny już szczelnie zajęte, na przejściach szpaler publiczności na parę metrów głęboki, bo nawet w oknach pełno jest głów i główek" - entuzjazmował się korespondent krakowskiego "Czasu". "Do pochodu jeszcze daleko, ale ludzie chcą widzieć, jak drudzy... patrzą". Publiczność, zwłaszcza mieszkańcy ubogich przedmieść, zaczęła już napływać poprzedniego wieczora. Nie poprawiło to jednak humoru organizatorów, gdyż ci akurat widzowie zajmowali miejsca stojące, na chodnikach Ringu; drogie miejsca na trybunach pozostały - wbrew "Czasowi" - w znacznej części niesprzedane. "Wskutek zabudowania całej alei przy Ringu kilkudziesięciometrowa szerokość zwęziła się tak dalece, że komunikacja chwilami zupełnie się rwie" - donosił przed pochodem "Kurier Lwowski". "Wtedy gromadzą się na kupę tramwaje, dorożki, automobile, wózki ręczne ciągnione przez psy i ludzi, brukotłuki i ludzie poważni, kobiety różnego kalibru i moralności. Wtedy nastaje chwilowo mały sądny dzień".

Ring to serce Wiednia, osobliwa ulica, a raczej ciąg ulic, biegnąca po nieregularnym półokręgu od jednego punktu na brzegu Dunaju do drugiego, o kilka kilometrów dalej. Podąża, jak Planty w Krakowie, szlakiem dawnych fortyfikacji miejskich, zburzonych dopiero w drugiej połowie XIX wieku. Armia była przeciwna ich usunięciu, przypominając burzliwe dni rewolucji 1848 roku i twierdząc, że dla cesarskiego Pałacu Hofburg oraz dostatniego starego centrum miasta ludowa rewolta z przedmieść nadal może stanowić zagrożenie. Ale mury miejskie były już wówczas całkowitym anachronizmem i w końcu wojskowi przystali na ich zburzenie, nalegając jedynie, by nowa arteria była bardzo szeroka dla ułatwienia przerzucenia wojsk i utrudnienia stawiania barykad. Wzdłuż Ringu powstały imponujące gmachy publiczne i luksusowe kamienice; nowa aleja nadała ton miastu, a Ring­strasse­stil zaczął znaczyć w Wiedniu to, co w Londynie styl wiktoriański - urbanistyczny, architektoniczny i artystyczny wyraz siły i aspiracji nowej burżuazji, która stopniowo jęła zastępować tradycyjne arystokratyczne elity. Jednym z jego wyrazicieli miał się stać Gustav Klimt, który wykonał część dekoracji wnętrz nowego teatru, a pod koniec wieku stanął na czele artystycznej rewolty secesji.

Budynek parlamentu w Wiedniu

Budynki stawiano tak, by ich architektura wyrażała stojącą za nimi ideę. Najwyraźniej to widać na Placu Ratuszowym, gdzie sąsiadują ze sobą parlament, ratusz, uniwersytet i, już po drugiej stronie ulicy, Hofburgtheater ozdobiony przez Klimta. Inaczej niż w barokowej architekturze starego Wiednia - która organizuje przestrzeń tak, by tworzyć perspektywę skoncentrowaną na pojedynczych, znaczących budowlach - wokół Ringu to budynki same tworzą oprawę dla ulicy. Ideą baroku jest stała bryła, ideą Ringu - ruch między bryłami. Trudno o lepszą scenerię dla pochodu, tym bardziej że sama architektura Ringu jest też paradą historyczną, choć nieruchomą, zamkniętą w kamieniu. Budynek parlamentu odwołuje się do stylu greckiego oraz tradycji demokracji ateńskiej; przed gmachem stoi zresztą wielki posąg Ateny opartej na włóczni. Sąsiedni ratusz zbudowano w stylu neogotyckim, nawiązując do średniowiecznych źródeł samorządności miejskiej. Uniwersytet jest renesansowy, zgodnie z duchem mających tam rozkwitać sztuk wyzwolonych, teatr zaś postawiono w stylu barokowym, wiernie odtwarzając ducha czasu, który kulturze austriackiej przyniósł był rozkwit i sławę. Ta architektoniczna parada stylów historycznych tworzyła idealną scenografię dla wielkiego pochodu narodów monarchii.

Ale przed 12 czerwca przepych Ringu zasłoniły drewniane trybuny, na nich zaś straszyły wolne miejsca. Doszło do tego, że tuż przed paradą zaczepiano na ulicy lepiej ubranych przechodniów, namawiając ich, by za darmo zajęli miejsca na mocno przerzedzonych trybunach. Organizatorzy najwyraźniej przecenili zainteresowanie wydarzeniem, szykując na trybunach 100 tysięcy miejsc; bo widzów przybyło jedynie 60 tysięcy. Dalszych 200 tysięcy oglądało pochód na stojąco.

Istotna okazała się plotka, że anarchiści zamierzają wywrócić trybuny. "To zabiło paradę" - zeznał rok później przed sądem hrabia Wilczek, przewodniczący komitetu honorowego. - "Wieść dotarła do Monachium, Berlina, Paryża. Powiadano: "Nie jedźcie do Wiednia, bo was tam zabiją!". Od tej pory nie udało się sprzedać ani jednego biletu". Zagrożenia spodziewano się też z innej strony: trwał przecież gwałtowny konflikt na uniwersytetach, gdzie ścierali się katoliccy studenci, w większości nieniemieccy, i członkowie pangermańskich korporacji studenckich. Ówczesny szef policji wiedeńskiej Franz Brandl napisał później we wspomnieniach, że wręcz obawiał się rewolucji. Nie tylko ewentualny sabotaż budził niepokój. "Te trybuny budowano tak delikatnie - pisał "Kurier Lwowski" - że każdy spogląda z pewną podejrzliwością na te belki i deski, obciągane już dziś różnokolorowym płótnem, jakby chciał sam siebie zapytać: Warto ryzykować zdrowe kości, czy schować pieniądz do kieszeni?". Miast planowanego dochodu na cele dobroczynne parada przyniosła deficyt i komitet nie zdołał spłacić miliona koron długów. Burmistrz Wiednia Karl Lue­ger, który jedynie warunkowo przyznał organizatorom pochodu ćwierć miliona koron subwencji z miejskiej kasy, najwyraźniej miał nosa: oznajmił bowiem, że kwota ta zostanie zarezerwowana na pokrycie ewentualnych długów ko­mitetu. Pokrył je w końcu skarb państwa, a cała sprawa zakoń­czyła się kompromitującym procesem o korupcję, na którym zeznawał cytowany przewodniczący komitetu.

Argument, że uroczystość przyniesie przeznaczony na cele charytatywne dochód, przekonał cesarza, niechętnego wystawnym uroczystościom, który na zorganizowanie pochodu przystał dopiero 15 marca. "Ta intencja sędziwego monarchy - pisała krakowska "Nowa Reforma" - była zupełnie zrozumiałą, wobec podeszłego jego wieku, wielu gorzkich i bolesnych wspomnień z jego sześćdziesięcioletnich rządów". A satyryczny wiedeński "Simplicissimus" zamieścił karykaturę, na której siwy człowiek w koronie odgania się od obłażących go chrabąszczy i mówi: "Chciałbym mieć raz spokój! Rok 1866 [klęska pod Sadową] był w porównaniu z rokiem 1908 prawdziwą przyjemnością!".

Ówczesne relacje prasowe zgodnie jednak podkreślają "pogodną i podniosłą" atmosferę uroczystości. Niektórych wręcz ponosił entuzjazm. Pewien 25­-letni malarz spod Lwowa, Karol Szarp, w nocy wdrapał się na szczyt wieży św. Szczepana i zatknął na niej chorągiew, "by sprawić radość cesarzowi". Malarza ściągnęła policja; chorągiew została. Inni pozostawali obojętni, jak pamiętnikarz Hermann Bahr. Choć był, jak zauważa w pracy poświęconej pochodowi doktor filozofii Elisa­beth Grossegger, "niczym sejsmograf wyczulony na swoją epokę w dzienniku poświęconym rokowi 1908, niejednokrotnie pisze o "niepotrzebnym pamiętaniu" i opowiada się za jego przeciwieństwem - zapominaniem". "Zdajemy sobie sprawę - pisał Bahr - że dokonamy dokładnie tyle, ile uda nam się zapomnieć z przeszłości, czynimy więc wszystko, by przeszłość poszła w niepamięć". Laureatka Pokojowej Nagrody Nobla z 1905 roku, pacyfistka Bertha von Suttner, także była zdegustowana. W liście do późniejszego laureata tejże nagrody, Alfreda Hermanna Frieda, pisała: "Jestem bardzo zirytowana paradą. Cyrk wezwań do broni. Całkowita ślepota na ducha współczesności. Wychwalanie wszelkiego możliwego barbarzyństwa". Duch współczesności wkrótce miał się jednak okazać dużo bliższy owemu barbarzyństwu niż ideałom noblistów­-pacyfistów. "Austriak stracił już wszelkie poczucie więzi z własną epoką - pisał pamiętnikarz Bahr - brak mu wiary we własne życie, stara się więc z bolesną rozkoszą pocieszać zapadłą przeszłością, w której cała siła żyjących tu ras chyba się już wyczerpała i z której, zdaje się, nie pozostało im nic, jak tylko smutna gra wyzbytymi treści formami. W teraźniejszości czuje się obco, życie budzi w nim lęk, jego tęsknota spogląda wstecz, nie naprzód". 12 czerwca Bahr leżał więc sobie "radośnie" w ogrodzie, rozkoszując się "na myśl, że tymczasem tam, w śródmieściu, daleko, w wyziewach, na Ringu, arystokraci ociekają potem, przebrani w kostium przeszłości". Jeśli miał rację, to całe uroczystości rocznicowe uznać by można za zbiorowe odwrócenie głowy ku lepszym czasom, które już nie wrócą.

Okładka tygodnika satyrycznego "Simplicissimus" z 4 maja 1908 roku

Ale w przededniu uroczystości wszyscy myśleli o przyszłości. Całą miejską policję postawiono w stan pogotowia, a do stolicy ściągnięto dodatkowo 12 tysięcy wojska, czyli tyle samo, ilu miało być uczestników parady. Co 50 metrów ustawiono stragany z jedzeniem i napojami.

Wykorzystując zręcznie sympatię dla cesarza, postanowił Wiedeń urządzić sobie "grand­-zabawę" i zwabić do siebie krocie tysięcy ludzi ze wszystkich krańców państwa. [...] Pochód to rzecz wyjątkowa, uroczysta, więc ludzie bez większej sumy pieniężnej do Wiednia nie przyjadą. Ale że bez pieniędzy wrócą, to nie ulega żadnej wątpliwości. Policjanci, ekspresi [kurierzy], konduktorowie otrzymali surowy nakaz, aby z publicznością obchodzili się jak najgrzeczniej i starali się jej na każdym kroku dogodzić

- pisał przed paradą "Kurier Lwowski".

Przygotowano też na trasie pochodu 36 posterunków pogotowia ratunkowego, które miały numery telefonu polowego od 1 do 36. Działały też dwa z trzech zwykłych numerów pogotowia: 517 i 6717; trzeci włączono do "sieci pochodowej" - informowała krakowska "Nowa Reforma". Pogotowie jednak nie miało zbyt wiele roboty: w czasie trwania pochodu odnoto­wano jedynie około 400 zasłabnięć, głównie omdleń. Prasa polska z troską donosiła, że służący hrabiego Mycielskiego nazwiskiem Jałowiec, który na dzień przed pochodem spadł z konia, ponoć zmarł. "W tej chwili nie wiadomo atoli, czy pogłoska ta polega na prawdzie" - pisała w dniu parady "Nowa Reforma". Wiadomość okazała się jednak prawdziwa.

Pochód formował się na Praterze, z drugiej strony Dunaju. Już tam wzbudzał ogromną ciekawość tłumów: dwóch gapiów ciężko się poturbowało, spadając z drzewa, na które się wspięli, by mieć lepszy widok. Przed pawilon cesarski, który rozbito przy Bramie Bohaterów Hofburgu, dotarł jednak z półgodzinnym opóźnieniem, gdyż tłum, poruszony pogłoskami, że arystokratyczni uczestnicy pochodu odejdą zeń po przedefilowaniu przed cesarzem i nie zobaczy ich publiczność stojąca dalej na Ringu, wzburzony zablokował ulicę. Sytuację uspokoiły dopiero zapewnienia wszechobecnego i bardzo popu­larnego hrabiego Wilczka. W końcu jednak o 9.30 czoło pochodu stanęło przed cesarzem. Zbudowano dlań specjalnie na tę okazję imponujący pawilon, który składał się z przedsionka, klatki schodowej, dwóch salonów i oszklo­nej loży z tarasem. Po obu stronach pawilonu rozciągały się trybuny honorowe: z lewej wojskowa, cywilna z prawej. W obu znalazło się wielu z 4 tysięcy dostojników, odznaczonych specjalnie bitym z okazji jubileuszu medalem. Za nimi na 24 masztach powiewały chorągwie. Wnętrza pawilonu cesarskiego obito gobelinami i wyłożono jedwabnymi dywanami, zwieńczała go zaś złota kopuła w kształcie korony, z której na taras zwisała również złota zasłona. Obawiano się, że jeśli pogoda nie dopisze, lekarz nie zezwoli starzejącemu się monarsze wyjść na taras; prasa drobiazgowo relacjonowała nawet takie drobne dolegliwości jak cesarski katar. Obawy jednak okazały się płonne i 78­-letni Franz Josef - w mundurze feldmarszałka i kapeluszu z piórami, takim, jaki pokazują dziś w Piaristenkeller - dotrwał na tarasie do końca uroczystości, budząc wielki podziw poddanych.

Wszystkie narodowości Austrii dziękują Waszej Cesarskiej Mości, że wolno im radośnie przejść w długim szeregu z przeświadczeniem, że tworzą pełen jedności naród austriacki i są wiernymi poddanymi niewyczerpanie dobrego pana i króla, który przez 60 lat dobrotliwych i łaskawych starań pozwolił im się rozwinąć

- oświadczył hrabia Wilczek w swej mowie.

"Jego Cesarska i Królewska Mość, król apostolski Jerozolimy, Cesarz Austrii, król Węgier, Czech, Lombardii, Wenecji, Dalmacji, Chorwacji, Słowenii, Galicji i Lodomerii, Ilirii, arcyksiążę austriacki, wielki książę Siedmiogrodu, Toskanii i Krakowa, książę Lotaryngii, Salzburga, Styrii, Karyntii, Krainy, Bukowiny, Parmy, Modeny, Piacenzy, Friuli, Raguzy, Cieszyna, Zatora, Oświęcimia, Górnego i Dolnego Śląska, margrabia Moraw, uksiążęcony hrabia Tyrolu i Coburga itd., itd." - jak głosił oficjalny tytuł Franciszka Józefa I - dał znak ręką i pochód ruszył. Jakoś nie wypadało w takim dniu przypominać, że część wymienionych ziem korona dawno już straciła, zwłaszcza za jego panowania.

Parada z okazji 60. rocznicy wstąpienia cesarza Franciszka Józefa na tron tron. Defilują górale karpaccy z trombitami

Sam cesarz, "poddany własny", wypełniając ankietę spisu ludności, wpisał był, za swym wielkim i liberalnym antenatem Józefem II, kantowską zasadę, że jest jedynie "pierwszym urzędnikiem państwa". Pracowity, choć pozbawiony polotu, nie rozumiał i nie lubił nowinek, zwłaszcza technicznych. Jego odmowa wyposażenia armii w karabiny odtylcowe przyczyniła się do klęski armii austriackiej pod Sadową podczas wojny z Prusami w 1866 roku, która na zawsze złamała mocarstwowe aspiracje Austrii. Do roli pierwszego urzędnika przygotowany został niezwykle starannie: znał, oprócz niemieckiego, francuski i cztery pozostałe główne języki monarchii, w tym polski. Był namiętnym palaczem i uwielbiał polowania; w życiu towarzyszyła mu, prócz ukochanej żony Sissi, wybrana mu przez nią kochanka, aktorka Katharina Schratt.

Zza węgła wieży, zasłaniającej pawilon cesarski, wysuwa się grupa jeźdźców. Jakiś podlotek, nauczywszy się katalogu na pamięć, woła: "Rudolf von Habsburg!". Ukazuje się otyły pan na chudym koniu, w redyngocie i cylindrze... Śmiech... To tylko komitetowy. Ale wnet pojawia się drugi, trzeci i czwarty. Piąty jednak widocznie wdał się w niewłaściwą imprezę, koń narowi się, staje dęba, jeździec jak długi leży na ziemi, cylinder dostaje się pod kopyta następującego konia. Publiczność przerażona zrywa się z miejsc, ale niefortunny kawalerzysta już się zrehabilitował: zabłocony wprawdzie, siedzi jednak znów na koniu, a przedmiotem, który ongi zwał się cylindrem, dziękuje publiczności za oznaki współczucia. Dalej poszło już jak z płatka

- relacjonował pochód korespondent "Czasu".

Pochód podzielony był na dwie części - historyczną i etnograficzną. Pierwsza stanowić miała ilustrację najważniejszych wydarzeń z dziejów Austrii, a zarazem zaprezentować ludowi i światu ich urzędową wykładnię. Zrezygnowano z planowanych zrazu żywych obrazów i zastąpiono je grupami historycznymi, w których przebrani w stroje z epoki arystokraci odtwarzali postaci herosów z przeszłości. Oprawę artystyczną, bardzo konwencjonalną, przygotowywali znani artyści wiedeńscy; przy jej wykonaniu pracował między innymi młody student Szkoły Rzemiosła Artystycznego Oskar Kokoschka. Rok później zerwał z akademizmem szkoły, uczestniczył w wystawie dzieł grupy Gustava Klimta, którego wręcz ubóstwiał. Wspólnie z innym młodym malarzem, Egonem Schielem, wydał też w tym czasie serię nowatorskich graficznie pocztówek; ich trzy nazwiska miały przejść do historii sztuki.

Klimt bowiem ponownie dokonał wolty. Rozstał się z dominującą już secesją i poparł młodych ekspresjonistów, jak Kokoschka i Schiele, którzy tworzyli dzieła przepojone niepokojem i coraz bardziej przejmującym erotyzmem. Nie dla nich finezja secesji, jej symbolizm otoczony mgiełką tajemnicy, rozsmakowane piękno formy. Ich postaci nie są kusząco rozebrane, lecz nagie, samotne i dramatyczne. Rok po paradzie Kokoschka wystawił też sztukę własnego pióra: Morderca, nadzieja kobiet, a następnie wydał ją drukiem z własnymi ekspresjonistycznymi ilustracjami. Ta brutalna, umiejscowiona w nieokreślonym czasie i miejscu opowieść traktuje o mężczyźnie, który na czele oddziału żołnierzy usiłuje zdobyć fortecę bronioną przez kobiety. Mężczyzna napiętnowuje kobietę swym znakiem, a ta rani go nożem i więzi, jednak zniewolona jego magnetyzmem uwalnia go; on zaś, umierający, zabija ją dotykiem swej dłoni. Przedstawienie wywołało skandal i sprawiło, że Kokoschka ze Szkołą Rzemiosła Artystycznego musiał się rozstać, co zapewne pomogło mu rozwinąć drapieżny talent. W mieście, w którym Zygmunt Freud obalał seksualne tabu, a Mahler i Schönberg dokonywali przewrotu w muzyce, twórczość Kokoschki dobrze oddawała ducha czasu. Ten zaś stał w całkowitej sprzeczności z bogoojczyźnianym historycyzmem pochodu, który miał pokazać, że wszystko jest solidne jak dawniej. Wiedeńscy twórcy ufności tej nie podzielali. Krzyczał o tym nie tylko Alfred Kubin, którego grafika z roku 1900, zatytułowana Into the Un­known [W nieznane], przedstawia anonimowy tłum nagich ludzkich postaci maszerujących w otwartą paszczę potwora. Trzy lata później Klimt namalował Wysoką topolę, obraz przedstawiający potężne drzewo na tle nadciągającej burzy. Topola mieni się jesiennymi barwami jak mozaika, ale niebo za nią jest groźne. Nikt jak Klimt w tym obrazie nie potrafił tak namalować wiatru: nie tyle odtwarzając ruch chmur, ile pokazując samo kłębienie się niepohamowanej siły przyrody, która zza drzewa uderza wprost w widza, pozostawiając w nim poczucie zagrożenia - choć na płótnie pozornie nic się nie dzieje. Landszaft przedstawiał epokę.

Ale 12 czerwca niebo nad Wiedniem było pogodne. Pochód otworzył zaanonsowany przedwcześnie przez podekscytowanego podlotka Rudolf von Habsburg, król niemiecki, który - zdobywszy w 1276 roku Austrię i Styrię na królu Czech Przemyśle Ottokarze - stał się założycielem państwa. W jego postać wcielił się hrabia August Eltz, w asyście autentycznego już księcia i 50 hrabiów i baronów przebranych za rycerzy; wszyscy konno. "Grupa niewiele warta - kwaśno komentuje korespondent "Czasu" - bo za mało liczna, gubi się w perspektywie ulicy. Jeśli katalog mówi o "pułkach", a każdy z tych pułków składa się z kilku ludzi, to trudno chyba o złudzenie". Jego entuzjazmu nie wzbudziły też następne królewskie postaci.

Dopiero grupa piąta, wesele wnucząt cesarza Maksymiliana, uderza większym życiem i pięknymi barwami. Ale nam to chyba zawsze wiatr w oczy. Przybyły na to wesele Zygmunt Stary ([w tej roli] hr. Włodzimierz Ledóchowski) wygląda bardzo okazale, ale cóż? Orszak taki ma mały, że aż wstyd dla całej Rzeczypospolitej. Czyżby panowie bracia na Sejmie odmówili kredytu? Mała rzecz, a wstyd przed światem!

Pierwsze oblężenie Wiednia przez Turków oraz sceny z wojny 30-letniej także nie wzbudziły zainteresowania korespondenta krakowskiego dziennika. Dopiero odsiecz wiedeńska sprawiła, że znów zaczął relacjonować. Zauważa jednak cierpko, że najpierw pokazano cesarza Leo­polda ze świtą, który przecież przed oblężeniem salwował się ucieczką z miasta, a "potem, potem dopiero ten, co maxima pars fuit: Jan III, w otoczeniu 25 magnatów. Tak twierdzi katalog. Co do mnie, nie naliczyłem ich ani połowy". Sprawa Sobieskiego już wcześniej wzburzyła polską opinię publiczną. Gdy pojawiły się pogłoski, że grupa reprezentująca polskiego monarchę zostanie w pochodzie umieszczona "na nieodpowiednim miejscu", do Wiednia zjechał przewodniczący galicyjskiego komitetu honorowego Włodzimierz Tetmajer i jego kierownik artystyczny Uziembło, by interweniować w klubie polskim austriackiego parlamentu. Wiceprzewodniczący klubu zrelacjonował sprawę polskiemu ministrowi Abrahamowiczowi, ten zaś podjął stosowne starania u hrabiego Wilczka. W rezultacie Sobieskiego przesunięto do orszaku cesarza Leo­polda. Wzburzenie rozlało się też poza granice zaboru austriackiego. Dziennikarz warszawskiego "Witezia" tak sobie wyobrażał ten moment pochodu: "Od Kahlenbergu słychać obcą nutę. Przeleciał tłumem szept: Die Polen, die Polen... "Po co? Na co? Nam dziś nie trzeba odsieczy..."".

W liście zaś do "Kuriera Lwowskiego" Jan Kielak - "włościanin z Królestwa" i były redaktor naczelny ludowego pisma "Siejba" - pytał, mieszając część historyczną pochodu z jego drugą częścią, etnograficzną, w której wśród ludów cesarstwa miała też wystąpić delegacja chłopów galicyjskich: "Czy godzi się, żeby sztandar ziemi krakowskiej, który niegdyś wchodził zwycięsko do Wiednia, dziś postępował na czele kuligu? Czy godzi się przestrajać hetmana tego kuligu w sukmanę wieśniaczą?". "Uwagi zupełnie słuszne" - komentowała gazeta, dodając, że tak postponując Sobieskiego, "uczyniono zadość szowinistycznym prądom w historiografii niemieckiej". Nie inaczej protestował w parlamencie wiedeńskim już po pochodzie syjonistyczny poseł Benno Straucher, którego oburzyło, że jedyny w pochodzie Żyd przedstawiony został jako wywijający fikołki błazen w karykaturalnym chasydzkim stroju, w dodatku też w grupie odsieczy wiedeńskiej, tak jakby Żydzi przyszli do Austrii w tureckich taborach. Wytupano go.

Po odsieczy wiedeńskiej przedefilowało jeszcze 10 innych historycznych grup; ostatnią poprowadził, wcielając się w postać pradziadka, prawnuk najsłynniejszego austriackiego dowódcy wojennego, hrabia Joseph Radetzky. Towarzysząca mu orkiestra grała oczywiście marsza Radetzky'ego, a grupa dostała owację. Tryumfator z okresu wojen napoleońskich swe ostatnie zwycięstwa odniósł pod Custozą w 1848 roku i pod Novarą rok później, na czele wojsk chorwacko­-słoweńskich, przeciwko walczącym o niepodległość włoskim rewolucjonistom. Były to też ostatnie wojenne zwycięstwa Austrii. Zarazem udział grupy Radetzky'ego w pochodzie wzbudził ogromne niezadowolenie Włochów, którzy wojska feldmarszałka zapamiętali jako tłumicieli dążeń niepodległościowych, a także jako pospolitych rabusi. I choć król włoski Wiktor Emanuel I wystosował do cesarza telegram gratulacyjny, który wpływowy wiedeński dziennik "Fremdenblatt" odebrał jako "wyraz sympatii i szacunku, jakie żywią Włosi do cesarza austriackiego", to po pochodzie i tak doszło do włosko­-austriackiej bójki. Pobili się członkowie włoskiej Ligi Patriotycznej z austriackiego Triestu, którzy skądinąd brali udział w drugiej - etnograficznej - części pochodu, i wiedeńscy studenci niemieccy. Takie incydenty nie mogły jeszcze zakłócić niemiecko­-austriacko­-włoskiego trójprzymierza, ale wrogi mu, tak z punktu widzenia Cesarstwa Rosyjskiego, jak i z pobudek pansłowiańskich, petersburski "Kraj" na kilka dni przed pochodem z satysfakcją odnotował manewry wojsk włoskich na granicy z Austrią. "Krążyła pogłoska, że rząd włoski zaniecha zamiaru ze względu na Austrię" - donosiła gazeta. "Podług ostatnich wiadomości manewry odbyć się jednak mają, jak było początkowo projektowane. Świadczy to, że stosunki między Włochami a Austrią są coraz bardziej napięte, i że Włochy poważnie się liczą z możliwością przyszłej wojny z Austrią". W kilka lat później możli­wość ta miała się urzeczywistnić.

Włochy jednak były źródłem najmniejszej jedynie z politycznych komplikacji związanych z paradą. Czeska Rada Narodowa wezwała Czechów, by pochód zbojkotowali. Jak Włochów Radetzky, tak Czechów zirytował otwierający paradę Rudolf von Habsburg, pogromca Przemyślidów. Czarę goryczy przelały antyczeskie posunięcia władz miejskich Wiednia. W stolicy ze spektaklem Hamlet oraz ze sztukami autorów czeskich i rosyjskich miał wystąpić Teatr Narodowy z Pragi. Burmistrz Lueger znany był z antysemickich i antyczeskich wystąpień; z tego też powodu, lecz przede wszystkim z uwagi na jego pangermański nacjonalizm, cesarz odmówił był zatwier­dzenia jego pierwszego wyboru przez Wiedeńczyków na burmistrza, ustąpił dopiero za drugim razem. Pod rządami Luegera pragnący zamieszkać w mieście Czesi musieli podpisywać oświadczenia, że przestrzegać będą "niemieckiego charakteru miasta" i unikali nawet mówienia po czesku na ulicy. Ludność czeska lub pochodzenia czeskiego, choć stanowiła ponad jedną czwartą mieszkańców stolicy, była systematycznie dyskryminowana. Zarazem w Wiedniu wychodziło aż pięć czeskich pism, w tym jeden dziennik, czynne były cztery kościoły czeskie, dwie księgarnie i dwie szkoły prywatne oraz działały liczne organizacje. Mimo to wywieszanie afiszy czy szyldów po czesku było zabronione. Burmistrz ostrzegł, że przyjazd teatru byłby "sprzeczny z niemieckim charakterem Wiednia", i zapowiedział możliwość "dużych demonstracji i burzliwych scen"; organizacje niemieckie otwarcie mówiły o groźbie przelewu krwi. Teatrowi odmówiono też wynajęcia budynku; wcześniej władze nie wyraziły zgody na powstanie w Wiedniu stałego teatru czeskiego. W odpowiedzi Teatr Narodowy przyjazd odwołał, a Rada ogłosiła bojkot - swoją drogą niezbyt skuteczny, gdyż etnograficzną część pochodu otwierała, tuż za mieszczanami Wiednia, grupa czeska właśnie, z Czech zaś, by obejrzeć paradę, przybyli liczni turyści. Mimo to cesarz odwołał kilka dni później planowaną wizytę w Pradze. Napięcia niemiecko­-czeskie w Czechach rosły. Na ulicach Pragi zrywano austriackie sztandary, podczas demonstracji padło kilku zabitych. W grudniu ogłoszono tam nawet przejściowo stan wojenny.

Chorwatów z kolei, których grupa szła w pochodzie etnograficznym za Czechami, dotknęła do żywego wzmianka o charakterze żołnierzy chorwackich, zamieszczona w programie pochodu. Choć chwalono ich waleczność i odwagę, program stwierdzał też, że żołnierz chorwacki "wykazuje szczególny talent w przywłaszczaniu sobie cudzej własności", z czym z kolei zapewne zgodziliby się Włosi. Komitet organizacyjny przeprosił Chorwatów. Przeprosiny przyjęto, ale uraz pozostał. Posłów rusińskich (jak wówczas nazywano Ukraińców) do parlamentu wiedeńskiego oburzył za to fakt, że grupa zachodniogalicyjska, krakowska, miała być większa od grupy wschodniogalicyjskiej, gdzie na domiar złego Ukraińcy mieli być reprezentowani jedynie przez nielicznych Hucułów. Wystosowali w tej sprawie protest do rządu, co Polacy wykpili. W końcu grupa krakowska, 800 osób, istotnie była największa w całej paradzie, ale wschodniogalicyjska kroczyła dużo przed nimi, tuż za Chorwatami. Polacy z kolei cieszyli się, że ich liczebność w grupie bukowińskiej, czwartej od końca, została powiększona i zauważona. Najmniej emocjonowali się austriaccy Niemcy - w grupie dolnoaustriackiej na przykład uczestniczyło ledwie 50 osób miast planowanych kilkuset. Pozostałe z 14 grup etnograficznych uczestniczących w paradzie też nie budziły już większych emocji.

Węgrzy w ogóle niezbyt się przejęli tym całym austriacko­-słowiańskim zamieszaniem. Ogłosili, że w jubileuszu udziału nie wezmą, gdyż Franciszek Józef na tron węgierski wstąpił dopiero w roku 1867, po utworzeniu podwójnej monarchii, i zaprosili na obchody 60. rocznicy tego wydarzenia do Budapesztu. Gdy zaś gabinet węgierski przybył do Wiednia na wcześniejszą uroczystość złożenia cesarzowi hołdu przez cesarza Wilhelma i książęta niemieckie, posłowie protestowali, twierdząc, że narusza to prawo węgierskie. Premier Wekerle musiał wyjaśniać, że nie chodziło o udział w jubileuszu, lecz wyłącznie o oddanie osobistego hołdu cesarzowi. Komentatorzy jednak ironicznie pytali, któremu z dwóch obecnych tego dnia w Wiedniu cesarzy. Dążenia Budapesztu do zbliżenia z Berlinem, a nawet spekulacje o możliwości osadzenia na węgierskim tronie któregoś z Hohenzollernów nie były przecież tajemnicą.

Polacy zaś, jak było widać na przykładzie pozycji orszaków Zygmunta Starego oraz Jana Sobieskiego, emocjonowali się głównie tym, jak wypadną w oczach Wiednia, czyli całego świata. Emocjom tym nie dorównywały jednak przygotowania organizacyjne: składki na wyposażenie grupy krakowskiej w pochodzie etnograficznym zaczęto w Krako­wie zbierać ledwie na trzy tygodnie przed dniem parady! Władze prowincji dały 5 tysięcy koron, miasto Kraków - tysiąc, członek komitetu Józef Męciński - 200, dwaj inni członkowie po 100. Wystosowano więc do społeczeństwa rozpaczliwy apel o pomoc. Grupa wschodniogalicyjska odbyła we Lwowie próbny pochód zaledwie na pięć dni przed paradą, tuż przed wyruszeniem w długą i męczącą podróż do Wiednia, w większości w bydlęcych wagonach wyłożonych sianem. Skutki bałaganu organizacyjnego były opłakane: "Uczestnicy grup polskich - pisała lwowska "Gazeta Narodowa" - żalą się, że komitet [organizacyjny] o nic się nie postarał. W pociągach jechali zbici jak śledzie. Przybywszy zmęczeni do Wiednia, nie zastali na dworcu nikogo, kto by się nimi zajął, kilka godzin musieli czekać, zanim wyznaczono im miejsce spoczynku w namiotach, w których nie ma nawet sienników, a jedynie narzucono na ziemię trochę słomy, najwyżej na cal grubo". Podobne kłopoty miała jednak większość przybyłych do Wiednia uczestników parady. Dla grupy bukowińskiej w ogóle nie przygotowano noclegów, a w grupie chorwackiej wybuchła awantura, gdyż bogaci chłopi nie chcieli mieszkać we wspólnej izbie z parobkami. Bogatsi Chorwaci urządzili demonstrację i uzyskali oddzielne lokum.

W przeddzień parady polscy chłopi odwiedzili parlament, a nazajutrz przedefilowali przez miasto i - w zgodnej opinii polskiej prasy austriackiej oraz rosyjskiej, jak również wiedeńskiej wszystkich orientacji - je podbili. "Dzienniki zaznaczają zgodnie - pisała "Gazeta Narodowa" - że w pochodzie grup narodowych Galicja wzięła rekord, a zwłaszcza grupa krakowska. Zaimponowała ona i ilością, i sprawnością. Wesele krakowskie i pochód Krakusów wywołały entuzjazm nawet u Niemców". Rola panny młodej na tym weselu przypadła Zofii Ptakównie, córce posła Ptaka z Bieńczyc, a panem młodym był malarz Uziembło, kierownik artystyczny grupy. Sam poseł Ptak jechał z chorągwią narodową za czterystukonną banderią Krakusów. "Gdy grupa polska zbliżyła się do loży cesarskiej - kontynuowała swą relację "Gazeta Narodowa" - muzyka zagrała Bartoszu, Bartoszu. Część Krakusów przejechała przed lożą kłusem, druga zaś połowa zatrzymała się, aby potem ruszyć z miejsca galo­pem. Wielka liczba koni i sprawność szyku, zupełnie jak u regularnego wojska, robiły bardzo dobre wrażenie. Zarówno cesarz, jak i generalicja, i sztab uważnie i z zajęciem przypatrywali się Krakusom. Cesarz na widok malowniczej grupy polskiej powiedział do otoczenia, że go niepomiernie cieszy, że ten wierny mu naród tyle setek swoich obywateli wysłał do Wiednia". "Publiczność jest zdania, że naszym Krakusom należy się pierwszeństwo" - orzekł też petersburski "Kraj". Po tryumfie, jak zwykle, znów było gorzej. Grupa kra­kowska odjechała już nazajutrz, lecz grupa wschodnio­galicyjska jeszcze kilka dni snuła się po mieście. "Kurier Lwowski" komentował cierpko:

Obiecany "wikt" skończył się na jakiejś podłej miksturze, o której jeden z włościan się wyraził, że pies by jego w domu coś takiego odrzucił. Po skończonym pochodzie kobiety mdlały ze zmęczenia i głodu, a właściwej restauracji nie mogli się doszukać, bo nie było żadnego przewodnika.

Portret Franciszka Józefa I pędzla Leopolda Horowitza, ok. 1906

Słowem, wokół przepysznych XIX­-wiecznych uroczystości wybuchła całkiem XX­-wieczna burza polityczna, z oskarżeniami o niekompetencję i dyskryminację. Równie gwałtowne burze wybuchały w owym czasie też w świecie kultury, wokół ekspresjonistycznych wystaw i przedstawień, koncertów Schönberga czy prac Freuda. W Wiedniu początku wieku autentyczny liberalny parlamentaryzm, dziedzic­­two zwycięskiej rewolucji 1848 roku, która wyniosła Franciszka Józefa na tron i dała Austrii konstytucję, współistniał z ewidentnymi, nawet w ówczesnej Europie, anachronizmami c.k. monarchii. Cytowana już Elisabeth Grosseg­ger pisze:

Ciekawe jest też, co z pierwotnego planu parady zarzucono, czego pamięć potomnych, by tak powiedzieć, nie miała zachować. Były to przede wszystkim dwa tematy, nader aktualne w 1908 roku: austriacki imperializm, "panowanie Austrii na lądzie i morzu", przewidywany w wystąpieniu grupy z Bośni i Hercegowiny [w etnograficznej części parady]; aneksja tej krainy [do której miało dojść na jesieni] była w 1908 roku jednym z głównych tematów politycznych. Drugim była oficjalnie głoszona od 1888 roku prowadzona przez cesarza polityka budowania sojuszy, prezentacja pokojowego trójprzymierza Austrii, Niemiec i Italii.

Tymczasem obie te kwestie miały stać się dla Austrii nieporównywalnie ważniejsze od historycznych sentymentów i etno­graficznych wzruszeń.

Zarazem jednak monarchia, co widać na przykładzie pochodu, była też zdolna do zachowań politycznych nieoczekiwanie nowoczesnych. Parada, szeroko relacjonowana przez prasę krajową i zagraniczną, również w kontekście towarzyszących jej sporów i skandali, stała się pierwszym wielkim wydarzeniem medialnym XX wieku, a rozpowszechniona plotka o zagrożeniu na trybunach doprowadziła ostatecznie do finansowego fiaska tego przedsięwzięcia. Co równie ciekawe, organizatorzy parady znakomicie opanowali jedną z najważniejszych technik politycznych nowego stulecia: manipulowanie przeszłością. Liberalnej rewolucji 1848 roku w historycznej paradzie po prostu nie było. A przecież rok ów odnotowano - lecz jedynie w kontekście odniesionych wówczas przez feldmarszałka Radetzky'ego wojennych przewag, w walce, co nie bez znaczenia, z włoskimi rewolucjonistami­-niepodległościowcami. Franciszek Józef nowinek nie lubił - i również dlatego zapewne nie lubił też burmistrza Luegera.

Lueger był pierwszym politykiem w Europie, który doszedł do władzy, zwyciężywszy w wolnych wyborach dzięki programowi czysto antysemickiemu, a także antykatolickiemu i anty­słowiańskiemu. Wybory te nie były jednak równe: obowiązujący w Austrii system kurialny dzielił obywateli (kobiety nie miały prawa głosu) według ich statusu społecznego czy majątku na kurie - grupy oddzielnie wybierające posłów. Każda kuria miała tę samą siłę wyborczą, lecz różniły się one znacznie liczbą członków: w efekcie kilkuset fabrykantów równie mocno wpływało na wynik wyborów, co tysiące ich robotników. Lueger jako pierwszy w pełni wykorzystał techniki polityczne demokracji - takie jak wiece wyborcze, prasę wysokonakładową, systematyczne kłamstwo - używając ich w imieniu ludu przeciwko starym liberalnym elitom. W paradoksie, który miał zaciążyć nad całym europejskim wiekiem XX, liberałowie, czując się przez demokrację zdradzeni, schronili się za tronem, popierając decyzję cesarza, by odmówić wybranemu burmistrzowi prawa objęcia urzędu. O ich klęsce przesądził fakt, że Lueger okazał się burmistrzem znakomitym i dość odpornym na korupcję. To pod jego rządami Wiedeń stał się nowoczesną metropolią, z siecią świetnie funkcjonującej komunikacji zbiorowej, sprawnie zarządzaną - w interesie zwykłych mieszkańców, a nie tylko tradycyjnych elit. To połączenie skuteczności administracyjnej z lekceważeniem dla praw jednostek i mniejszości stworzyło model populizmu - stylu politycznego skutecznego po dziś dzień.

To od Luegera antysemityzmu oraz technik walki politycznej uczył się młody bezrobotny malarz z Linzu, Adolf Hitler, który nie dostawszy się do Szkoły Rzemiosła Artystycznego, w której studiował Oskar Kokoschka, szlifował wiedeńskie bruki. Utrzymywał się z dorywczej sprzedaży obrazów, które powierzał życzliwie się nim opiekującym żydowskim marszandom, przysłuchiwał się obradom parlamentu, coraz bardziej zirytowany panującą tam bezradną gadaniną. Na porządku dziennym były pyskówki, a nawet rękoczyny. Jako że regulamin nie określał ani czasu do dyspozycji mówcy, ani języka, jakim winien się posługiwać, bywało, że jakiś poseł przemawiał godzinami w języku nieznanym innym posłom, na przykład po huculsku, by zablokować lub odwlec jakąś debatę lub głosowanie. Kontrast między anarchizującym parlamentem a sprawnie zarządzaną stolicą, popularnością burmistrza wśród zwykłego ludu a wrogością, jaką wzbudzał wśród inteligencji, Żydów i na dworze, musiał być dla młodego Hitlera wielce pouczający. Współcześni historycy uważają, że antysemityzm przyszłego wodza Trzeciej Rzeszy kształtował się bardziej pod wpływem obserwacji jego skutecznego wykorzystania przez Luegera niż w reakcji na jakieś ewentualne negatywne doświadczenia młodego Hitlera z Żydami. Był instrumentalny, nie emocjonalny.

O reakcjach Hitlera na jubileusz czy choćby - wszak był malarzem - na jego artystyczną oprawę nie wiemy nic. Wiadomo jedynie, że był oburzony szerzącą się wówczas w Wiedniu, a przypisywaną na ogół Cyganom plagą kradzieży kieszonkowych i życzliwie zapewne odnosił się do całkiem poważnie wówczas w kręgach rządowych rozpatrywanych projektów osadzenia Cyganów w specjalnych obozach. Wspomniana profesor Brigitte Hamann, biografka wiedeńskiego okresu Hitlera, uważa jednak, że na organizowanych pod koniec lat 30. w Berlinie wielkich paradach historycznych, jakich nikt inny już wówczas nie urządzał, wyraźne widać piętno wielkiego jubileuszu cesarskiego. Jest też zdania, że to podczas okresu wiedeńskiego uformowały się poglądy polityczne przyszłego wodza Rzeszy - nie pod wpływem kontaktów z Żydami, które były pozytywne, choć sporadyczne, lecz pod wpływem skuteczności politycznej antysemitów. Osobista nienawiść miała przyjść później, kiedy gefreiter Hitler uwierzył, że przyczyną klęski Rzeszy w Wielkiej Wojnie był "żydowski cios w plecy".

Rozglądamy się z panią profesor Hamann po winiarni. Wiedeńczycy jedzą, piją, słychać śmiech.

- Hitler tego nie cierpiał - mówi Hamann. - Dla niego Austriacy byli Niemcami gorszego sortu, zbękarconymi z niższymi rasami, zniewieściałymi, słabymi. A kiedy obejrzał paradę jubileuszową, zobaczył coś, co jego zdaniem należało zniszczyć. Ta mieszanina ras i języków była dlań śmiertelnym zagrożeniem dla niemieckiego ducha. - Pani profesor sama jest Niemką z Essen, przyjechała do Wiednia na studia w 1961 roku, bo interesowała się Habsburgami. - Do dziś jestem tu obca - mówi. - Po akcencie od razu rozpoznają, że jestem Niemką. A Niemców tu nie lubią.

Z wojującego pangermanizmu czasów monarchii, ze wstydliwie dziś zapomnianego entuzjazmu Anschlussu pozostało w niemieckiej wreszcie Austrii mocne przeświadczenie, że Austriacy są gatunkiem lepszym. Że od Niemców różni ich polot, esprit, inteligencja, poczucie humoru. I przekonanie, że Austria była pierwszą ofiarą Hitlera.

- Gdy opublikowałam Wiedeń Hitlera w 1996 roku, posypały się na mnie gromy - wspomina profesor. - Po pierwsze, czytelnicy byli oburzeni moją tezą, że to tu, w Wiedniu, uformowały się podstawy politycznego światopoglądu przyszłego wodza Rzeszy. Po drugie, że Niemka wtrąca się w nie swoje sprawy.

- Bo Austriakom - stwierdzam - udało się wmówić światu, że Hitler był Niemcem, za to Beethoven Austriakiem.

Pani profesor śmieje się, kiwa głową.

- Austria nie może, choć bardzo by chciała, wykreślić Hitlera ze swojej historii. Ale nie pamiętała zrazu nawet o Habsburgach. Stali się modni dopiero w tym czasie, gdy opublikowałam swoje prace.

Hamann wydała kolejno biografie wielkich Habsburgów: arcy­księcia Rudolfa, cesarzowej Sissi (książka wyszła też w przekładzie na polski) i arcyksięcia Maksymiliana, nieszczęsnego cesarza Meksyku. Opublikowała też biografię cytowanej tu pacyfistki, Berthy von Suttner.

Na studiach w Wiedniu poznała swojego przyszłego męża, profesora historii. Powróciła do Niemiec, zrobiła doktorat, zajęła się dziennikarstwem. Do Wiednia powróciła w roku 1965. Wzięła ślub i otrzymała austriackie obywatelstwo.

- Bardzo się starałam zostać Austriaczką. Ale nie mogłam znaleźć pracy, bo nie mówię po wiedeńsku. Dziś już nawet nie próbuję.

Jej mąż zmarł w 1993 roku (a ona sama odejdzie w 2016 roku) i wtedy zdobyła się na odwagę, by zacząć żyć na własną rękę. Wcześniej prowadziła dom, wychowywała dzieci. Nieoczekiwanie dla siebie samej wpasowała się w tradycyjną rolę austriac­kiej żony.

- Wtedy właśnie wybuchła afera Waldheima [austriackiego prezydenta, który zataił był swą hitlerowską przeszłość] i okazało się, że to dobry czas, by mówić o innych czarnych kartach austriackiej historii. Młodzi byli zafascynowani, gotowi słuchać. Ale książka i tak większy sukces odniosła w Niemczech, a następnie w przekładzie angielskim niż w samej Austrii. Tylko niech pan nie myśli - dodaje - że próbuję przywdziać szaty sędziego i chcę sądzić "pokolenie morderców" w imię pokolenia niewiniątek. Okoliczności i uwarunkowania były zupełnie inne. Trzeba rozumieć, a nie potępiać. Ale należy też przyznać, że Niemcy umieli poradzić sobie ze swoją przeszłością, a Austriacy nie... i zazdroszczą.

Dalsza część w wersji pełnej